sobota, 20 stycznia 2018

Zbyt piękne - Olga Rudnicka [PRZEDPREMIEROWO]


PREMIERA: 13 lutego 2018
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
liczba stron: 376

„Jeśli coś jest zbyt piękne, by było prawdziwe, to zwykle jest tylko piękne.”

Już w lutym nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka ukaże się najnowsza książka Olgi Rudnickiej - „Zbyt piękne”. To świetna wiadomość dla fanów twórczości autorki, choć pewnie większość wie o tym już od jakiegoś czasu choćby z facebooka, gdzie taka informacja wraz z projektem okładki pojawiła się na jej Fanpage’u. Sama nie mogłam się już doczekać, kiedy po raz kolejny będę mogła pośmiać się z cudzych kłopotów, a konkretnie z reakcji bohaterów na zaistniałe okoliczności. Oj, a te reakcje bywają naprawdę barwne… U Rudnickiej panuje zasada: niby poważnie, ale nie do końca i za to ją cenię, a nawet uwielbiam jej książki. Nikt inny nie potrafi rozbawić mnie do łez tak jak ona. Zastanawia mnie jak to robi, że z każdą wydaną książką – a nie jest ich wcale aż tak mało – jej styl, lekkość pióra i przede wszystkim poczucie humoru mają wciąż tą samą świeżość. Wydawać by się mogło, że skoro wydaje książki dość często (a może to mi tylko tak czas pędzi do przodu i mam mylny osąd) to jej pomysły stają się odgrzewanymi kotletami, a doceniany przez czytelników czarny humor osłabnie i spowszednieje, a jednak tak nie jest.
Zuzanna kupuje dom po okazyjnej cenie. Wie, że wymaga on sporych nakładów, ale na marzeniach się nie oszczędza. Nowy dom, nowa praca, nowe życie. Wreszcie będzie mogła mieć kota, psa i różanecznik w ogrodzie. Tymoteusz kupuje stare mieszkania, remontuje je i sprzedaje po wyższej cenie. Jakież jest jego zdziwienie, gdy na progu niedawno nabytego domu pojawia się nieznajoma młoda kobieta i twierdzi, że to jej własność.  Oboje padli ofiarą oszusta, który sprzedał nieruchomość dwóm osobom, a następnie zniknął wraz z pieniędzmi. Tymoteusz nie zamierza ustąpić i wyprowadzić się ze swojego nabytku. Zuza zaciągnęła kredyt, więc również nie zamierza zrezygnować. Jedyne, co im pozostaje, to zawiązać sojusz, znaleźć oszusta i odzyskać pieniądze.
Ona i On. Wspólne kłopoty i przy okazji wojna płci. Z tym dwojgiem na nudę narzekać absolutnie się nie da. Takiego udanego i barwnego duetu już dawno nie spotkałam na kartkach żadnej książki. Oczywiście Rudnicka słynie z tego, ze jej bohaterowie zaliczają się do nietuzinkowych postaci i mają wpadające w oko i ucho imiona i nazwiska, a osobowości potrafią powalić, ale tych dwoje to petarda. Jedno uzupełnia drugie, pyskówki są non stop, wymiany poglądów i oczywiście nie obejdzie się bez mylnej interpretacji. W tej książce nie mogło oczywiście zabraknąć komedii pomyłek, i kryminalnego wątku- bo jak wiadomo Rudnicka = kryminał i sensacja na wesoło. Co tu dużo mówić, fabuła jest wciągająca i niebanalna. Znajdzie się również coś dla miłośników dwóch poprzednich powieści autorki. Na nudę nie mogą również narzekać nasi bohaterowie. Ich życie zamieniło się w jeden wielki kłopot pachnący długami, nieporozumieniami, a nawet kryminalistami. Oboje są dla siebie obcymi ludźmi, wspólny dom czyni ich współlokatorami, a ten sam wróg sojusznikami w walce o odzyskanie pieniędzy. Jeśli jesteście ciekawi co się wydarzy z udziałem tych dwojga to zapraszam do Kłopotowa.

„Tak to już jest z kobietami. Dobrze wiesz, że manipulują tobą i kręcą, byle postawić na swoim, a i tak robisz, co chcą. I nawet nie masz seksu.”

Olga Rudnicka ma na swoim koncie książki bardzo dobre, ale i świetne. „Zbyt piękne” należy do tego drugiego grona, jest naprawdę świetna. Do premiery zostało jeszcze trochę czasu, więc jeśli jeszcze ktoś nie wie o istnieniu Olgi Rudnickiej, albo nie planował zakupu jej najnowszej książki to ma czas do namysłu, bo naprawdę warto. To idealna propozycja na zimowe wieczory. Lekka, przyjemna i jeszcze poprawia humor. Jak dla mnie to chyba jej najlepsza książka, zaraz po „Zaciszu 13” (oczywiście z tych przeczytanych do tej pory). Myślę, że jej twórczość przypadnie do gustu fanom Joanny Chmielewskiej – podobny klimat. Na koniec jeszcze mała uwaga, albo przestroga…lepiej jej nie czytajcie w pobliżu śpiącego dziecka. No chyba, że ma twardy sen. Atak śmiechu może nadejść w każdej chwili!

„W przypadku mężczyzn trudno odróżnić wykręty od niezrozumienia problemu, bo albo jesteście idiotami,albo ich udajecie.”

Za możliwość przeczytania ebooka dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka

czwartek, 18 stycznia 2018

Pudełko z guzikami Gwendy - Stephen King, Richard Chizmar


wydawnictwo: Albatros
data wydania: 22 listopada 2017
liczba stron: 176

„ […] sekrety to kłopot, może największy kłopot ze wszystkich.”

Sekrety to fajna sprawa, prawda? Szczególnie te, które chcemy poznać i to z wypiekami na twarzy. Cudze sekrety są najciekawsze, a te nasze uwierają jak za mały but. Cisną, gniotą i obcierają. Najpierw czujemy tylko dyskomfort, następnie robi się pęcherz, a później to już zdarty naskórek. Oczywiście wszystko zależy od wagi tego sekretu, ale nie zmienia to faktu, że są one pociągające tylko na początku. Czyjeś za to pachną przyjemnie i kusząco. Nawet jeśli nie należy człowiek do tego wścibskiego grona to i tak tajemnice go intrygują. Jednak są i tacy, którzy nie tylko potrafią sekret ukrywać bardzo długo, ale jeszcze powstrzymać się przed zrobieniem głupot, mimo że kuszą. Szczególnie te, których konsekwencje nie do końca są nam znane, a więc są trochę zagadkowe. Jakby nie patrzeć cytat w pełni trafny. Sekrety bywają kłopotliwe. Pozwoliłam sobie na taką małą dygresje ponieważ książka, którą dziś recenzuje o sekrecie opowiada. Z nim wiąże się nie tylko zagadka, ale i odpowiedzialność, która ciąży naszej bohaterce.
Miasteczko Castle Rock przez lata widziało niejedno mrożące krew w żyłach zdarzenie. Ale pewna historia nigdy nie została opowiedziana...aż do dziś. Wszystko zaczęło się na Schodach Samobójców w letni dzień 1974 roku. Dwunastoletnia Gwendy Peterson jak co dzień z trudnością wbiegła po wiszących schodach na szczyt wzgórza. Kiedy gorączkowo łapała oddech, usłyszała nieznajomy głos: - Hej dziewczyno! Podejdź no tu na chwilę. Musimy pogadać, ty i ja. Na pogrążonej w cieniu ławce siedział mężczyzna w czarnym kapeluszu, z tajemniczym pudełkiem na kolanach. Przyjdzie czas, kiedy Gwendy będzie widziała go w każdym koszmarze...
„Pudełko z guzikami Gwendy” autorstwa Stephena Kinga i Richarda Chizmara to książka, która uwiodła mnie okładką. Serio. Wyobraźcie sobie, że do tego stopnia mną zawładnęła, że nawet nie sprawdziłam kto jest autorem. Chociaż to chyba autor powinien przyciągnąć moją uwagę, skoro kilkakrotnie już zmierzyłam się z jego twórczością i stopniowo powiększam swoją kolekcję. Drugiego nazwiska nie kojarzę – przyznaje się uczciwie na samym początku. Jak już jestem przy temacie wizualnym to dodam, że całość jest naprawdę dobrze wydana i cieszy oko. Obwoluta, twarda oprawa, ilustracje, które wzbogacają treść. Przyszedł czas na kilka słów o treści. Zapowiadało się całkiem ciekawie, a nawet bardzo. Szkoda tylko, że im dalej końca tym było gorzej. Samo zakończenie też raczej nie zyskuje zbyt wysokich not. A może to ja mam jakiś problem z twórczością Kinga i nie trafia do mnie w pełni to co pisze ten facet, nawet w duecie z kimś innym? Bo raczej nie chodzi tutaj o sam gatunek, czytałam innych autorów i potrafiłam mieć ciarki. Jest jeszcze inne wytłumaczenie… po Kingu oczekuje się czegoś naprawdę mocnego i być może już na starcie mam za duże oczekiwania. Jakie by nie były wytłumaczenia problem jest taki, że przeczytałam, odłożyłam i mogę skupić się na podziwianiu okładki, bo jak już wspomniałam zrobiła na mnie największe wrażenie.

Co do treści to już moje zachwyty są zdecydowanie mniejsze. Serio. Sam pomysł na fabułę jest ciekawy. Odpowiedzialność, ludzkie wybory, słabości, sekrety, magiczne pudełko i dziwne wydarzenia… Książka jest krótka i można ją spokojnie przeczytać w dwie godzinki. Nie powiem, że nie wciąga, bo na pewnym etapie naprawdę mnie zaintrygowała, ale niestety fajerwerków nie było. Niewątpliwie autorzy stworzyli klimatyczną opowieść o małym miasteczku, w którym dzieją się dziwne rzeczy, a w zasadzie w którym znajduje się dziwna rzecz. Posiada je mała dziewczynka, która jest zafascynowana i zarazem przerażona. Lata mijają… a ona zaczyna to pudełko przeklinać. Czy owy niebezpieczny guzik zostanie wciśnięty? Na koniec dodam, że zabrakło mi mrocznego klimatu w większej dawce, a i samo zakończenie mogłoby być trochę inne. Moje rozczarowanie rekompensuje okładka i za samo to, jak została wydana zyskuje kilka punktów wyżej.

wtorek, 16 stycznia 2018

Lektor z pociągu 6:27 - Jean-Paul Didierlaurent


wydawnictwo: W.A.B.
data wydania: 6 maja 2015
liczba stron: 160

„Cokolwiek bowiem sądzić, nic w życiu nie jest ustalone raz na zawsze.”

Dla wielu atutem tej książki jest okładka, która faktycznie robi wrażenie, jednak na mnie wrażenie zrobiła treść. Wyobraźcie sobie historię wręcz genialną w swej prostocie, trochę dziwną, a jednak świeżą z punktu widzenia czytelnika, który często i gęsto czyta powieści o podobnym schemacie. „Lektor z pociągu 6.27” to powieść, którą trzeba poczuć. Zdaję sobie sprawę, że nie do każdego ona w pełni dotrze i wielu pozostanie zachwyt nad okładką.

Ta książka roztacza pewien czar i ma w sobie sporo uroku, który być może tkwi w prostocie przekazu, romantyzmie albo zwyczajnie w świeżości tej historii. Niby zwyczajna opowieść o szarej codzienności faceta, który pragnie wtopić się w tłum, który z niechęcią idzie do pracy i patrzy jak bezlitosne, groźne i obrzydliwe ONO pożera i trawi to, co on kocha – czyli książki (a zdolne jest nawet do upolowania mięsa i kości.) Jego świat to małe mieszkanko, złota rybka, dwóch przyjaciół: strażnik poeta i staruszek na wózku, który poszukuje swoich nóg. Codzienna rutyna, codzienne czytanie w pociągu uratowanych kartek przed zębiskami ONEGO, aż tu nagle pewnego dnia coś w tej rutynie się zmienia…
Dobiegający czterdziestki Guylain Vignolles prowadzi samotne życie. Pracuje w zakładzie utylizacji książek, a za jedynych przyjaciół ma złotą rybkę i dwóch kolegów z pracy. Codziennie Guylain wykrada kilka luźnych kartek z przeznaczonych na przemiał książek, by nazajutrz przeczytać je współpasażerom pociągu, którym dojeżdża do pracy. Tę monotonię przerywa nieoczekiwana propozycja dwóch fanek jego kolejowych lektur, by wystąpił w pobliskim domu starców.
Esencją tej powieści jest słowo pisane, które dla bohaterów ma bardzo duże znaczenie. Można pokusić się, że odmienia ono ich życie i to bez znaczenia czy są to kartki uratowane przez zniszczeniem, prywatne zapiski czy poezja. Pisząc nie tylko wyrzucamy z siebie to co jest w nas ukryte, ale również zostawiamy po sobie ślad. Czytając innym fragmenty pozostałe po zniszczonych książkach pozwalamy im nadal żyć jako dźwięki wpadające do uszu, jako fragmenty pobudzające wyobraźnię. Czyjeś teksty mogą ożywić i pobudzić do dyskusji, czy też działania. Ta powieść to taki hołd dla słowa pisanego. Poza tym znajdziecie tutaj przyjaźń, pogoń za marzeniami, tęsknota za miłością, romantyzm i potrzeba zmian. Jednak zupełnie inny niż ten dobrze wam znany.

Plusy

Nietuzinkowi bohaterowie. Zaczynając od nudnawego głównego bohatera, który mieszka ze złotą rybką i ma codzienne rytuały, po strażnika, który komunikuje się za pomocą aleksandrynu, warto też pamiętać o Giuseppe, który energii ma więcej niż niejeden młodzieniec posiadający obie nogi, do tego cel, który może wydawać się szalony. Nie można zapomnieć o postaciach kobiecych… Pewnej babci klozetowej szukającej miłości zaklętej w kafelkach. Zwariowanej ciotce, która zjada ciągle tą samą liczbę ptysi, które smakują najlepiej tylko w toalecie, czy też pewnej fryzjerce, na którą można zawsze liczyć. FCiekawie jest nie tylko czytać książki, ale również czytać o nich, a konkretnie o miłości do nich, jak i obojętności wobec ich losu. A także ten wspomniany romantyzm, który pokazany jest tutaj ciut inaczej, bardziej „platonicznie”. Zazwyczaj w książkach są namiętności, zdrady i intrygi. Tutaj mamy zauroczenie poprzez myśli przelane na papier. To właśnie one pozwalają poznać damską część tej opowieści. Humor subtelny, delikatny i specyficzny.

Minusy

Ja się do niczego nie mogę doczepić, jednak domyślam się, że niektórym może przeszkadzać główny bohater oraz brak akcji. Fabuła toczy się powoli, niektórych może nudzić. To po prostu klimat nie dla każdego.

Słowa mają wielką moc, jednak mogą ulec masowej zagładzie szybciej niż możemy sobie wyobrazić, o czym przekonał mnie Jean – Paul Didierlaurent w swojej książce. Jednak to nie jedyna lekcja jaką dał mi ten francuski pisarz, autor debiutanckiej powieści, której recenzje właśnie czytacie oraz nagradzanych wcześniej opowiadań, o których istnieniu nie miałam zielonego pojęcia (niestety). W swojej książce przekonuje, że wszystko może się zdarzyć, nie warto też patrzeć przez pryzmat pozorów, a także warto pamiętać, że czytanie pozwala otworzyć się na innych. Podsumowując: Książka nie należy do najgrubszych, ale za to ma bogatą treść, która być może zadowoli też miłośników „Amelii”, gdyż podobno mają co nieco wspólnego.

„Uśmiech nic nie kosztuje, a pozwala wiele zarobić.”

piątek, 12 stycznia 2018

13 minut - Sarah Pinborough



wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 16 stycznia 2018
liczba stron: 424

Moja przygoda z twórczością Sarah Pinborough zaczęła się od książki „Co kryją jej oczy” i prawdę mówiąc to była jedna z najlepszych książek w moim życiu. Tym razem miałam okazję przeczytać jej najnowszą książkę, która pojawi się w księgarniach już 16 stycznia, a nosi ona tytuł „13 minut”. Do jej przeczytania namówił mnie opis. Tak, nie nazwisko autorki, czy wspomnienie poprzedniej historii, a właśnie opis. W połączeniu z tak dobrymi i kuszącymi rekomendacjami to po prostu petarda dla mola książkowego. Zresztą sam Stephen King pisze o niej tak : „Poruszający i wciągający. Wprost nie mogłem się oderwać.” Inna kusząca opinia (Liz Loves Books) brzmi : „Typowe dla autorki upiorne zakończenie, a całość powiedzmy to wprost, świetna jak cholera. Jedna z moich ulubionych książek tego roku.” To jak tu się nie skusić na dobry thriller psychologiczny i to jeszcze biorąc pod uwagę, że poprzednia książka autorki była na tak wysokim poziomie? Sami przyznacie, że się nie da.
Byłam martwa przez 13 minut… teraz chcę wiedzieć, dlaczego. Nie pamiętam, jak trafiłam do lodowatej rzeki, ale wiem jedno: to nie był wypadek. Podobno przyjaciół trzeba mieć blisko siebie, a wrogów jeszcze bliżej, ale czasem trudno ich rozróżnić. Moje przyjaciółki mnie kochają. Wiem to. Co nie znaczy, że nie chciały mnie zabić. "13 minut" to wciągający kryminał o ludzkich tajemnicach, lękach, manipulacji i potędze prawdy. Podważa to wszystko, co myślimy o swoich relacjach z innymi i budzi wątpliwości, czy naprawdę znamy naszych bliskich…
W fabułę wchodzimy z przytupem. Od razu coś się dzieje. Trafiamy na ciało dziewczyny w lodowatej wodzie. Jeśli zdradzę, że dziewczyna przeżyła i była martwa tylko, a może aż 13 minut to nie będzie to spoiler, bo tyle znajdziecie w opisie – jeśli go czytacie. Od tej chwili zaczyna się cała misternie zaplanowana gra, można powiedzieć, że jest to idealna rozgrywka szachowa. Poziom hard. Tutaj warto zadać sobie pytanie, kto pociąga za sznurki i jest zdolny nie tylko do stworzenia tak misternego planu, ale przede wszystkim do bezwzględności i okrucieństwa. Autorka przenosi nas do świata nastolatek, problemów szkolnych w dobie facebooka, twitera czy instagrama. Do czasów, gdy w szkole albo jesteś kimś, albo zerem. Nie trudno się domyślać, że dzisiejsza młodzież i życie codzienne w szkole różni się znacząco od tej choćby za moich czasów.

„13 minut” to thriller psychologiczny, który przez jakąś połowę mnie nudził. Czułam się rozczarowana, a postacie nie potrafiły mnie do siebie przekonać. Zwyczajnie drażniły mnie – jak nie sztuczność, dwulicowość i płytkość, to pogarda, przesada, kompleksy. Obojętnie, którą z dziewczyn bym wybrała to mi nie pasowała – może z wyjątkiem Hanah. W zamyśle autorki miały być sukami (określenie powtarzane wielokrotnie w książce) więc były. Do pewnego momentu byłam przekonana, że rozwiązanie mamy na tacy, jednak to byłoby za łatwe. Powinnam od razu wziąć pod uwagę drybling autorki z poprzedniej książki. Dotarło do mnie, że coś się musi jeszcze wydarzyć, że gdzieś musi być ta „świetna jak cholera” fabuła z mrocznym zakończeniem. I faktycznie zrobiło się ciekawie. Nie obyło się bez tragicznych wątków, bez zwrotu akcji, napięcia, które wzrastało im bliżej końca byliśmy. Czytając możemy zdać sobie sprawę, że dobrze zaplanowane kłamstwo może nas zwieść w pole, a bliskie nam osoby, okażą się tak naprawdę kimś innym, a nam przypadnie w udziale rola pionków na cudzej szachownicy. Tak więc, im dalej w fabułę tym lepiej, nawet postacie nabrały charakteru. Manipulacja, żale z przeszłości, odsunięcie na dalszy plan, władza, uroda lub jej brak, pieniądze, narkotyki, sekrety, tragedia, kłamstwa, miłość. Tak można opisać fabułę w skrócie. To na pewno znajdziecie w świecie, do którego zabiorą Was te nastolatki. Jaki będzie finał? Komu zależy na pozbyciu się nastolatki? Jak to się stało, że jedna z bohaterek znalazła się w tej wodzie? Gdzie leży prawda? Kto kim manipuluje? Kogo należy się bać? Z takimi pytaniami zostawiam was na koniec…

Sarah Pinborough po raz kolejny udowodniła, że potrafi pisać książki z tego gatunku. Co prawda ta wydaje się dla mnie ciut słabsza niż „Co kryją jej oczy”, ale i tak jest dobra, a ja zwyczajnie zostałam przez autorkę zrobiona na szaro. Mimo początkowych rozczarowań i tak mogę ją polecić tym, którzy gustują w tym gatunku lub tym, którzy mają ochotę na mocniejszą akcję w gronie wrednych nastolatek.


„Łatwo jest kłamać, kiedy się stworzy odpowiednią sytuację, a najlepsze kłamstwa to półprawdy.”

Za możliwość przeczytania ebooka dziękuję wydawnictwo Prószyński i S-ka

niedziela, 17 grudnia 2017

List od... - Katarzyna Ryrych


wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Foksal
data wydania: 2 grudnia 2017
liczba stron: 117

„ Widzisz, zawsze powinno być coś, na co nie ma odpowiedzi. To sprawia, że życie jest ciekawe. Wtedy chcemy się czegoś dowiedzieć. I choć nie zawsze znajdujemy odpowiedź na nasze pytanie, po drodze poznajemy wiele innych interesujących rzeczy, które nawet nie przyszłyby nam do głowy.”

Grudzień stoi pod znakiem świąt. Z roku na rok coraz szybciej ubieramy choinki, słuchamy kolęd, a w sklepach czekoladowe gwiazdorki spotkać można już nawet w listopadzie. Jednak z każdym kolejnym mijającym dniem ostatniego miesiąca roku, robi się jakoś cieplej na sercu i świątecznie. Święta trwają prawie cały miesiąc, a te prawdziwe tak wyczekane czasem przelatują niezauważone. Bo niby są, ale nie cieszą tak jak dawniej. Nie zmienia to faktu, że jest to czas szczególny. Dorośli w szaleństwie obowiązków, zakupów i przygotowań próbują odkryć magię świąt z dzieciństwa. Dzieci zaś… jedni wierzą w Świętego Mikołaja (GWIAZDORA) inne stoją na rozdrożu, bo chcą wierzyć, ale to obciach, a inni już z niego wyrośli. Jakby nie patrzeć po prostu czekają na prezenty. Dla mnie święta mają zapach mandarynek i pierników. Kolejne wspomnienie? Wielkie porządki, a konkretnie ścieranie kurzy z bibelotów i całej masy szklanek i kieliszków z „bufetu”. Nawet gdzieś tam pojawia się migawka któregoś odcinka „Mody na sukces” bo akurat leciał w telewizji. Takich wspomnień mam wiele, dziś łezka się kręci w oku bo wiem, że takie święta nie wrócą. Kolędy przypominają te dziecięce chwile i wtedy postanawiam sobie po raz enty, że zrobię wszystko, aby mój syn miał co wspominać, gdy będzie dorosły. Święta są super, szkoda, ze coraz bardziej są na pokaz… jest ładnie, ale czy aby na pewno rodzinnie, prawdziwie, spokojnie i świątecznie? W okresie przedświątecznym warto sięgać po lektury, które wprowadzą nas w klimat, ale również przypomną co jest tak naprawdę ważne. Takie książki można również podrzucać młodszym czytelnikom. Można czytać nawet wspólnie...co kto lubi i jak kto lubi.

Dla młodszych czytelników ale i rodziców proponuję książkę Katarzyny Ryrych „List od...”. Jest to historia świąteczna, oczywiście ze Świętym Mikołajem w tle, a raczej z kultowym, zbuntowanym Majkiem, który zamiast czerwonego płaszcza wkłada skórzaną kurtkę. Sanie i renifery zostają, jednak cała reszta wizerunku odpada. Nasz świąteczny bohater jest młodym facetem, który dla dobra sprawy i zgody z własnym sumieniem potrafi nieźle namieszać. Jednak zanim poznamy Majka musimy poznać Linusa, nastolatka, który nie raz wpada w kłopoty, a tym razem to się poturbował tak, że trafił do szpitala. Dziwny list zmienia jego pobyt w szpitalu w niezwykłą przygodę i lekcję życia zarazem.



„Spełnianie marzeń jest tak samo ważne jak ich posiadanie. Jeśli to robisz, jesteś bogatszy z każdym spełnionym marzeniem."

Książka wydana jest cudnie. Kolorowe ilustracje, twarda okładka z tłoczeniami i duża czcionka, a historia bardzo wciągająca. Wielkim atutem tej książki jest niewątpliwie dynamiczna akcja pełna przygód jak i również duża dawka humoru. Młody czytelnik może wcielić się w Linusa i odkrywać magię świąt z innej strony, a przy okazji spojrzeć na Mikołaja zupełnie inaczej. Takie świeże spojrzenie na jego wizerunek. Jak to mówi Majk: „Jakie czasy, taki Mikołaj” Historia, którą opowiada Katarzyna Ryrych ma proste przesłanie, jednak znaczące. Nie trzeba dużo, aby sprawić komuś radość. Czasem warto spełnić drobne marzenie, bądź wspierać w tym trudnym do osiągnięcia, pomyśleć o słabszych. Wystarczy ofiarować komuś swój czas, trochę ciepła czy zrozumienia. Chwile są ulotne i nie warto ich tracić na egoizm, materializm czy co tam jeszcze. I to nie tylko od święta. Czy wypasiona komórka naprawdę uszczęśliwi dziecko? Kolejna lalka? A może piesek, którego wyrzuci się po kilku miesiącach? Autorka w łatwy do zrozumienia sposób pokazuje co jest ważne…a także to, że czasem lepiej żeby nie wszystkie nasze marzenia zostały spełnione, gdyż przynoszą więcej problemów niż radości. Mogłabym narzekać, że zakończenie banalne, ale przecież to książka dla dzieci, więc nie będę się czepiała bo patrząc pod tym kątem jest dobrze.


„List od...” to nie tylko idealny prezent pod choinkę, ale również możliwość wsparcia akcji charytatywnej, aby wzbogacić biblioteczki małego pacjenta w szpitalach. O tej akcji pisałam na swoim profilu facebokowym i tam też zapraszam po więcej informacji.

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki.

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Kolekcja nietypowych zdarzeń - Tom Hanks


wydawnictwo: Wielka Litera
data wydania: 25 października 2017
liczba stron: 400

„Maszyny do pisania muszą być używane. Tak jak żaglówka musi pływać, a samolot latać. Po co komu pianino, na którym nikt nie gra? Okrywa się kurzem, a w pani życiu nie ma muzyki.”

Co się dzieje kiedy świetny aktor, znany chyba na całym świecie, zabiera się za pisanie i postanawia do swojego życiorysu dodać jeszcze fuchę prozaika? O tym chciałam się przekonać sama po przeczytaniu raczej negatywnej opinii na temat książki Toma Hanksa. Jak widać nie tylko zachwyty potrafią zaintrygować do sięgnięcia po jakąś książkę. Szczerze mówiąc chyba tylko w tym przypadku zostałam tak skuszona. Sama tylko do końca nie wiem czy przyczyniło się do tego nazwisko autora czy to, że uwielbiam krótkie formy literackie, a Hanks w swojej debiutanckiej książce stworzył ich aż siedemnaście. Myślę, że przeważyło tutaj nazwisko autora. No bo wiecie, ja naprawdę lubię opowiadania. Pokochałam je od momentu, gdy trafiłam na twórczość Alice Munro, a następnie E.E Schmita czy naszego K.S. Rutkowskiego, który pisze odważnie, mocno i na temat, szkoda tylko, że tak mało osób poznało się na jego twórczości. Możliwość przeczytania kilku opowiadań stworzonych przez taką sławę i znanego aktora, aż prosi się o sprawdzenie czy faktycznie tak kiepsko sobie poradził w roli pisarza- prozaika.

Opowiadania mają tę zaletę, że można przeczytać wszystkie od razu, albo dawkować sobie po jednym czy dwóch co jakiś czas. W ten sposób pożeramy całość, albo sobie dawkujemy w skromnych ilościach. Można też skakać palcem po spisie treści i wybierać te o najciekawszych, najbardziej intrygujących tytułach i czytać jak się chce. Fajnie prawda? Nie są też obszerne jak powieści, więc wszystko jest bardziej treściwe i szybciej dowiadujemy się czy to co czytamy nas zadowala, czy też nie. Dlatego powiem wam, że ja w trakcie czytania „Kolekcji nietypowych zdarzeń” zmieniłam nagle taktykę i zaczęłam sobie skakać palcem po tym spisie treści na końcu książki. Wybierałam te tytuły, które porywały moją wyobraźnię jak choćby Nota o aktorach, Niezwykły weekend, Oto refleksje mojego serca czy Steve Wong jest doskonały. To nie wszystkie przeczytane przeze mnie opowiadania z tego zbioru, jednak przyznaje się, że nie wszystkie przeczytałam. Postanowiłam, że sobie będę do nich wracać co jakiś czas i nie ma sensu czytać wszystkiego na siłę, skoro to, co przeczytałam nie oczarowało mnie jakoś bardzo. Być może za jakiś czas będę wstanie dostrzec w nich to, czego nie widzę teraz, a jak wiemy czasem z książkami tak bywa. Jednak dzisiaj, teraz mogę śmiało powiedzieć, że czas przy czytaniu tego co napisał Hanks mi się po prostu dłużył.
Pokochaliście go jako Forresta Gumpa, teraz pokochacie jako pisarza. W debiutanckim zbiorze siedemnastu opowieści Tom Hanks dowodzi, że świat nie ma żadnych granic. Stworzeni przez niego bohaterowie są tak samo różnorodni i zaskakujący jak jego aktorskie kreacje. Dla Hanksa ciekawy jest zarówno dziesięcioletni Kenny, który w swoje urodziny lata po raz pierwszy awionetką, rozwódka rozpoczynająca życie na nowo, jak i bułgarski emigrant Assan, który dociera do Nowego Jorku i próbuje przetrwać bez znajomości języka. Opowiadania spaja motyw maszyny do pisania - wehikułu marzeń, przedmiotu o magicznej mocy otwierania na świat, przekraczania barier czasu i przestrzeni, a nawet czynienia nieśmiertelnym. Hanks udowadnia, że jest nie tylko genialnym aktorem, ale również wyśmienitym prozaikiem - jego opowiadania są subtelne, poruszające," zabawne, niekiedy figlarne, czasem melancholijne, ale zawsze pełne mądrej empatii wobec ludzkich słabości i tęsknot.
Opis zacny i rozbudzający apetyt sami musicie to przyznać. Po takich słowach zachęty, każdy fan opowiadań jak i samego Toma Hanksa by tę książkę kupił czy też pożyczył. Jednak wydawca trochę przesadził w swojej notce. Aktor nie napisał co prawda totalnego gniota, którego należy od razu wrzucić do kosza, ale też nic genialnego. Zgodzę się, że bohaterowie jego historyjek są różnorodni i bywają tacy z niezłym bagażem doświadczeń życiowych. Niewątpliwie niektóre z tych, które miałam okazję czytać mają swój klimat, nutkę melancholii czy zwyczajnie coś, co powodowało, że można było czerpać przyjemność z czytania. Jednak zastanawia mnie ten motyw przewodni jakim jest maszyna do pisania, tylko w kilku znalazłam coś co może nakierować czytelnika na to, że maszyna do pisania może być jak wehikuł czasu bądź wpływać na życie bohaterów. Oczywiście przewija się gdzieś w tekście i nawet kilku bohaterów coś na niej pisze, jednak nie przekonuje mnie to do końca. Zgodzę się jednak, że taki przedmiot ma swoją duszę, a nawet może sprawić, że za jej pomocą człowiek może stać się nieśmiertelny, bo przecież jakiś ślad po nim zostanie choćby w formie tekstu czy skrawka papieru. Można posunąć się dalej i stwierdzić, że sama maszyna do pisania, którą zostawimy komuś w spadku czyni z nas kimś ponadczasowym. Z tej negatywnej opinii, o której wspominałam na początku, dowiedziałam się, że zakończenia są po prostu do kitu, nagle się urywają i czytelnik zostaje z niczym. Bywa też i tak, być może Hanks zostawia nam furtkę, żebyśmy sami wymyślili zakończenie, albo poprost pokazuje jak bardzo ludzkie losy przypominają jedną wielką niewiadomą. Jednak są i takie opowiadania z „zakończeniem”.

Tom Hanks w swoich opowiadaniach skupia się na ludzkich losach, które zmieniają się jak w kalejdoskopie. Czasem za sprawą uporu, trudnych wyborów, tragedii, innych ludzi czy też przypadku. Niektóre z tych kilku opowiadań, które przeczytałam miały potencjał, bywały takie, które przypadły mi do gustu bardziej, a inne mniej. Jednak nie na tyle mnie wciągnęły, żebym chciała przeczytać wszystkie od razu. Podsumowując: Tom Hanks jest zdecydowanie lepszym aktorem niż prozaikiem, choć pokazał, że potencjał ma, szkoda tylko że nie do końca go wykorzystał.

środa, 6 grudnia 2017

Pudełko z marzeniami - Magdalena Witkiewicz, Alek Rogoziński


wydawnictwo: Filia
data wydania: 8 listopada 2017
liczba stron: 336

„W sumie to nie wiem […] ale słyszałam, że tak jest. Na pewno. Może dlatego, że kobiety muszą się pomalować, by ładniej wyglądać. A faceci są ładni sami z siebie i jak się pomalują, wyglądają gorzej. Dlatego się nie malują.”

Tradycyjnie na mojej półce zagościła Magdalena Witkiewicz, tym razem jednak w duecie z Alkiem Rogozińskim, a więc mowa o ich wspólnym dziele „Pudełko z marzeniami”. Jej twórczość znam bardzo dobrze, jego wcale. Z tego co wyczytałam w obszernych internetach, to facet od kryminałów, dlatego możecie sobie wyobrazić moją wielką ciekawość co do tej książki. No bo co może wyjść z takiej mieszanki? Ona czaruje słowem, on morduje dla zabawy. Albo coś dobrego, albo klapa totalna, choć tego drugiego się nie spodziewałam.
Zdradzony przez narzeczoną i oszukany przez wspólnika trzydziestoletni Michał marzy o tym, aby zacząć nowe życie. Kiedy dowiaduje się, że podczas II wojny światowej jego rodzina ukryła w małym miasteczku na północy Polski skarb, wyrusza na jego poszukiwanie. Sęk w tym, że teraz w tym miejscu stoi restauracja. Prowadzi ją rówieśniczka Michała, Malwina. Ma ona problem ze swoim ukochanym, który "odszedł w siną dal", i babcią, która po powrocie z wieloletniego pobytu we Francji koniecznie chciałaby serwować w jej restauracji żabie udka i ślimaki.  Michał postanawia zaprzyjaźnić się z Malwiną, zdobyć jej zaufanie, a potem w tajemnicy przed nią odzyskać swój spadek. Niestety gdy w sprawę wmieszają się dwie wścibskie staruszki, dwójka dzieci i tajemniczy święty Eskpedyt, nic nie pójdzie zgodnie z jego planem.
Klapy się nie spodziewałam, za to liczyłam na nutkę kryminału. I ja się pytam, gdzie ten kryminał? Jakaś zbrodnia? No dobra, wiem, że to komedia romantyczna i to jeszcze ze świętami w tle, a przy takiej okazji to zazwyczaj cuda się zdarzają, a nie morderstwa (choć bywa i tak), no ale mógłby być jakiś ślad. No dobra, jest lekka intryga, pewien skarb i niecne podkopy, ale to i tak trochę za mało, choć nie mówię, że nie jest fajnie. Tu moje oczekiwania trochę się rozczarowały, bo trupa takowego jakby brak, nawet kosteczki podejrzanej w tych podkopach. Dostałam za to niezwykle ciepłą historie, może trochę banalną, ale w sumie trudno o coś oryginalnego w takiej scenerii skoro ma być miło, przyjemnie i jeszcze świątecznie. Miło jest. Klimatycznie jest. Zabawnie też. Zbliżają się święta, więc czytając książkę możemy poczuć magię tych zbliżających się dni.


„Ja tam w żadne kamuflaże nie wierzę. Tylko mężczyźni są czasem ślepi. Zwłaszcza ci zakochani...”

Ach ta pani Wiesia i jej mądrości (a także naleweczki ku zdrowotności rzecz jasna!), bo zacytowałam właśnie jej słowa. Prawdziwe jakieś takie… Miało być w kilku słowach o bohaterach więc pozwoliłam sobie od naszej kochanej starszej pani zacząć, znanej wszystkim z „Pracowni dobrych myśli”. Tak, po raz kolejny lądujemy pod tym samym adresem, a przynajmniej całkiem niedaleko. Tym razem będziemy świadkami wydarzeń w restauracji i jej piwnicy, w której stoi sobie pewien święty od zadań specjalnych. Mamy okazję więc spotkać kolejny raz kilkoro bohaterów znanych nam z w wcześniejszej książki. Skoro mamy Wiesię to wiadomo, że wesoło będzie, ale co tam jedna Wiesia. Tym razem mamy wystrzałowy duecik złożony z dwóch starszych pań. Do tego dwoje dzieciaków, które mają głowy nie od parady, dwie siostry bliźniaczki, które są swoim przeciwieństwem, Michała faceta po przejściach, księdza, który lubi pośpiewać i pewnego strażaka. Oczywiście to nie koniec, gdyż pojawi się choćby jeszcze para sympatycznych gejów. Tak więc jak widać od wyboru do koloru.

A co z tytułowym pudełkiem? Ano stoi sobie w restauracji i każdy może wrzucić do niego swoje marzenie i czekać na efekt. Spełni się, czy się nie spełni? Jak to z tymi marzeniami jest? Warto czekać, aż się same spełnią, czy może liczyć na to, że ktoś je za nas spełni? A może warto stworzyć takie pudełko i pomagać w spełnianiu marzeń tak jak to robiła Malwina? Nigdy nie zaszkodzi pomóc spełnić czyjeś marzenie, nawet to najdrobniejsze i to bezinteresownie i nie tylko w okresie świąt. Prawda?

Wracając do książki… Fabuła prosta, lekka, przyjemna, ale nieoryginalna. Myślę, że duet Witkiewicz – Rogoziński sprawdził się bardzo dobrze. Czytałam i zastanawiałam się, co jest sprawką Magdaleny, a co Arka. Wiecie co? Nie mam zielonego pojęcia. Ta para się ze sobą idealnie uzupełnia. Nadają na tych samych falach i tworzą spójną historię, pełną ciepła i uśmiechu. Zapraszają do spełniania marzeń i dają pstryczka w nos co niektórym. „Pudełko z marzeniami” to książka, którą połkniecie od razu. Idealna do czytania w godzinach nocnych, co sama sprawdziłam na sobie. Fajna, lekka i przyjemna, w sam raz na okres przedświąteczny, ale jako prezent też się sprawdzi. Humor i klimat, czyli to co lubię...w pakiecie oczywiście z PANIĄ WIESIĄ! Czy polecam? Oczywiście!