sobota, 28 maja 2016

Japoński kochanek - Isabel Allende


wydawnictwo: Muza
data wydania: 18 maja 2016
liczba stron: 320

„Myli się ten, kto twierdzi, że wszelki ogień wcześniej czy później gaśnie – niektóre namiętności płoną, dopóki nagle nie zdusi ich los, ale nawet wtedy pozostają niczym gorące węgle, gotowe rozżarzyć się na nowo przy najmniejszym dopływie tlenu.”

Są w naszym życiu chwile, które zapadają w pamięć, zmieniają kierunek naszej wędrówki i takie, które mają wpływ na nasze życie. Są również różne namiętności i miłości, które to życie ubarwiają, czynią je bardziej smakowitym, niepowtarzalnym i bardziej wyjątkowym. Szczęśliwi są Ci, którzy mogli zakosztować takiego ognia, który zastyga w węgiel gotowy się przebudzić by znów płonąć i palić. I taką „szczęściarą” okazała się jedna z bohaterek książki, Isabel Allende – „Japoński kochanek”.
Irina Bazil, młoda imigrantka z Mołdawii, rozpoczyna pracę jako opiekunka w Lark House, domu spokojnej starości na przedmieściach Berkley. Szybko zaprzyjaźnia się zarówno ze współpracownikami, jak i z podopiecznymi. Pewnego dnia w tym nietypowym domu seniora, zamieszkuje słynna malarka Alma Belaso, pochodząca ze znanej i szanowanej rodziny. Irina zaskarbia sobie sympatię starszej damy, która prosi ją o pomoc w porządkowaniu rodzinnych dokumentów i pamiątek rodu Belasco. Pomaga jej w tym ukochany wnuk Almy, Seth. Młodzi razem odkrywają zdjęcia nieznanego Japończyka i listy, które Alma najprawdopodobniej wymienia z tajemniczym kochankiem.
„Życie jest zbyt krótkie, żeby być punktualnym.”

Autorka w swojej książce daje nam możliwość poznania kilku bohaterów, jednak tak naprawdę z bliska poznamy losy młodej Iriny i dużo starszej Almy. Obie spotykają się w domu seniora i z czasem nawiązuje się między nimi relacja nie tylko zawodowa, ale również przyjacielska. Fascynacja starszą panią i jej życiem pogłębią dodatkowo fragmenty układanki, które odkrywa Irina. Co wyśledzi? Czy przypuszczenia dziewczyny i wnuka Almy okażą się słuszne? Czytając stopniowo będziemy odkrywać to, co duet młodych rodzinnych kronikarzy a nawet ich wyprzedzimy (szczególnie, jeśli dość sprawnie zadziała nasza intuicja i poskładamy kilka faktów).

„Serce jest duże, można kochać więcej niż jedną osobę.”

Historia, którą opisuje Isabel Allende jest dość szczególna, gdyż opowiada ona tak naprawdę o losach polskiej żydowskiej dziewczynki. Z czasem zamienia się ona w amerykańską młodą kobietę, artystkę, następnie żonę, babcię… ciekawą postać, która skrywa sekrety. Ucieczka z kraju, rozłąka z rodziną, która wpadła w ręce Hitlera i nowa rzeczywistość ukształtowała i tak już mocny charakter dziewczynki. W tych trudnych chwilach dzieciństwa, mogła liczyć jednak na dwoje przyjaciół… kuzyna i syna ogrodnika. Jak ta przyjaźń wpłynie na losy całej trójki? To odkryjemy wraz z Iriną. No właśnie Irina to postać, która otwiera karty tej powieści. Jest zagadkowa, tajemnicza i z wyglądu zwyczajna. Od samego początku czytelnik czuje, że w powietrzu unosi się tajemnica, którą ta młoda osóbka ukrywa. Czytając, poznamy sekrety obu kobiet. Kobiet, które miały na siebie wpływ i musiały się poznać i zaprzyjaźnić.

„Starość to najlepszy czas, żeby być tym, kim się chce, i robić to, na co przyjdzie ochota.”

„Japoński kochanek” to niezwykle ciepła opowieść, która ma kilka odcieni. Czytając podążamy różnymi ścieżkami, aby poznać naszych bohaterów. Zanurzamy się w historii, dosięgniemy okropieństwa obozów koncentracyjnych w Polsce, a także podobnych amerykańskich, w których internowano Japończyków i odcięto ich od codzienności i godności. Będziemy świadkami zderzenia kulturowego, konwenansów i ukrywanych emocji. Nie zabraknie wspomnianej na wstępie namiętności i miłości, która przesycona jest zapachem gardenii i skryta w atramencie uwiecznionym w listach. Ta opowieść to także dowód na to, że prawdziwe przyjaźnie się zdarzają. To także inne spojrzenie na starość oraz umieranie. To również coś, co uwielbiam w książkach…rodzinne sekrety, które intrygują i wciągają zarówno bohaterów jak i czytelnika. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że ta książka ma zapach przemijania, starości i upływu czasu. To przeszłość, z którą trzeba sobie poradzić, potwory, które trzeba oswoić i postacie, które chciałoby się poznać. To fotografia, na której widać wyraźną granicę między światłem a cieniem. Książkę czyta się szybko i przyjemnie. Rozdziały przeplatają się ze sobą tak, aby nie nudzić czytelnika i stopniowo powiększać naszą wiedzę na temat opisanej historii. A jaka ona jest? Nie tylko ciekawa i ciepła, ale również otwarta na starość, która ma swoje miejsce w świecie.

„Miłość i przyjaźń się nie starzeją.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza

czwartek, 19 maja 2016

Miłość i kłamstwa - Cecelia Ahern


wydawnictwo: Muza
data wydania: 18 maja 2016
liczba stron: 416

„Ludzie nie wiedzą, jaką krzywdę wyrządzają innym ludziom, robiąc rzeczy, których nie powinni robić. Bolesne uczucia mają głębokie korzenie; rozrastają się, rozgałęziają, pełzają pod powierzchnią, wpływając na inne dziedziny życia tych, którzy zostali oszukani. To nigdy nie jest jeden błąd, jeden moment, lecz cała ich seria, a każdy zagnieżdża się w sercu i podąża w dowolnym kierunku. Czas sprawia, że stają się poplątane jak stare, sękate drzewo, które dusi się pod ciężarem własnych gałęzi.”

Wczoraj swoją premierę miała najnowsza powieść Ceceli Ahern – „Miłość i kłamstwa”. Dla fanów autorki (w tym dla mnie) jest to niewątpliwie dobra wiadomość. Niejedną swoją historią przeniosła czytelników do innego świata – miejsca. Pozwoliła poznać ciekawe postacie, jak również zakosztować magicznej lekkości swojego pióra. Jak było tym razem? Gdzie zawędrujemy? Kogo poznamy? Czy ta powieść dołączyła do grona moich ulubieńców? Wyobraźcie sobie, że macie tylko (albo aż) jeden dzień na to, aby dowiedzieć się kim tak naprawdę jesteście i wybrać się w podróż po tajemnicach osoby wam bliskiej…Odważycie się?
Kiedy Sabrina Boggs przypadkiem natrafia na tajemniczą kolekcję, która znajdowała się w posiadaniu jej ojca, odkrywa prawdę tam, gdzie nigdy nie podejrzewała istnienia kłamstwa. Człowiek, przy którym spędziła całe dzieciństwo, nagle staje się kimś zupełnie obcym. Sabrina ma tylko jeden dzień na poznanie sekretów mężczyzny, którego rzekomo tak dobrze znała. Dzień, który odkrywa wspomnienia, historię i ludzi, o istnieniu, których nie miała dotąd pojęcia. Dzień, który na zawsze zmieni ją i wszystko wokół niej.
Autorka w swojej najnowszej książce przedstawia nam dwoje bohaterów. Mężczyznę, który był niegdyś chłopcem a obecnie jest ojcem. A także kobietę, matkę, żonę, córkę – osobę, która zapomina o oddychaniu. Osobę, której azylem jest woda. Co ich łączy? Więzy krwi oraz tajemnica, którą jedno skrzętnie ukrywało przez lata, a drugie w ciągu jednego dnia chce odkryć. Jeden dzień, to dużo czy mało? Dla każdego z nas to rozciągliwy termin. Raz bywa on zdecydowanie zbyt krótki, a innym razem wystarczająco treściwy lub nawet za długi. Taki jeden dzień wyjęty ze swojego życia miała przed sobą nasza główna bohaterka Sabrina. W ciągu tego dnia mogła zrobić dosłownie wszystko i wyruszyła w pewnego rodzaju podróż. Towarzyszyły jej zjawiska astronomiczne, na które można było zwalić winę za głupie bądź odważne decyzje. Podobno księżyc ma wielki wpływ na ludzi. Jest on nie tylko towarzyszem nocnych bezsenności, ale również prowodyrem do działania. Szczególnie, jeśli w ciągu dnia dołożymy jeszcze zaćmienie słońca, to już w ogóle można zaszaleć i przełamać dominującą monotonię, która owija człowieka jak kokon.

„Kiedy celujesz, pamiętaj, żeby bez zmrużenia oka patrzeć prosto na cel. Oko prowadzi nasz umysł, a umysł kieruje ręką. Nie zapominaj o tym. Zawsze patrz na cel, […] a twój mózg sprawi, że stanie się, jak chcesz.”

„Miłość i kłamstwa” to podróż w poszukiwaniu zaginionych marmurków, szklanych kulek, które kojarzą się z dzieciństwem i zabawą. Kulek, które potrafią zachwycać nawet dorosłych i które stają się sprzymierzeńcami w trudnych czasach. Podróż ta nagle zmienia kierunek i nabiera innego znaczenia, a owe kulki zamieniają się w tajemnicę ojca, która rodzi pytania o to, co tak naprawdę skrywa Sabrina. Pytania może nie są wygodne, odkryte fakty szokują i mają gorzki posmak, jednak są wyzwalające i oczyszczające. Jeden dzień przerwał nie tylko rutynę i zabił monotonię, ale również wyznaczył nowy kierunek w życiu naszej bohaterki. W książce znajdziemy prolog, 33 rozdziały oraz epilog – czyli wszystko to, co ma nas skutecznie przybliżyć do poznania całości. Rozdziały są podzielone na te opowiedziane przez Sabrinę jak i te przez Fergusa. Wersję męską oznacza grę w kulki, natomiast damska regulamin basenu.

Czytając mamy okazję zagłębić się w świat bohaterów oraz poznać ich emocje. Większy nacisk jednak położony jest tutaj na osobę Fergusa. To on jest furtką do tajemnicy, a także do tego, co wyzwoli jego córkę. Historia ciekawa, jednak podporządkowana marmurkom, które grają tutaj pierwsze skrzypce i nie znajdziemy chwili wytchnienia od tych malutkich szkiełek. To nasi sprzymierzeńcy w dążeniu do finału opowieści. Lubię książki, w których fabuła dokądś mnie prowadzi i muszę zagłębić się w przeszłości oraz poznać bliżej bohaterów. To też tym razem dostałam, jednak jest pewne „ale”. Czegoś mi tutaj zabrakło. Pewnej lekkości? A może tego magicznego prądu, który gdzieś tam porywał mnie z nurtem historii opisanych w innych książkach? Niewątpliwie jest to jednak poruszająca opowieść o sile dokonywanych przez nas wyborów, o tym co dzieje się z człowiekiem, kiedy musi ukrywać swoją prawdziwą naturę. To także wskazówka, aby nie bać się odpowiedzi na pojawiające się pytania. Nie bać się szukania dziury w całym, gdyż czasem szukając prawdy o kimś innym, możemy odkryć ją o sobie samym. Będziemy spacerować po przeszłości i teraźniejszości. Zobaczymy, z czym borykają lub borykali się nasi bohaterowie. Poznamy ich emocje, myśli oraz zachowanie. Zatopimy się w blasku księżyca i świetle bijącym ze szklanych kulek. Być może ta książka nie powaliła mnie na łopatki tak jak „Love, Rosie” czy „Pora na życie”, ale ma swój charakter. Co prawda jest chyba trochę bardziej toporna i cięższa, jednak na pewno nie zawodzi na całości. Jeśli lubicie twórczość Ceceli Ahern to myślę, że warto się skusić i zakosztować tego wpływu księżyca.

„[…] we wszystkim i wszystkich jest coś, co warto dostrzec, zebrać i zachować, wyciągnąć i przyjrzeć się temu uważnie, kiedy czujesz taką potrzebę…”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza

wtorek, 17 maja 2016

Grunt pod nogami - Jan Kaczkowski


wydawnictwo: WAM
data wydania: 17 lutego 2016
liczba stron: 232

„Grunt to twardo stąpać po ziemi, nie przestając patrzeć w niebo. Zamiast ciągle na coś czekać – zacznij żyć, właśnie dziś. Jest o wiele później, niż Ci się wydaje.”

Tym razem będzie już totalnie z innej beczki… Na dzisiaj przygotowałam dla Was książkę, którą wielu oceniłoby może jako moralizatorskie filozofowanie o Bogu, wierze, chorobie i żebraniu na hospicjum. I faktycznie w jakimś stopniu tak jest, jednak ta książka ma drugie dno i ukazuje (nie) zwyczajnego księdza i jego kazania o sprawach duchowych jak i tych ziemskich w innym świetle. Ks. Jan Kaczkowski i jego „Grunt pod nogami” podbiły serca wielu czytelników w tym moje.
Zastanawiam się tylko: jakim cudem odkryłam tę wybitną osobistość tak późno… zbyt późno?! Miliony Polaków pokochały go za wyrozumiałość dla słabości drugiego człowieka, wierność sobie, błyskotliwe poczucie humoru i determinację w walce ze śmiertelną chorobą. Jak wygląda relacja ks. Jana z Bogiem? Jakie wartości są mu najbliższe? Które fragmenty Ewangelii są dla niego najważniejsze? O czym chce zdążyć opowiedzieć tłumom, które przychodzą na jego msze, a jakie słowa zachowuje dla pacjentów swojego hospicjum?
Tego dowiecie się z kazań, które zostały zamieszczone w tej książce. Poznacie bliżej ks. Jana i z pewnością nabierzecie ochoty na przeczytanie innych jego książek.


„Wszystko utrudnia to, że jesteśmy mistrzami świata w oszukiwaniu własnego sumienia.”


W dzisiejszych czasach, gdy wielu ludzi nabiera do księży i wiary coraz więcej dystansu, takie osoby jak Ks. Jan Kaczkowski są na wagę złota. Myślę sobie, że mało jest takich mówców – autentycznych – którzy potrafią dotrzeć do słuchacza, poruszyć jego wewnętrzne struny, sumienie czy też zwyczajnie pobudzić do dyskusji. Dodatkowo żyć tym, co się mówi, według tego co się mówi i nie robić niczego pod publikę. Ludzie potrzebują autentyczności, a obłudę i powierzchowność mamy na każdym kroku. Każdy kogoś udaje oraz ubiera się w pancerze by przetrwać na ziemi jak najlepiej. Chowamy swoje prawdziwe oblicza, aby je uchronić przed zranieniem. Czasami po prostu zagłuszamy sumienie, po to, żeby było nam łatwiej. I tu właśnie na naszej drodze pojawia się Ks. Jan ze swoim credo, w którym przypomina nam, że zdecydowanie zbyt często zła szukamy w drugim człowieku, a nie w sobie. Schodzimy na ścieżkę ciemności i nie zabieramy ze sobą oliwy, ponieważ nie pomyśleliśmy lub zdecydowaliśmy, że to co mamy nam wystarczy. A przecież droga przez życie… do wieczności… zbawienia… i czystego sumienia bywa długa i wyboista. Wiele razy się potkniemy, ale warto mieć ze sobą światło i sobie tą drogę oświetlać, a nie wpadać na konary i we wszelkie dziury.

„Nie rozliczajmy innych. Rozliczajmy siebie.”

„Grunt pod nogami” to zbiór kazań ks. Jana Kaczkowskiego, w których próbuje nam przybliżyć nie tylko Boga, ale również bliźniego z całym jego bagażem – cierpieniem, problemami i emocjami. Zachęca, abyśmy zawalczyli o swoje relacje z najbliższymi i całą resztą, byśmy się zatrzymali i oczyścili własne sumienia. Czas ucieka zbyt szybko i nie warto go trwonić na to, czego potem będziemy żałować. Poprzez swoje kazania chce nam przybliżyć również siebie, swoją sytuację, walkę z chorobą i tym samym dać autentyczne świadectwo siły i jedności z Bogiem. Im dalej zagłębiałam się w credo ks. Jana tym większego przekonania nabierałam, że te kazania warto sobie dozować w niedzielnych proporcjach i skupiać się na każdym z osobna. Celebrować chwilę z mądrością, mądrego (mądrzejszego ode mnie) człowieka. Teraz to już za późno, gdyż całość przeczytałam i nie raz się nad taką i ową treścią zadumałam, jednak wiem, że kiedyś zrobię sobie takie niedzielne seanse, gdyż książka, którą trzymam w ręku jest uniwersalna i ponadczasowa. Słowa zapisane na kartkach papieru nie znikną, nie ulotnią się w przeciwieństwie do zapachu.

Takich księży jak ks. Jan powinno być zdecydowanie więcej, wtedy wielu ludzi na nowo spojrzałoby na Kościół i Boga, który nieraz zostaje w tyle poprzez zachowanie wielu duchownych. Autor „prawi” kazania, ale robi to wyśmienicie. Wielokrotnie zadziwiała mnie lekkość i poczucie humoru połączone ze szczerością i prostotą przekazu tworzyła ciekawe fragmenty – pozbawione kaznodziejskich moralizmów. Domyślam się, że skoro samo czytanie intryguje, to słuchanie na żywo słów ks. Jana musiało odnosić jeszcze lepsze rezultaty. Tak sobie myślę, że fenomenem tego człowieka była dobroć, szczerość, prostota i zrozumienie, a także odwaga. Coraz bardziej żałuję, że nie miałam okazji poznać Go osobiście ani wysłuchać żadnego z kazań. Naprawdę zastanawiam się, jakim cudem odkryłam jego literacki przekaz tak późno, skoro z książkami żyje na co dzień?! Jednak już mam upatrzoną inną książkę ks. Jana – „Życie na pełnej petardzie”.

Podsumowując: „Grunt pod nogami” to lekcja o bliskości z Bogiem, samym sobą i bliźnim…w chorobie jak i zdrowiu… w drodze pod górkę i z górki. A do tego spora dawka autentyzmu i szczerości człowieczeństwa, która aż wypływa ze stron tej książki.

„Im bardziej ktoś jest inny, im bardziej ktoś jest dziwny, tym bardziej ma twarz Chrystusa.”

sobota, 14 maja 2016

Życie i śmierć - Stephenie Meyer


cykl: Zmierzch (tom 5)
wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
data wydania: 3 lutego 2016
liczba stron: 424

Tym razem będzie bardzo młodzieżowo i mało ambitnie ;-) Nie wiem czy zauważyliście, ale na moim blogu nie uświadczycie recenzji żadnego tomu sagi „Zmierzch”. Dlaczego? Sama nie wiem. Zapewne uznałam, że większość osób wyrobiła sobie wystarczającą opinię na temat tej historii. Niewątpliwie jest wielu zwolenników takiego czytadełka jak i przeciwników, którzy uważają, że jest to tandeta i szmira. Ja zaliczam się do pierwszego grona – przyznaję się bez bicia, że historia Beli i Edwarda mnie wciągnęła (dokładnie 6 lat temu :-) ) Dlatego sama zaczęłam zastanawiać się, dlaczego nie zrecenzowałam choćby jednej części, skoro to właśnie od powieści Stephanie Meyer zaczęła się moja fascynacja wampirami. Korzystając z okazji, że na rynku wydawniczym pojawił się „urodzinowy dodatek” do poprzednich tomów, postanowiłam, że napiszę kilka słów zarówno o tej znanej wszystkim wersji jak i tej nowej.
Od dnia, w którym Beaufort Swan przeprowadza się do miasteczka Forks i spotyka tajemniczą Edythe Cullen, jego życie przybiera niesamowity obrót. Chłopak nie potrafi oprzeć się fascynującej Edythe, obdarzonej alabastrową cerą, złocistymi oczami i nadprzyrodzonymi umiejętnościami. Nie wie, że im bardziej się do niej zbliża, tym większe grozi mu niebezpieczeństwo. Być może jest za późno, by się wycofać…
Zacznijmy od tego nowszego „dzieła” Stephanie Meyer. „Życie i śmierć” określam mianem dodatku urodzinowego, gdyż powstał z okazji dziesięciolecia ukazania się „Zmierzchu”. Autorka podobno została poproszona o napisanie czegoś w rodzaju listu rocznicowego, jednak jak sama nam tłumaczy w przedmowie, wydało jej się to nudne. Postanowiła zrobić coś zupełnie innego. Napisała nową wersję starej historii. A w zasadzie, pozmieniała to i owo w tej poprzedniej, gdyż na napisanie czegoś nowego nie miała czasu – tak sama tłumaczy powstanie historii chłopaka zakochanego w wampirce. Przy okazji czytelnik miał okazję przekonać się jak to jest, gdy role się odwrócą i miejsce Belli zajmie chłopak, a wszystko będzie ukazane w trochę inny sposób. No i proszę bardzo… mamy chłopaka, który przeprowadza się do ojca, policjanta, do miasteczka, które zazwyczaj jest pochmurne. Poznaje tam nowych znajomych, w tym dziwną i fascynującą rodzinkę. Brzmi znajomo? Oczywiście mogłam dokładniej przybliżyć miejsce akcji, okoliczności i całą resztę, ale to już zrobiła sama autorka, która pisząc nową wersję dostatecznie dobrze przypomina nam tą poprzednią. Czytając miałam literackie déjà vu i w wyobraźni wyświetlał mi się „film” wspomnień związanych z Bellą i Edwardem. Zaznaczę, że „Zmierzch” miałam okazję czytać dobrych kilka lat temu… a tu proszę, moja pamięć działała na najwyższych obrotach i zamiast nowych bohaterów widziałam tych starych – bardziej do mnie przemawiających.

Zanim przejdę do podsumowania recenzji pokuszę się o kilka słów na temat poprzednich tomów. „Zmierzch” może i nie jest literaturą najwyższych lotów, jednak trzeba przyznać, że ma w sobie to coś, co urzeka dużą grupę ludzi. Myślę, że dużą rolę odgrywa tutaj prostota przekazu i nastoletni romantyzm, który jest totalnie nierealny. Dlaczego? Pomijając już kwestie istnienia wampirów… nie ma tak idealnych postaci, nie ma takich facetów jak powiedzmy Edward (który jest chyba ideałem, a przynajmniej posiada sporą ilość cech ideału) i nie może być aż tak słodko. Trzeba przyznać, że historia opisana w poprzednich tomach odrywa skutecznie od codzienności. Czasami pozwala powzdychać, czasami może nawet zirytować, ale większość wciąga. Wydaje mi się, że te 10 lat wstecz to była swego rodzaju świeżynka, która mogła fascynować i czarować. Pierwszy i drugi tom połknęłam od razu. Później pojawiły się dwa kolejne, które zaczynały mi już przypominać mega słodką bezę, od której zaczyna mdlić. Słodko, słodko i jeszcze bardziej słodko… może i banalnie, ale nadal był to czasoumilacz.

„Zmierzch” rozpoczął moją przygodę z wampirami, ale również okazał się częścią prezentu walentynkowego, który do dziś miło wspominam. Mój mąż wiedział, że do całości będzie mi brakować tej nowej części i postanowił mi ją kupić zaraz po premierze. Miałam ochotę na wampirze klimaty, jednak nie spodziewałam się fajerwerków. Mniej więcej wiedziałam, co się święci, jednak samo czytanie wytrąciło mnie z równowagi. Brak fajerwerków jeszcze jakoś mogę zrozumieć, ale odgrzewanie kotleta w nowej panierce mi do gustu nie podeszło. Rozczarowałam się bardziej niż myślałam. Nie mogłam skupić się na czytaniu, gdyż przed oczami miałam Bellę i Edwarda (o czym już wspomniałam). I jeśli komuś wydaje się, że saga „Zmierzch” była przesłodzona, dziwna, naciągana albo żałosna, to niech lepiej nie czyta tej urodzinowej wersji. Wyobrażacie sobie niezdarnego faceta, który jest totalnie zakochany, niemęski i mało charyzmatyczny? Moja wyobraźnia tego nie ogarniała. Książkę dostałam już jakiś czas temu, a dopiero teraz zmusiłam się do jej przeczytania w całości – co rzadko mi się zdarza. Dawno nie miałam w rękach czegoś tak kiepskiego i naciąganego. Myślę, że już lepsze było by krótkie opowiadanie na temat dalszych losów znanych nam dobrze bohaterów lub wątku Renesmee i Jacoba, jako dodatek do tego listu rocznicowego niż taki mix. Sytuację ratuje tylko zakończenie, które jest inne niż w przypadku oryginału. Jednak to zdecydowanie za mało, żeby wydać kasę na tę książkę (cena okładkowa to aż 44,90 zł!) i nie żałować. „Stephanie Meyer stworzyła […] zupełnie nową, zdumiewająco śmiałą wersję legendarnej już powieści, która z pewnością zachwyci czytelników.” – tak nam obiecuje tekst pod opisem, jednak ja absolutnie się z tym nie zgadzam. Dawno nie byłam tak rozczarowana i zniechęcona jakąkolwiek książką. Podsumowując: Stara wersja „Zmierzchu” jak najbardziej tak, nowa zdecydowanie nie.

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam opasłe tomiska

czwartek, 12 maja 2016

Cześć, co słychać? - Magdalena Witkiewicz


wydawnictwo: Filia
data wydania: 27 kwietnia 2016
liczba stron: 350

„Najbardziej smakuje to, czego nie możemy mieć. Nawet jeżeli codziennie jemy przepyszną czekoladę, to czasem zatęsknimy za ziemniakami.”

Piękna pogoda za oknem. Słoneczko beztrosko pieści zmęczone codziennością twarze, a wietrzyk rozwiewa włosy przechodniom na ulicach. Ptaki śpiewają swoje ulubione melodie zagłuszając odgłosy miasta, zieleń natomiast pełni funkcje pachnącej kurtyny, która odgradza od siebie gmaszyska bloków. Taka oto sielanka za firanką, a ja w wygodnej pozycji, z kubkiem herbaty pod ręką i bukietem pachnącego bzu przed nosem, pozwoliłam się omotać Magdalenie Witkiewicz i jej najnowszej powieści, „Cześć, co słychać?”.
Dziś wiem i widzę już nieco więcej. Nauczyłam się patrzeć, ale umiem też przymykać oczy. Ze strachu, że popełnię błąd. Jestem taka jak inne, to wiem na pewno. Matki, żony i kochanki. Kobiety w połowie życia. Mądrzejsze niż 20 lat temu, ale za to z bagażem doświadczeń. Pełne głęboko skrywanych tajemnic, o które nikt nas nie podejrzewa. Czasem tęsknię za czymś, czego nie potrafię nazwać, uśmiecham się do ludzi, chociaż w sercu mam bałagan. Może coś tracę, zyskując spokój. Bardzo dbam, by nie padły słowa, których nie można wymazać. Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, jak niebezpieczne może być: „Cześć, co słychać”…
Latka lecą, każdy z nas się starzeje i zostawia za sobą przeszłość, dzieciństwo, przyjaźnie, pierwsze miłostki i wspomnienia. Często upychane są w małych pudełkach po kapciach na strychu, w piwnicy czy gdzieś tam w starej szafie. Jednak nadal nam towarzyszą, ukryte w naszych wnętrzach i tych skrzypiących szafach. Pewnego dnia wychodzą na światło dzienne i wiercą nam dziurę w brzuchu – w głowie. W oparach sentymentu i melancholii zastanawiamy się nad naszymi dawnymi przyjaźniami, które miały trwać wiecznie oraz nad pierwszymi partnerami i liścikami miłosnymi. Nad marzeniami, dzieciństwem i jego prostotą. Wszystko to ma swój specyficzny zapach i nie jest to naftalina czy stęchlizna, jest to coś, co pachnie przemijaniem, starością, sentymentem i pięknem. Zupełnie jak stare książki, które zachwycają na swój sposób. Tak samo jest z naszą przeszłością. Chciałoby się znowu zakosztować tego co było, skraść choć jedną sekundkę i rozkoszować się tym uczuciem. Jednak czy warto ingerować w przeszłość? Na siłę wydrzeć coś z lamusa i próbować ożywić, kosztem porażki i zawodu? Czy przyjaźnie z dzieciństwa mogą odżyć po latach? Czy chłopak, którego kiedyś kochałyśmy nadal będzie ideałem i czy w ogóle nim był? Z przeszłością trzeba ostrożnie, gdyż można się sparzyć, a jedno zwyczajne: Cześć, co słychać… może okazać się naprawdę niebezpieczne. O czym przekona się Zuzanna… żona, matka i sentymentalistka, której zabrakło motyli w brzuchu i dawnych uniesień.

„Nikt nie jest w stanie pomóc nam w rozwiązywaniu problemów codzienności. To trzeba załatwić samemu.”

Co tym razem w trawie piszczy? Motyle… może nie piszczą, ale domagają się lotu, uniesień, wolności, trzepotu skrzydeł i czegoś co ulotne. Główna bohaterka nagle dostrzega, że jej życie jest za stabilne, nudne, pozbawione romantyzmu i fajerwerków. Zbliża się do czterdziestki i dopadają ją melancholijne myśli połączone z sentymentem, a do tego gdzieś tam pojawia się obraz pierwszej miłości. Wiadomo jak to z tymi miłościami jest… są wyjątkowe na swój sposób, wyidealizowane i pachnące młodzieńczymi fascynacjami oraz marzeniami. Wszystko piękne, inne i tym samym bezpieczne. Pewnego dnia odnawia swoje stosunki z dawnymi koleżankami i spotyka się ze swoim dawnym chłopakiem. Co z tego wyniknie?

Magdalena Witkiewicz jest autorką kilkunastu bestsellerowych powieści. Prywatnie mama, żona i przyjaciółka. Jej książki szybko trafiają na listy bestsellerów podbijając serca wielu czytelników. Wydrukowano już ponad 100 000 jej książek, a ja mam nadzieję, że pojawi się ich znacznie więcej. Dlaczego? Ponieważ potrafi czarować słowem i z pomocą swoich bohaterów maluje niezwykle proste i równocześnie skomplikowane obrazy. Potrafi poprawić humor, dodać nadziei, czasem kopnąć w tyłek i w dodatku oderwać od codzienności. Co ważne, jej książki można kupować w ciemno, mając pewność, że nie dopadnie nas rozczarowanie.

„No tak. Każda z nas chciała mieć firanki. A czasem książę nie lubił firanek i co wtedy? Rezygnować z księcia, czy z firanek? Miłość to sztuka cholernych kompromisów. Musimy wiedzieć, co dla nas najważniejsze. Jeżeli udekorowane okno, cóż, zawsze możemy poczekać na kolejnego księcia.”

„Cześć, co słychać?” to kolejna powieść Magdaleny Witkiewicz, która nie zawodzi. Od samego początku napotykamy dobrze znany nam już styl autorki (oczywiście mowa o stałych czytelnikach), dzięki temu czujemy się „jak w domu”. Dajemy się porwać z nurtem i co ważne, mamy wrażenie, że Zuzanna jest z nami i opowiada nam swoją historię. Jest ona lekka i jednocześnie ciężka. Pod pozorną lekkością tekstu, kryje się mocny przekaz dotyczący trudnych wyborów, wyparcia i życiowych refleksji. To opowieść o różnych odmianach miłości. Pierwszej romantycznej, nieco nieodpowiedzialnej i drugiej stabilnej, bezpiecznej i pozbawionej fajerwerków. To także przykład na to, aby doceniać to co się ma. Nie patrzeć na to jakie ktoś ma życie, nie tęsknić za tym, co było tylko czerpać radość ze stanu obecnego. Zbyt wybujałe pragnienia i igranie z emocjami mogą prowadzić do kłopotów. Autorka przy pomocy swoich bohaterów pokazuje nam po raz kolejny, że życie może nas zaskoczyć w każdej chwili. Niczego nie możemy być pewni. Za każdym razem, gdy sięgam po książkę Magdaleny Witkiewicz jestem w totalnym szoku, z jaką łatwością operuje ona piórem. Zastanawiam się nad fenomenem pisarskim Tej Kobiety! Od każdej jej powieści trudno jest mi się oderwać i tym razem było identycznie. Niby zwyczajna historia, a wzbogacona o drugie dno, o przekaz, który może być punktem zaczepienia do dyskusji, ale również wsparciem. Autorka za każdym razem daje swojemu czytelnikowi do myślenia i odrywa go od codzienności. Na chwilkę, na te kilka stron… tak, na chwilę, gdyż jej książki czyta się ekspresowo. Czaruje, maluje i rzeźbi… słowem.

„Szkoda, że człowiek dowiaduje się o pewnych sprawach dopiero po czasie. Szkoda, że do pewnych wniosków dochodzi dopiero, gdy nabierze doświadczenia, jak przeżyję trochę życia i zobaczy, czym jest samotność.”

wtorek, 10 maja 2016

To skomplikowane. Julie - Jessica Park

wydawnictwo: OMGBook
data wydania: 11 maja 2016
liczba stron: 320

„Nie liczy się to, co wiesz, albo kiedy w końcu coś zrozumiesz. Liczy się podróż.”

Dzisiaj przedpremierowo i młodzieżowo. O podróży po ścieżkach codzienności, stosunkach międzyludzkich, tajemnicach, traumach i własnych emocjach. Zastanawiam się co by tu napisać, jak ubrać w słowa to, jak wpłynęła na mnie książka, którą napisała Jessica Park i prawdę mówiąc nie mam pojęcia. Od samego początku mnie przyciągała i miałam przeczucie, że zatracę się w tej historii oraz miło zrelaksuje. I tak też się stało. Wystarczyłoby kilka słów by wyrazić swoją opinię na temat dobrze zapowiadającej się nowinki wydawniczej –„To skomplikowane. Julie”.
Matt jest wysoki, ciemne blond włosy opadają mu na oczy. Nosi koszulkę z napisem: „Nietzsche to mój ziom”. Julie bardzo go lubi. Jest jeszcze Finn. Nigdy go nie spotkała… Ale to za nim szaleje. Skomplikowane? Dziwne? Nie da się ukryć! W domu Watkinsów zdecydowanie coś nie gra. Rodzice są mili, ale jakby nieobecni. Matt jest piekielnie zdolnym studentem matematyki, ale nawet kabelek USB nawiązuje kontakty łatwiej niż on. Celeste wyraźnie odstaje od rówieśników i ma pewien baaardzo dziwny zwyczaj… Jest jeszcze najstarszy brat, Finn: zabawny, mądry, wrażliwy, otwarty… Tylko że kompletnie nieosiągalny. Można z nim pogadać tylko na czacie. Julie, która właśnie zaczęła studia, zamieszkuje właśnie z nimi. Nie przypuszcza, że stanie się kimś ważnym dla rodziny Watkinsów. I że to będzie aż tak skomplikowane.
Żyjemy w czasach, gdzie internet, facebook, czat i cała reszta wpływają na naszą codzienność. Każdy z nas doświadczył choć raz znajomości wirtualnej, wymiany wiadomości, rozmów do rana i ciekawych dyskusji. Czasami jednak osoba, którą znamy tylko z treści przesyłanych nam wiadomości, zaczyna nas fascynować coraz bardziej. Świat wirtualny bywa zgubny, a już na pewno potrafi przyćmić real i to co nas otacza. Mimo zaangażowania w pewne sprawy i tak możemy nie dostrzec tego co istotne, piękne, ciekawe, ważne i niezapomniane. Równie fascynującą znajomość rozpoczęła nasza bohaterka Julie, która wkroczyła w etap dorosłości od nowego miejsca i pewnego pecha. Natomiast ludzie, których poznała i u których zamieszkała okazali się życzliwi, barwni i skomplikowani. Owiani są pewną tajemnicą, którą skrzętnie ukrywają, jednak nasza Julie będzie drążyć temat jak przysłowiowa kropla skałę. Między rodziną Watkinsów a tą młodą, pełną energii, optymizmu, ciętego języka i odwagi dziewczyną narodzi się więź. Jaka? Tego niestety zdradzić nie mogę.

„To skomplikowane. Julie” to typowa literatura młodzieżowa, która może również zainteresować (nie) młodzież – czego przykładem jestem ja. Historia Julie wciąga już od pierwszej strony, a lekkość pióra od razu rzuca się w oczy. Barwne dialogi, cięte riposty i nutka dystansu wręcz zachęcają do dalszego czytania, a przyznaję, że nabiera ono tempa ekspresowego. Spokojnie można tę książkę połknąć w jeden dzień i nawet nie zauważyć kiedy te wszystkie strony przeleciały. Jak ma się sprawa z bohaterami? Całkiem dobrze. Barwne osobowości, które bez wątpienia można polubić. Jednak łącząca je więź jest bardzo dziwna i zagadkowa dla czytelnika, co oczywiście podsyca tylko apetyt. Jeśli chodzi o fabułę to moim zdaniem jest naprawdę ciekawa. Znajdziecie tutaj co nieco z psychologii, typowej młodzieżówki, romantycznych klimatów, a także dobrze wymyślone dialogi z humorem i ciętym językiem w tle (szczególnie jeśli do akcji wkracza Julie). W moim guście była rodzinna zagadka obfitująca we wspomniane dziwne zachowania, które chcemy rozwikłać i poznać prawdę, gdyż w domu Watkinsów czujemy się naprawdę dobrze.

Podsumowując jest to historia o miłości, dorastaniu, odrodzeniu samego siebie, traumach i przeszłości, która straszy swoim obliczem. To mimo wszystko ciepła opowieść, która daje optymistycznego kopa i sporą dawkę refleksji. Jeśli jeszcze wahacie się nad przeczytaniem to apeluję, żebyście swoje obawy rzucili do kąta i poznali bliżej rodzinę Watkinsów oraz żywiołową Julie, która wkracza w dorosły świat i również boryka się z problemami.

„Pociągnęła nosem, świadoma, że za chwilę na dobre się rozpłacze. Ale to właśnie robi z tobą miłość. Przyprawiająca o mdłości, obezwładniająca, miażdżąca, dająca spełnienie, złożona, powalająca na kolana miłość.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu OBGBook

sobota, 7 maja 2016

Konkurs urodzinowy - rozstrzygnięcie.


Najwyższy czas podać również wyniki w konkursie urodzinowym. Nie spodziewałam się, że tak trudno będzie wybrać tylko po jednej, najlepszej historii. Wszystkie przeczytałam i każda na swój sposób mnie zaciekawiła i wciągnęła. Niektórzy wykazali się niezwykłym pomysłem i talentem pisarskim :-) Jednak z tych wszystkich nadesłanych pracach znalazły się takie, które szczególnie mnie urzekły.

To zaczniemy od kategorii kryminał/thriller. Wzięło w niej udział 5 historii nadesłanych przez:

Kryśka #Wybebeszamy_Książki, Aniela M, Aleksandra Dybała, Aga Warchołek, Agnes C.

a wygrywa ... Aga Warchołek

jej historia TUTAJ

Dlaczego akurat ta? Jak dla mnie jest to dobrze zapowiadający się fragment historii, który trzyma w napięciu i pobudza wyobraźnię czytelnika.

W kategorii fantastyka wzięło udział 19 historii nadesłanych przez:

Patrycja Fornal, Katherine Parker, Karolina Klekowska, Julka Nicman, Viki K, Nikola Rzepecka, Ujrzeć Słowa, Zuzia, Ruda Recenzuje, Ola Frysztacka, Paulina Kieć, Stworek vel Oka, Shemmer, Sylwka S., Klaudia M, Gosche, Marta Tyckun, Zewi La, Wiktoria Guziewicz

a wygrywa ... Shemmer

jej historia TUTAJ

Dlaczego akurat ta? Muszę przyznać, że dziewczyna nieźle się napracowała. Jej historia jest nie tylko obszerna, ale też bardzo ciekawa. Zostawia również niedosyt, gdyż chciałoby się wiedzieć co będzie dalej. Rozbudziła również moją ciekawość i jest w niej jakaś tajemnica :-)
Muszę również wyróżnić kilka innych prac, które były bardzo blisko wygranej :-) Są to historie Stworka vel Oka, Marty Tyckun, Klaudii M, Sylwki S, Rudej Recenzuje oraz Ujrzeć Słowa. Miałam trudno orzech do zgryzienia, jednak musiałam postawić tylko na jedną.

W kategorii obyczajówka/romans wzięło udział 7 historii nadesłanych przez:

Desari, Joanna R, Izabela Wiaderek, izabela81, Ula MA, terencjo, Paulet

a wygrywa ... Ula Ma

jej historia TUTAJ

Dlaczego akurat ta? Jej tekst niesamowicie chwycił mnie za serce. Oddaje w 100% moje odczucia wobec wsi. Jest niezwykle klimatyczny i obrazowy. Niedługi tekst, a bardzo treściwy i aż chciałoby się czytać dalej :-)

To teraz czas na wylosowanie nagrody dodatkowej, czyli książki "Raven". Tak jak w przypadku rozdawajki, tak i tutaj z pomocą przychodzi mi strona losowe.pl :-)

Według kolejności zgłoszenia się (nie brałam już pod uwagę zwyciężczyń w konkursie)

1. Patrycja Fornal
2. Kryśka #Wybebeszamy_Książki
3. Katherine Parker
4. Desari
5. Aniela M
6. Karolina Klekowska
7. Julka Nicman
8. Viki K
9. Joanna R
10. Nikola Rzepecka
11. Aleksandra Dybała
12. Izabela Wiaderek
13. Ujrzeć Słowa
14. Zuzia
15. Ruda Recenzuje
16. Agnes C.
17. izabela81
18. Ola Frysztacka
19. Paulina Kieć
20. Stworek vel Oka
21. Sylwka S.
22. terencjo
23. Klaudia M
24. Gosche
25. Paulet
26. Marta Tyckun
27. Zewi La
28. Wiktoria Guziewicz

książka wędruje do ... 


Marty Tyckun

Wszystkie książki rozdane, tak więc chciałam podziękować wszystkim za udział w konkursie. Sama dobrze wiem, że trudno jest napisać ciekawą i wciągającą historię :-)