poniedziałek, 11 grudnia 2017

Kolekcja nietypowych zdarzeń - Tom Hanks


wydawnictwo: Wielka Litera
data wydania: 25 października 2017
liczba stron: 400

„Maszyny do pisania muszą być używane. Tak jak żaglówka musi pływać, a samolot latać. Po co komu pianino, na którym nikt nie gra? Okrywa się kurzem, a w pani życiu nie ma muzyki.”

Co się dzieje kiedy świetny aktor, znany chyba na całym świecie, zabiera się za pisanie i postanawia do swojego życiorysu dodać jeszcze fuchę prozaika? O tym chciałam się przekonać sama po przeczytaniu raczej negatywnej opinii na temat książki Toma Hanksa. Jak widać nie tylko zachwyty potrafią zaintrygować do sięgnięcia po jakąś książkę. Szczerze mówiąc chyba tylko w tym przypadku zostałam tak skuszona. Sama tylko do końca nie wiem czy przyczyniło się do tego nazwisko autora czy to, że uwielbiam krótkie formy literackie, a Hanks w swojej debiutanckiej książce stworzył ich aż siedemnaście. Myślę, że przeważyło tutaj nazwisko autora. No bo wiecie, ja naprawdę lubię opowiadania. Pokochałam je od momentu, gdy trafiłam na twórczość Alice Munro, a następnie E.E Schmita czy naszego K.S. Rutkowskiego, który pisze odważnie, mocno i na temat, szkoda tylko, że tak mało osób poznało się na jego twórczości. Możliwość przeczytania kilku opowiadań stworzonych przez taką sławę i znanego aktora, aż prosi się o sprawdzenie czy faktycznie tak kiepsko sobie poradził w roli pisarza- prozaika.

Opowiadania mają tę zaletę, że można przeczytać wszystkie od razu, albo dawkować sobie po jednym czy dwóch co jakiś czas. W ten sposób pożeramy całość, albo sobie dawkujemy w skromnych ilościach. Można też skakać palcem po spisie treści i wybierać te o najciekawszych, najbardziej intrygujących tytułach i czytać jak się chce. Fajnie prawda? Nie są też obszerne jak powieści, więc wszystko jest bardziej treściwe i szybciej dowiadujemy się czy to co czytamy nas zadowala, czy też nie. Dlatego powiem wam, że ja w trakcie czytania „Kolekcji nietypowych zdarzeń” zmieniłam nagle taktykę i zaczęłam sobie skakać palcem po tym spisie treści na końcu książki. Wybierałam te tytuły, które porywały moją wyobraźnię jak choćby Nota o aktorach, Niezwykły weekend, Oto refleksje mojego serca czy Steve Wong jest doskonały. To nie wszystkie przeczytane przeze mnie opowiadania z tego zbioru, jednak przyznaje się, że nie wszystkie przeczytałam. Postanowiłam, że sobie będę do nich wracać co jakiś czas i nie ma sensu czytać wszystkiego na siłę, skoro to, co przeczytałam nie oczarowało mnie jakoś bardzo. Być może za jakiś czas będę wstanie dostrzec w nich to, czego nie widzę teraz, a jak wiemy czasem z książkami tak bywa. Jednak dzisiaj, teraz mogę śmiało powiedzieć, że czas przy czytaniu tego co napisał Hanks mi się po prostu dłużył.
Pokochaliście go jako Forresta Gumpa, teraz pokochacie jako pisarza. W debiutanckim zbiorze siedemnastu opowieści Tom Hanks dowodzi, że świat nie ma żadnych granic. Stworzeni przez niego bohaterowie są tak samo różnorodni i zaskakujący jak jego aktorskie kreacje. Dla Hanksa ciekawy jest zarówno dziesięcioletni Kenny, który w swoje urodziny lata po raz pierwszy awionetką, rozwódka rozpoczynająca życie na nowo, jak i bułgarski emigrant Assan, który dociera do Nowego Jorku i próbuje przetrwać bez znajomości języka. Opowiadania spaja motyw maszyny do pisania - wehikułu marzeń, przedmiotu o magicznej mocy otwierania na świat, przekraczania barier czasu i przestrzeni, a nawet czynienia nieśmiertelnym. Hanks udowadnia, że jest nie tylko genialnym aktorem, ale również wyśmienitym prozaikiem - jego opowiadania są subtelne, poruszające," zabawne, niekiedy figlarne, czasem melancholijne, ale zawsze pełne mądrej empatii wobec ludzkich słabości i tęsknot.
Opis zacny i rozbudzający apetyt sami musicie to przyznać. Po takich słowach zachęty, każdy fan opowiadań jak i samego Toma Hanksa by tę książkę kupił czy też pożyczył. Jednak wydawca trochę przesadził w swojej notce. Aktor nie napisał co prawda totalnego gniota, którego należy od razu wrzucić do kosza, ale też nic genialnego. Zgodzę się, że bohaterowie jego historyjek są różnorodni i bywają tacy z niezłym bagażem doświadczeń życiowych. Niewątpliwie niektóre z tych, które miałam okazję czytać mają swój klimat, nutkę melancholii czy zwyczajnie coś, co powodowało, że można było czerpać przyjemność z czytania. Jednak zastanawia mnie ten motyw przewodni jakim jest maszyna do pisania, tylko w kilku znalazłam coś co może nakierować czytelnika na to, że maszyna do pisania może być jak wehikuł czasu bądź wpływać na życie bohaterów. Oczywiście przewija się gdzieś w tekście i nawet kilku bohaterów coś na niej pisze, jednak nie przekonuje mnie to do końca. Zgodzę się jednak, że taki przedmiot ma swoją duszę, a nawet może sprawić, że za jej pomocą człowiek może stać się nieśmiertelny, bo przecież jakiś ślad po nim zostanie choćby w formie tekstu czy skrawka papieru. Można posunąć się dalej i stwierdzić, że sama maszyna do pisania, którą zostawimy komuś w spadku czyni z nas kimś ponadczasowym. Z tej negatywnej opinii, o której wspominałam na początku, dowiedziałam się, że zakończenia są po prostu do kitu, nagle się urywają i czytelnik zostaje z niczym. Bywa też i tak, być może Hanks zostawia nam furtkę, żebyśmy sami wymyślili zakończenie, albo poprost pokazuje jak bardzo ludzkie losy przypominają jedną wielką niewiadomą. Jednak są i takie opowiadania z „zakończeniem”.

Tom Hanks w swoich opowiadaniach skupia się na ludzkich losach, które zmieniają się jak w kalejdoskopie. Czasem za sprawą uporu, trudnych wyborów, tragedii, innych ludzi czy też przypadku. Niektóre z tych kilku opowiadań, które przeczytałam miały potencjał, bywały takie, które przypadły mi do gustu bardziej, a inne mniej. Jednak nie na tyle mnie wciągnęły, żebym chciała przeczytać wszystkie od razu. Podsumowując: Tom Hanks jest zdecydowanie lepszym aktorem niż prozaikiem, choć pokazał, że potencjał ma, szkoda tylko że nie do końca go wykorzystał.

środa, 6 grudnia 2017

Pudełko z marzeniami - Magdalena Witkiewicz, Alek Rogoziński


wydawnictwo: Filia
data wydania: 8 listopada 2017
liczba stron: 336

„W sumie to nie wiem […] ale słyszałam, że tak jest. Na pewno. Może dlatego, że kobiety muszą się pomalować, by ładniej wyglądać. A faceci są ładni sami z siebie i jak się pomalują, wyglądają gorzej. Dlatego się nie malują.”

Tradycyjnie na mojej półce zagościła Magdalena Witkiewicz, tym razem jednak w duecie z Alkiem Rogozińskim, a więc mowa o ich wspólnym dziele „Pudełko z marzeniami”. Jej twórczość znam bardzo dobrze, jego wcale. Z tego co wyczytałam w obszernych internetach, to facet od kryminałów, dlatego możecie sobie wyobrazić moją wielką ciekawość co do tej książki. No bo co może wyjść z takiej mieszanki? Ona czaruje słowem, on morduje dla zabawy. Albo coś dobrego, albo klapa totalna, choć tego drugiego się nie spodziewałam.
Zdradzony przez narzeczoną i oszukany przez wspólnika trzydziestoletni Michał marzy o tym, aby zacząć nowe życie. Kiedy dowiaduje się, że podczas II wojny światowej jego rodzina ukryła w małym miasteczku na północy Polski skarb, wyrusza na jego poszukiwanie. Sęk w tym, że teraz w tym miejscu stoi restauracja. Prowadzi ją rówieśniczka Michała, Malwina. Ma ona problem ze swoim ukochanym, który "odszedł w siną dal", i babcią, która po powrocie z wieloletniego pobytu we Francji koniecznie chciałaby serwować w jej restauracji żabie udka i ślimaki.  Michał postanawia zaprzyjaźnić się z Malwiną, zdobyć jej zaufanie, a potem w tajemnicy przed nią odzyskać swój spadek. Niestety gdy w sprawę wmieszają się dwie wścibskie staruszki, dwójka dzieci i tajemniczy święty Eskpedyt, nic nie pójdzie zgodnie z jego planem.
Klapy się nie spodziewałam, za to liczyłam na nutkę kryminału. I ja się pytam, gdzie ten kryminał? Jakaś zbrodnia? No dobra, wiem, że to komedia romantyczna i to jeszcze ze świętami w tle, a przy takiej okazji to zazwyczaj cuda się zdarzają, a nie morderstwa (choć bywa i tak), no ale mógłby być jakiś ślad. No dobra, jest lekka intryga, pewien skarb i niecne podkopy, ale to i tak trochę za mało, choć nie mówię, że nie jest fajnie. Tu moje oczekiwania trochę się rozczarowały, bo trupa takowego jakby brak, nawet kosteczki podejrzanej w tych podkopach. Dostałam za to niezwykle ciepłą historie, może trochę banalną, ale w sumie trudno o coś oryginalnego w takiej scenerii skoro ma być miło, przyjemnie i jeszcze świątecznie. Miło jest. Klimatycznie jest. Zabawnie też. Zbliżają się święta, więc czytając książkę możemy poczuć magię tych zbliżających się dni.


„Ja tam w żadne kamuflaże nie wierzę. Tylko mężczyźni są czasem ślepi. Zwłaszcza ci zakochani...”

Ach ta pani Wiesia i jej mądrości (a także naleweczki ku zdrowotności rzecz jasna!), bo zacytowałam właśnie jej słowa. Prawdziwe jakieś takie… Miało być w kilku słowach o bohaterach więc pozwoliłam sobie od naszej kochanej starszej pani zacząć, znanej wszystkim z „Pracowni dobrych myśli”. Tak, po raz kolejny lądujemy pod tym samym adresem, a przynajmniej całkiem niedaleko. Tym razem będziemy świadkami wydarzeń w restauracji i jej piwnicy, w której stoi sobie pewien święty od zadań specjalnych. Mamy okazję więc spotkać kolejny raz kilkoro bohaterów znanych nam z w wcześniejszej książki. Skoro mamy Wiesię to wiadomo, że wesoło będzie, ale co tam jedna Wiesia. Tym razem mamy wystrzałowy duecik złożony z dwóch starszych pań. Do tego dwoje dzieciaków, które mają głowy nie od parady, dwie siostry bliźniaczki, które są swoim przeciwieństwem, Michała faceta po przejściach, księdza, który lubi pośpiewać i pewnego strażaka. Oczywiście to nie koniec, gdyż pojawi się choćby jeszcze para sympatycznych gejów. Tak więc jak widać od wyboru do koloru.

A co z tytułowym pudełkiem? Ano stoi sobie w restauracji i każdy może wrzucić do niego swoje marzenie i czekać na efekt. Spełni się, czy się nie spełni? Jak to z tymi marzeniami jest? Warto czekać, aż się same spełnią, czy może liczyć na to, że ktoś je za nas spełni? A może warto stworzyć takie pudełko i pomagać w spełnianiu marzeń tak jak to robiła Malwina? Nigdy nie zaszkodzi pomóc spełnić czyjeś marzenie, nawet to najdrobniejsze i to bezinteresownie i nie tylko w okresie świąt. Prawda?

Wracając do książki… Fabuła prosta, lekka, przyjemna, ale nieoryginalna. Myślę, że duet Witkiewicz – Rogoziński sprawdził się bardzo dobrze. Czytałam i zastanawiałam się, co jest sprawką Magdaleny, a co Arka. Wiecie co? Nie mam zielonego pojęcia. Ta para się ze sobą idealnie uzupełnia. Nadają na tych samych falach i tworzą spójną historię, pełną ciepła i uśmiechu. Zapraszają do spełniania marzeń i dają pstryczka w nos co niektórym. „Pudełko z marzeniami” to książka, którą połkniecie od razu. Idealna do czytania w godzinach nocnych, co sama sprawdziłam na sobie. Fajna, lekka i przyjemna, w sam raz na okres przedświąteczny, ale jako prezent też się sprawdzi. Humor i klimat, czyli to co lubię...w pakiecie oczywiście z PANIĄ WIESIĄ! Czy polecam? Oczywiście!

środa, 29 listopada 2017

Lunatycy - Jan Favre



wydawnictwo: self Publishing
data wydania: 26 października 2017
liczba stron: 372

„Wszyscy musimy mieć jakieś marzenia. I nadzieję, że możemy osiągnąć coś więcej, niż mamy.” W taki oto sposób zachęca nas do snucia marzeń Cecelia Ahern w jednej ze swoich książek natomiast w innej Magdalena Witkiewicz radzi „Nie bójcie się marzyć. Marzenia się spełniają. Wystarczy tylko zrobić pierwszy, najtrudniejszy krok. Potem być może trudny drugi i trzeci...” Pozwoliłam sobie dzisiejszą recenzję zacząć od cytatów nie pochodzących z książki, którą recenzuje. Oba pasują jednak idealnie i pochodzą z dorobku moich ulubionych autorek. Wiecie z tymi marzeniami to jest często tak, jak z przysłowiowym kijem z marchewką na sznurku. Podążamy za tym patykiem każdego dnia, nawet jeśli tylko siedzimy i obserwujemy dyndającą świeżutką, pomarańczową marchewkę, to i tak nadaje ona sens naszej egzystencji. Daje nadzieję, że pewnego dnia ją po prostu schrupiemy i będziemy szczęśliwie najedzeni. Gapimy się w to warzywo jak sroka w gnat, próbujemy dosięgnąć, a gdy to się nam udaje to okazuje się, że nie była wcale tak smaczna i świeża na jaką wyglądała. Więcej mieliśmy już radochy z patrzenia na nią niż z pożarcia jej. Nie, marzenia nie są wcale złe. Nadają sens, wlewają w nas nadzieję, kolory, barwy...mamy cel do osiągnięcia. Tylko nie zawsze ten wymarzony cel jest taki jak oczekiwaliśmy. Książka, którą tym razem chcę wam zaproponować jest właśnie o marzeniach. O podróży w celu pożarcia marchewki. O tym co daje oczekiwanie na spełnienie wymarzonego celu. I o smaku jaki często posiada.

„Lunatycy” o mały włos nie trafili by w moje ręce. Gdy dostałam propozycję zrecenzowania tej książki to w pierwszym odruchu chciałam ją sobie odpuścić. Powodem był brak czasu, a tym samym ograniczona ilość „miejsc” w kolejce książek do przeczytania. Zaległości i tak mam już spore, szczególnie jeśli chodzi o książki prywatne nie tyle o egzemplarze recenzenckie, bo tu choć propozycji jest wiele to muszę niestety wybierać tylko kilka z tych, które mnie kuszą i którymi ja jestem kuszona. Tak więc, już miałam sobie darować książkę Jana Favre, ale opis mnie po prostu zaintrygował. Tym razem sam opis, bez zachwytu do okładki. Stwierdziłam, że ma potencjał na naprawdę dobrą historię i ciekawe spojrzenie na temat marzeń. Autor chce czytelnikowi pokazać, że nie zawsze to, o czym marzymy sprawia nam przyjemność gdy już się to spełni, szczególnie jeśli nie jesteś przygotowany na taki rozwój wypadków.
Jest tylko jedna rzecz gorsza od porażki… …sukces, na który nie jesteś gotowy. „Lunatycy” to bezkompromisowa powieść o tym, co się dzieje, gdy nasze największe marzenie się spełnia, a my zaczynamy żałować, że w ogóle o nim pomyśleliśmy. Główny bohater, wychowywany przez samotną matkę w szarym bloku na jednym z osiedli Polski B, żyje nadzieją, że jego wielki sen się spełni. Będzie nagrywał płyty i grał koncerty, a muzyka będzie płacić mu rachunki. Odurza się tą myślą, tracąc kontakt z rzeczywistością, aż życzenie staje się faktem. A on przekonuje się na własnej skórze, co znaczy amerykańskie „be careful what you wish for”.
Dobrze zrobiłam, że nie odrzuciłam tej książki. Miałabym czego żałować w przyszłości. Jan Favre opowiada nam ciekawą historię, mimo że nie jest ona lekka i wiszą nad nią szare chmury rzeczywistości, to czytając płyniemy z nurtem szybko i lekko. Unosimy się na powierzchni, dryfując do brzegu zwanym końcem i nie czujemy zmęczenia. „Lunatycy” to fragmenty z życia zwykłego Michała, który chce osiągnąć coś więcej niż oferuje mu życie. Chce zamienić szarą rzeczywistość z blokowiskiem zamieszkiwanym przez żywe trupy, na życie pełne przygód, w którym pierwsze skrzypce gra muzyka. Chce zostać raperem i mieć po co żyć. Nie siedzi na kanapie i nie buja tylko w obłokach, wręcz przeciwnie, razem z kumplami w piwnicznym „studiu” starają się tworzyć kawałki, które podbiją świat i wyniosą ich na wyżyny. W międzyczasie chodzą do szkoły i mierzą się z realizmem życia w gronie rodzinnym i tym społecznym małego miasteczka, w którym nawet autobusom w niedzielę nie chce się kursować na wyznaczonych trasach. Z każdym dniem ich marzenie nabiera tempa i zaczyna się realizować. Droga ta usłana jest jednak wybojami, które utrudniają drogę i powodują nie jedną kolizję z brutalnym światem. Historia ta to nie jest pesymistyczna wizja jak spełnić marzenie i być z niego niezadowolonym. To przykład jak można się zachłysnąć szybkim skokiem na wyższy poziom naszej egzystencji. To także ważne przesłanie, marzyć warto, warto robić to co się kocha i i nie poddawać się, nawet jeśli coś z początku wydaje się ciężkie, szpetne czy też przerażające, to warto dalej robić swoje. Tak jak napisała Magdalena Witkiewicz. jeden krok, potem może i kolejne równie trudne, jednak jeśli komuś naprawdę zależy to pokona wszystko. Czasami może się zdarzyć, że na swojej drodze spotkamy mur, na który jesteśmy nieprzygotowani, zderzymy się z nim, będziemy walić pięściami i najdzie nas ochota na to by odwrócić się i iść w diabły. Czy aby na pewno warto? I na takie pytanie każdy musi sobie sam odpowiedzieć pod tym murem, bo tylko my sami wiemy czy jesteśmy gotowi na sukces, czy uniesiemy na swoich barkach porażki, czy wytrwamy w postanowieniu, aby osiągnąć swoje marzenie. Historia Michała pokazuje, że nie warto mierzyć się samemu z całym światem, że siła tkwi w ludziach, w grupie.

„Dusza boli najmocniej, bo jej rany nie goją się nigdy. Kości się zrastają, rozcięta skóra zabliźnia, krwiaki schodzą, ale roztarte butem o chodnik poczucie własnej wartości nie regeneruje się. Jeśli ktoś raz napluje ci w serce, zgasi na tobie papierosa, złamie cię na pół i da ci odczuć, że jesteś tylko kawałkiem mięsa, rzeczą, której nie trzeba szanować, przedmiotem, z którym można zrobić ,co się zechce – to tego bólu nie uśmierzy nic.”

Jan Favre rocznik ‘88, mieszka w Krakowie, chodzi z głową w chmurach, jesienią 2011 roku zaczął pisać bloga i robi to z dużym powodzeniem. Jedno z największych marzeń spełnił, kolejnym było napisanie książki i to także ma za sobą. Po co to robi? „Bo zawsze chciałem zrobić sobie pracę z hobby i ziścić amerykański sen w Polsce. Nie mieć szefa nad sobą, ani sekretarki pod. Jeździć po świecie, poznawać ludzi, chłonąć rzeczywistość i dostawać hajs za to, że żyję, a nie żyć tylko po to, żeby dostawać hajs.” Jak sam twierdzi, lubi bawić się słowem. Co jeszcze lubi? Ciekawych ludzi, dobre jedzenie, głośną muzykę i jazdę na rowerze. Podsumowując: młody gość, bloger, ambitny człowiek, który debiutancką książkę napisał naprawdę dobrze.

„Czuję, jak zaczyna ssać moją wargę, kiedy po omacku szukam na jej plecach zapięcia od stanika,a gdy je znajduję, znowu nie mogę go rozpiąć. Kurwaaa! Ktoś, kto wymyślił to jebane gówno, musiał być zdrowo popierdolony! To musiał być ten psychopata, który wpadł na pomysł umieszczenia opisów czekoladek na ich spodzie, tak że musisz wypierdolić całą bombonierkę na ziemię, jeśli chcesz przeczytać, która jest która.” 

Właśnie, „Lunatycy” powinni przypaść do gustu młodzieży, język skierowany jest bardziej do osób młodych, przekleństwa nie będą nikogo też razić, a i klimat jakby swój. Razić mogą za to błędy, które spotykamy w tekście, ale to nic wielkiego, jednak kilka kwiatków można wyłapać. Jeśli chodzi o treść, to ma przekaz, nie jest też sztuczna i przesłodzona, a autor udowodnił, że faktycznie lubi bawić się słowem. Nie brakuje dawki sarkastycznego humoru – przynajmniej ja to tak odbieram. A nasz główny bohater? Postać wrażliwa, odsłonięta przed czytelnikiem. Jakie emocje wywołuje? Warto sprawdzić samemu. Jak dla mnie książka godna polecenia i ciekawie napisana.

Dziękuje autorowi za możliwość przeczytania książki.

wtorek, 21 listopada 2017

Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie - Janusz Leon Wiśniewski


wydawnictwo: Znak Literanova
data wydania: 8 listopada 2017
liczba stron: 576

„Nie ma chyba smutniejszej rzeczy, niż nagle zdać sobie sprawę, że nawet własne wspomnienia o kimś kiedyś najbliższym mogą być tak naprawdę odarte z nostalgii.”

Dawno temu miałam okazję spotkać się literacko z twórczością Janusza Leona Wiśniewskiego, wtedy byłam cieniem hotelowym, konkretnie takim duszkiem Grandowym, który obserwuje i podsłuchuje co się dookoła dzieje. Autor zabrał mnie w klimatyczną podróż po hotelowych pokojach, pozwolił posłuchać rozmów, które miały w sobie nie inaczej tylko nutę nostalgii. Idealnie wpasowała się klimatem w czas, w którym ją czytałam. To był wrzesień, więc czuć można było zbliżającą się jesień i towarzyszącą jej właśnie nostalgię. Autor urzekł mnie swoim talentem do opowiadania tych swoich historii, choć nie wszystko było wtedy w pełni satysfakcjonujące. Ogólne wrażenie wystarczyło jednak bym nabrała ochoty na inną książkę w jego literackim dorobku i faktycznie, po ponad dwóch latach w moje ręce trafia inna pozycja Wiśniewskiego. Znowu mamy porę jesienną, teraz nawet bardziej niż wtedy i najchętniej siedziałoby się pod kocem z dobrą książką. Wybierając „Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie” kierowała mną ochota na kolejną dawkę klimatu i nostalgii. Jednak to nie wszystko, po raz kolejny moją uwagę przykuwa okładka, a następnie opis, obiecujący z pozoru banalną fabułę, która mimo wszystko może mieć w sobie potencjał. I faktycznie ma.
Wszystko da się wyjaśnić. Zapisać w liczbach i równaniach. Życiem rządzą prawdopodobieństwo, logika i udowadnialne twierdzenia. Przynajmniej jemu, naukowcowi, tak się wydawało, dopóki nie spędził wielu miesięcy w klinice w Amsterdamie i nie otarł się o śmierć, co całkowicie zburzyło konstrukcję jego świata. Były przy nim w chwili największej tragedii, mimo że je zawiódł, skrzywdził, zdradzał, upokorzył. Dlaczego? Wszystkie jego kobiety. Milena, niesforna, uderzająco piękna i wyuzdana femme fatale. Daria, jego była studentka, „kruche, naiwne dziewczę w wieku jego córki”, o oczach jak niezapominajki. Tajemnicza Ludmiła, z którą rzekomo łączył go tylko seks. Natalia, fascynująca, bezpruderyjna artystka, niezastąpiona partnerka do filozoficznych dysput. Justyna - miała być jedynie lekiem na jego depresję po rozstaniu z żoną. Ewa, tak samo charyzmatyczna, jak eteryczna, zachwycająco mądra nauczycielka, która na nowo buduje jego świat... Kim był dla nich? Kim one były dla niego? Której był coś winien, której kiedyś podarował za mało, a która była mu wdzięczna?
Tym razem trafiamy nie do hotelu, a do sali w pewnej holenderskiej klinice, gdzie po sześciu miesiącach śpiączki budzi się nasz główny bohater. Budzi się i zaczyna się nasza podróż po meandrach życia naukowca matematyka, dla którego kariera była ważniejsza niż żona i córka. Z tych dwóch kobiet potrafiła mu tak naprawdę wybaczyć tylko córka i to z nią utrzymuje kontakt. Oczywiście w jego życiu jak tytuł wskazuje pojawiło się kilka kobiet, które potraktował jak na męskiego dupka przystało, raczej źle. Nie tylko zdradzał, ale przede wszystkim skrzywdził, a nawet i upokorzył. Nasz rekonwalescent był typem faceta, który nie wchodzi w związki, on jak to sam zgrabnie określał tworzył krótkotrwałe relacje z kobietami. One snuły wizje wspólnego życia, a on ich nie wyprowadzał z błędu. Tłumaczył sobie te relacje równie zgrabnie jako zachłyśnięcie się wolnością po rozwodzie. Gdy robiło się za poważnie po prostu znikał. Jeśli zaś myślał o stabilizacji, ta zaczynała go męczyć i mu powszednieć. Tak naprawdę to jego przebudzenie ze śpiączki jest taką metaforą bo nasz pacjent, doznał olśnienia i wręcz wewnętrznej przemiany. Na wiele rzeczy spojrzał inaczej, wiele sobie przypomniał, a przy tym poznał wyjątkowych ludzi i ich historie. Poznał co to dobro i to od obcych ludzi.

„Seks wyzwala i ujawnia ogromne i demonicznie niebezpieczne emocje. Możemy kogoś do siebie za pomocą seksu przywiązać. Ten ktoś może odczuwać zazdrość i lęk i bardzo. Seksualnie można się oddzielić, rozdwoić, roztroić, ale emocjonalnie bywa to bardzo trudne.”

Janusz Leon Wiśniewski napisał książkę w sam raz na długie jesienne wieczory. Akcja toczy się powoli, a nasz bohater jakby się nam spowiadał ze swojego życia, przez co oczyszcza się wewnętrznie. On przeżywa jeszcze raz swoje życie i relacje z kobietami, choć nie tylko, a my poznajemy jego. Możecie sobie wyobrazić, że siedzicie w szpitalnej sali i słuchacie co wam pacjent opowiada, czasem możecie posłuchać innych, w tym cudnej Laurencji, która skradła moje serce. Jest to moja ulubiona postać w tej książce, a to jej „No stress, Polones...” dźwięczy mi w uszach i chyba zostanie ze mną już na zawsze. Nie żeby naszego „Polones” nie dało się lubić, bo się da i aż sama się sobie dziwię, bo facet wad ma sporo, a ja jestem kobietą, więc powinnam solidaryzować się z bohaterkami, które poznajemy oczyma naszego bohatera. Książka Wiśniewskiego ma swój klimat, czyli to na co liczyłam decydując się na jej przeczytanie. Ma też jednak i wady. Niekiedy przypomina jakiś wykład naukowy na temat seksu. Ja rozumiem, że facet nie spotykał się z tymi kobietami, żeby tylko dyskutować, ale ile można czytać wywodów na temat seksualności i wcale nie chodzi tutaj o to, że książka zawiera sceny jak z Greya, a raczej o obszerne rozwodzenie się nad tym tematem ogólnie. Czasami bywało to wręcz męczące i nudne. Wtedy miałam ochotę rzucić książkę w kąt, jednak po kilku kolejnych stronach wracaliśmy na utarte tory historii i dowiadywaliśmy się co nieco o kobietach naszego bohatera i o tym jak się poznali. Te momenty przenosiły nas ze szpitalnej sali w różne miejsca i urozmaicały akcję, bo trzeba przypomnieć, że nasz bohater cały czas jest w szpitalnym łóżku. Książka ma ponad 500 stron i aż kipi w niej od cytatów, które warto sobie zapamiętać. Ta książka to nie tylko hołd kobiecości, ale także prawda o człowieku. O sobie samym, o tej prawdzie nie zawsze łatwej do zaakceptowania. Już po raz drugi Wiśniewski zaskoczył mnie pozytywnie, więc poszukam kolejnej jego książki, aby zatrzymać się na chwilę i zatopić w nostalgii, w tym co człowiekowi nie jest obce.

„Prawda o sobie często jest nie do zniesienia . Szczególnie, gdy jest to prawda nie do podważania.”

Dziękuję wydawnictwu Znak Literanova za możliwość przeczytania książki

sobota, 4 listopada 2017

Saga czyli filiżanka, której nie ma - Cezary Harasimowicz


wydawnictwo: W.A.B.
liczba stron: 464
PREMIERA: 8 listopada 2017

„Trochę to skomplikowane,ale czyż nici naszych powinowactw nie są pajęczą siecią, tajemniczą plątaniną?”

Kolejny raz doświadczam magii przeszłości i tego, że babranie się w kurzu, datach i osobach może mieć swój urok. Historia jest naprawdę piękna, nawet jeśli jej bohaterowie żyją w czasach grozy, których my dzisiaj nie jesteśmy w pełni pojąć. Bywa i tak, że oni przezywają największy koszmar swojego życia, ból, głód, tragedie, zdrady, strach, wojny i tortury, a my jesteśmy ich cieniem. Cieniem, który może sobie tylko to wszystko wyobrazić i próbować choć trochę zrozumieć. Jednak to wszystko nas do siebie zbliża i to w tym jest piękne. A kurz? Pajęczyny czy mysie bobki? To tylko nic nieznaczące atrybuty przeszłości. Pisząc „historia” nie mam tutaj na myśli takiej wersji ogólnej, a tej prywatnej. Dotyczącej konkretnych osób. Niesamowite jest poznawanie nowych ludzi, nawet jeśli znamy ich tylko i wyłącznie z opowieści przelanej na kartki książki. Jeszcze ciekawiej zapewne jest jeśli szukamy swoich własnych przodków i tym samym wzbogacamy samych siebie i swoją własną historię. Bo przecież przeszłość i jej duchy są kruche i zarazem cenne jak ostatnia porcelanowa filiżanka, ta z zastawy po prapraprababci. Ano właśnie, jeśli o filiżance mowa… Wiecie są książki, na których widok oczy zaczynają mi błyszczeć i wiem, że muszę je prędzej czy później przeczytać. Tak też było i tym razem, tylko, że przeczytałam ją raczej zdecydowanie „wcześniej” niż „później” bo przedpremierowo. Mowa o książce Cezarego Harasimowicza „Saga czyli filiżanka, której nie ma”. Jak się domyślacie jest to książka pachnąca przeszłością i kurzem, czyli coś,, co mnie kręci.
To coś, co każdy z nas chciałby wreszcie zrobić. Usiąść i spisać rodzinną historię. Cezary Harasimowicz wybrał się w taką podróż. Zebrał wspomnienia przodków, obejrzał stare fotografie i wydobył na kartach książki zapomnianą rzeczywistość.
„Saga czyli filiżanka, której nie ma” to rodzinna opowieść, która ma przybliżyć czytelnikowi obraz wielonarodowej Polski i trudnych czasów pod naciskiem okupantów, a także koszmarów, jakie musiała znieść rodzina Królikiewiczów podczas II wojny światowej. To taki wehikuł czasu, do którego wsiadamy wraz z autorem i przenosimy się w przeszłość, choćby do końca dziewiętnastego stulecia. Mamy okazję poznać przodków autora, dziadka, który był jednym z najlepszych jeźdźców naszego kraju, a do tego nie wyrzekł się Polskiego munduru w chwilach największego zagrożenia, babcię Muszkę, czy też prababcię Funię. Możemy być świadkami pierwszych pocałunków, zmagań wojennych, wytrwałości w dążeniu do celu, mierzenia pierwszej błękitnej sukni balowej, odwagi, miłości, siły i przyjaźni oraz co ważne honoru i patriotyzmu.

Autor za tę podróż w czasie bierze się w bardzo ciekawy sposób, zarówno spisując fakty z ówczesnej pracy jak i korzystając z zapisków matki jak i samego dziadka. Pobudza do wspomnień swoją pamięć, gdzie zostały głęboko ukryte anegdoty rodzinne i sam wyostrza wyobraźnię by dopełnić luki. Jak to robi? W prosty sposób. Odwiedza swoją matkę i przygląda się zdjęciom wiszącym na ścianie. Mruży oczy i przenosi nas do skradzionego upływowi czasu kadrowi. Sam autor zdaje sobie sprawę z choroby matki oraz z upływu czasu, który zabiera jej pamięć i wspomnienia, ale dostrzega w tym pewne piękno, mianowicie postacie wychodzące ze zdjęć czy też ścian zbudowanych z cegieł pozostałych po gettcie, aby jeszcze chwilę „porozmawiać” z matką.

„Cóż, jeszcze sześć lat temu kolebał się w siodle jak dziwka na szczerbatym nocniku, ale teraz był już całkiem sprawnym jeźdźcem.”

„Saga czyli filiżanka,której nie ma” to tak naprawdę wyjątkowy portret rodzinny, wielopokoleniowy i ciepły zarazem. To ukryta w słowach wartość przeszłości, którą każdy z nas powinien poznać, a przynajmniej spróbować. Jak na dobrą sagę rodzinną przystało, zawiera w sobie zdjęcia przodków Cezarego Harasimowicza, które jeszcze bardziej przybliżą czytelnikowi obraz głównych postaci. Nie jest to książka z grona łatwych, przyjemnych i dla każdego. Jednak jeśli ktoś lubi takie klimaty to z pewnością znajdzie w niej cudowną towarzyszkę wolnych chwil, a przy okazji pozna nowe osobistości z naszego ojczystego światka historycznego. Tym bardziej, że autor pisze w ciekawy sposób, niezwykle obrazowy i plastyczny. Nie dawkuje tylko surowych faktów, a próbuje odczarować to, co mogło pozostać nieznane i tajemnicze. Swoją książkę dedykuje matce, która zmarła na początku sierpnia tego roku. O kim więc jest ta książka? O Adamie i Muszce Królikiewiczach. O ich przodkach i znajomych. Nie znacie? A znacie może Krystynę Królikiewicz aktorkę? Nie? To poznajcie. Też nie znałam, a zaintrygowała mnie notka o książce jak i obietnica poznania przeszłości i nic nie szkodzi, że to nie moi przodkowie. Na odkrycie moich własnych korzeni przyjdzie czas.

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki

sobota, 28 października 2017

Gra Geralda - Stephen King


wydawnictwo: Albatros, Ringier Axel Springer Polska, Pruszyński i s-ka 
data wydania: 6 września 2017
liczba stron: 330

„Jej oczy, błądzące bez celu po mrocznym pokoju, spoczęły na dalekim kącie, gdzie w srebrzystym świetle wpadającym przez świetlik tańczyły dziko cienie sosen kołysanych przez wiatr. Stał tam mężczyzna. […] Widziała wpatrzone w siebie hipnotyzujące, bezmyślne spojrzenie ciemnych oczu. Widziała woskową bladość zapadniętych policzków i wysokie czoło, choć rysy intruza były zniekształcone przez ruchome cienie. Widziała przygarbione plecy i długie małpie ramiona zakończone szczupłymi dłońmi; gdzieś w czarnym trójkącie cienia rzucanego przez komodę musiały się kryć nogi, lecz pozostawały niewidoczne.[…] wzrok Jessie podążył na moment w dół i wydało jej się, że widzi jakiś ciemny przedmiot stojący na podłodze. Nie mogła się zorientować, co to takiego, bo przedmiot znajdował się w gęstym cieniu rzucanym przez komodę, gdy wtem przypomniała sobie wczorajsze popołudnie…[…] Między nogami intruza stałą piła łańcuchowa. Nie wątpiła w to an przez chwilę. Nieznajomy używał jej wcześniej, lecz nie do cięcia drewna. Mordował nią ludzi, a pies uciekł, bo wyczuł zbliżanie się szaleńca, który nadszedł ścieżką wzdłuż jeziora, niosąc zakrwawioną piłę...” No ten tego, wiecie, że zbliża się Halloween i można sobie ten mroczny klimat wzmocnić dobrą literaturą z dreszczykiem. Można się wtedy spokojnie zaszyć w domu, pod kocykiem z kubkiem herbaty bądź kieliszkiem dobrego wina i się bać, tzn czytać. Czy przy lampce nocnej, czy jasnym jak słońce żyrandolu, czy przy świecach, które mogą łatwo zostać zdmuchnięte – wybór dowolny – nawet latarka i głowa pod kocem jest akceptowalna. Teraz już tylko można słuchać szeptów, skrzypiących desek, a nawet widzieć to czego się nie chciało. Talent autora do klimatycznego pisania, plus dobra wyobraźnia czytelnika mogą tutaj naprawdę zdziałać naprawdę dużo. Idealna książka na ten czas powinna trzymać w niezłym napięciu i to cały czas. Domyślam się, że wielu sięgnie po mistrza grozy Stephena Kinga. Ja też tak zrobiłam, co prawda nie w halloween, a wcześniej, jednak literacka dawka grozy przyda się i zwykły dzień.
Perwersyjna gra erotyczna zmienia się w wielogodzinny koszmar. Gerald Burlingham, chcąc dodać trochę pieprzu do małżeńskiego seksu, zabiera swoją żonę Jessie na odludzie w Maine. Kiedy Jessie przestaje się podobać brutalna zabawa, postanawia ją przerwać. A wtedy domek letniskowy staje się sceną grozy. Przykuta kajdankami do łóżka kobieta zostaje sama. Nie licząc trupa męża. Tego, co czyha w mroku. I tego co czai się w niej samej.
Opis mnie totalnie zaintrygował. Spodziewałam się historii, która będzie trzymać w napięciu, pobudzi moją wyobraźnię. Zacierałam ręce na samą myśl i nie mogłam się doczekać, aż znajdę chwilę spokoju żeby móc przeczytać to, co ma do opowiedzenia mistrz grozy. Początek niezły, nawet można powiedzieć, że śmieszny. Czekałam na akcje, na grozę i ciarki. Czytam, czytam i zastanawiam się, kiedy zacznę drżeć na myśl o przewróceniu następnej strony, albo zacznę jeszcze szybciej przerzucać w zachwycie. I kiszka. Nic, żadnych dreszczy czy entuzjazmu. Przeczytałam coś około połowy i zaczęły się pojawiać jakieś tam obawy, ale raczej natury czytelniczego zawodu niż przed czyhającym złem. Coraz częściej zadawałam sobie też pytanie ile można pisać o kobiecie przykutej do łóżka? Zamiast napięcia zaczynałam czuć znużenie jak bohaterka książki. Nawet jeśli w tym czasie poznajemy lepiej główną bohaterkę i demony, które tkwią w jej przeszłości i jej głowie to i tak akcja jest raczej średnia. Dobrze, że „podróżujemy w przeszłość” bo inaczej bym sobie darowała dalsze czytanie, a tak jeszcze iskierkę nadziei na coś ciekawego miałam. I się w pewnym momencie doczekałam zwrotu akcji. Pojawia się groza, pojawia się ktoś, kto nie jest królewiczem na białym koniu, który ratuje niewiasty z tarapatów. Już zacierałam ręce i dziękowałam autorowi za tego mrocznego gościa, gdy okazało się, że pełni funkcję raczej straszaka i pobudzacza do działania. Jednak nasz gość miał się jeszcze pokazać na końcu i tutaj autor pokazał swój talent do wymyślania akcji przechodzących ludzkie pojęcie. Pech chciał, bo akurat jadłam śniadanio – obiad, a fragmenty raczej zachęcały do tego, żebym jedzenie zwróciła, a nie je połykała. 

Tak więc, kolejna książka mistrza za mną, tylko nie jestem pewna czy to był dobry wybór. Tyle słyszy się o jego talencie do tworzenia grozy, ma tylu fanów, a ja póki co nie czuję tego zachwytu. Fenomen bzika na punkcie twórczości Kinga jest mi obcy. Choć nie powiem, nawet ten zawód intryguje i zachęca do szukania książek, które mnie jednak powalą na kolana. Na trzy przeczytane książki jedna mi się podobała tak naprawdę. Mam na półce sporo jego książek, niektóre opisy naprawdę mnie zachęcają, tylko czy sytuacja się nie powtórzy i mój rozbudzony opisem apetyt szlag nie trafi. Być może mam zbyt kiepską wyobraźnię jak na mistrza, albo po prostu trafiam na mniej interesujące tytuły? Domyślam się, że cała akcja, która autor opisał w „Grze...” mogłaby zadziałać na mnie lepiej, gdybym zobaczyła ją na szklanym ekranie. Tej książki nie polecam na Halloween, jednak niewątpliwie autor ma lepsze, skoro tyle osób go chwali, więc może wybierzecie coś ciekawego. Mimo kilku ciekawych momentów nie jestem zachwycona tą pozycją, męczyłam się przez większą część czytania. Nie pozostaje mi więc nic innego jak szukać dalej, zarówno w dorobku autora jak i odpowiedniej książki na Halloween. 

 „To adrenalina, dziewczyno, hormon wydzielany przez twój organizm, gdy zaczynasz krzyczeć i drapać pazurami. Jeśli ktokolwiek cię zapyta, czym jest panika, teraz już wiesz: to amnezja emocjonalna, po której czujesz się tak, jakbyś ssała garść miedziaków.”

środa, 25 października 2017

Wojny żywiołów. Przebudzenie Ziemi: Powstania - Michał Podbielski


cykl: Wojny żywiołów (tom 1.2)
wydawnictwo: Wydawnictwo Żywioły
data wydania: 10 marca 2017
liczba stron: 728

„Nikt nie dba o dobro państwa, dla którego rozwoju teoretycznie pracuje. Każdy chce jak najwięcej dla siebie.”

Coraz rzadziej zdarza mi się sięgać po fantastykę, bądź pochodne tego gatunku. Wybieram zupełnie inne książki, które za bardzo mojej wyobraźni nie pobudzają. Jednak jakiś czas temu dostałam propozycję zrecenzowania kontynuacji Wojny żywiołów i od razu się zgodziłam. Dlaczego, skoro nie ciągnie mnie na co dzień w tym kierunku? Odpowiedź jest prosta, pierwsza część była rewelacyjna i niesamowicie rozbudziła moją wyobraźnię. Po skończeniu miałam ochotę na więcej, niestety wtedy nie było to możliwe, teraz jednak już tak. Zresztą staram się nie ograniczać jeśli chodzi o książki i próbować różnych gatunków. Nigdy przecież nie wiadomo, co może nas zainteresować. Nie warto więc zamykać się na coś nowego. Jeśli interesują Was moje wrażenia po lekturze pierwszej części - „Wojny żywiołów. Przebudzenie ziemi: Udręczeni” to recenzje znajdziecie tutaj – serdecznie zapraszam.
Oblubieniec bogini ziemi poszukuje obiecanego w proroctwach Naczynia, które ma odmienić życie ludów Kontynentu Prerii. Będąc daleko od domu, nie zdaje sobie sprawy z tego, że zeszłoroczne wtargnięcie do Epicentrum właśnie rodzi daleko idące konsekwencje. W tym samym czasie Kamiennoręki zbiera armię mającą wyrwać Wysokie Stepy z rąk Imperium Koralu. Podczas swych działań szybko przekonuje się, że wróg nie stanowi jedynych przeciwności, a natura ludzka potrafi przysporzyć problemów nawet wśród sprzymierzeńców. Jaką rolę odegrają tu Szare Płaszcze? Czy bogini Wody zainterweniuje? Jakie siły zetrą się ze sobą i jaki będzie finał pierwszego tomu serii „Wojny żywiołów”?
Michał Podbielski to facet o naprawdę niezłej wyobraźni. Można nawet powiedzieć, że rewelacyjnej. Pokazał Nam to pisząc pierwszy tom swojej wielowątkowej historii. Tym razem potwierdził, że naprawdę na wiele go stać i wie co robi pisząc tego typu książki. Stworzyć tak nierzeczywisty świat i jeszcze się w nim nie poplątać, a do tego po drodze nie zanudzić czytelnika to naprawdę coś. Czytając nie możemy narzekać na nudę, czy też monotonię. Tu z każdą zmieniającą się kolejno postacią i miejscem coś się dzieje. Czytelnik w łatwy sposób może sobie to wszystko po swojemu przetworzyć w swojej głowie i czerpać z tego przyjemność. Książki Michała Podbielskiego czyta się nie tylko przyjemnie, ale jeszcze szybko, choć warto rozpoczynać lekturę z „przewietrzoną” głową, żeby w pełni móc połapać się kto z kim i po co. Szczególnie jeśli nie czytacie jednej książki zaraz po drugiej. To nie jest książka, którą można zabić czas i zbytnio nie skupiać się na treści. Obie części pokazały talent i potencjał twórczy autora, w przygotowaniu podobno „Wojny żywiołów. Zemsta Golema: Narodziny”, a więc zapowiada się smakowity kąsek literacki dla fanów twórczości autora i tego gatunku.

Często bywa tak, że pierwszy tom potrafi zawładnąć czytelnikiem, a drugi wręcz odwrotnie, wywołuje niesmak i rozczarowuje, gdyż wcześniej wyhodowaliśmy sobie spore oczekiwania. Z takim zjawiskiem spotkałam się już kilkakrotnie, nawet niekoniecznie w literaturze tego typu. Po prostu z czasem, z kolejnymi tomami, opowiadane nam historie tracą barwy i są zwyczajnie gorsze, a może i wręcz do kitu. W przypadku „Wojny żywiołów. Przebudzenie ziemi: Powstania” tego po prostu nie ma. Samo w sobie to jest już ogromnym plusem w oczach czytelnika. Bo przecież nie ma nic gorszego niż męczarnia podczas czytania ponad 700 stron, szczególnie jeśli za takie opasłe tomisko zapłaciło się ponad cztery dyszki, wtedy rozczarowanie lekturą jest jeszcze bardziej frustrujące.

„Z jeńcami się nie negocjuje, więźniów się nie przekonuje, a z trupami nie rozmawia się wcale. […] A to znaczy, że nie jesteś ani naszym jeńcem, ani więźniem, ani trupem, którego łatwiej i taniej byłoby dostarczyć do kogoś, kto i tak chce cię widzieć martwego.”

Druga część identycznie jak pierwsza wita się z czytelnikiem mapkami (również autorstwa Marcina Burmińskiego), które mają mu zobrazować gdzie mniej więcej akcja się toczy, oraz obszernym spisem postaci, bo jest ich naprawdę tutaj sporo. Dalszy ciąg historii zaczynamy od rozdziału 11 czyli po skończonym 10 w części pierwszej. Ciekawe pomyślane, widać spójność już od samego początku. Dlatego najlepszy efekt będzie, gdy będziecie czytać jedną część po drugiej, bez długich odstępów czasu (jeśli chcecie komuś zrobić prezent w formie książek, a lubi fantastykę to podarujcie mu dwie części od razu, nie powinien być zawiedziony, tym bardziej, że sama miałam ochotę na dalszy ciąg, a przecież bzika na punkcie tego gatunku nie mam). Historia jest barwna, dynamiczna, zaskakująca i momentami wręcz śmieszna do łez, szczególnie dialogi mieszkańców wyspy Ortis- Kai. Nie będę wspominać o tym, czego możecie się tym razem spodziewać ze strony naszych barwnych postaci, wiadomo jeśli w grę wchodzą żywioły, to niczego pewnym do końca być nie można i wiele może się zdarzyć. Nie będę nikomu psuła przyjemności z czytania i w tym temacie nie zdradzę nic, powiem tylko, że dzieje się oj dzieje. Tak więc jeśli do tej pory się wahaliście czy sięgnąć kiedyś po kontynuację czy też po twórczość tego autora to radzę przestać i skosztować tego co oferuje nam autor. A ja no cóż, czekam z niecierpliwością na dalszy ciąg…

„Im cięższe decyzje, tym większa cena, aby wyrównać szale na wadze...”

Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania książki i jej zrecenzowania.