czwartek, 19 kwietnia 2018

Tryjon - Melissa Darwood


wydawnictwo: Sine Qua Non
liczba stron: 304
data wydania: 18 kwietnia 2018

„Nie sztuką jest uciekać od emocji, sztuką jest umieć je przeżywać.” 

Emocje można przeżywać i można również o nich pisać. Robi to świetnie Melissa Darwood, co udowodniła mi już kilkakrotnie pisząc swoje niesamowite książki. Moja przygoda z jej twórczością zaczęła się od „Laristy” i to dobrych kilka lat temu, to książka, do której mam sentyment. Później pojawiło się „Pryncypium”, które jest w moim sercu do dziś. Nie jest mi obce również „Luonto”, a teraz naszedł czas na „Tryjon”, który jest świeżo po premierze.
Jak udowodnić swoją niewinność, kiedy nie pamiętasz ostatnich pięciu lat? Nic nie ochroni nas przed bólem wspomnień. Sami musimy się z nim uporać. Mila jest inna niż wszyscy. Często traci świadomość, przebywa w jednym miejscu, by po kilku godzinach znaleźć się w zupełnie innym. Pewnego dnia budzi się w zaświatach, zwanych Tryjonem. Dowiaduje się, że nie żyje, a przed śmiercią dopuściła się zbrodni. Czy zdoła dowieść swojej niewinności? Czy kiedykolwiek jest za późno na miłość? I najważniejsze – co skrywa Tryjon? Wciągająca historia o życiu po śmierci i poszukiwaniu własnej tożsamości.
  „[…] śmierć to część życia, przypomina oddech, tylko że bardzo długi.”

„Tryjon” to jedna wielka emocja i tak podsumowałabym najnowszą książkę autorki. Tak naprawdę to różnymi odcieniami zmieszanymi w jedno, co pozwala czerpać z książki pełnymi garściami. Emocje to taki rollercoaster, dają kopa, wzbogacają nas jako ludzi, a dzięki nim nie jesteśmy jedynie skórą, kośćmi i czymś co przypomina żywego robota, albo trupa, co kto woli. Można je też porównać do dzikiego konia, wiadomo mustangi zachwycają, ale są dzikie i nieprzewidywalne. To co w nas siedzi tak naprawdę urzeka, ale bywa nieokiełznane, a nie wszystkim udaje się nad tym zapanować ot tak z łatwością. Osobą, która sobie z nimi nie radzi jest Mila, dziewczyna, która nagle znika, a na jej miejscu, choć w tym samym ciele pojawia się ktoś inny. Sprawa komplikuje się o tyle, że takich osobowości jest zdecydowanie więcej. To zaprowadziło naszą bohaterkę do Tryjonu, miejsca, do którego trafiasz po śmierci. I tu zaczyna się cała zabawa dla wyobraźni czytelnika.

Dziewczyna musi udowodnić swoją niewinność, musi również wyruszyć w podróż po nieznanej krainie i to nie sama. Pozna różne odcienie miejsca, do którego trafiła, ale dowie się także sporo o sobie samej. Historia wymyślona przez Melissę pokazuje czym są albo czym mogą być emocje, które w nas drzemią. Pokazuje jak ważna jest wewnętrzna harmonia i akceptacja wszystkich swoich osobowości, bo tak naprawdę nikt z nas nie jest przejrzysty. Nasza prawdziwa tożsamość składa się z różnych elementów, które mogłyby nosić swoje własne imiona. Autorka sprawnie rozkłada je na czynniki pierwsze. Mimo, że gatunek, który reprezentuje można włożyć między bajki, to pokazuje jak cenne i zarazem trudne jest nasze życie. Musimy podejmować wybory i czerpać lekcje z każdej wędrówki. Ta książka to skarbnica cytatów!

„Gdy dostrzegasz w oddali cel wędrówki, droga staje się lżejsza, czas mknie jak błyskawica.”

Melissa Darwood kolejny raz udowodniła moc swojej wyobraźni, siłę swojego pióra, którym tworzy coraz to lepsze historie. Nie ściemniam. Jestem z nią od początku i naprawdę widzę różnicę. Jej opowieści są odważniejsze, bardziej barwne, dynamiczne i jeszcze bardziej pobudzające wyobraźnię. Świat, który stworzyła tym razem, w mojej pamięci utworzył surrealistyczny obraz, który jest ni to koszmarem, ni to niezłą fantastyką z dobrymi portretami psychologicznymi. Bohaterowie nie należą do nudnych osobników, którzy mogli się wam już znudzić, nie są idealne, mają swoje za uszami, a na rękach krew. Chcecie miłosnych uniesień, dobrych wątków nadprzyrodzonych, fantastyki, ciekawej fabuły, która nie wlecze się w ślimaczym tempie? To sięgajcie po „Tryjon” Ja nie nudziłam się ani przez chwilę. Akcja rozkręca się z każdą stroną, lekki styl autorki pozwala cieszyć się tą wciągającą historią bez jakichkolwiek problemów. No i jeszcze okładka… Ta to dopiero cieszy oko!

„To, co się dzieje teraz jest jedynie chwilą, sumą oddechów, które przeminą, tak jak życie. To, co nas spotyka, nie jest czarne ani białe. Kolorów jest nieskończenie wiele, tak jak odcieni szarości. Trzeba tylko potrafić je dostrzec.”

środa, 18 kwietnia 2018

GPS Szczęścia, czyli jak wydostać się z Czarnej D. - Magdalena Witkiewicz, Marzena Grochowska


wydawnictwo: Od deski do deski
data wydania: 18 kwietnia 2018
liczba stron: 220

„Bo ze szczęściem jest jak z zasięgiem. Czasem hula pełną parą, czasem je gubimy i wtedy jesteśmy bardzo nerwowi, czasem myślimy, że je mamy,a jednak je tracimy.”

Trafny cytat, prawda? Każdy z nas chce być szczęśliwy i robi czasem wszystko, żeby było idealnie, żeby osiągnąć stan szczęścia, a wtedy okazuje się, że jednak to nie jest to o co nam chodziło. Wtedy zazwyczaj lądujemy w takiej Czarnej D. Najgorsze jest to, że często sami się tam pakujemy na własną prośbę, za bardzo chcemy idealnego życia. Nie ważne czy mowa tu o kobiecie czy o mężczyźnie. Mechaniku czy prezesie dużej firmy, bizneswomen czy matce i żonie. Jedni i drudzy o czymś marzą, a w skrócie każdy pragnie szczęścia. Książka, którą właśnie mam pod nosem, ma pomóc wydostać się z tej szarej, nieszczęśliwej miejscowości czyli Czarnej D.

Czym jest Czarna D.? Gdzie leży na mapie? Jak ją omijać? Odpowiedź jest prosta, to stan naszego umysłu. Na mapie więc go nie znajdziesz, jednak przypomina ponurą miejscowość/ miasteczko, które mogłoby stanowić tło dla horroru czy dreszczowca. Ludzie nieszczęśliwi, takie chodzące zombie bez optymizmu i siły do walki o lepsze jutro. Raczej każdy tam trafia, prędzej czy później… Ten pobyt ma swoje zalety, a jakie to o tym dowiecie się od ekspertek, które napisały tę książkę. Jak omijać, albo bywać tam tak rzadko jak się da? Zmienić podejście do życia i zabrać sobie do serca to co znajdziecie w tej książce.

Magdalena Witkiewicz z zawodu analityk marketingowy, specjalista od modeli ekonometrycznych, z pasji pisarka. I to nie byle jaka! Jej książki wzruszają, bawią, dają nadzieję i odrywają od codzienności setki czytelników. Pisze o sprawach ważnych, ale nienachalnie, wręcz lekko i przyjemnie. Podobno specjalistka od szczęśliwych zakończeń, swój optymizm przelewa również do książek dla dzieci.

Marzena Grochowska z wykształcenia oraz pasji jest trenerem biznesu, wiceprezeska Polskiego Stowarzyszenia Kobiet Biznesu, autorka wielu projektów rozwojowych dedykowanych dla kobiet: Ploty, Papiloty, Szminki… Na co dzień pracuje w środowisku biznesu, jest też wolontariuszką Fundacji Hospicyjnej. Obszary szczególnie jej bliskie to motywacja i psychologia pozytywna, co zresztą można zauważyć po przeczytaniu tej książki.

Za każdym razem, gdy trafiam na informację, że Magdalena Witkiewicz wydaje nową książkę, bądź dopiero nad taką pracuje, wpadam w stan uniesienia. Wiem, że prędzej czy później będzie moja. Książek wychodzących spod jej pióra nie da się nie lubić, a każda zawiera w sobie to coś co trafia do wnętrza czytelnika i zostaje na długo. Nie twierdzę, że wszystkie powieści skradły moje serce tak samo, bo tak nie jest, jednak żadna nie okazała się bublem, który chce się wyrzucić do kosza. „GPS Szczęścia czyli jak wydostać się z Czarnej D.” nie jest powieścią do jakich przywykłam. Nie oznacza to jednak, że jestem rozczarowana. Po pierwsze wiedziałam co w trawie piszczy zanim się za nią zabrałam, po drugie lekki styl, humor i to co Magdalena Witkiewicz robi najlepiej – czyli pozytywny kopniak w stronę swojego wnętrza oraz drugiego człowieka też tutaj się znajduje. Jej rola w tej książce polega na stworzeniu odpowiedniej historii z udziałem bohaterów, którzy swoje odzwierciedlenie mają w zwykłych prawdziwych ludziach. Bo przecież Ty czy ja możemy być Mieczysławem Fochem, bądź Katarzyna Nonajron. Jednak tym razem autorka połączyła swoje siły z Marzeną Grochowską, coachem od wychodzenia z Czarnej D. Jej zadaniem jest podejście praktyczne do tego co wcześniej zaprezentowała nam Magdalena Witkiewicz. Kilka poradników tego typu w moje ręce wpadło i tak naprawdę po lekturze tej książki nie jestem zaskoczona, nic nowego się tam nie pojawiło, jeśli chodzi o sedno treści. Jednak całość prezentuje się naprawdę dobrze, zarówno jeśli chodzi o grafikę jak i pozytywny przekaz. Zresztą ten kto zna twórczość Magdaleny Witkiewicz ten wie na co ją stać. Natomiast Marzena Grochowska dotrzymuje jej kroku na swoim podwórku mentora. Tak więc, jeśli ktoś aktualnie znajduje się w Czarnej D. i chce się wydostać, lub po prostu dodać szczyptę optymizmu swojej codzienności to polecam ten tytuł. Jeśli jesteś tym szczęśliwcem, który nigdy tam nie trafił i mu to w przyszłości (tej bliższej, bo tej dalszej nikt nie zna) nie grozi to polecam tę książkę ot tak zwyczajnie dla relaksu, być może coś dla siebie w niej znajdziesz. To taki nietypowy poradnik, babskie spojrzenie na życie, atmosfera panuje tutaj koleżeńska, a ilustracje, które zawdzięczamy Joannie Zagner – Kołat cieszą nasze oko na każdej stronie. Filip Chajzer napisał o niej : „Przydałaby się prosta recepta na szczęście… Bardzo proszę, trzymasz ją w rękach.” i ja się z nim zgadzam. Daj sobie szansę na lepsze jutro… no i więcej dystansu każdego dnia, dla siebie i innych!

sobota, 7 kwietnia 2018

Wielki Gatsby - F. Scott Fitzgerald


wydawnictwo: Bellona
data wydania: 2013
liczba stron: 190

„Tak oto dążymy naprzód, kierując łodzie pod prąd, który nieustannie znosi nas w przeszłość.”

Są książki, które stają się popularne dopiero po śmierci autora, a ponowne ich wydanie po latach, zyskuje w oczach czytelników. Bywają też takie, których tytuł jest tak sławny, że wpada w oko kompletnie zielonemu w temacie fabuły jegomościowi w księgarni. Po prostu tytuł wyprzedza treść już na starcie. Założę się, że każdy jest w stanie podać tytuł takiej książki, która jest legendą samą w sobie, a nawet jej nie czytał. W moje ręce ostatnimi czasy trafiła taka właśnie powieść, która sławą zaczęła się cieszyć długo po premierze, za to z sukcesów swojego dzieła nie mógł się cieszyć za życia autor. „Wielki Gatsby”, bo o tej powieści mowa, został wydany w 1925 roku w USA, jednak został doceniony został w 1953 roku. Na ekranach kin również się pojawiał i to aż pięć razy. Może nie uwierzycie, ale tytuł legenda i na mnie zarzucił swoje sieci jakiś rok, dwa, a może nawet trzy lata temu. Nie dałam się skusić, co nie znaczy, że zapomniałam o tej książce. Wróciła do mnie teraz i mogłam delektować się najpierw podziwiając ją na swojej półce, a później czytając wieczorami.

Francis Scott Fitzgerald stworzył swoją powieść na tle czasów powojennych, lata 20 XX wieku, okres prohibicji, wzrost przestępczości, a i człowiek moralnie nie bardzo miał czym się chwalić. Pozory i pieniądze ukrywały prawdziwe wcielenie młodych i tych trochę starszych ludzi w tamtym okresie. Autor stworzył niesamowity obraz społeczeństwa mieszkającego w Nowym Jorku i jego okolicach. Romanse, układy, światło fleszy, przepych, kłamstwa, dwulicowość, długo pielęgnowane marzenia i nadzieje, miłość, przyjaźń i siła charakteru. Żadna z postaci w tej książce nie jest idealna, każda ma jakąś rysę, większą bądź mniejszą, jednak w ostatecznym podsumowaniu dostrzegamy, która z postaci najbardziej zagubiona, zdesperowana czy też zepsuta.


„Każdy człowiek ma o sobie mniemanie lepsze, niż mają o nim inni i przypisuje sobie przynajmniej jedną z głównych cnót.”

Wyobraźcie sobie, że mieszkacie w zwykłym, nierzucającym się w oczy domku. Obok stoi willa, praktycznie każdej nocy u sąsiada jest impreza i to nie byle jaka. Przychodzi kto chce, przepych, alkohol, sławne towarzystwo. Jednak gospodarz imprezy jest chodzącą tajemnicą. Pewnego dnia dostajecie zaproszenie na jedną z takich imprez. Idziecie i po jakimś czasie przelotnie poznajecie sąsiada. Odtąd wasze życie się zmienia… Narratorem tej powieści jest właśnie ów człowiek mieszkający w zwykłym domku, Nick Carraway. Akcja powieści rozpoczyna się latem 1922 i trwa do jesieni. W tym czasie Gatsby przestaje być dla nas zagadką, a życie i ludzie pokazują swe prawdziwe oblicze. Patrząc z boku na postać Gatsby’ego mamy lepszą ocenę jego osoby, nie patrzymy jego oczami na całą historię, tylko mamy pod nosem przefiltrowany obraz z drugiej ręki. 

Czym więc „Wielki Gatsby” zasłużył sobie na rangę literackiej legendy? Co czyni tę powieść intrygującą i ponadczasową? Zdecydowanie klimat panujący w tej powieści. Jest to naprawdę barwna opowieść o czasach, gdzie można było szybko dojść do pieniędzy niekoniecznie legalnie, nie brakuje w niej miłości i tragedii, a jak wiadomo to przyciąga czytelnika. Tajemniczy i wielki Gatsby też jest tutaj mocnym punktem, plotki krążą, a otwarte przyjęcia dla wszystkich bez wyjątku kuszą. Kim tak naprawdę jest ten bogacz? Czy kogoś zabił? A może prowadzi lewe interesy? Jaką tajemnicę skrywa? Książka nie jest długa, treść nie jest męcząca ani skomplikowana, bohaterowie no cóż – różni. Na pierwszy rzut oka zwyczajna powieść o pieniądzach, ludziach i ich charakterach, jednak czytelnik płynie z nurtem historii. Przenosi się do tamtego okresu i jest uczestnikiem wydarzeń. Autor w swojej książce nie idealizuje miłości, a przynajmniej nie do końca, bo pokazuje jak ważnym przeciwnikiem tego pięknego uczucia są pieniądze. A przyjaźń? Czy to słowo, aby na pewno ma jakąś głębię? Kim jest przyjaciel? Kto nim tak naprawdę jest w tragicznych okolicznościach? Czy pieniądze dają szczęście? Jedno jest pewne, dają możliwości, ale i zgubę. Tak samo jak miłość. To wnioski jakie wyniosłam z tej powieści. Wiecie co? To będzie jedna z ważniejszych pozycji na mojej półce.


„- Przecież nie można przeżyć na nowo czasu, który się już przeżyło!
 - Jak to: nie można! Oczywiście, że można!”

piątek, 23 marca 2018

Alice i Oliver - Charles Bock


wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Foksal
data wydania: 14 marca 2018
liczba stron: 384

„Zanim się odezwiesz, zapytaj siebie: czy to lepsze od milczenia?”

Moja dzisiejsza propozycja skierowana jest do osób, które lubią zagłębiać się w tematy niełatwe, a wręcz boleśnie życiowe. Podobno jest tak przejmująca jak love story, a do tego zachwyca prostotą graficzną okładki. Ostatnio usłyszałam, że nie powinnam czytać takich książek. Powinnam raczej wybierać książki, które są lekkie i przyjemne, a nie psuć sobie humor poważnymi historiami, gdzie bohaterowie zmagają się z poważną chorobą. Po co, skoro lepiej omijać taki temat szerokim łukiem, bo przecież choroba to wyrok. Serio? Do teraz na wspomnienie tej dyskusji, krew mi bulgocze w żyłach. Oczywiście, że mogę wybierać tylko te książki przy których pękam ze śmiechu, bądź jest tak słodko, że aż mnie może zemdlić. I czasem takie czytam – to fajna alternatywa do poprawy humoru i oderwania się od codzienności. Co do wyboru książek, to jest to mój świadomy wybór i przecież nikt nade mną z kijem nie stoi, a ja nie jestem masochistką, żeby sobie psuć humor na zawołanie. Poza tym choroba nie zawsze oznacza przegraną i nie ważne o jakiej chorobie tu mowa. Dlaczego więc czytam historie takie jak ta „Alice i Olivera”? Ponieważ mają swoją wartość, głębię przekazu i dają kopa. I nie, nie psują mi nastroju, mimo tego, że bywa naprawdę gorzko. Po prostu mimo wszystko je lubię. To nie pierwsza książka na mojej półce o podobnej tematyce, gdzie choroba jest tematem wiodącym. Zapewniam też, że nie ostatnia. Jedno tylko się zmieniło jeśli chodzi o odbiór przeze mnie tych książek – teraz po zetknięciu się z procedurami, badaniami, chemioterapią, szpitalami i ogromną ilością chorych, szczególnie dzieci, ich treść trafia do mnie bardziej świadomie niż te kilka lat temu, choć i wtedy miałam za sobą bolesne przeżycia z chorobami, które zmieniają życie moje i moich najbliższych.
Alice Culvert ma w sobie prawdziwą moc: jest pełna pasji, niezależna, bystra i prześliczna. Przyciąga uwagę wszędzie, gdzie tylko się pojawi, nawet w gwarnym Nowym Jorku lat 90. – i jest tym zachwycona. Żyje bardzo intensywnie – tym trudniej uwierzyć, kiedy poznaje lekarską diagnozę swego stanu... Tak pełna energii osoba nie może przecież po prostu zniknąć. Życie Alice i jej męża Olivera nagle sprowadza się do jednego: walki o przetrwanie. Para walczy z chorobą, stawiając również czoła meandrom systemu opieki zdrowotnej, dobrym intencjom bliskim i głębokiemu, niebezpiecznemu stresowi, który odpycha od siebie małżonków. 
Alice ma wszystko – tak może się wydawać – męża, elegancki loft, malutką córeczkę, przyjaciół… ma też raka. Zaczęło się od zwykłych przeziębień, a potem nagle świat, ten dobrze znany i bezpieczny nagle się zawalił, skurczył do rozmiarów szpitalnego łóżka, leków, wyników, kroplówek, chemii, bólu, strachu, niepewności i przeszczepu. Nagle z młodej intrygującej kobiety, która zakochana jest w swoim dziecku, z żony, stała się pacjentką walczącą z trudnym przeciwnikiem. Stała się cieniem samej siebie, medytującym, słuchającym nauk buddy. Wychowywanie córeczki nagle stało się epizodem, w którym czasami uczestniczyła, momentami, które kradła do serca, aby w trudach walki sobie je przypomnieć. Były łzy, ból, gniew bezsilność, ale także czułość, miłość, przyjaźń i nadzieja.

Akcja toczy się w latach ‘90, gdy przeszczep szpiku był bardziej nowością, która ratowała życie. Jednak był on równie niebezpieczną i nie dającą gwarancji metodą jak dziś. Zapewne dużo się zmieniło na tym polu, ale wtedy i dziś priorytetem był i jest zgodny dawca.

„Alice i Oliver” to opowieść zainspirowana wydarzeniami z życia autora, ale to także świadectwo siły i miłości. Miłości, która przechodzi poważną próbę czasu, choroby, zmęczenia, nerwów, nadwątlonego zaufania i obcowania z czającą się za rogiem śmiercią, która próbuje wedrzeć się w życie tych młodych ludzi. To niewątpliwie trudna książka, która nie do każdego trafi i nie wszystkich poniesie z nurtem. Jednak ci, którzy zaryzykują spotkanie z Alice i Oliverem będą światkami nie tylko wyniszczającej walki z białaczką, chemioterapiami, przeszczepem, ryzykiem i powikłaniami, ale będą mogli zobaczyć chęć do życia, nadzieję, przyjaźń oraz wspomnianą miłość. Jeśli wam za mało, to w zanadrzu jest jeszcze macierzyństwo, które odbija się w oczach chorej kobiety jak w zamglonym lustrze. Pragnie się ujrzeć czystość obrazu i chłonąć odbicie nieskazitelne, a jednak nie można. Do tego jest rysa, albo nawet pęknięcie, które się pogłębia. Historia opisana przez Charlesa Bocka momentami jest chaotyczna, przeskakujemy w czasie i trzeba się skupić. Autor mógł bardziej przejrzyście przedstawić swoją opowieść, ale myślę, że chwila skupienia nad wątkami czytelnikowi nie zaszkodzi.

Podsumowując: to książka o trudnej tematyce, każde słowo jest jak walka o przetrwanie, o życie, które chce bohaterce wyrwać białaczka. Jednak można zaliczyć ją do wartościowych i mądrze napisanych, a przy tym pozostających w pamięci na długo. Wracając jeszcze do tej rozmowy ze znajomym, którą przytoczyłam… On twierdzi, że książki tego typu powinny czytać osoby, które szukają porady, a inni czytelnicy powinni sobie odpuścić. Ja się z tym nie zgadzam. Takie książki dają kopa do życia. Przypominają, że codzienność choć szara i męcząca, to tylko mała nierówność na drodze naszej egzystencji, którą z łatwością pokonamy. Szczególnie patrząc na to jakie szczyty muszą zdobyć inni. Tak więc, nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Was do świata Alice i jej rodziny.

„Wierz mi, że puste dni rosną i rosną, aż stają się upiorne. U-pior-ne! Wiem wszystko o ciszy, która jest tak wielka, że nigdy się nie kończy. Przełyka się każdy pisk i trzask i chce się wrzeszczeć...”

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki.

czwartek, 15 marca 2018

Mediatorka - Ewa Zdunek


wydawnictwo: W.A.B.
data wydania: 4 kwietnia 2018
liczba stron: 400

„Praca mediatora uczy dystansu. Ciągła styczność z emocjami na najwyższym poziomie, agresją ze strony klientów [...]zderzenie z bezradnością oraz niedojrzałością wielu osób powoduje, że ci którzy dłużej wykonują ten zawód, nie są już tak podatni na wysyłane przez otoczenie impulsy. [...]Mediatorzy z czasem obojętnieją, a ich wewnętrzny spokój, mylony z cierpliwością, stanowi syndrom zawodowego wypalenia.”

Mediator to raczej mało znany zawód, oczywiście tu i tam słyszy się o przeprowadzonych mediacjach, albo możliwości jej przeprowadzenia, aby dojść do porozumienia w danej sprawie. Jednak, gdy zada nam ktoś pytanie o najbardziej popularne i znane zawody, to na naszej liście z pewnością się on nie pojawi. Już prędzej do głowy wpadnie nam negocjator niż mediator. Dlaczego? Dlatego, że mediator nie stoi w pierwszym szeregu tak jak sędziowie, prokuratorzy czy też adwokaci. Choć bywa i tak, ze mylony jest z „kolegami” z pierwszego rzędu. Jak każdy zawód ma swoje plusy i minusy i jak można się domyślać nie każdy się do tej pracy nadaje. Musi on mieć coś w sobie z psychologa, stratega i negocjatora. Czego w tej pracy nie może zabraknąć? Cierpliwości, bo ta wystawiana jest niejeden raz na ciężką próbę. A tak serio to ludzie często wywlekają wszystkie możliwe brudy przed taką osobą, bądź szukają pomocy (porady), albo zwyczajnie wygadają się jak przed barmanem, albo fryzjerem. O tym jak barwne jest życie mediatora, a konkretnie mediatorki opisuje w swojej książce Ewa Zdunek. Autorka z wykształcenia jest prawnikiem, jest również wykładowcą na Uniwersytecie im. kard. Stefana Wyszyńskiego. Ponadto jest zawodowym mediatorem i negocjatorem, a w 2011 roku otrzymała wyróżnienie Złota Mediana jako wyróżniający się mediator.
Marta Kołodziej jest mediatorką. Zawodowo zajmuje się rozwiązywaniem cudzych problemów. Tymczasem jej małżeństwo legło w gruzach, były mąż chce odebrać jej córki – Basię i Laurę, posuwając się do niegodziwych metod, matka sączy swój despotyzm niczym jad, a ojciec jest bujającym w chmurach wynalazcą. Na szczęście bohaterka może liczyć na pomoc zakompleksionej przyjaciółki Betki, kominiarza Zbigniewa, który nie ma szczęścia w miłości, oraz dosyć nieporadnego lekarza Roberta. Życie nieustannie Martę zaskakuje i nie jest tak proste jak godzenie zwaśnionych stron podczas mediacji.
Marta jest już po rozwodzie, jej małżeństwo poniosło klęskę, ale ona chce zacząć od nowa. Jest pewna, że jej życie wejdzie wreszcie na odpowiednie, spokojne tory. Wiadomo jak to w życiu jest, zawsze musi być jakieś „ale” w tych naszych idealnych planach. U Marty też nie mogło być inaczej… A wszystko zaczęło się od wyjścia do cukierni po tort… Od tamtej pory życie naszej bohaterki było coraz bardziej zwariowane, a zagadek i kłopotów przybywało. Wszystkie wydarzenia spowodowały lawinę refleksji nad sobą, swoim życiem i tym co jest tak naprawdę ważne. Jednak nadal nurtuje ją to dlaczego matka zachowuje się tak jakby jej nienawidziła? Skąd chłód? Skąd wrogość? Nasza bohaterka będzie musiała zmierzyć się z ogromnym stresem, podejrzanymi typami, wynająć detektywa i ruszyć w podróż za granicę, która nadałaby się do filmu z wątkiem sensacyjnym. Oczywiście w międzyczasie musi „godzić” skłóconych ludzi, a przynajmniej pomóc im dojść do jakiegoś kompromisu. W tej historii dzieje się sporo, więc raczej na nudę narzekać nie można.


„A może szczęście to rzadki skarb, który zdobyć mogą i potrafią tylko nieliczni, obdarzeni nadzwyczajnymi umiejętnościami? […] A może ze szczęściem jest tak, że należy go długo i wytrwale szukać, wciąż zmieniając otoczenie, ludzi wokół siebie, świat? Ale jak znaleźć szczęście? To jak opisywać światło temu, kto całe życie spędził w ciemnościach.”

„Mediatorka” to nie jest zwykła opowieść, to po prostu życie w różnych odcieniach. To książka o problemach, a te raczej nikomu z nas obce nie są. Dzięki Marcie Kołodziej, głównej bohaterce, jej przyjaciołom i opowiedzianych przez nią spraw, którymi się zajmowała mamy w pigułce całą esencję ludzkiej egzystencji. Ta pigułka najpierw ma słodkawy posmak, który wywołuje uśmiech na ustach i pozwala się delektować poczuciem humoru, którego zakosztujecie już od samego początku. Ja czytałam i się śmiałam, a mąż patrzył na mnie jak na wariatkę. Po prostu pewne sceny (szczególnie Zbyszkowe) wywoływały we mnie rechot do łez. Od słodkości przechodzimy do cierpkości, która szczypie w język i przypomina, że nie zawsze jest różowo. Kolejnym etapem jest goryczka, która ujawni się wraz z ludzkim obliczem, obojętnością, wrogością, nienawiścią, pazernością i chęcią zniszczenia drugiego człowieka. Podczas lektury nagle do głowy przychodzą refleksje, chwila otrzeźwienia na to co w życiu ważne i jak łatwo wszystko można zepsuć. Autorka w sposób obrazowy pokazuje relacje łączące ludzi, to jak traktują siebie, swoje dzieci, rodziców, teściów. To jakich tajemnic, konfliktów, a nawet zbrodni dochodzi w zwyczajnej rodzinie. Trochę zwariowana i dynamiczna historia o pechu w miłości, problemach, przed którymi musimy stanąć, sile, którą musimy w sobie odnaleźć, kompromisach, na które warto czasem pójść oraz o chciwości i głupocie ludzkiej. Mnie perypetie życiowe Marty i jej znajomych po prostu wciągnęły od początku. Nie żałuję, że skusiłam się na przeczytanie tej książki i będę z niecierpliwością czekać na ciąg dalszy, tym bardziej, że zakończenie jest otwarte, a czytelnik nie dostaje upragnionej, brakującej odpowiedzi co też znajduje się w tym tajemniczym liście.

Podsumowując: książkę warto przeczytać, choćby po to, aby bliżej poznać zawód mediatora. Myślę jednak, że gdy zaczniecie ją czytać to popłyniecie z nurtem tej historii tak jak ja. Znajdziecie w niej o wiele więcej niż tylko tajniki pracy mediatora, a szczególnie przyjemność z lektury i chwile refleksji… i śmiech oczywiście.

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki

czwartek, 8 marca 2018

Pan Przypadek i trzynastka - Jacek Getner


cykl: Pan Przypadek i... (tom 1)
wydawnictwo: Poligraf 
data wydania: luty 2013 (data przybliżona)
liczba stron: 202

Wszyscy pewnie znają słynnego detektywa Sherlocka Holmesa, ale niewielu zna detektywa Jacka Przypadka. Detektywa z przypadku, amatora, który ma bystre oko, dobrze łączy fakty i potrafi zajść niejednemu za skórę. Być może wreszcie doczekaliśmy się swojej sławy detektywistycznej?
Jacek Przypadek, mimo swoich blisko trzydziestu lat, nie ma konkretnych planów na życie i cieszy się z tego, że nie musi ich robić. Ale któregoś dnia prosi go o pomoc ulubiona sąsiadka, pani Irmina Bamber, której skradziono obrazy. Tak zaczyna się jego detektywistyczna kariera, która z każdą rozwiązaną sprawą coraz bardziej irytuje różne ważne osoby. Jacek Przypadek łączy w sobie przenikliwość Sherlocka Holmesa z łobuzerskim wdziękiem porucznika Borewicza i irytującym charakterem doktora House'a. Ta wybuchowa mieszanka powoduje, że może liczyć na sympatię wielu kobiet i szczerą nienawiść rosnącej rzeszy swoich wrogów, którzy za jego sprawą trafili za kratki. 
Warszawska stara kamienica swoje widziała i słyszała… Tym razem też jest świadkiem nie byle czego! Nie tylko w jednym z mieszkań dochodzi do kradzieży dzieł sztuki, ale jeszcze narodził się detektywistyczny geniusz w postaci pewnego młodego człowieka. Wielu określiłoby go mianem obiboka, który chce zarobić i nic nie robić. Studia przerwał, wiecznie trenuje do maratonu, nie pracuje, a jego dochód stanowią czynsze z wynajmowanych mieszkań. Singiel z przeszłością, trudny do usidlenia. Jego zdaniem ludzie są banalnie przewidywalni. Ja osobiście mam mieszane uczucia co do Jacka. Jako bohatera trudno go nie lubić, jednak w realnym świecie zapewne niejeden raz podniósłby mi ciśnienie. Zresztą tak samo jak to robi pewnemu stróżowi prawa.

Jacek Getner – pisarz, scenarzysta, dramaturg. Laureat licznych konkursów pisarskich i dramaturgicznych. Autor scenariuszy do kilkuset odcinków różnych seriali telewizyjnych i dialogów do fabularnych gier komputerowych.

„Pan Przypadek i trzynastka” to pierwszy z czternastu tomów opowiadań o młodym detektywie amatorze. Lekka i przyjemna książka, która bardziej przypomina komedię z wątkiem kryminalnym niż kryminał z domieszką komedii. Mimo to autor nie próbuje nikogo rozbawiać na siłę, a poczucie humoru jest idealnie wyważone – ma być dowcipnie, ale nie męcząco. Zagadki nie są jakieś skomplikowane, jednak potrafią zainteresować i nie wieje nudą. Jeśli lubicie barwne postacie, to z pewnością te wykreowane przez Jacka Getnera trafią w wasz gust, jeśli nie wszystkie to jakaś na pewno.

Podsumowując: „Pan Przypadek i trzynastka” to typowa lektura, która ma umilić czas czytającemu i nie zamęczyć go nadmiernie skomplikowaną fabułą. Z racji tego, że ma być na wesoło, to nie spodziewajcie się kryminału z prawdziwego zdarzenia, skomplikowanego śledztwa, czy też zbytniej powagi u bohaterów. Do głównego bohatera jak i zresztą wszystkich trzech opowiadań, bo tyle znajdziecie w tej książce, proponuję podejść z dystansem i przymrużeniem oka. Jak wiadomo genialni detektywi zaliczali się do ekstrawaganckich osobników, więc i tutaj inaczej być nie może. Tak więc, jeśli lubicie tego typu klimaty i chcecie się zrelaksować przy nie obciążającej szarych komórek książce to polecam. Jeśli nie gustujecie w takim połączeniu to proponuję sobie całkowicie odpuścić detektywa Przypadka. Choć moje serce już dawno skradł Holmes, Poirot oraz Cormoran Strike i tego nie jest w stanie zmienić nic, to wiem, że z przyjemnością przeczytam jeszcze inne tomy o przygodach detektywa Przypadka. Dlaczego? Choćby dlatego, że ze mnie taki czytelniczy przypadek co lubi detektywów!

Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania książki

sobota, 3 marca 2018

Za stare grzechy - Izabella Frączyk


cykl: Śnieżna grań (tom 1)
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 27 lutego 2018
liczba stron: 400

Wraz z końcówką lutego (dokładnie 27 ) nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka ukazała się książka Izabelli Frączyk nosząca tytuł „Za stare grzechy”, która jest pierwszym tomem sagi o Śnieżnej Grani. Wraz z wyborem tej propozycji sama siebie zadziwiłam, bo już nie pamiętam kiedy dałam się uwikłać w jakąś sagę, a już na pewno w takich obyczajowych klimatach. Coś mnie podkusiło i nie żałuje. Już na wstępie mogę zdradzić, że na pewno skuszę się w przyszłości również na drugi tom. Izabella Frączyk wydała już dziesięć książek, które zostały ciepło przyjęte, jednak na mojej półce zagościła dopiero teraz.
Rodzina Stachowiaków od wielu lat zarządza stacją narciarską na Podhalu. Rozległe interesy idą świetnie do chwili rodzinnego nieszczęścia. Rodzina musi stawić czoła nowej rzeczywistości, ponadto każdemu jej członkowi mocno komplikuje się życie osobiste. A wszystko to na tle wymagającego troski biznesu – czyli ukochanego pensjonatu Szarotka i popularnej stacji narciarskiej Śnieżna Grań. Jak od kuchni wygląda prowadzenie dużego pensjonatu? Czy młodym i niedoświadczonym dzieciom powiedzie się kontynuacja interesu rodziców? I czy wśród codziennych obowiązków uda się im zatrzymać, żeby dostrzec to, co naprawdę ważne?
Urokliwe miejsce, gdzie każdy miałby ochotę spędzić urlop, albo wyprawić sobie huczne weselisko i to niezależnie od pory roku. Jedna rodzina, która trzyma piecze nad rodzinnym biznesem, który nabiera jeszcze większego rozpędu mimo tragedii jaka ją dotknęła. Ilu jej członków, tyle mini historii, cały worek emocji, rozterek i planów. Każdy dzień niesie ze sobą obowiązki, ale i wyzwania jakie rzuca im pod nogi życie. Aniela po śmierci męża stała się głową rodziny, na głowie ma nie tylko dzieci i ich życiowe problemy, ale również pensjonat i karczmę. Dwie córki dzieli od siebie znaczna różnica wieku. Starsza samotnie wychowuje córkę zamykając się na szczęście. Młodsza co rusz podkochuje się w kimś innym i nie gardzi znajomościami z internetu. Edek to wizjoner z głową pełną planów, a i prywatnie życie nabierze u niego rozpędu.

„Wiesz, córciu, u facetów czasem ciężko o wyczucie. Nieraz sama miewam wrażenie, że oni nie myślą. Że to jakaś ślepa gałąź ewolucji. Ciężko liczyć na to, że wpadną sami z siebie na to, o co nam, kobietom, chodzi. Im trzeba to po prostu powiedzieć. Tak prosto z mostu. Łopatą do głowy. Inaczej żaden się nie połapie. [...]Wiesz oni naprawdę tak mają. Im trzeba zawsze otwartym tekstem. A i to bez pewności, że pojmą. A nawet jeśli pojmą, bez pewności, że zrobią z tym cokolwiek.”

„Za stare grzechy” to ciepła i optymistyczna opowieść o rodzinnej więzi, sile, odwadze w podejmowaniu życiowych wyzwań i osiąganiu zamierzonych celów. Autorka pokazuje też, że na miłość i na szczęście nigdy nie jest za późno. Swoich bohaterów stawia przed licznymi wyzwaniami, aby mogli zdać sobie sprawę z tego co jest w życiu ważne. Już od pierwszej strony spodobał mi się styl autorki, który jest lekki i przyjemny. Nie brakuje humoru, refleksji oraz barwnych dialogów. Z upływem stron życie Loli, Edka i Anieli przechodzi rewolucje, a czytelnik jest świadkiem jak to się dokonuje. To wszystko w połączeniu z sielską górską scenerią tworzy naprawdę dobrą powieść. Wszystko ładnie, pięknie i relaksująco dla czytelnika, ale jakby mało życiowo, bo owszem są problemy, tylko one znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. A może to tylko takie odczucie, ponieważ akcja toczy się szybko i w życiu naszych bohaterów ciągle coś się dzieje i na nudę nie można absolutnie narzekać. Jeśli szukacie książki, przy której będziecie mogli się odprężyć i zakosztować luksusu to polecam. Nie byłabym sobą,gdybym nie zwróciła uwagi na okładkę, a jest ona kobieca, mroźna i urocza. Po prostu zachęca do lektury. Ja również zachęcam, gdyż na przykładzie głównych bohaterów, można nauczyć się jak zdobywa się swoje własne szczyty i wcale nie mam na myśli tych prawdziwych górskich, a te nasze codzienne życiowe.

Dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za możliwość przeczytania ebooka