sobota, 4 listopada 2017

Saga czyli filiżanka, której nie ma - Cezary Harasimowicz


wydawnictwo: W.A.B.
liczba stron: 464
PREMIERA: 8 listopada 2017

„Trochę to skomplikowane,ale czyż nici naszych powinowactw nie są pajęczą siecią, tajemniczą plątaniną?”

Kolejny raz doświadczam magii przeszłości i tego, że babranie się w kurzu, datach i osobach może mieć swój urok. Historia jest naprawdę piękna, nawet jeśli jej bohaterowie żyją w czasach grozy, których my dzisiaj nie jesteśmy w pełni pojąć. Bywa i tak, że oni przezywają największy koszmar swojego życia, ból, głód, tragedie, zdrady, strach, wojny i tortury, a my jesteśmy ich cieniem. Cieniem, który może sobie tylko to wszystko wyobrazić i próbować choć trochę zrozumieć. Jednak to wszystko nas do siebie zbliża i to w tym jest piękne. A kurz? Pajęczyny czy mysie bobki? To tylko nic nieznaczące atrybuty przeszłości. Pisząc „historia” nie mam tutaj na myśli takiej wersji ogólnej, a tej prywatnej. Dotyczącej konkretnych osób. Niesamowite jest poznawanie nowych ludzi, nawet jeśli znamy ich tylko i wyłącznie z opowieści przelanej na kartki książki. Jeszcze ciekawiej zapewne jest jeśli szukamy swoich własnych przodków i tym samym wzbogacamy samych siebie i swoją własną historię. Bo przecież przeszłość i jej duchy są kruche i zarazem cenne jak ostatnia porcelanowa filiżanka, ta z zastawy po prapraprababci. Ano właśnie, jeśli o filiżance mowa… Wiecie są książki, na których widok oczy zaczynają mi błyszczeć i wiem, że muszę je prędzej czy później przeczytać. Tak też było i tym razem, tylko, że przeczytałam ją raczej zdecydowanie „wcześniej” niż „później” bo przedpremierowo. Mowa o książce Cezarego Harasimowicza „Saga czyli filiżanka, której nie ma”. Jak się domyślacie jest to książka pachnąca przeszłością i kurzem, czyli coś,, co mnie kręci.
To coś, co każdy z nas chciałby wreszcie zrobić. Usiąść i spisać rodzinną historię. Cezary Harasimowicz wybrał się w taką podróż. Zebrał wspomnienia przodków, obejrzał stare fotografie i wydobył na kartach książki zapomnianą rzeczywistość.
„Saga czyli filiżanka, której nie ma” to rodzinna opowieść, która ma przybliżyć czytelnikowi obraz wielonarodowej Polski i trudnych czasów pod naciskiem okupantów, a także koszmarów, jakie musiała znieść rodzina Królikiewiczów podczas II wojny światowej. To taki wehikuł czasu, do którego wsiadamy wraz z autorem i przenosimy się w przeszłość, choćby do końca dziewiętnastego stulecia. Mamy okazję poznać przodków autora, dziadka, który był jednym z najlepszych jeźdźców naszego kraju, a do tego nie wyrzekł się Polskiego munduru w chwilach największego zagrożenia, babcię Muszkę, czy też prababcię Funię. Możemy być świadkami pierwszych pocałunków, zmagań wojennych, wytrwałości w dążeniu do celu, mierzenia pierwszej błękitnej sukni balowej, odwagi, miłości, siły i przyjaźni oraz co ważne honoru i patriotyzmu.

Autor za tę podróż w czasie bierze się w bardzo ciekawy sposób, zarówno spisując fakty z ówczesnej pracy jak i korzystając z zapisków matki jak i samego dziadka. Pobudza do wspomnień swoją pamięć, gdzie zostały głęboko ukryte anegdoty rodzinne i sam wyostrza wyobraźnię by dopełnić luki. Jak to robi? W prosty sposób. Odwiedza swoją matkę i przygląda się zdjęciom wiszącym na ścianie. Mruży oczy i przenosi nas do skradzionego upływowi czasu kadrowi. Sam autor zdaje sobie sprawę z choroby matki oraz z upływu czasu, który zabiera jej pamięć i wspomnienia, ale dostrzega w tym pewne piękno, mianowicie postacie wychodzące ze zdjęć czy też ścian zbudowanych z cegieł pozostałych po gettcie, aby jeszcze chwilę „porozmawiać” z matką.

„Cóż, jeszcze sześć lat temu kolebał się w siodle jak dziwka na szczerbatym nocniku, ale teraz był już całkiem sprawnym jeźdźcem.”

„Saga czyli filiżanka,której nie ma” to tak naprawdę wyjątkowy portret rodzinny, wielopokoleniowy i ciepły zarazem. To ukryta w słowach wartość przeszłości, którą każdy z nas powinien poznać, a przynajmniej spróbować. Jak na dobrą sagę rodzinną przystało, zawiera w sobie zdjęcia przodków Cezarego Harasimowicza, które jeszcze bardziej przybliżą czytelnikowi obraz głównych postaci. Nie jest to książka z grona łatwych, przyjemnych i dla każdego. Jednak jeśli ktoś lubi takie klimaty to z pewnością znajdzie w niej cudowną towarzyszkę wolnych chwil, a przy okazji pozna nowe osobistości z naszego ojczystego światka historycznego. Tym bardziej, że autor pisze w ciekawy sposób, niezwykle obrazowy i plastyczny. Nie dawkuje tylko surowych faktów, a próbuje odczarować to, co mogło pozostać nieznane i tajemnicze. Swoją książkę dedykuje matce, która zmarła na początku sierpnia tego roku. O kim więc jest ta książka? O Adamie i Muszce Królikiewiczach. O ich przodkach i znajomych. Nie znacie? A znacie może Krystynę Królikiewicz aktorkę? Nie? To poznajcie. Też nie znałam, a zaintrygowała mnie notka o książce jak i obietnica poznania przeszłości i nic nie szkodzi, że to nie moi przodkowie. Na odkrycie moich własnych korzeni przyjdzie czas.

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki

sobota, 28 października 2017

Gra Geralda - Stephen King


wydawnictwo: Albatros, Ringier Axel Springer Polska, Pruszyński i s-ka 
data wydania: 6 września 2017
liczba stron: 330

„Jej oczy, błądzące bez celu po mrocznym pokoju, spoczęły na dalekim kącie, gdzie w srebrzystym świetle wpadającym przez świetlik tańczyły dziko cienie sosen kołysanych przez wiatr. Stał tam mężczyzna. […] Widziała wpatrzone w siebie hipnotyzujące, bezmyślne spojrzenie ciemnych oczu. Widziała woskową bladość zapadniętych policzków i wysokie czoło, choć rysy intruza były zniekształcone przez ruchome cienie. Widziała przygarbione plecy i długie małpie ramiona zakończone szczupłymi dłońmi; gdzieś w czarnym trójkącie cienia rzucanego przez komodę musiały się kryć nogi, lecz pozostawały niewidoczne.[…] wzrok Jessie podążył na moment w dół i wydało jej się, że widzi jakiś ciemny przedmiot stojący na podłodze. Nie mogła się zorientować, co to takiego, bo przedmiot znajdował się w gęstym cieniu rzucanym przez komodę, gdy wtem przypomniała sobie wczorajsze popołudnie…[…] Między nogami intruza stałą piła łańcuchowa. Nie wątpiła w to an przez chwilę. Nieznajomy używał jej wcześniej, lecz nie do cięcia drewna. Mordował nią ludzi, a pies uciekł, bo wyczuł zbliżanie się szaleńca, który nadszedł ścieżką wzdłuż jeziora, niosąc zakrwawioną piłę...” No ten tego, wiecie, że zbliża się Halloween i można sobie ten mroczny klimat wzmocnić dobrą literaturą z dreszczykiem. Można się wtedy spokojnie zaszyć w domu, pod kocykiem z kubkiem herbaty bądź kieliszkiem dobrego wina i się bać, tzn czytać. Czy przy lampce nocnej, czy jasnym jak słońce żyrandolu, czy przy świecach, które mogą łatwo zostać zdmuchnięte – wybór dowolny – nawet latarka i głowa pod kocem jest akceptowalna. Teraz już tylko można słuchać szeptów, skrzypiących desek, a nawet widzieć to czego się nie chciało. Talent autora do klimatycznego pisania, plus dobra wyobraźnia czytelnika mogą tutaj naprawdę zdziałać naprawdę dużo. Idealna książka na ten czas powinna trzymać w niezłym napięciu i to cały czas. Domyślam się, że wielu sięgnie po mistrza grozy Stephena Kinga. Ja też tak zrobiłam, co prawda nie w halloween, a wcześniej, jednak literacka dawka grozy przyda się i zwykły dzień.
Perwersyjna gra erotyczna zmienia się w wielogodzinny koszmar. Gerald Burlingham, chcąc dodać trochę pieprzu do małżeńskiego seksu, zabiera swoją żonę Jessie na odludzie w Maine. Kiedy Jessie przestaje się podobać brutalna zabawa, postanawia ją przerwać. A wtedy domek letniskowy staje się sceną grozy. Przykuta kajdankami do łóżka kobieta zostaje sama. Nie licząc trupa męża. Tego, co czyha w mroku. I tego co czai się w niej samej.
Opis mnie totalnie zaintrygował. Spodziewałam się historii, która będzie trzymać w napięciu, pobudzi moją wyobraźnię. Zacierałam ręce na samą myśl i nie mogłam się doczekać, aż znajdę chwilę spokoju żeby móc przeczytać to, co ma do opowiedzenia mistrz grozy. Początek niezły, nawet można powiedzieć, że śmieszny. Czekałam na akcje, na grozę i ciarki. Czytam, czytam i zastanawiam się, kiedy zacznę drżeć na myśl o przewróceniu następnej strony, albo zacznę jeszcze szybciej przerzucać w zachwycie. I kiszka. Nic, żadnych dreszczy czy entuzjazmu. Przeczytałam coś około połowy i zaczęły się pojawiać jakieś tam obawy, ale raczej natury czytelniczego zawodu niż przed czyhającym złem. Coraz częściej zadawałam sobie też pytanie ile można pisać o kobiecie przykutej do łóżka? Zamiast napięcia zaczynałam czuć znużenie jak bohaterka książki. Nawet jeśli w tym czasie poznajemy lepiej główną bohaterkę i demony, które tkwią w jej przeszłości i jej głowie to i tak akcja jest raczej średnia. Dobrze, że „podróżujemy w przeszłość” bo inaczej bym sobie darowała dalsze czytanie, a tak jeszcze iskierkę nadziei na coś ciekawego miałam. I się w pewnym momencie doczekałam zwrotu akcji. Pojawia się groza, pojawia się ktoś, kto nie jest królewiczem na białym koniu, który ratuje niewiasty z tarapatów. Już zacierałam ręce i dziękowałam autorowi za tego mrocznego gościa, gdy okazało się, że pełni funkcję raczej straszaka i pobudzacza do działania. Jednak nasz gość miał się jeszcze pokazać na końcu i tutaj autor pokazał swój talent do wymyślania akcji przechodzących ludzkie pojęcie. Pech chciał, bo akurat jadłam śniadanio – obiad, a fragmenty raczej zachęcały do tego, żebym jedzenie zwróciła, a nie je połykała. 

Tak więc, kolejna książka mistrza za mną, tylko nie jestem pewna czy to był dobry wybór. Tyle słyszy się o jego talencie do tworzenia grozy, ma tylu fanów, a ja póki co nie czuję tego zachwytu. Fenomen bzika na punkcie twórczości Kinga jest mi obcy. Choć nie powiem, nawet ten zawód intryguje i zachęca do szukania książek, które mnie jednak powalą na kolana. Na trzy przeczytane książki jedna mi się podobała tak naprawdę. Mam na półce sporo jego książek, niektóre opisy naprawdę mnie zachęcają, tylko czy sytuacja się nie powtórzy i mój rozbudzony opisem apetyt szlag nie trafi. Być może mam zbyt kiepską wyobraźnię jak na mistrza, albo po prostu trafiam na mniej interesujące tytuły? Domyślam się, że cała akcja, która autor opisał w „Grze...” mogłaby zadziałać na mnie lepiej, gdybym zobaczyła ją na szklanym ekranie. Tej książki nie polecam na Halloween, jednak niewątpliwie autor ma lepsze, skoro tyle osób go chwali, więc może wybierzecie coś ciekawego. Mimo kilku ciekawych momentów nie jestem zachwycona tą pozycją, męczyłam się przez większą część czytania. Nie pozostaje mi więc nic innego jak szukać dalej, zarówno w dorobku autora jak i odpowiedniej książki na Halloween. 

 „To adrenalina, dziewczyno, hormon wydzielany przez twój organizm, gdy zaczynasz krzyczeć i drapać pazurami. Jeśli ktokolwiek cię zapyta, czym jest panika, teraz już wiesz: to amnezja emocjonalna, po której czujesz się tak, jakbyś ssała garść miedziaków.”

środa, 25 października 2017

Wojny żywiołów. Przebudzenie Ziemi: Powstania - Michał Podbielski


cykl: Wojny żywiołów (tom 1.2)
wydawnictwo: Wydawnictwo Żywioły
data wydania: 10 marca 2017
liczba stron: 728

„Nikt nie dba o dobro państwa, dla którego rozwoju teoretycznie pracuje. Każdy chce jak najwięcej dla siebie.”

Coraz rzadziej zdarza mi się sięgać po fantastykę, bądź pochodne tego gatunku. Wybieram zupełnie inne książki, które za bardzo mojej wyobraźni nie pobudzają. Jednak jakiś czas temu dostałam propozycję zrecenzowania kontynuacji Wojny żywiołów i od razu się zgodziłam. Dlaczego, skoro nie ciągnie mnie na co dzień w tym kierunku? Odpowiedź jest prosta, pierwsza część była rewelacyjna i niesamowicie rozbudziła moją wyobraźnię. Po skończeniu miałam ochotę na więcej, niestety wtedy nie było to możliwe, teraz jednak już tak. Zresztą staram się nie ograniczać jeśli chodzi o książki i próbować różnych gatunków. Nigdy przecież nie wiadomo, co może nas zainteresować. Nie warto więc zamykać się na coś nowego. Jeśli interesują Was moje wrażenia po lekturze pierwszej części - „Wojny żywiołów. Przebudzenie ziemi: Udręczeni” to recenzje znajdziecie tutaj – serdecznie zapraszam.
Oblubieniec bogini ziemi poszukuje obiecanego w proroctwach Naczynia, które ma odmienić życie ludów Kontynentu Prerii. Będąc daleko od domu, nie zdaje sobie sprawy z tego, że zeszłoroczne wtargnięcie do Epicentrum właśnie rodzi daleko idące konsekwencje. W tym samym czasie Kamiennoręki zbiera armię mającą wyrwać Wysokie Stepy z rąk Imperium Koralu. Podczas swych działań szybko przekonuje się, że wróg nie stanowi jedynych przeciwności, a natura ludzka potrafi przysporzyć problemów nawet wśród sprzymierzeńców. Jaką rolę odegrają tu Szare Płaszcze? Czy bogini Wody zainterweniuje? Jakie siły zetrą się ze sobą i jaki będzie finał pierwszego tomu serii „Wojny żywiołów”?
Michał Podbielski to facet o naprawdę niezłej wyobraźni. Można nawet powiedzieć, że rewelacyjnej. Pokazał Nam to pisząc pierwszy tom swojej wielowątkowej historii. Tym razem potwierdził, że naprawdę na wiele go stać i wie co robi pisząc tego typu książki. Stworzyć tak nierzeczywisty świat i jeszcze się w nim nie poplątać, a do tego po drodze nie zanudzić czytelnika to naprawdę coś. Czytając nie możemy narzekać na nudę, czy też monotonię. Tu z każdą zmieniającą się kolejno postacią i miejscem coś się dzieje. Czytelnik w łatwy sposób może sobie to wszystko po swojemu przetworzyć w swojej głowie i czerpać z tego przyjemność. Książki Michała Podbielskiego czyta się nie tylko przyjemnie, ale jeszcze szybko, choć warto rozpoczynać lekturę z „przewietrzoną” głową, żeby w pełni móc połapać się kto z kim i po co. Szczególnie jeśli nie czytacie jednej książki zaraz po drugiej. To nie jest książka, którą można zabić czas i zbytnio nie skupiać się na treści. Obie części pokazały talent i potencjał twórczy autora, w przygotowaniu podobno „Wojny żywiołów. Zemsta Golema: Narodziny”, a więc zapowiada się smakowity kąsek literacki dla fanów twórczości autora i tego gatunku.

Często bywa tak, że pierwszy tom potrafi zawładnąć czytelnikiem, a drugi wręcz odwrotnie, wywołuje niesmak i rozczarowuje, gdyż wcześniej wyhodowaliśmy sobie spore oczekiwania. Z takim zjawiskiem spotkałam się już kilkakrotnie, nawet niekoniecznie w literaturze tego typu. Po prostu z czasem, z kolejnymi tomami, opowiadane nam historie tracą barwy i są zwyczajnie gorsze, a może i wręcz do kitu. W przypadku „Wojny żywiołów. Przebudzenie ziemi: Powstania” tego po prostu nie ma. Samo w sobie to jest już ogromnym plusem w oczach czytelnika. Bo przecież nie ma nic gorszego niż męczarnia podczas czytania ponad 700 stron, szczególnie jeśli za takie opasłe tomisko zapłaciło się ponad cztery dyszki, wtedy rozczarowanie lekturą jest jeszcze bardziej frustrujące.

„Z jeńcami się nie negocjuje, więźniów się nie przekonuje, a z trupami nie rozmawia się wcale. […] A to znaczy, że nie jesteś ani naszym jeńcem, ani więźniem, ani trupem, którego łatwiej i taniej byłoby dostarczyć do kogoś, kto i tak chce cię widzieć martwego.”

Druga część identycznie jak pierwsza wita się z czytelnikiem mapkami (również autorstwa Marcina Burmińskiego), które mają mu zobrazować gdzie mniej więcej akcja się toczy, oraz obszernym spisem postaci, bo jest ich naprawdę tutaj sporo. Dalszy ciąg historii zaczynamy od rozdziału 11 czyli po skończonym 10 w części pierwszej. Ciekawe pomyślane, widać spójność już od samego początku. Dlatego najlepszy efekt będzie, gdy będziecie czytać jedną część po drugiej, bez długich odstępów czasu (jeśli chcecie komuś zrobić prezent w formie książek, a lubi fantastykę to podarujcie mu dwie części od razu, nie powinien być zawiedziony, tym bardziej, że sama miałam ochotę na dalszy ciąg, a przecież bzika na punkcie tego gatunku nie mam). Historia jest barwna, dynamiczna, zaskakująca i momentami wręcz śmieszna do łez, szczególnie dialogi mieszkańców wyspy Ortis- Kai. Nie będę wspominać o tym, czego możecie się tym razem spodziewać ze strony naszych barwnych postaci, wiadomo jeśli w grę wchodzą żywioły, to niczego pewnym do końca być nie można i wiele może się zdarzyć. Nie będę nikomu psuła przyjemności z czytania i w tym temacie nie zdradzę nic, powiem tylko, że dzieje się oj dzieje. Tak więc jeśli do tej pory się wahaliście czy sięgnąć kiedyś po kontynuację czy też po twórczość tego autora to radzę przestać i skosztować tego co oferuje nam autor. A ja no cóż, czekam z niecierpliwością na dalszy ciąg…

„Im cięższe decyzje, tym większa cena, aby wyrównać szale na wadze...”

Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania książki i jej zrecenzowania.

niedziela, 22 października 2017

Byłem geniuszem czyli z tego co pamięta Winston Smith - Artur Kosiorowski


wydawnictwo: Artur Kosiorowski 
wydania: 4 września 2014

„Niby koszmar, a jednak żyłem wtedy prawdziwie umysłowym życiem. Moje myśli krążyły po najwyższych piętrach i dotykały boskości. Wiele osób deprecjonuje szaleństwo, widząc w nim to, co namacalne (ból, nieskładność i niepraktyczność), a jednocześnie ci ludzie nie zdają sobie sprawy, że oto Święty Geniusz ma bezpośrednie połączenie z boską częścią swojego jestestwa, tłumionego co krok.”

Człowiek i jego psychika to naprawdę skomplikowana machina, którą trudno rozgryźć. W pojedynkę czasami trudno okiełznać potwora, który może przybierać postać szaleństwa bądź Świętego Geniuszu. Podobno są specjaliści, którzy twierdzą, że są dobrymi fachowcami i mechanizm takiej maszyny jaką jest psychika mają w małym palcu. Są też tacy, którzy próbują pomóc i zrozumieć, czy dobrać odpowiednią dawkę leków. Jednak zablokować jedno z kół zębatych, bądź odkręcenie jednej ze śrubek na pewien czas nie zawsze rozwiązuje problem. Żaden z tych specjalistów nie żyje na co dzień, w czterech ścianach swojej głowy z taką trzaskającą maszynerią, która płata figle i może eksplodować. Czym więc jest tak naprawdę szaleństwo? To wie tylko szaleniec, czyli osoba borykająca się z zaburzeniami psychicznymi. Myślę, że idealną osobą do tego, żeby nakreślić obraz szaleństwa i owego geniuszu w jednym jest autor, którego książkę miałam okazje ostatnio czytać, Artur Kosiorowski. Powiem więcej, zna on sprawę od kuchni, od podszewki, od każdej palącej myśli. Kilka lat temu miałam okazję czytać jego pierwszą książkę „Wiosnę życia” (recenzja TUTAJ), w której opisywał swoją niełatwą, pełną schiz i walki z nałogami podróż w dorosłość. Tym razem poszedł o krok dalej i wprowadził nas głębiej do swojej głowy, swojego życia i swojego świata „wariata”.

„Byłem Geniuszem” to druga autobiograficzna książka Artura Kosiorowskiego. Cieniutka nowela, która ma nas przybliżyć do sedna szaleństwa. Czytając możemy wcielić się w słuchacza, który poznaje losy głównego bohatera i zarazem autora. Widzimy jak sam szarpie się ze sobą, walczy z systemem, czuje się Wielkim Poetą przeżywającym zmiany, szukającym miłości, zrozumienia, wolności i spełnienia. Wiemy też co stało się dalej z bohaterem „Wiosny życia”, o jego pobycie w szpitalu, stwierdzonej schizofrenii i ciągłej walce, która wyniszcza i przybiera różne formy.

  „Wszystko odrzuciłem. Wszystko do ostatka i zacząłem budowanie nowego światopoglądu. Budowałem go na krytycyzmie, umiłowaniu, wolności i kilku jeszcze innych sprawach, do których dochodziłem samemu drogą żmudnej pracy moich myśli.”

Ta nowela aż kipi od emocji, bólu, lęków, schiz, szaleństwa, pogardy do pewnych środowisk jak i uwielbieniem do kultury i wiary we własny geniusz literacki. To szczypta psychiki samego autora, to obraz, który przepełniają żywe barwy, rażące w oczy, fascynujące, aczkolwiek męczące. Czytając można poczuć zmęczenie ciężarem tego, co przeżywa bohater. Czujemy szaleństwo i chaos, który momentami przebija się z treści. Książka jest cieniutka, krótsza chyba od poprzedniej, którą napisał autor, jednak dla fanów ludzkiej psychiki interesującą. Myślę sobie, że autor naszkicował swój autoportret utkany ze słów. Niekoniecznie korzystny, przejrzysty i zachwalający jego osobę tylko po to by się przypodobać. To taki literacki ekshibicjonizm pełen skrajności. Godny pochwały czy może jednak pożałowania? Trudno określić, gdyż czytelnik wraz z bohaterem/ autorem przeżywa całą paletę emocji, która pędzi i pędzi od początku do końca. Swoją książką przybliża nas do osób borykających się z zaburzeniami psychicznymi. Otwiera nam furtkę, byśmy zasmakowali całej gamy odczuć i stanów towarzyszącym ludziom chorym psychicznie. Niewątpliwie jest to lektura dla nielicznych. Nie każdy preferuje tego typu literaturę, gdyż ma ona swój ciężar i klimat. Jednak jeśli ktoś lubi tego typu książki, to polecam.

A na sam koniec zostawiam wam z pytaniem wprost od autora.


„Czy dwie skrajności nie są sobie bliższe niż to co pośrodku?”

Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania książki

piątek, 20 października 2017

Rozważna i romantyczna - Jane Austen


seria: Angielski ogród
wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 19 listopada 2014
liczba stron: 352

„Człowiek, który nie wie, co robić ze swoim czasem, nie zdaje sobie sprawy, że zabiera czas innym."
Jakiś czas temu postanowiłam sobie, że zapoznam się bliżej z klasyką literatury. Z bólem przyznaję, że wielu dobrych, znanych i wartych przeczytania powieści po prostu nie czytałam. Dziw nad dziwy bierze szczególnie, że miałam je cały czas pod ręką w rodzinnym domu (a przynajmniej niektóre z tych perełek). Dlaczego więc nie zabrałam się za nie ileś lat wstecz? Odpowiedź jest prosta. Nie posłuchałam głosu swojej mamy, która mówiła co jest ciekawe. Jeszcze gorzej – jeśli już zaczynałam to nie kończyłam. Dlaczego? Przerastała mnie forma, treść, bądź obszerność danej książki. Inny powód? Chyba zwyczajnie chciało mi się romansideł, następnie wampirów w połączeniu z mdlącym romansem. Przyznaję byłam romantyczną i monotematyczną nastolatką. Gusta się zmieniają o czym przekonałam się z upływem lat. Od jakiegoś czasu powtarzam, że do pewnych książek trzeba dojrzeć i tak też stało się ze mną. Na moich półkach chyba jakieś dwa, trzy lata temu zawitała klasyka. Zaczęło się chyba od „Przeminęło z wiatrem” potem pojawiło się kilka powieści z serii Angielski Ogród i czekały na swoją kolej. Jak wiecie losy Scarlet O’Hary zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Po upływie długiego czasu wybrałam z kiełkującego zbioru „Rozważną i romantyczną” autorstwa Jane Austen. Jakie wrażenie zrobiła na mnie ta powieść?
Po śmierci męża pani Dashwood wraz z dziećmi opuściła ukochany dom i zamieszkała w posiadłości Barton. Dwie z jej córek - panny na wydaniu - choć różne pod względem charakterów, tak samo szukają szczęścia i miłości. Uczuciowa, impulsywna Marianna marzy o mężczyźnie szarmanckim, wrażliwym, lubiącym te same lektury co ona. Łagodna i rozważna Eleonora odda serce jedynie człowiekowi spokojnemu i odpowiedzialnemu. Niestety świat, którym - zamiast prawdziwych uczuć - rządzi pozycja społeczna i pieniądz, może boleśnie rozczarować te pełne uroku, ufne kobiety…
„Są ludzie, którym i siedem lat nie wystarczy, żeby się nawzajem poznać, dla innych siedem dni to za wiele.”

Czytając powieść Jane Austen nie przestawałam się dziwić ile w tamtych czasach można było ukryć pod pozorami dobrego wychowania. Miłe słówka były przykrywką dla kłamstwa, przytyków czy też braku charakteru. Obłuda pachnąca perfumami… myślę jedno, powiem drugie. Nie znaczy to jednak, że dla czytelnika dobrze zakamuflowana ironia jest niesmaczna i pozbawiona wdzięku. Jednak jeśli miałabym żyć tak jak bohaterki naszej powieści to chyba bym zwariowała. Gdzie tu autentyczność naszego rozmówcy, choćby brata? Nie żebym myślała, że dzisiaj jest słodko, przyjemnie, życzliwie i szczerze na każdym kroku. Dziś zazwyczaj wali się prosto z mostu. Szczególnie w internecie, ale tam to już jest jad, który ktoś wylewa pod przykrywką ‘Anonimowości w sieci’ . Oczywiście nie każdy w swojej szarej codzienności potrafi komuś powiedzieć co leży mu na sercu, zazwyczaj staramy się uważać, jednak gdy już zbierzemy się na szczerość robimy to zupełnie inaczej niż bohaterowie Jane Austen. W tej powieści dominują kobiety. Nie zawsze są to postacie pozytywne. Myślę, że dzisiaj większość nazwała by je pustakami, którym zależy na kasie czy też prestiżu. Nie mają nic do powiedzenia, lubią zachwyty i pieniądze. Mimo sporej ilości bohaterów główne postacie są dwie. Pana rozważna i panna romantyczna. Do tego dołożymy kawalerów, do których wzdychają. A do tego jeszcze całą resztę, bez której oczywiście powieści by nie mogło być. Najważniejsze są jednak nasze dwie damy. Dwie siostry, jakże różne od siebie. Jedna opanowana, przeżywająca swoje emocje w środku i kierująca się rozumem. Druga pełna romantyzmu, namiętności, z której emocje się aż wylewają. Ma skłonności do przesady i odważnych sądów. Można by rzec, że jedna jest chłodna, a druga zaś w gorącej wodzie kąpana. Różnica ta szczególnie jest widoczna, gdy spotyka je podobny zawód. Wtedy czytelnik dostrzega jeszcze bardziej różnicę między siostrami.

"Rozważna i romantyczna" to powieść, którą warto się delektować jak dobrym trunkiem, bądź ulubionym daniem, na które rzadko możemy sobie pozwolić. To historia z ‘innej planety’ w porównaniu z obecnymi czasami, jednak łatwo i szybko możemy poczuć urok jaki swoim stylem rozsiewa autorka. Subtelny romansik z nutką ironii i kontrastu ludzkich charakterów. Lekka i przyjemna książka raczej dla kobiet. Klasa sama w sobie choć wypada dużo słabiej w porównaniu z „Przeminęło z wiatrem”, które jest wręcz rewelacyjne, choć zdecydowanie dłuższe.


„Nie potrzeba słów tam, gdzie czyny świadczą same za siebie.”

sobota, 14 października 2017

Skrajnie Mylne Sygnały - Federica Bosco


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 5 lipca 2016
liczba stron: 152

„Zamiast silić się na perfekcję, powinniśmy pokazać wszystko to, co najgorsze: jacy jesteśmy niesympatyczni, źle wychowani i roztargnieni. Jeśli ktoś nas takimi pokocha, to reszta przy tym to bułka z masłem!”

Bywają dni, kiedy mamy ochotę na lekką lekturę, przy której nie musimy zbyt wiele myśleć, a chcemy dobrze się bawić. Ostatnio miałam właśnie taką potrzebę i sięgnęłam po książkę „Skrajnie Mylne Sygnały”, którą napisała Frederica Bosco. Nazwisko nie było mi obce i wszystkimi drogami prowadziło do przeczytanej jakiś czas temu innej powieści tej autorki, a chodzi o „Nie tacy oni straszni”. Pamiętam, że dobrze się bawiłam podczas czytania (recenzja tutaj) i miałam ochotę na więcej. Chciałam i mam. Jak wrażenia?
W życiu Brigitty, bohaterki powieści, nie brakuje namiętności… ani absurdu! Jest w związku z Lucą (choć niektórzy twierdzą, że raczej z jego komórką) – mężczyzną, którego można opisać za pomocą trzech Z: Zaskakujący, Zniewalający, a przede wszystkim – Zajęty! Śnił mi się taki koszmar: jego żona owinęła go całego wstążką do pakowania prezentów i mógł oddychać tylko przez dwie słomki, które wystawały mu z dziurek nosa. A kiedy zjawiłam się tam, aby go uratować, dyrektor banku oznajmił mi, że jeśli chcę go uwolnić, to muszę zapłacić 150 tysięcy euro, żeby spłacić jego kredyt.
Moje oczekiwania wobec tej książki były naprawdę duże, szczególnie jeśli chodzi o dawkę ironii, poczucia humoru oraz ciekawej historii, która miała być komedią pomyłek. Pamiętając poprzednią książkę autorki, którą byłam oczarowana. Na dowód mojego zachwytu i moich wygórowanych oczekiwań przytoczę mały fragment z mojej recenzji: książka, którą warto mieć i przeczytać. Nie tylko przyjemna, lecz na swój sposób pouczająca. Opowieść o przeciwnościach losu, pechu i chaosie…o miłości, przyjaźni, rodzinie i upokorzeniach. O potrzebie spokoju… Całość jest rewelacyjna. W tej książce znajdziecie dużą dawkę dobrego humoru i zakochacie się w niej od pierwszego zdania. To pigułka rozweselająca w formie książkowej. Taka tragikomedia i bajka w jednym. Lekarstwo na jesienno – zimową chandrę (która niestety już coraz bliżej). Lubicie testować wytrzymałość bohaterów? W takim razie tutaj znajdziecie to, co trzeba. Ja ją uwielbiam… 

Niestety tym razem nie obyło się bez rozczarowania. Historia była przewidywalna, mało oryginalna, błyskotliwego humoru niewiele, a bohaterka mnie irytowała swoją naiwnością i zachowaniem. Ja rozumiem, że ona taka miała być, ale Bri to już jak dla mnie szablonowa idiotka (zakochana z klapkami na oczach). Tak wiem, miłość bywa ślepa. Sama niejeden raz miałam podobne klapki na moich patrzałkach, może nawet byłam naiwną idiotką, pisywałam sms-y i to dużo, ale romansu z żonatym facetem jeszcze nie zaliczyłam (jeden błąd mniej). Patrząc w przeszłość można być ze sobą szczerym, albo chociaż próbować i spokojnie można doliczyć się kilku błędów z czystym sumieniem, być może to dlatego tak drażni mnie główna bohaterka. Naczytało się i naoglądało sporo, romanse żadną nowością nie są, słodkie słówka bywają dwuznaczne i dość często bywają też śmieszne, krótko mówiąc wszystko razem bywa oklepane i pachnie tanimi kłamstwami na kilometr. Szczególnie jeśli od początku do końca wszystko wydaje się szablonowe i raczej mało zaskakujące.

Ta książka broni się tylko tym, że faktycznie można się przy niej odprężyć. Jest bardzo krótka bo można ją spokojnie połknąć w dwie godzinki może nawet mniej jeśli ktoś szybko czyta. To takie babskie czytadełko – romansidełko. Oczywiście nie ma w tym nic złego, gdyż sama lubię sięgnąć po tego typu książki, jednak tym razem autorka poszła totalnie na łatwiznę. Może i chciała zwrócić uwagę czytelnika na problem jakim jest zniewolenie przez technologię, w tym wypadku w grę wchodzą sms-y. Uzależnienie od tej formy komunikacji, choć to też żadna nowość i ludzie od dawna flirtują ze sobą w ten sposób, nawet żyją w związkach na odległość i tak się codziennie komunikują. Nawet jeśli całość miała za zadanie śmieszyć to i tak wypadła blado w porównaniu z tym co Frederica Bosco pokazała w „Nie tacy...”. Mam mieszane uczucia do tej książki, bo z jednej strony jestem rozczarowana, a z drugiej dostałam to co chciałam, czyli odmóżdżacz. Proponuję przeczytać, zrelaksować się i zapomnieć. Przetrawić nie ma co, no może tylko prawdę życiową, że romanse są średnio fascynujące. Czy polecam? I tak i nie. Tak, jeśli masz ochotę na coś w tym stylu – ma być lekko i szybko. Nie, jeśli szukasz ambitniejszej literatury. A jeśli masz ochotę na naprawdę dobrą dawkę ironii i chcesz się nieźle pośmiać to proponuję sięgnąć po wspomnianą w tekście książkę autorki, która jest naprawdę dużo lepsza.

Za możliwość przeczytania ebooka dziękuję wydawnictwu Prószyński i Sk-a

poniedziałek, 18 września 2017

Banda Michałka powraca - Ewa Karwan-Jastrzębska



wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 6 czerwca 2017

Kochani, kto z nas choć przez chwilę nie chciałby stać się znowu dzieckiem? Myślę, że większość, albo zaryzykuję i powiem, że każdy. Choć na kilka godzin stać się beztroskim berbeciem, który ma tysiąc pomysłów, lato w głowie, kumpli z podwórka i głowę pełną marzeń. Wiadomo czasu cofnąć się nie da (a szkoda), ale można sięgnąć po książkę, która trochę nam to dzieciństwo przybliży. Jeśli jesteś rodzicem, który chce wciągnąć swoje dziecko do świata literatury, bądź sprawić mu radość, bo książki pochłania, to również proponuję przeczytać do końca moją recenzję. Tym razem kilka słów o książce Ewy Karwan – Jastrzębskiej - „Banda Michałka powraca”.

Zdarza mi się czytać książki nie po kolei – zaczynam od drugiego tomu, albo od któregoś tam ze środka. Tym razem było tak samo. Domyśliłam się, że skoro ta banda powraca to już musiała raz gdzieś się pojawić, mało tego, ja musiałam ją przegapić i to bardzo. Nie zrażona tym skusiłam się na pozycję dla dzieci. Nie zaczynając od pierwszego tomu. Nie mając choćby tych dwunastu lat (i to od dość dawna).
Krótkie, skrzące się dowcipem, świetnie oddające współczesne realia opowiadania w stylu "miało być dobrze, a wyszło jak zawsze". Walentynki i związane z nimi miłosne podchody! Nocne polowanie na Minotaura! Uchodźcy w szałasie! Żałosne skutki pogadanek, czyli banda na tropie Pedobera! Oczy Róży i spotkanie z Błotnym Misiem…A w tle stara warszawska kamienica w sercu Żoliborza i jej barwni mieszkańcy, kochająca się rodzina Michałka, szkoła z jej nietuzinkową dyrekcją (gotową nawet wystartować w szkolnym konkursie talentów). A w rolach głównych oczywiście – Michałek i jego przyjaciele!
Michałek i jego banda pojawili się w 2013 roku, nie tylko na półkach w księgarni i tych domowych w pokojach dzieciaków. Zagościli również na antenie radiowej Trójki, a dzieciaki, które były pierwowzorami bohaterów udzielały podobno wywiadów. Tym razem powraca wraz ze swoją bandą, aby łapać złodziei, podejrzanych obywateli, pomagać sąsiadce, szpiegować i pojechać do Grecji, gdzie wypada zapolować na Minotaura. To tylko kilka przygód, o których wspominam, aby nie psuć nikomu dobrej zabawy z odkrywania reszty. Wydawałoby się, że jest to książka dla chłopaków, nic jednak bardziej mylnego. Oczywiście w bandzie przeważa płeć męska, jednak jest jedna dziewczyna – kumpel. Zresztą całość jest lekka, przyjemna, dowcipna, barwna i pouczająca, więc nawet z samymi chłopakami nie byłoby źle. Książkę się czyta się ekspresowo. Rozdziały nie są długie, a każdy rozpoczyna ilustracja. Przygody Michałkowej bandy także uczą empatii, pomocy innym, przyjaźni, a także języka polskiego, w tym różnych pojęć, które na co dzień dzieci słyszą tu czy tam. Oczywiście autorka robi to w sposób czytelny, tak aby każdy zrozumiał i się nie zanudził. Uważam, że to świetny sposób, aby nasze dzieci nie tylko dobrze się bawiły, ale również czegoś się dowiedziały. Niektórzy zapewne się doczepią, że ma to formę „słownika”, ale nic z tych rzeczy.

Przyznam się, że jako dziecko nie przeczytałam „Dzieci z Bulerbyn”, a teraz na stare lata mnie wzięło na czytanie książek o bandzie dzieciaków. Mój świat, a w zasadzie nasz dorosłych różni się od tego opisanego przez Ewę Karwan – Jastrzębską. I to właśnie jest fajne, że nie tylko dzieciaki mogą korzystać z takiego świata, ale również i rodzice podkradając im książkę lub czytając z nimi. Dlaczego naszło mnie akurat na taką literaturę i wyskakuję z nią skoro zazwyczaj u mnie znajdziecie książki z zupełnie innej półki? Powody są dwa, a w sumie nawet trzy. Jestem w takim miejscu, gdzie trudno się czasem skupić, zmęczenie, stres czy choćby brak czasu uniemożliwiają czytanie czegoś innego kalibru. Chce się zwyczajnie uciec myślami i przez chwilę dobrze się bawić nie wysilając mózgu. Zakosztować beztroski itp. Drugi powód – jestem matką, co prawda mojemu synowi daleko do tak rozwiniętych książek i do stworzenia takiej bandy, ale dobrze powoli wchodzić na grunt przyjazny dzieciom. To wiąże się z trzecim powodem, a mianowicie planami na przyszłość, w których uwzględniam recenzje książek dla dzieci. Te trzy powody sprawiły, że przeglądając pozycje na czytniku bez wahania wybrałam właśnie tę pozycję. Nie żałuję i mam w planach nadrobić kiedyś zaległości z pierwszym tomem. Mam nadzieję, że on również przypadnie mi do gustu. Dorośli z tej książki również mogą wyciągnąć to i owo, choćby bezinteresowność, którą warto okazywać osobom w naszym otoczeniu, troska czy też wyobraźnia, którą czasem upychamy za żelaznymi drzwiami po to, aby odciąć się od tego dziecka, które w nas drzemie. Nie pozostaje mi nic innego jak na koniec zaproponować abyście zakumplowali się z Michałkiem i resztą i przy okazji dobrze się bawili (WASZYM DZIECIOM RÓWNIEŻ).

Za możliwość przeczytania ebooka dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka