czwartek, 10 sierpnia 2017

Światło, które utraciliśmy - Jill Santopolo

wydawnictwo: Otwarte
data wydania: 5 lipca 2017
liczba stron: 304

„To właśnie miłość. Sprawia, że człowiek czuje się nieskończony i niezwyciężony, jakby cały świat stanął przed nim otworem. Niestraszne mu żadne przeszkody, a każdy dzień jest pełen cudów. Może dzieje się tak wtedy, kiedy otwieramy się na innych i wpuszczamy ich do naszego wnętrza. A może głęboka troska o ukochaną osobę sprawia, że serce się rozrasta.”

„Światło, które utraciliśmy” autorstwa Jill Santopolo kusi od samego początku okładką, która jest ciepła, urocza, pełna uczucia i obiecująca wyjątkową historię, szczególnie w połączeniu z opisem i pozytywnymi opiniami, które możemy o niej przeczytać. Jest to książka, która faktycznie zbiera dobre noty, dlatego grzechem byłoby wręcz nie skorzystać z okazji i jej nie przeczytać. Ja takich grzechów staram się nie popełniać, więc długo na mojej półce nie czekała.
Nauczyłeś mnie, że zawsze trzeba szukać piękna. W ciemności, w ruinach potrafiłeś odnaleźć światło. Nie wiem, jakie piękno i jakie światło teraz odnajdę. Ale spróbuję. Zrobię to dla ciebie. Bo wiem, że ty zrobiłbyś dla mnie to samo. Lucy i Gabe poznali się 11 września 2001 roku. Gdy wieże WTC runęły, a pył przykrył Nowy Jork, zrozumieli, że życie jest zbyt kruche, by przeżyć je bez pasji i emocji. I zbyt krótkie, by nie być razem. Wkrótce jednak Gabe postanawia przyjąć pracę reportera na Bliskim Wschodzie i wtedy wszystko się zmienia. Lucy dowiaduje się o jego decyzji w dniu, w którym produkowany przez nią program telewizyjny zdobywa nagrodę Emmy. Dzień jej triumfu staje się też dniem, w którym coś nieodwracalnie się kończy. W kolejnych latach Lucy będzie musiała podjąć niejedną rozdzierającą serce decyzję. Czy pierwsza miłość okaże się też ostatnią?
„Niekiedy podejmujemy decyzje, które wydają się nam słuszne, ale później, z perspektywy czasu, uznajemy je za błędne. Inne nawet po wielu latach wciąż uważamy za trafne.”

Jill Santopolo stworzyła historię dwojga bohaterów, których więź narodziła się wraz z upadkiem wież WTC. Połączyło ich uczucie niezwykłe. Miłość, jak wiadomo wpleciona bywa w zbrodnie, przyjaźń, codzienność, a także każdy z etapów życia człowieka. Może przypominać pożar, stabilny ogień w palenisku, fajerwerki, zimne ognie...może dawać rozkosz, ale i sprawiać ból. Każdy o niej marzy… Każdego dnia ocieramy się o miłość ludzi których mijamy, czytamy o niej w książkach, oglądamy w filmach, a także dostajemy w różnych formach od bliskich nam osób. Jednak chyba każdy z nas chciałby doznać takiej prawdziwej, pełnej pasji, namiętności, sprawiającej, że jesteśmy szczęśliwi choć przez chwilę. Takie uczucie zdarzyło się naszym bohaterom. Dzięki nim możemy dostrzec jak ważne w naszym życiu jest to uczucie. Tak naprawdę ono stanowi fundament naszej egzystencji, daje siłę napędową do walki z przeciwnościami losu.

Narratorką tej historii jest Lucy. Snuje opowieść dla Gabe’a, monolog, w którym padają pytania bez odpowiedzi. Utrwalane zostają wspomnienia, padają wyjaśnienia i tworzy się niesamowicie klimatyczna powieść.

O miłości można napisać dużo i w różny sposób. Można to zrobić na przykład tak jak zrobiła to Jill Santopol. W sposób przykuwający uwagę, a zarazem lekki i nie banalny. Ta książka to hołd złożony miłości, nie zawsze idealnej i łatwej, ale takiej, która trwa mimo upływu lat i która potrafi spalać oraz dać poczucie nieskończoności. Wiecie takiej, która rozdziera serce, ale gdzieś tam trwa ukryta w jednym z kawałków. Przetrwa mimo przeciwności losu, wytrzyma nasze wybory, nawet te nie zawsze słuszne, bądź te słuszne i trudne.„Światło, które utraciliśmy” to pouczająca lekcja o miłości i jej sile. Poznamy jej odcienie, smaki, zapachy… Nie jest to jakieś tam romansidło, które przyprawia o motylki w brzuchu i sprawia, że amorki zaczynają krążyć nad naszą głową z mini łukami. To opowieść o konsekwencjach wyborów, których dokonaliśmy, o cenie jaką przychodzi człowiekowi zapłacić za podążanie wymarzoną ścieżką. To także posmak odpowiedzialności, zaufania, bądź jego braku. Codzienności pełnej wyzwań, niebezpieczeństw i cieni, które chowają się w człowieku przez kilka lat. Historia, która stworzyła autorka jest warta zapamiętania i myślę, że na jakiś czas na pewno pozostanie w mojej pamięci. Jest wzruszająca, ciepła, szczera i niełatwa. Dodaje jednak nadziei i otuchy, a zakończenie jest naprawdę wzruszające. Ta książka jest naprawdę warta przeczytania, szczególnie jeśli chcecie poznać różne odcienie miłości.

„Patrzymy na świat przez pryzmat naszych pragnień, żalów, nadziei i lęków.”

sobota, 5 sierpnia 2017

Miasteczko kłamców - Megan Miranda


wydawnictwo: Znak
data wydania: 19 lipca 2017
liczba stron: 400

„Czas potrafi się wić i pokazywać różne rzeczy, jeśli mu na to pozwolisz. Może właśnie w ten sposób Cooley Ridge próbowało mi coś pokazać. Czas próbował mi coś wyjaśnić.”

Friedrich Nietzsche napisał kiedyś, że „Człowiek (…) nie umie nauczyć się zapominania i wciąż ogląda się na przeszłość: choćby podążał najdalej i najszybciej, łańcuch podąża wraz z nim”. Przez kilka ostatnich dni, kiedy tylko miałam okazję, czyli chwile wolnego w pędzie zwanym macierzyństwem, siadałam i czytałam „Miasteczko kłamców” autorstwa Megan Mirandy. W jej powieści bardzo wyraźnie widać ciągnącą się za człowiekiem przeszłość. Ten łańcuch dzwoni przy każdym ruchu. Nie można się oderwać i w konsekwencji człowiek zawsze wraca. Nie ważne ile czasu upłynie, czy rok, dwa, a nawet dziesięć, człowiek i tak zerknie przez ramię w przeszłość. ”Miasteczko kłamców” jest debiutem literackim Megan Mirandy. To thriller, którego misterna fabuła oceniana jest dość wysoko. I faktycznie opis zachęca, okładka pobudza wyobraźnię i współgra z tym co przeczytaliśmy na odwrocie książki, a teksty typu : „Ten thriller to test dla Twojego umysłu…” tylko jeszcze bardziej pobudzają apetyt. Chwyt reklamowy dla zmysłów czytelnika spełnia swoją rolę. Jak to jest z tą trzymającą w napięciu do końca fabułą?
Byliśmy miasteczkiem pełnym strachu.  Ale byliśmy również miasteczkiem pełnym kłamców. Przed dziesięcioma laty, kiedy zaginęła jej najlepsza przyjaciółka, Nicolette wyjechała z Cooley Ridge. W rodzinnym miasteczku pozostawiła bliskich, ukochanego z liceum i mroczną tajemnicę. Kiedy wydaje jej się, że cały tamten świat ma już za sobą dostaje list: „Muszę z tobą porozmawiać. Ta dziewczyna. Widziałem tę dziewczynę”. Tyle wystarczy, by wróciła do domu. Wkrótce po jej przyjeździe do miasteczka znika bez śladu kolejna dziewczyna. Ostatni raz widziano ją, kiedy wchodziła do lasu, tego samego, który Nicolette zna od dziecka. Tajemnica z przeszłości wraca ze zdwojoną siłą, nakręcając spiralę strachu i oskarżeń. Atmosfera w Cooley Ridge się zagęszcza, podejrzani są wszyscy, choć każdy ma alibi. Czy kłamstwa wystarczą, by ukryć tajemnice?
Cooley Ridge miasteczko otoczone lasem, gdzie wszyscy dobrze się znają. Pełne tajemnic, które żyją podsycane przez domysły i plotki. Tu się niczego nie zapomina, tu się wraca...Tak też zrobiła nasza główna bohaterka. Wróciła, aby pomóc przy sprzedaży domu, jednak to był początek walki z przeszłością, pamięcią i nowymi okolicznościami. Akcja ruszyła niczym szalona rundka na rollercoasterze, który raz na jakiś czas pojawia się w miasteczku. Nico musi odkopać z meandrów pamięci to, co głęboko zakopała i przed czym próbowała uciec. Stawić czoła prawdzie, która kryje się tuż obok, za zasłoną z iluzji i kłamstw. Czeka ją jeszcze jedno, wyzwanie (czyli coś, co lubi) odkrywanie wewnętrznych warstw otaczających ją ludzi i swoich własnych. Cooley Ridge to miasteczko, w którym mieszka niejeden kłamca. To miejsce, w którym na posterunku leży metaforyczne pudełko pełne poszlak, które oblepione kłamstwami, zaprowadzą ich w końcu do prawdy, a w tym i nas czytelników.

„Ludzie są jak ruskie matrioszki – na zewnątrz widać tylko najnowszą wersję, a wszystkie pozostałe nadal żyją w środku, nie zmienione, tyle że już poza zasięgiem wzroku.”

„Miasteczko kłamców” to trzyczęściowy thriller, a każda część rozpoczyna się cytatami związanymi ze zrozumieniem życia. Przez zaglądanie do przeszłości, która i tak gdzieś tam nas w swoich szponach trzyma. Analiza tego co było pozwoli iść naprzód. Każdy z tych trzech cytatów pasuje idealnie do fabuły. Fabuły, która rzeczywiście jest wciągająca, zagadkowa i rozstrzygająca dopiero pod koniec. Bywa mroczno. Czasami odnosimy wrażenie, że nasz umysł pracuje jakoś inaczej, niby normalnie,a jednak coś tu nie gra. Otacza nas mgła faktów i poszczególnych fragmentów tej układanki. Tym bardziej, że przez większość czasu czytelnik poznaje prawdę, ale nie podążając naprzód a wstecz. Dni w kalendarzu się cofają, a my musimy przestawić się na odpowiedni tryb. To na początku trochę mąci w głowie, jednak fajnie skleja fakty. Ciekawy zabieg, który pozawala nam poznać wydarzenia poszczególnych dni pędząc do przodu, czyli jesteśmy na wydarzeniach dzisiejszych, a wiemy co wydarzyło się jutro i pojutrze i jeszcze kilka dalej. Jednak nie wiemy co było wcześniej. Poznajemy wydarzenia od tyłu. Początek jest rozwikłaniem części naszej zagadki. Narratorem w tej historii jest Nicolette. My zaś obserwujemy to, co się z nią dzieje, w jakim jest stanie psychicznym bądź emocjonalnym. Ona rzuca nam fragmenty puzzli, a my grzecznie je składamy. Całość naprawdę jest wciągająca. Bywa zaskakująca.
„Miasteczko kłamców” nie rozczarowuje absolutnie. Jest to thriller na wysokim poziomie, który ma swój klimat, a czytelnika wsysa w atmosferę tajemniczości, kłamstw, poszlak i pytań o to, kto za tym wszystkim stoi. Po przeczytaniu tej książki, nie dziwią mnie wysokie noty czytelników.

„Czas jest tylko czymś, co sami stworzyliśmy. Miarą odległości. Narzędziem zrozumienia. Sposobem wyjaśnienia rzeczywistości. Może docierać w dowolne miejsca i pokazywać ci różne rzeczy, jeśli mu pozwolisz. Pozwól mu.”

piątek, 28 lipca 2017

Zimowe Panny - Cristina Sánchez-Andrade


wydawnictwo: Muza
data wydania: 24 lutego 2016
liczba stron: 320

„Twój kraj – mówią – oznacza, że nie jesteś sam, gdyż czujesz, że w drzewach, deszczu i ziemi jest coś z ciebie, coś podobnego do krwi, i to, choćbyś nawet wyjechał, czeka na ciebie.”

Ja poszłabym ciut inną drogą i uprościła trochę sprawę. Wymazałabym gumką „kraj”, a wpisała „miejsce, w którym się wychowałeś”. Kraj to takie górnolotne określenie. Nikt z nas całego kraju nie zna, nie w każdym miejscu czuje się dobrze i nie z każdym zakątkiem łączą go przecież więzi. A takie miasteczko czy wioska, gdzie przeżyliśmy tysiące emocji, gdzie to i owo nas spotkało jest gdzieś tam w nas głęboko odkryte. Wtedy i w owych drzewach jest coś z nas i ten deszcz pachnie tam dziwnie znajomo, ziemia jest bardziej plastyczna i bardziej „przytulna” naszym stopom. Takie miejsce na ziemi to skarb, jednak nie zawsze powrót do niego jest w pełni dobry. Bywa i tak, że w pewien sposób jest on przystankiem przed tym co niesie przyszłość i oczyszczeniem przed tym co było gdzieś tam w miejscu X. O takim powrocie do miejsca z czasów dzieciństwa, do dobrze znanego otoczenia, które ma być punktem zwrotnym przeczytacie w książce, którą miałam okazję czytać przez ostatnie dni. „Zimowe Panny” autorstwa Cristiny Sanchez – Andrade , bo to o nich mowa, zabiorą Was do galicyjskiej wioski, w której z pewnością będą działy się dziwne rzeczy.
W małej galicyjskiej wiosce zjawiają się po latach nieobecności dwie siostry, Saladina i Dolores. Zamieszkują w domu dziadka don Reinalda, z którego musiały uciekać jako małe dziewczynki. Ich powrót kładzie się cieniem na spokojnej egzystencji lokalnej społeczności. Po latach wracają wspomnienia o dziadku kobiet, a przede wszystkim o tajemniczych umowach, które spisał ze wszystkimi mieszkańcami. Zobowiązali się w nich za opłatą oddać don Reinaldowi swoje mózgi do badań naukowych. Z chwilą powrotu sióstr każdy z mieszkańców chce unieważnić swoją umowę. I ksiądz, nieokiełznany żarłok, i samozwańczy nauczyciel, i technik dentystyczny wstawiający zęby wyekstraktowane uprzednio zmarłym, i starucha, która codziennie wzywa księdza bo nadeszła właśnie jej godzina. Zanim Saladina i Dolores dowiedzą się, jaki jest powód nieufności sąsiadów, zajmują się gospodarstwem, krawiectwem, marzeniami o karierze aktorskiej i własnymi tajemnicami.
„Choćbyś nie wiem jak daleko pojechała, choćbyś nie wiem jak bardzo starała się szukać, życie jest, jakie jest. Takie, jakie przeżywasz je w tej chwili. Jakie masz w środku.”

Dwie kobiety. Dwie siostry. Jeszcze nie staruszki, ale też nie młodziutkie gąski. Skrajnie od siebie różne. Ładna i ta brzydka. Starsza i młodsza. Sierotki na emigracji. Starsza była chuda i koścista, bez cienia łagodności, zamknięta w swoim świecie i rutynie codziennych zajęć. Drugą wyróżniała uroda, kruczoczarne włosy, pełne usta, zielone oczy ze złotymi refleksami. Cierpliwa i uległa wobec rutynowej codzienności siostry. Obie łączyły tajemnice, które skrywały przed światem. Główne bohaterki w powieści Cristiny Sanchez – Andrade , które są zwiastunem nieszczęść a co najmniej głębokiego niepokoju mieszkańców Tierra de Cha, są totalnym przeciwieństwem.

„Nie bądź taka romantyczna. Nienawiść nie rośnie w sercu, ale w trzewiach.”

Ostatnio przoduje na moim blogu horror/thriller/kryminał, postanowiłam więc trochę urozmaicić repertuar i wpuścić lekki powiew świeżości, dlatego też wybrałam „Zimowe Panny”. Fabuła wydała mi się interesująca i nie mająca raczej nic wspólnego z mroczną literaturą. Miałam ochotę, na coś bardziej lekkiego, pachnącego klimatami Hiszpanii. Pachnieć pachniało, ale zdecydowanie figami, które dość często się pojawiały, a samo drzewo figowe było niczym scena w greckiej tragedii. Momentami miałam wręcz wrażenie, że jestem świadkiem takich scen, co to z jednej strony są z lekka przerysowane i cuchną sztucznym tragizmem, a z drugiej sam w sobie wydawał się wręcz śmieszny. Są marzenia, sekrety, jest nieufność mieszkańców, a nawet wrogość, ale nie ma porywającego tempa. Brakuje siły napędowej, jest za to leniwa wycieczka po meandrach przeszłości, która zatopiła wszystko w bezruchu i kwaśnym zapaszku uzależnienia od kogoś bądź czegoś. 

Powieści Cristiny Sanchez – Andrade podobno urzekają czytelnika, czarują i są oryginalne. Krążą opinie, że autorka potrafi czarować słowem i przenosić czytelnika w inny wymiar. Jej twórczość ma pobudzać zmysły. Ta powieść też podobno porywa i nawet porównywana jest do dzieł Marqueza. Ja osobiście tak bardzo porwana nie jestem. Fajerwerków nie widziałam, nie czułam nadmiernej ekscytacji, choć nie można tej książki nazwać bublem. Ma swój klimat, sam pomysł na fabułę jest naprawdę świetny, bohaterowie są ciekawi, nieidealni, wręcz wadliwi, a przez to ludzcy. Liczyłam jednak na coś trochę innego, bardziej żywszego z większym potencjałem. A tak dostajemy „zacofaną” wieś. Głównym miejscem akcji jest dom po dziadku, drzewo figowe i sporadycznie inne miejsca. Wątek z umowami kupna mózgów jest niczego sobie tak jak dziwna relacja sióstr, która pokazuje jak łącząca jest więź krwi i tajemnicy. Czegoś mi tutaj jednak zabrakło. Całość czyta się szybko, a zakończenie pozwala snuć domysły co by było dalej… Jeśli jeszcze kiedyś trafi w moje ręce jakaś książka autorki to z pewnością przeczytam, choćby po to, by przekonać się czy faktycznie potrafi tak dobrze czarować, opowiadać i powalać na kolana. Może w tym wypadku nie trafiła całkiem w mój gust, jednak nie jest tragicznie i chętnie dam się przekonać jeszcze raz.Jeśli wy nie chcecie ospałej historii pachnącej figami i nutką teatralnego tragizmu to spróbujcie od innej powieści tej autorki.

„Niektóre rzeczy mają posmak rozczarowania, zwłaszcza te, na które czekaliśmy od dawna.”

piątek, 21 lipca 2017

Trzeźwa furia - K.S. Rutkowski


liczba stron: 47
wydanie: ebook

„Normalność to rzecz względna. I dla każdego oznacza coś innego.”

K. S. Rutkowski. Mówi wam to coś? Nie, nie chodzi o słynnego detektywa z oryginalną fryzurą. Mi chodzi o zupełnie innego Rutkowskiego. Jeśli poszukacie znajdziecie u mnie na blogu to nazwisko i listę jego książek, które miałam okazję czytać. Nie jest to wybitnie znany autor, pewnie niewielu go kojarzy, a jeszcze mniej osób pewnie czytało to co napisał. Ja jednak miałam tego farta, a jego twórczością zaraził mnie „Chiński ekspres”, który rozbawił mnie do łez! Do dziś pamiętam minę mojego męża, patrzącego na mnie jak na wariatkę, która podczas czytania zaśmiewała się do łez nie wiadomo z czego. Tzn on nie wiedział, bo ja wiedziałam aż za dobrze. Pomyślicie sobie, że gość pisze komedie. Nic bardziej mylnego. Po prostu w prostocie swojego przekazu potrafi wywołać różne skrajne emocje. W jego książkach nie znajdziecie lukru bądź sztucznych bohaterów bez wad. Znajdziecie za to szarą rzeczywistość, ubraną w potoczny język, wulgarny nawet, ale jakże obrazowy. Gdyby trochę zmiękczyć całość, to ewidentnie opowiadania stałyby się sztuczne, nieprawdziwe i wybebeszone. Książka, którą tym razem autor mi zaproponował, nie ukaże się w wersji papierowej. Na dodatek to raczej ostatnia książka, którą napisał – sam tak twierdzi, choć ja jeszcze bym coś kiedyś przeczytała, więc liczę na to, że może zmieni zdanie. Żeby było jeszcze ciekawiej to udostępnił ją w sieci zupełnie za free.

„Trzeźwa furia” bo o tej książce dziś mowa to kolejny zbiór opowiadań. Dokładnie jest ich siedem i zajmują niecałe pięćdziesiąt stron. Prawda, że króciutkie? Na dobrą sprawę w niecałą godzinkę można połknąć całość. Każde z nich czyni nas obserwatorem krótkiej historii. Natomiast narratorem jest mężczyzna, bądź chłopiec. Jesteśmy świadkami tytułowej trzeźwej furii, która ostatecznie dotyka dziecko i matkę. Po chwili razem z naszym bohaterem przeżywamy katuszę w więzieniu i z niedowierzaniem patrzymy jak w chwil kilka jego życie z bogacza stoczyło się na zboczeńca i menela. Przed oczami stają nam wyświetlane przez autora historie, które pokazują jak ludzie potrafią ranić siebie nawzajem i do czego doprowadza zdrada bądź gniew. Po raz kolejny autor ukazuje rzeczywistość od kuchni. Wywraca osobowość swoich bohaterów na lewą stronę i pokazuje, że nie wszystko jest takie na jakie wygląda. Nikt nie jest idealny. Każdy dokonuje swoich wyborów, nie zawsze słusznych, ale zazwyczaj potem płaci swoją cenę za to czy tamto. Bywa i tak, że nie mamy wpływu na to co nas otacza. Jednak człowiek nigdy nie jest sam, zawsze obok jest ktoś, kto rani, podkłada kłody pod nogi, wykorzystuje bądź dla odmiany daje szczęście i szansę. Bohaterowie jego opowiadań nie są krystalicznie czyści. Potrafią krzywdzić, ale mają przebłyski poczucia winy. Są przykładnymi mężami, jednak gdy ich małżeństwo się sypie, potrafią sięgnąć po ostateczność. Mierzą się z własnymi lękami, ograniczeniami, wyzwaniami… Dostają boleśnie po tyłku często od innych ludzi z własnej winy lub nie.

K.S. Rutkowski wrzuca nas do świata, w którym królują odcienie szarości. Jego bohaterowie mierzą się z życiem i problemami. Nie zawsze robią to elegancko. Jego twórczość prowadzona jest twardą męską ręką. Boleśnie realna, gdzie atmosfera jest gorąca. Czytając możemy stać się dzieckiem na podwórku, który za czasów komuny zbierał papierki po czekoladzie i pragnął zostać członkiem osiedlowej bandy. Możemy taplać się w depresji bądź uciekać w świat fantazji przed trzeźwą furią. Poczujemy gniew, zemstę, strach, zdradę… 

Lubię czytać opowiadania Rutkowskiego, gdyż każde jest obdzierane z jakiegoś tabu, otoczki, która zakrywa to, co często jest ukrywane przed światem. Autor nie leje wody. Piszę krótko, zwięźle i na temat. Nie każdemu taka proza się będzie podobać, jednak autor przez cały czas jest wierny swojemu stylowi i nie robi nic pod publiczkę.

„Mieliśmy po dziewięć lat. Ale jak większość dzieci wtedy, byliśmy nad wiek rozwinięci i o wiele bardziej bystrzy niż dzisiejsi rówieśnicy. Praktycznie samodzielni, bawiliśmy się na dworze od rana do nosy, przez nikogo niepilnowani, wołani przez matki z okien tylko na obiad, lub aby pójść spać, kiedy robiło się już późno i ciemno. Nie mieliśmy smartfonów, komputerów, całodobowych kanałów z kreskówkami, za to kupę wolnego czasu, pomysłów na zabawę i masę przyjaciół, z którymi nie spotykaliśmy się na Fejsie, lecz pod trzepakiem. Na każdym podwórku w tamtych czasach było centrum dziecięcego życia. Tam umawiało się na spotkania, organizowało zabawy i wyrównywało rachunki.”

Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania ebooka. 
Dodatkowo można pobrać go z oficjalnego fanpage autora

czwartek, 20 lipca 2017

Przeczucie - Tetsuya Honda [PRZEDPREMIEROWO]


cykl: Reiko Himekawa (tom 1)
wydawnictwo: Znak Literanova
PREMIERA: 16 sierpnia 2017
liczba stron: 352

„Pomyśl tylko. W dzisiejszych czasach ludzie rodzą się i umierają w szpitalu. Nikt nie ma już szansy stanąć w obliczu śmierci, ale wszyscy tego pragniemy. Każdy chce zobaczyć i poczuć śmierć.”

Niedługo na rynku wydawniczym pojawi się kolejna świeżynka. Wydawnictwo Znak Literanova wypuści w świat moli książkowych nową serię japońskich kryminałów. Już 16 sierpnia będziecie mogli upolować w księgarniach „Przeczucie” T. Hondy. Jest to pierwsza część cyklu o pewnej młodej, pięknej, charakternej pani komisarz Reiko. W Japonii liczba sprzedanych egzemplarzy wynosi aż 4 miliony. Mało tego? Na podstawie tej książki powstały dwa seriale i filmy. Wnioskując z takich informacji, można stwierdzić, że fabuła ma potencjał. Pytanie tylko czy podbije serca naszych czytelników…
Zaczęło się od zwłok podrzuconych pod żywopłotem. Jak śmieci. I to w Tokio, gdzie nikt nie wyrzuci na ulicę nawet papierka. Szczelnie zawinięte w niebieską folię, obwiązane sznurkiem, z mnóstwem ran, z których największą zadano już po śmierci. Potem były kolejne ciała. Wszystkie koszmarnie zmasakrowane. Komisarz Reiko czuła, że to szczególna sprawa. Tym bardziej, że do śledztwa dołączył Katsumata. Jakże on jej nienawidził. Nie dość, że kobieta, to jeszcze młoda i piękna. I te jej przeczucia. Bardziej widział ją w roli gejszy niż komisarza w tokijskiej policji. Teraz muszą pracować razem. Reiko coraz częściej ma przeczucie, że tym razem stawką jest nie tylko odnalezienie mordercy, ale i jej przyszłość.
Śmierć. Jedni się jej boją, a inni traktują obojętnie. Są też i tacy, którzy jej pragną. Daje im ona poczucie władzy, spełnienia, oczyszczenia, zemsty… motywy są różne i jest ich wiele. Sama w sobie śmierć pod postacią trupa bywa zagadką, którą trzeba rozwikłać zanim pojawią się kolejne ofiary. To następne zagadki, które gdzieś tam mają ukryte tożsamości i swoje historie. W książce, którą dzisiaj dla was recenzuje będzie tej śmierci dość sporo. Będziemy jej się przyglądać z kilku stron i zobaczymy jaki ma wpływ na ludzi. Aby przyjrzeć się owej śmierci musimy wyruszyć do Tokio i towarzyszyć tamtejszej policji w badaniu tropów. Jednak najbardziej będziemy związani właśnie z młodą panią komisarz. Jest to bohaterka trochę nietypowa, bo zarówno ładna jak i inteligentna. Kieruje się ona swoim przeczuciem, które nie każdemu pasuje. Skrywa ona również epizod z przeszłości, który mimo, że bolesny to doprowadził ją do miejsca w którym się znajduje. Konkretnie do wysokiego stanowiska w policyjnej hierarchii – co w połączeniu z jej płcią stanowi w konserwatywnej Japonii zdziwienie, a wręcz szok. Niewątpliwie jest to postać ciekawa, która przy okazji tego śledztwa rozprawia się z tym co siedzi w jej wnętrzu. 

„Życie możesz przeżyć tylko w jeden sposób: patrząc przed siebie.”

„Przeczucie” nie zawiodło komisarz Reiko. Trup w krzakach żywopłotu w niebieskim worku to nie zwyczajne morderstwo. Lokalizacja zwłok sama w sobie wydała jej się już dziwna, a w połączeniu z obrażeniami i dokładnością zapakowania ciała już całkiem nie dawała jej spokoju. Kobieca intuicja chciałoby się powiedzieć. Możliwe. Grunt, że kobietka ma nosa… Tak czy siak czytelnik dostaje z pozoru zwyczajnego zapakowanego nieboszczyka. Jednak z czasem sytuacja nabiera rumieńców. Niebieskich pakunków jest więcej, a tropy prowadzą w niebezpieczne rejony, gdzie wtykanie za głęboko nosa w nie swoje sprawy prowadzi do śmierci. Tetsuya Honda – cesarz japońskiego kryminału – stworzył apetyczną dla czytelnika fabułę, w której nie małą rolę odkrywa psychika. Jeżeli do tego dołożymy liczne morderstwa, które są lekko mówiąc brutalne i zwyczaje panujące w tym kraju (hierarchia, podejście do tematu szacunku i reguł pracy w zespole) to mamy naprawdę ciekawą lekturę. Muszę przyznać, że sam pomysł jest dobry, a wykonanie także niczego sobie. Autor bawi się z czytelnikiem. Nakierowuje go na jeden trop i pozwala mu na radość z dobrze wykonanej roboty, by z kolejnym już trochę mieszać. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Książka składa się z pięciu części, które są jeszcze podzielone na rozdziały. Nie zabraknie tutaj japońskich gangów, życia ulicznego, powiązań policyjnych i różniących się od siebie bohaterów. Bywa, że taki choćby Katusmata szokuje i wkurza, a za chwilę wręcz bawi swoim zachowaniem. Czytelnik musi dobrze poznać postać i to co w niej siedzi. A trzeba przyznać, że jest tutaj kilka ciekawych portretów psychologicznych.

Podsumowując… „Przeczucie” to obiecujący kryminał, który może przekonać do siebie fanów klimatów skandynawskich. Ja z przyjemnością sięgnę po kolejną część, jeśli kiedyś pojawi się na naszym rynku wydawniczym i skubnę więcej z kultury i klimatu japońskich śledztw. Czy polecam? Jak najbardziej!

„- Mam kilka pytań do do Podłego Czarnoksiężnika z Krainy Oz czy jak się tam ,chuju, nazywasz w komputerlandii… […] -No już, gadaj, co wiesz. Potem ci kupię nowe gacie. W sumie miły ze mnie gość.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Znak Literanova

czwartek, 13 lipca 2017

Anka Mrówczyńska - Borderline: Autoterapia, czyli o sprawach poważnych z solidną dawką autoironii


wydawnictwo: Psychoskok
data wydania: 3 kwietnia 2017
liczba stron: 212

„Ty po prostu tak bardzo tak bardzo boisz się życia, że pragniesz śmierci. Ze strachu.”

Po ostatnich mrocznych klimatach rodem z horroru bądź thrillera czas na coś z zupełnie innej beczki. Choć z drugiej strony można by stwierdzić, że w jakimś sensie wpasujemy się choć trochę w tamte klimaty, bo przecież psychika ludzka to mroczna strefa, której sami nie potrafimy do końca odkryć. Jak dobrze wiemy w naszych głowach potrafią dziać się (nie)złe cuda… Dzisiaj mam dla Was recenzję autobiograficznej książki Anny Mrówczyńskiej - „Borderline: Autoterapia, czyli o sprawach poważnych z solidną dawką autoironii”. Nie jest to pierwsza książka autorki, którą znajdziecie na rynku wydawniczym, w 2015 roku zadebiutowała dziennikiem „Młody bóg z pętlą na szyi”, w którym opisuje swój sześciotygodniowy pobyt w szpitalu psychiatrycznym. Książka okazała się dużym sukcesem, jak widać Anna Mrówczyńska nie spoczęła na laurach i postanowiła napisać kolejną książkę, a tym samym w jakiś sposób rozprawić się ze swoimi demonami.
Po sukcesie debiutanckiej powieści, Mrówczyńska wraca z kolejną autobiograficzną książką. Tym razem podzieliła swój dialog i życie wewnętrzne na role - przydzielone trzem głównym bohaterkom, które uczestniczą w czternastu sesjach autoterapeutycznych. Pani Psycholog – zdrowa część osobowości Anki, mająca świadomość istoty pogranicznego zaburzenia osobowości. Prowadzi autoterapię, by pokazać Mrówczyńskiej-pacjentce, jak wiele ma problemów i jak ważne jest podjęcie przez nią leczenia. Mrówczyńska-pacjentka – chora część osobowości Anki, kwintesencja jej zaburzeń. Autorka – zdrowa część osobowości Anki, wyrażająca jej złość na samą siebie poprzez ironiczne komentarze i prowokacyjne odzywki do Mrówczyńskiej-pacjentki.
Hola! Hola! – powiecie – ale co to takiego jest w ogóle to Borderline? W skrócie:

Osobowość borderline charakteryzuje się wahaniami nastroju, napadami gniewu w tym autoagresji. Zaburzone jest postrzeganie otaczającej rzeczywistości jak i również samego siebie. Charakterystycznym objawem jest niestabilność myśli, zachowań, emocji. Osoba borykająca się z tym zaburzeniem boi się odrzucenia, ma niską samoocenę i często odczuwa uczucie pustki, bezsensu istnienia na tym świecie.

„Borderline: Autoterapia, czyli o sprawach poważnych z solidną dawką autoironii” to tak naprawdę jeden wielki dialog, który w rzeczywistości jest monologiem, ponieważ trzy główne postacie (pani psycholog, Mrówczyńska i autorka) składają się na jedną Mrówczyńską. Bierzemy tutaj udział w chwilowym rozszczepieniu świadomości w celu przeprowadzenia autoterapii składającej się z 14 sesji, które mają na celu rozłożenie na czynniki pierwsze „wnętrza” owej Mrówczyńskiej. Ma to jej wskazać drogę, spojrzeć racjonalnie i szczerze na swoje podejście do wielu spraw i przekonać ją do dalszego leczenia pod okiem specjalisty. O czym jest mowa podczas sesji w tym trzyosobowym gronie? O autoagresji w tym samookaleczeniach, nałogach, lękach choćby przed bliskością, odczuwalnej pustce, relacjach z najbliższymi, marzeniach i o brakach w wierze we własne możliwości. Pomysł na książkę jest bardzo ciekawy choć wydaje się banalnie prosty.

Anna Mrówczyńska w swojej drugiej książce pokazuje jak duży dystans potrafi mieć do samej siebie i tego co odczuwa, choć piszę o sprawach trudnych i bolesnych. Robi to jednak z przymrużeniem oka, nutką ironii, sarkazmu i lekkości. Nie zabraknie tutaj konstruktywnego gniewu, co tylko dodaje autentyczności i smaczku całej reszcie. To właśnie kwestie wypowiadane przez autorkę są ciekawe i dynamiczne. Sama książka jest pouczająca. Myślę, że większość z nas mogłaby wziąć z autorki przykład i pogadać przez chwile z samym sobą. Przerobić problemy i spróbować je rozwiązać, a nie kumulować w sobie, bądź zamykać się na liczne rozwiązania. Ta książka to taka psychologiczna prowokacja… Można poprowadzić wewnętrzny dialog konstruktywnie? Ano można. Można samemu sobie dać kopa w tyłek? Można. Tylko trzeba się odważyć i przyznać do błędów, słabości i lęków. Domyślam się, że nie każdemu ta książka wpadnie w oko, w końcu nie każdego interesuje ludzka psychika, ani różne odcienie jej portretów. Jednak jeśli ktoś lubi odkrywać coś nowego w literaturze i przy tym się czegoś dowiedzieć się to szczerze polecam. Autoterapia autorki nie jest obszernym tomiszczem i można ją spokojnie pochłonąć w około dwie godzinki – zależy kto w jakim tempie czyta i ile może czasu na to poświęcić.

„Podjęłam decyzję. Chcę się zmienić! A właściwie - chcę chcieć się zmienić. Bo ile można żyć z taką zadymiarą emocjonalną? No właśnie. A ja żyję z nią już 29 lat! I tak sobie siedziałam i myślałam, aż wymyśliłam. A gdyby tak... terapią szokową zastosowaną na sobie samej, przez siebie samą, zmienić swój sposób myślenia? I dawaj się besztać! I dawaj siebie wyśmiewać! Aż do skutku. I wiecie co? W tym szaleństwie jest metoda!”

Dziękuję autorce za możliwość przeczytania ebooka

środa, 12 lipca 2017

Cmętarz zwieżąt - Stephen King


seria: Kolekcja Mistrza Grozy
wydawnictwo: Albatros, Ringier Axel Springer Polska
tytuł oryginału: Pet Sematary
data wydania: 14 czerwca 2017
liczba stron: 400

„Nie należy wierzyć, że istnieją granice grozy, którą zdolny jest przyjąć ludzki umysł. Wręcz przeciwnie, wszystko wskazuje na to, iż w miarę jak ciemność staje się coraz głębsza, głębia owa zaczyna rosnąć wykładniczo – i choć nie chcemy tego przyznać, to doświadczenie podpowiada nam, iż kiedy koszmar staje się dość czarny, groza zaczyna rodzić grozę, a jedno przypadkowe zło płodzi następne, często rozmyślne złe czyny, póki w końcu wszystkiego nie pochłonie ciemność. Najstraszniejszym zaś pytaniem pozostaje to, ile dokładnie grozy może znieść ludzki umysł i wciąż zachować niezłomną, nieugiętą łączność z rzeczywistością. Trudno ukryć, że podobne wydarzenia mają w sobie coś z absurdu. W pewnym momencie wszystko staje się zabawne.”

Skoro już jesteśmy w temacie grozy, to dzisiaj mam dla was kolejną recenzje książki samego mistrza tego gatunku. Tym razem mój wybór padł na „Cmętarz zwieżąt”. Osobom, które cenią sobie grozę na ekranie jest zapewne znana ta historia, tylko pod nazwą „Smętarz dla zwierzaków”, który powstał w 1989 roku. Ostatnio nie byłam w pełni zachwycona tym co przeczytałam, brakowało mi dreszczyku, mrocznego klimatu itp. Postanowiłam więc iść za ciosem i wybrać akurat ten tytuł, bo kojarzy mi się z horrorem, o którym wspomniałam, a który kilka lat temu miałam okazję oglądać. Oczywiście znane mi są również inne filmy na podstawie twórczości autora, jednak ten mgliście krążył gdzieś tam po orbicie moich myśli. Piąte przez dziesiąte kojarzyłam o co mniej więcej chodziło w fabule, postanowiłam więc przypomnieć sobie wszystko i sprawdzić czy książka, również zaspokoi moje oczekiwania. A dodatkowo spodobała mi się okładka i ten mroczny kiciuś.
Zazwyczaj przeprowadzka to początek nowego życia, ale dla rodziny Creedów stała się początkiem ich końca. Mistrz horroru Stephen King zaprasza czytelników na wycieczkę do piekła i z powrotem! Na świecie istnieją dobre i złe miejsca. Nowy dom rodziny Creedów w Ludlow był niewątpliwie dobrym miejscem - przytulną, przyjazną wiejską przystanią po zgiełku i chaosie Chicago. Cudowne otoczenie Nowej Anglii, łąki, las; idealna siedziba dla młodego lekarza, jego żony, dwójki dzieci i kota. Wspaniała praca, mili sąsiedzi - i droga, po której nieustannie przetaczają się ciężarówki. Droga i miejsce za domem, w lesie, pełne wzniesionych dziecięcymi rękami nagrobków, z napisem na bramie: CMĘTARZ ZWIEŻĄT (cóż, nie wszystkie dzieci znają dobrze ortografię...).
  „Nie ma zysku bez ryzyka, ani ryzyka bez miłości.”

Wyobraźcie sobie rodzinę, która przeprowadza się w nowe miejsce, by zacząć coś nowego. Wszystko ma być dobrze i oczywiście do pewnego dnia tak jest… jednak po drodze dzieją się dziwne rzeczy. Śmierć, ostrzeżenie, spacer w nocy do miejsca, które z pozoru jest nieszkodliwe, jednak to od niego promieniuje dziwna moc przyciągania. Machina zła nabiera rozpędu z chwilą śmierci kociego ulubieńca domu rodziny Creedów. Do czego można się posunąć z miłości? Ze strachu? Z bólu, który rozdziera na pół? Czy jedno szaleństwo napędza drugie? Główny bohater pokazuje, że można podjąć wręcz diabelskie ryzyko… i to nie raz…!

„Co kupisz, to twoje, a to, co twoje, wcześniej czy później do ciebie wróci.”

Inspiracją do napisania „Cmętarza zwieżąt” był pobyt autora w pewnym domu w stanie Maine i takowy właśnie cmentarz, który znajdował się za owym domem. Sam pomysł na taką właśnie fabułę wydaje się interesujący i posiada w sobie sporo potencjału, szczególnie dla autora z wyobraźnią, której z pewnością Kingowi nie brakuje. Zresztą na odpowiedni klimat i próbkę fantazji autora nie trzeba wcale długo czekać. Akcja rozwija się stopniowo i nabiera tempa. Napięcie rośnie, a owa groza przybiera na silę by na końcu się skumulować. I to jest to co mi się podoba! Atrakcje pojawiają się i przybierają na silę, a nie czeka się i czeka aż do końca na coś, co praktycznie nie powala nas na kolana czy nie doprowadza do „siwizny” Tak smaczne książki wręcz uwielbiam. Są ciekawe postacie, które mają w sobie coś ze zwykłego człowieka, nie są zbyt idealne, kolorowe, a wręcz wadliwe. Mają swoje słabości, rysy na psychice, fobie… Do tego fabuła ze wspomnianym potencjałem i tematyka grozy z cmentarzami i dziwnymi stworami w tle. Są opowieści z przeszłości, które mają dodać pikanterii i wprowadzić czytelnika w klimat, a przy tym doskonale uzupełniają historię. Sam cmentarz nocą budzi w wielu dreszczyk grozy, albo zwyczajnego podskórnego strachu, jeśli do tego dołożymy podkolorowaną historię to nasza wyobraźnia działa. Pamiętam, ze film przypadł mi do gustu, pamiętam jakieś sceny jak za mgłą, ale wiem, że klimat był. W książce też jest i jest nawet lepiej, bo można wypróbować własną wyobraźnię. Teraz po przeczytaniu powieści, mam zamiar obejrzeć po raz kolejny film i sobie go dobrze porównać. Znów poczuć klimat z dawnych czasów. Tym razem jestem zadowolona z tego co wyszło spod pióra słynnego mistrza grozy. Nie mogę się do niczego przyczepić. Autor nie pisze swoich książek „na skróty” i możemy ze szczegółami poznać daną akcję, choć czasami chciałoby się przejść już do momentu kulminacyjnego. Jednak nie ma tak dobrze, autor chce, żeby czytelnik poczuł klimat i wciągnął się w daną historię mimo iż czasem wydaje mu się coś zbyt szczegółowe. Końcówka jest genialna, a szczególnie epilog, który tworzy w naszej wyobraźni kadr jak z horroru.

„Ziemia serca mężczyzny jest kamienista... Mężczyzna hoduje, co może… opiekuje się tym.”