sobota, 16 czerwca 2018

Moje serce w dwóch światach - Jojo Moyes


cykl: Lou Clark (tom 3)
wydawnictwo: Znak Literanova
data wydania: 6 czerwca 2018
liczba stron: 512

„To bzdura, że my kobiety, możemy mieć wszystko. Nigdy nie miałyśmy i nigdy nie będziemy mieć. Zawsze musimy dokonywać trudnych wyborów. Ale istnieje jakieś pocieszenie w tym, że robi się to, co się kocha.”

„Moje serce w dwóch światach” autorstwa Jojo Moyes to nowa, jeszcze ciepła bo kilka dni temu wydana powieść o losach Lou Clark. Dziewczynie znanej nam z książek „Zanim się pojawiłeś” oraz „Kiedy odszedłeś”. Przedostatnia recenzja na moim blogu była poświęcona drugiemu tomowi tej serii (znajdziecie ją tutaj) i jak wiecie moje odczucia były mieszane, a konkretnie to byłam trochę rozczarowana i zmęczona czytaniem. Tak więc, do trzeciego tomu podeszłam z dystansem, ale i ciekawością w jakim świetle tym razem autorka zaprezentuje Lou. Jakby nie patrzeć nasza główna bohaterka zaczynała nowy etap i wyruszyła do Nowego Jorku, czyli miasta bogaczy, żółtych taksówek i otwierających się przed nią nowych możliwości.
Josh ma spojrzenie zupełnie jak Will. Ten sam uśmiech, ten sam kolor włosów. Lou zaniemówiła, kiedy zobaczyła go po raz pierwszy. Czy to możliwe, że istnieje mężczyzna aż tak podobny do miłości jej życia? Miłości, która, jak się zdawało, bezpowrotnie odeszła? Nowy Jork, miasto drapaczy chmur, urokliwych restauracji, rozświetlonych alei i ludzi w ciągłym biegu. Miasto, które spełnia marzenia. Lou przyjeżdża tam, by nauczyć się nowych rzeczy. Wie, jak wiele kilometrów dzieli ją od Londynu, w którym mieszka Sam, jej nowy chłopak. Wie, że świeży związek może nie przetrwać próby odległości. Właśnie wtedy poznaje Josha. Jasne staje się, że każda decyzja, którą podejmie w kwestii swojej przyszłości, całkowicie zmieni jej życie.
Ci z was, którzy przeczytali poprzednie losy Lou wiedzą, że ostatecznie wyjechała do pracy w Nowym Jorku. W Anglii zostawiła nie tylko rodzinę, mieszkanie i przyjaciół, ale również swojego ukochanego. Dziewczyna pozbierała się po śmierci Willa na tyle, żeby zaryzykować i otworzyć się na wyzwania, jednak nie zdawała sobie sprawy z tego jak trudne decyzje przyjdzie jej podejmować, jak tysiące kilometrów rozłąki może wpłynąć na relacje z ukochanym i jak samemu można się w czasie kilku miesięcy zmienić. Sprawa robi się jeszcze ciekawsza, gdy na jej drodze pojawia się klon Willa. Czy on skradnie jej serce? A może ratownik Sam będzie tym jedynym? A może żaden z nich tak naprawdę nie da jej szczęścia. Kto wyciągnie pomocną dłoń?

„Moje serce w dwóch światach” to książka nie tyle dla kobiet co o kobietach, to one są siłą napędową, pokazują swoje możliwości, siłę, kreatywność, metamorfozy i szczęście. Bywają w ich życiu zakręty, kataklizmy, ale przez to są one bardziej prawdziwe, niezwykle barwne i charyzmatyczne. W tej książce mocną stroną są ewidentnie kobiety. To kolejna książka o zrzucaniu kokonu, zbroi poczwarki i rozwinięciu skrzydeł. Każda z tych trzech książek w jakiś sposób pokazuje jak na nasze życie mają wpływ osoby, okoliczności czy wydarzenia. Poprzedni tom to było pozbycie się żałoby, poskładanie w całość siebie po stracie, a tutaj metamorfoza idzie dalej. Jojo Moyes rzuca swojej bohaterce kłody pod nogi, które wprowadzą zamęt, przyprawią o łzy, ale ostatecznie dodadzą siły. To samo z ludźmi, których spotka na swojej drodze. Dziewczyna pozna świat pieniędzy, pseudo przyjaźni, zauroczenia, walki o cel, sekrety i ich brzemię. Autorka pokazuje też, że nie zawsze poznajemy się na ludziach z szybkością światła, ba czasem zbyt szybko kogoś ocenimy – negatywie bądź pozytywnie- a tak naprawdę potrzeba czasu i chęci, aby przekonać się jaka ta osoba jest. To właśnie relacja Lou z pewną staruszką tak mnie urzekła i nawet wywołała wzruszenie. Co tu dużo gadać, na jej życie też miała ogromny wpływ ta znajomość. O ile poprzednia część była dla mnie lekką torturą i czytało mi się ją opornie, tak ta jest dynamiczna i czyta się ją z prędkością światła. Ma w sobie barwy, emocje i ważne przesłanie. Ważne jest, aby poznać samego siebie, odkrywać nowe możliwości, robić to co się kocha i nie dać się nikomu stłamsić. Życie ma się jedno i warto być asertywnym, żeby zawalczyć o swoje życie. Żyć w zgodzie ze sobą i być otwartym na ludzi i na to co przyniesie los.

Podsumowując: zdecydowanie lepsza od poprzedniej części. Pozytywna, dynamiczna i momentami zaskakująca. To nie kolejne romansidło, nie wyciskacz łez, to zachęta do poszukiwania własnej drogi, to opowieść o przyjaźni, której nie straszna różnica pokoleń, to zamiłowanie do mody, kolorów, a dopiero w tle jest miłość, która jak wiadomo ma różne odcienie. To po prostu książka, którą warto przeczytać, szczególnie jeśli przeczytało się dwie poprzednie części.

„Mamy tyle wersji samych siebie, spośród których możemy wybierać. […] Najważniejsze, żeby nikt, kto ci towarzyszy, nie decydował, kim masz być, i nie przyszpilał cię jak motyle w gablotce. Najważniejsze to wiedzieć, że zawsze możesz znaleźć sposób, by wymyślić się na nowo.”

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki.

czwartek, 14 czerwca 2018

Larista - Melissa Darwood [RECENZJA PRZEDPREMIEROWA]


wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
data premiery: 21 czerwca 2018

„Dwa serca, jedno bicie, niech mnie odnajdzie miłość na całe życie .”

On – dziewiętnastoletni chłopak lubiący wyzwanie, adrenalinę, muzykę i swój motocykl. Ona – szara myszka spod trzynastki. Trzy lata młodsza, wzorowa uczennica z dobrego domu, która skrzycie marzy o chłopaku mieszkającym na końcu ulicy w starym, drewnianym domu po swojej babci. Tych młodych łączą przelotne spojrzenia, ciche „Cześć”, spacer w alei lipowej, pierwszy dotyk, skradziony pocałunek, ryzyko… Dzieli za to… nie ważne co, ważne jest uczucie, bo to przecież miłość, przeznaczenie...(to nie fabuła tej książki to tylko moja wyobraźnia!). Miłość na całe życie – która z nas o tym nie marzyła będąc nastolatką? Stawiam dobre piwo, że większość dziewczyn śniła o swoim księciu na białym koniu, liczyła na miłość od pierwszego wejrzenia - wiecie te motyle trzepoczące w brzuchu, a kiedy zasypiała miała przed oczami pokaz romantycznych scen. Nie każda musiała się do tego przyznawać, ale złożę się, że skrycie chciała właśnie przeżyć taką prawdziwą miłość. Jakby nie patrzeć takimi historiami o miłości raczyły nas baśnie, bajki, książki oraz filmy. Z biegiem lat zapewne obraz księcia wyblakł, a pierwsza miłość została tylko wspomnieniem i naiwną mrzonką – choć i tu zdarzają się wyjątki. Być może jest taka ONA i ON. Być może im się udało. Zazwyczaj jednak życie przesiewa przez drobne sito te miłości i nie tylko. Z dawnych lat, naiwności czy romantyzmu zostaje tylko wspomnienie, do którego można wrócić przy okazji czytania książki, czy też oglądania filmu, a i czasem znajdzie się zawieruszony w czasie list. Jedno jest pewne, każda choć przez chwilę chce poczuć się znów tamtą dziewczyną, której serce wariuje. Ja także i dlatego kolejny raz zatopiłam się w lekturze „Laristy”. Tak, to nie jest moja pierwsza przygoda z twórczością Melissy Darwood, a pierwsze spotkanie miało miejsce pięć lat temu. To nie jest również pierwsza recenzja tej powieści na moim blogu – prawdę mówiąc tamtej lepiej nie czytać.
Larysa przez całe swoje życie marzyła o miłości od pierwszego wejrzenia. I to takiej, która nigdy nie przeminie. Kiedy na swojej drodze spotyka Gabriela, tajemniczego Nieznajomego z jej sennego koszmaru, jeszcze nie wie, że całe jej życie niedługo się zmieni. Zarówno on, jak i niedawno poznany Daniel, mają plany względem dziewczyny. Jednak tylko jeden z nich ma przyjazne zamiary. Czy dziewczyna wybierze mądrze? Życie Larysy całkowicie się zmienia, kiedy pojawia się w nim Gabriel. Ten mężczyzna coś ukrywa, coś, co sprawia, że dziewczyna czuje się śledzona. Kim są tajemniczy Guardianie i Tentatorzy? Dlaczego życie Larysy jest w niebezpieczeństwie? Czy w dzisiejszych czasach jest miejsce na miłość od pierwszego wejrzenia?
„Larista”, która za kilka dni pojawi się w księgarniach po pięciu latach przeszła metamorfozę. I nie, nie chodzi tylko o okładkę i nowe wydawnictwo, a o treść. Autorka postanowiła jeszcze raz popracować nad losami bohaterów i zrobić mały lifting, a co najważniejsze postanowiła dodać punkt widzenia Gabriela, co jest znaczące dla lepszego wczucia się w fabułę. Choć już pierwsza wersja sprawiła, że moje serce zabiło szybciej to z ciekawością i sentymentem czekałam na pojawienie się tej historii w nowej odsłonie. Wiecie, tym razem nie przeżyłam szoku, że akcja dzieje się u nas, a nie w Ameryce – no bo przecież wydawało mnie się, że Melissa Darwood to nie Polka (tak, dałam się nabrać pseudonimowi) – za to pozwoliłam sobie na odświeżenie pamięci, rozkoszowanie romantyczną historią i zapoznanie z tym co w duszy gra temu tajemniczemu, seksownemu facetowi, którego kiedyś porównałam ze słynnym Edwardem i wyszło mi, że ten nasz jest o wiele lepszą wersją (łączy ich staroświeckie zachowanie, przez co obie te historie gdzieś tam się do siebie zbliżają). Nadal uważam, że jest to książka, która trafi w serce niejednej romantyczki, a może i romantyka. Do tego jest lekka i przyjemna. Fabuła zbudowana została na dobrze znanym szablonie, walki dobra ze złem, oraz miłości, która jest wręcz idealna, ale uwaga – nie jest przesłodzona, choć bywa słodko i nieracjonalnie (ale to nie jest przecież literatura faktu żeby twardo stąpać po ziemi!). Z pewnością umili leniwe wieczory i sprawi, że na te mniej więcej trzysta stron staniecie się znów osiemnastolatkami, którym szybciej zabije serce. Tak naprawdę jest to historia o przeznaczeniu, prawdziwej miłości, gorącej i romantycznej, ale także o tajemnicy, którą skrywa Gabriel. Autorka zabiera nas do niewielkiej miejscowości, do szkoły, do wędrówki po lesie, buduje swoją opowieść na prostocie, ale z każdą kolejną stroną zachęca coraz bardziej. To taka bajka dla współczesnych dziewcząt i kobiet, to wehikuł czasu, który odejmuje lat, wyostrza zmysły i bawi się naszą wyobraźnią. To książka, przy której będziecie się dobrze bawić, a dobra wiadomość jest taka, że za jakiś czas ma pojawić się kolejny tom. Tak sobie myślę, że jeszcze kiedyś dam się porwać tej historii, bo chcę sobie przypomnieć to, o czym znów mogę zapomnieć biegając po meandrach codzienności.

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki

wtorek, 5 czerwca 2018

Kiedy odszedłeś - Jojo Moyes


cykl: Lou Clark (tom 2) 
wydawnictwo: Znak Literanova
data wydania: 6 czerwca 2016
liczba stron: 496

„Trzeba żyć. Angażować się we wszystko i starać się nie myśleć o siniakach.”

Muszę przyznać, że Jojo Moyes ma talent do trafnych cytatów, na które warto zwrócić uwagę. Ten powyższy idealnie pokazuje jak powinno się żyć, jak z tego życia czerpać to co nam oferuje, bo przecież nigdy nie wiadomo co nas jutro może spotkać. Jednak nie wszystkim to przychodzi tak łatwo jak brzmi to w teorii, szczególnie po traumatycznych przeżyciach, takich choćby jak śmierć bliskiej nam osoby. Autorka idealnie obrazuje to w swojej kolejnej powieści „Kiedy odszedłeś”.
Nie myśl o mnie za często… Po prostu żyj dobrze. Po prostu żyj. Tyle że Lou nie ma pojęcia, jak to zrobić. I trudno jej się dziwić.
Jojo Moyes podbiła serca czytelników powieścią „Zanim się pojawiłeś” i przyznaje od razu, że moje serce ta powieść również skradła. Czytałam ją kilka lat temu i do dziś pamiętam z jaką łapczywością pochłaniałam kolejne strony by na końcu zużyć paczkę chusteczek (recenzje znajdziecie tutaj). Autorka niewątpliwie ma dar do snucia wciągających historii, które zapadają w pamięci o czym przekonałam się również podczas lektury „Razem będzie lepiej” (recenzja tutaj). Nie tylko ja cenię sobie lekkie pióro autorki, humor, barwne postacie czy też wciągające losy bohaterów, co zresztą widać po ilości sprzedawanych książek i liczbie fanów, która stale się powiększa.

„Znacznie łatwiej jest tkwić w swojej dołującej robocie i na nią narzekać. Znacznie łatwiej jest nie ruszać się z miejsca, nic nie ryzykować i zachowywać się tak, jakbyś nie mogła nic poradzić na to, co ci się przydarza. […] Twoje życie jest w twoich rękach, Lou. A ty zachowujesz się tak, jakbyś wiecznie zmagała się z wydarzeniami, na które nie masz żadnego wpływu.”

„Kiedy odszedłeś” to opowieść o dziewczynie, która próbuje pozbierać się po śmierci ukochanego. Co samo w sobie nie jest łatwe, a obietnica, którą mu złożyła dodatkowo ciąży na jej barkach. Jej życie przypomina wegetacje, w środku czuje pustkę, a codzienność przestała mieć jakiekolwiek jaskrawe barwy. Spokojnie można porównać ją do larwy, która musi przejść wreszcie proces przepoczwarczenia, aby mogła żyć jak dawniej, a może i lepiej. To historia o zmianach, nowych początkach i żałobie, którą w końcu za sobą zostawiamy by iść dalej przez życie. Tak naprawdę to opowieść o Lou, która towarzyszyła Willowi do ostatniego oddechu. Dziewczynie, która boi się zaangażować. Zrobić prawdziwy krok nie myśląc o siniakach. Jednak los sprowadza na jej dach pewną dziewczynę, która wywróci wszystko do góry nogami. Pojawia się z przytupem co nasza bohaterka poczuje w kościach i to dosłownie. To jest pierwszy impuls, który sprawi, że w jej życiu coś się zacznie się dziać. Nie będzie może lekko i wiele decyzji będzie musiała podjąć, jednak zawalczy o życie i jak zwykle będzie chciała kogoś „ocalić”

„Zanim się pojawiłeś” to książka, która mnie znokautowała, to jedna z lepszych książek jakie miałam okazje czytać. Poruszała temat tabu, który wywołuje kontrowersje i towarzyszy mu cała paleta emocji. Autorka stworzyła opowieść, która sama w sobie była jedną wielką emocją oraz trzymała w napięciu i pochłaniała z każdą kolejną stroną. Byłam pewna, że kontynuacja losów Lou znajdzie się na mojej półce i znalazła zaraz po premierze. Tylko nie mogłam się przełamać, żeby zacząć czytać. To trochę przez opinie innych czytelników, którzy twierdzili, że ta część nie jest tak dobra jak poprzednia. Tak więc, postanowiłam do niej dojrzeć i tak sobie czekała do teraz. Zaraz w księgarniach pojawi się już trzecia powieść z udziałem Lou i nadszedł, czas aby nadrobić zaległości. Zaległości nadrobione, ale powiem wam, że męczyłam się dość mocno przy czytaniu tej książki. Autorka nadal ma swój styl, ale czytanie szło mi opornie, nad fabuła unosiły się ciężkie ołowiane chmury, które przytłaczały nie tylko główną bohaterkę, ale i mnie. Lou walczyła z żałobą, ja walczyłam ze sobą, żeby tę książką w ogóle skończyć. Akcja była powolna, można powiedzieć, że za dużo to się nie działo, a już na pewno przez ¾ książki, na szczęście później było już ciekawiej i przyjemniej. Być może czytelnik miał odczuć jak czuje się Lou, jednak utrudniało to czytanie. Nie zmienia to jednak faktu, że książka ma ważne przesłanie, pokazuje, że warto otworzyć się na nowe doświadczenia, na to co przynosi los i iść na przód. Czytelnik jest świadkiem przemiany głównej bohaterki, a także innych postaci, które również borykają się ze stratą kogoś bliskiego. Właśnie zabieram się za trzecią część „Moje serce w dwóch światach” i mam nadzieję, że tutaj nie spotkają mnie czytelnicze tortury i całość połknę o wiele szybciej.

sobota, 12 maja 2018

Nora - Katarzyna Puzyńska


cykl: Lipowo (tom 9)
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 17 kwietnia 2018
liczba stron: 816

O przeczytaniu tej książki zadecydował za mnie los, tak metaforycznie rzez jasna, bo tak całkiem przyziemnie to stoi za tym człowiek. Tak czy siak ja tej powieści wcale nie zamierzałam czytać i to nie dlatego, że nie lubię tego gatunku, autorki czy też przerażała mnie objętość, bo nawet nie wiedziałam, że to takie grube tomisko. Stop. Ale! Może od początku i do rzeczy. Katarzynę Puzyńską, a konkretnie jej książki kojarzę, kilkakrotnie miałam okazję sięgnąć po jej twórczość, ale jakoś nigdy się za to nie zabrałam. Nie pytajcie dlaczego po prostu nie wiem. Gdy dostałam propozycję, żeby przeczytać „Norę” nawet bym się zgodziła, gdyby nie to, że zdążyłam przeczytać, że jest to dziewiąty tom. To mnie skutecznie zniechęciło. Zdarzyło mi się w swojej czytelniczej karierze przeczytać coś ze środka serii i powiem szczerze nie bardzo miałam ochotę na powtórkę. No bo jak to tak być do tyłu z tym co wydarzyło się wcześniej?! Aż tu pewnego dnia dotarła do mnie przesyłka i jakież było moje zdziwienie, że to właśnie „Nora” z dodatkiem w postaci tajemniczej maski. No to sobie teraz wyobraźcie jak moja ciekawość rośnie. Oczywiście od razu, gdy tylko miałam wolną chwilę, zabrałam się za czytanie.
Berenika jest zbuntowana i lubi chadzać własnymi ścieżkami. Po raz kolejny znika z domu. Jednak tym razem wszystko wydaje się być nie tak, jak zazwyczaj. Co gorsza w sprawę zaangażowany jest ojciec jednego z policjantów. Tymczasem w odległym o kilkadziesiąt kilometrów szpitalu psychiatrycznym zostaje zabita pacjentka. Na kilka godzin przed śmiercią wysyła enigmatyczną wiadomość z prośbą o pomoc. Czyżby wiedziała, że ktoś targnie się na jej życie? Jaki ma z tym wszystkim związek brutalnie okaleczone ciało odnalezione obok niedziałającej już dawno karuzeli? Co kryje studnia w zagajniku wśród pól? Czy aspirant Daniel Podgórski uporządkuje wreszcie swoje życie prywatne i zdoła powstrzymać mordercę zanim zginie ktoś jeszcze?
Tajemnicze zniknięcie młodej dziewczyny, trup za trupem, szerokie grono podejrzanych, a do tego zbrodnia sprzed dwudziestu lat. Już samo to brzmi obiecująco. Wiemy, że coś się dzieje, a to dobrze dla szarych komórek, nie tylko policji, ale także czytelnika. Jednak czytając „Norę” dostajemy więcej. Mamy tutaj wielowątkową opowieść, barwne postacie, które żyją własnym życiem, nie są tylko szkicem na papierze, mają wyraziste portrety psychologiczne, do tego warto wspomnieć o nietuzinkowej narracji, która sprawia, że czytanie staje się czystą frajdą. Kolejnym atutem tej książki, ale także podobno charakterystyczne jest to w stylu autorki, że świetnie łączy wątki obyczajowe z kryminalnymi, dzięki czemu każdy znajdzie coś dla siebie i nie ma mowy o nudzie. No właśnie, jeśli już mowa o bohaterach… rzadko się zdarza, żebym ot tak zapałała sympatią do jakiegokolwiek bohatera, a tutaj proszę… Od początku polubiłam Klementynę Kopp i im dalej zagłębiałam się w fabułę tym bardziej babkę lubiłam. Kurczę ja ją uwielbiam!

-(...) Czasem warto powalczyć o uczucia. Nawet jeśli to oznacza, że ryzykujesz, że się zbłaźnisz albo poczujesz się zraniona. W przeciwnym razie skończysz jak ja. (...)
-Pomarszczona i wydziarana? - próbowała chyba żartować Strzałkowska.
-Samotna.

Lubicie tajemnice? Sekrety, które powoli wychodzą na jaw wraz z prawdziwym obliczem bohaterów? Ja lubię. Tak samo jak napięcie, które autor potrafi stworzyć, by zaciekawić czytelnika jeszcze bardziej i nie podać na tacy za dużo. Katarzyna Puzyńska jest w tym mistrzynią. Wyobraźcie sobie, że ta książka ma ponad osiemset stron, a czyta się ją błyskawicznie (mi przeczytanie trochę zajęło, ale to z braku czasu na czytanie, ale jeśli ktoś ma czas to pójdzie mu to szybciej), a fabuła wciąga jak gąbka wodę. Książka została podzielona na akty i sceny, a także antrakt, teraźniejszość miesza się z przeszłością.

„Nora” to moje pierwsze spotkanie z twórczością i stylem pisarskim Katarzyny Puzyńskiej, więc nie mogę porównać tej historii z innymi. Nie mogę też powiedzieć, że wylądowałam na dobrze znanym terenie z bohaterami, których znam, bo tak nie jest. To dla mnie nowość, niby dziewiąty tom, a jakby pierwszy. Prawdę mówiąc nie przeszkadza to w niczym, a więc myliłam się, myśląc, że przeczytanie tej historii byłoby stratą czasu. Teraz już wiem, że marnowałam swój cenny czas nie czytając nigdy książek tej autorki, a „Nora” otworzyła mi oczy i narobiła mi apetytu na więcej. Tak więc, ja w przeciwieństwie do stałych czytelników powieści Puzyńskiej pojadę od końca do początku, ale i tak z czasem będę na bieżąco ze wszystkimi wydarzeniami. Jeśli jeszcze ktoś, kto tak jak ja, nie czytał to śmiało może zacząć nawet i od końca, choć myślę, że obojętnie, który tytuł by się wybrało i tak człowiek nie czułby się jakiś zagubiony. Nie pozostaje mi na koniec nic innego jak tylko podziękować, tej osobie, która zaadresowała przesyłkę na mój adres, gdyby nie ona, to nadal pewnie nie zdecydowałabym się na czytanie książek Puzyńskiej, a to byłby ogromny błąd. Moja biblioteczka powiększy się o kolejną imponującą serię.

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki

wtorek, 8 maja 2018

Apostrof. Międzynarodowy Festiwal Literatury - pełny program



Apostrof. Międzynarodowy Festiwal Literatury ogłasza pełny program

W maju dzięki Apostrofowi cała Polska będzie żyć literaturą. Siedem dni, siedem miast, dziesiątki spotkań i dyskusji, premiery oczekiwanych książek, teatr improwizowany oraz najlepsze literackie brzmienia podczas koncertów. Oprócz najważniejszych polskich twórców, na Międzynarodowym Festiwalu Literatury pojawią się autorzy z wielu zakątków świata. Literacko festiwal skupi się na tłumaczeniu, ideowo na naturze, a kulinarnie na trendzie zero waste. Znamy już pełny program wydarzenia, które odbędzie się w dniach 14-20 maja w siedmiu miastach Polski. Festiwal organizowany przez Empik to prawdziwa uczta dla miłośników literatury.


Pełny program:

wtorek, 1 maja 2018

Wszystkie dziewczyny Wertera - Jakub Łaszkiewicz


wydawnictwo: Wydawnictwo WasPos
data wydania: 8 marca 2018
liczba stron: 184

Książka, nad którą dzisiaj będę się rozwodzić jest dla mnie totalnym zaskoczeniem i nie będę owijać w bawełnę tylko na wstępie to zaznaczę. Nie spodziewałam się takiego poziomu literackiego po szesnastolatku, mowa oczywiście o Jakubie Łaszkiewiczu, który ma już na swoim koncie dwie powieści (Serio? Ja mam „trochę” więcej na karku latek, a nie napisałam ani jednej! Odkładam to wiecznie na potem…). Pisząc o wybitności jego talentu pisarskiego nie będę go mierzyła skalą jaką mierzy się klasyków czy też wybitnych sław literatury, chodzi mi bardziej o przedział debiutantów i to w tak młodym wieku.
Jak to jest z tymi dziewczynami? Czy Kazik Staszewski miał rację, śpiewając, że “to nic więcej jak tylko kłopoty”?  Czy warto zadzierać z miejscowymi dresiarzami? Czy matematyka jest tak niezbędna do życia, jak wszyscy twierdzą? Tomek, uczeń liceum, na własnej skórze przekonuje się, że życie z kobietami nie jest łatwe. Zwłaszcza jeśli na horyzoncie pojawia się ideał, który może być znakomitą odskocznią od zaborczej i zadufanej w sobie drugiej połówki. Idealna książka dla wszystkich, którzy cenią sobie poczucie humoru, mają dystans do siebie oraz chcą się dowiedzieć, jak NIE postępować z kobietami… i są ciekawi, jakie zastosowania może mieć kostium Batmana.
Macie siedemnaście lat, chodzicie do liceum, macie dziewczynę, fajnych znajomych i kilka pał z matmy. Pewnego dnia paradujecie po mieście w przebraniu Batmana, później poznajecie świetną laskę i świat staje na głowie. Z matmą gorzej, dziewczyna coraz bardziej problemowa, nowa panna intryguje, a w domu pojawia się babcia, jakby i bez niej było różowo. Życie nastolatka jak wiadomo łatwe nie jest… Młody chłopak, nasz główny bohater musi ogarnąć swój prywatny armagedon, a przy okazji nie zanudzić czytelnika.

„Wszystkie dziewczyny Wertera” to książka, którą powinnam przeczytać jakieś trzynaście lat temu. Niestety, w tamtym czasie autor miał dopiero trzy latka, więc nie był wstanie oświecić mnie w temacie funkcjonowania psychiki młodego chłopaka i jej wpływu na zachowanie przeciętnego nastolatka. Serio, ta książka mogłaby być swojego rodzaju poradnikiem zarówno dla płci męskiej jak i żeńskiej. Jedni mogli by czerpać wiedzę jak postępować z młodymi kobietami, a one mogłyby z kolei mieć ściągę co takiemu jeszcze nie mężczyźnie siedzi w głowie. Jakby nie patrzeć i jedni i drugie mają się za dojrzalszych niż są w rzeczywistości, co prawda ja już dawno do szkoły nie chodzę i do grona młodych gniewnych się nie zaliczam, ale myślę, że aż tak wiele się nie zmieniło. Swoją drogą ta książka idealnie nakreśla czasy szkolne i można sobie to i owo przypomnieć, choćby strach przed lekcją matematyki. Oczywiście nie o samej szkole będzie mowa. Mamy dawkę nastoletnich związków, a jak wiadomo te bywają skomplikowane, szybko się zaczynają, a potrafią skończyć jeszcze szybciej. Spora dawka koleżeństwa i zachowania ówczesnej młodzieży. Perypetie współczesnego Wertera zostały opisane lekko, przyjemnie i z humorem. Ze stylu autora przebija się dystans, młodzieńcza krew, dowcip, ironia, ale także cięższy kaliber tematyczny się tutaj znajdzie. Płynnie przeskakujemy z akcji na akcję, nie wieje nudą i przyznam, że chwilami autor może nawet zaskoczyć dynamiką w rozkręcającej się fabule. Jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona i dostałam więcej niż oczekiwałam, od tak młodego autora. Ma on do przekazania to i owo, myślę, że zarówno czytelnikom jego pokolenia jak i tym starszym. Im dalej w las tym bawiłam się lepiej i nie mogłam się oderwać od lektury. Wiecie co? Chętnie przeczytałabym ciąg dalszy! Częściej chciałabym być tak zaskakiwana przez autorów.

Podsumowując: „Wszystkie dziewczyny Wertera” to cieniutka książeczka, która przywróci wam młodość i czasy szkolne. Poczujecie smak pierwszych miłości, zazdrości, koleżeństwa, strachu przed kolejną pałą z matmy. Będą momenty, gdzie naprawdę parskniecie śmiechem albo zdziwi to do czego zdolna jest dzisiejsza młodzież. To lektura idealna żeby się zrelaksować. Na koniec powiem tylko tyle, chłopak ma talent i jeśli będzie go rozwijał, to niejeden raz może nas w przyszłości zaskoczyć.

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Czas mumii, czyli serce w bandażach - Ezra Fox, Alex Falcone


wydawnictwo: dziwny pomysł
tytuł oryginału: Unwrap My Heart: or It's Time For Mummies
data wydania: 21 kwietnia 2018
liczba stron: 164

Były wampiry, wilkołaki, upadłe anioły, a teraz nadszedł czas na… MUMIĘ! Skoro można zakochać się w wymienionych wcześniej istotach, to dlaczego by nie w gościu w bandażach? Facet zamiast oczu ma czarne dziury, żwawym krokiem raczej nie podąża, a jeśli już to szura nogami, zapach ma egzotyczny, wygląda jak hipster i jeździ niezłym wozem. W sumie dobre auto nie jest złe, szczególnie gdy ma się swoje lata i o energicznym kroku mowy nie ma. Jak wiadomo o gustach i guścikach się nie dyskutuje, serce nie sługa, a i trzeba być tolerancyjnym. W literaturze mnie już nie zdziwi nic, w końcu od tego ona jest, żeby naszą wyobraźnię pobudzać w każdy możliwy sposób. Tym bardziej jeśli mowa o miłości nastolatek do wszelkich bytów przybierających seksowną postać. Nastolatką to ja już dawno nie jestem, ale od zawsze ciągnęło mnie w stronę chociażby wampirów, więc gdy dostałam propozycję zapoznania się bliżej z mumią, to nie mogłam nie skorzystać. Tak więc, w moje ręce trafił „Czas mumii czyli serce w bandażach”, cieniutka książeczka, której przeczytanie nie zajmuje dużo czasu.
Sofia jest zwyczajną licealistką, która martwi się o zadania domowe i opinię innych uczniów, kiedy pojawia się ON: szalenie przystojny nowy uczeń, skryty za warstwą rozkładających się bandaży, wpatrujący się w nią pustymi oczodołami. Sofia bierze go za zwykłego hipstera, ale może ten zagadkowy nieznajomy skrywa coś więcej?Tak. On jest mumią. Naprawdę nie trzymamy tego w tajemnicy. Okazuje się, że to mumia. To książka o dziewczynie, która zakochuje się w mumii.
„Czas mumii...” to książka, która swoim tytułem wskazuje od razu kierunek, w którym fabuła będzie podążać. Jednak to nie takie zwyczajne romansidło dla nastolatek, to bardziej parodia tego co jest nam już znane z tego typu książek. Autorzy, Alex Falcone i Ezra Fox to komicy, więc strategia jaką obrali pisząc tę książkę nie dziwi. Ma być na luzie, na wesoło, trochę prześmiewczo, a najlepiej podejść do niej z dystansem. Co można w niej znaleźć prócz wątku miłosnego z żywym trupem? Oczywiście nie może zabraknąć nieodwzajemnionej miłości, nastolatki wychowywanej przez jednego rodzica oraz czarnego charakteru, który chce opanować świat. Zapomniałabym o tajemnicy jaką skrywa matka naszej głównej bohaterki. Serio nic co byłoby jakieś nowe, aczkolwiek na parodię może się nadać. Będę z wami szczera, najsłabszym ogniwem tej książki jest narracja, czyli to co Sofia ma nam do powiedzenia. Mało, który bohater książki potrafił mnie zniechęcić do siebie tak jak ta dziewczyna. Jej spojrzenie na różne sytuacje było wręcz żałosne, gdybym czytała na głos chyba tekst zgrzytałby mi między zębami. Dawno nie czytałam takiego bełkotu. Na początku próbowałam przełknąć ślinę i zaakceptować fakt, że w końcu to ma być takie „głupiutkie”, jednak po dłuższej chwili traciłam ochotę na znajomość z tą dziewczyną. Nie rzuciłam jej w kąt tylko dlatego, że staram się zawsze czytać do końca, być może gdzieś coś mnie jeszcze zaskoczy, tutaj nie zaskoczyło mnie nic. Poza narracją, pomysł na fabułę jest naprawdę dobry i byłam ciekawa jak rozwinie się sytuacja. I teraz pytanie: czy ja mam coś nie tak z poczuciem humoru, czy to tamtejsi komicy robią to w dziwny sposób? Jaka by nie była odpowiedź to wiem, że drugi raz z Sofią się „nie dogadam”. Nie znaczy to, że wy będziecie mieć z nią ten sam problem co ja. A może problem leży w samym gatunku i lepiej idzie czytanie mi oryginalnych choć mdlących od nastoletniej miłości po grób (hola hola, jaki grób, tam zazwyczaj żyje się wiecznie!) historii niż tych subtelnych i krótkich parodii. Jeśli lubicie tego typu książki to warto spróbować, być może będziecie czerpać więcej przyjemności z czytania, bo może wam narracja Sofii nie będzie przeszkadzać. Ja jestem trochę rozczarowana, bo naprawdę miałam ogromną ochotę na tę książkę, na parodie tego co czytałam będąc nastolatką i byłoby przyjemnie, gdyby nie ten minus, o którym wspomniałam. Plusem jest natomiast wydanie, prosto, ale z klasą i charakterem.

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki