sobota, 22 września 2018

Maigret się bawi - Georges Simenon


cykl: Komisarz Maigret (tom 50)
wydawnictwo: C&T Crime & Thriller
liczba stron: 136

„Niektóre trywialne zbrodnie, popełnione przez jakiegoś włóczęgę lub szaleńca pozostają bezkarne. Zbrodnia intelektualisty – nigdy. Tacy chcą wszystko przewidzieć, wykorzystać dla siebie najmniejszą szansę. Wygładzają plan. I właśnie ten jeden „wygładzony” szczegół gubi ich w ostatecznym rachunku.”

Maigret. Mówi wam coś to nazwisko? Mnie do niedawna nie mówiło kompletnie nic. Zmieniło się to za sprawą jednego z wieczorów filmowych. Francuski komisarz był mi do tamtego czasu totalnie obcy, zarówno w wersji filmowej jak i literackiej. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie na wiadomość, że gra go nie kto inny jak sam Rowan Atkinson, który raczej słynie z ról komediowych. Tu moja ciekawość sięgnęła już zenitu. Długo nie musiałam oglądać, żeby polubić tego faceta. Na jednym filmie się też nie skończyło, a i zaczęło się polowanie na książkową wersję francuskiego komisarza, który potrafi niejedną zbrodnię rozwiązać, pykając fajkę, popijając koniak i tropiąc po mieście zbrodniarzy. Tak też w moje ręce wpadła cieniutka książeczka autorstwa Georgesa Simeona - „Maigret się bawi”. Jak nie trudno się domyślić pokusa przeczytania była tak ogromna, że ne kazałam jej długo czekać.

poniedziałek, 17 września 2018

Dziewczyna z Brooklynu - Guillaume Musso


wydawnictwo: Albatros
tytuł oryginału: La fille de Brooklyn
data wydania: 2 sierpnia 2017
liczba stron: 400

O gustach się nie dyskutuje, ale jak wiadomo one z biegiem lat mogą ewoluować i nagle to co kiedyś nas zniechęcało, zaczyna fascynować. Dotyczy to również literatury. Szukamy czegoś nowego, trafiamy na zupełnie nowe gatunki, a tym samym na twórczość autorów, których dotąd nie znaliśmy, albo znać nie chcieliśmy. Aż tu pewnego dnia trafiają do grona ulubionych pisarzy. Pytanie czy odrzucając wcześniej ich twórczość robiliśmy błąd, czy też po prostu do takiego gatunku trzeba było dorosnąć. Obstawiam drugą wersję. Kilka lat temu, jakoś w 2014 roku znudziło mnie czytanie młodzieżówek, wampirów czy też samej obyczajówki i zaczęłam poszukiwania czegoś innego. Chciałam poszerzyć swoje literackie horyzonty i zakosztować innych gatunków. Zaczęło się chyba od kryminałów retro i później już poszło dalej. Zafascynowana zupełnie innym światem, sięgałam głębiej, aż pewnego dnia do mojej biblioteczki trafiła książka Guillaume Musso, a było to „Jutro”. I w momencie rozpoczęcia tej książki, już wiedziałam, że na jednej to na pewno się nie skończy. Pamiętam, że nie mogłam oderwać się od czytania, więc kontynuowałam swoja przygodę z bohaterami tej książki nawet w kąpieli. Od tamtej lektury minęło już sporo czasu, a ja nadal uwielbiam zagłębiać się w losy bohaterów wymyślonych przez tego francuskiego pisarza. Książek przybywa, a każdą pochłaniam z prędkością światła. Tym razem nadrabiam zaległości wydawnicze wybierając „Dziewczynę z Brooklynu”.

„Niektóre wspomnienia są jak rak: poprawa nie zawsze oznacza wyzdrowienie.”

Czy paląca chęć poznania przeszłości bliskiej nam osoby może zburzyć szczęśliwą teraźniejszość? Czy warto ryzykować miłość i burzyć plany, żeby zaspokoić ciekawość? Czy otwierając puszkę pandory jesteśmy gotowi na to, co przyniesie nam jutro? Odpowiedzi na te pytania poznał Raphael Barthelemy, pisarz, ojciec i zakochany facet, który tak bardzo chciał wiedzieć…
Doskonale pamiętam ten moment: stoimy nad brzegiem morza, patrząc, jak zachodzące słońce rozświetla horyzont. Wtedy Anna zapytała: „Czy wciąż byś mnie kochał, gdybym zrobiła coś naprawdę złego?”. Co mogłem odpowiedzieć? Anna była kobietą mojego życia. Za trzy miesiące mieliśmy się pobrać. Oczywiście, że ją kochałem, niezależnie od tego, co zrobiła. Tak przynajmniej myślałem, gdy ona gorączkowo szperała w  torebce i wręczała mi zdjęcie, mówiąc: „Oto, co zrobiłam”. Patrzyłem oszołomiony na jej sekret i wiedziałem, że nasz los odmienił się bezpowrotnie. Zszokowany, odszedłem bez słowa. Kiedy wróciłem, było już za późno – Anna zniknęła. Od tamtej chwili wciąż jej szukam.
Sześc miesięcy, tyle trwa szczęśliwy związek Raphaela i Anny. Wszystko układa się wręcz idealnie, a ślub coraz bliżej, jednak jego nachodzą dziwne myśli. Ma wrażenie, ze ukochana coś ukrywa. Tak bardzo go to męczy, że podczas romantycznej wyprawy na Lazurowe Wybrzeże postanowił przycisnąć ją do muru. Wystarczyło jedno wstrząsające zdjęcie w połączeniu z jednym zdaniem, by zachwiało się szczęście. On wychodzi wzburzony, ona w tym czasie znika. Chcąc naprawić błąd Raphael rusza w ślad za ukochaną… Okazuje się, że Anna zniknęła, pisarz przeistacza się w detektywa i wraz ze swoim przyjacielem, emerytowanym policjantem próbuje ją odnaleźć. Sprawa sięga zdecydowanie głębiej niż oboje zakładali. Dokąd zaprowadzi ich śledztwo? Kto czyha na życie Anny? Kim tak naprawdę jest ta młoda kobieta?

„Wszyscy coś ukrywamy, prawda?”

„Dziewczyna z Brooklynu” to intrygujący, dynamiczny, poplątany i genialny thriller, który trzyma w napięciu do samego końca. Zagadka godni zagadkę, a tajemnica tkwi w przeszłości. Wielowątkowa fabuła nie pozwala się nudzić, a na akcję nie trzeba długo czekać. Autor od początku nadaje tempa swojej historii, burzy poukładany świat swoich bohaterów i wrzuca ich w wir niebezpiecznych rozgrywek. Guillaume Musso jak zwykle spisał się na medal. Zgrabnie połączył wątek miłosny z kryminalnym doprawiając to szczyptą przeszłości oraz ciekawych portretów psychologicznych. Zaprosił czytelników w trzydniową podróż po dwóch krajach, aby rozwikłać tajemnicę jednej kobiety. Niebezpieczna polityka, psychopata, tajemnica sprzed lat, fałszywe tożsamości i tragiczne losy bohaterów, to znajdziecie na ponad 360 stronach tej książki. Znajdziecie nawet więcej, ale nie będę psuć zabawy zdradzając zbyt wiele. To książka, którą warto przeczytać i z czystym sumieniem polecam zarówno ten tytuł jak i inne książki autora. Facet po prostu potrafi tworzyć fascynujące historie, czasem dodając nawet nutkę fantastyki i robi to w fenomenalnym stylu. Dla kogo ta książka? Dla miłośników niebanalnych, trzymających w napięciu thrillerów, napisanych w ciekawym stylu. Czytając książki Musso nawet nie zauważycie jak dojechaliście do końca.

„Z każdej sytuacji jest jakieś wyjście i jak to często bywa, ma się je pod nosem, tylko się go nie widzi. „

wtorek, 11 września 2018

Tysiąc Dni w Orvieto - Marlena de Blasi


wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
data wydania: 24 lutego 2010
liczba stron: 408

„Trzeba dużo zmienić, aby wszystko zostało po staremu.”

Miłośniczką włoskich klimatów w literaturze zostałam dzięki twórczości Marleny de Blasi i jej „Wieczorom w Umbrii”. Kolejną książką , która podbiła moje serce jest „Tamtego lata na Sycylii” i te dwie wędrówki po tym niesamowitym kraju sprawiły, że przepadłam z kretesem. Autorka oczarowała mnie totalnie, włącznie z moimi kubkami smakowymi, które podczas czytania wręcz oszalały. Od tamtej pory, każdą jej książkę czytam z przyjemnością, nawet jeśli opinie na jej temat są podzielone, a ogólna ocena nie wypada powalająco. Ja i tak wiem, że w twórczości tej kobiety znajdę coś dla siebie. „Tysiąc dni w Orvieto” to trzecia książka autorki na mojej półce i zapewne nie ostatnia bo wiem, że mam do nadrobienia to i owo z jej dorobku. Po tym, czego miałam okazję zakosztować czytając te trzy, wiem już czego mogę się spodziewać i z chęcią oraz rozbudzoną ciekawością wyruszę jeszcze w niejedną literacką podróż, będąc cieniem Marleny de Blasi.
Orvieto - malownicze średniowieczne miasteczko w Umbrii, nazywanej "zielonym sercem Italii". To właśnie tam postanawiają przeprowadzić się Marlena i Fernando, by znaleźć dla siebie nowy dom. Jeden z zabytkowych pałacyków z imponującą salą balową mógłby okazać się wygodnym mieszkaniem. Problem w tym, że pałacyk wymaga generalnego remontu, co dla sympatycznego małżeństwa oznacza mnóstwo kłopotów, ale i przygód. Marlena zakochuje się w atmosferze Orvieto, w odkrywaniu lokalnych tajemnic, w smakowitych potrawach i w mieszkańcach miasteczka - grupce barwnych postaci, wśród których znajdą się artyści, arystokraci, pasterze i pewien samotny wiolonczelista...
  „Nie ma co doszukiwać się wielkich tajemnic dotyczących radości. Zwyczajnie trzeba dostrzegać, to co daje nam szczęście. Przede wszystkim właśnie to należy wiedzieć na swój temat.”

Co powiecie na wędrowny tryb życia z zakochanym po uszy wenecjaninem? Wyobraźcie sobie, że możecie pozwolić sobie na luksus mieszkania w różnych miejscach. Dwa lata tu, trzy tam, następnie kolejne dwa zupełnie gdzie indziej... Jeśli dorzucić do tego podróż po zakątkach Italii, wtapianie się w zwyczaje danego regionu i jego mieszkańców, a także smakowanie tradycyjnej kuchni wraz z nowo zdobytymi przyjaciółmi, to całość brzmi naprawdę kusząco. Każda nowo poznana osoba może stać się przyjacielem posiadającym niezwykle ciekawą historię, która nie tylko fascynuje, ale również uczy. Każda chwila spędzona przy wspólnym stole może być magiczna i wcale nie chodzi o to, co na tym stole się znajduje, a o to kto przy nim siedzi. Oczywiste, prawda? A jednak, tak często o tym zapominamy. Dlatego tak bardzo cenię sobie twórczość autorki gdyż w każdej ze swoich książek prócz miłości do jedzenia, pokazuje miłość i otwartość do ludzi. Z wyczuciem i prostotą opisuje ich historie, ale także przypomina to, co w życiu najważniejsze. Jeśli lubicie eksperymentować w kuchni to znajdziecie tutaj garść przepisów, dzięki którym będziecie mogli zrobić sobie równie wykwintną ucztę we własnym domu.

Marlena de Blasi - Dziennikarka i krytyk kulinarny. Z pochodzenia Amerykanka, od kilkunastu lat mieszka we Włoszech. Napisała książki wspomnieniowe o Wenecji, Toskanii, Sycylii. Obecnie wraz z mężem zajmuje się organizacją wycieczek kulinarnych po Toskanii i Umbrii.

„Miłość powstaje jak perła i składa się z wielu warstw cierpienia.”

„Tysiąc dni w Orvieto” to książka, w której próżno szukać dynamicznej akcji, bądź trzymającej w napięciu fabuły. To po prostu leniwie płynąca z własnym nurtem opowieść o miasteczku na skale i urokach Umbryjskich okolic. To także ludzie i ich losy, często splecione w jeden warkocz urazów pielęgnowanych od lat i miłości, które miały w sobie iskrę, ale także wiele warstw cierpienia. Autorka w swoich wspomnieniach próbuje przekonać nas do zaakceptowania tego co przynosi życie i płynięciu z jego nurtem. Marlena de Blasi po raz kolejny czaruje tym co Włoskie, zaczynając od jedzenia poprzez krajobrazy, zwyczaje, a na ludziach kończąc. Czytając książki tej autorki mam wrażenie, że bohaterów jej wspomnień znam osobiście, jestem świadkiem rozmów, spacerów, wspólnego gotowania czy picia wina. Dla wielu ta książka może okazać się zwyczajnym niewypałem, bo nic się w niej nie dzieje, ja jednak znalazłam to czego szukałam. Strony tej książki przesycone są zapachami kuchni tradycyjnej. Ona jest w połowie o jedzeniu i o uwielbieniu do prostoty posiłków, ale przede wszystkim pachnie ziołami, gorącym chlebem, aromatycznym mięsem i winem. Czytając te pachnące wspomnienia pozwoliłam sobie na odpoczynek i podróż po Orvieto – taka nieśpieszna wędrówka podczas, której nie muszę ruszać się z fotela. Komu poleciłabym książkę Marleny de Blasi? Miłośnikom Italii, dobrego jedzenia i powieści wspomnieniowych.

„Niech życie układa się samo.”

niedziela, 2 września 2018

Detektyw Arrowood - Mick Finlay


cykl: Arrowood Mystery (tom 1)
wydawnictwo: HarperCollins Polska
tytuł oryginału: Arrowood
data wydania: 2 marca 2018
liczba stron: 336

Kolejna już książka z detektywem w roli głównej. Powiecie, że to staje się już nudne? Dla wielu może to faktycznie być już monotonne, takich tytułów znajdziecie mnóstwo, każdy z nich to następca Holmesa, Poirota bądź innego słynnego detektywa. Jak wiadomo owo grono stale się powiększa i to także o kobiety. Nie tylko w księgarniach czy bibliotekach znajdziecie sporo takich tytułów, na moich półkach też zbiera się coraz pokaźniejsza kolekcja, z czego bardzo się cieszę. Uwielbiam te książki i ta tematyka wcale mnie nie nudzi. Szczególnie jeśli idzie o kryminały retro. Powiem więcej, już mam w planach zakup kolejnych książek tego typu, tym razem z francuskim detektywem, którego poznałam w odsłonie telewizyjnej, a znajomość chętnie pogłębię przez wersję papierową. Przejdźmy jednak do samego Arrowooda. Ten facet to kompletne przeciwieństwo Holmesa, łączy ich co prawda „dedukcja”, czy też zainteresowanie ludzką psychiką, jednak dzieli sporo. Wizerunek, osiągnięcia, status materialny, a nawet stan cywilny. Bohater, którego wymyślił Mick Finlay to detektyw niższej rangi, do którego przychodzi ten, którego nie stać na sławę Londynu, czyli Holmesa. Facet po przejściach, którego zostawiła żona. Nie może też poszczycić się takim dorobkiem jak jego konkurent, którego zresztą krytykuje przy każdej okazji, skrycie zazdroszcząc mu sławy.
Londyn w 1895 roku to miłe miejsce dla bogatych i przedsionek piekła dla biedaków. W brudnych zaułkach kwitnie handel narkotykami i prostytucja. Policja ma pełne ręce roboty, ale z braku środków większość spraw odkłada na półkę. Bogaci w razie potrzeby wynajmują Sherlocka Holmesa, biedni stukają do drzwi Arrowooda. Arrowood czasami za dużo pije i za często zażywa laudanum, ale zna się na ludziach i na kilometr wyczuwa kłamstwo. Holmes to według niego bogaty pozer, bezradny, gdy w sprawie brakuje wyraźnych tropów. Gdy Arrowood przyjmuje zlecenie od panny Cousture, spodziewa się banalnego śledztwa. Znajdzie jej zaginionego brata, zainkasuje honorarium i zapomni o sprawie. Dzieje się inaczej, ta historia ma drugie, a może nawet trzecie dno, a Arrowood nadepnie na odcisk bardzo niebezpiecznym ludziom.
„Detektyw Arrowood” chodzi w za ciasnych i o rozmiar mniejszych butach, nie przeszkadza mu to jednak nadepnąć na odcisk niebezpiecznym ludziom z Londynu. Musi rozwiązać sprawę, która z pozoru wydaje się łatwa, jednak wraz z upływającym czasem i przybywającą ilością kłamstw, staje się naprawdę niebezpieczna, a na szali postawione zostaje życie w tym zupełnie niewinnych osób. Nasz detektyw nie tylko przemierza mało eleganckie ulice jednego z najsłynniejszych miast, on przedziera się wręcz przez gęstwinę poszlak i niedomówień swojej klientki. Sprawa, która miała być banalna nagle prowadzi do zadziwiających odkryć i staje się wielowątkowa. Tak jak Sherlock Holmes ma swojego wiernego kompana i sekretarza, tak Arrowood ma swojego pracownika od zadań specjalnych.Nie są co prawda na takiej stopie przyjacielskiej jak Watson i Holmes, ale dogadują się nieźle. Książka sama w sobie jest niezła, chyba nawet bardziej dynamiczna niż te opisujące przygody bohatera wymyślonego przez Arthura Conana Doyle’a. Narratorem jest Barnett, który w lekki i przyjemny sposób prowadzi czytelnika w ślad za swoim pracodawcą. Jeśli lubicie klimaty starego Londynu i kryminalne zagadki z prywatnymi detektywami, to polecam wam serdecznie. Czytanie nie sprawi wam żadnych trudności, nie obciąży szarych komórek, ani nie powieje nudą (ja się nie nudziłam). Mick Finlay napisał książkę, która potrafi wciągnąć, stworzył fabułę, która nabiera tempa z każdym kolejnym tropem, a śledztwo tak naprawdę prowadzi na inne tory niż początkowo na to wyglądało. Tak więc kochani, zapraszam na fajną przygodę opisaną w trzydziestu siedmiu rozdziałach, bo jest ona naprawdę warta uwagi.

czwartek, 23 sierpnia 2018

Prowadź swój pług przez kości umarłych - Olga Tokarczuk


wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
data wydania: 16 lutego 2017
liczba stron: 323

„Trzeba mieć oczy i uszy otwarte, kojarzyć fakty. Widzieć podobieństwo tam, gdzie inni widzą całkowitą odmienność, pamiętać, że pewne wydarzenia dzieją się na różnych poziomach lub, mówiąc innymi słowy, wiele zdarzeń jest aspektami tego samego, I że świat jest wielką siecią, że jest całością i nie ma żądnej rzeczy, która byłaby osobna. Że każdy, najmniejszy nawet fragment świata związany jest z innymi skomplikowanym Kosmosem korespondencji, które trudno jest przeniknąć zwykłemu umysłowi . Tak to działa. Niczym japońskie auto.”

Któregoś dnia natrafiłam na jedno bardzo piękne i jakże trafne zdanie dotyczące książek, utkwiło mi w pamięci i teraz podczas pisania musiałam je koniecznie odszukać. Autorka bloga Lustro Rzeczywistości w jednej ze swoich recenzji napisała : „[…] są też takie książki, które powinny być wydawane na pancernym papierze, by przetrwały ponowne czytanie, nerwowe przewracanie stron, moczenie potokiem łez i wściekłe rzucanie o ścianę.” Zgadzam się z tym, a od siebie dodałabym jeszcze to, że druk na takim papierze zapewniłby przetrwanie bogatemu, barwnemu językowi, którym dana historia została napisana. W moje ręce trafiła właśnie książka, która wpisuje się w ramy tej reguły. Konkretnie mowa o książce Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, która oczarowała mnie od pierwszych stron.
W oddalonej od reszty świata górskiej osadzie w pięknej Kotlinie Kłodzkiej mieszka ze swoimi psami Janina Duszejko – nieco ekscentryczna starsza pani, miłośniczka astrologii, która w wolnych chwilach dogląda domów nieobecnych sąsiadów i tłumaczy poezję Williama Blake’a. Niespodziewanie przez tę spokojną okolicę przetacza się fala morderstw, których ofiarą padają miejscowi myśliwi. Czy to możliwe, by to zwierzęta – jak sugeruje Duszejko – zaczęły czyhać na życie swych oprawców? Wszak Blake pisał: „Błąkająca się Sarna po lesie / Ludzkiej Duszy niepokój niesie”…
„Czasem myślę, że tylko chory jest naprawdę zdrowy.” 

„Prowadź swój pług przez kości umarłych” nie należy do grona lekkich i przyjemnych lektur, jakie zabiera się na plażę, żeby urozmaicić sobie opalanie i nie przemęczyć się intelektualnie. Książka Olgi Tokarczuk to gruby kaliber literacki, który daje do myślenia, zachwyca bogactwem językowym i treścią, która potrafi zaskoczyć tym, co teoretycznie jest do przewidzenia. Thriller moralny, w który została wpleciona zagadka kryminalna, gdzie główną rolę odgrywają zwierzęta. Janina Duszejko to ekscentryczna kobieta, której na sercu lezy dobro zwierząt. Jest wyśmiewana przez otoczenie i często nazywana wariatką. Mieszka na odludziu, a zimą rzuca okiem na pobliskie posesje. W wolnych chwilach układa tarota, prowadzi wojnę z myśliwymi i walczy z powracającymi dolegliwościami. To bardzo ciekawa postać literacka, która swoim zachowaniem ma coś do przekazania. Autorka w swojej książce porusza temat kłusownictwa, tego jak traktujemy braci mniejszych i jak bardzo nasze życie się zmienia. W książce Tokarczuk nie tylko znajdziecie niesamowicie surowy i zarazem zachwycający obraz Kotliny Kłodzkiej, ale również świetnie odzwierciedlony portret ludzkiej natury. Ta książka to skarbnica cytatów, zilustrowana fotografiami z planu filmowego „Pokot”, a także nie zabraknie w niej fragmentów poezji Blake’a. Podsumowując: są takie książki przy których warto się zatrzymać dłużej, po prostu pozwolić się oczarować porządnej literaturze. „Prowadź swój pług przez kości umarłych” lektura warta uwagi, ale z pewnością nie dla każdego.

„Dzieci są giętkie i miękkie, otwarte i bezpretensjonalne. Nie prowadzą small-talków, którymi każdy dorosły potrafi zamamrotać swoje życie. Niestety, im starsze, tym bardziej poddają się władzy rozumu, stają się, jakby to powiedział Blake, obywatelami Ulro i już nie tak łatwo i naturalnie dają się naprowadzić na własną drogę.”

sobota, 18 sierpnia 2018

Rozdarta zasłona - Maryla Szymiczkowa


cykl: Profesorowa Szczupaczyńska Zofia (tom 2)
wydawnictwo: Znak Literanova
data wydania: 12 października 2016
liczba stron: 304

„Przez rozdartą zasłonę pozorów uderza nas widok błotnej kałuży.”

Raz posmakowała prawdziwej zagadki, zbrodni i roli detektywa w spódnicy i wraca by rozwikłać kolejne śledztwo. Profesorowa Szczupaczyńska ponownie przemierza ulice Krakowa by sprawiedliwości stało się zadość. Skoro policja sobie nie radzi, to ona musi coś z tym niezwłocznie zrobić, tym bardziej, że ofiara zbrodni mieszkała pod jej dachem. Skoro jest profesorowa to znaczy, że Maryla Szymiczkowa nie poprzestała na „Tajemnicy Domu Helclów” i raczy swoich czytelników kolejną interesującą zagadką kryminalną w stylu retro.
Pod willą Rożnowskich wielkie zbiegowisko - Wisła wyrzuciła na brzeg zwłoki młodej dziewczyny. W domu profesorostwa Szczupaczyńskich nie mniejsza tragedia: Karolcia - dopiero co przyuczona do służby - niespodziewanie złożyła wymówienie. A tu zbliża się Wielkanoc i Zofia Szczupaczyńska musi się zająć całym domem, mając do dyspozycji zaledwie jedną służącą! Wie jednak, że jej obywatelskim obowiązkiem jest pomóc w znalezieniu sprawcy morderstwa nad Wisłą. Nawet jeśli będzie zmuszona złamać większość zasad statecznej matrony. Czy uda jej się zedrzeć zasłonę skrywającą mroczne oblicze Krakowa 1895 roku?
„Rozdarta zasłona” to literacki kąsek, którym można delektować się do samego końca, tak jak w przypadku debiutanckiej „Tajemnicy Domu Helclów” tak i tutaj możemy spokojnie mówić o kryminale z wysokiej półki. Tym razem fabuła przenosi nas do roku 1895, do momentu, w którym Wisła wyrzuca na brzeg ciało młodej dziewczyny. Tą dziewczyną jak się okazuje była służąca profesorstwa Szczupaczyńskich, Karolcia. Urodziwa młoda osóbka, która nagle porzuciła pracę by ruszyć za miłością. Pytanie tylko, dlaczego ruszyła aż na tamten świat i kto jej w tym pomógł? Jak się domyślacie Zofia Szczupaczyńska nie spocznie póki nie dowie się kto zamordował jej podwładną i co tak naprawdę kryje się za całą tą historią. A kryje się oj kryje i to sporo… Tym razem nasz detektyw na obcasikach trafi na trop brudny, odrażający i taki, który powinien być obcy damie z towarzystwa. Jeśli ktoś sądzi, że kobiety to słaba płeć, która od wszystkich straszności dostają zawrotów głowy i mdleją to się grubo myli, szczególnie w przypadku Zofii Szczupaczyńskiej. Można by ją opisywać na różne sposoby, jednak idealną charakterystykę znalazłam w tekście i mogę sobie darować snucie swoich wersji. Oto jak autorka opisuje swoją bohaterkę:

„Ekscytacja z powodu awanturniczych poszukiwań mordercy dalece przewyższała radość statecznego dbania o ognisko domowe; wertowanie czasopism w bibliotece cieszyło ją o wiele bardziej niż studiowanie książeczki do nabożeństwa, a zbieranie datków na renowację katedry nie mogło się równać z gromadzeniem tropów i z próbami ułożenia z nich mozaiki, która wyjawiłaby sekret zabójstwa Karolci.”

Maryla Szymiczkowa to wdowa po prenumeratorze „Przekroju” w twardej oprawie, królowa pischingera, niegdysiejsza gwiazda Piwnicy pod Baranami i korektorka w „Tygodniku Powszechnym”. Kobieta powołana do życia przez dwóch mężczyzn… Jacka Dehnela oraz Piotra Tarczyńskiego. Pierwszy z tej dwójki jest pisarzem, poetą, tłumaczem i autorem bloga poświęconego tabloidowi kryminalnemu „Tajny Detektyw”. Drugi zaś jest historykiem, tłumaczem oraz amerykanistą.

Zapewne się powtórzę, ale „Rozdarta zasłona” Maryli Szymiczkowej to również kryminał z charakterem, w którym górą jest kobieta. Powiem więcej, ta kobieta wykazała się większym zaangażowaniem i dedukcją niż policja. Jej spryt, logika i odwaga pozwoliły nie tylko zdemaskować zabójcę, ale również odkryć szereg licznych powiązań z bezlitosną szajką przestępców i skorumpowaną władzą. Nagle Kraków stał się miastem z podwójną tożsamością, miastem pozorów, w którym każda kamienica kryje swoje sekrety i ciemne sprawki. Jest to dowód na to, że nie tylko mężczyzna może być mistrzem na polu dedukcji, co więcej kobieta radzi sobie równie dobrze i to pod nosem niczego niepodejrzewającego męża. Podsumowując: książka godna polecenia wszystkim miłośnikom tego gatunku. Przyznam szczerze, że obawiałam się rozczarowania, szczególnie po pierwszej połowie książki, jednak później lawinowo akcja się rozkręciła, nabrała rumieńców i to dosłownie… nie zabraknie przekrętów, makabrycznej zemsty, morderstwa z zimną krwią i międzynarodową aferą z handlarzami żywym towarem. Najlepsze i tym samym najsmaczniejsze jest zakończenie, gdy po raz kolejny profesorowa Szczupaczyńska zamienia się jakby w Poirota i krok po kroku zgromadzonym uczestnikom spotkania opowiada jak doszła do rozwiązania sprawy. Arcydzieło polskiego kryminału. Już wiem, że najnowsza książka autorki trafi w moje ręce i nie pozwolę jej czekać tak długo jak jej poprzedniczce. To nie przypadek, że autorce (autorom) po raz kolejny udała się tak dobra książka, którą można się wręcz delektować i polecać znajomym. Polecam gorąco!

„Czasami nie ma innego sposobu, jak zgrzeszyć mniej, by większego grzechu uniknąć.”

czwartek, 16 sierpnia 2018

Będziesz na to patrzył - Magda Rem


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 3 lipca 2018
liczba stron: 408

Czerwona koperta może zawierać list miłosny, albo anonim, który zamieni życie adresata w piekło na ziemi. Wraz z nowym biegiem wydarzeń, pojawią się pytania. Grzebanie w przeszłości, szukanie wrogów i zranionych przyjaciół. Magda Rem napisała książkę, w której trup ściele się gęsto, a psychopata jest zdolny do wszystkiego. Jednak poza trupami na drugim planie jest siatka powiązań ludzkich. Przez całe swoje życie spotykamy mnóstwo osób, nawet przelotne znajomości odciskają „ślad” w czasoprzestrzeni i to, co dziś wydaje się błahym epizodem, za kilkanaście lat będzie powodem do zemsty. Kolejne na co można zwrócić uwagę to metamorfoza człowieka pod wpływem tragedii, cierpienia… Czasem nawet nie dostrzegamy tej kruchej cieniutkiej granicy między dobrem, a złem.
Rodzina Barczów – zwyczajni ludzie, zwyczajne życie. Marek – lekarz, Elwira – tłumaczka, i ich piętnastoletnia córka Marta – ładna, zdolna, dobrze wychowana. Jeśli ktoś ma swoje słabości, bez problemu ukrywa je przed innymi, bo nie są to grzechy śmiertelne. Romans, zdrada… Z czasem takie problemy rozwiązują się same. Więc dlaczego z jasnego nieba uderza nagle grom? Początkiem koszmaru jest anonimowy list do Marka: "Będziesz na to patrzył!". Szczęśliwe życie zamienia się w zły sen – i rozpoczyna się wyścig z czasem. Skąd pojawiło się zagrożenie, stawiające pod znakiem zapytania byt rodziny? Co kieruje sadystycznym prześladowcą? Jak daleko się on posunie? Marek staje do nierównej walki. Szuka przyczyn swego upadku. Nie wie, czy ma za przeciwnika psychopatę czy ostatniego sprawiedliwego. Nie wie, kto zawinił, komu i w czym. Niczego nie wiadomo, a tymczasem jakby wszystko się sprzysięgło przeciw niemu. Brak odpowiedzi, brak sposobu i czasu, żeby je znaleźć, a tymczasem wali się cały świat! Prześladowca cierpi, nie zna więc litości.
„Będziesz na to patrzył” to dobrze napisany, trzymający w napięciu thriller, który potrafi zaskoczyć czytelnika jeszcze przed dotarciem do ostatniej kropki. Fabuła niesamowicie wciąga. Między rozwojem współczesnej akcji podróżujemy w przeszłość, by zbierać elementy rozsypanej układanki i dzięki temu dość szybko dowiadujemy się, kto jest prześladowcą głównego bohatera. Jednak ostateczna zagadka – co ich łączy i czym zawinił mu Marek- pozostanie wyjaśniona dopiero na końcu. Objętościowo też jest w sam raz, nie za obszernie ani nie za licho. Jak dla mnie nudą nie wiało ani przez chwilę! To opowieść o idealnej rodzinie, która może się wydawać aż za szczęśliwa i książkowa. Może jednak autorce chodziło właśnie o to, żeby pokazać, że nawet tych żyjących w sielankowych klimatach może dosięgnąć koszmar. Książkę czyta się ekspresowo, powiedziałabym że przyjemnie, choć to co spotyka głównego bohatera przyjemne nie jest. Jednak mimo napięcia brakuje mi tu tego dreszczyku grozy, który miał sprawić, że „przeczytam i nie zmrużę oka” jak to obiecuje tekst na okładce. Jeśli szukacie wnikliwej analizy psychologicznej to raczej jej nie dostaniecie, a niektóre wątki mogą wydać się naciągane, ale to już zależy od gustów, guścików i wymagań. Ja osobiście jestem zadowolona i z pewnością jeszcze kiedyś sięgnę po twórczość autorki.

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki.