poniedziałek, 18 września 2017

Banda Michałka powraca - Ewa Karwan-Jastrzębska



wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 6 czerwca 2017

Kochani, kto z nas choć przez chwilę nie chciałby stać się znowu dzieckiem? Myślę, że większość, albo zaryzykuję i powiem, że każdy. Choć na kilka godzin stać się beztroskim berbeciem, który ma tysiąc pomysłów, lato w głowie, kumpli z podwórka i głowę pełną marzeń. Wiadomo czasu cofnąć się nie da (a szkoda), ale można sięgnąć po książkę, która trochę nam to dzieciństwo przybliży. Jeśli jesteś rodzicem, który chce wciągnąć swoje dziecko do świata literatury, bądź sprawić mu radość, bo książki pochłania, to również proponuję przeczytać do końca moją recenzję. Tym razem kilka słów o książce Ewy Karwan – Jastrzębskiej - „Banda Michałka powraca”.

Zdarza mi się czytać książki nie po kolei – zaczynam od drugiego tomu, albo od któregoś tam ze środka. Tym razem było tak samo. Domyśliłam się, że skoro ta banda powraca to już musiała raz gdzieś się pojawić, mało tego, ja musiałam ją przegapić i to bardzo. Nie zrażona tym skusiłam się na pozycję dla dzieci. Nie zaczynając od pierwszego tomu. Nie mając choćby tych dwunastu lat (i to od dość dawna).
Krótkie, skrzące się dowcipem, świetnie oddające współczesne realia opowiadania w stylu "miało być dobrze, a wyszło jak zawsze". Walentynki i związane z nimi miłosne podchody! Nocne polowanie na Minotaura! Uchodźcy w szałasie! Żałosne skutki pogadanek, czyli banda na tropie Pedobera! Oczy Róży i spotkanie z Błotnym Misiem…A w tle stara warszawska kamienica w sercu Żoliborza i jej barwni mieszkańcy, kochająca się rodzina Michałka, szkoła z jej nietuzinkową dyrekcją (gotową nawet wystartować w szkolnym konkursie talentów). A w rolach głównych oczywiście – Michałek i jego przyjaciele!
Michałek i jego banda pojawili się w 2013 roku, nie tylko na półkach w księgarni i tych domowych w pokojach dzieciaków. Zagościli również na antenie radiowej Trójki, a dzieciaki, które były pierwowzorami bohaterów udzielały podobno wywiadów. Tym razem powraca wraz ze swoją bandą, aby łapać złodziei, podejrzanych obywateli, pomagać sąsiadce, szpiegować i pojechać do Grecji, gdzie wypada zapolować na Minotaura. To tylko kilka przygód, o których wspominam, aby nie psuć nikomu dobrej zabawy z odkrywania reszty. Wydawałoby się, że jest to książka dla chłopaków, nic jednak bardziej mylnego. Oczywiście w bandzie przeważa płeć męska, jednak jest jedna dziewczyna – kumpel. Zresztą całość jest lekka, przyjemna, dowcipna, barwna i pouczająca, więc nawet z samymi chłopakami nie byłoby źle. Książkę się czyta się ekspresowo. Rozdziały nie są długie, a każdy rozpoczyna ilustracja. Przygody Michałkowej bandy także uczą empatii, pomocy innym, przyjaźni, a także języka polskiego, w tym różnych pojęć, które na co dzień dzieci słyszą tu czy tam. Oczywiście autorka robi to w sposób czytelny, tak aby każdy zrozumiał i się nie zanudził. Uważam, że to świetny sposób, aby nasze dzieci nie tylko dobrze się bawiły, ale również czegoś się dowiedziały. Niektórzy zapewne się doczepią, że ma to formę „słownika”, ale nic z tych rzeczy.

Przyznam się, że jako dziecko nie przeczytałam „Dzieci z Bulerbyn”, a teraz na stare lata mnie wzięło na czytanie książek o bandzie dzieciaków. Mój świat, a w zasadzie nasz dorosłych różni się od tego opisanego przez Ewę Karwan – Jastrzębską. I to właśnie jest fajne, że nie tylko dzieciaki mogą korzystać z takiego świata, ale również i rodzice podkradając im książkę lub czytając z nimi. Dlaczego naszło mnie akurat na taką literaturę i wyskakuję z nią skoro zazwyczaj u mnie znajdziecie książki z zupełnie innej półki? Powody są dwa, a w sumie nawet trzy. Jestem w takim miejscu, gdzie trudno się czasem skupić, zmęczenie, stres czy choćby brak czasu uniemożliwiają czytanie czegoś innego kalibru. Chce się zwyczajnie uciec myślami i przez chwilę dobrze się bawić nie wysilając mózgu. Zakosztować beztroski itp. Drugi powód – jestem matką, co prawda mojemu synowi daleko do tak rozwiniętych książek i do stworzenia takiej bandy, ale dobrze powoli wchodzić na grunt przyjazny dzieciom. To wiąże się z trzecim powodem, a mianowicie planami na przyszłość, w których uwzględniam recenzje książek dla dzieci. Te trzy powody sprawiły, że przeglądając pozycje na czytniku bez wahania wybrałam właśnie tę pozycję. Nie żałuję i mam w planach nadrobić kiedyś zaległości z pierwszym tomem. Mam nadzieję, że on również przypadnie mi do gustu. Dorośli z tej książki również mogą wyciągnąć to i owo, choćby bezinteresowność, którą warto okazywać osobom w naszym otoczeniu, troska czy też wyobraźnia, którą czasem upychamy za żelaznymi drzwiami po to, aby odciąć się od tego dziecka, które w nas drzemie. Nie pozostaje mi nic innego jak na koniec zaproponować abyście zakumplowali się z Michałkiem i resztą i przy okazji dobrze się bawili (WASZYM DZIECIOM RÓWNIEŻ).

Za możliwość przeczytania ebooka dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka

sobota, 16 września 2017

Strzały w Stonygates - Agatha Christie


wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
data wydania: 9 lutego 2017
liczba stron: 208

„(...) ludzie rzadko – rzadziej nie można by się tego spodziewać – wyglądają na to, czym są w rzeczywistości.” 

Po ostatnim literackim rozczarowaniu, tym razem wolałam sięgnąć po pewniaka, który nie zawodzi, a przynajmniej do tej pory mi się to nie zdarzyło z twórczością Agathy Christie. Jednak teraz moim książkowym doznaniom nie towarzyszy mój ulubieniec Poirot, a błyskotliwa panna Marple. Dlaczego ona a nie on? Filmy z pedantycznym Poirotem nadal świeżo mam w pamięci i czytanie opowieści z nim nie miałoby w sobie tyle frajdy, dlatego wybrałam coś nowego, ale zarazem pewnego. Do powieści z jego udziałem chętnie wrócę, gdy tylko moją pamięć pokryje cieniutka warstewka kurzu. To mój debiut z postacią panny Marple. Raz miałam okazję oglądać film i przyznam, że zrobił na mnie pozytywne wrażenie, jednak po książkę sięgnęłam dopiero teraz. Mój wybór padł na tytuł „Strzały w Stonygates”. Nic mi on nie mówił, więc wnioskowałam, że będzie ciekawie.
Panna Marple na prośbę przyjaciółki jedzie odwiedzić jej siostrę milionerkę i sprawdzić, kto czyha na spadek. Ginie pasierb pani domu, a ją samą ktoś próbuje otruć. Szekspirowska atmosfera, pękające lustra i zamknięty krąg podejrzanych. Każdy z siedmiorga domowników miał motyw, by zabić. Sprawę utrudnia fakt, że do rezydencji przylega dom poprawczy, w którym mieszka dwustu młodocianych przestępców.
Autorka przenosi nas i swoją bohaterkę do zaniedbanej aczkolwiek imponującej posiadłości, gdzie obecnie mieszka przyjaciółka z młodości panny Marple. Zostajemy wrzuceni do grona ludzi, którzy są normalni i nienormalni zarazem. Dziwna atmosfera komplikuje się jeszcze bardziej, gdy nagle padają strzały i na horyzoncie pojawia się oczywiście trup. Zaczyna się śledztwo, podejrzanych jest kilkoro, a ktoś ewidentnie coś kombinuje by zmylić trop policji. Jaką rolę odgrywa w tym wszystkim Panna Marple? Z pewnością nie odgrywa tutaj takiej roli jak Poirot, nie jest wynajętym detektywem, tylko przyjaciółką pani domu, która w międzyczasie dostrzega to i owo, łączy fakty i w konsekwencji pomaga znaleźć sprawcę całego zamieszania. Jest to niewątpliwie postać, która na pierwszy rzut oka się nie wyróżnia, wtapia w tłum i wygląda na zwyczajną staruszkę.

„ […] obraz na scenie jest zbudowany z prawdziwych materiałów. Z płótna, drewna, farby, tektury. Złudzenie powstaje w oku patrzącego, a nie na samej scenie. To znaczy, że naprawdę wszystko jest rzeczywiste, zarówno gdy popatrzymy na to od strony widowni, jak i od strony kulis.”

„Strzały w Stonygates” to subtelny kryminał, który ma w sobie zagadkę, drugie dno i spore grono podejrzanych, a do tego szczyptę dramaturgii. Mamy tutaj spokojne tempo, klimat tamtych czasów i oczywiście dedukcje, którą uwielbiam. Sama panna Marple to ciekawa postać, niby staruszka, a z umysłem bystrym i młodzieńczym. Swoje widziała i zwykły nieboszczyk nie jest jej straszny. Prawie od samego początku miałam wrażenie, że oglądam jakiś spektakl teatralny. Jakbym patrzyła na scenę i widziała wchodzących i schodzących z niej aktorów. Nawet się za bardzo nie pomyliłam, gdyż bohaterowie nakierowują czytelnika, aby wraz z nimi spojrzał na dane miejsce w taki właśnie sposób. Autorka w swojej książce porusza takie tematy jak pokora czy też dobro. Bawi się przy tym portretami bohaterów i skomplikowanymi relacjami jakie je łączą. To co z pozoru jest czarne może okazać się białe i na odwrót. Kontrasty, idee, zranione uczucia, iluzja i natura człowieka. Wszystko połączone ze smakiem i naprawdę wciąga. Jest to powieść, którą można się spokojnie delektować. Aha i jeszcze jedno… po raz kolejny trafiłam kulą w płot podczas typowania mordercy. Chyba nigdy nie nauczę się jakim schematem posługiwać się podczas dedukcji...szczególnie w książkach tego kalibru.

„(…) gdy ktoś jest dobry, powinien także być pokorny.”

niedziela, 10 września 2017

Przeszłość - Tessa Hadley


wydawnictwo: W.A.B.
data wydania: 17 sierpnia 2017
liczba stron: 352

„Bo tutaj życie jest życiem, mogę znaleźć miejsce dla siebie gdziekolwiek.”

Podobno z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Jak wiadomo, każda ma swoje sekrety, więzi łączące jej członków i pozory, którymi się otacza by prezentować się lepiej w oczach innych, szczególnie obcych spoza kręgu wtajemniczonych. Jest też oczywiście i dom, który nasiąknięty jest sentymentem, a czasami straszy tym i owym z przeszłości. Mnie przeszłość fascynuje. Jestem sentymentalna i lubię wracać do tych i owych dni. Szczególnie ta tematyka korci mnie w literaturze, gdzie poznajemy sekrety rodzinne, czasem zakurzone, a innym razem głęboko ukryte w starym kufrze. To taki rodzaj zagadki, która ma swój specyficzny zapach. Dlatego, gdy tylko dostałam propozycję zrecenzowania książki o trafnym tytule „Przeszłość”, którą napisała Tessa Hadley, nie wahałam się ani chwili. Oczywiście po zapoznaniu się z opisem i oczarowana okładką, która pobudza wyobraźnię. Korytarze, pokoje, uchylone drzwi… Pustka, wspomnienia zatopione w żółci ścian, echo głosów z przeszłości, przyczajone w szparach przy oknach. I tyle do odkrycia. Kto się zgodzi?
Czwórka rodzeństwa postanawia spędzić wspólnie urlop na angielskiej wsi. To ich ostatni pobyt w urokliwym domku odziedziczonym po dziadkach i ma być wyjątkowy: tylko rodzina, żadnych obcych. Fran przyjeżdża z dwójką dzieci, Roland z córką i nową żoną, Harriet jak zwykle jest sama. Wyłamuje się tylko Alice, która przywozi syna swoje byłego partnera. Dom pełen jest bolesnych wspomnień, lecz choć przeszłość przypomina o sobie na każdym kroku, bliskim trudno się z nią rozstać. Czas, który nie oszczędził niszczejącego budynku, odcisnął także piętno na wzajemnych relacjach rodzeństwa. Atmosfera gęstnieje z dnia na dzień.
Jeszcze jak do opisu dołożymy taką zachętę, że autorka po mistrzowsku kreśli intymny portret rodziny, która pod płaszczem pozorów dobrego pochodzenia, statusu materialnego itp. ukrywa tajemnicę pożerające wręcz od środka, to nie można przejść obojętnie obok tego tytułu. Tak sobie właśnie myślałam i wyobrażałam super ciekawą literaturę. No i na tym się skończyło, bo kompletnie dostałam co innego niż oczekiwałam. Liczyłam na przyjemną, klimatyczną powieść, która poniesie mnie po meandrach ludzkich emocji, sekretów i więzi rodzinnych. Dostałam grupkę ludzi, którzy mają mniej lub bardziej skomplikowane życie osobiste. Nie wyczułam więzi rodzinnych. Powiem więcej, przez pierwsze 150 stron nudziłam się jak mops. Czekałam sama nie wiem na co. Być może na nagły zwrot akcji, tym bardziej, że czasami była zapowiedź czegoś co mogło ciekawie się rozwinąć. Gdy już myślałam, że nasi bohaterowie odkryją to i owo z listów ukrytych w starym sekretarzyku okazywało się, że niestety nie tędy droga i dalej kluczmy sobie koło wakacji chaotycznej rodzinki. Młodociany romans, ciekawskie dzieciaki, rodzeństwo, które nie ma w sobie za grosz ciepłych uczuć wobec siebie. Nad całym tym niby sielankowym spektaklem unosi się lekki sentyment i tęsknota. Dom dziadków stanowi symbol tego co minione, bezpieczne i tragiczne zarazem. Taki wehikuł czasu, który przyciąga i jednocześnie odstrasza. Ostatnia nić trzymająca rodzinę w jako takiej więzi.

Tessa Hadley za książkę „Przeszłość” otrzymała nagrody Windham – Campbell Literature Prize for fiction i Hawthornden Prize. Jak widać nie zawsze wybitne nagrody przekładają się na opinię zwykłych czytelników, którzy pragną wciągającej literatury.

„Przeszłość” tak naprawdę nie ma w sobie zbyt dużej dawki przeszłości. Bohaterowie do mnie nie przemawiają, gdyż są sztuczni i nie mamy okazji ich za bardzo poznać. Więcej przeczytamy opisów choćby otoczenia niż o tym co w nich tak naprawdę siedzi. Jak dla mnie chaotyczna powieść z niewykorzystanym potencjałem. Urwana w ciekawych momentach, pozbawiona głębszego klimatu. Zazwyczaj staram się wycisnąć z książek to co się da, doszukać się czegoś ciekawego, tutaj nie bardzo jest co wyciskać. Szkoda, że autorka poszła na skróty i historię owianej sentymentem zmarłej matki głównych bohaterów opowiedziała w takim skrócie. Mogła z tego wyjść naprawdę dobra powieść. Taka na jaką zaprasza nas ciepła i obiecująca okładka.

„[…] im mniej jesteś skomplikowana, tym lepszym jesteś materiałem na matkę”

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki

sobota, 2 września 2017

Zatrzymać Dzień - Wioletta Szczepańska, Ireneusz Słupski


wydawnictwo: Fundacja Podaj Dalej
data wydania: wrzesień 2016
liczba stron: 276

„Gdyby naszymi lekturami były właśnie takie książki, po których bardzo chce się żyć.”

Są książki, które czasami omijamy świadomie, bądź nie. Dlaczego? Uciekamy od pewnych trudnych tematów, udajemy, że ich nie ma, albo po prostu nie chcemy sobie psuć dobrego humoru. Ja powiem Wam, że ci co tak robią popełniają straszny błąd. Kolejne dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Nie każda z nich jest pesymistyczna, nawet jeśli temat trudny, bolesny i faktycznie niejeden raz chce się płakać. Jest też drugi powód. One dają do myślenia i przypominają co w życiu jest ważne i jak wielką siłę ma w sobie człowiek. Można poszerzyć ten wątek i dodać sens życia czy też wiary. Przede wszystkim czytając poznajemy bohaterów, realnych bądź fikcyjnych – zresztą za tymi najprawdopodobniej kryją się prawdziwi ludzie z prawdziwymi historiami. Taką książką jest „Zatrzymać dzień”, zresztą wspominałam o niej na swoim profilu facebookowym (najpierw zamawiasz, potem czytasz i w końcu płacisz).

Pewnego dnia na świat przyszedł uroczy chłopczyk, wyczekiwany przez mamę i kochany odkąd przybrał formę fasolki, a nawet jeszcze wcześniej. Prawda, że sielankowo? Bajka zmienia się w koszmar, gdy u niego w wieku trzech miesięcy zdiagnozowano raka oczka. Zaczęła się walka z trudnym przeciwnikiem. Walka, która trwa dość długo. Odbiera siły i niejednokrotnie odbiera wiarę. Walka o życie, zdrowie...tutaj też jest toczona walka o oczko Kubusia. Autorką książki jest mama chłopca, która opowiada krok po kroku jak wyglądała ta walka, ale i to kim była wcześniej nim stała się żoną, matką i wojowniczką, która zrobi dosłownie wszystko. Ta książka to również podziękowanie i hołd dla ludzi dobrego serca, którzy pomogli i trwali przy nich do końca bitwy i zapewne jeszcze dłużej. Być może ktoś z was słyszał kiedyś o Kubusiu. Może zaglądał na stronę www.OkoKuby.pl, być może również pomógł – więc wie to co ja odkryłam czytając tę książkę.

Powiem więcej, podobno nikt tej książki nie chciał wydać, dlatego zrobili to sami i powiem szczerze, że jak dla mnie jest ona wydana rewelacyjnie. Uzupełniona o zdjęcia, komentarze, dawne posty mamy Kubusia. A co ważne płynie z niej szczerość, bezradność, ból, gniew, ale i miłość. Miłość nie tylko rodziców do dziecka, ale także obcych ludzi do zupełnie obcego dziecka. Nie jest to powieść z zaplanowaną z góry fabułą, to życie, a jak wiemy ono pisze najlepsze scenariusze, choć czasami bolesne. Książka wciąga, przywraca wiarę w ludzi i zachęca do pomocy. Najważniejsze jest w niej to, że kipi z niej siła i mimo wszystko optymizm.

Ja odkryłam ją dzięki mężowi. To on ją zamówił, ja przeczytałam, a zapłacimy wspólnie. Dla mnie (dla nas) ma ona tym większe znaczenie, że sami od 13 miesięcy walczymy o życie naszego malutkiego synka i nawet teraz czytając tę książkę jesteśmy w szpitalu. Powiecie, że jestem totalnie nieobiektywna – bardziej niż oczywiście zazwyczaj, bo przecież oceniam książki subiektywnie. Okej. Zgodzę się, jednak wiem jak cenne jest zdrowie, jak trudno znaleźć siłę i jak wielką miłość człowiek jest w stanie okazać innym. Wiem też ile można dostać od innych i nie chodzi tu tylko o pomoc finansową, a o wsparcie. Mimo, że walczymy z zupełnie inną chorobą to doskonale rozumiem to, co autorka miała do przekazania. Z pewnością to pozycja godna polecenia dla rodziców chorych dzieci. Jednak polecam ją też innym...zdrowym ludziom, rodzicom zdrowych dzieci, dziadkom, babciom, wujkom, ciociom...Nie uciekajcie od trudnych tematów, bo one są gdzieś obok.

„Ściany szpitalnych sal słyszały więcej gorliwych modlitw, niż niejeden kościół.”

Dla wszystkich, których ta książka zainteresowała, podaję link, pod którym można ją zamówić www.zatrzymacdzien.pl

niedziela, 27 sierpnia 2017

Doskonała - Cecelia Ahern


cykl: Skaza (tom 2)
wydawnictwo: Akurat
data wydania: 19 lipca 2017
liczba stron: 480

„Jest osoba, którą wydaje ci się, że powinieneś być, i osoba, którą naprawdę jesteś.”

Cecelia Ahern zmieniła trochę kierunek swojej twórczości na bardziej młodzieżowy powieścią „Skaza”, która ukazała się w ubiegłym roku (recenzja tutaj). Całkiem niedawno na rynku wydawniczym pojawiła się kontynuacja tej książki, tym razem nosi ona tytuł „Doskonała”. Fani książek autorki doskonale wiedzą do czego jest ona zdolna, jak potrafi czarować i dawać do myślenia. Nierzadko jej książki przepełnia energia, optymizm i pewnego rodzaju czar, który chętnie chłoniemy czytając kolejne strony. Jej książki można czytać i czytać i kończyć się nie chce. Spokojnie mogłabym porównać Cecelię Ahern do naszej Magdaleny Witkiewicz, gdyż obie porywają lekkością pióra i czarują magią ukrytą w słowach. Powiem więcej, potrafią uzależniać. Czy tytuł kontynuacji „Skazy” odzwierciedla jakość najnowszej powieści? Czy możemy liczyć na doskonałą literaturę, która pomoże nam wcielić się w 18 - letnią tym razem Celestine i poczuć dreszczyk emocji?
Celestine żyje w społeczeństwie opanowanym obsesją doskonałości. Napiętnowana Skazą, decyduje się na bunt przeciwko nieludzkiemu systemowi. Jedyną osobą, której może zaufać, jest Carrick. Czy dwoje młodych, kochających się ludzi ma jakiekolwiek szanse w walce z bezdusznym, skostniałym porządkiem? Czy zapał i gorąca miłość wystarczą, by skierować świat na nowe tory?
„Nie ma nic złego w popełnianiu błędów. One uczą nas brać odpowiedzialność. Pokazują, co się udaje, a co nie. Przekonujemy się, że następnym razem postąpilibyśmy inaczej, jak będziemy inni, lepsi i mądrzejsi w przyszłości. Nie jesteśmy jedynie chodzącymi pomyłkami. Błądzić to rzecz ludzka. Człowiek uczy się na swoich błędach.”

Nie ma ludzi krystalicznych, każdy nosi jakąś skazę na charakterze. Świat oparty na ludzkiej doskonałości istnieje tylko w wyobraźni choćby Ceceli Ahern. I całe szczęście, gdyż sama pokazuje jak bardzo byłby to chory system. System podziałów na lepszych i gorszych, manipulacji, władzy i prowadzący do buntu wśród społeczeństwa. Każda nasza skaza, błąd popełniony czyni nas prawdziwymi, nie jakimiś sztucznymi istotami. Autorka w swojej książce pokazuje, że warto zaakceptować siebie, oswoić swoje błędy, swój charakter i nie dążyć do przesadnej doskonałości, gdyż nie ma czegoś takiego. Każdy z nas na swój sposób jest doskonały i wyjątkowy. Ciekawy temat, ukazany w naprawdę interesujący sposób. Co ciekawe kontynuacja pierwszej części historii Celestine jest o wiele bardziej wciągająca od poprzedniej. Bardziej dynamiczna, skupiona na konkretnym celu i pokazująca spryt i inteligencje naszej młodej bohaterki. Oczywiście nie brakuje optymistycznego przekazu i pewnej dozy dramaturgii.

„Aby ktoś mógł wygrać, ktoś musi przegrać. A żeby ta osoba mogła wygrać, najpierw musi coś stracić. Ironia sprawiedliwości jest taka, że uczucia, które ją poprzedzają, i te, które z niej powstają, nigdy nie są w pełni uczciwe i zrównoważone. Nawet sama sprawiedliwość nie jest idealna.”

Czytanie „Skazy” sprawiało mi przyjemność, jednak nie wywołała ona we mnie takich uczuć i takiego zachwytu jak choćby „Pora na szczęście”, którą z sentymentem wspominam do dziś. Z "Doskonałą" już jest ciut lepiej. Wiadomo jedne książki nas porywają mniej, a inne bardziej. Są takie, które uwielbiamy, lubimy, tolerujemy bądź takie, które nas rozczarowały. Ja cenię sobie twórczość Ceceli Ahern za przekaz, lekkość i wspomniany czar. W tych „nowych” książkach też jest przekaz i lekkość. Fabuła jest interesująca i wszystko jest w porządku, ale nie oczarowały mnie tak jak jej poprzednie tytuły. Być może jestem już za stara, życie dało mi w kość i mimo, że chętnie odrywam się od dorosłości i wcielam w cień nastolatki, to jednak nie czuję tego klimatu co dawniej. Założę się, że gdyby „Skaza” i „Doskonała” trafiły w moje ręce z dziesięć lat temu, to odebrałabym je inaczej i byłabym zachwycona. Jednak nie zmienia to faktu, że książki są naprawdę dobre i czyta się je świetnie. Potwierdza to tylko fakt, że Cecelia Ahern zna się na tym co robi i potrafi pisać dla tych dojrzałych kobiet jak i tych młodszych. Wiecie tak dobrze jak ja, że potrafi naprawdę cudnie pisać o uczuciach i problemach. Tworzy historie, które żal zostawiać za sobą na półce, a bohaterów można potraktować jak kumpli. Nie będę się rozpisywać na temat fabuły, nie chce przypadkiem za dużo zdradzić, szczególnie jeśli ktoś jeszcze nie czytał pierwszej części. Tym bardziej radzę nadrobić zaległości, bo „Doskonała” jest jakby dojrzalsza i trzymająca w większym napięciu.

„Czasem potrzeba całego życia, żeby zbudować przyjaźń, i sekundy, żeby ktoś stał się wrogiem.”

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Akurat

czwartek, 24 sierpnia 2017

Pan Holmes - Mitch Cullin


wydawnictwo: Czarna Owca
data wydania: 6 maja 2015
liczba stron: 272

„Obawiam się, że każda istota ma wewnętrzne życie z własnymi powikłaniami, które czasem nie dają się wypowiedzieć, choćby nie wiem jak się starała.”

Jak zapewne wiecie mam ogromną słabość do Sherlocka Holmesa. Zawsze powtarzam, że jego nigdy za wiele, tak więc prędzej czy później w moje ręce musiała wpaść kolejna książka z jego osobą w roli głównej. Tym razem padło na „Pana Holmesa” autorstwa Mitcha Cullina. Jest to książka, która zachęca osoby po nią sięgające bardzo pozytywnymi opiniami na okładce. Jeśli jednak poszpera się w sieci, to trafi się na znacznie gorsze opinie, że rozczarowuje, że brak w niej zagadek, a także że to totalna nuda. Ja z książką Mitcha Cullina mam tylko ten problem, że widziałam dużo wcześniej film nakręcony na podstawie tej książki (który osobiście mi się bardzo podobał). Tak więc wiedziałam czego się spodziewać. Nie zostałam jakoś znokautowana przez brak zagadek. Myślę jednak, że jeśli ktoś uważnie przeczytał opis, to również nie powinien mieć z tym problemu, a tym bardziej oczekiwać spektakularnej zagadki w typie Artura Conana Doylea.
Jest rok 1947, dziewięćdziesięciotrzyletni Sherlock Holmes mieszka z gospodynią i jej nastoletnim synem w hrabstwie Sussex. Wiedzie spokojne życie, dogląda pszczół i pisze wspomnienia. Powoli godzi się z tym, że jego umysł nie jest już tak sprawny jak kiedyś. Ludzie nie przestają jednak szukać u niego pomocy w rozwiązaniu tajemniczych zagadek. Holmes powraca do jednej z nich, sprawy z przeszłości, która u kresu życia może dostarczyć mu odpowiedzi na najważniejsze pytania o sens życia, miłość i granice wiedzy dostępnej człowiekowi
Mitch Cullin w swojej powieści naszkicował dla nas trochę innego Holmesa. Nie towarzyszy mu już Watson, nie ma również znanych nam dobrze innych postaci, choćby słynnej gospodyni pani Hudson. Na głównym planie jest nadal słynny detektyw, ale już na emeryturze z towarzysząca mu starością. Przysparza mu ona niemało kłopotów. Pamięć szwankuje, a ciało też już nie to. Widzimy starca, który jest samolubny i szorstki. Jedyną największą zagadką są zakamarki jego pamięci, a przy okazji spisywania wspomnień jednej ze spraw będzie chciał poznać odpowiedzi na pytania dotyczące sensu życia, przemijalności i oczywiście miłości, która towarzyszy ludziom. Czy i jemu jest znane to pojęcie? Czym dla Holmesa jest miłość i otaczający go ludzie (ci z dawnych lat i ci obecni przy nim w Sussex)?


„Odczuwanie tęsknoty za kimś jest także w pewien sposób odczuwaniem jego bliskości.”

„Pan Holmes” Cullina od Holmesa Artura Conana Doylea różni się naprawdę znacznie. I nie chodzi już tylko o starość, która jak wiadomo zmienia człowieka. Tutaj Mitch Cullin chce jakby podważyć trochę dobrze nam znany obraz słynnego detektywa. Autor za pomocą głównego bohatera opowiada jak to cała jego słynna postać to tylko karykatura wykreowana przez prasę i jego kompana Watsona. Nie zrobił wiernej kopii, ale stworzył jakby nową postać na unoszących się oparach dobrze znanej wszystkim osobie. Czy to dobrze? Myślę, że pozwala to spojrzeć na tę postać inaczej, zwolnić tempo i dostosować się do staruszka. Sam pomysł na fabułę jest bardzo ciekawy. Skupiamy się na przemijaniu, zagadnieniu sensu życia, starości i tym podobnych. Nie znajdziemy tutaj zapierających dech akcji, gdyż podążamy wolnym krokiem od początku do końca. Trochę chaotycznie – raz Holmes podróżuje po Japonii, za chwilę budzi się w swoim gabinecie by następnie przejść do wspomnień sprawy Damy ze szklaną harmoniką . Nad treścią unosi się jakby zapach naftaliny, dymu tytoniowego, czar wspomnień, tęsknoty i spokojnej egzystencji wśród wiejskiej i jakże urokliwej okolicy. Dialogów w książce nie znajdziecie zbyt dużo. Jeśli już to więcej opisów, bądź wynurzeń Sherlocka Holmesa. Jest to powieść, którą należy poczuć. Zagłębić się w treść i wczuć w klimat. Ma w sobie pewną głębie, którą warto odkryć. Jeśli dobrze się wczytamy to zobaczymy skrawek wnętrza Holmesa. Nie warto oczekiwać oryginalnego Sherlocka Holmesa, żadnych zagadek kryminalnych i odstawić na bok nasze skojarzenia. Warto pamiętać, że tę książkę napisał ktoś inny, a Holmes jest taki jakim go sobie autor wyobraził. Myślę, że to jak odbierzemy tę książkę zależy w dużej mierze od tego jak się do niej nastawimy. Nie patrzmy więc przez pryzmat oryginału. Też uwielbiam utwory Artura Conana Doyla, a także serial, który powstał na podstawie jego twórczości, gdzie główną rolę gra Jerremy Brett. To właśnie moje odzwierciedlenie Sherlocka, postać stworzona przez tego aktora pasuje mi idealnie do wersji książkowej, tak samo ma się sprawa z Watsonem. A mimo to nie razi mnie to co napisał Cullin. Wręcz przeciwnie, jest to ciekawe doświadczenie. Jakieś wyobrażenie o późniejszym życiu mojego ulubionego bohatera. Skupienie się bardziej na osobie naszego bohatera niż na jego sprawach. Jeśli jednak nie lubicie tego typu książek, bądź oczekujecie zagadek i pędzącej fabuły to odradzam.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Światło, które utraciliśmy - Jill Santopolo

wydawnictwo: Otwarte
data wydania: 5 lipca 2017
liczba stron: 304

„To właśnie miłość. Sprawia, że człowiek czuje się nieskończony i niezwyciężony, jakby cały świat stanął przed nim otworem. Niestraszne mu żadne przeszkody, a każdy dzień jest pełen cudów. Może dzieje się tak wtedy, kiedy otwieramy się na innych i wpuszczamy ich do naszego wnętrza. A może głęboka troska o ukochaną osobę sprawia, że serce się rozrasta.”

„Światło, które utraciliśmy” autorstwa Jill Santopolo kusi od samego początku okładką, która jest ciepła, urocza, pełna uczucia i obiecująca wyjątkową historię, szczególnie w połączeniu z opisem i pozytywnymi opiniami, które możemy o niej przeczytać. Jest to książka, która faktycznie zbiera dobre noty, dlatego grzechem byłoby wręcz nie skorzystać z okazji i jej nie przeczytać. Ja takich grzechów staram się nie popełniać, więc długo na mojej półce nie czekała.
Nauczyłeś mnie, że zawsze trzeba szukać piękna. W ciemności, w ruinach potrafiłeś odnaleźć światło. Nie wiem, jakie piękno i jakie światło teraz odnajdę. Ale spróbuję. Zrobię to dla ciebie. Bo wiem, że ty zrobiłbyś dla mnie to samo. Lucy i Gabe poznali się 11 września 2001 roku. Gdy wieże WTC runęły, a pył przykrył Nowy Jork, zrozumieli, że życie jest zbyt kruche, by przeżyć je bez pasji i emocji. I zbyt krótkie, by nie być razem. Wkrótce jednak Gabe postanawia przyjąć pracę reportera na Bliskim Wschodzie i wtedy wszystko się zmienia. Lucy dowiaduje się o jego decyzji w dniu, w którym produkowany przez nią program telewizyjny zdobywa nagrodę Emmy. Dzień jej triumfu staje się też dniem, w którym coś nieodwracalnie się kończy. W kolejnych latach Lucy będzie musiała podjąć niejedną rozdzierającą serce decyzję. Czy pierwsza miłość okaże się też ostatnią?
„Niekiedy podejmujemy decyzje, które wydają się nam słuszne, ale później, z perspektywy czasu, uznajemy je za błędne. Inne nawet po wielu latach wciąż uważamy za trafne.”

Jill Santopolo stworzyła historię dwojga bohaterów, których więź narodziła się wraz z upadkiem wież WTC. Połączyło ich uczucie niezwykłe. Miłość, jak wiadomo wpleciona bywa w zbrodnie, przyjaźń, codzienność, a także każdy z etapów życia człowieka. Może przypominać pożar, stabilny ogień w palenisku, fajerwerki, zimne ognie...może dawać rozkosz, ale i sprawiać ból. Każdy o niej marzy… Każdego dnia ocieramy się o miłość ludzi których mijamy, czytamy o niej w książkach, oglądamy w filmach, a także dostajemy w różnych formach od bliskich nam osób. Jednak chyba każdy z nas chciałby doznać takiej prawdziwej, pełnej pasji, namiętności, sprawiającej, że jesteśmy szczęśliwi choć przez chwilę. Takie uczucie zdarzyło się naszym bohaterom. Dzięki nim możemy dostrzec jak ważne w naszym życiu jest to uczucie. Tak naprawdę ono stanowi fundament naszej egzystencji, daje siłę napędową do walki z przeciwnościami losu.

Narratorką tej historii jest Lucy. Snuje opowieść dla Gabe’a, monolog, w którym padają pytania bez odpowiedzi. Utrwalane zostają wspomnienia, padają wyjaśnienia i tworzy się niesamowicie klimatyczna powieść.

O miłości można napisać dużo i w różny sposób. Można to zrobić na przykład tak jak zrobiła to Jill Santopol. W sposób przykuwający uwagę, a zarazem lekki i nie banalny. Ta książka to hołd złożony miłości, nie zawsze idealnej i łatwej, ale takiej, która trwa mimo upływu lat i która potrafi spalać oraz dać poczucie nieskończoności. Wiecie takiej, która rozdziera serce, ale gdzieś tam trwa ukryta w jednym z kawałków. Przetrwa mimo przeciwności losu, wytrzyma nasze wybory, nawet te nie zawsze słuszne, bądź te słuszne i trudne.„Światło, które utraciliśmy” to pouczająca lekcja o miłości i jej sile. Poznamy jej odcienie, smaki, zapachy… Nie jest to jakieś tam romansidło, które przyprawia o motylki w brzuchu i sprawia, że amorki zaczynają krążyć nad naszą głową z mini łukami. To opowieść o konsekwencjach wyborów, których dokonaliśmy, o cenie jaką przychodzi człowiekowi zapłacić za podążanie wymarzoną ścieżką. To także posmak odpowiedzialności, zaufania, bądź jego braku. Codzienności pełnej wyzwań, niebezpieczeństw i cieni, które chowają się w człowieku przez kilka lat. Historia, która stworzyła autorka jest warta zapamiętania i myślę, że na jakiś czas na pewno pozostanie w mojej pamięci. Jest wzruszająca, ciepła, szczera i niełatwa. Dodaje jednak nadziei i otuchy, a zakończenie jest naprawdę wzruszające. Ta książka jest naprawdę warta przeczytania, szczególnie jeśli chcecie poznać różne odcienie miłości.

„Patrzymy na świat przez pryzmat naszych pragnień, żalów, nadziei i lęków.”