wtorek, 30 grudnia 2014

Olga Rudnicka - Czy ten rudy kot to pies?


autor: Olga Rudnicka
cykl: Martwe Jezioro (tom 2)
wydawnictwo: Prószyński Media
data wydania: marzec 2009 (data przybliżona)
liczba stron: 232
kategoria: Literatura piękna

Nadszedł czas na porządki na półkach z książkami. Można powiedzieć, że końcówka roku zmobilizowała mnie do działania. Postanowiłam przeczytać i oddać książki pożyczone, dlatego teraz zabrałam się za Czy ten rudy kot to pies?. Ta książka to kontynuacja Martwego jeziora, które wspominam bardzo dobrze. Olga Rudnicka zaintrygowała mnie swoim stylem i lekkością pióra. Sprawiła, że irytujące postacie stały się pozytywne i lubiane a historia ciekawa. Dlatego właśnie sięgnęłam po drugi tom. Co prawda z małym opóźnieniem, ale tak to już jest jak człowiek sam nie wie, co najpierw ma przeczytać. Grunt, że się w końcu za to zabrałam i przeczytałam ją w kilka godzin.
Niespełna trzydziestoletnia Ulka wikła się w romans z szefem. Gdy dowiaduje się o tym jego żona, wybucha skandal. Zwolniona z pracy dziewczyna ucieka z miasta. Przez przypadek trafia do wioski pod Wrocławiem, gdzie omyłkowo zostaje wzięta za poszukiwaną kryminalistkę. Jakby miała mało kłopotów, trafia do domu człowieka podejrzanego o ukrywanie zwłok w ogrodzie...
Po przeczytaniu opisu poczułam lekkie rozczarowanie. Miałam ochotę na dalsze losy Beaty, która ma totalnie zagmatwane życie, a do tego związała się z bratem Ulki. Poznałam już głównych bohaterów i zaczęłam się do nich w jakiś tam sposób przywiązywać – polubiłam tych ludzików (a jest za co!). Jednak, gdy tylko otworzyłam książkę i zaczęłam czytać stwierdziłam, że moje rozczarowanie było bezpodstawne. Na samym początku „stanęła” przede mną Beata. Okazało się, że autorka nie wycięła pozostałych bohaterów na rzecz Ulki, która pakuje się w kłopoty. Muszę przyznać, że w subtelny i wyważony sposób przechodzimy od trójki głównych bohaterów do jednej postaci, która ma być numerem jeden w tej części. Ulka to chodząca” wpadka”, której może się przytrafić wszystko. Czytając ma się wrażenie, że jest przysłowiową blondynką. Nie zmienia to jednak faktu, że jest sympatyczną osóbką, która potrafi zaskakiwać i to także pozytywnie. Można ją polubić, chociaż domyślam się, że nie każdy będzie do tego zdolny. Jeśli chodzi o resztę postaci to są one dopełnieniem i przeciwieństwem Ulki. Nie zabraknie rodzinnej tajemnicy z dreszczykiem w tle ani swojskich klimatów i lekkiej historii, która nie jest banalna i naciągana. Autorka stworzyła dobrą książkę, która jest koktajlem z kilku gatunków. Potrafi zaintrygować czytelnika i zachęcić do dalszego czytania. Ja nie mogłam się oderwać od tej książki, byłam ciekawa jak wszystko się potoczy mimo tego, że sama zdążyłam fakty posklejać i wyprzedzić fabułę. Nie wpłynęło to jednak w żaden sposób na moją ocenę książki.

Podsumowując jest to lekki kryminał, który zaczyna się w Martwym jeziorze a jego kontynuację dostajemy tutaj. Moim zdaniem część druga z Ulką jest o wiele lepsza od części poprzedniej. Jest bardziej zabawna, swobodna i klimatyczna. Już w pierwszej części urzekło mnie poczucie humoru i cięty język bohaterów tym razem jest to zdecydowanie podwójna dawka. Czytając wyobraziłam sobie już wersję filmową. Myślę, że można by z tego zrobić kryminał, komedie i romansidło w jednym. Czy ten rudy kot to pies? to lekka i przyjemna lektura na wieczór czy niedzielne popołudnie. Jeśli macie ochotę na relaks w dobrym wydaniu to polecam i zachęcam do przeczytania obu tomów – tym bardziej, że są one ze sobą powiązane.

niedziela, 28 grudnia 2014

K. S. Rutkowski - Brudne historie

autor: K. S. Rutkowski
wydawnictwo: Intro-Druk
data wydania: 2006 (data przybliżona)
liczba stron: 187
kategoria: Literatura piękna

Rok dobiega końca, doszłam więc do wniosku, że tym razem postawię na coś mocniejszego, czyli literaturę K. S. Rutkowskiego. Takie zakończenie roku z małym przytupem. Książki Rutkowskiego recenzowałam już trzykrotnie i za każdym razem moja opinia była pozytywna. Wyrobiłam sobie zdanie na temat jego opowiadań i jego stylu, dlatego postanowiłam sięgnąć po ostatnią posiadaną przeze mnie książkę tego autora, czyli Brudne historie. Swoje wywody zacznę tym razem od okładki. Dlaczego? Ponieważ różni się ona od poprzednich. Jest kolorowa, odważna i dwuznaczna – po prostu przyciąga wzrok. Moim zdaniem pasuje do brudnych historii wyłapanych okiem mężczyzny, który piszę męską prozę bez ogródek. Skoro już jesteśmy przy okładce, warto wspomnieć jej autora, za projekt odpowiada Krzysztof Sado Sadowski ( autor silnie zabarwionych erotyzmem, kontrowersyjnych wystaw fotografii, zajmuje się także fotografią komercyjną oraz projektowaniem okładek). Namiastkę jego prac możecie podziwiać w tej książce. Czas wrócić do literatury.

Brudne historie to zbiór siedemnastu opowiadań, których nie da się zaliczyć do grzecznych, delikatnych ani zresztą nudnych. Mają w sobie szczerość, brutalność i wspomniany w tytule „brud”. Autor w swoich opowiadaniach opisuje twardą rzeczywistość, realia, o których się nie mówi a już na pewno nie takimi słowami. Bohaterami są dzieci, dorośli, nastolatkowie – ale jednak mężczyźni - którzy muszą się zmierzyć ze swoim życiem. Po raz kolejny trafiamy do świata czarno – białego, w którym zabrakło kolorów. Jesteśmy świadkami morderstwa, gwałtu, złego traktowania nieletnich jak i barku zaufania w małżeństwie. Oprócz kontrowersyjnych historii, poznamy męski punkt widzenia, zagłębimy się w męski świat, albo jego namiastkę a przy okazji złowimy trochę rybek u wybrzeży Mauritiusa. Niektóre opowiadania są lepsze a inne gorsze są po prostu różnorakie. Potrafią naprawdę zniesmaczyć człowieka, jednak bywają też takie, które wywołują napięcie. Teksty Rutkowskiego mogą drażnić czytelnika, bulwersować i szokować, ale nie da się zaprzeczyć, że są one dobre. Mają w sobie, co prawda szorstkość pióra i nutkę chamstwa, ale są dobre. Tego typu literatura nie jest dla każdego, ją trzeba rozumieć, tolerować, po prostu pozwolić sobie przekroczyć pewne granice. Rutkowski pełni rolę prześmiewcy, który na swój oryginalny sposób zwraca czytelnikowi uwagę na pewne rzeczy. W świecie, który nam ukazuje miesza się nadzieja z realizmem. Nigdy nie przypuszczałam, że będę czytała tego typu książki. A jednak. Coś mnie urzekło w stylu autora, może swojskość, z jaką opowiada te swoje historie, albo brak koloryzowania faktów na siłę. Myślę jednak, że najbardziej go cenię za jego poczucie humoru, które bywa rozbrajające. To, co napisał może doprowadzić do mdłości, ale na pewno nie podwyższy czytelnikowi cukru we krwi.

"W pana prozie brak wyczucia, proporcji. Jest nazbyt męska. Niesmaczna. Nachalna. Obrazoburcza. Lubi pan obrażać. Ludzi, instytucje. Nie ma dla pana żadnych świętości. Często stawia pan słowa "k*rwa" i "f*ut" obok słowa Bóg. Obok słowa Jezus. Tak nie można, panie Rutkowski, nie można."

A może jednak można? Wystarczy spora dawka dystansu i ironii?


Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania książki

wtorek, 23 grudnia 2014

Świąteczne życzenia :)


Z okazji Świąt Bożego Narodzenia chciałabym życzyć wszystkim Molom Książkowym i nie tylko, wszystkiego co najlepsze. Świąt spędzonych w ciepłej rodzinnej atmosferze, pod choinką ciekawych prezentów, a pośród nich dużo ciekawych książek. Niech nie zabraknie dawki melancholii i wspomnień, a przy okazji niech powstają nowe i cudowne. Życzę także zdrówka bo ono jest chyba najważniejsze… Niech spełniają się Wasze marzenia kochani!

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Nicholas Sparks - Anioł Stróż


autor: Nicholas Sparks
tłumaczenie: Elżbieta Piotrowska-Zychowicz
tytuł oryginału: The Guardian
wydawnictwo: Albatros
data wydania: maj 2010 (data przybliżona)
liczba stron: 464
kategoria: Literatura piękna

Z twórczością Nicholasa Sparksa zapoznałam się już jakiś czas temu. Obie przeczytane książki wywarły na mnie pozytywne wrażenie, dlatego postanowiłam zapoznać się z treścią kolejnej. Tym razem mój wybór padł na Anioła Stróża, który odczekał swoje na półce. Ciągle odkładałam ją na później, jednak musiałam się zmobilizować do przeczytania, gdyż nie mogę w nieskończoność trzymać pożyczonej książki. Zachęcona poprzednimi historiami i opiniami innych zaczęłam lekturę z entuzjazmem. Czy ten entuzjazm przetrwał do końca?
Julie zostaje wdową w wieku dwudziestu pięciu lat. Wraz z listem pożegnalnym od męża, w który Jim obiecuje jej, że będzie jej aniołem stróżem, otrzymuje nieoczekiwany prezent - niemieckiego doga. Mijają cztery samotne lata. Julie stopniowo dojrzewa do nowej miłości. O względy dziewczyny zabiega przystojny i pewny siebie Richard, w którym Julie dostrzega pokrewną duszę - pomimo, że ukochany pies go nie akceptuje. Wielką przyjaźnią darzy natomiast Mike`a - najlepszego przyjaciela zmarłego męża. Gdy w zachowaniu jednego z mężczyzn Julie odkrywa coś niepokojącego i daje mu kosza jej życie zamienia się w koszmar...
Autor postanowił stworzyć coś innego, nowego a do tego z psim bohaterem. Od zawsze uwielbiał historie z psami i to go po części zainspirowało. W tym pomyśle oprócz psa, chciał zawrzeć miłość i niebezpieczeństwo, czyli jednym słowem thriller z wątkiem miłosnym. Wyzwaniem dla autora było wypośrodkowanie między tymi dwoma elementami, nie chciał przyćmić jednego wątku drugim. Czy było to łatwe? Nie. Przekonał się o tym robiąc korektę z redaktorem. Opis zapowiada ciekawą fabułę, którą chcemy poznać już od razu. Nie wypuścić książki z rąk do samego końca. A jak jest w rzeczywistości? Początek zaczął się ciekawie, melancholijnie a do tego poczułam więź z bohaterką, młodziutką Julie (pewnie dlatego, że w tamtym momencie byłyśmy rówieśniczkami). Póżniej jednak wszystko przemieniło się w romansidło. Przez większą część książki czułam po prostu rozczarowanie, szukałam tych emocji, niebezpieczeństwa i koszmaru. W końcu to nam obiecuje wspomniany wcześniej opis. A co dostałam? Historie miłosną z kilku osobową narracją, która bywa irytująca. Bohaterowie też nie wyróżniają się niczym szczególnym, jedni naiwnością i światopoglądem, którego nie pochwalam a inni skłonnościami psychicznymi, ale to by było na tyle. Najbardziej irytował mnie Richard, który jest postacią złożoną i który sam w sobie jest zagadką – mimo wszystko mnie wkurzał. Dawno już nie zdarzyło mi się czytać jednej książki tak długo, nie mogłam się za nią zabrać. Stanęłam na którejś stronie i ani rusz. Nie czułam żadnego przyciągania i więzi z postaciami. Jak dla mnie najbardziej pozytywną postacią jest właśnie pies, czyli Śpiewak. Jest on ewidentnie nieziemski, nie zachowuje się jak typowy pies a przy okazji ma wszystkie cechy, które powinien mieć czworonożny przyjaciel człowieka. Autor faktycznie wypośrodkował akcję, do połowy romansidło, które stopniowo przechodzi w coraz ostrzejszy thriller. Właśnie ta druga część, a w zasadzie ostatnie 150 stron ratuje tę historię w moich oczach. To właśnie ona napędziła emocje, rozpędziła zagadkę i wyostrzyła zmysły. Pozwoliła wczuć się w klimat i pobudziła fantazję. Nie znaczy to, że we wcześniejszych fragmentach nic nie wskazywało na ten gatunek – pojawiały się czytelne sygnały, ale nie powalały na kolana. Akcja była przewidywalna. A może wszyscy psychopaci są przewidywalni? Tak, więc moja odpowiedź na postawione pytanie (początkowe) brzmi: mój entuzjazm zgasł praktycznie na początku, ale rozbudził się pod koniec. Moim zdaniem historia jest trochę zbyt rozpisana. Najwyraźniej tak miało wyglądać to „wypośrodkowanie”, ale mnie nieco nudził wątek randek, pochodów, ignorowanych sygnałów, wyparcia itp. Nie jestem tak zachwycona jak myślałam, że będę. Być może dlatego, że nastawiłam się na trochę coś innego. A może mój gust się zmienia. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal będę sięgała po książki autora. Sam pomysł jest bardzo ciekawy, podoba mi się połączenie wątków i wprowadzenie psa, który jest wyjątkowy. Jednak ja postawiłabym na bardziej dynamiczną akcję i mniej obszerną narrację. Komu mogę polecić? Niewątpliwie fanom autora jak i zwolennikom thrillerów. Ktoś jeszcze nie czytał Sparksa w takiej odsłonie? Myślę, że warto. Może Was zachwycą oba wątki. Ta historia potwierdza zdanie, że pies to najlepszy przyjaciel człowieka. 

Moja ocena: 4/6

Książka bierze udział w wyzwaniu: Czytam opasłe tomiska

sobota, 20 grudnia 2014

Kajetan Woźnikowski - MYŚLODSIEWNIK


autor: Kajetan Woźnikowski
wydawnictwo: Wydaje
data wydania: wrzesień 2014 (data przybliżona)
liczba stron: 116
kategoria: Literatura piękna

„Gdyby ludzie czytali sobie w myślach… Świat byłby szalony.”


Tym razem naszła mnie ochota na trochę filozofii w wykonaniu Kajetana Woźnikowskiego. Myślodsiewnik miał, co prawda poczekać jeszcze trochę na półce, ale jednak zmieniłam zdanie. Dawno już nie czytałam żadnych przemyśleń i nie zagłębiałam się w dwuznaczne metafory. Tak, więc skusiłam się na małą dawkę tych „doznań”. Kiedyś zdarzało mi się czytać książki (znanego chyba wszystkim) Paula Coelho, lubiłam jego filozofowanie, mądrzenie się i zabawę słowami. Niektóre teksty były ciekawsze inne mniej. Jedne bardziej zrozumiałe drugie totalnie niezrozumiałe. Być może do niektórych tekstów trzeba dojrzeć, albo są one po prostu zrozumiałe tylko i wyłącznie dla autora. Co powiecie o samym tytule? Z czym się on wam kojarzy? Mi tylko i wyłącznie z Harrym Potterem!

„Wystarczyła cisza i spokój. Możliwość posiadania marzeń i własnego świata.”

W tej recenzji nie znajdziecie opisu. Doszłam do wniosku, że bez sensu jest wstawianie czegoś, co można zmieścić w jednym zdaniu. Ta cieniutka książeczka to zbiór myśli, które autor po prostu spisał. Tak jak wspomniałam mała dawka filozofii. Chociaż czy faktycznie taka mała? Autor w swojej książce porusza tematy ważne i mniej ważne (zależy jak dla kogo i z jakiego punktu się patrzy). Nie zabraknie rozmyślania nad sensem życia, człowieczeństwem, szczęściem. Nawet znajdziemy temat religii. Wszystko to zostało w barwny sposób ubrane – słowa potrafią namalować ciekawy obraz. Szczególnie jeśli wymieszane jest to wszystko z dawką ironii i odważnego języka. Potoczny język jest tutaj atutem, gdyż filozofowanie bywa samo w sobie skomplikowane a pojęcie czyjegoś rozumowania sprawia czasami problem. Autor zamieścił również w swoich przemyśleniach dawkę humoru, która przebija się przez całość i dodaje uroku. Kajtuś nie tylko pozbył się myśli ze swojej głowy on pozwolił czytelnikowi wejść z buciorami do jego wnętrza, myśli, które są żywe i które kłębią się jak kurz pod łóżkiem. Lektura jest lekka i krótka, jest ciekawa i nieskomplikowana. Bywa zabawna i urozmaicona różnymi formami. Tekst został wzbogacony o cytaty, lub teksty piosenek. Książka ma niewątpliwie kilka plusów, które rzuciły mi się w oczy. Jednym z nich jest wyobraźnia autora, który tworzy mini historyjki, w których ukryte są te jego myśli. Niektóre są ze sobą powiązane inne już nie. Bywają dłuższe i minimalistyczne. Każda historyjka (wpis, wątek, myśl) opatrzona jest datą – czyli czytam coś w rodzaju dziennika. Podsumowując. Całość została napisana w dobrym stylu, nie jest to bełkot, który nie daje żadnej pożywki dla czytelnika. Ma w sobie „coś”, czyli potencjał, który niewątpliwie zaowocuje w przyszłości. Myślę, że to nie jest pierwszy i ostatni zbiór myśli autora. Mam nadzieje, że w przyszłości będę miała okazję przeczytać jeszcze inne książki Kajetana Woźnikowskiego. Kto wie może rodzi się nasz Paulo Coelho tylko bardziej czytelny?!Jedyne, co w tej książce może razić czytelnika to wulgaryzmy i ostry język. Do okładki nie nawiązuje, bo nie ma do czego – w tym wypadku liczy się tylko treść i na niej ma się czytelnik skupić. Ja osobiście jestem pozytywnie zaskoczona tą lekturą.

Moja ocena. 5/6

Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania książki

środa, 17 grudnia 2014

Sara Shepard - Nigdy, przenigdy


autor: Sara Shepard
cykl: The Lying Game (tom 2)
tłumaczenie: Mariusz Gądek
tytuł oryginału: Never Have I Ever
wydawnictwo: Otwarte
data wydania: 6 stycznia 2014
liczba stron: 304
kategoria: Literatura młodzieżowa

Jakie wrażenie wywarła na mnie Gra w kłamstwa Sary Shepard już wiecie, teraz przyszedł czas na Nigdy przenigdy. W pierwszej części przeniosłam się do świata nastolatek, który jest zwariowany, momentami skandaliczny a do tego dwulicowy. Tłem zaś jest morderstwo. Czy drugi tom okazał się lepszy? Czy poznałam odpowiedzi na postawione wcześniej pytania? Na to odpowiem od razu. Część druga jest o wiele lepsza niż pierwsza, ma w sobie więcej dynamizmu i dawki niebezpieczeństwa. A jeśli zaś chodzi o te pytania to powiem Wam, że namnożyło się ich zdecydowanie więcej.
Niewiele pamiętam ze swojego życia, pozostały zaledwie przebłyski wspomnień. Wiem jedno: nie tak dawno miałam wszystko – wspaniałych przyjaciół, cudownego chłopaka i kochającą rodzinę. Teraz Emma, moja siostra bliźniaczka, zajęła moje miejsce i desperacko próbuje rozwikłać zagadkę mojego zniknięcia. Jednak czuje, że ktoś śledzi każdy jej ruch…
Tym razem recenzja nie będzie obszerna, nie zaleje nikogo potokiem słów. Bo po co? A nóż niechcący zdradzę więcej niż powinnam. Ciężko jest napisać dobrą/ ciekawą recenzję kontynuacji, w której nie możemy za dużo zdradzić ani niczego wyprzedzić. Postaram się w rzeczowy i skromny sposób wyrazić swoje zdanie. Ogólnie tą część (a może i całą serię) podsumowałabym jako „pogoń za króliczkiem”. Gdy już mamy „pewność”, że wreszcie poznaliśmy prawdę, albo jej większą część okazuje się, że jesteśmy w błędzie i gra zaczyna się znów od nowa. Ale za to startujemy trochę z innej pozycji. To, co okazało się błędnym założeniem trochę jednak oczyściło nasze myśli. A dzięki temu mamy inne tropy, które możemy nazwać – prawdziwe. Jest to bardzo dobre rozwiązanie dla tego typu książek, gdyż się nie nudzimy. Ciągle coś się dzieje i próbujemy połączyć wszystkie elementy układanki ze sobą. Nie zabraknie napięcia, które jest naprawdę wyczuwalne. O wiele łatwiej przyszło mi wtopienie się w klimat podczas mojego drugiego spotkania z bohaterami tej książki niż za poprzednim razem. W tej części mamy okazję lepiej poznać prawdziwą Sutton i jej występki. Im dłużej przebywamy z przyjaciółkami Sutton tym więcej się o nich dowiadujemy i więcej rozumiemy. Zaraz ktoś się zdziwi, bo na nic nie narzekam. Minusem jest to, co zwykle mnie irytuje w kontynuacjach. Czyli wałkowanie tego, co było wcześniej, nakreślanie sytuacji z poprzedniej części. Na szczęście tutaj zetknęłam się z tym tylko na początku. Cała historia wydaje się być typowo filmowa, nierealistyczna a może po prostu powiem amerykańska. Czyli kompletnie nierzeczywista z naszego punktu widzenia. A może nastolatki aż tak się zmieniają? Wracając do tematu… Ta nierealna poświata jest tutaj na miejscu, nadaje całości charakteru. Do bohaterów pasuje wręcz idealnie. A co z Emmą? Odnajduje się w sytuacji coraz lepiej, gra ze śmiercią i bawi się w Holmesa. Dlaczego?

„Ponieważ Sherlock zawsze dopada zbrodniarza.”

Na koniec tylko dodam, że ta część narobiła mi jeszcze większego apetytu. Najchętniej już bym sięgnęła po kolejną część. Myślę, że w trzeciej części zacznie się gra na wyższym poziomie. I to w dodatku z nowym uczestnikiem! Już nie mogę się doczekać!

Książka bierze udział w wyzwaniu: Czytam opasłe tomiska

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Agnieszka Olejnik - wywiad

Chcę Was zaprosić na nowy cykl na blogu, a konkretnie na wywiad z Agnieszką Olejnik, nauczycielką i wielką miłośniczką psów, a przede wszystkim autorką książki "Zabłądziłam", która wywarła na mnie duże wrażenie.


Polonistka, anglistka, pedagog. Pochodzi z rodziny „lotniczej”, jednak sama poprzestała na szybownictwie. Zakochana w Tatrach i jaskiniach Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Prywatnie jest mamą trzech synów. Hoduje wyżły weimarskie – i właśnie psy (obok literatury i podróży) są największą jej pasją. Pierwsza książka – Awantura w bajkach powstała dla jej kilkuletniego synka. Wysłała ją na konkurs Fundacji ABC XXI Cała Polska czyta dzieciom w roku 2007 i otrzymała wyróżnienie. Następnie ukazała się Ava i Tim dla dzieci i młodzieży, wydana przez NovaeRes. Gdy najstarszy syn przeżywał pierwsze miłości, powstała powieść Zabłądziłam.
źródło: lubimy-czytać.pl

Ja: Kiedy narodziła się u Pani chęć pisania książek? Czy było to Pani marzeniem od dawna?

A.O.: Nie nazywałam tego chęcią pisania książek, był to raczej przymus snucia opowieści. Zaczął się jakoś we wczesnym dzieciństwie, kiedy to, nabywszy umiejętność stawiania koślawych literek, usiłowałam spłodzić opowiastkę o komecie, która wpadła przez okno do pokoiku dziecięcego i zawieruszyła się wśród zabawek. Obawiam się, że nie był to mój oryginalny pomysł, zerżnęłam go z jakiejś obejrzanej wcześniej kreskówki. Tak czy owak, plagiatu w końcu nie popełniłam, ponieważ nie ukończyłam tamtej opowiastki. W szkole średniej pisałam opowiadania na zamówienie koleżanek. Na przykład Ania kochała się w Macieju, więc napisałam dla niej opowiadanie o nich dwojgu, obowiązkowo kończące się happy endem. Później na wiele lat zamilkłam, byłam zbyt zajęta studiowaniem, górami, podróżami, a następnie dziećmi i psami. Przez ten czas pisałam tylko wiersze – i wyłącznie do szuflady. „Przymus snucia opowieści” powrócił kilka lat temu – i tym razem już zaowocował książkami.

Ja: Jakie to uczucie widzieć na półkach w księgarni swoją książkę? Czy zmieniło się jakoś Pani życie po wydaniu pierwszej książki?

A.O.:Uczucie całkiem nijakie. Nie było jakiegoś wzruszenia, fajerwerków ani nawet szczególnej dumy. Dużo fajniej jest czytać pochlebne recenzje. Życie też mi się nie zmieniło ani trochę, i dobrze, bo podoba mi się tak, jak jest.

"Zabłądziłam"
Ja: W książce „Zabłądziłam” opisane są problemy nastolatków. Skąd czerpała Pani pomysły na historię? Od samego początku miała Pani określoną fabułę, czy dopiero powstawała w trakcie pisania kolejnych stron? Jako nauczycielka spędza Pani dużo czasu z młodzieżą, czy było to w jakiś sposób pomocne podczas pisania?

A.O.:Z pisaniem tej książki było dziwnie, bo wymyśliłam ją i zapisałam w ciągu paru tygodni. To znaczy nie stworzyłam wcześniej żadnego zarysu fabuły, niczego nie przemyślałam, tylko usiadłam i zaczęłam pisać, kompletnie nie wiedząc, skąd mi się to bierze. Nie miałam wcześniej nawet imion bohaterów. Pierwszy raz mi się coś takiego przytrafiło. Wcześniej pisałam „Avę i Tima” dla dzieci i zaczęłam „Dantego na tropie” (tak, bo „Dante…” narodził się nieco wcześniej, ale dość długo „dojrzewał”) i z tamtymi książkami było inaczej, sporządziłam jakieś notatki, jakiś plan, który realizowałam albo zmieniałam. Z „Zabłądziłam” to był rodzaj transu. Mnie się wtedy nawet śnili Majka i Alek. Zresztą w ogóle nie chciało mi się spać, najchętniej bym tylko pisała. Spałam z rozsądku. A czy praca z młodzieżą była pomocna? Nie sądzę. Raczej moje doświadczenia jako niełatwej nastolatki, które wciąż mam w pamięci, i doświadczenie bycia mamą nastoletniego wówczas syna.

Ja: Zabłądziłam” zbiera bardzo pochlebne opinie i oceny. Spodziewała się Pani, że książka tak bardzo spodoba się czytelnikom?

A.O.:Chyba każdy pisarz spodziewa się pozytywnych recenzji, czeka na nie – inaczej by wcale nie publikował. Myślę, że dlatego tak bolą słowa krytyki; nie spodziewamy się ich, my czujemy inaczej i wydaje się nam, że wszyscy powinni tak czuć. I nie ma to nic wspólnego z brakiem skromności; po prostu do własnego tekstu ma się stosunek emocjonalny.

Ja: Książka jest w jakiś sposób przestrogą dla młodych osób, jak również wskazówką dla rodziców z jakimi problemami mogą borykać się ich pociechy. Dzięki temu jest idealna dla młodych jak i starszych czytelników. Czy był to celowy zabieg?

A.O.:Absolutnie, w żadnym razie. Jak już mówiłam, byłam wtedy w transie, opowieść pisała się sama. Jeśli w książce jest jakikolwiek smrodek dydaktyczny, to tak samo wyszło. Ktoś zarzucił mi w jakiejś recenzji, że to jest książka z prorodzinną misją, że to nieco nachalne. Bzdura. Każdy widzi to, co chce zobaczyć. Ja tylko opowiedziałam historię. Dla kogoś będzie ona przestrogą, dla kogoś innego tylko ładną opowieścią o nieporadnej miłości, lekką rozrywką. Tyle znaczeń, ilu czytelników.  

Ja: Czy możemy się kiedyś spodziewać dalszych losów Majki i Alka? Zakończenie jest dla mnie bardzo intrygujące. Z chęcią dowiedziałabym się jak potoczą się ich losy.

A.O.:Nie, nie i nie. Nie lubię dalszych ciągów. Niech Majka i Alek sobie radzą beze mnie. Albo raczej – niech wyobraźnia czytelników radzi sobie beze mnie.

Ja: Często czyta Pani recenzje swoich książek na blogach? Jeżeli tak to jak reaguje Pani na krytykę ze strony czytelników?

A.O.:Czytam, oczywiście. Czasem sama się na nie natknę, niekiedy ktoś z krewnych-i-znajomych-Królika podeśle mi link. Krytyki za dużo dotąd nie było, więc nie nauczyłam się jeszcze, jak należy sobie z nią radzić. Na szczęście recenzje są na ogół entuzjastyczne.

Ja: Jest Pani wielką miłośniczką wyżłów weimarskich. Od kiedy zaczęła się miłość do psów i co urzekło Panią akurat w tej rasie?

A.O.:Miłość do psów niejako wyssałam z mlekiem matki. Był to element mojego wychowania. Gdybym mogła, miałabym psy wielu różnych ras, ale mój małżonek zgodził się (po dziesięciu latach błagań!!!) wyłącznie na duże acz krótkowłose zwierzę. Padło na weimary, bo są piękne, smukłe, szare, z bursztynowymi oczyma. Dopiero później okazało się, że również szalenie aktywne. Ale to nam akurat pasuje, bo też jesteśmy aktywni.

Ja: Na swoim blogu napisała Pani, że jest zapaloną czytelniczką. Co najczęściej Pani czyta i czy ma Pani listę swoich ulubionych tytułów. Jeżeli tak to chętnie ją poznam :)

A.O.:Czytam wszystko, co wpadnie mi w ręce. Z racji zawodu często wracam do lektur z dzieciństwa i wciąż kocham niektóre części „Ani” oraz „Błękitny zamek” L.M. Montgomery, a także „Robinsona Kruzoe” w adaptacji Stampfla. Lubię też „Muminki”; kiedy czytam je mojemu najmłodszemu synkowi, wciąż na nowo uczę się, jak żyć, cieszyć się drobiazgami i jeszcze – jak być fajnym rodzicem. To bardzo mądre książki. Odkryciem ostatnich lat były „Igrzyska śmierci”, według mnie genialna opowieść o totalitaryzmie. Z dorosłych lektur – nie umiałabym powiedzieć, która jest moją ukochaną. Może „Córka fortuny” Isabel Allende, którą zabrałam do szpitala, kiedy rodziłam drugiego synka – i nie mogłam się doczekać końca porodu, żeby powrócić do Chińczyka Tao Chi’ena? Może „Diamentowa karoca” Akunina? Może „Paragraf 22”? „Dom dzienny, dom nocny” Tokarczuk albo „Opowieści galicyjskie” Stasiuka? „Widnokrąg” Myśliwskiego? Saga „Millenium”? Nie wiem. Za dużo tego jest, mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Jak widać, moje ulubione książki są bardzo różne.
"Dante na tropie"
premiera już 5.02.2015

Ja: Już niedługo premiera najnowszej książki „Dante na tropie”, która jak sama Pani pisze będzie kobiecym kryminałem. Skąd akurat pomysł na ten gatunek?

A.O.:Nie umiem odpowiedzieć na żadne pytanie typu „skąd pomysł”. Pomysły biorą się we mnie znikąd, rodzą się w podświadomości. Pewnego dnia po prostu się pojawił; siedziałam wtedy pod moimi wielkimi dębami i rozmyślałam, powstała sobie we mnie opowieść i od razu wiedziałam, kto zabił i dlaczego. Chyba nawet byłam zdziwiona, że mam zamiar napisać kryminał, bo poza powieściami detektywistycznymi Akunina i jakimiś dwoma czy trzema Miłoszewskimi, raczej nie jestem wielbicielką tego gatunku.

Ja: Czym zostaniemy w niej zaskoczeni i czy napisanie kryminału jest trudniejsze, czy łatwiejsze? 

A.O.:Nie mam pojęcia, czy uda mi się kogokolwiek zaskoczyć. To było dla mnie bardzo interesujące doświadczenie, ponieważ – jak mówiłam – od początku wiedziałam, kto zabił i co nim kierowało, natomiast opowieść musiałam poprowadzić tak, żeby nie tylko nie zdradzić prawdy, ale wręcz wodzić czytelnika za nos. To zdecydowanie trudniejsze niż po prostu opowiadać historię.

Ja: Jakie ma Pani plany na nadchodzący rok i czego można Pani życzyć?

A.O.:Plany? Skończyć zaczęte książki – kryminał „Nieobecna”, w którym zaczyna się właśnie robić gorąco, a także dwie czy trzy inne powieści, które mają już pierwsze rozdziały i wiem dokładnie, co się ma wydarzyć, tylko brak mi czasu na zapisanie tego wszystkiego. I tego właśnie można mi życzyć, bardzo proszę: czasu i świętego spokoju. :) Niczego innego mi w życiu nie brakuje.

Ja: Bardzo dziękuję za rozmowę :)


Zapraszam również na blog Pani Agnieszki: Barwy i smaki mojego życia

niedziela, 14 grudnia 2014

Maraton filmowy. "Zostań jeśli kochasz" vs "Gwiazd naszych wina" :)

Postanowiłam urządzić sobie wczoraj z mężem mały maraton filmowy. Na pierwszy ogień poszły dwa znane Wam filmy a już na pewno książki, dzięki którym powstały filmy owe filmy. Zostań, jeśli kochasz i Gwiazd naszych wina to właśnie o nich mowa. Można powiedzieć, że stanęły ze sobą do walki w ringu. Nie dość, że porównywałam je z jakością książki to jeszcze prowadziłam ranking filmowy. Ja rzadko oglądam filmy i ogólnie telewizję. Przeważnie słucham muzyki lub czytam (albo jedno i drugie razem). Wychodzę też z założenia, że najpierw sięgam po książkę a następnie oglądam film – choć czasami film sobie odpuszczam całkowicie. Zazwyczaj bywam rozczarowana wersją filmową i to bardzo. Jak było tym razem? Czy chusteczki czekały w pogotowiu?

No to zaczynam moje wywody filmowe – ekspertem żadnym nie jestem od razu zaznaczam. To tylko moje amatorskie spostrzeżenia.

Zostań, jeśli kochasz.

Pamiętam, że książka mnie zainteresowała…nie jest to może literatura najwyższych lotów, ale podobała mi się. Miała swoje plusy a do tego czytało się szybko. Jeśli zaś o film chodzi to po prostu poczułam się oszukana, rozczarowana, ogłupiona i co tam jeszcze.

Scenarzyści poszli po najcieńszej linii oporu, potencjał filmu został niewykorzystany. Powiem otwarcie, że się nudziłam. Nic się nie działo… młodzież się ciągle całowała. Poplątanie z pomieszaniem i momentami aż zażenowanie. Moja kobieca intuicja mi to chyba gdzieś szeptała, gdyż nie miałam wielkiej ochoty na obejrzenie tego filmu. Co mnie więc skusiło? Byłam ciekawa jak pokażą tą historię scenarzyści i jak spiszą się aktorzy a szczególnie Chloe Grace Moretz, czyli filmowa Mia Hall. No i stwierdziłam, że lepiej sprawdziła się w roli Carrie – widocznie horrory lepiej jej pasują. A co ciekawe na planie horroru towarzyszył jej znany
nam z następnego filmu Ansel Elgort, czyli Gus z Gwiazd naszych wina. Podsumowując: dla mnie lepsza jest wersja książkowa, film nie powalił na kolana ani mnie ani zresztą mojego męża. Nic się kompletnie nie działo a do tego film różni się znacząco od wersji książkowej. Co zawsze mnie irytuje.




Gwiazd naszych wina.


Książkę przeczytałam kilka dni temu, jak na mnie wpłynęła wiecie, gdyż recenzja jest „tuż obok”. Wiecie też, że podobała mi się narracja Hazel i jej osobowość. Nie wnikałam w nastoletnią miłość a w walkę z chorobą i pogodzenie się z wyrokiem. Historia jest piękna, ale smutna. Przy czytaniu się trochę wzruszyłam. Byłam bardzo ciekawa filmu. Wiedziałam, że obejrzę go najszybciej jak się da. Zresztą wypowiadaliście się bardzo pochlebnie na temat wersji filmowej. Niektórzy z was woleli zdecydowanie film niż książkę, innych nie zainteresowało ani jedno ani drugie – normalna rzecz, nie każdy lubi to samo, dzięki czemu jest ciekawie i można podyskutować. Ilu czytelników/ widzów tyle opinii. No i tutaj intuicja mnie nie zawiodła. Film okazał się o wiele lepszy od tego poprzedniego. Miał on też więcej wspólnego z książką (wiem, że nie może być wszystko kropka w kropkę i nie o to mi chodzi, ale o klimat i podstawowe wątki).

Myślę, że aktorzy spisali się całkiem dobrze w swoich rolach. Łezki uroniłam – co prawda pod koniec, ale zawsze. Film jest lekkie w odbiorze i klimatyczny…nie raz sama cytowałam tekst z książki. Trafił do mnie i myślę, że mogłabym go jeszcze kiedyś obejrzeć. Podsumowując: film i książka są na podobnym poziomie (książka jest jednak trochę bogatsza). Cieszę się, że wybrałam oba rozwiązania.


Wiecie już jak wygląda starcie książka kontra film a i za pewne domyślacie się jak wygląda moja ocenia w drugiej rywalizacji. Moim zdaniem wygrywa Gwiazd naszych wina zarówno wersja filmowa jak i książkowa. Mężulek dzielnie wytrwał do końca tych ckliwych nastoletnich historii i też stwierdził tak samo jak ja, że drugi film był bardziej „żywy”. Jaki był następny film w kolejce? Klasyka horroru, czyli Damien: Omen 2 czyli klimaty z zupełnie innej beczki. 

środa, 10 grudnia 2014

John Green - Gwiazd naszych wina


autor: John Green
tłumaczenie: Magda Białoń-Chalecka
tytuł oryginału: The Fault in Our Stars
wydawnictwo: Bukowy Las
data wydania: 6 lutego 2013
liczba stron: 312
kategoria: literatura młodzieżowa

John Green to autor, którego raczej nie trzeba wam przedstawiać. Mnie, co prawda trzeba było (do niedawna). Gdy już mniej więcej przyswoiłam sobie, że pisze dobre książki i moja fotograficzna pamięć zakodowała okładki to naszła mnie chęć na treść. No i ta chęć mnie powoli zżerała, tylko jakoś do czytania zabrać się nie mogłam. Dostałam mega ochotę na W śnieżną noc, ale niestety nie udało mi się jej wygrać w konkursie. Domyślam się, że i tak prędzej czy później trafi w moje rączki. Wracając jednak do tematu…Całkiem niedawno odkryłam, że na półce mam książkę Greena. I to nie „byle jaką” tylko Gwiazd naszych wina. O istnieniu książki wiedziałam tylko jakoś autora nie pokojarzyłam z tym Greenem. Tak, więc nie pozostało mi nic innego jak zacząć czytać. Wreszcie zapoznałam się ze stylem autora! Co sądzę?
Hazel choruje na raka i mimo cudownej terapii dającej perspektywę kilku lat więcej, wydaje się, że ostatni rozdział jej życia został spisany już podczas stawiania diagnozy. Lecz gdy na spotkaniu grupy wsparcia bohaterka powieści poznaje niezwykłego młodzieńca Augustusa Watersa, następuje nagły zwrot akcji i okazuje się, że jej historia być może zostanie napisana całkowicie na nowo.
O fabule wiedziałam tylko tyle, że dziewczyna jest chora na raka. No i domyślałam się, że będzie wątek miłosny. Nie czytałam wcześniej jakoś wnikliwie opisu. Dałam się ponieść tej historii. No i od samego początku popłynęłam z nurtem. Naprawdę. Hazel jest tak dobrą narratorką, że szok. Ma się wrażenie, że siedzimy z nią w jednym pokoju a ona nam wszystko opowiada. Za chwilę znów trafiamy w zupełnie inne miejsce i nie jesteśmy tylko biernymi obserwatorami, lecz jednym z bohaterów. Wtapiamy się w książkę, co jest dużym atutem. Język jest potoczny, młodzieżowy, odważny i łatwo przyswajalny. To sprawia, że książkę się naprawdę szybko i lekko czyta. Nie jestem już, co prawda nastolatką, ale przy tej książce nie można zupełnie odczuć żadnych barier. Historia opisana w tej książce nie należy do łatwych, można by rzecz, że choroba – rak czy jakakolwiek inna – to temat tabu. A nawet, jeśli już nie tabu to coś drażliwego i delikatnego. Okazuje się, że nie prawda. Autor ukazuje całość w odważny sposób. Słowa mieszają się ze sobą, zahaczamy o powagę, żart i sarkazm. Powiedziałabym nawet, że czarny humor wymieszany z nastoletnią potrzebą normalności i chęci życia. Jeśli połączymy to wszystko razem, wyjdzie nam właśnie ta historia. Z jednej strony lekka i emocjonująca a z drugiej gorzka i brutalna. Bohaterowie stają się naszymi znajomymi, przyjaciółmi, z którymi nie chcemy się rozstawać. Ja podziwiam Hazel nie tylko za walkę z chorobą i nadludzką wytrzymałość, ale także za osobowość, intelekt i samozaparcie. Musze przyznać, że w pewnym momencie autor mnie zaskoczył. Przez myśl mi przeszło, że coś takiego może się wydarzyć, gdy natknęłam się na pewne sygnały w tekście jednak zaczynając czytać nie spodziewałam się takiego obrotu spraw.

„- Świat – zauważył- nie jest instytucją zajmującą się spełnianiem życzeń.”

Na podstawie książki powstał film, nie miałam okazji go jeszcze oglądać, ale na pewno to zrobię. W moim wydaniu książki znalazły się zdjęcia z filmu, co zachęciło mnie do obejrzenia jak i pobudziło moją wyobraźnię.

Podsumowując …W tej historii znajdziecie prawdziwy romantyzm i to w wykonaniu nastolatków. Prawdziwą miłość i akceptacje. Znajdziecie w niej po prostu inną codzienność niż ta, do której przywykliście. Mogłabym dłużej rozpisywać się na temat fabuły, bohaterów i stylu autora, ale to nie zmieni faktu, że najlepiej zrobicie, jeśli sami ją przeczytacie i się przekonacie. Autor daje każdemu z nas szansę na poznanie ciekawych osobowości. A także na to by na ich przykładzie –zastanowić się przez chwilę nad sobą, swoim życiem…

„- Jestem…jestem jak…Jestem jak granat. Mamo, jestem granatem, który w pewnej chwili wybuchnie, więc chcę zminimalizować ofiary, rozumiesz?

- […] Chcę trzymać się z dala od ludzi, czytać książki, rozmyślać i spędzać czas z wami, ponieważ i tak nie mogę zrobić nic, żeby was nie zranić.”

Moja ocena 5/6

niedziela, 7 grudnia 2014

Catherine Ryan Hyde - Dzień, który zmienił wszystko


autor: Catherine Ryan Hyde
tłumaczenie: Grzegorz Komerski
tytuł oryginału: When I Found You
wydawnictwo: Jaguar
data wydania: 10 września 2014
liczba stron: 420
kategoria: Literatura piękna

„Miłość, która nie wybacza nie jest miłością…”

Tym razem moją recenzję rozpoczęłam od cytatu, może to dziwny pomysł, ale odkąd tylko to zdanie przeczytałam nad opisem wiedziałam, że ma sens. A po przeczytaniu książki nabrałam przekonania, że nie tylko ma sens i jest prawdziwe, ale także odzwierciedla książkę w całości. Jedno zdanie a może wyrazić tak wiele i tym samym opisać całą historię zawartą na stronicach z papieru. Dzień, który zmienił wszystko autorstwa Catherine Ryan Hyde to dawka życia i nauka o miłości. I to nie miłości damsko – męskiej a już na pewno nie tylko. Każdy z nas dobrze wie, że odcieni miłości jest wiele…
Pewnego ranka Nathan McCane, bezdzietny mężczyzna w średnim wieku znalazł porzucone w lesie niemowlę. Marzeniem mężczyzny stało się adoptować chłopca, jednak los chciał inaczej... To babka dziecka uzyskała prawo opieki nad wnuczkiem. Nathan jednak wymógł na niej obietnicę - pewnego dnia kobieta przyprowadzi do niego dziecko, a wtedy on wyjaśni mu, kto go ocalił.
Po przeczytaniu opisu od razu wyrobiłam sobie zdanie na temat opowieści zawartej na stronach tej książki. Jakoś ją sobie zaszufladkowałam, nie spodziewałam się, że mnie jakoś zaskoczy. Moja wyobraźnia poszybowała w swoim kierunku. No i moja wyobraźnia pomyliła się i to bardzo. Minęła się z wyobraźnią autorki. Nastawiłam się na dobrą historię, którą miło będzie przeczytać, jednak nie spodziewałam się takiej lekcji życia. Jeden dzień połączył Nathana i Nata. Jeden dzień zmienił życie obu mężczyzn. Jeden dzień dał im tak wiele. Myślę sobie, że dużo zyska także czytelnik. Dlaczego? Książka nie tylko wprowadza w niesamowity klimat, ona pokazuje jak wybaczać, jak pokochać bez warunkowo, jak wierzyć w drugiego człowieka i wspierać w najtrudniejszych momentach do końca. A co najważniejsze na końcu dowiadujemy się czy warto i jakie to efekty przynosi. Czytając byłam pełna podziwu dla postawy Nathana, nie raz byłam zszokowana tym jak postępuje, jak twardo stąpa po ziemi i trzyma się swoich zasad. Jak przepełnia go zaufanie i dobroć. Jak żyje swoim życiem i nie narzeka na swoją codzienność. Polowanie, pies, praca i święty spokój. Dobrze wychowany mężczyzna ze swoimi zasadami, nie koniecznie akceptowanymi przez innych. Potrafi dokonać wyboru i przy nim się trzymać, mimo że poniesie pewne straty. Powiem szczerze, że nie raz jego zachowanie(wybory) mnie szokowały. Ale dawały do myślenia. Zaraz zapytacie pewnie – a Nat? Nat to zupełne przeciwieństwo Nathana. Niewątpliwie silny mężczyzna, który jest uparty i dąży do celu. Bywa irytujący, w gorącej wodzie kąpany, ale to dobry człowiek. Popełnia błędy i ponosi porażki. Dokąd zaprowadziło życie obu panów? Kogo spotkali na swojej drodze? Czy marzenia się spełniają? Tego nie powiem, nie chce wnikać w szczegóły i za bardzo się rozpisywać. Nie chce się zagalopować i napisać zbyt dużo.

„Nie wolno zabraniać ludziom dążyć do spełnienia marzeń wyłącznie dlatego, że nie pasują do naszych.”

Książka została podzielona na osiem części, na przemian poznajemy zdarzenia z punktu widzenia Nathana McCanna i Nathana Batesa, co ułatwia poznanie obu panów dokładnie i zapoznanie się z codziennością bohaterów. Mamy okazję zobaczyć, co czują, myślą, co robią, czego się boją a co ich wkurza. Widzimy nie tylko portret psychologiczny, ale również moralny. A co ważne zobaczymy jak bardzo różnią się od siebie. Każda z części została podzielona na rozdziały, krótkie, przejrzyste i ciekawe. Oznaczone datą i tytułem, a każdy tytuł odnosi się do treści. Dzięki temu akcja jest płynna, łatwo przyswajalna i wciągająca. Ciągle coś się dzieje ani przez moment nie powiało nudą. Jest to książka, której pozaginałam rogi z myślą o zaznaczeniu miejsc z cytatami i przyznam, że trochę się ich nazbierało.

„Nie cierpię planów B. Kiedy się układa, to zawszę trochę tak, jakby człowiek nie wierzył w plan A. Ja całego siebie poświęcam planowi A. Wydaje mi się, że w ten sposób więcej uzyskam.”  

A teraz w skrócie podsumuję. Historia jest wzruszająca – wzruszyłam się a nawet uroniłam łezkę. Daje do myślenia i pokazuje wartości drugiego człowieka. Pozwala spojrzeć na przeznaczenie. I co ważne – mówi, żeby zawsze mówić prawdę nawet, jeśli jest bolesna. Zmiękczone kłamstwo wcale nie jest lepsze niż to prawdziwe „twarde”. Porusza także relację damsko – męskie i wybory, jakie dokonujemy w związkach. Jednak podstawowy wątek to relacja obu panów, która może naprawdę dziwić i szokować a czasami rozczulać. Chciałoby się poznać obu panów, usiąść z nimi w półmroku i posłuchać jak rozmawiają lub włączyć się do rozmowy. Poczuć klimat przyjaźni, miłości, oddania, zaufania, bezgranicznej wiary. Dzięki tej książce możemy sobie na to pozwolić. Teraz kilka słów o okładce. Jak dla mnie jest niesamowita – klimatyczna. Albo po prostu urocza. Chłopiec z okładki jest słodki jak to jabłko, które trzyma w rączkach. Przebija z jego oczu nadzieja, strach…sama nie wiem, ale coś, co przyciąga i porusza serce. Autorka stworzyła naprawdę niesamowitą historię, która płynnie porusza wydarzenia kilkadziesiąt lat. Jedna z lepszych, jakie czytałam. Styl a w zasadzie jego lekkość przypadłą mi do gustu. Już na półce czeka kolejna książka autorki, tym razem Nie pozwól mi odejść. Mam nadzieje, że pochłonie mnie bez reszty. Tą czytałam nawet będąc kłębkiem nerwów, nawet z niesamowitą migreną. Nie mogłam opuścić Nata i Nathana. Nathan zapytany o to, dlaczego tyle zrobił dla chłopca znalezionego w lesie odpowiada. – „Dlaczego? Co niesamowitego zrobiłem poza tym w swoim życiu?”
Rzuciło mi się to w oczy i stwierdziłam, że muszę to koniecznie umieścić w swojej recenzji. Jeśli macie ochotę zapoznać się z twórczością tej autorki i chcecie wniknąć w tą historię tak jak ja to zachęcam. Myślę, że warto.

„Kiedy życie pokazuje nam, gdzie nasze miejsce…No cóż, ciężko dyskutować z samym życiem.”

Moja ocena: 6/6

Książka bierze udział w wyzwaniu: Czytam opasłe tomiska

piątek, 5 grudnia 2014

Erle Stanley Gardner - Sprawa podwójnej tożsamości


autor: Erle Stanley Gardner
seria: Klasyka Kryminału
tłumaczenie: Anna Kosińska
tytuł oryginału: The Case of the Foot-Loose Doll
wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
data wydania: 15 stycznia 2010
liczba stron: 192
kategoria: thriller/sensacja/kryminał

Sprawa podwójnej tożsamości to typowy kryminał z morderstwem w tle. Jest to jeden z wielu tomów z serii „Klasyka Kryminału” , który zakupiłam w moim ulubionym mieście – Krakowie. Zresztą w tym samym czasie i miejscu kupiłam inne tomy z tej serii. To był początek mojej fascynacji kryminałami. Co prawda od września trochę czasu minęło, ale wreszcie sięgnęłam po klasykę. Jakie są moje wrażenia? O tym za chwilę, najpierw coś o fabule.
Kiedy tuż przed ślubem narzeczony zrywa z Mildred Crest, dziewczyna postanawia odciąć się od dawnego życia. Rzuca pracę i wyjeżdża z miasta, zabierając po drodze autostopowiczkę. Kiedy ta ginie w wypadku, Mildred wpada na pomysł, by zamienić się z nią na tożsamość. Niestety, wpada z deszczu pod rynnę. Wkrótce nie tylko musi leczyć zranione serce, lecz także poradzić sobie z szantażystą i udowodnić niewinność w procesie o morderstwo…
Nie jest to jakieś obszerne tomiszcze, które zajmuje czytelnikowi wiele czasu. Można ją spokojnie przeczytać w ciągu jednego dnia lub dwa i więcej – jak kto woli. Na początku znajdziemy spis postaci i zarys, kto jest kim i jaką rolę odgrywa w całej tej historii. Prawdę mówiąc byłam zdziwiona, gdyż ja dałabym ten tekst na końcu. Gdy już zapoznamy się z bohaterami czas na przebieg akcji. Zaczyna się niepozornie, ale im dalej tym akcja nabiera rumieńców. Historia młodej kobiety, która została oszukana i upokorzona. Pod wpływem impulsu robi głupotę a to prowadzi ją do poważnych tarapatów.


„- Chętnie zamieniłabym się z panią na miejsca – wyznała Mildred.

- Tak w ciemno? – zapytała kobieta.
Mildred pokiwała głową.
Znowu zapadło milczenie, po chwili kobieta odrzekła:
- Niech mnie pani nie kusi. To niemożliwe…ale, no cóż, to jest jakaś myśl.”

Jakie? Nie będę wnikała w fabułę, bo nie będzie ciekawie. Powiem jednak, że na końcu byłam zaskoczona. Nie spodziewałam się takiego zwrotu akcji. Nie spodziewałam się „Zmartwychwstania” , ale autor mnie pozytywnie zaskoczył. Nie jest to może kryminał z najwyższej półki, ale ma swoje mocne strony. Minusem jest żargon prawniczy, który momentami irytuje i jest go zdecydowanie za dużo. Druga część książki toczy się praktycznie na Sali sądowej. Możemy przyjrzeć się jak przebiega przesłuchiwanie świadków i do czego posuwają się policjanci, żeby nakierować świadka na identyfikację oskarżonej (w tym konkretnym przypadku). Najciekawszą i najbardziej dynamiczną postacią jak dla mnie jest Perry Mason, surowy adwokat do spraw kryminalnych. Muszę przyznać, że ma głowę na karku i bardzo bystry umysł. Ryzykuje i stawia wszystko na jednaj szali. Ciekawy charakter, który zyskał w moich oczach. Reszta postaci jest mniej więcej na równym poziomie. Ogólnie cała historia opiera się na bogactwie, wpływach, szantażu i co ważne na skandalu, który może wywołać lawinę. Myślę, że sam Sherlock Holmes nie powstydziłby się dedukcji, jaką zabłysnął pan adwokat. Jak myślicie jak groźne i zwodzące mogą być pieniądze, szpikulce do lodu i listy, które każdy chce mieć? Ano właśnie przekonacie się (jeśli zdecydujecie się przeczytać książkę).

Podsumowując Erle Stanley Gardner stworzył przyzwoity kryminał, który osobiście mnie zaskoczył. Nie powalił, co prawda na kolana, ale przeczytałam z ciekawością. Autor ma na swoim koncie również inne książki, zaznaczę, że musiał być dobrym pisarzem, ponieważ w okresie największej popularności sprzedawało się aż 26 tysięcy egzemplarzy dziennie. Przyznacie, że wynik jest całkiem imponujący. Może zachęci was to do zapoznania się z twórczością autora i poznanie osobiście Masona.

Moja Ooena: 3,5/6

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Podsumowanie listopada i 7 faktów o mnie :)

Listopad właśnie się skończył i nadszedł grudzień.  Na dworze jest coraz zimniej – jak ja nie lubię takiej pogody! Jedyny plus zimy i grudnia to zbliżające się Święta Bożego Narodzenia. Zacznie się szał zakupów, wymyślanie prezentów i ozdoby na każdym kroku. Jednak zanim moja wyobraźnia poszybuje za daleko… Muszę wreszcie podsumować listopad.

Myślę, że mogę go zaliczyć do kategorii udanych. Jak zwykle zagłębiłam się w różnych gatunkach. Nie zabrakło mojej ulubionej serii -„Leniwa Niedziela” -dzięki której przeniosłam się w czasie do roku 1956, aby poznać samotną matkę i jej syna. Później doznałam szoku (razem z mieszkańcami spokojnego osiedla) gdy okazało się, że Jimmy zaginał. Zanim zagadka zniknięcia się wyjaśniła minęło dobrych parę lat…dla bohaterów trudnych, przełomowych i samotnych, lecz dla czytelnika emocjonujących i ciekawych. Lubię czytać książki z tej serii, gdyż mają w sobie jakąś głębię, zawierają prawdę czasem brutalną. No i nie zabraknie w nich emocji a także siły. Nie mogłam się też oprzeć kolejnej książce Alice Munro, którą sobie cenię. I tym razem mnie oczarowała! Za co jestem bardzo wdzięczna, gdyż czas spędzony na czytaniu opowiadań wspomnianej autorki to luksus, na który warto sobie pozwolić. Cieszę się też, że wreszcie sięgnęłam po Kolację z wampirem i Jesienną Różę autorstwa Abigalil Gibbs – miałam okazję przenieść się do świata moich ulubionych wampirów i zakosztować magicznej mocy Mędrców.  W moje ręce trafiła też książka Cobena, która wyostrzyła mój apetyt na więcej! Podsumowując, w każdej książce, którą miałam okazję przeczytać – a jest ich łącznie 10 - znajduje się dawka kryminału, jakaś mroczna część ludzkiej istoty i nie tylko. Niby różne a mają czasami coś ze sobą wspólnego.

Przeczytane książki: 10


Liczba wyświetleń w listopadzie: 11 131

A teraz czas wystawić na opinię publiczną 7 faktów o mnie – zostałam nominowana do interesującej zabawy przez Annę P. z bloga http://anikateraa.blogspot.com/ – za co dziękuję;)
No to zaczynamy!
  1. Moją drugą pasją zaraz po czytaniu jest fotografia. Uwielbiam czarno – białe zdjęcia. Zdarza mi się czasami pobawić aparatem i pstryknąć to i owo. Dlaczego akurat czarno – białe? Mają w sobie siłę przyciągania. Pewną moc i tajemnice. Moim zdaniem więcej wyrażają niż kolorowe fotografie (są takie ujęcia, które zdecydowanie lepiej wychodzą w kolorze).
  2. Od dziecka fascynuje mnie twórczość Michaela Jacksona. Uwielbiam jego piosenki, nigdy mi się nie nudzą i nadal mam ciarki na plecach podczas słuchania! Nawet na własnym weselu chciałam mieć, choć jedną piosenkę Króla Popu – no i miałam!
  3. Kiedyś, kilka lat temu próbowałam swoich sił w poezji (jeśli moje wypociny można pod to podpisać) i nawet publikowałam je na pewnym portalu.
  4. Moim największym marzeniem było… napisanie książki. Jednak na marzeniach się skończyło i chyba tak zostanie. Co prawda nie raz pomysł zagości w mojej głowie, jednak tak zostaje zutylizowany ;p.
  5. Boję się ciemności! To też mi zostało z czasów dzieciństwa. Mam nadzieje, że nie jestem sama z taką przypadłością, bo to dopiero byłby wstyd! ;)
  6. Jestem totalnym zmarzluchem, dlatego tak bardzo nie lubię zimy! Ręce mam jak z lodu zresztą nawet nos mam wiecznie zimny! Za to podczas snu, muszę mieć stópki za kołdrą – sama nie wiem, dlaczego, ale nie mogę zasnąć, gdy mam nogi pod kołdrą.
  7. Kocham jeść! Uwielbiam słodycze i nie tylko! Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie szło później w boczki. Nie ma to jak pyszna czekolada mleczna!

piątek, 28 listopada 2014

Abigail Anne Gibbs - Mroczna bohaterka. Jesienna róża


autor: Abigail Anne Gibbs
cykl: Mroczna Bohaterka (tom 2)
tłumaczenie: Bończyk Stanisław
tytuł oryginału: The Dark Heroine: Autumn Rose
wydawnictwo: MUZA SA
data wydania: 19 listopada 2014
liczba stron: 464
kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction

Po wciągającej Kolacji z wampirem nadszedł czas na drugi tom – Jesienną Różę. Abigail Gibbs pokazała już, na co stać jej wyobraźnię we wspomnianym pierwszym tomie. Byłam bardzo ciekawa, co pokaże tym razem, jak się wszystko potoczy. Tak bardzo rozbudziła mój apetyt, że zabrałam się za czytanie „w ciemno” – czyli bez wcześniejszego przeczytania opisu. Po opis sięgnęłam dopiero w trakcie czytania. Dlaczego? Musiałam się upewnić, dokąd mniej więcej wszystko zmierza…gdyż nie trafiłam na moje ulubione wampiry. No właśnie, ta książka powinna przypaść do gustu miłośnikom klimatów fantasty z małą ilością wampirów w tle.
Prowincjonalna szkoła średnia w hrabstwie Devon i piętnastolatka, która nie jest zwykłą uczennicą. To Jesienna Róża z władającej magią rasy Mędrców – dziedziczka tytułu książęcego. W szkole pełni funkcję strażniczki. Ma chronić uczniów przed złymi mocami i groźną czarną magią. Gdy w miasteczku zaczynają się ataki zabójczych Extermino, na pomoc Jesiennej Róży przybywa osobiście syn króla Mędrców. Razem będą musieli stawić im czoła. Po porwaniu Violet Lee wybuch wojny pomiędzy ludźmi a mrocznymi istotami wciąż stanowi realne zagrożenie. Czy róża odkryje, co tak naprawdę łączy ją z Violet – Pierwszą Mroczną Bohaterką?
„Wy, dzieci Mędrców, jesteście jak bluszcz, szybko rośniecie i żyjecie bardzo długo. Ludzkie dzieci są jak motyle. Póki nie osiągną dorosłości, pozostają brzydkimi poczwarkami. Brzydka poczwarka zazdrości bluszczom. Rozumiesz?„

Tyle dowiadujemy się z opisu… Ci, którzy czytali tom pierwszy znają już wspomnianą Violet Lee i Jesienną Różę. Zapewne domyślają się, co je łączy – ale od razu zaznaczę, że jest to o wiele głębsza więź niż czytelnikowi na początku się wydaje. Historia opisana w drugim tomie toczy się równolegle z wydarzeniami z tomu poprzedniego, by na końcu wybiec z akcją do przodu o kilka tygodni. Na początku oceniłam książę sceptycznie, byłam przekonana, że wizję i relację będą istną kopią z tego, co już czytałam. Jednak byłam mile zaskoczona, owszem pojawiają się wizję, fragmenty, ale są one krótkie i nie w pełni skopiowane z tomu pierwszego – jest to tylko lekki zarys, który ma na celu odświeżenie nam pamięci. To samo dotyczy spotkania obu pań opisanego szczegółowo w pierwszym tomie – tutaj znajdziemy tylko zdanie, w którym główna bohaterka Róża wspomina, że doszło już do tego spotkania. W tej części mamy poznać szerzej Jesienną Różę, jej styl życia, jej rasę i jej rodzinną tragedię. Nie zabraknie miłosnych uniesień, ale będą ona mniej namiętne niż w przypadku pary – Violet i Kaspara, a jeśli już o nich mowa to byłam trochę rozczarowana, że byli tylko tłem, a gdy już się pojawili to byli dodatkiem do reszty. Abigail Gibbs po raz kolejny pokazała swój talent. Ma dobrą wyobraźnię i nie stawia wampirów na pierwszym planie. Pomysł na zamianę głównych bohaterów okazał się trafny, gdyż nie czujemy znużenia tylko jedną rasą mrocznych istot a poznajemy inne. Obie książki są jednak do siebie podobne, zarówno, jeśli chodzi o styl, podział rozdziałów na punkt widzenia dwóch postaci a także pod względem fabuły ( i jej tempa). Nadal zostaniemy przy bogatych królewskich rodzinach, polityce, miłości i Mrocznych Bohaterkach. Tylko, że tym razem odwiedzimy szkołę! Słówko na temat bohaterów. Główna bohaterka wydaje się czasami naprawdę dziecinna i irytująca. Książę jak to książę – bożyszcze nastolatek! Chociaż nie jest wcale taki sztuczny jak może się wydawać. W życiu bym nie powiedziała, że tych dwoje może mieć takie relacje – jeśli wziąć pod uwagę scenę z tomu pierwszego.

„ Jest ograniczona liczba szalonych, odmieniających życie wydarzeń, które dziewczyna może wytrzymać w ciągu jednego tygodnia.”

Po raz kolejny bajka miesza się z koszmarem. Po raz kolejny zginą niewinni ludzie. A przyjaciel okaże się wrogiem numer jeden. Historia opisana w obu tomach to gra w szachy a pionkami są żywe istoty (lub mniej żywe z punktu widzenia anatomii). Podsumowując książka ciekawa, dobrze napisana – jest po prostu uzupełnieniem tomu pierwszego. Powinna zainteresować osoby, które nie przepadają za wampirami a lubią fantastykę i magię. Czyta się szybko i przyjemnie. Łatwo wczuć się w klimat i pobudzić własną wyobraźnię. Jeśli chcecie się dowiedzieć jak przeżyła swoją przemianę w krwiopijcę Violet to zapraszam!

Moja ocena: 5/6


Za możliwość przeczytania książki dziękuję



Książka bierze udział w wyzwaniu: Czytam opasłe tomiska

środa, 26 listopada 2014

Sara Shepard - Gra w kłamstwa


autor: Sara Shepard
cykl: The Lying Game (tom 1)
tłumaczenie: Mariusz Gądek
tytuł oryginału: The Lying Game
wydawnictwo: Otwarte
data wydania: 9 października 2013
liczba stron: 296
kategoria: Literatura młodzieżowa

Od małego wszyscy wpajają nam do głowy, że kłamstwo jest czymś bardzo złym i należy go unikać, a najlepiej się całkowicie go wystrzegać. A następnie chodzi za nami słynne zdanie – „Kłamstwo ma krótkie nogi.” A co jeśli trzeba kłamać? Jeśli trzeba trwać w zakręconej grze, w której stawką jest własne życie. Sztuka kłamania wcale nie jest taka trudna, każdy się w tym doskonale odnajdzie…a szczególnie, jeśli jest się idealnym sobowtórem! Gra w kłamstwa to książka, na którą miałam ochotę od jakiegoś czasu, jednak za każdym razem wybierałam inne tytuły. Wreszcie jednak postanowiłam się za nią zabrać i przekonać się, na jakim jest faktycznie poziomie. Jak myślicie powaliła mnie? Obgryzłam wszystkie pazurki czytając?? Zaraz coś na ten temat naskrobie.
Najgorsze w byciu martwym jest to, że niczego już nie przeżyjesz. Nigdy więcej nie pocałujesz chłopaka. Nigdy więcej żadnych sekretów. Nigdy więcej plotek z dziewczynami. Chciałam dostać coś, czego nikt inny jeszcze nie otrzymał – drugie życie. Dzięki Emmie, mojej zaginionej siostrze bliźniaczce, mam na to szansę.
Racja, duch nigdy nie zrobi nic z tej listy, ale za to może odkryć swoje prawdziwe oblicze. Przejrzeć na oczy i przy okazji poznać własną siostrzyczkę, której nigdy się nie spotkało. A to i tak dużo. Problem w tym, że bycie biernym obserwatorem nie jest aż takie wygodne jakby się wydawało. No to czas napisać coś o moich przemyśleniach. Mamy tutaj narrację ducha jak i główną bohaterkę Emmę, która musi wbrew swojej woli dopasować się do okoliczności. Ogólnie jest to dziewczyna, która nie miała łatwego życia, a jak mniej więcej ono wyglądało dowiemy się z jej wspomnień jak i z nieprzyjemnego zajścia na początku książki. Krew mi się zagotowała, najchętniej zdzieliłabym tego głupola w ten głupi ł… Nie podoba mi się manipulowanie ludźmi a do tego wkopywanie (dokopywanie) innych. No, ale skoro o kłamstwach w tytule mowa to muszą zacząć się już od pierwszych stron. Chociaż dzięki temu zajściu dziewczyna odkrywa część swojej przeszłości i swoją szansę… Jaka ta szansa będzie, tego nie powiem. Powiem tyle, że z kłamstwa nie da się wyplatać, a już na pewno nie tak od razu. Przez większość część czasu książka toczyła się swoim tempem, nie wciągnęła mnie aż tak bardzo jak się spodziewałam. Ale to tylko do czasu…kilka rozdziałów przed końcem akcja nabrała tempa. Zagadka jest jeszcze bardziej zagadkowa, śmierć wisi w powietrzu a morderca może być tuż obok. Od tego momentu, historia mnie totalnie pochłonęła. Sama byłam ciekawa, kto stoi za morderstwem Sutton. Każda z przyjaciółek miała motyw a siostra miała jeszcze większy. Jednak najbardziej zagadkową postacią jest Thayer. Chłopak, który zaginął i to na kilka dni przed śmiercią Sutton. A jakby tego było mało stał się zadrą między siostrami (Sutton i jej przybraną siostrą). No właśnie, jaka była ta zamordowana kopia Emmy? Kompletnym jej przeciwieństwem. Kłamstwa, intrygi, głupie żarty i brak uczuć (jak i poszanowania uczuć innych). Królowa stada, nadętych i głupiutkich nastolatek, które uwielbiają grę w kłamstwa. Przyjaciółki? Możliwe, ale na pewno nie stuprocentowe. Nie zabraknie tutaj oczywiście zazdrości! Nowa Sutton czuje się osamotniona, lecz znajduje towarzystwo i chwilowe wsparcie, w szkolnym koledze. Rozdziały są króciutkie i ubrane w zagadkowe tytuły, które intrygują i kuszą, jednak nie odzwierciedlają tego, co zapowiadają (a już na pewno nie tego, na co moja wyobraźnia miała ochotę). Historia okazała się ciekawsza niż myślałam. Jest to kryminał, który dotyczy nastolatków. Śledztwo też prowadzi nastolatka, która jest nie tylko zdezorientowana, ale także podejmuje wielkie ryzyko. Na pewno przeczytam kolejne tomy, zresztą czekają już na półce, więc to tylko kwestia czasu.

Autorka ma na swoim koncie znaną serię Pretty little liars, której nie czytałam, ale z ilości tomów wnioskuję, że ma naprawdę dobrą wyobraźnię. A trzeba taką mieć, żeby stworzyć kilkanaście tomów jednej serii a następnie kilka kolejnej. Książka została wzbogacona o styl młodzieżowy, dzięki czemu czyta się ją szybko i przyjemnie. Jak dla mnie jest to nowa dawka kryminału…a jak wiadomo ja od niedawna zatopiłam się w tym gatunku. Miłe urozmaicenie! Autorka mnie zaintrygowała. Kto ma ochotę na dużą dawkę kłamstwa? Zapewniam, że nos nikomu nie urośnie! My tylko czytamy, to nie my kłamiemy…My tropimy i układamy puzzle!

Moja ocena: 4,5/6

Książka bierze udział w wyzwaniu: Czytam opasłe tomiska

niedziela, 23 listopada 2014

Abigail Anne Gibbs - Mroczna Bohaterka. Kolacja z wampirem


autor: Abigail Anne Gibbs
cykl: Mroczna Bohaterka (tom 1)
tłumaczenie: Jędrzej Polak
tytuł oryginału: Dinner with a Vampire 01. The Dark Heroine
wydawnictwo: Muza S.A.
data wydania: 23 października 2013
liczba stron: 560
kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction

Mroczna bohaterka. Kolacja z wampirem to podobno angielska odpowiedź na amerykańską, znaną chyba wszystkim sagę Zmierzch. Autorka Abigail Gibbs napisała ją mając zaledwie piętnaście lat, a co ciekawe fragmenty zaczęła publikować w internecie. Gdy to usłyszałam byłam w szoku, byłam zaintrygowana. Gdzie usłyszałam o autorce i jej książce? W programie śniadaniowym, nie jestem pewna, ale możliwe, że w „ Dzień Dobry TVN” (albo w czymś podobnym nie pamiętam dokładnie, gdyż to było jakiś czas temu). Chciałam ją mieć, musiałam się przekonać czy faktycznie jest ciekawa. Zmierzch kiedyś czytałam, więc byłam ciekawa czy Kolacja z wampirem zaskoczy mnie czymś, czy rozczaruje. Zastanawiam się, dlaczego dopiero teraz ją przeczytałam. Możliwe, że tytuł wyleciał mi z pamięci, albo po prostu sięgnęłam po coś innego. Teraz już jestem po lekturze i wiem, jaki wpływ na mnie wywarła opisana przez autorkę historię.
Przypadkowe spotkanie na Trafalgar Square odmienia życie Violet Lee, ukazując jej świat, którego nawet sobie nie wyobrażała: istniejące poza czasem miejsce, w którym elegancja, bogactwo, wspaniałe dwory i wytworne przyjęcia są znamionami dekadencji, w jakiej żyją jego mieszkańcy. Za tym przepychem kryje się mrok, którego ucieleśnieniem jest charyzmatyczny i śmiertelnie groźny Kaspar Varn. Violet połączy z Kasparem niebezpieczna namiętność, za którą obydwoje będą musieli zapłacić wysoką cenę…
Ktoś może powiedzieć, że książki tego typu są banalne, że nie ma w nich nic interesującego. Możliwe, wszystko zależy od oczekiwań i upodobań. Zazwyczaj, kiedy już wybieram książkę z wątkiem fantastycznym i romansem w tle, nastawiam się na schematyczną fabułę – czyli szkoła, przystojny facet, zazdrość, tajemnice, wielka miłość itp. Dlatego byłam mile zaskoczona, gdy od samego początku akcja ruszyła w innym kierunku. Do szkoły się nawet nie zbliżyłam, od razu polała się krew a do tego nasza główna bohaterka została porwana. Ta odmienność zachęciła mnie do czytania. Bycie zakładniczką wampirów (co prawda przystojnych i bogatych) to coś nowego a szczególnie, że od tego wszystko się zaczyna. Pomysł na fabułę jest bardzo fajny, autorka musi mieć barwną wyobraźnię, która z każdą stroną się rozkręca. Całość urozmaicona jest monologami, dialogami, wewnętrznymi głosami (które bywają sarkastyczne a czasem racjonalne) a także dziwnymi snami – koszmarami. Nie zabraknie oczywiście wątku miłosnego, który może się wydać banalny. Chociaż z drugiej strony, czy miłość nie jest schematycznie banalna nawet w realu? Nie obędzie się także bez trójkąta miłosnego. Dwóch przystojniaków i jedna dziewczyna o fiołkowych oczach. Już myślałam, że dla odmiany Violet wybierze tego drugiego. No, ale nie…W końcu serce nie sługa.

„Wampiry to fantazja. W fantazji wszystko jest możliwe.”

No i to zdanie jest w stu procentach prawdziwe. Pasuje idealnie do tej bajkowej historii. Jeśli odważymy się na wyobraźnię, zaczniemy fantazjować to wszystko stanie się możliwe i szybko przeniesiemy się do świata stworzeń, które są nierealne i pociągające. Znajdziemy się w eleganckiej willi, zatańczymy na balu w przepięknej sukni i poznamy miłość jak z bajki. A skoro już o istotach mowa to przejdźmy do wampirów. Książę Kaspar to typowy wampir – przystojny, gryzący, arogancki, niebezpieczny i zimny. A do tego wszystkiego jest następcą tronu. No i ma nieziemskie oczy... Cała reszta „wampirycznej rodzinki” jest równie elegancka i wolno starzejąca się. Zastanawiam się, dlaczego ta książka porównywana jest ze Zmierzchem? Nie łączy je zbyt wiele… z wyjątkiem wątku miłosnego, (który i tak jest na innym poziomie) jak i niektórymi cechami wampirów. Łączące jest również bogactwo, ale poza tym za dużo podobieństw nie widzę. Jak dla mnie książka nie jest nawet przesłodzona. Nastoje się zmieniają – od akceptacji przechodzimy do nienawiści. Położenie naszej bohaterki też się zmienia. W tle znajdziemy morderstwo, historię związaną z przepowiednią i ból po stracie matki, żony – królowej. Poznamy jeszcze inne istoty, które mogą zaintrygować.

Jak dla mnie książka jest dobra i totalnie mnie wciągnęła. Nie mogłam się oderwać. Ani przez moment nie czułam się znudzona. Nie należy ona do najcieńszych a mimo to, miałam wrażenie, że zbyt szybko się skończyła. Nie dziwię się, że odniosła taki sukces, bo jest naprawdę wciągająca. Przyznaję, że mam słabość do wampirów i książki o tej tematyce wręcz pożeram. Dla miłośników tych klimatów to będzie ciekawa lektura, która umili czas.

Moja ocena: 5/6

Książka bierze udział w wyzwaniu: Czytam opasłe tomiska

czwartek, 20 listopada 2014

Paullina Simons - Czerwone liście


autor: Paullina Simons
tłumaczenie: Alina Siewior-Kuś
tytuł oryginału: Red leaves
wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 24 września 2014
liczba stron: 400
kategoria: thriller/sensacja/kryminał

Czerwone liście zakupiłam jakiś czas temu w promocji w Biedronce. Czasami zdarza się trafić na coś wartego uwagi za niewygórowaną cenę. Tak było w tym przypadku właśnie. Ostatnio zaczęłam się interesować kryminałami, dlatego też, ta książka wylądowała w sklepowym koszyku a następnie na mojej półce. Opis mnie zaintrygował, miałam ochotę przenieść się do studenckiego świata i wziąć udział w zagadkowym morderstwie dziewczyny. Po raz kolejny z rzędu przeniosłam się w zimowe klimaty, sama już nie wiem czy to przypadek czy intuicyjnie już czekam na zimę (której nie lubię, jedyny pozytywny akcent tej pory roku to Święta Bożego Narodzenia).
Na terenie uniwersyteckiego kampusu w Nowej Anglii pod warstwą śniegu zostaje znalezione nagie, zamarznięte ciało pięknej studentki. Dlaczego nikt z jej znajomych nie zgłosił zaginięcia? Spencer O'Malley, detektyw prowadzący śledztwo, szybko zostaje wciągnięty w niepokojący świat czwórki studentów: Jima, Connie, Alberta i Kristiny. O'Malley odkrywa, że przyjaciele, którzy wspólnie się bawili, studiowali i, od czasu do czasu, sypiali ze sobą, mieli własne sekrety, z plątaniny, których zaczyna się wyłaniać szokująca prawda.
Książka podzielona jest na dwie części – w pierwszej widzimy wszystko oczami Kristiny a w drugiej detektywa. Od samego początku mamy nutkę tajemniczości. Ewidentnie główna bohaterka Kristina coś ukrywa. Jeszcze dziwniejsze są stosunki przyjaciół, którzy niby się ze sobą przyjaźnią a jednak czują się w swoim towarzystwie nie najlepiej. Tajemnice, zazdrość, namiętność i codzienność – to wszystko razem tworzy niebezpieczną mieszankę. Kristina jest nie tylko piękna i tajemnica bywa momentami arogancka (przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie) a może to zwyczajna pewność siebie. W każdym razie ma swój charakter i osobowość. Jest doskonałą koszykarką, bez której się tylko przegrywa mecze. Dziewczyna czasami lubi igrać ze śmiercią, mimo to chce koniecznie żyć. Jakie skrywa sekrety? Już sam początek intryguje, a to, czego się dowiadujemy wyostrza tylko apatyt. W opisie mowa o czwórce przyjaciół a tak naprawdę była ich piątka z tym, że ta ścisła czwórka była ze sobą powiązana w dziwny sposób. Atmosfera niesamowicie gęstniała za sprawą kłamstw, niedomówień i oczekiwań. Gdy dochodzi do morderstwa robi się jeszcze dziwaczniej. Nikt niczego nie zgłasza, każdy jest obojętny. A sekrety się kumulują. Przesłuchiwania, nie dają oczekiwanych rezultatów.

„Pełna napięcia, klaustrofobiczna i wciągająca bez reszty.”

To nam obiecuje napis na okładce. Czy rzeczywiście tak jest? Klaustrofobiczna w pewnym sensie jest na pewno. Wciągnęła mnie także. Napięcie też jest wyczuwalne, ale bez przesady. Autorka wyprowadziła mnie w pole. Byłam pewna, że odkryłam mordercę a jednak okazało się, że się pomyliłam. Mimo wszystko prawdziwego mordercę też podświadomie obstawiałam. Miałam dwa typy i udało mi się zgadnąć, choć to nie było wcale trudne. Nie mogę zdradzić nic więcej, bo ten wątek nie będzie ciekawy. Mam wrażenie, że większa część z części opowiadanej przez Spencera to jedno wielkie przesłuchanie. Przesłuchania i analiza. Dialogi i jeszcze raz dialogi. Detektyw ma swoje prywatne problemy i widoczne są one podczas tej właśnie sprawy. Bywa on irytujący, ambitny czasem za bardzo. Krótko mówiąc wkurzał mnie. Taka jego praca, rozumiem. Swoją drogą detektyw przechodzi tutaj pewnego rodzaju metamorfozę. Ma dobrą intuicję i chce koniecznie dorwać sprawcę. Studenci działają mu na nerwy. To, co odkrywa podczas śledztwa szokuje. Czytelnik dowiaduje się o wszystkim stopniowo. Jak myślicie, co łączy detektywa i zamordowaną dziewczynę? Dlaczego tak emocjonalnie reaguje? Autorka w doskonały sposób stworzyła zarówno bohaterów jak i antybohaterów. Akcja podąża we własnym tempie. Fabuła nie jest łatwa, znajdują się w niej skomplikowane zawiłości rodzinne. Sekrety, ukryte tożsamości i masa emocji. A jakby tego było mało na horyzoncie pojawia się fortuna…której dziwnym trafem żaden spadkobierca nie chce. Każdy jest podejrzany. Ale kim jest morderca?

Muszę przyznać, że początek był daleki od obiecanego morderstwa, czekałam z napięciem na to aż coś się wydarzy. Napięcie rosło a ja nadal czekałam. Paullina Simons stworzyła ciekawą fabułę, książka jest dobra. Wydanie trochę przypomina mi lekturę szkolną, ale na to można przymknąć oko. Nigdy wcześniej nie czytałam książki autorstwa Paulliny Simons i nie mam porównania. Jednak ta lektura mnie nie rozczarowała. Myślę, że ma bardzo ciekawy wątek w tle. Jeśli ktoś ma ochotę na uczestniczenie w śledztwie prowadzącym przez ambitnego glinę to zapraszam.

Moja ocena: 4,5/6

Książka bierze udział w wyzwaniu: Czytam opasłe tomiska

poniedziałek, 17 listopada 2014

Małgorzata Warda - Miasto z lodu


autor: Małgorzata Warda
seria: Kobiety to czytają!
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 11 września 2014
liczba stron: 368
kategoria: Literatura piękna

Z jednego klimatu zimowego przeniosłam się w drugi. Miasto z lodu odczekało swoje na mojej półce. Wreszcie znalazłam czas, albo motywację żeby ją przeczytać. To moja pierwsza książka autorstwa Małgorzaty Wardy. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z jakąkolwiek książką tej autorki, co mnie dziwi, bo jak się okazało są jeszcze inne. Dlaczego? Pewnie, dlatego, że rzadko czytałam książki polskich autorów - teraz zdarza mi się to coraz częściej. Muszę przyznać, że okładka robi wrażenie i pasuje idealnie do treści. Od razu powiem, że spodziewałam się czegoś innego, po raz kolejny moja wyobraźnia się zagalopowała.
Agata ma trzynaście lat i prawie nie zna Teresy, swojej matki, kiedy ta zabiera ją w podróż po Polsce. Osiedlają się w niedużym górskim mieście, gdzie próbują na nowo nawiązać więź. Piękna, samotna kobieta, od pierwszej chwili wzbudza ogromne zainteresowanie mężczyzn, wolnych i żonatych. Dwie „obce” szybko stają się głównym tematem plotek. W miarę upływu czasu niechęć, a nawet wrogość ludzi z miasteczka rośnie. Pewnego ranka Agata zostaje znaleziona w górach, w stanie krytycznym. Nie wiadomo, co się dziewczynce stało. Lekarze walczą o jej życie, policja i dziennikarze rozpoczynają dochodzenie. Z każdą chwilą objawiają się nieznane oblicza bohaterów dramatu: matki, dyrektorki szkoły, koleżanek, mieszkańców miasteczka. Nowego znaczenia nabierają słowa „odpowiedzialność” i „manipulacja”. Niemym świadkiem wydarzeń jest pogrążona w śpiączce, nieprzytomna Agata.
Agata jest nie tylko niemym świadkiem wydarzeń, jest też narratorką. Czasami miałam wrażenie, że jej duch jest totalnie wszędzie – w umyśle matki a nawet fotografa. Jeśli chodzi o narrację to czasami miałam wrażenie, że jest ona „wieloosobowa”. Momentami przyprawiało mnie to o zawrót głowy. Starałam się skupić na wydarzeniach, a tym czasem narracja mi się już mieszała. Zresztą podobnie jest z wydarzeniami. Mamy je rozrzucone na różnych płaszczyznach czasowych. W danej chwili jesteśmy na plaży a za chwile znów w szpitalu. Wspomnienia mieszają się z teraźniejszością i z tym, co wydarzyło się zaledwie kilkadziesiąt godzin wcześniej. Taka mieszanka wybuchowa, do której musiałam przywyknąć. Przez połowę książki mnie to męczyło i irytowało. Jeśli zaś chodzi o fabułę to przyznam, że pomysł jest mocny i oryginalny. Nie spodziewałam się aż takiego obrotu spraw. Byłam zaskoczona, tym, dokąd zmierza ta historia. Takiego szoku doznawałam nie raz. Historia Agaty i Teresy wywołała we mnie wiele emocji. Negatywne mieszały się z pozytywnymi. Nie mogłam uwierzyć w to jak mieszkańcy miasteczka traktuję zarówno matkę jak i córkę. Wszyscy wyciągają zawsze swoje wnioski, zawsze u kogoś widzimy wady, ale u siebie już nie. W tej historii jest to pokazane czarno na białym. Oceniamy okiem, jak ktoś (coś) jest inny to od razu się odsuwamy, przyklejamy etykietę i niszczymy. Tragedia prowadzi do skandali, prawie linczu na biednej schorowanej kobiecie, która nie raz popełnia błędy, ale jest człowiekiem. Pozory mylą i po raz kolejny mamy na to dowód. Media, prasa – wszyscy manipulują faktami, poszlakami. Wszyscy są nastawieni negatywnie. Nie raz czytając komentarze na różnych forach czy pod artykułami rzuca mi się w oczy bezczelność, arogancja, chamstwo i złośliwość. Tak samo było w tej historii. Łatwo jest oskarżać a nie znać faktów. Ściskająca za serce jest nietolerancja, brak pomocy i zrozumienia. Wyzysk, gwałt, okrucieństwo rówieśników – to jest na pierwszym miejscu. Kopanie dołków pod leżącym. Podoba mi się postawa Aleksandra, który jest trochę jak ten przysłowiowy „wilk w owczej skórze”, ale to on jeden stara się patrzeć trzeźwym okiem, poznaje Teresę i dzięki niemu spojrzenie ludzi skierowane zostało na inne tory. Pada wiele różnych pytań. Czy wina jest tylko po stronie matki? Czy chora kobieta powinna wychowywać samotnie dziecko? Jak żyć pośród nieprzychylnych ludzi? Co z pracą? Jak pogodzić pracę i wychowywanie córki, gdy się jest samotną matką? Pytania, na które odpowiedzi nie są proste, a w zasadzie nawet niejednolite. Każdy pewnie odpowiedziałby inaczej. Ja czytając sama miałam mieszane uczucia. Ściskało mnie w dołku nie raz. Wpadałam w gniew i miałam ochotę rzucić książkę w kąt. I dobrze! Bo dobra książka powinna dawać do myślenia i budzić emocję.

Historia nie jest lekka i przyjemna. Porusza bardzo ważne kwestie i momentami przytrafia się o kaca moralnego. Nie wiem jak sama bym się zachowała, jaką bym wykreowała opinię na temat opisanego zdarzenia, gdyby nie to, że miałam wgląd w całą sytuację. Możliwe, że na podstawie pobieżnych (niepochlebnych) faktów wysunęłabym takie wnioski jak bohaterowie powieści. Jednak ich zachowanie przyprawiało mnie o dreszcze. Ta książka nie jest na jeden raz, nie na jedno popołudnie. Nie da się przejść obojętnie obok tej historii. Trudno zaakceptować logikę myślenia ludzi. Ludzi, którzy niby są dobrzy a w rezultacie są zepsuci i szukają ofiary. Na koniec dodam, że nie zawsze nasze wybory są dobre. 

Ocena: 5/6