niedziela, 24 lipca 2016

Gorski - Vesna Goldsworthy


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 19 lipca 2016
liczba stron: 216

Miłość w teorii nie zna przeszkód. Czas, wiek, pieniądze… to wszystko da się przeskoczyć. Czy jednak na pewno? Jak się okazuje świat wielkich pieniędzy często zostaje pozbawiony możliwości do prawdziwego szczęścia, jakim jest prostota miłości. Wszystko można kupić, tego luksusu jednak nie…a wieloletnia udręka czekania nie koniecznie zostaje nagrodzona. Książka, którą dzisiaj proponuję przyciągnęła mnie okładką. Jest w niej pewne piękno, bogactwo i chłód, czyli odzwierciedlenie fabuły, której opis zaintrygował mnie w drugiej kolejności. „Gorski” to powieść, której nie mogłam sobie odmówić. I całe szczęście, że tego nie zrobiłam!
Gorski pożąda wszystkiego, co najlepsze, i dostaje wszystko, czego pożąda. Najbardziej tajemniczego z oligarchów przywiodła do brytyjskiej stolicy miłość do Natalii, którą poznał przed laty w Rosji. To, że kobieta jest obecnie zamężna z Anglikiem, stanowi dla niego jedynie drobną niedogodność. To dla niej buduje swoje Tadż Mahal na brzegu Tamizy, w porównaniu z którym pałac Buckingham będzie przypominał bezkształtne pudło przy rondzie. Znajdzie się w nim wspaniała biblioteka, świadcząca o dobrym guście i wychowaniu. Potrzebne są jedynie książki…
Narratorem w tej opowieści jest pracownik rzadko odwiedzanej przez klientów księgarni. Prowadzi on wręcz ascetyczne życie, które aż krzyczy prostotą. Pewnego dnia na jego drodze, a konkretnie w drzwiach księgarni staje wyrazista postać. Osobowość, która stanowi zagadkę dla większości Londyńczyków. Bogacz, który ma specjalne zlecenie dla naszego księgarza. Zlecenie, które odmieni jego życie i wprowadzi do świata wielkich i bogatych, a także luksusów, o których nawet nie śmiał myśleć. To zadanie nie tylko pozwoli mu zakosztować odmiennego życia, ono również w znaczny sposób na to jego życie wpłynie.

Przekonuje się on między innymi, że świat wielkich oligarchów to tylko piękna fasada, za którą kryją się problemy znane ludziom z niższych sfer. Po raz kolejny potwierdza się powiedzenie, że „pieniądze szczęścia nie dają”. Dają co prawda luksusy, wielkie możliwości i ułatwiają życie, ale mogą również je skutecznie zatruć, a nawet prowadzić do dramatów. Dramatów, które nie ominą naszego narratora i całej reszty bohaterów.

Vesna Goldsworthy urodziła się w Belgradzie w 1961 roku, od 1986 mieszka w Londynie. Pisze po angielsku, w swoim trzecim języku. Jest autorką trzech książek wydawanych w wielu przekładach: pamiętnika „Czarnobylskie truskawki”, „Inventing Ruritania” oraz zbioru wierszy „The Angel of Salonika,” uhonorowanego Nagrodą Crashawa. „Gorski” to jej pierwsza powieść.

„Gorski” to niezwykle interesująca powieść, która wywołuje pewną nutkę refleksji i wprowadza w ciekawy klimat. Pachnie nie tylko bogactwem, ale również zapachem starych książek, miłością, fascynacją, różnorodnością kulturową, dramatami, a także przeszłością bohaterów. Autorka snuje swoją opowieść w sposób lekki i ciekawy, a opisy, które nam dawkuje są barwnym dodatkiem i absolutnie nie nużą czytelnika. Vesna Goldsworthy w swojej książce zabiera nas w podróż po meandrach rosyjskiej miłości i pustce, jakiej może doświadczyć każdy, niezależnie od stanu konta. Opisuje prozę życia, która dla jednych i drugich bywa zdradliwa.

Podsumowując: barwna, ciekawa i klimatyczna opowieść, w której nie zabraknie uciech życia oraz dramatów, które wpłyną na życie bohaterów. Książka, którą warto przeczytać i dać się oczarować autorce, gdyż potrafi zaciekawić swojego czytelnika.

Za możliwość przeczytania ebooka dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka

wtorek, 19 lipca 2016

Małe zbrodnie małżeńskie - Éric-Emmanuel Schmitt


wydawnictwo: Znak
data wydania: 2015
liczba stron: 96

„Oto czym jest małżeństwo: stowarzyszeniem zabójców, którzy napadają na innych, zanim rzucą się wzajem na siebie, długą wędrówką do śmierci, gdzie po drodze ściele się trup. Para młodych to para, która próbuje pozbyć się innych. Para starych to para, gdzie partnerzy usiłują się wzajemnie wyeliminować.”

Czyli wychodzi na to, że małżeństwo przypomina walkę o przetrwanie. To „brutalna” codzienność, która zepchnęła na bok miłość i pożądanie, a zastąpiła je inną formą szaleństwa. Być może to tylko zwyczajna wizja pesymisty, który może sobie pozwolić na wariackie spojrzenie przez okulary w odcieniach ciemnej goryczy. Tak czy inaczej sam cytat stworzył w mojej wyobraźni ciekawy widok dwojga ludzi, którzy na stare lata bawią się w kilerów. Zapachniało aromatem kryminału, który mógłby okazać się ciekawy, jednak to żaden kryminał. To tylko kolejna filozoficzna myśl Erica- Emmanuela Schmitta, którą umieścił w swojej książce „Małe zbrodnie małżeńskie”.
Podobno nienawiść dzieli od miłości tylko jeden krok. Czasem bywa też na odwrót Eric- Emmanuel Schmitt pokazuje, że miłość ma wiele wspólnego z szaleństwem, a gorące wyznania od zbrodni w afekcie oddziela czasem bardzo cienka linia. Czy można jednak przekroczyć tę granicę wielokrotnie? Czy da się jednocześnie i kochać i nienawidzić?
„[…] każdy związek jest domem, do którego klucze znajdują się w rękach mieszkańców. Jeśli zamknie się ich od zewnątrz, dom stanie się więzieniem, a oni więźniami.”

Czytając „Małe zbrodnie małżeńskie” czułam się jak widz w teatrze, albo olbrzym, który podgląda z góry małe ludziki zamieszkujące papierową makietę. Wyobraźcie więc sobie i wy sytuację, w której liczba bohaterów nie przekracza skromnej cyfry dwa. I miejsca akcji, które jest jedno. Autor w swojej książce zabiera nas do mieszkania – a raczej salonu - pewnego małżeństwa. Chce, abyśmy stali się świadkami rozmowy, dialogu, dyskusji dotyczącej ich dotychczasowego życia. Lisa i Gilles lawirują w korytarzach niedomówień, kłamstw, emocji i bolesnej szczerości przekształcając się w postacie rodem z dramatu, sztuki teatralnej, a może nawet pewnej groteski. Podglądając, siadając na starym fotelu czy skrzypiącym krześle przy biurku, dowiadujemy się szczegółów dotyczących ich małżeństwa. Sprytnie przechodzimy przez różne warstwy, które obnażają naszych bohaterów tak, by cała szczerość wylała się na sam środek tego pokoiku. Wspomnienia, bolesne rozterki, które chowają się za stertą książek odkrywają przed nami oblicze związku dwojga ludzi, który balansuje na cienkiej lince miłości i nienawiści.

„Co to znaczy kochać mężczyznę? To znaczy kochać go na przekór sobie, na przekór niemu, na przekór całemu światu.”

„Małe zbrodnie małżeńskie” to prawdziwy minimalizm, który zwiera w sobie dużą dawkę emocji. To nie tylko cieniutka książeczka, którą można pochłonąć na raz, ale jedna ciągnąca się prawie sto stron dyskusja, która odkrywa więcej niż niejedno opasłe tomisko wypełnione po brzeg postaciami, miejscami akcji czy też całą gamą opisów. To coś w rodzaju scenariusza, którego odegramy we własnej wyobraźni. Autor w swojej książce poszedł na pewnego rodzaju łatwiznę i zapisał zwyczajny dialog dwojga małżonków, ale zrobił to tak, że mimo początkowego szoku poczułam zaciekawienie. Cała rozmowa jest dynamiczna, jasna w odbiorze i przy tym zawierająca ciekawe cytaty, które tak lubię wyłapywać w twórczości tego autora. Damsko – męskie sprawki, które można porównać do partyjki szachów. Wyścig pozorów, kłamstw, miłości wymieszanej z bólem. To pewnego rodzaju spowiedź, która ma oczyścić i tym samym odsłonić naturę naszych bohaterów. Cenię sobie twórczość tego autora ze względu na prostotę przekazu i ciekawe przemyślenia. Podoba mi się to, że w tak zwyczajny i prosty sposób jak choćby w tym przypadku, potrzebuje kilku rekwizytów, żeby przenieść czytelnika do świata swoich bohaterów i tchnąć w nich emocje…a nawet ich nadmiar. Ta książka potwierdza tezę, że miłość bywa trudna i to nie ważne czy po kilkunastu latach wspólnego życia czy zdecydowanie mniejszym stażu. Miłość w nas ewoluuje i szybko może zamienić się w nienawiść. 

Podsumowując…
Dawno już nie miałam okazji uczestniczyć w tak interesującej interlokucji! A sam autor po raz kolejny udowodnił, że nie boi się krótkich form i eksperymentów. Szukacie prostoty? Czegoś totalnie krótkiego, a jednocześnie poruszającego jakiś temat? W takim razie polecam!

Kochać to znaczy mieć tę wytrzymałość, która pozwala przechodzić przez wszystkie stany, od cierpienia do radości, z tą samą intensywnością.”

czwartek, 14 lipca 2016

Pirania na kolację. 1405 dni w podróży dookoła świata - Magda Bogusz


wydawnictwo: Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA
data wydania: 15 czerwca 2016
liczba stron: 432

„[…] instynkt macierzyński nie rodzi się wraz z urodzeniem pierwszego dziecka, ale w chwili poślubienia męża.”

Chyba każdego człowieka nachodzi czasem ochota, żeby rzucić wszystko w diabły i uciec. Być może gdzieś w Polskę, świat czy też na bezludną wyspę. Odciąć się od rutyny, problemów, codzienności, ale nie każdy ma odwagę. Tej odwagi i determinacji nie zabrakło Magdzie Bogusz i jej mężowi, którzy pewnego dnia postanowili zostawić za sobą dotychczasowe życie, by bez fortuny przemierzyć prawie cały świat. Nastawieni na przygodę i brak wygód podróżowali aż 1405 dni po różnych zakątkach świata, co barwnie opisuje Magda w swojej barwnej książce, „Pirania na kolację”.
Magda i Tomek Bogusz przemierzyli prawie cały świat. Ich podróż trwała dokładnie 1405 dni, a zaczęła się 14 lipca 2010 roku na lotnisku w Warszawie, gdzie z biletem w jedną stronę polecieli do Stanów Zjednoczonych. Byli na 4 kontynentach, w 27 krajach. Przebyli 700 mil autostopem, 8 000 mil samochodem, 14 000 kilometrów autobusem, 21 163 kilometry motorem, 8200 mil morskich żaglówką i 5 324 kilometry rowerami.
Czasami warto zejść z wytyczonej ścieżki. Podjąć ryzykowną decyzję i dać się ponieść fali marzeń, oczekiwań, wolności, przygodzie i niebezpieczeństwu. Nikt przecież nie gwarantuje, że za rogiem będzie bezpiecznie, ale już za kolejnym zakrętem możemy znaleźć coś, co zapiera dech, poznać ludzi, którzy zostaną w naszej pamięci, a nawet życiu. Taką decyzję podjęła autorka tej książki. Naszedł ją impuls by zmienić coś w życiu. Rzucić korki oraz dotychczasowe życie i coś przeżyć. Ujarzmić uciekający czas, który przecieka przez palce. Jakby nie patrzeć życie mamy tylko jedno i od nas zależy jak je wykorzystamy. Ona i jej mąż wykorzystali je bardziej świadomie niż większość ludzi. Przeżyli przygodę życia, o której wielu się nie śniło. Ja sama nigdy nie marzyłam o podróżach, a już na pewno nie tak dynamicznych, szalonych i zaplanowanych na taką skalę. Ja domator podróżuję z książkami w rękach i dzięki Magdzie i Tomkowi zakosztowałam właśnie trochę świata i to nie ruszając się z fotela.

Magda Bogusz – moja imienniczka - dziennikarka, politolożka oraz ekonomistka, żona i matka uzależniona od poznawania ludzi i odkrywania miejsc, zakochana w świecie. Szczęśliwe dzieciństwo spędziła na Lubelszczyźnie w miasteczku Łuków, obecnie mieszka w Gdańsku. Choleryczka, nałogowa wielbicielka czekolad, miłośniczka gór i słońca. Była pełnoetatowym pracownikiem korporacji, kelnerką w restauracji w Sydney, statystką w filmie bollywood, wolontariuszką w hospicjum, pisała dla Wirtualnej Polski oraz Onetu. Współautorka bloga podróżniczego z2strony.pl, który został Blogiem Roku 2013 w kategorii Podróże, był nominowany do nagrody Trzy Żywioły oraz otrzymał tytuł Blog of Gdańsk 2014.

„Pirania na kolację” to mój debiut z literaturą tego typu. Nigdy nie zagłębiałam się w reportaże dotyczące podróży. Rzadko, żeby nie powiedzieć wcale, sięgam po literaturę faktu, a tu proszę, nowe odkrycie. Autorka pokazuje jak czerpać radość z podróży nie mając wielkiej fortuny. Głodując, moknąc i stając przed różnymi „psikusami” od losu. W barwny i dynamiczny sposób opisuje swoją podróż życia, którą rozpoczęła wraz z mężem samolotem, by móc ją kontynuować na różne sposoby. Dzięki lekkości pióra, jaką włada Magda Bogusz czujemy się jak słuchacze, którzy pewnego wieczoru przy ognisku słuchają barwnych opowieści z podróży naszych znajomych. Razem z nimi podróżujemy zardzewiałym samochodem, który trzeba później jakoś upchnąć, autostopem, motorem „Tornado”, który jest nim tylko z nazwy, jachtostopem czy też rowerem. Nie ważne czym, byle dalej do przodu. Nie ważna jest pogoda, wygody, wykwintne dania, liczą się doznania wzrokowe, zapachowe i emocjonalne. To, czego nie mieli na co dzień. Podróż, w którą się wybrali była naprawdę niezłym wyczynem. Przyznam szczerze, że niejeden raz byłam zszokowana i podziwiałam ich za wytrwałość i upór w dążeniu do celu. Całość daje do myślenia, pozwala poszerzać horyzonty, bawi (zdziwiłam się, gdzie chwytem marketingowym jest nasza słynna Biedronka i równie słynny Lewandowski) a także pobudza apetyt na ludzi i wrażenia. Jakby tego było mało to w zestawie znajdziecie zdjęcia, które są barwne i naprawdę zapierające dech.

Czy po tak długiej podróży „normalne” życie jest w ogóle możliwe?

Autorka udowodniła, że tak. Nawet jest ono bardziej świadome, a człowiek jest głodny większej ilości wrażeń. Doceniając tym samym to, co ma na co dzień (zwyczajną pościel, prysznic, ubrania). Taka podróż to coś w rodzaju życiowego resetu, który przydałby się każdemu z nas. Szkoła przetrwania, która wzmacnia i hartuje. To doznania, których nie da się zapomnieć. Ta książka aż kipi od pozytywnej energii. Nic więcej dodawać nie trzeba… Zachęcam do wyruszenia w „papierową” podróż po Peru, Australii, Nowej Zelandii, Chinach, Meksyku, USA, Boliwii, Tajlandii…Poznajcie obyczaje, smaki, mieszkańców, dziwnych kapitanów… Zakosztujcie widoków… oderwijcie się od codzienności, choć na chwilę z książką w dłoniach.

Za książkę dziękuję księgarni:


poniedziałek, 11 lipca 2016

Listy z dziesiątej wsi - Agnieszka Olszanowska


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 7 lipca 2016
liczba stron: 296

„[…] dziesiąta wieś jest tam, gdzie idziemy bezwiednie, bez zastanowienia. Tylko po to, by stracić serce i spokój.”

Listy. Kartki papieru, które rozsiewają woń przemijającego czasu. Wycieńczone nocnym czytaniem przy słabej lampce, ubrudzone piątą lub dziesiątą łzą, a może utłuszczone przez przypadek. Zwyczajny papier, pokryty koślawym lub też intrygującym charakterem pisma, opatrzony datą, podpisem i miejscowością - to tylko poszlaki na drodze korespondencji. Treść zlepiona z urywków życia głównych bohaterów. To wielka ciekawość dla odkrywcy, który znajduje zagubiony pakiecik w lamusie przemijalności. To coś, co zostaje po nas na dłużej, w przeciwieństwie do dzisiejszych e-maili. To właśnie za przeszłość wymieszana z atramentem może odkryć przed nami tak wiele, a przede wszystkim nauczyć lekcji życia i przetrwania. Papierowe listy to skarb, o który teraz już tak trudno. „Listy z dziesiątej wsi” Agnieszki Olszanowskiej to dowód na to, jak mało wiem o sobie i swoich najbliższych.
"Bóg opuścił mnie na worku z mąką”. Tak zaczyna opowieść o swoim życiu Beata, bohaterka "Listów z dziesiątej wsi”. Jej mąż Michał opuszcza ją dla innej kobiety i wyjeżdża do Londynu, a ona zostaje sama z dwoma synami – bez pracy i środków do życia. Ta sytuacja zmusza ją do powrotu do rodzinnego domu na wsi – w którym mieszka jej brat Kuba. Zwierzyniec był przed laty piękną polską wsią. Teraz zmienia się w plantację kukurydzy. Znikają drzewa, sady, kwiaty, bo kukurydza przynosi największe dochody. Beata buntuje się, pragnie zachować choć cząstkę dawnego świata. Bierze pod opiekę zdziczały i zarośnięty Stary Park. Poznaje syna zarządcy dawnego dworu, właściciela Starego Parku. Dostaje u niego pracę i razem z nim przywraca dawną świetność temu miejscu. I po raz pierwszy w życiu sama na siebie zarabia. Pewnego dnia na strychu znajduje pakiet pożółkłych listów. Dzięki nim śledzi dramatyczną historię życia swojej babki, która nieszczęśliwie wydana za mąż, trwała wiernie u boku niekochanego mężczyzny. Przez całe życie wymieniała listy z tajemniczym Stachem. Z ich listów Beata poznaje wstrząsające rodzinne wydarzenia z okresu wojny i po wojnie, z pobytu Stacha w areszcie na Rakowieckiej.
Zastanawialiście się czasem ile tak naprawdę możecie nie wiedzieć o swoich bliskich? Co skrywa babcia (oczywiście to też dotyczy dziadka czy kogoś innego)? Jaka tak naprawdę była w młodości? Co przeżyła i co skrywa tylko w swoim sercu? Jakie było jej życie zanim pojawiliście się w nim Wy? Takie pytania nawiedzają mnie przy okazji lektur, które pachną listami i tym co już dawno przeminęło. Odkrywanie zakurzonych historii uświadamia mi, że przecież ja sama mam przodków, którzy żyli w czasach wojny czy też po. Byli młodzi, mieli plany, sekrety, marzenia, smutki i błędy popełnione na swoim koncie. My wiemy o nich tylko tyle ile sami nam pozwolili. Myślę, że nawet ich własne dzieci nie wiedzą za dużo. „Listy z dziesiątej wsi” autorstwa Agnieszki Olszanowskiej to kolejny impuls w moich rękach, który wywołuje ciekawość i zarazem pewien smutek, że wielu faktów się już nie dowiem. Chociaż może i tak bym się nie dowiedziała…

„Jak się nie zna miłości prawdziwej, czasami dobrze jest ją sobie wyobrazić […].”

Autorka w swojej książce przedstawia nam dwie bohaterki. Jedną poznajemy od razu, drugą zaś krok po kroku wraz z upływającym tempem historii. Jest to pewnego rodzaju skrajność, przykład tego jak sobie potrafiliśmy radzić z problemami kiedyś i jak dziś. Zresztą kontrast między tymi postaciami jest widoczny we wszystkim, o czym przekonacie się czytając. Z jednej strony mamy kobietę, która załamała się ponieważ porzucił ją mąż. Musi poradzić sobie z brakiem pieniędzy i rolą samotnej matki. Do tego wszystkiego mieszkającą z bratem, który do łatwych i miłych nie należy. Po przeciwnej stronie jest siła kobiecości, trudy życia w okresie wojennym i powojennym. Wykańczające macierzyństwo i małżeństwo bez miłości. Życie, które próbuje złamać na każdym kroku, jednak opór jest zbyt silny. Czyli płaczliwa i załamana Beata kontra silna doświadczona przez los Barbara. Dwa wątki łączące teraźniejszość z przeszłością.

„Listy z dziesiątej wsi” to puzzle, które tworzą całość, gdy ułoży się je ze słów, zdań, wydarzeń – listów, które otwierają przed czytelnikiem drzwi do przeszłości babki głównej bohaterki. To historia, która daje do myślenia, pokazuje jak trudne życie wiodło się w okresie wojennym, czym było poświęcenie, miłość, jej brak, a do tego głód i czyhająca śmierć. To zahartowani ludzie, którzy nie załamali się pod pierwszym lepszym podmuchem. To zupełne przeciwieństwo naszego pokolenia. Kontrast między głównymi bohaterkami jest widoczny. Słabość kontra siła. Książka składa się z trzech części, które można porównać do początku, rozwinięcia i zakończenia. Mamy wgląd w życie Beaty, która uczy się żyć na nowo i tworzy swoje życie bez męża. Dzięki listom, które jej babka wymieniała ze swoim przyjacielem Stachem poznaje przeszłość, która odciska na niej swoje piętno. Całość czyta się szybko i przyjemnie. Listy układają nam się w dodatkową historię, która przenosi nas do innych czasów i jest uzupełnieniem tej współczesnej. Są też momenty, które mogą być zaskoczeniem dla czytelnika. Jednak, żeby nie było za słodko to doczepić się muszę do głównej bohaterki, która swoim zachowaniem wręcz irytuje. Jej użalanie się nad sobą i płaczliwość, a do tego naiwność nie raz wręcz osłabia.

Zaskoczeniem i pewnym rozczarowaniem okazało się dla mnie zakończenie, które zostawiło pewien niedosyt. Jednak poza tym powieść Agnieszki Olszanowskiej jest naprawdę ciekawą lekturą ubraną w ładną okładkę. Postacie, które tutaj znajdziecie są raczej pokaleczone przez życie, mniej lub bardziej, ale jednak są. Czy dostałam to, czego oczekiwałam? Nie do końca, jednak przeczytałam ją z ciekawością i przyjemnością. Idealna lektura dla osób, które lubią zagłębiać się w historię i lubią odkrywać sekrety, czy też oddychać kurzem, którym pokryte są listy z przeszłości.

Za ebooka dziękuję wydawnictwu Prószyńska i S-ka

sobota, 9 lipca 2016

Pani mnie z kimś pomyliła - Ilona Łepkowska


wydawnictwo: Muza
data wydania: 18 maja 2016
liczba stron: 448

„Nie da się być zbyt chudym i zbyt bogatym.”

A może jednak się da? Myślę, że szybciej osiągnąć to pierwsze niż to drugie. Chyba, że los ma dla nas niespodziankę i nagle nasze życie się totalnie zmieni. Wyobraźcie sobie, że z dnia na dzień zostajecie sławni i możecie sobie na wszystko pozwolić. Wiele jest osób, które marzą o statusie gwiazdy czy celebryty. Chcą chodzić na imprezy, udzielać wywiadów, nosić darmowe stroje, pozować na ściankach i co tam jeszcze robią ludzie mediów. Tylko, czy aby na pewno zdają sobie sprawę jak takie życie wygląda i ile ono kosztuje? To właśnie kulisy show- biznesu odkrywa przed czytelnikami w swoim debiucie Ilona Łepkowska. Tak, ta sama, którą kojarzymy ze scenariuszami, a już w szczególności do najsłynniejszego polskiego serialu – „M jak miłość”.
Życie nie rozpieszcza Joanny. Samotnie wychowuje nastoletnią córkę i co miesiąc sprawdzając stan konta, obawia się, że znowu zabraknie jej pieniędzy na opłacenie wszystkich rachunków. Nie chce zawieść Misi, której obiecała wyjazd na kurs językowy w Londynie, więc przyjmuje dobrze płatne zlecenie jako tłumaczka na planie nowego programu telewizyjnego. Wkrótce nieoczekiwanie, trochę wbrew sobie, zostaje gwiazdą. Paradoksalnie świat show-biznesu kompletnie Joanny nie interesuje. Nie śledzi portali plotkarskich, nie jest dla niej ważne, kto wywołał jaki skandal. Jest ostatnią osobą, która mogłaby marzyć, by znaleźć się na pierwszych stronach tabloidów. I przewrotnie to właśnie Joanna sięga szczytu sławy, staje się celebrytką i może sama przekonać się, jak wygląda życie w luksusie. Czy zdoła nie zatracić siebie wśród kolejnych sukcesów? Czy będzie szczęśliwa?
Nasza główna bohaterka dostała właśnie od losu taką szansę. O tym, o czym niektórzy marzą, czyli została sławna, bogata i nagradzana. Osiągnęła sukces dzięki przypadkowi i empatii. Miała być zwyczajną tłumaczką, a stała się gwiazdą i twarzą pewnej stacji telewizyjnej. Od tego momentu jej życie zmieniło się o 180 stopni. Na koncie przestało świecić pustkami. Nie musiała się już użerać z byłym mężem o alimenty, mogła odetchnąć i cieszyć się sukcesem. Jednak nie spodziewała się ceny, jaką ten sukces kosztuje. A cena była wysoka. Miała dwa życia w jednym. To opowieść o tym jak można być kimś zwyczajnym, bez kilku zer na koncie aczkolwiek mieć własną tożsamość i wręcz przeciwnie, być sławnym, bogatym i robić za marionetkę. Potrzeba zaspokojenia potrzeb finansowych, ambicja, łechcząca próżność i popularność szybko może przerodzić się w coś, co wyniszcza i doprowadza na skraj wytrzymałości. Autorka w swojej książce pokazuje świat, który pod błyszczącą otoczką jest brudny i brutalny. To wyścig z wykresami oglądalności, sztuczne uśmiechy i ciągłe oczekiwania.

Ilona Łepkowska jest absolwentką zarządzania, ale pracuje jako scenarzystka i producentka telewizyjna i filmowa. Pisuje też felietony i czasem uczy pisania scenariuszy. Trzy razy się rozwodziła, ale cały czas wierzy w to, że lepiej jest być z kimś niż samemu. Ma dorosłą córkę i czarnego teriera rosyjskiego. Lubi gotować, robić bliskim prezenty i głaskać psa. Złamała nogę i żeby przez kilka miesięcy unieruchomienia nie zwariować, napisała powieść.

„Pani mnie z kimś pomyliła” to słodko –gorzka powieść, z którą zdecydowanie warto wybrać się na urlop czy też spędzić z nią weekend. Jednak nie spodziewajcie się po niej zbyt wiele. Nie jest to gruby kaliber literacki, który da Wam całą masę przemyśleń czy też utkwi w pamięci na długo. Ot literatura, która ma umilić czas i nie ciążyć czytelnikowi. Fabuła jest nawet oryginalna i świeża, jednak główna bohaterka z czasem trochę irytuje i ma się wrażenie, że zamieniła się rolami z córką. Nie zmienia to jednak faktu, że całość czyta się szybko. Dodatkowo jest też spora dawka ironii i humoru. Tak naprawdę to zwariowany świat show- biznesu, który pokazuje jak kreuje się gwiazdy i jak łatwo samemu stworzyć sobie swoje prywatne piekiełko. Opowieść o świecie, w którym nie wiesz kto jest wrogiem a kto przyjacielem i o utracie własnej tożsamości, dotychczasowego spokoju w zamian za zyskanie zabezpieczenia finansowego. Nie zabraknie epizodu rodem z komedii romantycznej i obiecującego idyllę zakończenia. Mnie osobiście książka nie zawiodła, gdyż spodziewałam się czegoś w tym stylu. Mimo tych kilku mankamentów wypada bardzo pozytywnie i na pewno mogę ją Wam i swoim znajomym polecić.

„Nie wiesz co powiedzieć – powiedz prawdę. Nie wiesz, jak się zachować zachowaj się przyzwoicie.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam opasłe tomiska

piątek, 1 lipca 2016

Tamtego lata na Sycylii - Marlena de Blasi


wydawnictwo: Muza
data wydania: 8 czerwca 2016
liczba stron: 416

„Kobiety, tak jak kameleony, zmieniają się po cichu, żeby się wtopić w tło życia.”

Kusząca, zagadkowa, milcząca, uciekająca przed czasem, zatopiona w pieśniach, bóstwach i pachnąca jedzeniem, taka jest właśnie Sycylia. Miejsce, do którego zabrała mnie w literacką podróż autorka Marlena de Blasi, której magiczną moc pióra miałam okazję poznać podczas „Wieczorów w Umbrii”. Była to niesamowita przygoda i podróż, która nie tylko wpłynęła na moją wyobraźnię czy kubki smakowe, ale w jakiś sposób natchnęła i została w pamięci. Czytając sama mogłam poczuć się jak uczestniczka tych spotkań, które pachniały na papierze i powodowały głodowe szaleństwo. Tym razem, gdy tylko pojawiła się możliwość przeczytania kolejnej książki tej autorki – „Tamtego lata na Sycylii” – nie wahałam się ani chwili. Wiedziałam już, czego mogę się spodziewać i z chęcią oraz rozbudzoną ciekawością wyruszyłam w tą literacką podróż będąc cieniem Marleny de Blasi.
Obcy rzadko zapuszczają się w górzyste rejony Sycylii, gdzie czas pozornie się zatrzymał. W tym dzikim sercu wyspy, ukryta wśród pól i ogrodów, leży posiadłość o nazwie Villa Donnafugata. To miejsce fascynujące i niezwykłe. W zgodzie i harmonii zamieszkują je wdowy i wdowcy z okolicy, którzy razem pracują, modlą się, przygotowują jedzenie i dzielą się nim z biednymi. Pachnie świeżo upieczonym chlebem, olejkiem pomarańczowym, duszonymi pomidorami i ziołami. Panią i gospodynią tego miejsca jest piękna i tajemnicza Tosca, wychowanica byłego właściciela, księcia Leo d’Anjou. Trafiła tu, kiedy miała dziewięć lat. Była biedną wiejską dziewczynką. Co łączyło Toscę i księcia Leo d’Anjou? Jaką rolę w ich życiu odegrała mafia? W jaki sposób Tosca odkryła w sobie siłę i swoje powołanie?
Podążaliśmy spieczonymi drogami, które były bezlitosne i zatopione w krajobrazie. Ciche jak mieszkańcy, którzy nie zawsze wydawali się życzliwi. Aż w końcu wylądowaliśmy w niesamowitym miejscu. Urzekającym, przypominającym fatamorganę i pachnącym dzikimi ziołami, zaludnionym przez niezwykłe kobiety w czerni i kilku mężczyzn. Konkretnie to trafiliśmy do zamku myśliwskiego, który stał się Villą Donnafugata – azylem, natchnieniem oraz miejscem akcji. Miejscu, które oczarowało mnie od samego początku. To właśnie tutaj znowu mogłam zakosztować magicznej atmosfery, zapachu olejków, ziół i wypieków. Ani się obejrzałam, a po raz kolejny siedziałam przy stole w towarzystwie obcych mi ludzi. Ludzi, którzy mają swoje miejsce w historii opowiedzianej przez Toscę. Ludzi, którzy pod imionami skrywają swoje własne opowieści.

„[…] zawsze coś w nas umiera, kiedy dobiega końca coś dobrego. Coś pięknego. Kiedy kończy się coś pięknego, boli bardziej, niż kiedy kończy się coś bolesnego.”

„Tamtego lata na Sycylii” to niezwykle ciepła i klimatyczna opowieść utkana z prawdy i nutki niedomówień. Zawiera w sobie realne wydarzenia i autentycznych bohaterów – dzięki czemu kusi i fascynuje jeszcze bardziej. Nie wszystko jednak jest dokładnym odzwierciedleniem realnego życia. Ramy czasowe bywają zakrzywione, miejsce akcji przeniesione w inne, a wątki odpowiednio do okoliczności dopasowane i zszyte – lekkością narracji.

Całość została podzielona na cztery części, które obejmują różne ramy czasowe oraz epilog, który jest ostatecznym uzupełnieniem tej fascynującej opowieści. Marlena de Blasi już raz udowodniła mi, że potrafi czarować słowami. Haftuje z wydarzeń i opowieści niezwykłe arcydzieło, które zostaje w pamięci czytelnika na długo. Zatopiona w lekturze, umierałam z głodu, a moja wyobraźnia i kubki smakowe aż szalały, jednak nie przestawałam czytać. Z czasem chęć zaspokojenia fizycznego głodu, przekształcił się w podobną chęć tylko, że obezwładnił mnie głód ciekawości. Opowieść, którą autorka podaje nam na tacy przypomina trochę bajkę o księciu, jego pałacu, dworzanach i mafii, która jest bezlitosna. Bogactwo ściera się z biedą, chęć reform z niezrozumieniem, a do tego cała gama emocji. Fabuła naprawdę wciąga i przenosi nas do zupełnie innego świata. To podwójna opowieść o poszukiwaniu własnej fabuły w życiu oraz szukaniu sensu i pokonywaniu trudności. To dobroć w ludzkim wydaniu, a także magia i urzekająca sceneria. Jeśli więc macie ochotę na historię nieziemsko pachnącą pomarańczami, smakami Sycylii i miłością to gorąco polecam. Nie wahajcie się wyruszyć w podróż z Marleną de Blasi i odkryć historię utkaną z ludzkich wyborów. Dla mnie dodatkowym atutem jest okładka, która urzekła mnie od pierwszego spojrzenia. Moim dzisiejszym podsumowaniem będzie cytat, który idealnie puentuje całość.

„To zwykła ludzka historia, która rozgrywa się wciąż na nowo, jakby na dowód, że przeszłość nigdy nie umiera. Przywdziewa tylko coraz to nowe kostiumy. Zwłaszcza tutaj na Sycylii. Tu zawsze jest jakiś pałac i jakiś książę. A także jakiś ksiądz. I zawsze znalazła się dziewczynka. Postacie dramatu są nieśmiertelne. Za każdym razem wydaje im się, że odgrywają tę sztukę po raz pierwszy. I że nie wiedzą, jak skończy się przedstawienie.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza

sobota, 18 czerwca 2016

Siedem listów z Paryża - Samantha Verant


wydawnictwo: Muza
data wydania: 8 czerwca 2016
liczba stron: 368

„Miłość nie zjawia się na zawołanie, kiedy tylko się zauważy, że jest potrzebna.”

Na weekendową recenzję wybrałam prawdziwą historię zapakowaną w cudowną okładkę i poruszający wyobraźnię tytuł, „Siedem listów z Paryża” autorstwa Samanthy Verant. Na mnie działa chyba wszystko, co jest związane z Paryżem – Francją ogólnie. Nie zastanawiałam się więc długo nad sięgnięciem po tę książkę. Po zapoznaniu się z opisem, byłam już całkowicie przekonana o tym, że może trafić w mój gust czytelniczy i umilić mi trochę czasu. Listy – co to w ogóle jest? – ta jakże staromodna i zarazem romantyczna metoda korespondencji, która zanika w zderzeniu z wszelkimi elektronicznymi zamiennikami. Szkoda, bo nic nie zastąpi dotyku papieru, zapachu, charakterystycznego stylu pisma czy też nutki tajemniczości i nieprzemijalności. W zwyczajnej korespondencji czai się pewna obietnica, a dodatkowo zostaje nam pamiątka na starość. Starość, którą mało będzie obchodzić czcionka (chyba, że pod względem łatwości odbioru tekstu) tu będzie się liczył sentyment albo impuls, który jeszcze odmieni nasze życie. Tak jak to stało się w przypadku Samanthy.
Samantha Vérant odnajduje w końcu miłość swojego życia – w dwadzieścia lat po pierwszym spotkaniu. Jako dziewiętnastolatka, podczas podróży po Europie, Samantha poznała Jean-Luca – przystojnego Francuza, specjalistę od astronautyki. Spędzili razem jedną dobę, włócząc się po ulicach Paryża. Gdy wróciła do domu, Jean-Luc przysłał jej siedem pięknych listów miłosnych. Ona jednak mu nie odpisywała. Dwie dekady później, stojąc na progu rozwodu i zastanawiając się, co w jej życiu poszło nie tak, Samantha odnajduje stare listy od Jean-Luca. Z pomocą internetu odnajduje go, żeby mu przesłać zaległe przeprosiny. Wkrótce się okazuje, że łączące ich uczucie jest wciąż równie silne jak wtedy, gdy zostawiła go samego na peronie paryskiego dworca. Samantha zdaje sobie sprawę, że wyjazd do Francji, żeby spotkać się tam z mężczyzną, z którym spędziła tylko jeden słoneczny i namiętny dzień, to szaleństwo, ale to na takie właśnie szaleństwo czekała całe życie.
Patrząc na okładkę i cytat otwierający moją recenzję nie trudno się domyślić, że motywem przewodnim będzie właśnie miłość. Czyli temat rzeka…Jedni przedstawiają ją lepiej inni ciut gorzej, a są też tacy, którzy obdzierają codzienność z resztek tego przyjemnego uczucia sprowadzając relacje międzyludzkie do przyziemnych rzeczy, czy też zwyczajnie do seksu. Mogę Wam już teraz obiecać, że tutaj będzie stu procentowa miłość, w której nie zabraknie uniesień i namiętności. Wspomniałam przed chwilą, że miłość to często powtarzający się motyw w literaturze, sztuce, muzyce… jednak myślę, że jest coś jeszcze. Paryż – jeden dzień – niezwykłe spotkanie i duża dawka wspomnień. Po raz kolejny spotykam się z takim zestawem. Być może powinien mnie już zniechęcić, jednak stało się odwrotnie. Poczułam się jeszcze bardziej zachęcona. Być może dlatego, że należę do grona romantyczek, które zachwycają się takimi historiami. Autorka w swojej książce udowadnia, że nigdy nie jest za późno na miłość ani na naprawienie błędów z przeszłości. Można postawić wszystko na jedną kartę i zaryzykować, walczyć z wiatrakami, zaliczyć kilka językowych wpadek czy przenieść się do innego kraju mając czterdziestkę na karku. Kryzysy można pokonać mając obok siebie życzliwych ludzi, rodzinę, przyjaciół i tego ukochanego – żabiego króla.

„[…] miłość nie bierze się z DNA, tylko z serca, do którego przyjmuje się innych […]”

„Siedem listów z Paryża” to autobiograficzna opowieść o niezwykłej miłości, coś na kształt bajki wpisanej w nasze realia. Aż trudno uwierzyć, że takie coś może się komuś przytrafić. Niejedna z nas chciałaby przeżyć taką miłość – przygodę czy to tę młodzieńczą jednodniową czy też rozszerzoną jej wersję – po dwudziestoletnim oczekiwaniu. Całość została opowiedziana w sposób lekki i przyjemny. Jeden magiczny dzień z życia Samanthy został opisany w pigułce. Nie przytłacza, a jedynie rozbudza wyobraźnię. Przeszłość z roku 1989 jest tłem, które ma zachęcić ale nie zmęczyć…to „wstęp” do późniejszej akcji. To, co wydarzyło się później jeszcze bardziej rozbudziło moją fascynację Francją. Historia Samanthy i Juan-Luca jest jak ciastko, które rozpływa się w ustach. Jest mega słodkie i może niekoniecznie wskazane, ale nie można sobie go odmówić. Trzeba zjeść do ostatniego okruszka i pozwolić się oczarować. Do tego książka jest ładnie wydana nie tylko z zewnątrz, ale i w środku. Co tu dużo mówić autorka nie tylko czaruje, ale również przywraca wiarę w prawdziwe uczucie, które jest w stanie pokonać wiele…nawet upływ czasu i rozłąkę. Jeśli więc lubicie tego typu klimaty to ta książka jest dla Was. Tak sobie myślę, że nie zaszkodzi dawka miłości, optymizmu i cudzego szczęścia.

„[…[ życie bez namiętności jest jak niebo bez księżyca i gwiazd, albo morze bez małych rybek.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza