piątek, 21 lipca 2017

Trzeźwa furia - K.S. Rutkowski


liczba stron: 47
wydanie: ebook

„Normalność to rzecz względna. I dla każdego oznacza coś innego.”

K. S. Rutkowski. Mówi wam to coś? Nie, nie chodzi o słynnego detektywa z oryginalną fryzurą. Mi chodzi o zupełnie innego Rutkowskiego. Jeśli poszukacie znajdziecie u mnie na blogu to nazwisko i listę jego książek, które miałam okazję czytać. Nie jest to wybitnie znany autor, pewnie niewielu go kojarzy, a jeszcze mniej osób pewnie czytało to co napisał. Ja jednak miałam tego farta, a jego twórczością zaraził mnie „Chiński ekspres”, który rozbawił mnie do łez! Do dziś pamiętam minę mojego męża, patrzącego na mnie jak na wariatkę, która podczas czytania zaśmiewała się do łez nie wiadomo z czego. Tzn on nie wiedział, bo ja wiedziałam aż za dobrze. Pomyślicie sobie, że gość pisze komedie. Nic bardziej mylnego. Po prostu w prostocie swojego przekazu potrafi wywołać różne skrajne emocje. W jego książkach nie znajdziecie lukru bądź sztucznych bohaterów bez wad. Znajdziecie za to szarą rzeczywistość, ubraną w potoczny język, wulgarny nawet, ale jakże obrazowy. Gdyby trochę zmiękczyć całość, to ewidentnie opowiadania stałyby się sztuczne, nieprawdziwe i wybebeszone. Książka, którą tym razem autor mi zaproponował, nie ukaże się w wersji papierowej. Na dodatek to raczej ostatnia książka, którą napisał – sam tak twierdzi, choć ja jeszcze bym coś kiedyś przeczytała, więc liczę na to, że może zmieni zdanie. Żeby było jeszcze ciekawiej to udostępnił ją w sieci zupełnie za free.

„Trzeźwa furia” bo o tej książce dziś mowa to kolejny zbiór opowiadań. Dokładnie jest ich siedem i zajmują niecałe pięćdziesiąt stron. Prawda, że króciutkie? Na dobrą sprawę w niecałą godzinkę można połknąć całość. Każde z nich czyni nas obserwatorem krótkiej historii. Natomiast narratorem jest mężczyzna, bądź chłopiec. Jesteśmy świadkami tytułowej trzeźwej furii, która ostatecznie dotyka dziecko i matkę. Po chwili razem z naszym bohaterem przeżywamy katuszę w więzieniu i z niedowierzaniem patrzymy jak w chwil kilka jego życie z bogacza stoczyło się na zboczeńca i menela. Przed oczami stają nam wyświetlane przez autora historie, które pokazują jak ludzie potrafią ranić siebie nawzajem i do czego doprowadza zdrada bądź gniew. Po raz kolejny autor ukazuje rzeczywistość od kuchni. Wywraca osobowość swoich bohaterów na lewą stronę i pokazuje, że nie wszystko jest takie na jakie wygląda. Nikt nie jest idealny. Każdy dokonuje swoich wyborów, nie zawsze słusznych, ale zazwyczaj potem płaci swoją cenę za to czy tamto. Bywa i tak, że nie mamy wpływu na to co nas otacza. Jednak człowiek nigdy nie jest sam, zawsze obok jest ktoś, kto rani, podkłada kłody pod nogi, wykorzystuje bądź dla odmiany daje szczęście i szansę. Bohaterowie jego opowiadań nie są krystalicznie czyści. Potrafią krzywdzić, ale mają przebłyski poczucia winy. Są przykładnymi mężami, jednak gdy ich małżeństwo się sypie, potrafią sięgnąć po ostateczność. Mierzą się z własnymi lękami, ograniczeniami, wyzwaniami… Dostają boleśnie po tyłku często od innych ludzi z własnej winy lub nie.

K.S. Rutkowski wrzuca nas do świata, w którym królują odcienie szarości. Jego bohaterowie mierzą się z życiem i problemami. Nie zawsze robią to elegancko. Jego twórczość prowadzona jest twardą męską ręką. Boleśnie realna, gdzie atmosfera jest gorąca. Czytając możemy stać się dzieckiem na podwórku, który za czasów komuny zbierał papierki po czekoladzie i pragnął zostać członkiem osiedlowej bandy. Możemy taplać się w depresji bądź uciekać w świat fantazji przed trzeźwą furią. Poczujemy gniew, zemstę, strach, zdradę… 

Lubię czytać opowiadania Rutkowskiego, gdyż każde jest obdzierane z jakiegoś tabu, otoczki, która zakrywa to, co często jest ukrywane przed światem. Autor nie leje wody. Piszę krótko, zwięźle i na temat. Nie każdemu taka proza się będzie podobać, jednak autor przez cały czas jest wierny swojemu stylowi i nie robi nic pod publiczkę.

„Mieliśmy po dziewięć lat. Ale jak większość dzieci wtedy, byliśmy nad wiek rozwinięci i o wiele bardziej bystrzy niż dzisiejsi rówieśnicy. Praktycznie samodzielni, bawiliśmy się na dworze od rana do nosy, przez nikogo niepilnowani, wołani przez matki z okien tylko na obiad, lub aby pójść spać, kiedy robiło się już późno i ciemno. Nie mieliśmy smartfonów, komputerów, całodobowych kanałów z kreskówkami, za to kupę wolnego czasu, pomysłów na zabawę i masę przyjaciół, z którymi nie spotykaliśmy się na Fejsie, lecz pod trzepakiem. Na każdym podwórku w tamtych czasach było centrum dziecięcego życia. Tam umawiało się na spotkania, organizowało zabawy i wyrównywało rachunki.”

Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania ebooka. 
Dodatkowo można pobrać go z oficjalnego fanpage autora

czwartek, 20 lipca 2017

Przeczucie - Tetsuya Honda [PRZEDPREMIEROWO]


cykl: Reiko Himekawa (tom 1)
wydawnictwo: Znak Literanova
PREMIERA: 16 sierpnia 2017
liczba stron: 352

„Pomyśl tylko. W dzisiejszych czasach ludzie rodzą się i umierają w szpitalu. Nikt nie ma już szansy stanąć w obliczu śmierci, ale wszyscy tego pragniemy. Każdy chce zobaczyć i poczuć śmierć.”

Niedługo na rynku wydawniczym pojawi się kolejna świeżynka. Wydawnictwo Znak Literanova wypuści w świat moli książkowych nową serię japońskich kryminałów. Już 16 sierpnia będziecie mogli upolować w księgarniach „Przeczucie” T. Hondy. Jest to pierwsza część cyklu o pewnej młodej, pięknej, charakternej pani komisarz Reiko. W Japonii liczba sprzedanych egzemplarzy wynosi aż 4 miliony. Mało tego? Na podstawie tej książki powstały dwa seriale i filmy. Wnioskując z takich informacji, można stwierdzić, że fabuła ma potencjał. Pytanie tylko czy podbije serca naszych czytelników…
Zaczęło się od zwłok podrzuconych pod żywopłotem. Jak śmieci. I to w Tokio, gdzie nikt nie wyrzuci na ulicę nawet papierka. Szczelnie zawinięte w niebieską folię, obwiązane sznurkiem, z mnóstwem ran, z których największą zadano już po śmierci. Potem były kolejne ciała. Wszystkie koszmarnie zmasakrowane. Komisarz Reiko czuła, że to szczególna sprawa. Tym bardziej, że do śledztwa dołączył Katsumata. Jakże on jej nienawidził. Nie dość, że kobieta, to jeszcze młoda i piękna. I te jej przeczucia. Bardziej widział ją w roli gejszy niż komisarza w tokijskiej policji. Teraz muszą pracować razem. Reiko coraz częściej ma przeczucie, że tym razem stawką jest nie tylko odnalezienie mordercy, ale i jej przyszłość.
Śmierć. Jedni się jej boją, a inni traktują obojętnie. Są też i tacy, którzy jej pragną. Daje im ona poczucie władzy, spełnienia, oczyszczenia, zemsty… motywy są różne i jest ich wiele. Sama w sobie śmierć pod postacią trupa bywa zagadką, którą trzeba rozwikłać zanim pojawią się kolejne ofiary. To następne zagadki, które gdzieś tam mają ukryte tożsamości i swoje historie. W książce, którą dzisiaj dla was recenzuje będzie tej śmierci dość sporo. Będziemy jej się przyglądać z kilku stron i zobaczymy jaki ma wpływ na ludzi. Aby przyjrzeć się owej śmierci musimy wyruszyć do Tokio i towarzyszyć tamtejszej policji w badaniu tropów. Jednak najbardziej będziemy związani właśnie z młodą panią komisarz. Jest to bohaterka trochę nietypowa, bo zarówno ładna jak i inteligentna. Kieruje się ona swoim przeczuciem, które nie każdemu pasuje. Skrywa ona również epizod z przeszłości, który mimo, że bolesny to doprowadził ją do miejsca w którym się znajduje. Konkretnie do wysokiego stanowiska w policyjnej hierarchii – co w połączeniu z jej płcią stanowi w konserwatywnej Japonii zdziwienie, a wręcz szok. Niewątpliwie jest to postać ciekawa, która przy okazji tego śledztwa rozprawia się z tym co siedzi w jej wnętrzu. 

„Życie możesz przeżyć tylko w jeden sposób: patrząc przed siebie.”

„Przeczucie” nie zawiodło komisarz Reiko. Trup w krzakach żywopłotu w niebieskim worku to nie zwyczajne morderstwo. Lokalizacja zwłok sama w sobie wydała jej się już dziwna, a w połączeniu z obrażeniami i dokładnością zapakowania ciała już całkiem nie dawała jej spokoju. Kobieca intuicja chciałoby się powiedzieć. Możliwe. Grunt, że kobietka ma nosa… Tak czy siak czytelnik dostaje z pozoru zwyczajnego zapakowanego nieboszczyka. Jednak z czasem sytuacja nabiera rumieńców. Niebieskich pakunków jest więcej, a tropy prowadzą w niebezpieczne rejony, gdzie wtykanie za głęboko nosa w nie swoje sprawy prowadzi do śmierci. Tetsuya Honda – cesarz japońskiego kryminału – stworzył apetyczną dla czytelnika fabułę, w której nie małą rolę odkrywa psychika. Jeżeli do tego dołożymy liczne morderstwa, które są lekko mówiąc brutalne i zwyczaje panujące w tym kraju (hierarchia, podejście do tematu szacunku i reguł pracy w zespole) to mamy naprawdę ciekawą lekturę. Muszę przyznać, że sam pomysł jest dobry, a wykonanie także niczego sobie. Autor bawi się z czytelnikiem. Nakierowuje go na jeden trop i pozwala mu na radość z dobrze wykonanej roboty, by z kolejnym już trochę mieszać. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Książka składa się z pięciu części, które są jeszcze podzielone na rozdziały. Nie zabraknie tutaj japońskich gangów, życia ulicznego, powiązań policyjnych i różniących się od siebie bohaterów. Bywa, że taki choćby Katusmata szokuje i wkurza, a za chwilę wręcz bawi swoim zachowaniem. Czytelnik musi dobrze poznać postać i to co w niej siedzi. A trzeba przyznać, że jest tutaj kilka ciekawych portretów psychologicznych.

Podsumowując… „Przeczucie” to obiecujący kryminał, który może przekonać do siebie fanów klimatów skandynawskich. Ja z przyjemnością sięgnę po kolejną część, jeśli kiedyś pojawi się na naszym rynku wydawniczym i skubnę więcej z kultury i klimatu japońskich śledztw. Czy polecam? Jak najbardziej!

„- Mam kilka pytań do do Podłego Czarnoksiężnika z Krainy Oz czy jak się tam ,chuju, nazywasz w komputerlandii… […] -No już, gadaj, co wiesz. Potem ci kupię nowe gacie. W sumie miły ze mnie gość.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Znak Literanova

czwartek, 13 lipca 2017

Anka Mrówczyńska - Borderline: Autoterapia, czyli o sprawach poważnych z solidną dawką autoironii


wydawnictwo: Psychoskok
data wydania: 3 kwietnia 2017
liczba stron: 212

„Ty po prostu tak bardzo tak bardzo boisz się życia, że pragniesz śmierci. Ze strachu.”

Po ostatnich mrocznych klimatach rodem z horroru bądź thrillera czas na coś z zupełnie innej beczki. Choć z drugiej strony można by stwierdzić, że w jakimś sensie wpasujemy się choć trochę w tamte klimaty, bo przecież psychika ludzka to mroczna strefa, której sami nie potrafimy do końca odkryć. Jak dobrze wiemy w naszych głowach potrafią dziać się (nie)złe cuda… Dzisiaj mam dla Was recenzję autobiograficznej książki Anny Mrówczyńskiej - „Borderline: Autoterapia, czyli o sprawach poważnych z solidną dawką autoironii”. Nie jest to pierwsza książka autorki, którą znajdziecie na rynku wydawniczym, w 2015 roku zadebiutowała dziennikiem „Młody bóg z pętlą na szyi”, w którym opisuje swój sześciotygodniowy pobyt w szpitalu psychiatrycznym. Książka okazała się dużym sukcesem, jak widać Anna Mrówczyńska nie spoczęła na laurach i postanowiła napisać kolejną książkę, a tym samym w jakiś sposób rozprawić się ze swoimi demonami.
Po sukcesie debiutanckiej powieści, Mrówczyńska wraca z kolejną autobiograficzną książką. Tym razem podzieliła swój dialog i życie wewnętrzne na role - przydzielone trzem głównym bohaterkom, które uczestniczą w czternastu sesjach autoterapeutycznych. Pani Psycholog – zdrowa część osobowości Anki, mająca świadomość istoty pogranicznego zaburzenia osobowości. Prowadzi autoterapię, by pokazać Mrówczyńskiej-pacjentce, jak wiele ma problemów i jak ważne jest podjęcie przez nią leczenia. Mrówczyńska-pacjentka – chora część osobowości Anki, kwintesencja jej zaburzeń. Autorka – zdrowa część osobowości Anki, wyrażająca jej złość na samą siebie poprzez ironiczne komentarze i prowokacyjne odzywki do Mrówczyńskiej-pacjentki.
Hola! Hola! – powiecie – ale co to takiego jest w ogóle to Borderline? W skrócie:

Osobowość borderline charakteryzuje się wahaniami nastroju, napadami gniewu w tym autoagresji. Zaburzone jest postrzeganie otaczającej rzeczywistości jak i również samego siebie. Charakterystycznym objawem jest niestabilność myśli, zachowań, emocji. Osoba borykająca się z tym zaburzeniem boi się odrzucenia, ma niską samoocenę i często odczuwa uczucie pustki, bezsensu istnienia na tym świecie.

„Borderline: Autoterapia, czyli o sprawach poważnych z solidną dawką autoironii” to tak naprawdę jeden wielki dialog, który w rzeczywistości jest monologiem, ponieważ trzy główne postacie (pani psycholog, Mrówczyńska i autorka) składają się na jedną Mrówczyńską. Bierzemy tutaj udział w chwilowym rozszczepieniu świadomości w celu przeprowadzenia autoterapii składającej się z 14 sesji, które mają na celu rozłożenie na czynniki pierwsze „wnętrza” owej Mrówczyńskiej. Ma to jej wskazać drogę, spojrzeć racjonalnie i szczerze na swoje podejście do wielu spraw i przekonać ją do dalszego leczenia pod okiem specjalisty. O czym jest mowa podczas sesji w tym trzyosobowym gronie? O autoagresji w tym samookaleczeniach, nałogach, lękach choćby przed bliskością, odczuwalnej pustce, relacjach z najbliższymi, marzeniach i o brakach w wierze we własne możliwości. Pomysł na książkę jest bardzo ciekawy choć wydaje się banalnie prosty.

Anna Mrówczyńska w swojej drugiej książce pokazuje jak duży dystans potrafi mieć do samej siebie i tego co odczuwa, choć piszę o sprawach trudnych i bolesnych. Robi to jednak z przymrużeniem oka, nutką ironii, sarkazmu i lekkości. Nie zabraknie tutaj konstruktywnego gniewu, co tylko dodaje autentyczności i smaczku całej reszcie. To właśnie kwestie wypowiadane przez autorkę są ciekawe i dynamiczne. Sama książka jest pouczająca. Myślę, że większość z nas mogłaby wziąć z autorki przykład i pogadać przez chwile z samym sobą. Przerobić problemy i spróbować je rozwiązać, a nie kumulować w sobie, bądź zamykać się na liczne rozwiązania. Ta książka to taka psychologiczna prowokacja… Można poprowadzić wewnętrzny dialog konstruktywnie? Ano można. Można samemu sobie dać kopa w tyłek? Można. Tylko trzeba się odważyć i przyznać do błędów, słabości i lęków. Domyślam się, że nie każdemu ta książka wpadnie w oko, w końcu nie każdego interesuje ludzka psychika, ani różne odcienie jej portretów. Jednak jeśli ktoś lubi odkrywać coś nowego w literaturze i przy tym się czegoś dowiedzieć się to szczerze polecam. Autoterapia autorki nie jest obszernym tomiszczem i można ją spokojnie pochłonąć w około dwie godzinki – zależy kto w jakim tempie czyta i ile może czasu na to poświęcić.

„Podjęłam decyzję. Chcę się zmienić! A właściwie - chcę chcieć się zmienić. Bo ile można żyć z taką zadymiarą emocjonalną? No właśnie. A ja żyję z nią już 29 lat! I tak sobie siedziałam i myślałam, aż wymyśliłam. A gdyby tak... terapią szokową zastosowaną na sobie samej, przez siebie samą, zmienić swój sposób myślenia? I dawaj się besztać! I dawaj siebie wyśmiewać! Aż do skutku. I wiecie co? W tym szaleństwie jest metoda!”

Dziękuję autorce za możliwość przeczytania ebooka

środa, 12 lipca 2017

Cmętarz zwieżąt - Stephen King


seria: Kolekcja Mistrza Grozy
wydawnictwo: Albatros, Ringier Axel Springer Polska
tytuł oryginału: Pet Sematary
data wydania: 14 czerwca 2017
liczba stron: 400

„Nie należy wierzyć, że istnieją granice grozy, którą zdolny jest przyjąć ludzki umysł. Wręcz przeciwnie, wszystko wskazuje na to, iż w miarę jak ciemność staje się coraz głębsza, głębia owa zaczyna rosnąć wykładniczo – i choć nie chcemy tego przyznać, to doświadczenie podpowiada nam, iż kiedy koszmar staje się dość czarny, groza zaczyna rodzić grozę, a jedno przypadkowe zło płodzi następne, często rozmyślne złe czyny, póki w końcu wszystkiego nie pochłonie ciemność. Najstraszniejszym zaś pytaniem pozostaje to, ile dokładnie grozy może znieść ludzki umysł i wciąż zachować niezłomną, nieugiętą łączność z rzeczywistością. Trudno ukryć, że podobne wydarzenia mają w sobie coś z absurdu. W pewnym momencie wszystko staje się zabawne.”

Skoro już jesteśmy w temacie grozy, to dzisiaj mam dla was kolejną recenzje książki samego mistrza tego gatunku. Tym razem mój wybór padł na „Cmętarz zwieżąt”. Osobom, które cenią sobie grozę na ekranie jest zapewne znana ta historia, tylko pod nazwą „Smętarz dla zwierzaków”, który powstał w 1989 roku. Ostatnio nie byłam w pełni zachwycona tym co przeczytałam, brakowało mi dreszczyku, mrocznego klimatu itp. Postanowiłam więc iść za ciosem i wybrać akurat ten tytuł, bo kojarzy mi się z horrorem, o którym wspomniałam, a który kilka lat temu miałam okazję oglądać. Oczywiście znane mi są również inne filmy na podstawie twórczości autora, jednak ten mgliście krążył gdzieś tam po orbicie moich myśli. Piąte przez dziesiąte kojarzyłam o co mniej więcej chodziło w fabule, postanowiłam więc przypomnieć sobie wszystko i sprawdzić czy książka, również zaspokoi moje oczekiwania. A dodatkowo spodobała mi się okładka i ten mroczny kiciuś.
Zazwyczaj przeprowadzka to początek nowego życia, ale dla rodziny Creedów stała się początkiem ich końca. Mistrz horroru Stephen King zaprasza czytelników na wycieczkę do piekła i z powrotem! Na świecie istnieją dobre i złe miejsca. Nowy dom rodziny Creedów w Ludlow był niewątpliwie dobrym miejscem - przytulną, przyjazną wiejską przystanią po zgiełku i chaosie Chicago. Cudowne otoczenie Nowej Anglii, łąki, las; idealna siedziba dla młodego lekarza, jego żony, dwójki dzieci i kota. Wspaniała praca, mili sąsiedzi - i droga, po której nieustannie przetaczają się ciężarówki. Droga i miejsce za domem, w lesie, pełne wzniesionych dziecięcymi rękami nagrobków, z napisem na bramie: CMĘTARZ ZWIEŻĄT (cóż, nie wszystkie dzieci znają dobrze ortografię...).
  „Nie ma zysku bez ryzyka, ani ryzyka bez miłości.”

Wyobraźcie sobie rodzinę, która przeprowadza się w nowe miejsce, by zacząć coś nowego. Wszystko ma być dobrze i oczywiście do pewnego dnia tak jest… jednak po drodze dzieją się dziwne rzeczy. Śmierć, ostrzeżenie, spacer w nocy do miejsca, które z pozoru jest nieszkodliwe, jednak to od niego promieniuje dziwna moc przyciągania. Machina zła nabiera rozpędu z chwilą śmierci kociego ulubieńca domu rodziny Creedów. Do czego można się posunąć z miłości? Ze strachu? Z bólu, który rozdziera na pół? Czy jedno szaleństwo napędza drugie? Główny bohater pokazuje, że można podjąć wręcz diabelskie ryzyko… i to nie raz…!

„Co kupisz, to twoje, a to, co twoje, wcześniej czy później do ciebie wróci.”

Inspiracją do napisania „Cmętarza zwieżąt” był pobyt autora w pewnym domu w stanie Maine i takowy właśnie cmentarz, który znajdował się za owym domem. Sam pomysł na taką właśnie fabułę wydaje się interesujący i posiada w sobie sporo potencjału, szczególnie dla autora z wyobraźnią, której z pewnością Kingowi nie brakuje. Zresztą na odpowiedni klimat i próbkę fantazji autora nie trzeba wcale długo czekać. Akcja rozwija się stopniowo i nabiera tempa. Napięcie rośnie, a owa groza przybiera na silę by na końcu się skumulować. I to jest to co mi się podoba! Atrakcje pojawiają się i przybierają na silę, a nie czeka się i czeka aż do końca na coś, co praktycznie nie powala nas na kolana czy nie doprowadza do „siwizny” Tak smaczne książki wręcz uwielbiam. Są ciekawe postacie, które mają w sobie coś ze zwykłego człowieka, nie są zbyt idealne, kolorowe, a wręcz wadliwe. Mają swoje słabości, rysy na psychice, fobie… Do tego fabuła ze wspomnianym potencjałem i tematyka grozy z cmentarzami i dziwnymi stworami w tle. Są opowieści z przeszłości, które mają dodać pikanterii i wprowadzić czytelnika w klimat, a przy tym doskonale uzupełniają historię. Sam cmentarz nocą budzi w wielu dreszczyk grozy, albo zwyczajnego podskórnego strachu, jeśli do tego dołożymy podkolorowaną historię to nasza wyobraźnia działa. Pamiętam, ze film przypadł mi do gustu, pamiętam jakieś sceny jak za mgłą, ale wiem, że klimat był. W książce też jest i jest nawet lepiej, bo można wypróbować własną wyobraźnię. Teraz po przeczytaniu powieści, mam zamiar obejrzeć po raz kolejny film i sobie go dobrze porównać. Znów poczuć klimat z dawnych czasów. Tym razem jestem zadowolona z tego co wyszło spod pióra słynnego mistrza grozy. Nie mogę się do niczego przyczepić. Autor nie pisze swoich książek „na skróty” i możemy ze szczegółami poznać daną akcję, choć czasami chciałoby się przejść już do momentu kulminacyjnego. Jednak nie ma tak dobrze, autor chce, żeby czytelnik poczuł klimat i wciągnął się w daną historię mimo iż czasem wydaje mu się coś zbyt szczegółowe. Końcówka jest genialna, a szczególnie epilog, który tworzy w naszej wyobraźni kadr jak z horroru.

„Ziemia serca mężczyzny jest kamienista... Mężczyzna hoduje, co może… opiekuje się tym.”

wtorek, 4 lipca 2017

Statek śmierci - Yrsa Sigurdardóttir


cykl: Thora
wydawnictwo: Muza
data wydania: 12 czerwca 2013
liczba stron: 336

„Kto nie boi się o siebie samego, ma zwycięstwo w kieszeni.”

Twórczość jednych autorów zostawiamy sobie na „później” innych zaś bierzemy w ciemno, bo „kupili nas” dawno temu jedną przeczytaną książką. Mnie ta zasada dotyczy w stu procentach. Ostatnio wspominałam o twórczości Kinga, którą wiecznie odkładałam na kiedyś, a teraz muszę wspomnieć o innej autorce, której twórczość zrobiła na mnie wrażenie jakiś czas temu. Oboje tworzą historię z tego samego gatunku – zarówno On jak i Ona mają za zadanie przestraszyć swojego czytelnika i przyprawić o gęsią skórkę, a już na pewno muszą tworzyć napięcie, które czytelnika wciągnie w opisywaną historię. Ma być ciekawie, a najlepiej ciekawie i przerażająco. Jakie emocje wywołała we mnie twórczość mistrza grozy przeczytacie recenzję wstecz (oczywiście ten kto jeszcze tego nie zrobił), a jak się ma sprawa z grozą spływającą spod pióra kobiety? Yrsa Sigurdardottir zrobiła na mnie piorunujące wrażenie książką „Niechciani” (recenzja tutaj). To była moja pierwsza książka tej autorki. Pamiętam, że potrafiła stworzyć naprawdę niezły klimat, a ciarki oblazły mnie niczym mrówki i to niejeden raz. To sprawiło, że po kolejną książkę autorki „Pamiętam Cię” sięgnęłam bez oporów i z jeszcze większą ciekawością. Ona również mnie nie zawiodła, a jej recenzję znajdziecie tutaj. Dwie doskonałe książki jednej autorki w moich rękach, trzeba więc próbować kolejnych. Kolejna trafiła się całkiem niedawno. Wyobraźcie sobie mój entuzjazm i dreszczyk emocji, który towarzyszył podczas rozpoczynania lektury „Statku śmierci”. Nadzieje i oczekiwania były ogromne. Czy zostały zaspokojone? Czy tak jak w przypadku mistrza grozy poczułam lekki zawód?
Luksusowy jacht rozbija się przy wejściu do portu w Reykjawiku. Na jego pokładzie nie ma nikogo. Jacht jest własnością Banku Islandzkiego, odkąd poprzedni właściciel popadł w długi. Co stało się z trzema członkami załogi i czteroosobową rodziną, która weszła na pokład w Lizbonie? Turyści, którzy zaginęli wykupili, przed podróżą, bardzo wysoką polisę na życie. Firma ubezpieczeniowa chce mieć pewność, że nie doszło do oszustwa. Do akcji wkracza Thora. Musi ustalić, co wydarzyło się na jachcie pomiędzy Lizboną a Reykjawikiem. To nie horror. Lub może raczej horror innego rodzaju. Jeśli znalazłeś się na pokładzie jachtu na środku oceanu i nie wiesz, komu możesz zaufać, to horror o którym mówimy.
Siedem osób plus jeden trup gratis, to od niego zaczynają się kłopoty. Pasażerowie znikają jeden po drugim. Nie wiadomo komu ufać, bo przecież każdy z dorosłych może być mordercą. Tak więc pięć osób może zasługiwać na miano podejrzanego. Luksus, ocean, z pozoru fajna wyprawa… a w rzeczywistości to koszmar pachnący pieniędzmi. To godziny, które zlewają się ze sobą i dryfują w oczekiwaniu na najgorsze. To worek ostateczności i strachu. Kilka ostatnich dni spokoju pewnej rodziny, która wracała do domu. Do dziadków, rodziców, dziecka… Taka migawka, która ma pomóc odpowiedzieć na pytania, które nasuwają się między rozdziałami. W tle majaczą długi, bogactwo, sława...Znajdziemy też dawkę rozpaczy i oczekiwania na cud.

„Statek śmierci” zabiera nas w kurs po oceanie. Dryfujemy z początku beztrosko i niewinnie, oczekując jednak nadchodzącego piekiełka. Całą przygodę jednak zaczynamy z zupełnie innego źródła, albowiem patrzymy oczyma strażnika portowego, a nie głównych bohaterów bezpośrednich wydarzeń. To wprowadza czytelnika w wir tej dziwnej i zagadkowej historii, którą ma okazję poznawać krok po kroku. Tak też sobie przeskakujemy z luksusowego jachtu do chwili obecnej, czyli do Thory, prawniczki, a tym samym pełnomocniczki rodziny zaginionych. Autorka bawi się z nami w kotka i myszkę, dawkując nam w kratkę całą opowieść. Jest to naprawdę wciągające i znane mi z poprzednich książek autorki. Opis narobił mi apetytu, zresztą początek również, jednak z każdym mijającym rozdziałem czułam narastający zawód. Cała historia ma naprawdę niezły potencjał (gdzie znajdziemy lepsze miejsce do morderstwa niż sam środek oceanu?), a i mnie nie udało się wszystkiego rozgryźć, a to akurat ogromny plus dla autorki. Jest zagadka, są trupy, ktoś jest mordercą i jest jakiś motyw. Jednak brakowało mi tego konkretnego dreszczyku emocji. Tego klimatu jak z horroru, gdzie napięcie jest wyczuwane z daleka. W poprzednich książkach, było to wyczuwalne zdecydowanie bardziej. Końcówka jest trochę zaskakująca, ale jednak oczekiwałam czegoś mocniejszego. Choć nie powiem, są momenty warte uwagi, jednak mogło być ich zdecydowanie więcej. Po nitce do kłębka, a wyjdzie misterna intryga i prawdziwa natura człowieka. Mimo iż ta pozycja nie powaliła mnie na kolana jak poprzednie, to jednak nie zamierzam zrezygnować z książek autorki. Wiadomo, autor ma różne pomysły i w różny sposób wciela je w życie, a tym samym nie każdemu dogodzi. Na pewno w najbliższym czasie poszukam innej jej książki i mam nadzieję, że przerażę się tak jak kiedyś. Jej twórczość jest naprawdę godna polecenia i jeśli tylko lubicie klimaty tego typu… islandzkie, mroczne i zagadkowe, to zdecydowanie polecam!


„Zbyt piękni ludzie często wyglądają na nudnych i nikt się nie zastanawia, jacy są w środku.”

czwartek, 29 czerwca 2017

Przebudzenie - Stephen King


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
tytuł oryginału: Revival
data wydania: 13 listopada 2014
liczba stron: 536
„Chyba właśnie po tym człowiek poznaje, że jest w domu, bez względu na to, jak bardzo się od niego oddalił i jak długo przebywał gdzie indziej. Dom jest tam, gdzie chcą, żebyś został dłużej.”
Są takie książki, bądź tacy autorzy, którzy nas intrygują. Wiemy, że kiedyś sięgniemy po daną książkę lecz odkładamy to w nieskończoność. Mnie to też nie ominęło. Od dłuższego już czasu korciło mnie, żeby zabrać się za twórczość Stephena Kinga i jakoś nie było nam szczególnie po drodze. Gromadziłam swoje zapasy literackie na potem i czekałam na impuls do rozpoczęcia lektury. Ba! Jedną nawet udało mi się zacząć, jednak w końcu została odłożona z powrotem na półkę. Dlaczego? Już nie pamiętam czy to przez małą zbitą czcionkę, która utrudnia mi czytanie (wydanie kieszonkowe) czy przez problemy, które zaprzątały moją głowę czy też przez inne pozycje, które musiały być szybciej przeczytane. Jedno jest pewne, wrócę do niej na pewno. Gdy jednak wylądowaliśmy z moim synkiem na totalne dłużej w szpitalu, mąż oczywiście obkupił mnie książkami, wśród kilku powieści znalazła się jedna Kinga, a konkretnie „Przebudzenie”. Wiedziałam, że tym razem już muszę dowiedzieć się o co tyle hałasu jeśli chodzi o literaturę grozy, która wręcz wypływa spod pióra słynnego Stephena Kinga. No wiadomo przecież, że chyba każdy wie kto to taki i wymieni choć jeden bądź dwa tytuły z jego dorobku.
Ponad półwieku temu do niedużej miejscowości w Nowej Anglii przyjeżdża nowy pastor, Charles Jacobs. Wraz ze swoją piękną żoną odmieni miejscowy kościół. Mężczyźni i chłopcy skrycie podkochują się w pani Jacobs; kobiety i dziewczęta tym samym uczuciem darzą wielebnego Jacobsa. Jednak kiedy rodzinę pastor spotyka tragedia, a charyzmatyczny kaznodzieja wyklina Boga i szydzi z wiary, zostaje wygnany przez zszokowanych parafian. Jamie Morton ma własne demony. O d wielu lat wiedzie tułaczy żywot rockandrollowego muzyka, uciekając od rodzinnego dramatu. Uzależniony od heroiny, pozostawiony na pastwę losu, zdesperowany ponownie spotyka Charlesa Jacobsa. Ich więź przeradza się w pakt, o jakim nawet diabłu się nie śniło, a Jamie odkrywa, że słowo „przebudzenie” ma wiele znaczeń.
Już sam opis wydał mi się ciekawy, a początek wydał się równie intrygujący. Spodobał mi się styl opowieści autora. To jak narrator zapoznaje nas ze swoją historią. Razem z nim przechodziliśmy przez różne etapy jego życia. Narrator był szczery, a język prosty i nie męczący. Całość miała swój klimat, a ja czekałam z niecierpliwością na mocne uderzenie. Swoją przygodę z głównym bohaterem zaczynamy w okresie jego dzieciństwa. Mały dzieciak spotyka na swojej drodze dorosłego. Wiecie takiego, który to potrafi zagadać do dzieciaka i go zainteresować. Okazuje się, że to nowy pastor. Wszyscy są zachwyceni. Do pewnego momentu, do pewnej tragedii i pewnego kazania. Tutaj następuje zwrot. Nagle lubiany przez wszystkich człowiek oceniany jest w zupełnie innym świetle, a jego dotychczasowa pasja przeradza się w obsesję.

„Przebudzenie” to opowieść o naturze człowieka, o tym do czego jest zdolny pod wpływem chwili, impulsu i tragedii. O tym jak zwykła pasja może przerodzić się w coś groźnego nie tylko dla nas samych, ale również dla innych, których wciągamy do swojego otoczenia. Igranie z mocami, które przerastają ludzkie pojęcie jest niebezpieczne. Tak samo jak otwieranie drzwi do drugiego świata...tego obok...z pozoru niewidzialnego...tajemniczego… Autor porusza tutaj także siłę naszej wiary w Boga, albo raczej jej kruchość.

Jakie są moje wrażenia po pierwszej przeczytanej powieści sławnego Kinga? Czy obgryzłam paznokcie ze strachu? Nie, nie obgryzłam i mimo tych plusów, o których wspomniałam czuję się zawiedziona. Po prostu nie poczułam grozy. Może i narracja była wciągająca, jednak im bliżej końca tym miałam wrażenie, że tępo zwalnia. Coraz bliżej miejsca kulminacyjnego, a mnie nic nie wciska w fotel. Nie powiem, bo autor wyobraźnię ma, co szczególnie widać na końcu, jednak to nie jest to czego oczekiwałam… Ta historia choć zapowiadająca się ciekawie nie porwała mnie w stu procentach. Nie dostałam tego czego oczekiwałam. Liczyłam na naprawdę mocne wrażenia… Gdzie one są? Czy sławny król literatury grozy potrafi mnie przerazić? O tym zapewne się przekonam. W swoim dorobku mam już osiem książek autora i mam wielką nadzieję, że coś dla siebie znajdę i trafię w swój czuły punkt. No nic, jak widać nie zrażam się i poluję dalej. Nie myślcie jednak, że uważam tę książkę za totalną porażkę czy stratę czasu. O nie! Teraz już wiem, że autor potrafi zwrócić uwagę czytelnika z pozoru zwykle zapowiadającą się historią. Tworzy naprawdę fajny (grunt) klimat do meritum swojej opowieści. A co ważne nie idealizuje bohaterów. Mam nadzieję, że inne książki autora zrobią na mnie jeszcze wrażenie. Gdzie leży granica między naszym światem, a tym drugim? Tym tak zwanym „zaświatem”? Okazuje się, że jest ona tuż obok, i wcale nie jest gruba. A to co znajduje się za drzwiami, przypomina mroczny obraz namalowany przez szaleńca. Chcecie się przekonać co można spotkać za drzwiami? I co czeka śmiałków, którzy odważą się igrać z potężną mocą, którą ciężko pojąć? W takim razie zapraszam do lektury.

„Niezdrowo jest wiedzieć za dużo.”

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Tajemnica dziesiątej wsi - Agnieszka Olszanowska


cykl: Saga z dziesiątej wsi (tom 2)
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 16 marca 2017
liczba stron: 304

„Kochali się. Nawet bardzo. Po prostu za szybko się poddali. Nie potrafili zrozumieć, że miłość jest też w szarej prozie życia. Tylko trzeba ją odnaleźć.”

Pamiętacie może „Listy z dziesiątej wsi” (jeśli nie to recenzje znajdziecie tutaj). To książka, która zrobiła na mnie dość dobre wrażenie. Urzekła mnie kontrastem pomiędzy bohaterkami, a szczególnie tajemnicą zawartą w listach z przeszłości. Kto czytał moje recenzje dość regularnie ten wie, że w tego typu tematy uwielbiam się zagłębiać. Dzisiaj mam dla was moi mili kontynuację tamtej książki, choć bardziej trafnym określeniem będzie, uzupełnienie braków tamtej historii i dopełnienie zakończenia. Zakończenia, które pozostawiło niedosyt i lekkie rozczarowanie.
Na początku dwudziestego wieku kilkuletni Zefiryn Zarządca, zmuszony przez swojego wuja, bierze udział we włamaniu do kościoła. Ma za zadanie ukraść słynny na całą okolicę Cudowny Obraz. Samotna noc w pustym kościele w oczekiwaniu na dogodny moment wywiera wpływ na jego dalsze losy. Ponad sto lat później do Starszego Folwarku przyjeżdża Paweł, życiowy bankrut, wnuk Zefiryna. Młody mężczyzna nigdy nie mieszkał na wsi i nie wyobraża sobie przyszłości wśród pól i lasów. Z pomocą przychodzi mu stary sąsiad, syn wielkiej i niespełnionej miłości Zefiryna. Krok po kroku uczy Pawła pracy na roli. Jednak nie robi tego całkiem bezinteresownie.
Poprzednim razem mieliśmy okazję poznać losy dwóch kobiet, babci i wnuczki – Barbary i Beaty. Tym razem schemat jest podobny, tylko skupiamy się na mężczyznach. Pawle i jego dziadku Zefirynie. Mężczyźni nigdy się nie poznali, jednak łączy ich pewna tajemnica rodzinna, którą poznajemy krok po kroku. Można by powiedzieć, że zapowiada się równie ciekawie jak przy poprzedniej książce, jednak nie. Tak jak tam urzekała mnie subtelność i fragmenty listów, tak tutaj drażniło mnie odkrywanie tej tajemnicy. To, że aby odkryć sedno sprawy musiałam nieźle się cofnąć i nie mam na myśli historii sprzed stu lat, bo to akurat jest najciekawsze w tej części, tylko spojrzenie Pawła na całą sytuację mnie razi. Strasznie nie lubię czytać kontynuacji i przeżywać jeszcze raz danej historii tylko z innego punktu widzenia.

Książka Agnieszki Olszanowskiej to powrót do przeszłości. Ukazanie dawnych czasów, oraz natury człowieka, który potrafi być bezwzględny i nie cofnie się przed niczym, aby osiągnąć to, czego pragnie. Mroczna przeszłość, zagmatwana teraźniejszość. Miłość do ziemi kontra miłość do kobiety. Autorka pokazuje w swojej książce, że nie wszystko jest czarne i białe, są różne odcienie szarości, o których nawet nie wiemy. Pokazuje również siłę człowieka, który potrafi walczyć o swoje życie i odbić się od dna. W połączeniu z poprzednią częścią tworzy spójną całość, jednak nie do końca jestem przekonana. Czegoś mi tutaj brakowało, być może kolejnych listów? O subtelności nie ma mowy, bo obserwujemy wszystko oczami faceta, jednak mam wrażenie, że autorka trochę poszła na skróty. Czytanie nie sprawiało mi takiej przyjemności jak poprzednim razem. Oczywiście, fajnie jest poznać całą historię, smutną, mroczną i trochę dziwaczną (mowa o Zefirynie) jednak to nie jest to, czego się tutaj spodziewałam. A szkoda. Druga część spowodowała, że przestałam darzyć sympatią Pawła, którą zyskał w „Listach...”. Zdecydowanie bardziej interesowała mnie też historia z przeszłości niż losy Pawła. Autorka chyba bardziej zagłębiła się tutaj w jego życie niż życie Beaty w poprzednim tomie. A przecież tu też mamy do czynienia z zestawieniem losów bohatera z przeszłości (przodka) z tym z teraźniejszości. Tak więc tym razem mój entuzjazm jest jeszcze słabszy niż ostatnio. Tam mogłam doczepić się tylko to zakończenia, tutaj niestety większa część mnie nie przekonała. Za to podoba mi się okładka! No, ale jak wiadomo, nie po okładce ocenia się daną książkę. Tak więc jeśli chcecie poznać całą historię z czasów Barbary i Zefiryna, a także dowiedzieć się też jak potoczyły się losy Beaty i Pawła to czytajcie. W końcu nie każdego drażni to co mnie.

Za możliwość przeczytania ebooka dziękuję wydawnictwu Prószyński i Sk-a