piątek, 1 lipca 2016

Tamtego lata na Sycylii - Marlena de Blasi


wydawnictwo: Muza
data wydania: 8 czerwca 2016
liczba stron: 416

„Kobiety, tak jak kameleony, zmieniają się po cichu, żeby się wtopić w tło życia.”

Kusząca, zagadkowa, milcząca, uciekająca przed czasem, zatopiona w pieśniach, bóstwach i pachnąca jedzeniem, taka jest właśnie Sycylia. Miejsce, do którego zabrała mnie w literacką podróż autorka Marlena de Blasi, której magiczną moc pióra miałam okazję poznać podczas „Wieczorów w Umbrii”. Była to niesamowita przygoda i podróż, która nie tylko wpłynęła na moją wyobraźnię czy kubki smakowe, ale w jakiś sposób natchnęła i została w pamięci. Czytając sama mogłam poczuć się jak uczestniczka tych spotkań, które pachniały na papierze i powodowały głodowe szaleństwo. Tym razem, gdy tylko pojawiła się możliwość przeczytania kolejnej książki tej autorki – „Tamtego lata na Sycylii” – nie wahałam się ani chwili. Wiedziałam już, czego mogę się spodziewać i z chęcią oraz rozbudzoną ciekawością wyruszyłam w tą literacką podróż będąc cieniem Marleny de Blasi.
Obcy rzadko zapuszczają się w górzyste rejony Sycylii, gdzie czas pozornie się zatrzymał. W tym dzikim sercu wyspy, ukryta wśród pól i ogrodów, leży posiadłość o nazwie Villa Donnafugata. To miejsce fascynujące i niezwykłe. W zgodzie i harmonii zamieszkują je wdowy i wdowcy z okolicy, którzy razem pracują, modlą się, przygotowują jedzenie i dzielą się nim z biednymi. Pachnie świeżo upieczonym chlebem, olejkiem pomarańczowym, duszonymi pomidorami i ziołami. Panią i gospodynią tego miejsca jest piękna i tajemnicza Tosca, wychowanica byłego właściciela, księcia Leo d’Anjou. Trafiła tu, kiedy miała dziewięć lat. Była biedną wiejską dziewczynką. Co łączyło Toscę i księcia Leo d’Anjou? Jaką rolę w ich życiu odegrała mafia? W jaki sposób Tosca odkryła w sobie siłę i swoje powołanie?
Podążaliśmy spieczonymi drogami, które były bezlitosne i zatopione w krajobrazie. Ciche jak mieszkańcy, którzy nie zawsze wydawali się życzliwi. Aż w końcu wylądowaliśmy w niesamowitym miejscu. Urzekającym, przypominającym fatamorganę i pachnącym dzikimi ziołami, zaludnionym przez niezwykłe kobiety w czerni i kilku mężczyzn. Konkretnie to trafiliśmy do zamku myśliwskiego, który stał się Villą Donnafugata – azylem, natchnieniem oraz miejscem akcji. Miejscu, które oczarowało mnie od samego początku. To właśnie tutaj znowu mogłam zakosztować magicznej atmosfery, zapachu olejków, ziół i wypieków. Ani się obejrzałam, a po raz kolejny siedziałam przy stole w towarzystwie obcych mi ludzi. Ludzi, którzy mają swoje miejsce w historii opowiedzianej przez Toscę. Ludzi, którzy pod imionami skrywają swoje własne opowieści.

„[…] zawsze coś w nas umiera, kiedy dobiega końca coś dobrego. Coś pięknego. Kiedy kończy się coś pięknego, boli bardziej, niż kiedy kończy się coś bolesnego.”

„Tamtego lata na Sycylii” to niezwykle ciepła i klimatyczna opowieść utkana z prawdy i nutki niedomówień. Zawiera w sobie realne wydarzenia i autentycznych bohaterów – dzięki czemu kusi i fascynuje jeszcze bardziej. Nie wszystko jednak jest dokładnym odzwierciedleniem realnego życia. Ramy czasowe bywają zakrzywione, miejsce akcji przeniesione w inne, a wątki odpowiednio do okoliczności dopasowane i zszyte – lekkością narracji.

Całość została podzielona na cztery części, które obejmują różne ramy czasowe oraz epilog, który jest ostatecznym uzupełnieniem tej fascynującej opowieści. Marlena de Blasi już raz udowodniła mi, że potrafi czarować słowami. Haftuje z wydarzeń i opowieści niezwykłe arcydzieło, które zostaje w pamięci czytelnika na długo. Zatopiona w lekturze, umierałam z głodu, a moja wyobraźnia i kubki smakowe aż szalały, jednak nie przestawałam czytać. Z czasem chęć zaspokojenia fizycznego głodu, przekształcił się w podobną chęć tylko, że obezwładnił mnie głód ciekawości. Opowieść, którą autorka podaje nam na tacy przypomina trochę bajkę o księciu, jego pałacu, dworzanach i mafii, która jest bezlitosna. Bogactwo ściera się z biedą, chęć reform z niezrozumieniem, a do tego cała gama emocji. Fabuła naprawdę wciąga i przenosi nas do zupełnie innego świata. To podwójna opowieść o poszukiwaniu własnej fabuły w życiu oraz szukaniu sensu i pokonywaniu trudności. To dobroć w ludzkim wydaniu, a także magia i urzekająca sceneria. Jeśli więc macie ochotę na historię nieziemsko pachnącą pomarańczami, smakami Sycylii i miłością to gorąco polecam. Nie wahajcie się wyruszyć w podróż z Marleną de Blasi i odkryć historię utkaną z ludzkich wyborów. Dla mnie dodatkowym atutem jest okładka, która urzekła mnie od pierwszego spojrzenia. Moim dzisiejszym podsumowaniem będzie cytat, który idealnie puentuje całość.

„To zwykła ludzka historia, która rozgrywa się wciąż na nowo, jakby na dowód, że przeszłość nigdy nie umiera. Przywdziewa tylko coraz to nowe kostiumy. Zwłaszcza tutaj na Sycylii. Tu zawsze jest jakiś pałac i jakiś książę. A także jakiś ksiądz. I zawsze znalazła się dziewczynka. Postacie dramatu są nieśmiertelne. Za każdym razem wydaje im się, że odgrywają tę sztukę po raz pierwszy. I że nie wiedzą, jak skończy się przedstawienie.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza

sobota, 18 czerwca 2016

Siedem listów z Paryża - Samantha Verant


wydawnictwo: Muza
data wydania: 8 czerwca 2016
liczba stron: 368

„Miłość nie zjawia się na zawołanie, kiedy tylko się zauważy, że jest potrzebna.”

Na weekendową recenzję wybrałam prawdziwą historię zapakowaną w cudowną okładkę i poruszający wyobraźnię tytuł, „Siedem listów z Paryża” autorstwa Samanthy Verant. Na mnie działa chyba wszystko, co jest związane z Paryżem – Francją ogólnie. Nie zastanawiałam się więc długo nad sięgnięciem po tę książkę. Po zapoznaniu się z opisem, byłam już całkowicie przekonana o tym, że może trafić w mój gust czytelniczy i umilić mi trochę czasu. Listy – co to w ogóle jest? – ta jakże staromodna i zarazem romantyczna metoda korespondencji, która zanika w zderzeniu z wszelkimi elektronicznymi zamiennikami. Szkoda, bo nic nie zastąpi dotyku papieru, zapachu, charakterystycznego stylu pisma czy też nutki tajemniczości i nieprzemijalności. W zwyczajnej korespondencji czai się pewna obietnica, a dodatkowo zostaje nam pamiątka na starość. Starość, którą mało będzie obchodzić czcionka (chyba, że pod względem łatwości odbioru tekstu) tu będzie się liczył sentyment albo impuls, który jeszcze odmieni nasze życie. Tak jak to stało się w przypadku Samanthy.
Samantha Vérant odnajduje w końcu miłość swojego życia – w dwadzieścia lat po pierwszym spotkaniu. Jako dziewiętnastolatka, podczas podróży po Europie, Samantha poznała Jean-Luca – przystojnego Francuza, specjalistę od astronautyki. Spędzili razem jedną dobę, włócząc się po ulicach Paryża. Gdy wróciła do domu, Jean-Luc przysłał jej siedem pięknych listów miłosnych. Ona jednak mu nie odpisywała. Dwie dekady później, stojąc na progu rozwodu i zastanawiając się, co w jej życiu poszło nie tak, Samantha odnajduje stare listy od Jean-Luca. Z pomocą internetu odnajduje go, żeby mu przesłać zaległe przeprosiny. Wkrótce się okazuje, że łączące ich uczucie jest wciąż równie silne jak wtedy, gdy zostawiła go samego na peronie paryskiego dworca. Samantha zdaje sobie sprawę, że wyjazd do Francji, żeby spotkać się tam z mężczyzną, z którym spędziła tylko jeden słoneczny i namiętny dzień, to szaleństwo, ale to na takie właśnie szaleństwo czekała całe życie.
Patrząc na okładkę i cytat otwierający moją recenzję nie trudno się domyślić, że motywem przewodnim będzie właśnie miłość. Czyli temat rzeka…Jedni przedstawiają ją lepiej inni ciut gorzej, a są też tacy, którzy obdzierają codzienność z resztek tego przyjemnego uczucia sprowadzając relacje międzyludzkie do przyziemnych rzeczy, czy też zwyczajnie do seksu. Mogę Wam już teraz obiecać, że tutaj będzie stu procentowa miłość, w której nie zabraknie uniesień i namiętności. Wspomniałam przed chwilą, że miłość to często powtarzający się motyw w literaturze, sztuce, muzyce… jednak myślę, że jest coś jeszcze. Paryż – jeden dzień – niezwykłe spotkanie i duża dawka wspomnień. Po raz kolejny spotykam się z takim zestawem. Być może powinien mnie już zniechęcić, jednak stało się odwrotnie. Poczułam się jeszcze bardziej zachęcona. Być może dlatego, że należę do grona romantyczek, które zachwycają się takimi historiami. Autorka w swojej książce udowadnia, że nigdy nie jest za późno na miłość ani na naprawienie błędów z przeszłości. Można postawić wszystko na jedną kartę i zaryzykować, walczyć z wiatrakami, zaliczyć kilka językowych wpadek czy przenieść się do innego kraju mając czterdziestkę na karku. Kryzysy można pokonać mając obok siebie życzliwych ludzi, rodzinę, przyjaciół i tego ukochanego – żabiego króla.

„[…] miłość nie bierze się z DNA, tylko z serca, do którego przyjmuje się innych […]”

„Siedem listów z Paryża” to autobiograficzna opowieść o niezwykłej miłości, coś na kształt bajki wpisanej w nasze realia. Aż trudno uwierzyć, że takie coś może się komuś przytrafić. Niejedna z nas chciałaby przeżyć taką miłość – przygodę czy to tę młodzieńczą jednodniową czy też rozszerzoną jej wersję – po dwudziestoletnim oczekiwaniu. Całość została opowiedziana w sposób lekki i przyjemny. Jeden magiczny dzień z życia Samanthy został opisany w pigułce. Nie przytłacza, a jedynie rozbudza wyobraźnię. Przeszłość z roku 1989 jest tłem, które ma zachęcić ale nie zmęczyć…to „wstęp” do późniejszej akcji. To, co wydarzyło się później jeszcze bardziej rozbudziło moją fascynację Francją. Historia Samanthy i Juan-Luca jest jak ciastko, które rozpływa się w ustach. Jest mega słodkie i może niekoniecznie wskazane, ale nie można sobie go odmówić. Trzeba zjeść do ostatniego okruszka i pozwolić się oczarować. Do tego książka jest ładnie wydana nie tylko z zewnątrz, ale i w środku. Co tu dużo mówić autorka nie tylko czaruje, ale również przywraca wiarę w prawdziwe uczucie, które jest w stanie pokonać wiele…nawet upływ czasu i rozłąkę. Jeśli więc lubicie tego typu klimaty to ta książka jest dla Was. Tak sobie myślę, że nie zaszkodzi dawka miłości, optymizmu i cudzego szczęścia.

„[…[ życie bez namiętności jest jak niebo bez księżyca i gwiazd, albo morze bez małych rybek.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza

niedziela, 12 czerwca 2016

Siła wyższa - Joanna Szwechłowicz


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 16 czerwca 2016
liczba stron: 288

„[…] mało kto potrafi udawać tak dobrze, by człowiek inteligentny nic nie zauważył.”

Nie mogłam się powstrzymać i tak przy niedzieli (zaraz po wczorajszej recenzji) zaserwuje przedpremierową perełkę, która dla mnie jest swojego rodzaju literackim odkryciem. Do tej pory nie zetknęłam się z twórczością autorki, więc tym bardziej zaliczam propozycję wydawnictwa Prószyński i S-ka do kategorii nowinek i odkryć literackich. „Siła wyższa” Joanny Szwechłowicz zaintrygowała mnie opisem, który obiecuje kryminalik retro i to w dodatku z „detektywami w habitach”. Sama to już mnie zaintrygowało i wręcz nie mogłam się na tą pozycję nie skusić.
Marzec 1939 roku. Poznański proboszcz, ksiądz Wojciech Kalinowski, znika w tajemniczych okolicznościach. Aby uniknąć skandalu, zamiast policji śledztwo mają poprowadzić benedyktyni − ojciec Aleksander Herbst, dyskretny i obdarzony umiejętnością rozwiązywania zagadek, oraz ojciec Florian Myszkowski, przekonany, że ważniejsze od odkrycia prawdy jest „dobro Kościoła”. Ślady prowadzą ich do Krynicy, do pensjonatu panien Malickich, które nie tracą wiary w zamążpójście i na każdego gościa płci męskiej patrzą z nadzieją. Zakonnicy w średnim wieku, którzy dla dobra śledztwa wchodzą w role urzędników państwowych, nie stanowią dla nich wyjątku. We wspólnej przestrzeni pensjonatu bracia spotykają rozmaite indywidua. Jest wśród nich i sam ksiądz Wojciech, który przyjechał tu targany wyrzutami sumienia po śmierci swojego wikariusza, bratanka sióstr Malickich. Zanim jednak sprawę udaje się wyjaśnić, benedyktyni stają w obliczu kolejnej zagadki – tym razem z morderstwem w tle...
„[…] choć mężczyźni bywają geniuszami częściej od kobiet, to żadna kobieta nie jest tak głupia jak głupi potrafi być mężczyzna.”

Czytając przenosimy się do Krynicy z dawnych czasów. Możemy śledzić otoczenie okiem benedyktynów a szczególnie ojca Floriana, który z natury jest dość leniwy, marudzący i uwielbiający słodycze. Najchętniej stroniłby od skupisk ludzi i żył swoim standardowym monotonnym rytmem. Tak więc nie trudno sobie wyobrazić, co ma ciekawego do powiedzenia na temat uzdrowiska i kuracjuszy. Podobno zresztą miał być postacią, której zbytnio się nie lubi jednak wyszło inaczej. Przyznam szczerze, że jest to osobowość dość zabawna i ubarwiająca całe towarzystwo. Jego towarzysz i zakonny brat jest zupełnie inny. To taki intrygujący, spostrzegawczy i nieco tajemniczy Sherlock Holmes w habicie. Co do fabuły to nie jest ona zbytnio skomplikowana oraz nie jest przesadzona ani mega ambitna. Mamy zagadkowe zniknięcie, następnie trupa i całą gamę podejrzanych pod jednym dachem. Każdy na swój sposób coś ukrywa. Postacie tutaj są zróżnicowane…bystre dzieciaki, stare panny, kucharkę, małżeństwo z problemami, studentkę, wdowę z małym dzieckiem, ślicznotkę z kiepską reputację, staruszka z demencją i mężczyznę, który żyje spółdzielczością. Jeśli do tego doliczyć naszych ojczulków pod przykrywką to wychodzi całkiem barwne grono.


„Poezja zatruwa nerwy, proza zaś nakłania do nadmiernej refleksji. Obie prowadzą do bezczynności.”

Joanna Szwechłowicz – absolwentka MISH, z wykształcenia polonistka i socjolog. Prowadziła na UW zajęcia z komparatystki, analizy porównawczej tekstów literackich oraz na temat mediów elektronicznych. Autorka powieści „Tajemnica szkoły dla panien” i „Ostatnia wola”. Mieszka w Warszawie.

„Siła wyższa” to ciekawy kryminał retro z nutką inteligentnego humoru i klimatem dobrze nam znanym z książek Agaty Christie. Czytając przenosimy się w czasie, chłoniemy atmosferę i przy okazji prowadzimy śledztwo. Całość czyta się szybko i przyjemnie. Nie mamy tutaj żadnych męczących opisów, przesadzonych dialogów czy jakiejś skomplikowanej intrygi. Za to zakosztujemy szczypty feminizmu i hipokryzji, a także różnego spojrzenia na sprawy kościoła. Powiedziałabym, że jest to kryminał w lekkim stylu, który ma umilić czas i narobić apetytu miłośnikom tego typu klimatów. Do tego jestem oczarowana okładką, która jest klimatyczna i pasująca do treści. Autorka na swoim koncie ma jeszcze inne książki, które są utrzymane w tym samym stylu, więc z pewnością po nie sięgnę.


„Nikt, kto potrafi z siebie kpić, nie jest całkiem głupi.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Klucznik

sobota, 11 czerwca 2016

Moje serce należy do ciebie - Allesio Puleo


wydawnictwo: Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA
data wydania: 11 maja 2016
liczba stron: 384

Transplantologia to temat, który budzi kontrowersje – jedni są za inni przeciw, a jeszcze następni na ten temat nie chcą nic myśleć. Nie ma co ukrywać, że może ona uratować komuś życie. Niekiedy śmierć jednego człowieka potrafi ocalić istnienie drugiego. Oczywiście są też przeszczepy, które nie wymagają „ofiar śmiertelnych”… Jednak faktem jest, że nie każdy z nas zastanawia się nad tym by zostać dawcą swoich narządów. Zazwyczaj nie myślimy z wyprzedzeniem o tego typu sprawach, żyjemy w pędzie i staramy się myśleć pozytywnie. Dotyczy to zarówno młodych jak i tych starszych nas…Zastanawiamy się nad tym dopiero, gdy zmusi nas los. Tak też jest w przypadku bohaterów, których spotkałam w książce Alessio Puleo, „Moje serce należy do ciebie”. Myślę, że większość z Was spotkała się gdzieś z tym tytułem, choćby na innych blogach, gdzie recenzje stopniowo się pojawiają. Być może też już jesteście po lekturze tej książki…
W klasie 18-letniego Alexa pojawia się nowa uczennica, Ylenia. Chłopak postanawia zwrócić na siebie jej uwagę. Ale Ylenia skrywa tajemnicę i postanawia trzymać chłopaka na dystans. W końcu jednak nie jest w stanie przeciwstawić się uczuciu. Alex jest pewien, że nic ich nie rozłączy, dopóki się nie dowiaduje, że dziewczyna cierpi na ciężką i nieuleczalną wadę serca. Jej jedyną szansą jest przeszczep. W dniu egzaminu maturalnego Alex odbiera telefon ze szpitala z informacją, że Ylenia jest umierająca. Wybiega zrozpaczony na ulicę...
Przyznam się, że ogarnęły mnie wątpliwości, które najpierw kazały mi książkę odrzucić a następnie jednak po nią sięgnąć. Bałam się, że dostane coś, co już gdzieś się pojawiło, że będzie to typowo schematyczna i przewidywalna opowieść, jednak po namyśle stwierdziłam, że dam jej szansę. Być może chciałam zakosztować tej młodzieńczej miłości w zderzeniu z trudnym życiowym problemem. Chciałam się przekonać jak autor i jego bohaterowie wybrną z sytuacji, która na co dzień budzi kontrowersje. Autor w swojej powieści zabiera nas do świata nastolatków, którzy wkraczają w dorosłe życie. Chcą zakosztować imprez, seksu i wolności. Szczególnie mowa tutaj o chłopcach, bo dziewczęta pokazane są trochę inaczej. W każdym razie w pewnym momencie młodość musi zderzyć się z prawdziwym ciosem, który potrafi powalić niejednego dorosłego. Miłość, która powinna rozkwitać jest jakby stłamszona przez nadchodzący wyrok. Jest to opowieść o oczekiwaniu na nieuniknione, miłości, która spotyka na swojej drodze kolosalne przeszkody i poświęceniu, na które nie każdy może się zdobyć.

Autor w swojej książce skonfrontował młodzież z trudnościami losu, ze zbliżającą się śmiercią i ważnym procesem jakim jest przeszczep. Myślę jednak, że postawił na zbyt lekki przekaz, który przez większą część czasu przypomina młodzieżowe czytadełko z huśtawką emocjonalną. Gdzie jest obiecany romantyzm? Gdzie „szarpnięcie”, które zostawi ślad w czytelniku?

„Moje serce należy do ciebie” to książka, po której nie spodziewałam się nie wiadomo czego. Liczyłam się z tym, że nie nastąpi żadne trzęsienie ziemi, fajerwerki mnie nie ogłuszą, a fabuła nie wgniecie w fotel. I rzeczywiście tak było. Stało się to, czego się tak naprawdę obawiałam. Miałam w rękach historię młodzieżową, która nie zachwyca fabułą – jest raczej przewidywalna. Zabrakło mi tutaj pewnego rodzaju autentyzmu i zagłębienia się w temat. Całość czyta się szybko i lekko i jest to zarówno zaletą jak i wadą. Zaletą, gdyż wciąga i nie męczy czytelnia, a wadą, bo za szybko przelatujemy przez wydarzenia i nie ma czasu na pewne refleksje i przeżycie całej historii. Cały dramatyzm znajdziemy na samym końcu, który zresztą można było w łatwy sposób przewidzieć. Doczepić się mogę jeszcze do dialogów i irytującego zachowania bohaterów. Dialogi momentami aż zgrzytały i nie powalały oryginalnością, a postacie zachowywały się czasami mniej dojrzale niż powinny. Zbyt często miałam wrażenie, że zamiast osiemnastu lat mają z piętnaście czy szesnaście. Podsumowując jest to opowieść poruszająca temat trudny i niezwykle ważny, jednak posiadająca mankamenty, które gdzieś tam zgrzytają i nie poruszają czytelnikiem tak jak można by oczekiwać. Nie twierdzę, że sama w sobie książka jest zła, tylko po takiej pozycji oczekiwałabym większego zaangażowania w temat i większej więzi z bohaterami. Tutaj niestety tego zabrakło, przez co po przeczytaniu z pewnością odłożymy ją na półkę i ślad po niej zaginie w naszej pamięci.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Klucznik

środa, 8 czerwca 2016

Odgrodzeni - Michał Matuszak


wydawnictwo: Białe Pióro
data wydania: październik 2015
liczba stron: 242

„Nie ma samotników z wyboru, są ci, którzy nie znaleźli swojej grupy docelowej.”

Tym razem mam dla Was propozycję z zupełnie innej półki. Takiej powiedzmy NISZOWEJ – na którą zagląda zdecydowanie mniej osób niż na tą z nowościami czy bestsellerami. Większość ludzi kieruje się zazwyczaj tymi wytyczonymi ścieżkami i autorami, którzy są dobrze wypromowani, preferowanymi od dawna gatunkami lub okładką. Nie oszukujmy się, czytelnicy (tak jak mężczyźni) bywają wzrokowcami (w tym również ja). Czasem jednak warto spojrzeć na tą mniej popularną półkę i zagłębić się w zawartość. Przejrzeć cieniutkie książki o mało przyciągającej wzrok okładce i trudnej tematyce. Warto i to przez duże „W”, o czym sama się już przekonałam. Moja dzisiejsza propozycja – „Odgrodzeni” Michała Matuszaka – również jest niewielkich gabarytów i okładką nie powala ani nie przyciąga przeciętnego wzrokowca, jednak intryguje niełatwą tematyką, która dotyka naszego społeczeństwa i naszego zachowania.
Bohaterem pierwszej części jest mały chłopiec z blokowiska, którego codzienność zmusza do zmagania się z dominacją starszego brata, z gniewem wybuchowego ojca i kłótniami rodziców; stymuluje do szukania swojego miejsca wśród kolegów, przed którymi chce wypaść jak najlepiej. Do strachów dnia dochodzi mroczna tajemnica jego prawdziwego pochodzenia. Czy to nie za duży ciężar jak na małe barki? Druga część przedstawia historię ambitnego pisarza i jego korespondencyjnej przyjaźni z młodą, ciężko doświadczoną przez los, więźniarką. Sylwię poznaje na zorganizowanym w więzieniu spotkaniu autorskim. Zafascynowany możliwością odkrycia jej losów pisze do niej list z prośbą o szczerość. Jednak czy zdoła unieść jej spowiedzi i nadal patrzeć na nią bez uprzedzeń? Czy bagaż fatalnych doświadczeń, jakie ze sobą niesie, nie wyeliminuje jej jako człowieka?
Autor swoją książkę podzielił na dwie części – „Historię małego chłopca” oraz „Historię dorosłej kobiety” – dzięki czemu zyskujemy dwóch głównych bohaterów i z pozoru dwie odmienne opowieści, jednak z łączącym je mianownikiem. Co może łączyć dorosłą kobietę i małego chłopca? Samotność. Mur, za którym są schowani – i to zarówno w sensie dosłownym jak i w przenośni. Ciężar, który oboje muszą dźwigać na swoich barkach, a który nie zawsze jest adekwatny do naszego wieku, płci czy odporności psychicznej.

„Okazało się, że świat dorosłych to nadgnite zachowania i próchniejące sumienia, mamiące dzieci wizjami prawych i moralnych postaci z bajek i lektur.”

Mały Eryk zostaje przygnieciony wagą swojego wieku, nowej szkoły, despotycznego brata, agresywnego ojca i matki, która nie jest całkowitą ostoją spokoju i podporą. Do tego dochodzi zrozumienie świata dorosłych, strach, poczucie winy i rodzinny sekret, który może zwalić z nóg dorosłego, a gdzie dopiero dziecko. Obcując z Erykiem odczuwamy wyraźnie jego emocje, jego zmagania z otaczającą rzeczywistością i potrzebę ucieczki. Chłopiec nie ma lekko, o czym sami możecie się przekonać czytając.

„Popełnianie błędów jest pożyteczne, jeśli wyciągnie się z tego jakieś wnioski. […] Poprawa dąży do ciągłej zmiany i tak naprawdę nigdy się nie kończy.”

Sylwia jest już dorosła, jej dzieciństwo również nie było usłane różami tak jak i wczesna młodość. Nie jest idealna, ale chce zmienić swoje życie, podążyć inną ścieżką. W listach do zaprzyjaźnionego autora opisuje swoje życie, emocje i chwilowe rozterki. W ten sposób adresat listów jak i my mamy wgląd w całą historię i możemy sobie „wyrobić opinię”. Sama postać autora również jest tutaj kluczowa i daje do myślenia…Dzięki niemu i jego otoczeniu mamy zestawienie ludzi bez wyroku i tych z wyrokami, to jak postrzegają oni takie osoby i ich sytuację. Jaka będzie przyszłość naszych bohaterów? Tego nie wiemy, spotykamy się tutaj z wielką niewiadomą…

Nazwisko autora zapewne niewiele Wam mówi? Dla mnie również było ono w ogóle nieznane, a książka, którą dzisiaj prezentuję nie jest wcale jego debiutem. Jednak jak się okazało Michał Matuszak i ja mamy trochę wspólnego. „Łączy nas” ten sam rok urodzenia, zderzenie z kierunkiem architektury krajobrazu, a także rejony, z których pochodzi autor nie są mi obce. Konkretniej to Michał Matuszak urodził się w 1989 roku w Kościanie. Jest absolwentem zespołu Szkół Rolniczo – Budowlanych o profilu technik architektury krajobrazu. Pochodzi z małej miejscowości w powiecie kościańskim, jednak obecnie mieszka w Lesznie. Jest to młody człowiek, który nie boi się poruszać trudnych tematów, co udowodnił również w swojej debiutanckiej książce „Na marginesie”, w której opisuje życie młodzieży na granicy marginesu społecznego.

„Odgrodzeni” to książka, w której znajdziecie autentyczne wydarzenia. Wydarzenia ukazujące obraz naszego społeczeństwa i jego problemy, które często staramy się omijać lub ich nie dostrzegać. To także zderzenie samotności wśród ludzi, krzywdzących stereotypów, niezrozumienia oraz potrzeby akceptacji. To wyraźny dowód na to, że każdy z nas może zostać wyobcowany, zamknięty w szarym kokonie bezradności i żalu i to niezależnie od wieku, statusu społecznego czy też płci. Ta książka to dwie twarze, dwa imiona, dwie historie, które tak naprawdę są kumulacją wielu takich osób, o których nie mamy pojęcia na co dzień, bądź tak myślimy. Autor poruszył ważny temat problemu, jakim jest określenie własnej tożsamości i zderzenia się z twardą rzeczywistością. Pokazał jak łatwo odgradzamy się od tego, czego nie rozumiemy, a także różne formy jakie to odgrodzenie przybiera. Zrobił to w sposób ciekawy i ubrał w lekki potoczny styl, który jest nam znany z codziennego dnia. Nie bawił się w wyszukane słownictwo, po prostu napisał książkę dla każdego. Jeśli szukacie emocji i niebanalnej tematyki to na pewno je tutaj znajdziecie. Te dwie historie… ta małego chłopca i ta dorosłej kobiety zmagających się ze złem codzienności są warte poznania i przeanalizowania. Ja sama po raz kolejny przekonałam się, że książki leżące w cieniu są ciekawe i niebanalne, a ich autorzy mają wiele do powiedzenia.

„Odgrodzenie burzy się latami ogromnym nakładami sił, ale następstwa zmieniają na zawsze. W każdym razie stanowią przełom. Pozytywny, dający wyzwolenie lub negatywny, pożerający ostatnie nadzieje.”

Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania książki

sobota, 4 czerwca 2016

Płyń z tonącymi - Lars Mytting


wydawnictwo: Smak Słowa
data wydania: 2 czerwca 2016
liczba stron: 540

„Małe spóźnienie często wychodzi prawdzie na dobre.”

Prawda bywa trudna, bolesna, głęboko zakopana w zakamarkach pamięci, a także trudna do odkrycia i wymagająca niemal śledztwa. Aby ją odkryć trzeba najpierw podjąć odważną decyzję, a następnie wyruszyć w podróż po nieznanych wodach ludzkich wyborów i historii. Mówią, że prawda oczyszcza… Jak jest naprawdę? Pytanie, czy ważne jest samo rozwiązanie czy też droga, którą przebywamy w danym celu i to co ona nam daje?! To właśnie o takim „małym” spóźnieniu i podróży do prawdy jest książka, którą dzisiaj Wam z wielką przyjemnością prezentuję. 2 czerwca na rynku wydawniczym pojawiła się powieść Larsa Myttinga – „Płyń z tonącymi”. Ten norweski autor nie jest debiutantem. Ma na swoim koncie już kilka powieści, które znalazły uznanie czytelników. Powieść, którą będziecie mogli nabyć w czerwcu została uhonorowana prestiżową Nagrodą Norweskich Księgarzy, co świadczy tylko o jakości tej historii. Sam autor ma w planach swoją pierwszą podróż do Polski, która zbiegnie się z premierą jego książki.
Edvard dorastał w domu swoich dziadków, pośród pól i pastwisk, w sielskim pejzażu Norwegii. Jego rodzice zginęli we Francji, kiedy był jeszcze dzieckiem. Dlaczego właśnie tam? Nie wiadomo. To jedna z wielu rodzinnych tajemnic ukrytych za zasłoną milczenia. W poszukiwaniu rozwiązania zagadki Edvard wybiera się na Szetlandy, gdzie krajobraz urzeka romantycznym pięknem, lecz nieustannie wróży katastrofę. Znajduje tam kolejne ślady minionych zdarzeń i kobietę, której nie rozumie. W końcu jedzie do Francji, nad Sommę, której brzegi pokryte są grobami poległych żołnierzy – i wszystko powoli zaczyna się układać w spójną całość, mimo że korzenie tej historii sięgają najbardziej tragicznych wydarzeń XX wieku, a jej bohater musi rozstrzygać dylematy podobne tym, z jakimi się zmagali antyczni herosi.
Kolejna książka w moim zbiorze, która ma w sobie motyw tajemnicy i rodzinnych sekretów. Sam opis intryguje i zachęca do zapoznania się z historią Edvarda i jego rodziny. Od samego początku przeczuwałam, że w tej opowieści znajdę coś dla siebie, a mój nosek wyczuwał ciekawą przygodę i niebanalną fabułę. Jak się okazało moja intuicja mnie nie zawiodła. Dostałam to, czego oczekiwałam, a nawet więcej. Gdy otworzyłam przesyłkę ujrzałam dość opasłe tomisko, które na okładce ma drzewo. Złoto – brązowe drzewo, które jest niby zwyczajne a jednak przyciąga wzrok. Przekartkowałam książkę i zauważyłam, że zapowiada się ciekawie wydana lektura z motywem drzewa również w środku – identyczne rośliny prowadziły nas po meandrach tej opowieści i okazały się głęboko zakorzenione w samej fabule. Powiem, że są one miłością i przekleństwem, które czyha nad bohaterami dwóch rodzin, więc okładka jak najbardziej nawiązuje do treści, a do tego jest prosta i nieprzekombinowana.

„Płyń z tonącymi” to opowieść o poszukiwaniu prawdy skrytej za zasłoną milczenia. Prawdy o przeszłości, wydarzeniach, ludziach, których znaliśmy, tych ledwo pamiętanych i tych nieznanych. Co najważniejsze jest również o poszukiwaniu prawdy o sobie samym, tożsamości, która wymyka się z rąk naszego bohatera. Nie zabraknie tutaj wątków wojennych, miłosnych, rodzinnych, a także jasnych i ciemnych stron ludzkiego charakteru. Wszystko to zostało ubrane w naprawdę intrygującą i wciągającą fabułę, która rozkręca się powoli. To jest dopiero odkrywanie sekretów! Nie dostajemy wszystkiego na tacy, ani nie dwa rozdziały dalej… poszukujemy, błądzimy, myślimy i odkrywamy stopniowo. To, co już mamy wyostrza apetyt i zachęca do dalszego czytania. Jeśli do tego dołożymy urzekający i barwny styl autora to otrzymamy porządną literaturę – gruby kaliber – sagę rodzinną, która zostanie doceniona przez czytelnika ceniącego sobie sekrety pokryte kurzem i zakopane pod stertą torfu. Podczas czytania moja wyobraźnia szalała, żyła obrazami stworzonymi przez autora. Przeżywałam przygodę i rozkoszowałam się widokami razem z Edvardem. Czekałam w napięciu na to, co skrywa przeszłość i niejeden raz zostałam pozytywnie zaskoczona. Postacie same w sobie również zasługują na uwagę. Szczególnie ich charaktery, które toczą ze sobą pewnego rodzaju bitwę. Tak więc jeśli macie ochotę na niebanalną literaturę, która poprowadzi Was szlakiem tajemnic i ludzkich wyborów to polecam książkę Larsa Myttinga. Niecałe pięćset stron historii opowiedzianej męskim głosem…głosem pełnym rozterek, zwątpienia, straty i niepewności, a także determinacji i odwagi by stanąć oko w oko z tym co zapomniane.


„Może kłamstwo jest jak wódka […]. Musisz pić regularnie, by ukryć przed samym sobą, że pijesz. Ale może prawda ma w sobie coś podobnego. I trzeba pić, dopóki się nie opróżni butelki.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Smak Słowa

sobota, 28 maja 2016

Japoński kochanek - Isabel Allende


wydawnictwo: Muza
data wydania: 18 maja 2016
liczba stron: 320

„Myli się ten, kto twierdzi, że wszelki ogień wcześniej czy później gaśnie – niektóre namiętności płoną, dopóki nagle nie zdusi ich los, ale nawet wtedy pozostają niczym gorące węgle, gotowe rozżarzyć się na nowo przy najmniejszym dopływie tlenu.”

Są w naszym życiu chwile, które zapadają w pamięć, zmieniają kierunek naszej wędrówki i takie, które mają wpływ na nasze życie. Są również różne namiętności i miłości, które to życie ubarwiają, czynią je bardziej smakowitym, niepowtarzalnym i bardziej wyjątkowym. Szczęśliwi są Ci, którzy mogli zakosztować takiego ognia, który zastyga w węgiel gotowy się przebudzić by znów płonąć i palić. I taką „szczęściarą” okazała się jedna z bohaterek książki, Isabel Allende – „Japoński kochanek”.
Irina Bazil, młoda imigrantka z Mołdawii, rozpoczyna pracę jako opiekunka w Lark House, domu spokojnej starości na przedmieściach Berkley. Szybko zaprzyjaźnia się zarówno ze współpracownikami, jak i z podopiecznymi. Pewnego dnia w tym nietypowym domu seniora, zamieszkuje słynna malarka Alma Belaso, pochodząca ze znanej i szanowanej rodziny. Irina zaskarbia sobie sympatię starszej damy, która prosi ją o pomoc w porządkowaniu rodzinnych dokumentów i pamiątek rodu Belasco. Pomaga jej w tym ukochany wnuk Almy, Seth. Młodzi razem odkrywają zdjęcia nieznanego Japończyka i listy, które Alma najprawdopodobniej wymienia z tajemniczym kochankiem.
„Życie jest zbyt krótkie, żeby być punktualnym.”

Autorka w swojej książce daje nam możliwość poznania kilku bohaterów, jednak tak naprawdę z bliska poznamy losy młodej Iriny i dużo starszej Almy. Obie spotykają się w domu seniora i z czasem nawiązuje się między nimi relacja nie tylko zawodowa, ale również przyjacielska. Fascynacja starszą panią i jej życiem pogłębią dodatkowo fragmenty układanki, które odkrywa Irina. Co wyśledzi? Czy przypuszczenia dziewczyny i wnuka Almy okażą się słuszne? Czytając stopniowo będziemy odkrywać to, co duet młodych rodzinnych kronikarzy a nawet ich wyprzedzimy (szczególnie, jeśli dość sprawnie zadziała nasza intuicja i poskładamy kilka faktów).

„Serce jest duże, można kochać więcej niż jedną osobę.”

Historia, którą opisuje Isabel Allende jest dość szczególna, gdyż opowiada ona tak naprawdę o losach polskiej żydowskiej dziewczynki. Z czasem zamienia się ona w amerykańską młodą kobietę, artystkę, następnie żonę, babcię… ciekawą postać, która skrywa sekrety. Ucieczka z kraju, rozłąka z rodziną, która wpadła w ręce Hitlera i nowa rzeczywistość ukształtowała i tak już mocny charakter dziewczynki. W tych trudnych chwilach dzieciństwa, mogła liczyć jednak na dwoje przyjaciół… kuzyna i syna ogrodnika. Jak ta przyjaźń wpłynie na losy całej trójki? To odkryjemy wraz z Iriną. No właśnie Irina to postać, która otwiera karty tej powieści. Jest zagadkowa, tajemnicza i z wyglądu zwyczajna. Od samego początku czytelnik czuje, że w powietrzu unosi się tajemnica, którą ta młoda osóbka ukrywa. Czytając, poznamy sekrety obu kobiet. Kobiet, które miały na siebie wpływ i musiały się poznać i zaprzyjaźnić.

„Starość to najlepszy czas, żeby być tym, kim się chce, i robić to, na co przyjdzie ochota.”

„Japoński kochanek” to niezwykle ciepła opowieść, która ma kilka odcieni. Czytając podążamy różnymi ścieżkami, aby poznać naszych bohaterów. Zanurzamy się w historii, dosięgniemy okropieństwa obozów koncentracyjnych w Polsce, a także podobnych amerykańskich, w których internowano Japończyków i odcięto ich od codzienności i godności. Będziemy świadkami zderzenia kulturowego, konwenansów i ukrywanych emocji. Nie zabraknie wspomnianej na wstępie namiętności i miłości, która przesycona jest zapachem gardenii i skryta w atramencie uwiecznionym w listach. Ta opowieść to także dowód na to, że prawdziwe przyjaźnie się zdarzają. To także inne spojrzenie na starość oraz umieranie. To również coś, co uwielbiam w książkach…rodzinne sekrety, które intrygują i wciągają zarówno bohaterów jak i czytelnika. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że ta książka ma zapach przemijania, starości i upływu czasu. To przeszłość, z którą trzeba sobie poradzić, potwory, które trzeba oswoić i postacie, które chciałoby się poznać. To fotografia, na której widać wyraźną granicę między światłem a cieniem. Książkę czyta się szybko i przyjemnie. Rozdziały przeplatają się ze sobą tak, aby nie nudzić czytelnika i stopniowo powiększać naszą wiedzę na temat opisanej historii. A jaka ona jest? Nie tylko ciekawa i ciepła, ale również otwarta na starość, która ma swoje miejsce w świecie.

„Miłość i przyjaźń się nie starzeją.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza