czwartek, 16 sierpnia 2018

Będziesz na to patrzył - Magda Rem


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 3 lipca 2018
liczba stron: 408

Czerwona koperta może zawierać list miłosny, albo anonim, który zamieni życie adresata w piekło na ziemi. Wraz z nowym biegiem wydarzeń, pojawią się pytania. Grzebanie w przeszłości, szukanie wrogów i zranionych przyjaciół. Magda Rem napisała książkę, w której trup ściele się gęsto, a psychopata jest zdolny do wszystkiego. Jednak poza trupami na drugim planie jest siatka powiązań ludzkich. Przez całe swoje życie spotykamy mnóstwo osób, nawet przelotne znajomości odciskają „ślad” w czasoprzestrzeni i to, co dziś wydaje się błahym epizodem, za kilkanaście lat będzie powodem do zemsty. Kolejne na co można zwrócić uwagę to metamorfoza człowieka pod wpływem tragedii, cierpienia… Czasem nawet nie dostrzegamy tej kruchej cieniutkiej granicy między dobrem, a złem.
Rodzina Barczów – zwyczajni ludzie, zwyczajne życie. Marek – lekarz, Elwira – tłumaczka, i ich piętnastoletnia córka Marta – ładna, zdolna, dobrze wychowana. Jeśli ktoś ma swoje słabości, bez problemu ukrywa je przed innymi, bo nie są to grzechy śmiertelne. Romans, zdrada… Z czasem takie problemy rozwiązują się same. Więc dlaczego z jasnego nieba uderza nagle grom? Początkiem koszmaru jest anonimowy list do Marka: "Będziesz na to patrzył!". Szczęśliwe życie zamienia się w zły sen – i rozpoczyna się wyścig z czasem. Skąd pojawiło się zagrożenie, stawiające pod znakiem zapytania byt rodziny? Co kieruje sadystycznym prześladowcą? Jak daleko się on posunie? Marek staje do nierównej walki. Szuka przyczyn swego upadku. Nie wie, czy ma za przeciwnika psychopatę czy ostatniego sprawiedliwego. Nie wie, kto zawinił, komu i w czym. Niczego nie wiadomo, a tymczasem jakby wszystko się sprzysięgło przeciw niemu. Brak odpowiedzi, brak sposobu i czasu, żeby je znaleźć, a tymczasem wali się cały świat! Prześladowca cierpi, nie zna więc litości.
„Będziesz na to patrzył” to dobrze napisany, trzymający w napięciu thriller, który potrafi zaskoczyć czytelnika jeszcze przed dotarciem do ostatniej kropki. Fabuła niesamowicie wciąga. Między rozwojem współczesnej akcji podróżujemy w przeszłość, by zbierać elementy rozsypanej układanki i dzięki temu dość szybko dowiadujemy się, kto jest prześladowcą głównego bohatera. Jednak ostateczna zagadka – co ich łączy i czym zawinił mu Marek- pozostanie wyjaśniona dopiero na końcu. Objętościowo też jest w sam raz, nie za obszernie ani nie za licho. Jak dla mnie nudą nie wiało ani przez chwilę! To opowieść o idealnej rodzinie, która może się wydawać aż za szczęśliwa i książkowa. Może jednak autorce chodziło właśnie o to, żeby pokazać, że nawet tych żyjących w sielankowych klimatach może dosięgnąć koszmar. Książkę czyta się ekspresowo, powiedziałabym że przyjemnie, choć to co spotyka głównego bohatera przyjemne nie jest. Jednak mimo napięcia brakuje mi tu tego dreszczyku grozy, który miał sprawić, że „przeczytam i nie zmrużę oka” jak to obiecuje tekst na okładce. Jeśli szukacie wnikliwej analizy psychologicznej to raczej jej nie dostaniecie, a niektóre wątki mogą wydać się naciągane, ale to już zależy od gustów, guścików i wymagań. Ja osobiście jestem zadowolona i z pewnością jeszcze kiedyś sięgnę po twórczość autorki.

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Ogarnij się! - Sarah Knight


wydawnictwo: MUZA SA
tytuł oryginału: Get Your Sh*t Together! 
data wydania: 18 kwietnia 2018 
liczba stron: 256

„Ogarnij się!” to książka, która krótko mówiąc miała mi podpowiedzieć jak tu się w szale dnia codziennego ogarnąć. Okazało się, że przydanych dla mnie informacji jest tak naprawdę niewiele, a większość jest po prostu przegadana.
Jest książką dla tych wszystkich, którzy dążą do uporządkowania umysłowego rozgardiaszu - czyli takich spraw, jak praca zawodowa, finanse, kreatywność, związki i zdrowie. Pozwoli wyrwać się z kolein rutyny, aby wieść życie, jakiego pragniemy. Dzięki tej książce dowiesz się, jak obierać cele, jak je realizować wbrew drobnym trudnościom, a także poważnym przeszkodom, a potem - jak sobie wyobrażać i osiągać cele jeszcze większe, które być może dotąd nie wydawały ci się nawet możliwe. Pomoże ci przestać wchodzić sobie samemu w drogę - i to raz na zawsze. A na dodatek uwolnić się od rzeczy, które we własnym mniemaniu powinieneś robić, aby móc załatwić to, co naprawdę musi być zrobione i zająć się tym, co robić chcesz.
„I wiecie co, dziewczynki i chłopcy? Im więcej macie na głowie i mniej (w swoim przekonaniu) macie na to czasu, tym bardziej potrzebujecie w swoim życiu listy rzeczy, które muszą być zrobione. […] Rzecz w tym, że wcale nie musisz robić wszystkiego.”

Sarah Knight zadebiutowała na rynku wydawniczym książką „Magia olewania”, której nie miałam okazji czytać. Zdecydowanie bardziej trafiał do mnie tytuł jej kolejnej książki. Bo wiecie, będąc matką, żoną, panią domu, blogerką i miłośniczką książek trzeba to wszystko pogodzić, a tym bardziej, że życie na tym się nie kończy, gdyż w głowie już kotłują się kolejne plany czy też marzenia. Stąd zainteresowanie takim, a nie innym tytułem, zwyczajnie chciałam sobie poukładać wszystko sprawniej. Sama autorka twierdzi, że nie jest to typowy poradnik – nie bardzo wiem czym on ma się różnić od typowego, ale niech będzie. Miało być na luzie i jest, tylko momentami miałam wrażenie, że autorka kręci się w kółko. Powtarza się i sili na lekkość – szkoda papieru na powtarzanie i lanie wody, lepiej krótko i na temat. Oczywiście humoru nigdy za wiele, ale nie musi on wręcz przytłaczać. Nie jest to obszerna książka, a i tak jej nie skończyłam (co jest naprawdę rzadkością!). Przejrzałam spis treści i wybrałam to, co mnie najbardziej interesuje. Przeczytanie wybranych rozdziałów skutecznie zniechęciło mnie jednak do czytania reszty i marnowania mojego cennego czasu. Jak się domyślacie nie polecam!

środa, 8 sierpnia 2018

Maybe Someday - Colleen Hoover


cykl: Maybe (tom 1)
wydawnictwo: Otwarte
data wydania: 13 maja 2015
liczba stron: 440

Są takie książki, które z niewiadomych przyczyn odkłada się na później. Dotyczy to także książek, które zbierają pozytywne opinie, a twórczość danego autora już zdążyło się poznać wcześniej. Na mojej liście książek do przeczytania i odkładanych w czasie znajduje się między innymi książka Colleen Hoover „Maybe someday”. Na pytanie dlaczego z przeczytaniem tej historii czekałam kilka lat nie znam odpowiedzi i sama się nad tym dzisiaj zastanawiam.
On, Ridge, gra na gitarze tak, że porusza każdego. Ale jego utworom brakuje jednego: tekstów. Gdy zauważa dziewczynę z sąsiedztwa śpiewającą do jego muzyki, postanawia ją bliżej poznać. Ona, Sydney, ma poukładane życie: studiuje, pracuje, jest w stabilnym związku. Wszystko to rozpada się na kawałki w ciągu kilku godzin. Wkrótce tych dwoje odkryje, że razem mogą stworzyć coś wyjątkowego. Dowiedzą się także, jak łatwo złamać czyjeś serce… "Maybe Someday" to opowieść o ludziach rozdartych między „może kiedyś” a „właśnie teraz”, o emocjach ukrytych między słowami i o muzyce, którą czuje się całym ciałem.
„Mierne życie jest zmarnowanym życiem.”

„Maybe someday” polecały mi inne czytelniczki, podobno na tej książce nie można się zawieźć i wciąga od pierwszych stron. I wiecie co? Przeczytałam kilka stron i wiedziałam, że przepadłam! Pamiętam, że żeby ją skończyć siedziałam do pierwszej w nocy i nie przeszkadzał mi nawet katar! Ta powieść nie opowiada o zwyczajnej historii miłosnej, w której znajdziecie różne emocje. Ta książka sama w sobie jest jedną wielką emocją, którą będziecie przeżywać nawet po ostatniej stronie. To opowieść o miłości, która nie miała prawa się narodzić, o uczuciu, z którym walczy Ridge i Sydney. To muzyka, przekraczanie barier i namiętność, która pali od środka. To jedna z tych historii o miłości, o jakiej każdy marzy i jaką każdy powinien w swoim życiu przeżyć. Zapewniam, że przeczytacie ją w tempie ekspresowym i będziecie mieć jeszcze mało. Colleen Hoover po raz kolejny udowodniła mi, że potrafi pisać i pociągać za odpowiednie sznurki emocji. Myślę, że nawet tym razem przeszła samą siebie, a kilka jej książek już przeczytałam, więc mam jakieś porównanie. Jeżeli macie okazję przeczytać „Maybe someday”, a jeszcze tego nie robiliście to nie zwlekajcie. Ja gorąco polecam!

  „[…] ludzie nie wybierają, w kim się zakochują. Mogą jedynie wybrać, kogo dalej będą kochać.”

piątek, 27 lipca 2018

Zawsze będziemy mieli Paryż - Emma Beddington


wydawnictwo: W.A.B.
data wydania: 23 maja 2018
liczba stron: 320

Po długiej przerwie wracam do was z recenzją książki, którą podobno powinien przeczytać każdy, kto jest zafascynowany stolicą Francji. Czyli jeśli jesteś mój drogi czytelniku w tym gronie to wiedz, że to podobno książka dla ciebie. To też książka, którą powinnam przeczytać i ja…bo Paryż to jedno z marzeń na mojej liście.
Gdy w bibliotece kwakierskiej szkoły z tradycjami na regale pojawia się francuskie Elle, życie Emmy zmienia się raz na zawsze. Choć umiłowanie przyjemności, które głosi się na łamach tego magazynu, nie jest czymś, co pochwaliliby ojcowie założyciele kwakryzmu, dziewczyna już wie, że tak właśnie chce żyć. Pragnie zostać Francuzką. W Paryżu swoich marzeń siedzi z pieskiem przed Cafe Flore samotna, wolna i szykowna. W rzeczywistości sprowadza się do miasta zakochanych po śmierci matki ze swoim francuskim partnerem i dwójką dzieci. Jest zaniedbana (przynajmniej w porównaniu z Francuzkami), nieszczęśliwa i o wiele mniej francuska, niż zawsze się jej wydawało. Emma powoli zdaje sobie sprawę, że to, czego szukała całe życie, to niekoniecznie eleganckie mieszkanie we francuskiej stolicy mody, lecz prawdziwy, ciepły dom.
„Zawsze będziemy mieli Paryż” to opowieść o marzeniu z czasów dzieciństwa, o fascynacji nieznanym, aczkolwiek kuszącym i odważnym. To poszukiwanie swojej tożsamości i miejsca na świecie. A tak konkretnie to meandry życia pewnej kobiety, która musiała pokonać w swoim życiu niejeden zakręt, spalić most, by wreszcie znaleźć szczęście i przejrzeć na oczy. To słodko – gorzka autobiograficzna opowieść o żałobie, miłości do Paryża, rodziny, o tęsknocie za tym co minęło, za domem, za językiem, za prawdziwą sobą. To historia matki, zmęczonej, nieprzystosowanej, przerażonej i zmagającej się z podjęciem najtrudniejszej decyzji w życiu.

Emma Beddington napisała książkę z którą można się zaprzyjaźnić, ale ta przyjaźń nie zawsze jest łatwa i przyjemna. Potrzeba czasu, aby ją docenić, zrozumieć i pozwolić by losy głównej bohaterki nas wciągnęły. Jak to w życiu bywa nie każdemu ta przyjaźń jest pisana. Opowieść Emmy nie należy do cukierkowych, bywa cierpko, a osłodą dla duszy są słodkości o których wspomina, a które pobudzają kubki smakowe czytelnika. Niestety nie jest to książka, która od samego początku powala na kolana, nad którą można piać z zachwytu i w ciemno polecać. Nie, to nie jest książka dla każdego. Mnie samą początek tak denerwował, a wręcz zniechęcał do dalszego czytania, że byłam bliska rzucenia jej w kąt. Jednak w pewnym momencie nadszedł przełom, coś drgnęło i czytanie nie było już męczarnią. Choć na samą myśl o początku i tych rozważaniach literackich bądź filmowych dostaję mdłości.

To brutalnie szczera, odważna i zarazem ciepła opowieść, która potrafi pobudzić do refleksji. To taki „przewodnik” po mieście miłości, który nie idealizuje go, a pokazuje jego dwa oblicza. Co więc z tym Paryżem? Autorka pokazała go na różne sposoby, być może trafiła w swoje wymarzone miejsce w niewłaściwym momencie, a jej ponowne spotkanie z miastem miłości choć wypadło w lepszym świetle nie zamazało pierwszego wrażenia. Myślę, że najlepiej przekonać się na własnej skórze czy jego urok na nas działa czy też jest przereklamowany. Co do książki… jeśli nie lubicie tego typu książek, które mimo trudności zaskakują i mogą zaoferować to i owo to nawet po nią nie sięgajcie. Zwyczajnie szkoda waszego czasu...

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki

sobota, 16 czerwca 2018

Moje serce w dwóch światach - Jojo Moyes


cykl: Lou Clark (tom 3)
wydawnictwo: Znak Literanova
data wydania: 6 czerwca 2018
liczba stron: 512

„To bzdura, że my kobiety, możemy mieć wszystko. Nigdy nie miałyśmy i nigdy nie będziemy mieć. Zawsze musimy dokonywać trudnych wyborów. Ale istnieje jakieś pocieszenie w tym, że robi się to, co się kocha.”

„Moje serce w dwóch światach” autorstwa Jojo Moyes to nowa, jeszcze ciepła bo kilka dni temu wydana powieść o losach Lou Clark. Dziewczynie znanej nam z książek „Zanim się pojawiłeś” oraz „Kiedy odszedłeś”. Przedostatnia recenzja na moim blogu była poświęcona drugiemu tomowi tej serii (znajdziecie ją tutaj) i jak wiecie moje odczucia były mieszane, a konkretnie to byłam trochę rozczarowana i zmęczona czytaniem. Tak więc, do trzeciego tomu podeszłam z dystansem, ale i ciekawością w jakim świetle tym razem autorka zaprezentuje Lou. Jakby nie patrzeć nasza główna bohaterka zaczynała nowy etap i wyruszyła do Nowego Jorku, czyli miasta bogaczy, żółtych taksówek i otwierających się przed nią nowych możliwości.
Josh ma spojrzenie zupełnie jak Will. Ten sam uśmiech, ten sam kolor włosów. Lou zaniemówiła, kiedy zobaczyła go po raz pierwszy. Czy to możliwe, że istnieje mężczyzna aż tak podobny do miłości jej życia? Miłości, która, jak się zdawało, bezpowrotnie odeszła? Nowy Jork, miasto drapaczy chmur, urokliwych restauracji, rozświetlonych alei i ludzi w ciągłym biegu. Miasto, które spełnia marzenia. Lou przyjeżdża tam, by nauczyć się nowych rzeczy. Wie, jak wiele kilometrów dzieli ją od Londynu, w którym mieszka Sam, jej nowy chłopak. Wie, że świeży związek może nie przetrwać próby odległości. Właśnie wtedy poznaje Josha. Jasne staje się, że każda decyzja, którą podejmie w kwestii swojej przyszłości, całkowicie zmieni jej życie.
Ci z was, którzy przeczytali poprzednie losy Lou wiedzą, że ostatecznie wyjechała do pracy w Nowym Jorku. W Anglii zostawiła nie tylko rodzinę, mieszkanie i przyjaciół, ale również swojego ukochanego. Dziewczyna pozbierała się po śmierci Willa na tyle, żeby zaryzykować i otworzyć się na wyzwania, jednak nie zdawała sobie sprawy z tego jak trudne decyzje przyjdzie jej podejmować, jak tysiące kilometrów rozłąki może wpłynąć na relacje z ukochanym i jak samemu można się w czasie kilku miesięcy zmienić. Sprawa robi się jeszcze ciekawsza, gdy na jej drodze pojawia się klon Willa. Czy on skradnie jej serce? A może ratownik Sam będzie tym jedynym? A może żaden z nich tak naprawdę nie da jej szczęścia. Kto wyciągnie pomocną dłoń?

„Moje serce w dwóch światach” to książka nie tyle dla kobiet co o kobietach, to one są siłą napędową, pokazują swoje możliwości, siłę, kreatywność, metamorfozy i szczęście. Bywają w ich życiu zakręty, kataklizmy, ale przez to są one bardziej prawdziwe, niezwykle barwne i charyzmatyczne. W tej książce mocną stroną są ewidentnie kobiety. To kolejna książka o zrzucaniu kokonu, zbroi poczwarki i rozwinięciu skrzydeł. Każda z tych trzech książek w jakiś sposób pokazuje jak na nasze życie mają wpływ osoby, okoliczności czy wydarzenia. Poprzedni tom to było pozbycie się żałoby, poskładanie w całość siebie po stracie, a tutaj metamorfoza idzie dalej. Jojo Moyes rzuca swojej bohaterce kłody pod nogi, które wprowadzą zamęt, przyprawią o łzy, ale ostatecznie dodadzą siły. To samo z ludźmi, których spotka na swojej drodze. Dziewczyna pozna świat pieniędzy, pseudo przyjaźni, zauroczenia, walki o cel, sekrety i ich brzemię. Autorka pokazuje też, że nie zawsze poznajemy się na ludziach z szybkością światła, ba czasem zbyt szybko kogoś ocenimy – negatywie bądź pozytywnie- a tak naprawdę potrzeba czasu i chęci, aby przekonać się jaka ta osoba jest. To właśnie relacja Lou z pewną staruszką tak mnie urzekła i nawet wywołała wzruszenie. Co tu dużo gadać, na jej życie też miała ogromny wpływ ta znajomość. O ile poprzednia część była dla mnie lekką torturą i czytało mi się ją opornie, tak ta jest dynamiczna i czyta się ją z prędkością światła. Ma w sobie barwy, emocje i ważne przesłanie. Ważne jest, aby poznać samego siebie, odkrywać nowe możliwości, robić to co się kocha i nie dać się nikomu stłamsić. Życie ma się jedno i warto być asertywnym, żeby zawalczyć o swoje życie. Żyć w zgodzie ze sobą i być otwartym na ludzi i na to co przyniesie los.

Podsumowując: zdecydowanie lepsza od poprzedniej części. Pozytywna, dynamiczna i momentami zaskakująca. To nie kolejne romansidło, nie wyciskacz łez, to zachęta do poszukiwania własnej drogi, to opowieść o przyjaźni, której nie straszna różnica pokoleń, to zamiłowanie do mody, kolorów, a dopiero w tle jest miłość, która jak wiadomo ma różne odcienie. To po prostu książka, którą warto przeczytać, szczególnie jeśli przeczytało się dwie poprzednie części.

„Mamy tyle wersji samych siebie, spośród których możemy wybierać. […] Najważniejsze, żeby nikt, kto ci towarzyszy, nie decydował, kim masz być, i nie przyszpilał cię jak motyle w gablotce. Najważniejsze to wiedzieć, że zawsze możesz znaleźć sposób, by wymyślić się na nowo.”

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki.

czwartek, 14 czerwca 2018

Larista - Melissa Darwood [RECENZJA PRZEDPREMIEROWA]


wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
data premiery: 21 czerwca 2018

„Dwa serca, jedno bicie, niech mnie odnajdzie miłość na całe życie .”

On – dziewiętnastoletni chłopak lubiący wyzwanie, adrenalinę, muzykę i swój motocykl. Ona – szara myszka spod trzynastki. Trzy lata młodsza, wzorowa uczennica z dobrego domu, która skrzycie marzy o chłopaku mieszkającym na końcu ulicy w starym, drewnianym domu po swojej babci. Tych młodych łączą przelotne spojrzenia, ciche „Cześć”, spacer w alei lipowej, pierwszy dotyk, skradziony pocałunek, ryzyko… Dzieli za to… nie ważne co, ważne jest uczucie, bo to przecież miłość, przeznaczenie...(to nie fabuła tej książki to tylko moja wyobraźnia!). Miłość na całe życie – która z nas o tym nie marzyła będąc nastolatką? Stawiam dobre piwo, że większość dziewczyn śniła o swoim księciu na białym koniu, liczyła na miłość od pierwszego wejrzenia - wiecie te motyle trzepoczące w brzuchu, a kiedy zasypiała miała przed oczami pokaz romantycznych scen. Nie każda musiała się do tego przyznawać, ale złożę się, że skrycie chciała właśnie przeżyć taką prawdziwą miłość. Jakby nie patrzeć takimi historiami o miłości raczyły nas baśnie, bajki, książki oraz filmy. Z biegiem lat zapewne obraz księcia wyblakł, a pierwsza miłość została tylko wspomnieniem i naiwną mrzonką – choć i tu zdarzają się wyjątki. Być może jest taka ONA i ON. Być może im się udało. Zazwyczaj jednak życie przesiewa przez drobne sito te miłości i nie tylko. Z dawnych lat, naiwności czy romantyzmu zostaje tylko wspomnienie, do którego można wrócić przy okazji czytania książki, czy też oglądania filmu, a i czasem znajdzie się zawieruszony w czasie list. Jedno jest pewne, każda choć przez chwilę chce poczuć się znów tamtą dziewczyną, której serce wariuje. Ja także i dlatego kolejny raz zatopiłam się w lekturze „Laristy”. Tak, to nie jest moja pierwsza przygoda z twórczością Melissy Darwood, a pierwsze spotkanie miało miejsce pięć lat temu. To nie jest również pierwsza recenzja tej powieści na moim blogu – prawdę mówiąc tamtej lepiej nie czytać.
Larysa przez całe swoje życie marzyła o miłości od pierwszego wejrzenia. I to takiej, która nigdy nie przeminie. Kiedy na swojej drodze spotyka Gabriela, tajemniczego Nieznajomego z jej sennego koszmaru, jeszcze nie wie, że całe jej życie niedługo się zmieni. Zarówno on, jak i niedawno poznany Daniel, mają plany względem dziewczyny. Jednak tylko jeden z nich ma przyjazne zamiary. Czy dziewczyna wybierze mądrze? Życie Larysy całkowicie się zmienia, kiedy pojawia się w nim Gabriel. Ten mężczyzna coś ukrywa, coś, co sprawia, że dziewczyna czuje się śledzona. Kim są tajemniczy Guardianie i Tentatorzy? Dlaczego życie Larysy jest w niebezpieczeństwie? Czy w dzisiejszych czasach jest miejsce na miłość od pierwszego wejrzenia?
„Larista”, która za kilka dni pojawi się w księgarniach po pięciu latach przeszła metamorfozę. I nie, nie chodzi tylko o okładkę i nowe wydawnictwo, a o treść. Autorka postanowiła jeszcze raz popracować nad losami bohaterów i zrobić mały lifting, a co najważniejsze postanowiła dodać punkt widzenia Gabriela, co jest znaczące dla lepszego wczucia się w fabułę. Choć już pierwsza wersja sprawiła, że moje serce zabiło szybciej to z ciekawością i sentymentem czekałam na pojawienie się tej historii w nowej odsłonie. Wiecie, tym razem nie przeżyłam szoku, że akcja dzieje się u nas, a nie w Ameryce – no bo przecież wydawało mnie się, że Melissa Darwood to nie Polka (tak, dałam się nabrać pseudonimowi) – za to pozwoliłam sobie na odświeżenie pamięci, rozkoszowanie romantyczną historią i zapoznanie z tym co w duszy gra temu tajemniczemu, seksownemu facetowi, którego kiedyś porównałam ze słynnym Edwardem i wyszło mi, że ten nasz jest o wiele lepszą wersją (łączy ich staroświeckie zachowanie, przez co obie te historie gdzieś tam się do siebie zbliżają). Nadal uważam, że jest to książka, która trafi w serce niejednej romantyczki, a może i romantyka. Do tego jest lekka i przyjemna. Fabuła zbudowana została na dobrze znanym szablonie, walki dobra ze złem, oraz miłości, która jest wręcz idealna, ale uwaga – nie jest przesłodzona, choć bywa słodko i nieracjonalnie (ale to nie jest przecież literatura faktu żeby twardo stąpać po ziemi!). Z pewnością umili leniwe wieczory i sprawi, że na te mniej więcej trzysta stron staniecie się znów osiemnastolatkami, którym szybciej zabije serce. Tak naprawdę jest to historia o przeznaczeniu, prawdziwej miłości, gorącej i romantycznej, ale także o tajemnicy, którą skrywa Gabriel. Autorka zabiera nas do niewielkiej miejscowości, do szkoły, do wędrówki po lesie, buduje swoją opowieść na prostocie, ale z każdą kolejną stroną zachęca coraz bardziej. To taka bajka dla współczesnych dziewcząt i kobiet, to wehikuł czasu, który odejmuje lat, wyostrza zmysły i bawi się naszą wyobraźnią. To książka, przy której będziecie się dobrze bawić, a dobra wiadomość jest taka, że za jakiś czas ma pojawić się kolejny tom. Tak sobie myślę, że jeszcze kiedyś dam się porwać tej historii, bo chcę sobie przypomnieć to, o czym znów mogę zapomnieć biegając po meandrach codzienności.

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki

wtorek, 5 czerwca 2018

Kiedy odszedłeś - Jojo Moyes


cykl: Lou Clark (tom 2) 
wydawnictwo: Znak Literanova
data wydania: 6 czerwca 2016
liczba stron: 496

„Trzeba żyć. Angażować się we wszystko i starać się nie myśleć o siniakach.”

Muszę przyznać, że Jojo Moyes ma talent do trafnych cytatów, na które warto zwrócić uwagę. Ten powyższy idealnie pokazuje jak powinno się żyć, jak z tego życia czerpać to co nam oferuje, bo przecież nigdy nie wiadomo co nas jutro może spotkać. Jednak nie wszystkim to przychodzi tak łatwo jak brzmi to w teorii, szczególnie po traumatycznych przeżyciach, takich choćby jak śmierć bliskiej nam osoby. Autorka idealnie obrazuje to w swojej kolejnej powieści „Kiedy odszedłeś”.
Nie myśl o mnie za często… Po prostu żyj dobrze. Po prostu żyj. Tyle że Lou nie ma pojęcia, jak to zrobić. I trudno jej się dziwić.
Jojo Moyes podbiła serca czytelników powieścią „Zanim się pojawiłeś” i przyznaje od razu, że moje serce ta powieść również skradła. Czytałam ją kilka lat temu i do dziś pamiętam z jaką łapczywością pochłaniałam kolejne strony by na końcu zużyć paczkę chusteczek (recenzje znajdziecie tutaj). Autorka niewątpliwie ma dar do snucia wciągających historii, które zapadają w pamięci o czym przekonałam się również podczas lektury „Razem będzie lepiej” (recenzja tutaj). Nie tylko ja cenię sobie lekkie pióro autorki, humor, barwne postacie czy też wciągające losy bohaterów, co zresztą widać po ilości sprzedawanych książek i liczbie fanów, która stale się powiększa.

„Znacznie łatwiej jest tkwić w swojej dołującej robocie i na nią narzekać. Znacznie łatwiej jest nie ruszać się z miejsca, nic nie ryzykować i zachowywać się tak, jakbyś nie mogła nic poradzić na to, co ci się przydarza. […] Twoje życie jest w twoich rękach, Lou. A ty zachowujesz się tak, jakbyś wiecznie zmagała się z wydarzeniami, na które nie masz żadnego wpływu.”

„Kiedy odszedłeś” to opowieść o dziewczynie, która próbuje pozbierać się po śmierci ukochanego. Co samo w sobie nie jest łatwe, a obietnica, którą mu złożyła dodatkowo ciąży na jej barkach. Jej życie przypomina wegetacje, w środku czuje pustkę, a codzienność przestała mieć jakiekolwiek jaskrawe barwy. Spokojnie można porównać ją do larwy, która musi przejść wreszcie proces przepoczwarczenia, aby mogła żyć jak dawniej, a może i lepiej. To historia o zmianach, nowych początkach i żałobie, którą w końcu za sobą zostawiamy by iść dalej przez życie. Tak naprawdę to opowieść o Lou, która towarzyszyła Willowi do ostatniego oddechu. Dziewczynie, która boi się zaangażować. Zrobić prawdziwy krok nie myśląc o siniakach. Jednak los sprowadza na jej dach pewną dziewczynę, która wywróci wszystko do góry nogami. Pojawia się z przytupem co nasza bohaterka poczuje w kościach i to dosłownie. To jest pierwszy impuls, który sprawi, że w jej życiu coś się zacznie się dziać. Nie będzie może lekko i wiele decyzji będzie musiała podjąć, jednak zawalczy o życie i jak zwykle będzie chciała kogoś „ocalić”

„Zanim się pojawiłeś” to książka, która mnie znokautowała, to jedna z lepszych książek jakie miałam okazje czytać. Poruszała temat tabu, który wywołuje kontrowersje i towarzyszy mu cała paleta emocji. Autorka stworzyła opowieść, która sama w sobie była jedną wielką emocją oraz trzymała w napięciu i pochłaniała z każdą kolejną stroną. Byłam pewna, że kontynuacja losów Lou znajdzie się na mojej półce i znalazła zaraz po premierze. Tylko nie mogłam się przełamać, żeby zacząć czytać. To trochę przez opinie innych czytelników, którzy twierdzili, że ta część nie jest tak dobra jak poprzednia. Tak więc, postanowiłam do niej dojrzeć i tak sobie czekała do teraz. Zaraz w księgarniach pojawi się już trzecia powieść z udziałem Lou i nadszedł, czas aby nadrobić zaległości. Zaległości nadrobione, ale powiem wam, że męczyłam się dość mocno przy czytaniu tej książki. Autorka nadal ma swój styl, ale czytanie szło mi opornie, nad fabuła unosiły się ciężkie ołowiane chmury, które przytłaczały nie tylko główną bohaterkę, ale i mnie. Lou walczyła z żałobą, ja walczyłam ze sobą, żeby tę książką w ogóle skończyć. Akcja była powolna, można powiedzieć, że za dużo to się nie działo, a już na pewno przez ¾ książki, na szczęście później było już ciekawiej i przyjemniej. Być może czytelnik miał odczuć jak czuje się Lou, jednak utrudniało to czytanie. Nie zmienia to jednak faktu, że książka ma ważne przesłanie, pokazuje, że warto otworzyć się na nowe doświadczenia, na to co przynosi los i iść na przód. Czytelnik jest świadkiem przemiany głównej bohaterki, a także innych postaci, które również borykają się ze stratą kogoś bliskiego. Właśnie zabieram się za trzecią część „Moje serce w dwóch światach” i mam nadzieję, że tutaj nie spotkają mnie czytelnicze tortury i całość połknę o wiele szybciej.