poniedziałek, 8 maja 2017

Życie na wynos - Olga Rudnicka


cykl: Emilia Przecinek (tom 2)
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 9 maja 2017
liczba stron: 368

„Wielkie umysły nie potrzebują słów, by dojść do porozumienia...”

Olgi Rudnickiej zapewne nie muszę nikomu przedstawiać, gdyż albo mieliście już okazję czytać którąś z jej powieści, albo czytaliście moje recenzje na ich temat. Nie? W takim razie proponuję nadrobić zaległości w obu czynnościach. Dzisiaj będzie słów kilka o jej najnowszej książce -”Życie na wynos”- która w księgarniach pojawi się 9 maja.
Emilia Przecinek znana autorka powieści dla kobiet, w wieku czterdziestu lat zostaje rozwódką z dwójką nastoletnich dzieci, kredytem hipotecznym do spłacenia oraz matką i teściową na karku. Dzieci nalegają, żeby chodziła ma randki, obie starsze panie, no cóż, jak to one, włażą z butami, gdzie się da. W takiej sytuacji można albo załamać się nerwowo, albo popełnić morderstwo. Mimo niesprzyjających okoliczności Emilia postanawia odmienić swoje życie. Nie jest to łatwe, gdyż mężczyźni, których spotyka, absolutnie nie przypominają wspaniałych bohaterów jej powieści. Pech chce, że teściowa pisarki łamię nogę. Unieruchomiona na wózku, zaczyna obserwować sąsiadów, co okazuje się zajęciem na pełen etat, a nawet dwa, gdyż nie wszystko można zobaczyć przez okno, niektóre rzeczy trzeba podsłuchać. Przed wścibskimi staruszkami nic się nie ukryje. Ani kochanka o czerwonych włosach, ani skłonna do awantur żona,ani lezący w piwnicy trup, którego znajduje Emilia.
Tak oto po raz kolejny na naszej czytelniczej drodze pojawia się Emilia Przecinek, Kropka, Kropek i dwa pterodaktyle. Nie może również zabraknąć barwnej Wieśki i policjantów, których zapewne pamiętamy z poprzedniej książki. Emilia to chyba jedna z najbardziej zakręconych bohaterek na jakie trafiłam do tej pory. Zastanawiam się jakim cudem kobieta tej czterdziestki w tym świecie dożyła. Jednak do rzeczy… Tym razem pisarka nie jest już załamaną żoną, rozwiodła się z byłym mężem, spłaca kredyt i przeszła metamorfozę. Jednak nadal nad głową fruwają jej wiekowe pterodaktyle, które życia nie ułatwiają, a dzięki temu czytelnik ma niezły ubaw. Tajemniczy trup, osiedlowe dochodzenie, randki w ciemno i cała masa plotek. To znajdziecie w tej powieści.

„Co lepsza partia to zajęta i nic dziwnego, bo jak już kobieta trafi na przyzwoitego mężczyznę, którego nie ma ochoty zabić po tygodniu wspólnego mieszkania, to strzeże go jak skarb – i trzyma pod kluczem.”

„Życie na wynos” to kontynuacja przygód pisarki Emilii Przecinek i jej zakręconej rodzinki (znanej nam doskonale z „Granat poproszę!”). Jest to kolejna lekka i przyjemna książka z wątkiem kryminalnym w tle. Nieskomplikowana, a wręcz przewidywalna. Samo morderstwo jest tutaj epizodem i zarazem bodźcem, który ma rozruszać fabułę. Taki sobie szkielet, na którym opiera się ta historia. Jednak nie spodziewajcie się żadnych wielkich zagadek, wytrawnego śledztwa czy dreszczyku grozy, bo tego zwyczajnie w tej książce nie ma. Jest za to humor. Czarny humor, który składa się z komedii pomyłek, które idealnie tworzy Olga Rudnicka. Przeczytałam kilka książek autorki i jestem tą lekkością pióra i barwnością postaci urzeczona. Każda jej książka idealnie mnie odpręża i wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Szczerze mówiąc czasem nawet nawet parsknięcie. Czym ta historia różni się od poprzednich? Chyba niczym. Autorka stworzyła powieść na dobrze nam znanym i wypracowanym przez siebie schemacie. Plusem dla mnie jest kontynuacja wątku z rodziną Przecinków, bo to grupa postaci, której nie przebije chyba nic. Mieszanka wybuchowa, która ubarwia życie czytelnika i wprowadza dawkę pozytywnego chaosu – choć w realnym życiu chyba nie wytrzymałabym z taką gromadą. Szkoda tylko, że wątek kryminalny jest taki okrojony. Fajnie byłoby dostać więcej typowego kryminału w połączeniu z taką dawką ciekawych dialogów, barwnych osobowości i tego czarnego humoru. Samo rozwiązanie zagadkowego morderstwa też jest raczej wzmianką w tekście niż rozbudowanym szerzej wątkiem. Choć w sumie może i nie ma co się rozpisywać, bo czytelnik i tak już od dłuższej chwili sam morderce odkrył. Jeśli liczycie na to, że w najnowszej powieści znajdziecie „starą, dobrze znaną Olgę” to się nie zawiedziecie. Ta kobieta to wulkan pozytywnej energii mimo tego, ze zawsze uśmierca kogoś po drodze i bawi czytelników jego pechem, Nie mniej trzeba mieć naprawdę niezły talent, aby wszystko smacznie i barwnie opisać. Uwielbiam książki autorki i mimo tego, że wszystkie (które do tej pory przeczytałam) wydają się podobne to jednak nie przestanę się w nich zaczytywać. Bo jak wiadomo w czytaniu chodzi też o dobrą zabawę, a ta jest gwarantowana z twórczością Olgi Rudnickiej.

- Tak jak myślałam. Emilia, ty w naszym dochodzeniu będziesz zupełnie bezużyteczna! - stwierdziła Adela.
- Niekoniecznie… - zaprotestowała słabo jej córka. - Zależy co miałabym robić.
-Myśleć! - wysyczała Jadwiga.
- Z tym rzeczywiście może być problem – przyznała się dzielnie Emilia.- Moje umiejętności dedukcji nie są na najwyższym poziomie. Jestem raczej typem kreatywnym.
- Jakim? - zdumiała się teściowa.
- Ona żyje z wymyślania, a nie z myślenia. […]

Podsumowując: jeśli potrzebujecie lekkiej fabuły, która umili wam czas, a nie obciąży umysłu to polecam wybrać się do księgarni i nabyć książkę tej autorki. Najpierw jednak proponuję zacząć (kto jeszcze tego oczywiście nie zrobił) od poprzedniej części „Granat poproszę!”, wtedy zdecydowanie łatwiej będzie się wam wczuć w klimat. Jeszcze jedna moja rada… Dystans przy lekturach Olgi Rudnickiej jest wskazany! Pisze na wesoło, a z typowym kryminałem ma to raczej niewiele wspólnego, jednak trupa zawsze się gdzieś znajdzie!

Za możliwość przeczytania ebooka dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka

niedziela, 23 kwietnia 2017

Luonto - Melissa Darwood

wydawnictwo: Filia
data wydania: kwiecień 2017
liczba stron: 320

„Jesteś zwierzęciem, tylko wtedy, gdy zachowujesz się jak zwierzę.”

Dziś książka, na którą czekałam z wielką niecierpliwością. Odłożyłam dla niej na bok inne zaczęte pozycje i pochłonęłam ją tak szybko jak tylko było to możliwe. Mowa o najnowszej powieści Melissy Darwood - „Luonto”. Moja przygoda z twórczością autorki zaczęła się kilka lat temu, gdy w moje ręce trafiła „Larista”. Swoją wyobraźnią, stylem i lekkością pióra kupiła mnie od razu. Później była jej kolejna książka, „Pryncypium”. Wiedziałam, że mnie wciągnie i się nie pomyliłam. Tak więc sami widzicie, że nie mogłam nie czekać na najnowszą z nutą ciekawości i głodu literatury – Jej literatury.
"Podczas trzęsienia ziemi siedemnastoletnia Chloris zostaje uratowana przez monstrualne ptaszysko. Orzeł jest Homanilem, dwudziestoletnim chłopakiem o imieniu Gratus. Zabiera dziewczynę do Luonto – osady będącej odpowiednikiem biblijnej arki. Homanile żyją pod ludzką postacią, lecz gdy zaczynają nimi targać silne emocje, przemieniają się w zwierzęta. Między Chloris a Gratusem rodzi się zakazane uczucie. Jaką misję mają do spełnienia Homanile? Czy związek ludzkiej dziewczyny z Homanilem ma szansę na przetrwanie? Nadchodzi koniec świata. Żywioły pragną zemsty. A może nic nie jest takie, jakim się wydaje... Wolisz poznać gorzką prawdę, czy upajać się słodkim kłamstwem?"
Wiecie czego brakuje mi odkąd mieszkam w mieście? Przestrzeni, spokoju, zapachów poranków, ciemnych nocy z jej tylko znanymi odgłosami. Rześkości, które przynosi po upale dnia letniego. Koncertu żab, w pobliskim stawie i zapachu skoszonej trawy, lucerny czy czego tam jeszcze. Co powiecie na zapach akacji? Miałam ich kilka pod domem...zapach obłędny! A lipa i jej pszczela gwardia? Też cudne zjawisko, szczególnie, gdy tworzy aleję przypominającą zielony tunel nad twoją głową! Pola, aleje, dzikie kwiaty… Tyle lat czerpałam z tego garściami, wychowałam się na wsi i lepszego dzieciństwa sobie nie wyobrażam! Wiedziałam co mam pod nosem, a jednak zapragnęłam wygody i dostępu do wszystkiego. A teraz? Uciekam do lasu, na polne ścieżki, na łąki… szkoda tylko, że moje „dzikie” miejsca przestają być dzikie. Tam, gdzie jeszcze dwa lata temu było pole i cisza, tam wyrastają płoty, domy, osiedla… W sumie się nie dziwię, bo sama chętnie bym zamieszkała pod lasem, a jednak gdzieś tam mi przykro. Przyroda dookoła nas jest zadziwiająca, jednak coraz rzadziej ją zauważamy… Nie czerpiemy z niej tak jak powinniśmy... Bywa i tak, że niszczymy… Autorka w swojej książce porusza temat ekologii, tego co jest dookoła i tego co stworzyła Matka Natura, a co my sami marnotrawimy. Pokazuje w sposób obrazowy do czego zdolny jest człowiek. Zabiera w podróż, która ma pokazać egoizm człowieka, pazerność i krótkowzroczność. Jednak wyczarowuje też piękniejsze widoki niż smętna lala z jednym okiem pośrodku niczego. Wyczarowuje świat idealny, czysty, pachnący życiem… Sama chętnie wdrapałabym się na pewne wzniesienie i usiadła na ławce, by popatrzeć na cudne widoki. Nacieszyć oczy. Dotlenić płuca i się wyciszyć.


„ - Po co mi to mówisz, skoro i tak nigdy nie będziemy razem?
- A po co oddychasz, skoro i tak kiedyś umrzesz?”

Wbrew tematyce, o której właśnie wspomniałam, „Luonto” nie jest podręcznikiem o ekologii. To kolejna dawka rozwiniętej i bogatej wyobraźni autorki. Czytelnik może jej skosztować, wniknąć do świata utkanego z fantazji Melissy Darwood. Początek wydał mi się bardzo przyjemny, stworzony na szkicu dobrze znanego mi schematu, który ma tak wiele książek tego typu. Jednak w ogóle nie czułam zniechęcenia. Wiedziałam, ze popłynę z nurtem i byłam pewna, że wiem co będzie dalej. Jednak w pewnym momencie akcja totalnie zmieniła swój tor. To było pierwsze zaskoczenie. Drugim było zakończenie, którego w ogóle się nie spodziewałam. Z jednej strony było „Ej no!”, a z drugiej brawa za taki właśnie krok. Wiem, że ta historia inaczej zakończyć się nie mogła. Autorka zwinnie odbiegła od tego co zapowiadał początek jej powieści. Nie było schematycznie i mdło. Była nastoletnia miłość, nuta fantastyki, lekcja ekologii i dramaturgia.

Podsumowując: „Luonto” to jeden żywioł. To słodko – gorzka historia, która ma odważne moim zdaniem zakończenie jeśli chodzi o tego typu książki. To opowieść, która oderwała mnie od mojej rzeczywistości na kilka godzin. Pobudziła wyobraźnię i pozwoliła znów zakosztować przyjemności, bo dawno już nie miałam w rękach powieści z tego gatunku. Jednak różni się ona od „Laristy” i „Pryncypium” …uderza w ciut inne tony, choć zarazem podobne. Mimo, że dwie poprzednie skradły moje serce,to jednak z tej książki jestem czytelniczo bardzo zadowolona. Jestem również autorce wdzięczna, za zakończenie! Jeśli macie ochotę na małą podróż do „Luonto” i przy okazji stanąć na drodze żywiołów to zapraszam do lektury! Myślę, że ci, którzy styl Melissy Darwood uwielbiają nie będą rozczarowani jej najnowszą powieścią. A ja już z niecierpliwością, czekam na kolejne książki autorki!


„Pieprzyć życie! Po co o nim czytać, skoro ma się je na co dzień? Książka powinna dawać wytchnienie od cierpienia, nieść nadzieję, że pomimo przeszkód wszystko się dobrze skończy...”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorce oraz wydawnictwu Filia

czwartek, 13 kwietnia 2017

Prosty gest - Ángeles Doñate


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 28 marca 2017
liczba stron: 440

„Jednym z uroków starych listów jest to, że nie wymagają odpowiedzi.”
Lord Byron

Ten cytat przywodzi mi na myśl stertę listów, które do dnia dzisiejszego ma moja mama. Pożółkłe już koperty skrywające tajemnice jej młodości. Więzi łączące ją z przyjaciółmi. Być może gdzieś tam ukryta jest czyjaś fotografia, jakieś przeprosiny lub opisy ważnych przeżyć, sekrety albo wyznania. Tego nie wiem. Mogę snuć domysły, bawić się tą tajemnicą przewiązaną błękitną wstążeczką, która zapadła mi w pamięci jeszcze kiedy byłam dziewczynką z kucykiem na głowie. Przypomina mi on coś jeszcze. Moje listy, które dawno temu zostawiłam za sobą przy przeprowadzce. Teraz tego żałuję, bo ja tak bardzo lubię listy! Obrazy utkane z myśli przeistaczały się w słowa spływające na papier. Sunący szybko bądź leniwie długopis. I zdania, zdania, zdania, które miały umilić czas adresatowi danego listu. Słowo pisane jest takie plastyczne i barwne. Można się nim bawić. Można czarować, krytykować, oskarżać, obrażać, szokować lub wyznawać miłość. Można wszystko. Jednak ta forma komunikacji międzyludzkiej przechodzi do lamusa. Jeszcze trochę i mało kto będzie wiedział co to jest list. Takie czasy, powiecie. Może i tak, ale czy naprawdę w dobie maili, komunikatorów, czatów, sms-ów nie znajdzie się chwila na list?

„Nigdy kropla łzy nie zrosi maila.”
Książka, której akcja toczy się w miasteczku Porvenir, gdzie z powodu drastycznego spadku liczby wysyłanych listów miejscowa poczta zostaje zamknięta. Tym samym jej pracownicy, w tym główna bohaterka Sara, zostają zmuszeni do przeniesienia się do innego miejsca. Kobieta, która do tej pory była jedyną listonoszką w Porvenir, przyjaźni się z wątła staruszką Rosą. Osiemdziesięciolatka pragnie, by Sara i jej trzej synowie mieli szczęśliwe życie bez zmartwień. Wydawać by się mogło, że ta krucha kobieta nie może jednak zrobić nic, by wpłynąć na los samotnej matki z dziećmi. Rosa pisze jednak list, którego treść powstaje już od 60 lat i może on diametralnie zmienić toczące się losy bohaterów. To książka dla kobiet, która pokazuje, jaką potęgę mogą mieć zwykłe słowa.
A pamięta ktoś jeszcze to przyjemne oczekiwanie na listonosza? Na odpowiedź, która powinna już nadejść, a jeszcze jej nie ma? Ciekawość przy otwieraniu koperty, przyśpieszone bicie serca podczas czytania i tęsknotę za kolejnym rytuałem oczekiwania, otwierania i czytania? Ja jeszcze pamiętam. Może i ta forma jest przestarzała, retro, niemodna, wolniejsza od maila, ale ma w sobie magię. Magię, której nie ma elektroniczna podróba. Nie ma łzy, zapachu, pocałunku i ciepła dłoni nadawcy. Dzisiejsza korespondencja jest wybebeszona. Wstęp do dzisiejszej recenzji jest nieco długi, ale tak mnie naszło i inaczej się nie dało. Dlaczego? Ponieważ książka, którą dzisiaj chcę wam pokazać, uświadomiła mi jak wiele tracimy nie pisząc listów.

„Prosty gest” to debiutancka powieść Angeles Donate, kobiety, która ceni sobie odręczne pismo i nadal przechowuje wszelką korespondencję, włącznie z kartkami bożonarodzeniowymi. Stworzyła historię z pozoru prostą. Płynącą powoli swoim nurtem i wciągającą swoich czytelników do miasteczka Porvenir, gdzie domy z kamienia mają swój czar. Gdzie wszyscy się znają, gdzie skrywają swoje sekrety, demony i marzenia. Miasteczko spokojne, otoczone lasami i górami, gdzie czas płynie po swojemu. Jest tam też pewna ruda kobieta, Sara, matka, rozwódka, listonoszka. To ona ma kłopoty i ktoś jej bliski wpada na pomysł jak uratować ją, jej posadę i pocztę w miasteczku. Od tego momentu jesteśmy świadkami owego prostego gestu. Ogniwa, które łączy się z następnym i kolejnym. Kilka zdań. Myśli. Tajemnic. Przypadkowych osób i ważna sprawa, która jednoczy mieszkańców miasteczka i zmienia ich życie.

Wyobraźcie sobie, że macie napisać do kogoś przypadkowego z waszego miasteczka. Zrobić malutki gest dla czyjegoś dobra. Anonimowo, ale szczerze. Co wy na to? Przyznam, że sam pomysł jest nawet ciekawy, gorzej pewnie z wykonaniem w naszych realiach. A szkoda, bo to zapewne ciekawe doświadczenie. Wracając jednak do książki. Lekka, przyjemna i z przesłaniem. Nie tylko przypomina nam jak fajne jest słowo pisane i ile przyjemności można czerpać z pisania i otrzymywania listów, ale przede wszystkim, że czasem wystarczy drobny gest, aby komuś pomóc, lub zmienić życie kilku osób. Niby zwyczajna opowieść z kilkoma bohaterami, a jednak potrafi wciągnąć i zainteresować. A przy okazji czytania, można też trafić na całkiem smaczne cytaty, choć co za dużo to niezdrowo i w pewnym miejscu trochę autorka zaszalała. Jednak jeśli szukacie czegoś w tym klimacie czyli coś ciepłego i ze smakiem to polecam. Tylko pamiętajcie to nie jest książka, po której oczekuje się zaskakującego zakończenia czy szaleńczego tempa akcji. Tu warto się skupić na gatunku epistolarnym, na słowie pisanym, na listach i ich przekazie. A i może przy okazji złapać bakcyla do pisania listów. Ja sama dostałam ochotę do napisania kilku słów. A na koniec mała przestroga…

„Niewypowiedziane słowa są jak kotwice, które ciągną nas na dno.”

Za ebooka dziękuję wydawnictwu Prószyński i Sk-a

sobota, 1 kwietnia 2017

Co kryją jej oczy - Sarah Pinborough #cozazakonczenie


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
tytuł oryginału: Behind Her Eyes
data wydania: 14 marca 2017
liczba stron: 400

„Drogi prawdziwej miłości nigdy nie są proste.”

Poznając drugiego człowieka nigdy nie poznamy go w 100%. Zawsze są tajemnice, pozory, maski… Gdzieś tam w środku czai się cień. Nawet w tak bliskiej relacji jak małżeństwo nie może być mowy o pełnym poznaniu współmałżonka. Człowiek to tak naprawdę chaos z komórek, narządów, zapachu, emocji i psychiki. Człowiek to po prostu chodząca zagadka… niebezpieczna, nieobliczalna, zdolna do wszystkiego, a szczególnie do manipulacji, zbrodni i… O tym jak szalony i bystry zarazem może być człowiek przekonałam się podczas czytania kolejnego w minionym już miesiącu thrillera. „Co kryją jej oczy” autorstwa Sarah Pinborough to książka, którą pożegnałam marzec. I od razu lecę do was z początkiem kwietnia, by swoje zdanie na jej temat wyrazić.

Jednego dnia nasze życie bywa szare, nudne i bez fajerwerków, a kolejnego zaczyna nabierać rumieńców, by z czasem wystrzelić całą gamą fajerwerków. Dotychczasowa nuda ucieka do kąta a na jej miejsce przychodzą pytania, zagadki, dziwne wydarzenia. Zwyczajna kobieta, matka, rozwódka, sekretarka… Osoba złakniona miłości, wplątuje się w dziwny trójkąt. Sama nawet nie wie, że jest marionetką w pewnej chorej grze. Niebezpiecznej i szalonej. Jak groźnej o tym dowiedziałam się na samym końcu. Sama nie wiem czy doznałam tylko szoku czy jeszcze ciarek na plecach na myśl o tym co się wydarzyło. I nie mam tu na myśli zwyczajnej zbrodni. Tak więc… Komu zaufać? Kto kłamie? Kto jest groźny? Kto jest ofiarą? Odpowiedź na to pytanie zna tylko jedna osoba...

Ostatnio gustuję w tych bardziej „mrocznych” klimatach. Jedne książki są lepsze inne ciut słabiej wyglądają w blasku tych pierwszych. Dość mocno zaskoczył mnie ostatnimi czasy Harlan Coben w swojej książce, jednak tym razem moja szczęka uszła ledwo z życiem po zderzeniu z podłogą. Wiedziałam, że książka tej autorki zapowiada się ciekawie i potrafi wciągnąć, jednak takiego obrotu spraw się nie spodziewałam. Powiem więcej, autorka zrobiła mnie w konia (w sumie to nawet pasuje do dzisiejszego prima aprilis) i gdy już byłam z siebie dumna, że wyprzedzę fakty i znam zakończenie, to nagle na głowę spadł mi strumień zimnej wody. Guzik wiedziałam, albo raczej pół guzika. A to bardzo duży plus. W sumie książka Sarah Pinborough ma same plusy. Jedynym minusem jest tutaj Louise. Serio, dawno już żadna postać nie działała mi na nerwy tak bardzo. Ja wiem, że musiała spełnić swoją rolę i tak się zachowywać, ale na litość Boską jak można być tak naiwnym?! Tak wnerwiać czytelnika?! Chociaż po chwili, sama zaczęłam się zastanawiać co ja zrobiłabym na jej miejscu. Komu bym uwierzyła? Co zrobiła? Jak połączyła fragmenty układanki? Być może podobnie.

„Co kryją jej oczy” to obsesyjna gra pozorów i kłamstw. Zabawa w kotka i myszkę. Obraz ludzkiej psychiki i to pokazany od tej ciemniejszej strony. To wreszcie kawał dobrej literatury, który wciąga z każdą stroną bardziej. Czytelnik dołącza do tej dziwnej gry i jest ciekawy zakończenia. A ono wręcz nokautuje. Autorka udowadnia nie tylko to, jak bardzo ludzie potrafią być skomplikowani, zagadkowi i niebezpieczni, ale również to jak są fałszywi i ubrani w pozory. Tak naprawdę od początku do końca czytelnik nie może odetchnąć i powiedzieć, że wie na czym stoi. Tu nic nie jest czarne i białe. Aż do finału. Fabuła naprawdę wciąga, całość pochłania się ekspresowo, a im bliżej końca tym trudniej się oderwać. Bohaterowie nie są idealni. Są brzydko mówiąc popieprzeni (jedni bardziej a inni mniej). Ubrani w tajemnice, wyrzuty sumienia, czy zaplątani w sieć manipulacji. Wszystko misternie połączone. Czytelnik wnika do fabuły do tego stopnia, że chciałby wpłynąć na rozwój wydarzeń i choćby nawrzeszczeć na Louise. Niestety, możemy tylko stać i się przyglądać. Jest to jedna z lepszych książek jakie ostatnio miałam okazję czytać. Tak więc nie pozostaje mi nic innego jak zachęcić was do jej przeczytania. Wejdźcie do gry… zakosztujcie manipulacji i tego co na pierwszy rzut oka wydaje się szaleństwem...czymś niemożliwym!

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Prószyński i Sk-a

czwartek, 30 marca 2017

Morderstwo w pociągu - Kerry Greenwood


cykl: Zagadki kryminalne panny Fisher
wydawnictwo: Albatros
data wydania: 30 października 2015
liczba stron: 224

Całkiem przypadkiem odkryłam nową serię kryminałów i to w moim ulubionym stylu retro. Miałam okazję poznać nowe nazwisko w świecie detektywów – Fisher. Tylko, że tym razem detektyw jest kobietą, a jej imię to Phryne. Oczywiście kobiety, które bawią się w te klocki to żadna nowość w literaturze kryminalnej i to nawet retro. Znamy przecież chyba wszyscy miłośnicy tego gatunku, słynną Pannę Marple, którą stworzyła Agatha Christie. Nowością jest dla mnie tutaj cała ta seria oraz nazwisko autorki. Jakoś nigdy wcześniej nie wpadło mi ona w oko ani też ucho. Jednak już wiem, że to nadrobię i wtedy wszystkie Zagadki Kryminalne Panny Fisher będą moje i będą dumnie prezentować się na kolejnej białej półce. Zapewne nowej, bo już kończy mi się miejsce na obecnych. Ale do rzeczy!
Podróż pociągiem w latach 20-tych XX wieku nie należy do przyjemności. Można się nieźle poobijać, zmęczyć i nadenerwować. Trzeba być przygotowanym na całkiem nieeleganckie zachowania i nudne rozmowy ze starszymi paniami w kapeluszach, Ale zdarza się również, że cały wagon pasażerów zostaje uśpiony chloroformem. Nie mówiąc o tym, że niektórzy zostają… zamordowani. A to już stanowi pewne urozmaicenie. Nikt nie spodziewał się zabójczego towarzysza podróży. Nikt tez niczego nie widział i nikt nie ma pomysłu, co dokładnie mogło się stać i kiedy. Tylko starsza pani mogłaby coś powiedzieć na ten temat, ale niestety, to właśnie ona nie żyje. Zabójca źle się jednak przygotował do swojego zadania. Nie wziął pod uwagę, że wśród pasażerów będzie Phryne Fisher, najbardziej wyzwolona, pyskata i nieustraszona ze wszystkich australijskich detektywów! Panna Fisher, i jej niezawodna beretta kaliber .32 i pokojówka Dot dołożą wszelkich starań, aby mordercę spotkała zasłużona kara. A śledztwo poprowadzą z właściwą sobie elegancją, humorem i bezczelnością.
Faktycznie, morderstwo w pociągu to pewne urozmaicenie podróży, ale trochę oklepany temat, taki odgrzewany kotlet. Wszystkim od razu kojarzy się morderstwo w słynnym Orient Expressie, którym również przypadkowo podróżował słynny i znakomity detektyw Poirot. Mój mąż określił książkę Kerry Greenwood jako podróbę. A to za sprawą skojarzenia właśnie tych tytułów. Jednak coś w tym faktycznie jest. Zresztą mój luby ponownie powtórzył swoją opinię, gdy usłyszał, że znalazłam kolejne podobieństwo tylko, że tym razem do innego słynnego detektywa. Owym nowym tropem autorka nakierowała mnie na uwielbianego przeze mnie Sherlocka Holmesa, a to za sprawą adresu pod którym mieszka wspaniała pani detektyw – 221B Esplande, St Kilda (Sherlock mieszkał na Backer Street 221B). Mam rację? No chyba, że jestem tak zafiksowana Holmesem, co też może być prawdą. W każdym razie czytając dalej doszłam do wniosku, że jest to połączenie eleganckiego i zamożnego Poirota ze sprytnym, inteligentnym aczkolwiek czasem aroganckim i pewnym siebie Holmesem, który obraca się w różnym towarzystwie. Panna Fisher jest bogata, piękna, zadbana, ubiera się szykownie, ma różnych znajomych, jest pyskata, wyzwolona, odważna… Potrafi okazywać dobre serce sierotkom, jest zacięta i również potrafi się bać. Posiada sportowy samochód, którym sama jeździ jak rajdowiec i wplątuje się w romanse. Tu też moje skojarzenie z Poirotem (nie o romansach mowa, lecz o samochodach). On nie przepadał za nimi, a jego przyjaciel Arthur Hastings uwielbiał i fascynowały go wyścigi. W powieści Kerry Greenwood jest odwrotnie, to Dot nie lubi podróżować autem. Co jeszcze łączy słynnych męskich detektywów złotego wieku i pannę Fisher? Stan wolny. Romanse romansami, ale partnera na stałe nie ma. Na tym zakończę porównanie.

Akcja powieści toczy się w Australii. Na początku podróżujemy pociągiem, gdzie dochodzi do zagadkowej zbrodni. Z pociągu znika starsza pani, a podróżująca z nią córka, tak jak i reszta pasażerów została uśpiona. Jednak ciało matki zniknęło z przedziału. Zniknęło z pociągu. Znajduje się jakiś czas później, ileś kilometrów wstecz. Wszystko wygląda tak jakby staruszka spadła z nieba i coś ją stratowało. Gdzie ślady? Gdzie morderca? Zagadka robi się jeszcze ciekawsza, gdy nagle pojawia się samotna dziewczynka, która straciła pamięć. Czy obie sprawy mają coś ze sobą wspólnego? A może jedna naprowadzi na trop drugiej. Oczywiście panna Fisher wraz z policją postara się rozwiązać zagadkę, a w zasadzie dwie. Między czasie wda się w romans z pewnym młodym przystojniakiem.

Podsumowując „Morderstwo w pociągu” to kryminał w stylu retro. Główną bohaterką jest bogata i wyzwolona pani detektyw, która w tamtych czasach onieśmielała i intrygowała. Książka sama w sobie nie jest obszerna, czyta się szybko i przyjemnie. Niewątpliwie ma swój klimat, a sama panna Fisher wzbudza sympatię. Połączenie Holmesa z Poirotem w wydaniu żeńskim. Fabuła z pozoru banalna, jednak z czasem staje się ciekawiej. Nie zmieni to jednak faktu, że mordercę można dość łatwo wytropić, a także jego motyw, tak więc tutaj nie ma co spodziewać się jakiegoś zaskoczenia. Nie ma też jakiegoś błądzenia w zagadkach, ani spektakularnego połączenia faktów na końcu jak to miał w zwyczaju robić Holmes czy też Poirot. Z jednej strony trochę to zawodzi bo uwielbiam ten moment, gdy detektyw mądrala uświadamia wszystkich w tym czytelnika jak doszedł do rozwiązania. Mam wrażenie, że pani detektyw zbyt mało angażuje się w akcję i ma od tego ludzi. Jednak całość jest smaczna, taka trochę bardziej kobieca i z pazurem. Lekka i przyjemna powieść kryminalna, która z pewnością umili czas. Jestem bardzo ciekawa innych części. Być może będą się różnić od tej i bardziej mnie zaskoczą zakończeniem. W każdym razie jeśli lubicie takie klimaty to polecam. Panna Fisher zaprasza do swojej willi i swojego kryminalnego świata.

poniedziałek, 27 marca 2017

Szkoła żon - Magdalena Witkiewicz

cykl: Szkoła żon (tom 1) | seria: Seria z Tulipanem
wydawnictwo: Filia
data wydania: 17 kwietnia 2013
liczba stron: 256

„[...]to prawda, że kobiety są zdumiewające. Kobiety maja siłę, która zdumiewa mężczyzn. Mają dzieci, przezwyciężają trudności, dźwigają ciężary, ale obstają przy szczęściu, miłości i radości. Uśmiechają się, kiedy chcą krzyczeć, śpiewają, kiedy chcą płakać, plączą, kiedy są szczęśliwe i śmieją się, kiedy są zdenerwowane.  Kobiety są różnych wielkości, kolorów i kształtów.  Prowadzą, latają, chodzą lub wysyłają ci maile żeby powiedzieć ci, że cię kochają. Serce kobiety jest tym, co powoduje, że świat się kręci. Kobiety robią więcej niż to, że rodzą. Przynoszą radość i nadzieję, współczucie i ideały. Kobiety maja wiele do powiedzenia i do dania. Tak, serce kobiety jest zadziwiające.”

Zaczęłam z przytupem, czyli obszernym cytatem (znalezionym nie gdzie indziej jak na Facebooku), z porcyjką komplementów pod adresem kobiet. Wstęp nie bez powodu jest taki a nie inny, bo dzisiaj będzie o kobietach,a wszystko za sprawą kolejnej już książki Magdaleny Witkiewicz. Tym razem w moje ręce trafiła „Szkoła żon”, nie tam żadna nowinka wydawnicza, ale tej jeszcze nie miałam okazji czytać. Mam w planach stworzyć sobie półeczkę z twórczością tej autorki (mówiłam już, że ją uwielbiam? ;p) Żoną jestem, tak więc lektura w sam raz…
Julia jest świeżo po rozwodzie. Bardzo świeżo. Dokładnie pięć godzin i dwadzieścia siedem minut. Właśnie opija w klubie z przyjaciółkami imprezę rozwodową, kiedy w loterii wizytówkowej wygrywa tajemnicze zaproszenie do luksusowego spa o nietuzinkowej nazwie… Lista rzeczy, które ma ze sobą zabrać do „Szkoły żon” ogranicza się do szczoteczki do zębów i jednej pary bielizny. Julia, która porzuciła wiarę w miłość i w ogóle we wszystko, nie ma już nic więcej do stracenia, decyduje się jechać. W niesamowitym luksusowym spa, ona i kilka innych, zwyczajnych kobiet, przeżywają przygodę życia. Zostają tam przez 3 tygodnie a po powrocie nic nie jest już takie samo… Już nigdy żaden facet ich nie zostawi.
Kobiety niby wyjątkowe, często o tej wyjątkowości swojej zapominają. Skupiają się nie na mankamentach, a obowiązkach i często wpadają w objęcia upływającego czasu i rutyny. Mało, która akceptuje siebie w całości i jest wolna od kompleksów. Tu się chyba zgodzicie. Młode kobiety nagle stają się matkami, które na pierwszym miejscu stawiają dzieciaki i to pod każdym względem, a dla siebie nie starcza im już czasu i siły. Seksowne narzeczone, zmieniają się w żony, które zazwyczaj skupiają się na mężu, domu… a w oczach mężów tracą ten blask, a czasem nawet stają się zołzami. Zmienia się punkt widzenia, ciało, garderoba, nawyki i wymówki...kompleksy też, bo zazwyczaj ich przybywa. I takie właśnie kobiety znajdziemy w „Szkole żon”.


„Z ekranu telewizora patrzyła na nich Ewelina i mówiła, że piękno jest w oczach. Że nieważne, jak kobieta wygląda, ważne jest to, jak się zachowuje.
- Liczy się spojrzenie – mówiła. - Czasem wystarczy jedno. To kim jesteście, zależy tylko od was!”

Magdalena Witkiewicz ulepiła z literek kobiety zwyczajne. Takie jak ja, Ty czy twoja sąsiadka. Niezależnie od tego w jakim wieku jesteśmy, zajdziemy w nich cząstkę siebie. Taki autoportret stworzony z kawałeczków. Każda z bohaterek boryka się z czymś innym, a jednak łączy je jedno – nie dostrzegają w sobie kobiety… Kobiety, która jest wyjątkowa, która ma prawo do szczęścia i życia bez cienia kompleksów. Tym samym daje możliwość swoim czytelniczkom, aby spojrzały na siebie i swoje życie. Taka tam chwila refleksji...

„Szkoła żon” to lekka i przyjemna powieść z przesłaniem dla płci pięknej. Nie żaden poradnik perfekcyjnej żoneczki co to mężowi wszystko poda pod nos i jeszcze będzie na każde wezwanie. Nic z tych rzeczy, drogie panie...i panowie. To raczej kop w tyłek od dobrej ciotki, która chce nam przypomnieć, że każda z nas może być gwiazdą jeśli tylko ze chce i spojrzy w lustro. Autorka chce nam tym razem pokazać, że każda z nas jest wyjątkowa i może tak się czuć. Wystarczy zaakceptować siebie i popracować nad tym i owym. Uwierzyć w siebie, swoje możliwości i dążyć do realizacji marzeń. Do czarowania słowami i mądrości ukrytej między wierszami przyzwyczaiła nas autorka w swoich książkach. Jednak tym razem mamy jeszcze trochę pikanterii, a mianowicie sceny erotyczne, które pobudzają kobiecą wyobraźnię. Wszystko oczywiście ze smakiem i z nutą romantyzmu. Luksus, relaks, przystojni panowie, kobiety, które odkrywają swoją wewnętrzną siłę… Powiedziałabym na bogato! Bogato i nierealnie…wręcz sielankowo i słodko. Nie uważam tego jednak za minus, a dobry materiał do pełnego relaksu podczas czytania. Totalne oderwanie od szarości dnia codziennego. Typowa babska literatura, która umili nie jedno popołudnie, albo i nie, jedno tylko jedno. Bo jeśli nic wam nie będzie przeszkadzać w czytaniu to przeczytacie ją błyskawicznie. To także lektura w sam raz na wiosnę… na wiosenne zmiany… Tak sobie myślę, że każdej z nas taki turnus w Szkole Żon dobrze by zrobił. Kochane Kobietki wraz z powiewem wiosny pokochajcie siebie, bo każda z nas jest wyjątkowa i silna. Podobno! Myślę, że miłośniczek twórczości Magdaleny Witkiewicz nie muszę długo namawiać, aby sięgnęły po ten tytuł (jeśli jeszcze tego nie zrobiły). Natomiast całą resztę gorąco namawiam do rozpoczęcia przygody z czarodziejskim piórem tej autorki, kochani wybór jest szeroki, w tytułach można wybierać i przebierać. Ja już swoich faworytów mam! A teraz na sam koniec zapraszam was do babińca w Szkole Żon!

„Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie.”


H. Jackson Brown Jr

czwartek, 16 marca 2017

Książę Mgły - Carlos Ruiz Zafón


wydawnictwo: Muza
cykl: Trylogia mgły (tom 1)
tytuł oryginału: El príncipe de la niebla
data wydania: 10 listopada 2010
liczba stron: 200

(...) czasem, niezwykle rzadko, może raz na milion, trafia się ktoś bardzo młody, kto pojmuje, że życie jest drogą, z której nie ma powrotu, i uznaje, że to gra nie dla niego.

Carlos Ruiz Zafon, nazwisko tego pisarza jest chyba znane każdemu miłośnikowi książek. Nawet jeśli taki Kowalski nie czytał ani jednej jego książki, to i tak wie o kogo chodzi. Swego czasu było głośno o jego powieści „Cień wiatru” i stąd też kojarzę jego nazwisko. Powiem więcej, ta książka znajduje się na mojej półce. Jednak - tu z żalem i wstydem oznajmiam – nie przeczytałam jej do tej pory. Stoi sobie tak od dłuższego czasu i czeka na swoją kolei. Zawsze były inne książki pod ręką, egzemplarze recenzenckie itp. Zapewne dalej byłabym w tyle z twórczością autora , gdyby nie to, że teraz mieszkam praktycznie w szpitalu, a moją jedyną ucieczką od problemów są książki. Teraz przydają się nawet bardziej niż kiedyś. Mąż co chwilę funduje niespodzianki i dostaje od niego książki. Na jednym z takich stosików znalazłam właśnie powieści Zafona. Już miałam zabrać się za kolejny thriller, ale w ostatniej chwili stwierdziłam, że może dla odmiany przeczytam coś zupełnie innego i przy okazji poznam wreszcie coś pióra tego właśnie autora. Fartem trafiłam na jego debiutancką powieść, „Książę mgły”. Cieszy mnie to ogromnie, gdyż dowiem się jak tworzył od samego początku...można powiedzieć, że z czasem będę mogła porównać „jak rozwijał pisarskie skrzydła”. Tak więc w chwilach spokoju, gdy synek spał uciekałam do świata stworzonego przez Zafona. Ekspresowo zabrałam się za czytanie i równie ekspresowo skończyłam.
Rodzina Carverów (trójka dzieci, Max, Alicja, Irina, i ich rodzice) przeprowadza się w roku 1943 do małej osady rybackiej na wybrzeżu Atlantyku. Zamieszkuje w domu niegdyś należącym do rodziny Fleishmanów, których dziewięcioletni syn Jacob utonął w morzu. Od pierwszych dni dzieją się tutaj dziwne rzeczy; nocą w ogrodzie Max widzi posągi artystów cyrkowych. Dzieci poznają kilkunastoletniego Rolanda, od którego dowiadują się różnych ciekawostek o miasteczku i o zatopionym pod koniec pierwszej wojny statku. Poznają także dziadka Rolanda, latarnika Victora Kraya. To on opowie im o złym czarowniku, Księciu Mgły, który gotów jest spełnić każdą prośbę lub życzenie, ale w zamian żąda bardzo wiele. Coś, co dzieciom wydaje się jeszcze jedną miejscową legendą, szybko okazuje się zatrważającą prawdą. Musiało upłynąć wiele lat, by Max zdołał wreszcie zapomnieć owe letnie dni, podczas których odkrył, niemal przypadkiem, istnienie magii.
„Książę mgły” to jedna z czterech powieści autora, które zostały stworzone z myślą o młodzieży, jednak autor pisząc je miał nadzieję, że trafią także do starszych czytelników. Podobno chciał stworzyć taką książkę, którą sam chciałby pochłonąć będąc już staruszkiem. Czy mu się udało? Jeśli w tak zaawansowanym wieku ma się ochotę na lekką literaturę, wypełnioną magią, mroczną zagadką, która odbiega od monotonii życia codziennego to chyba tak. Od razu zostajemy wrzuceni do domu zegarmistrza, Maximilana Carvera. Jesteśmy świadkami jak ojciec informuje rodzinę o wyprowadzce, która ma odbyć się już następnego dnia. Od tego momentu akcja rusza, a my wyruszamy za rodziną do nowego miejsca. Do domku przy plaży, gdzie mieli wieść spokojne życie, z dala od wojny. Jednak to lato nie było spokojne, a nastoletni Max i jego siostra stoczyli własną bitwę z magią. W konsekwencji wydarzeń dzieci poznały co to zauroczenie, przyjaźń, niebezpieczeństwo i śmierć. Momentalnie zostały obdarte z dzieciństwa, a beztroskie lato zamieniło się w koszmar.

Spójrzmy na książkę oczami młodych czytelników. Niewinnie zaczynająca się fabuła, która nie przytłacza, a wręcz zachęca do czytania. Gabarytowo też nie jest obszerna, co też nie zniechęci dzieciaków, które rozpoczynają swoją przygodę z książkami, tym gatunkiem czy też twórczością autora. Akcja toczy się szybko i płynnie. Nie musimy długo czekać na rozwój wydarzeń, szybko wyczuwamy, że coś jest na rzeczy. Mamy napięcie, tajemnicę, rówieśników ( Max – 13 - latek, Alicja niedługo miała wkroczyć w „dorosłość” i najmłodsza Irina), dziwne wydarzenia, dreszczyk, mroczną otoczkę, a do tego wspomniane już czary. Nie może się obyć bez młodzieńczych emocji i gonitwy myśli. Niebezpieczeństwo czai się tuż za rogiem, a dzieciakom rodzice nie stają na drodze. Jak to zwykle bywa dzieciaki na pierwszym planie, a rodzice to tło.

Teraz nasz punkt widzenia, czyli dorosłych, którzy przeczytali niejedno i niejedno już widzieli (nie mówię o czarach, choć kto wie co kto z nas widział ;p). Przyjemna lektura, którą naprawdę szybko się czyta. Żadne tam wymyśle cuda na kiju, smaczny kąsek, z mrocznym klimatem i tajemnicą, którą chcą rozwikłać dzieciaki. Kluczem do zagadki jest latarnik, który nie chce wyjawić całej prawdy. Myślę, że dla nas mogłoby być więcej akcji, więcej stron i więcej tego dreszczyku. Jesteśmy chyba przyzwyczajeni do mocniejszego uderzenia i większego szoku. Tutaj mamy trochę okrojoną wersję, no ale wiadomo dzieciom nie zafunduje się mega mocnych wrażeń.

Podsumowując… „Książę mgły” narobił mi smaczku na inne książki autora. Miło spędziłam czas, oderwałam się od codzienności i przeniosłam się nie tylko do miasteczka rybackiego, ale również do dzieciństwa. Przez chwilę poczułam się jak te dzieci, które drążą temat, aby odkryć mroczny sekret. Jednak jest to wersja light jak na mój wiek. Jednak wiadomo, gdzieś tam w środku dzieckiem się jest zawsze i serce otwarte jest na magię, głosy, otwierające się szafy i dziwne zjawiska. Szczególnie smaczne są tajemnice. Po przeczytaniu człowiek przypomina sobie, że lepiej uważać na to, co komu się obiecuje. Ważne jest też to, że wystarczy moment i nagle życie się zmienia i wchodzimy na inny etap.