piątek, 31 stycznia 2014

Frank Cascio – Mój przyjaciel Michael

tłumaczenie: Anna Taczanowska
tytuł oryginału: My friend Michael
wydawnictwo: Wydawnictwo: BC Edukacja, Akcent
data wydania: 16 maja 2012
liczba stron: 420
kategoria: biografia/autobiografia/pamiętnik

Mój przyjaciel Michael to tytuł książki, którą przeczytałam mimo, że miałam zaplanowaną inną lekturę na ten czas. Dlaczego taki wybór? Odpowiedź jest prosta. Od bardzo dawna fascynowała mnie postać Michaela Jacksona. Dlatego, gdy miałam ją „pod ręką” nie mogłam oprzeć się pokusie i musiałam ją przeczytać. A przy okazji stanowi miłą odskocznie od tego co czytałam do tej pory. Zapewne nie tylko mnie zaintryguje ta książka. Będziecie tak samo ciekawi co ma do powiedzenia Frank Cascio.
Frank Cascio był bliskim przyjacielem Jacksona przez ponad 25 lat. W książce My Friend Michael („Mój przyjaciel Michael”) Cascio prezentuje głęboko osobisty, „zakulisowy” wizerunek gwiazdora. Pełen nigdy wcześniej nie przytaczanych historyjek i intymnych szczegółów, nieprzemilczający niczego My Friend Michael to najbardziej poruszający portret „króla popu”, jaki kiedykolwiek powstał. Autorowi udało się przedstawić ikonę amerykańskiej muzyki pop w sposób rzetelny i zarazem pełen miłości; jest to jednocześnie zapis niezwykłej przyjaźni, która przetrwała – Cascio towarzyszył Jacksonowi w chwilach tryumfu i porażki, trwał przy nim, gdy Michael był niekwestionowanym królem sceny, i wówczas, gdy był obiektem niewybrednych ataków.
Wszyscy dobrze znamy tego sławnego muzyka. Był nie zwykle utalentowany co trzeba mu przyznać. Na swoim koncie ma wiele doskonałych utworów, które biegiem lat wcale nie stają się nudne i zapomniane. Po przeczytaniu tej książki mam mniej więcej pełen obraz idola tysięcy fanów (ja także zaliczam się do nich). Całkowity obraz miałabym wtedy, gdybym znała go osobiście, co oczywiście nigdy nie było możliwe i nie będzie. Taki przywilej mieli nieliczni i tylko Ci znają go naprawdę dobrze i całą prawdę o nim. Jedną z takich osób jest autor tej książki. Opisuje on Michaela i jego życie ze swojego punktu widzenia. Można powiedzieć, że od podszewki. Bardzo ciekawa lektura. Poruszane są w niej wszystkie te ważne kwestie o których nie raz słyszeliśmy z telewizji, ale mamy tutaj drugie dno. Pokazane jest prywatne życie Michaela, to jak sobie radził ze sławą, problemami i dziećmi. Mamy możliwość poznania go „osobiście” i przekonać się jakie są wersje wydarzeń, o których słyszeliśmy. Osobiście jestem zadowolona z tej książki, zaciekawiła mnie i wzruszyła. Przede wszystkim pokazany jest w niej zwykły człowiek. Taki sam jak my z tą tylko różnicą, że miał inne życie. Niby fascynujące, ale zarazem ciężki i nie raz bolesne. Był kontrowersyjny – to fakt. Miał swoje paranoje –o których zresztą dowiecie się czytając- to też fakt. Jednak jak można się domyślić sława kosztuje i to nie mało. Ciężka praca, oszczerstwa, kłamstwa i wyzysk. Wszyscy czyhają tylko na błąd popełniony przez super gwiazdora. Nic nie jest tylko czarne i białe o czym możemy się
Frank Cascio
przekonać czytając. Na swój sukces zapracował. Swoje dzieci starał się wychować najlepiej jak potrafił. Książka ta jest swojego rodzaju przewodnikiem po życiu tego artysty, ale także namiastką życia jakie prowadził. Tyle się słyszało o operacjach plastycznych, molestowaniu dzieci czy czymś tak śmiesznych jak odpadający nos! Jeśli naprawdę interesują Was te sprawy to powinniście zajrzeć do tej książki, przynajmniej po to, żeby pobieżnie poznać Michaela Jacksona. Tak widział go przyjaciel, tak zapamiętał jego Zycie i to on w nim uczestniczył od dziecka. Nawet największa gwiazda ma uczucia i nie wszystko co robi jest na pokaz albo jest dwuznaczne i brudne. Czasem to Ci, którzy otaczają naszych idoli działają na ich szkodę nie ujawniając się. Brutalny świat, o którym dowiedziałam się z tej książki zadziwia i szokuje. Co do Michaela- można mieć różne opinie- bo przecież był oryginalny. Dla fanów artysty ta książka będzie smakołykiem, czymś interesującym. Odkryjemy sekrety Michaela Jacksona a przy tym poznamy go bliżej. Więcej nie zdradzę. Autor zrobił kawał dobrej roboty pisząc tą książkę. Z każdym zdaniem wciąga, a przytaczane anegdoty śmieszą, bawią i wzruszają. Ma się wrażenie jakby samemu znało się Michaela. A zdjęcia zamieszczone tylko podsycają apetyt. Moja ocena to 10/10.

Yvonne Woon – Życie na wieczność

tłumaczenie: Ewa Skórska
tytuł oryginału: Life Eternal
seria/cykl wydawniczy: Piękni i martwi tom 2
wydawnictwo: Amber
data wydania: 10 maja 2012
liczba stron: 304
kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction

Postanowiłam przekonać się jak wypadnie druga część przygód Rene i Dantego. Pierwsza trochę mnie rozczarowała więc byłam ciekawa jak wpłynie na mnie kontynuacja tej opowieści. Jedno jest pewne, okładka podoba mi się zdecydowanie bardziej. Bije od niej świeżość, chłód i zagadka. Przede wszystkim jest jasna i przyciąga uwagę, nie męczy oka. Co do treści to zaraz się tym zajmę.
Szesnastoletnia Renée Winters straciła rodziców, odnalazła dziadka, zaczęła naukę w tajemniczej szkole, dowiedziała się o istnieniu nieumarłych i zakochała się w jednym nich.Przez te miesiące bardzo się zmieniła. W lustrze widzi wciąż swoją piękna, lecz starszą, smutniejszą twarz. Tylko ona wie, że umarła i powróciła do życia dzięki pocałunkowi Dantego. Lecz rozłąka z ukochanym jest nie do zniesienia. Jakby z każdym dniem bez niego traciła część swojej – ich wspólnej – duszy. A teraz jeszcze te dziwne sny i niesamowite wizje, jakby echa zapomnianej przeszłości… Nagle Renée dowiaduje się o bractwie Dziewięciu Sióstr, które jak mówi legenda, odkryło, jak przechytrzyć śmierć. Poznało sekret strzeżony przez stulecia. Czy nieśmiertelność jest możliwa? A jeśli tak, czy byłaby szansą dla miłości Renée i Dantego, zanim śmierć rozdzieli ich na wieczność?
Po przeczytaniu połowy nie czułam się zadowolona. Jednak nie zrezygnowałam i czytałam do końca. No i jednak spotkała mnie miła niespodzianka. Akcja zaczęła się rozkręcać powiem nawet, że „nabiera rumieńców”. Czyta się z większą swobodą, pojawiają się emocje, zagadka, wizje coś co pobudza wyobraźnię czytelnika. Sam pomysł na książkę jest całkiem niezły. W przeciwieństwie do części pierwszej nie ma tutaj podobieństwa do innej książki (przynajmniej mi treść nie przypomina czegoś co już czytałam) a to jest plusem tej lektury. Nasza bohaterka też zyskuje na osobowości. Nie ma tutaj przesłodzonej miłości,
Yvonne Woon
jest pokazany trudny związek i pełna gama emocji. Pojawiają się sprzeczności, a skoro są emocje to już nie ma literackiego nudnego sucharka. Moim zdaniem cała ta druga część jest o wiele lepsza. Są ciekawe postacie i jest zagadka. Pojawiająca się fascynacja kimś „normalnym” z kim życie było by prostsze. Ale czy aby na pewno? Walka ze śmiercią i z własnym ciałem. Nie chce pisać za dużo bo , może akurat ktoś nie czytał pierwszej części i dowie się czegoś co go zniechęci albo po prostu uchylę zbyt wiele z treści i szlag trafi nutkę tajemniczości. Zazwyczaj pierwsze części są lepsze a kolejne są jak „odgrzewane kotlety” jednak w tym wypadku jest o wiele lepiej. Myślę, że to dobra książka dla młodzieży i nie jednym się spodoba. Jeśli ktoś lubi zagadki i dreszczyk emocji to zachęcam do czytania. Najwyraźniej autorka się rozkręca. Moja ocena to 7/10.

Karen White – Zagubione godziny

tłumaczenie: Magdalena Słysz
tytuł oryginału: The lost hours
wydawnictwo: Albatros
data wydania: 26 lipca 2013
liczba stron: 400
kategoria: Literatura piękna

Po ostatniej przeczytanej książce – Piękni i martwi- postanowiłam zrobić sobie małą przerwę i sięgnąć po coś innego (mimo, że drugi tom już na mnie czekał). Tak więc ze zbioru moich książek w „poczekalni” wybrałam „Zagubione godziny” Karen White. Miałam trudny wybór, ale jednak ten tytuł mnie przyciągnął. Jest dość tajemniczy w swojej prostocie. Wywołuje apetyt na coś więcej, to taka forma głodu literackiego. Czegoś konkretnego co kryje się w czymś banalnie prostym aczkolwiek tajemniczym. Okładka właściwie dopełnia całość tej rozgrywki między czytelnikiem a książką i jej autorem. Sami pewnie przyznacie, że jest kusząca. Tajemnicza, bajkowa i refleksyjna. Magnetyzuje wręcz. Tak więc zaczęłam czytać. I co się okazało?
Piper Mills, była czempionka w zawodach jeździeckich, pogrąża się w apatii po niebezpiecznym wypadku, który zakończył jej karierę. Gdy umiera jej dziadek, otrzymuje po nim klucz do jakiegoś pomieszczenia i szukając w domu drzwi, do których by pasował, odkrywa w kufrze chorej na alzheimera babci sweterek dziecięcy. Znajduje również kartki z albumu, który babcia prowadziła w dzieciństwie wraz z dwiema przyjaciółkami, oraz wycinek z gazety mówiący o znalezieniu zwłok niemowlęcia w rzece Savannah. Gdy jeszcze dostaje odesłany niegdyś przez adresatkę list babci do jednej z przyjaciółek, Lillian, w którym ta prosi ją o przebaczenie czegoś, co niegdyś zrobiła, Piper, zaintrygowana i po raz pierwszy od sześciu lat widząc sens w życiu, postania odnaleźć Lillian, aby dowiedzieć się czegoś więcej o swojej babce oraz jej tajemnicy.
No to tyle z opisu. A ja muszę stwierdzić, że przeczytałam ją bez zapoznania się z opisem. Jak to możliwe? Zaryzykowałam. Przeczytałam w ciemno. Chciałam sama odkryć krok po koku o czym jest ta książka. Zdarzyło mi się to może z drugi raz w życiu. Więc faktycznie musiała mnie przyciągnąć tytułem i okładką. Miło jest czasem odkryć coś samemu i sprawdzić czy miało się nosa czy nie. Jak się okazało miałam nosa i nie żałuje, że oderwałam się na chwilę od świata fantasty. Tym razem mam w rękach coś o wiele lepszego. Coś co zainteresuje miłośników literatury obyczajowej, chociaż pewnie innych też. A to dlatego, że historia jest wciągająca od samego początku. Czytelnik zostaje wchłonięty przez stronice tej książki. Historia, którą opowiada nam autorka jest po prostu magiczna. Jest jedną wielką tajemnicą. Zagadką do odkrycia przez Piper, ale i przez nas samych. Bawimy się w detektywa i genealoga i odkrywamy tajemnice rodzinne. To już samo w sobie jest fantastyczne, do tego cofamy się w czasie i sklejamy elementy układanki w całość. Dzięki temu poznajemy historię trzech przyjaciółek. Tragiczną historię. Odkryjemy bolesną prawdę o ich życiu i decyzjach jakie musiały podjąć. Czytając ma się wrażenie jakby odkrywało się sekret własnej rodziny. Czy starsza pani zdradzi całą prawdę? Ważne jest też to, że dzięki odkrywaniu losów swojej babci, Piper
Karen White
pomogła sama sobie. Pomogła też innych. Historia o sile jaką człowiek posiada w sobie, o przeciwnościach losu ale także poruszana jest kwestia traktowania ciemnoskórych ludzi w tamtym regionie w dawnych czasach. To jest tło całej powieści i to doskonale skleja całość. Miejsca akcji pobudzają wyobraźnię (odkrywamy dziwny pokój na strychu) możemy wręcz poczuć zapach tego starego domu i zobaczyć zapuszczony ogród. Jest jeszcze inne miejsce. Miejsce związane z tajemniczymi drzewami, które cierpią i przerażają. Są też konie. Doskonałe postacie, żywiołowe, barwne. Realistyczne. Ludzkie, z problemami, smutkami i z własną przeszłością. Doskonałym spójnym i lekkim językiem została napisana ta książka. Ani przez moment nie powiało nudą. Wręcz przeciwnie, z każdą kartką chce się więcej i więcej. Wzruszająca i emocjonująca powieść. Coś co pozwala zastanowić się chwilę nad własnym życiem. Nad własnym tchórzostwem. Pokazuje, że warto walczyć i się nie poddawać. Autorka stworzyła coś sensownego i konkretnego. Coś co powoduje ciarki na skórze. Do tej książki wraca się i to nie raz. Jeśli ktoś sobie ceni dobrą literaturę to ta książka jest dla niego. Moja ocena to 10 na 10. I to bez wahania.

Yvonne Woon – Piękni i Martwi

tłumaczenie: Ewa Skórska
tytuł oryginału: Dead and beautiful
wydawnictwo: AMBER
data wydania: 21 października 2010
liczba stron: 416
kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction

Sięgnęłam po nią, mimo, że na początku mnie zniechęciła. W większości przypadków chyba początki są trochę sztywne (choć bywają wyjątki). Prawdę mówiąc mam nie do końca określone zdanie jeśli chodzi o tę właśnie książkę. Czy tematyka jest ciekawa? Czy jest coś co mnie zmyliło? Czy jest coś oryginalnego czy banalnego w treści? Podstawowe pytania. Są piękniejsi, doskonalsi, silniejsi. Nie muszą spać, jeść ani pić. Muszą tylko jedno: odnaleźć własną duszę. Wtedy wrócą do życia. Ale za straszliwą cenę…
Po tajemniczej śmierci rodziców siedemnastoletnia Renee zostaje wysłana do szkoły na drugim końcu Ameryki. W Akademii Gottfrieda wykłada się filozofię, historię zapomnianych cywilizacji i łacinę – martwy język. W łacinie najlepszy jest zagadkowy i piękny Dante. Od pierwszej chwili Renee wie, że są sobie przeznaczeni. Czemu więc Dante boi się ją pocałować? Akademia Gottfrieda ma też inne tajemnice. Powoli Renee odkrywa mroczną historię szkoły i z przerażającą jasnością uświadamia sobie najstraszliwszą prawdę: jej ukochany może się stać jej zabójcą.
No to po powyższym opisie mamy już nakreślony kierunek, w którym zmierza cała fabuła. Wracając do mojego drugiego pytania- tak jest coś co mnie zmyliło. Sięgając po tą książkę byłam przekonana (po tytule), że jest ona o wampirach. Jednak nie mogłam się bardziej mylić. Nie znalazłam tutaj wampirów, mimo, że opis pasuje także do tego typu istot. No i faktycznie jeden z bohaterów- Dante- nie jest osobą, która jest stuprocentowo żywa. Jestem jednym z nieumarłych. A skoro jest to love story więc znajduje osobę, przy której zaczyna coś czuć i to dosłownie. A tą oto osobą jest nasza główna bohaterka Renee. Jeśli przyjmiemy, że jest to romansidło to sprawdziło się nie najgorzej. Jest uczucie, są emocje, pojawia się problem na drodze. Jak sobie z nim poradzą? Czy przejdą próbę jaką stworzył im los? No tego dowiecie się sami. Jednak czytając miałam wrażenie, że mam deja vu. Całość przypominała mi książkę, którą miałam okazję czytać już wcześniej ( mowa o książce Wybrani autorstwa C. J Daugherty) i z tego co się zdążyłam zorientować nie tylko mi się ona z tą książką kojarzy. To takie trochę rozczarowujące ( smakuje jak odgrzewany kotlet). Jednak są też pozytywy. Sam pomysł nie jest zły, autorka nie poszła na łatwiznę i nie napisała o wampirach. Całość nieźle się komponuje i krok po kroku się akcja rozwija a my odkrywamy elementy układanki. Nie jest nudno, jest dynamiczność, trochę z kryminału i prywatne śledztwo Renee.
Yvonne Woon
Tylko dlaczego każdy wampir, nieumarły i cała reszta musi być taka nieskazitelna? Czemu są silniejsi? Chociaż to zrozumieć można. Jednak za każdym razem są piękniejsi i lepsi. No i przeważnie każdy taki facet zachowuje się systematycznie jak jego „kumple” z poprzednich książek? Wiem, wiem, musi być ładnie i trzeba wzdychać do nadludzkiego bohatera. Jednak to trochę takie już obcykane. Nie jest jednak źle. Znajdziemy tutaj trochę filozofii. Jednak pierwsza myśl która przychodzi mi na myśl to bliskie podobieństwo o którym pisałam wyżej. To trochę studzi mój zapał. Końcówka trochę uratowała sytuację, a mianowicie dynamiczna akcja w pokoju dyrektorki, która jest dość kontrowersyjna. Nie wiem jak ocenić tą propozycję. Bo jednak mnie zainteresowała trochę i nie rzuciłam jej w kąt. Czyta się ją też nie najgorzej. Dialogi są też dosyć dobre. Jest też tajemnica a to zawsze pozytyw. Zobaczymy jaka będzie druga część. Oczekiwania mam duże. Tutaj pozostaje mi dać połowę w całej skali i to ze względu na podobieństwo. Moja ocena to 5/10.

Beth Fantaskey – Przyrzeczeni

tłumaczenie: Anna Płocica
tytuł oryginału: Jessica’s Guide to Dating on the Dark Side
seria/cykl wydawniczy: Jessica tom 1
wydawnictwo: Nasza księgarnia
data wydania: 9 marca 2011
liczba stron: 408
kategoria: Literatura piękna

No i znów w moje ręce trafia „wampirza klasyka” – pozwolę sobie na takie określenie. Przyrzeczeni autorstwa Beth Fantaskey bo o niej mowa to typowy klasyczny romansik dla młodzieży. Ale czy aby na pewno? Czy nieco starsze pokolenie też może sobie pozwolić na miłe chwile z literaturą tego gatunku? No i czy od razu można zakwalifikować a raczej zaszufladkować do jednego worka ze zwyczajnym romansidełkiem podobnym do wielu o tematyce wampirzej? Ja popełniłam ten błąd i gdy tylko zaczęłam czytać stwierdziłam, że jest to” bubel”. Myślałam, że nie zalicza się do zbytnio „ambitnej” propozycji na mojej półce.Mam tu na myśli kolejny lekki romans o wampirach dla nastolatek i to w dodatku przesłodzony.
Wampiry potrafią nieźle namieszać w życiu nastolatki… Świat Jessiki staje na głowie, gdy w szkole pojawia się osobliwy uczeń z wymiany międzynarodowej, Lucjusz Vladescu. Jest arogancki, natrętny i, no cóż, nieziemsko przystojny. Na domiar złego twierdzi, że Jessica to rumuńska wampirza księżniczka i że na mocy paktu między ich rodami są zaręczeni! Dziewczyna nie chce wierzyć w te rewelacje, jednak kiedy zaczyna wertować Przewodnik dla nastoletnich wampirów po miłości, zdrowiu i emocjach, nachodzą ją wątpliwości… Czy przeciętna nastolatka to dobry materiał na czarującą wampirzą księżniczkę?
Jednak w rzeczywistości książka ta okazała się wzruszającą historią z dawką dobrego humoru ale nie tylko. Prócz tego znajdziemy tutaj bunt przeciwko rodzinie i przeznaczeniu, bunt przeciwko temu co nieuniknione. Jesteśmy świadkami metamorfozy, która rozgrywa się na naszych oczach- przemiany Lucjusza i Jessiki. Chłopak przechodzi różne etapy rozwoju od aroganckiego i tajemniczego wampira, który kusi po przez buntowniczego aczkolwiek cieszącego się wolnością nastolatka z ameryki aż do zgorzkniałego i mrocznego wampira, który pragnie wojny. Jess nie chce zaakceptować prawdy o swojej przeszłości i przyszłości. Nie wierzy w wampiry i temu podobne zjawiska. Zderza się tutaj racjonalizm z irracjonalizmem. Te przemiany są tutaj kluczowym elementem. Postacie s ą dosyć ciekawe, a szczególnie Lucjusz i jego „dwulicowy” charakter. Jest mroczną postacią, która pod wpływem emocji się zmienia. Prócz tego mamy oczywiście do czynienia z księciem, więc nie obce są mu dobre maniery i rycerskość a przede wszystkim honor. Atutem jest to, że mamy wgląd w myśli i uczucia obu bohaterów – co któryś rozdział- mamy wgląd w listy Lucjusza do swojego wuja Wasyla, z których to możemy wyczytać jego emocje ale i specyficzne poczucie humoru i różnice kulturowe. Do tego zmieniające się tempo akcji, które na początku było dość szybkie a potem trochę przystopowało. Zresztą początek był beztroski a potem atmosfera była coraz bardziej gęsta. Wyczuwalne jest napięcie jakie powstaje. Sytuacja się komplikuje. Nie chce zdradzać zbyt wiele, bo nie o to chodzi. Jedno jest pewne, ta historia naprawdę wzrusza więc proponuję przed czytaniem zmyć makijaż bo może się rozmazać i koniecznie mieć przy sobie chusteczki. Robiąc notatki do tej recenzji (co pierwszy
Beth Fantaskey
raz mi się zdarzyło) zapisywałam plusy i minusy. Na początku tak jak napisałam we wstępie odniosłam wrażenie, że mam do czynienia z kolejnym romansem w stylu znanego każdemu „Zmierzchu”. Przynajmniej tak zapowiadał początek (imię naszego bohatera też trąci myszką tak jak w przytaczanej przed chwilą powieści), no wiecie sami- wampiry, pakty, zaręczyny u tym podobne. Jednak gdzieś tak od 60-tej strony zaczęła mnie totalnie wciągać i ni9e mogłam oderwać się od czytania. Cała fabuła nie jest taka zła jak myślałam a wręcz przeciwnie w miarę czytania akcja się rozwijała i komplikowała. Mam tylko zastrzeżenia do końcówki, ale może to moje emocje sięgnęły zenitu wcześniej i tutaj nie czułam napięcia. Jednak muszę stwierdzić, że bardzo pomyliłam się w ocenie tej książki bo naprawdę jest ciekawa. Dialogi są dobre a i język jakim jest napisana nie jest sztywny i wymuszony. Okładka pasuje idealnie do całości. Tak więc myślę, że jak najbardziej książka umili czas i nastolatkom i tym trochę starszym czytelnikom a konkretnie polecam ją czytelnikowi w każdym wieku. Jeśli ktoś lubi wampiry i postacie z charakterem –za równo te męskie jak i żeńskie- to koniecznie musi ją przeczytać. Moja ocena to 8/10.

Kerstin Gier – Zieleń Szmaragdu

tłumaczenie: Agata Janiszewska
tytuł oryginału: Smaragdgrün. Liebe geht durch alle Zeiten
seria/cykl wydawniczy: Trylogia Czasu tom 3
wydawnictwo: Egmont Polska
data wydania: 2012 (data przybliżona)
liczba stron: 360
kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction

Można powiedzieć, że hurtowo zabrałam się za czytanie. Najpierw Czerwień rubinu potem Błękit szafiru a teraz Zieleń szmaragdu – całą trylogię przeczytałam w mgnieniu oka. Przeżyłam podróż po różnych epokach tak barwnych jak rococo i to z parą młodych podróżników w czasie. Uwielbiam czytać i chętnie oddaje się lekturze, ale te książki pochłonęły cały mój wolny czas. Nie mogłam oderwać się od lektury. Biorąc pod uwagę, że na tym ostatnim tytule, kończy się cała opowieść, więc chyba czas na podsumowanie, kunsztu literackiego autorki jak i całej zawartości tych trzech książek.
Co robi dziewczyna, której właśnie złamano serce? To proste: gada przez telefon z przyjaciółką, pochłania czekoladę i całymi dniami rozpamiętuje swoje nieszczęście. Ale Gwen – podróżniczka w czasie mimo woli – musi wziąć się w garść, chociażby po to, żeby przeżyć. Nici intrygi z przeszłości także dziś splatają się w zabójczą sieć. Złowrogi hrabia de Saint Germain jest bardzo bliski swego celu: Gwendolyn musi stanąć do walki o prawdę, miłość i własne życie.
Sam ten fragmencik zapowiada się ciekawie prawda? No to już mogę zapewnić (co pewnie widać od samego początku), że książka rzeczywiście jest ciekawa. Nastąpi tutaj kulminacja głównej zagadki, którą musieliśmy odkryć wraz z bohaterami. A muszę przyznać, że byłam zaskoczona i nie domyśliłam się wyjaśnienia kim w obecnych czasach był sam hrabia de Saint Germain. Trzeba przyznać, że jest to postać bardzo doskonale stworzona, koronkowa robota można by powiedzieć. Tajemniczy, bezwzględny, podły i zdolny do morderstwa byle tylko osiągnąć swój cel. To na nim opiera się cała ta historia, to on najbardziej zagraża Gwen. Zresztą cała fabuła na której oparta jest trylogia jest bardzo dobrze wymyślona i dopracowana w najdrobniejszym szczególiku. Plusem jest też to, że żeby odgadnąć całą tajemnice, nasi bohaterowie przeskakują w czasie i prowadzą własne śledztwo. Jest dreszczyk grozy co jest kolejnym atutem. Doskonałe dialogi, z nutką ironii ale i poczucia humoru. Znajdziemy w tej książce też dawkę miłości, różnych rozterek, a nawet złamane serce. Nie jest natomiast zbyt przesłodzona ta miłość, przyjemny dodatek do całej tej historii. Bez tego wątku cała ta akcja była by trochę taka sucha, a poza tym, któż z nas nie lubi czytać pięknych historii miłosnych i to najlepiej z happy endem. Nie zabraknie też wzruszeń przy innych wzruszających scenach. Całość trzyma w napięciu i jest zaskakująca. Autorka pokazała czytelnikowi jak ważna jest przyjaźń i więź rodzinna w trudnych sytuacjach, że warto zaufać i liczyć na siebie wzajemnie. Nasza Gwen oczywiście robi się coraz odważniejsza i czyhają na nią niebezpieczeństwa.A żeby było
Kerstin Gier
ciekawiej to pobawimy się w odkrywców skarbów i przekonamy się co ukrył dziadek dla swojej „wnuczki-prawnuczki”. Swoją droga dom rodzinny Gwen kryje tajemne przejścia, więc samo to nadaje odpowiedni klimat całości. Wszystkie postacie stworzone są idealnie (mowa tutaj szczególnie o tych głównych). Czytając nie nudziłam się ani trochę (prócz początku pierwszego tomu), czyta się lekko i przyjemnie a cała opowieść pochłania i nie można się oderwać os lektury.Dla miłośników kostiumów z różnych epok i podróży w czasie ta książka jest idealna. Porywająca i pełna tajemnic. Autorka stworzyła coś oryginalnego po mimo tego, że książki o tej tematyce już się pojawiały. Jednak historia Gwen jest najciekawszą, książką jaką czytałam. Myślę, że autorka pokazała swoją klasę i swój kunszt literacki. Nie mam do czego się doczepić a wręcz przeciwnie jestem zachwycona. Zazwyczaj z każdą kolejną książką całość traci na wartości jednak w tym przypadku jest zdecydowanie odwrotnie. nie wiem co jeszcze mogę napisać, żeby niczego nie pominąć. Więc na tym poprzestanę i powiem tylko, że warto przeczytać całą trylogię i to od razu. Moja ocena to 10/10.

Kerstin Gier – Błękit Szafiru

tłumaczenie: Agata Janiszewska
tytuł oryginału: Saphirblau. Liebe geht durch alle Zeiten
seria/cykl wydawniczy: Trylogia Czasu tom 2
wydawnictwo: Egmont Polska
data wydania: 12 października 2011
liczba stron: 364
kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction

Tak jak już wspominałam poprzednim razem, zaczęłam czytać Błękit szafiru. Poprzednia część tak mnie zaciekawiła,że od razu sięgnęłam po drugi tom. Przeczytałam go w szybkim tempie. Pochłonęłam ją w całości od deski do deski. Muszę stwierdzić, że tym razem okładka jest zdecydowanie lepsza, wręcz idealna. Tutaj pasuje mi idealnie do całości. Oddaje tą nutkę tajemniczości, i coś znacznie głębszego.
Gwen i Gideon zapatrzeni w siebie wrócili właśnie z początku XX wieku. Ale sprawy tylko się skomplikowały. Czy Strażnicy mają rację uznając Lucy i Paula za przestępców, czy też może mylą się w swej wierności Hrabiemu de Saint Germain? Gwendolyn jako jedyna zdaje się mieć wątpliwości. Uczucia Gideona do Gwen wystawione zostają na najpoważniejszą próbę…
Nie bardzo wiem co mam napisać, żeby dokładnie oddać to co myślę na temat tej książki. Bo w sumie można byłoby podsumować ją jednym zdaniem. Książka jest naprawdę dobra, powiem więcej jest nawet lepsza niż Czerwień rubinu. Znajdziemy tutaj większą dawkę humoru i sarkazmu a to za sprawą gargulca, który towarzyszy Gwen. To sprawia, że książka ma jeszcze więcej uroku i bardziej wciąga. Ta dodatkowa postać, spełnia też inne dodatkowe zadania i pomaga naszej bohaterce. Oczywiście Gwen ze swoją przyjaciółką próbują na własną rękę rozwiązać całą tą tajemnice. Krok po kroku prowadzą własne śledztwo. A czytelnik po prostu nie może oderwać się od lektury. Pojawi się tutaj inna nowa postać. Jaka? Tego nie zdradzę. Strony uciekają zdecydowanie za szybko, a wątek miłosny między Gwen i Gideonem nabiera rumieńców, mimo tego, że przypomina jedną wielką huśtawkę. Jednak czy hrabia nie zepsuje tego co się między nimi rodzi? Czy Gwen zaufa Gideonowi? Przeszłość miesza się z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Trzeba uważać, żeby się nie pogubić. Nie mamy tutaj do czynienia z płytką historyjką opartą na przesłodzonym romansie. Znajdziemy tutaj doskonale wyważone proporcje, romansu i przygód. Są uczucia, gorące pocałunki, łzy, zawód, rozterki ale i niebezpieczeństwo podczas przygód. Do tego tajemnica. A któż z nas nie lubi sekretów i tajemnic? Chyba, każdy chciałby być choć przez chwilkę Gwen i przeżyć coś takiego. Pobawić się w „detektywa”. Przemieszczać się w czasie, poznawać przodków i osoby, które żyły kiedyś. Móc ubierać się w te piękne historyczne stroje. Oderwać się od codziennej rutyny i coś
Kerstin Gier
ciekawego przeżyć. Dlatego ta książka jest dobrą alternatywą, dla osób znudzonych codziennością. Cukiereczek dla naszej wyobraźni. Od razu zabieram się za ostatnią część. Jestem ciekawa jak się ta trylogia skończy. Po której stronie stanie Gwen i Gideon. Jaki to będzie miało wpływ na całą resztę. I czy miłość tych dwojga ma jednak prawo istnieć wbrew temu co mówiło się przez lata. Jestem naprawdę pod wrażeniem. Książką ta jest naprawdę na wysokim poziomie w swoim gatunku literackim. Ta historia uzależnia, nie można odłożyć jej przez przeczytaniem do końca. A jak już się skończy to ma się od razu ochotę sięgnąć po następną część. Na tym zakończę, nie chce psuć zabawy czytającym. A nie wydaje mi się, żebym musiała aż tak wiele pisać na temat tej książki. Bardzo dobrą wyobraźnię ma autorka, stworzyła coś naprawdę dobrego, nie nudnego a wciągającego z każdym tomem jeszcze bardziej. A to rzadkość. Kontynuacja trylogii rozwiąże nam wszystko. Moja ocena to 9/10.

czwartek, 30 stycznia 2014

Kerstin Gier – Czerwień Rubinu

tłumaczenie: Agata Janiszewska
tytuł oryginału: Rubinrot
seria/cykl wydawniczy: Trylogia Czasu tom 1
wydawnictwo: Egmont
data wydania: 23 maja 2011
liczba stron: 344
kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction

Znalazłam w internecie opinie na temat tej książki a właściwie na temat całej trylogii. Okładka nie jest zła, ale autor mógłby się postarać bardziej z tym projektem. Jednak nie o okładce tutaj teraz mowa. Zapewne większość w was przeczytała już tą książkę albo już nawet całość. Ja miałam okazję przeczytać ją dopiero teraz. A czy warto?
Pewnego dnia szesnastoletnia Gwen odkrywa, że jest posiadaczką genu podróży w czasie – niespodziewanie przemieszcza się o sto lat wstecz. Okazuje się, że nie jest jedynym podróżnikiem – istnieje całe tajne bractwo, zajmujące się kontrolą dwunastu podróżników w czasie – Gwen jest ostatnim z nich. Szybko odkrywa, że jedenastym jest bardzo atrakcyjny dziewiętnastolatek: Gideon. Ale zakochiwanie się nie jest takie proste gdy się skacze tam i z powrotem w czasie i gdy trzeba wypełnić niebezpieczną misję w XVIII. Wieku.
Okładki już się doczepiłam na samym początku, więc to mam z głowy. Ktoś, kto czyta moje recenzje wie, że zwracam uwagę również na ten element. Nie oceniam zawartości po okładce, ale moje oko się cieszy porządnym projektem okładki, który przyciąga wzrok i pasuje do całości. To duży atut. Nie mówię, że ta jest zła, ale mogłaby być ładniejsza. Co do treści to muszę przyznać, że na samym początku miałam mieszane uczucia. Miałam falstart. Nie od razu spodobał styl mi się styl, poczułam znużenie, rozczarowanie i sama już nie wiem co takiego. Nie mogłam przebrnąć przez kilkanaście stron może nawet więcej. Tak gdzieś do połowy książki się męczyłam. Potem jednak nastąpił gwałtowny zwrot akcji. Wciągała mnie coraz bardziej i bardziej. Akcja nabrała tempa i rumieńców. Wszystko miało swoje kształty i charakter. Wyraźnie cała historia w tym momencie zaczęła się rozwijać. Znikło moje rozczarowanie. Zaczęła mnie „wsysać” historia Gwendolyn. Spotykamy się tutaj z podróżami w czasie, co jest chyba ostatnio popularne, a zgłasza spotykane w tym wydawnictwie. Mam już okazję czytać, którąś z kolei książek wydawnictwa Egmont i większość była o tej tematyce. Warto podkreślić tutaj postacie, które są charakterystyczne i barwne. Barwna rodzinka z tajemnicami. Każdy członek rodziny ma swój odrębny styl i charakter. Doskonale skomponowana, wyrafinowana i z klasą a do tego owiana zagadkami i tajemniczym genem. Znajdziemy tutaj napięcia i problemy rodzinne, które wprowadzą dodatkowe emocje. Poznajemy też dużo innych postaci.
Kerstin Gier
Między innymi młodzieńca Gideona, którego połączą z Gwen nie tylko sprawy „zawodowe”. Czy coś z tego wyniknie? Czy aby dobrego? Czy to absurdalne powiedzenie, że związki między tymi rodzinami inne niż właśnie zawodowe nie mają racji bytu okażą się słuszne? Na te pytania poznamy odpowiedzi w dalszych częściach przygód naszych bohaterów .Na pewno nie zabraknie romantyzmu i poczucia humoru. Do tego jeśli dołączymy podróże w czasie to może być naprawdę bardzo ciekawie. Naprawdę podoba mi się to, że nie wszystko jest tutaj jasne i przejrzyste, chociaż pewnych faktów idzie się domyślić dość szybko. Jednak ta tajemniczość i panująca tutaj atmosfera naprawdę robi bardzo dobre wrażenie. Czytelnik nie będzie się nudził. Przynajmniej ja się nie nudziłam. Tak mnie wciągnęła ta część, że od razu wzięłam się za drugą część i już przeczytałam połowę książki a dopiero dzisiaj skończyłam tom pierwszy. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Muszę przyznać, że naprawdę robi się ciekawie. Myślę, że jest to książka dla osób, które lubią tajemnice, romantyczne klimaty i podróże w czasie. A styl autorki naprawdę pozwala przenieść się w realia czytanej opowieści. Moja ocena to 8/10.

Julie Anne Long – Ocean pocałunków

tłumaczenie: Marzenna Rączkowska, Aleksandra Januszewska.
tytuł oryginału: I Kissed an Earl
seria/cykl wydawniczy: Romans historyczny / Pennyroyal Green tom 4 wydawnictwo: Amber
data wydania: 15 marca 2012
liczba stron: 304 kategoria: romans

Postanowiłam zrobić sobie przerwę od młodzieżowej literatury, przepełnionej podróżami w czasie, magią i innymi niestworzonymi rzeczami jakie tylko autorom przychodzą do głowy. Zafundowałam sobie samej „podróż w czasie” i sięgnęłam po romans historyczny. Z doświadczenia wiem, że gatunek ten pozwala się odprężyć i odpłynąć w nieznane. Praktycznie jest już jesień i chwila uniesień z książką taką jak Ocean pocałunków jest raczej wskazana. Tak też sobie myślałam sięgając po tę książkę.
Violet Redmond jest piękna i bogata, lecz jej kaprysy skutecznie odstręczają konkurentów. Rozpieszczona dziewczyna nie martwi się tym zbytnio; nie spotkała jeszcze mężczyzny, który nie byłby śmiertelnie nudny. Kapitan Flint, nowy hrabia Ardmay, o którego morskich przygodach i miłosnych podbojach szepczą damy, wydaje się wprost stworzony, by sprostać jej oczekiwaniom. Violet nie wie jednak o nim wszystkiego. Flint zaś nie wie, że Violet zamierza zdobyć jego względy nie tylko dla jego skandalicznej reputacji.
Dla kogoś zaczyna się nie zachęcająco? Możliwe, ale jak każdy romans i ten opiera się na klasycznym szkicu fabuły. Jednak nie ma tutaj nudy, muszę przyznać, że autorka mnie zaskoczyła i nie dała mi przewidzieć ze stu procentową dokładnością tego co się za „chwilkę” wydarzy. A to jest oczywiście olbrzymi plus. Romans jak to romans, lekki i przyjemny z nutką erotyzmu i emocjami, które wylewają się po brzegi ze stronic owej powieści. Jednak w tym przypadku wszystko jest idealnie wyważone, nie ma przesady. Nie ma mdłych wyznań miłosnych, przesady, która przyprawiłaby czytelnika o mdłości. Oczywiście pożądanie jest wyczuwalne, ale też jest wszystko subtelnie wyważone. Proporcje wręcz idealne. Jest przygoda, mamy dobrze opisane wydarzenia, ale nie przesadnie obszerne. To nie pozwala na nudę i zmęczenie. Rozdziału są krótkie i zwięzłe, ale komponują się w jedną całość. Wszystko napisane jest bardzo lekkim i płynnym stylem. Nie lubię męczyć się podczas czytania, a niestety zdarza się to gdy opisy są zbyt długie i suche, jednak nie w tej książce. Nie raz już spotkałam się z wątkiem miłosnym rozgrywającym się na pokładzie statku i to dla mnie jest dodatkowy atut. Lubię statki i atmosferę, która tam panuję. Fabuła jest bardzo ciekawa, nasza Violet wyrusza w rejs w słusznej sprawie, a dzięki temu i my możemy rozwiązywać w raz z bohaterami okoliczności całej tej spray i nowe fakty w sprawie pirata Le Chata. Napomknąć warto jeszcze o postaciach. Najbardziej dominujące i najciekawsze są główne postacie w tej całej opowieści. Panna Violet i kapitan Flint… Oboje mają bardzo ciekawe charaktery. Oboje inteligentni ( co w przypadku
Julie Anne Long
naszej bohaterki jest wielkim atutem, gdyż można by ją uznać za rozpuszczoną pannicę i w dodatku głupiutką) no i są siebie warci. Skoro postacie ciekawe i to i wymiana zdań między nimi jest interesująca. Ogólnie nie mogę narzekać na dialogi, są dynamiczne i zabawne. Reszta postaci nie jest wcale gorsza, są ważniejsze i mniej ważne, ale nie są beznadziejne i bez charakteru. A muszę przyznać, że tych osobowości trochę znajdziemy w tym romansie. Wszystko wzbogacone jest o przemyślenia Violet, co dodaje autentyczności i dopełnienia. Cała historia wciąga i zabiera czytelnika w rejs po oceanie emocji, a między czasie dopadnie nas sztorm pożądania i mgła tajemnicy brata Violet i kapitana Le Chata. Całość jest naprawdę świeża i dynamiczna a co ważne daje po prostu rozkosz z czytania. Niby „zwyczajne romansidło” a jednak pozwala na porządny relaks z dobrą literatur ą tego gatunku. Nie jest zbyt obsze4rna a czas przy niej płynie szybko i przyjemnie. Ja osobiście jestem bardzo zadowolona z tej książki. Julie Anne Long stworzyła coś naprawdę dobrego, myślę, że na zbliżające się długie jesienne i zimowe wieczory w sam raz. Moja ocena to 8/10.

Zoe Marriott – Królestwo łabędzi

tłumaczenie: Walendowska Monika
tytuł oryginału: The Swan Kingdom
seria/cykl wydawniczy: Poza czasem tom 2
wydawnictwo: Egmont
data wydania: 6 marca 2013
liczba stron: 264
kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction

Królestwo łabędzi mówi Wam coś ten tytuł? No właśnie mi coś on przypominał zanim zaczęłam czytać. W dodatku jestem wzrokowcem i okładka też mi była znajoma. Choć powiem szczerze subtelna i przyciągająca wzrok. Taka dziewczęca i delikatna a tym samym magiczna. Co sądzę o samej zawartości? Czy jestem usatysfakcjonowana tą historią? Pytań na suwa mi się kilka, ale odpowiedzi padną za krótką chwileczkę. Powiem tylko tyle, że po przeczytaniu mam mieszane uczucia.
Aleksandra i jej bracia wiodą beztroskie życie na królewskim dworze swojego ojca. Jednak rodzinna sielanka pryska nagle, gdy królowa ginie z łap okrutnej bestii, a król powtórnie się żeni – z kobietą, która nienawidzi pasierbów. Po nieudanej próbie odkrycia mrocznych tajemnic macochy Aleksandra zostaje wywieziona do ponurej krainy Midland, jej bracia zaś wygnani z Królestwa. Aby odmienić zły los i odzyskać braci, Aleksandra musi odnaleźć w sobie niezwykłą moc, którą czerpie z sił przyrody. Pomocny okaże się także tajemniczy książę Gabriel, z którym dziewczynę połączy gorące uczucie.
Dawno, dawno temu w odległej krainie… No właśnie mamy tutaj do czynienia z typową bajeczką. Oczywiście ja nie twierdze, że powieści to reportaże na faktach jednak ta tutaj historia jest przesadnie bajkowa. A żeby nie było, że przesadzam to podam przykład. Kiedyś (nie tak dawno) czytałam swojej bratanicy bajki i właśnie w jednej z tych książek natknęłam się na taką właśnie bajkę. No oczywiście był to tylko lekki szkic tego co mamy tutaj, bo przecież dzieci by nie pojęły takich zawiłości. Nie mniej jednak czytając tą opowieść czułam się trochę oszukana treścią. Po przeczytaniu pierwszej strony mój apetyt był już pobudzony, jednak z każdą kolejną malał. Myślę, że potencjał był o wiele większy i można było tutaj stworzyć coś o wiele ciekawszego. Nasza bajka różni się trochę zakończeniem o tej bajeczki dla najmłodszych. A jeśli już mowa o zakończeniu to muszę przyznać autorce plusa, właśnie za zakończenie, które ożywiło tą historię trochę. Coś się działo, był impuls i emocje. Tak poza tym, to było dużo opisów, ubranych w ładne słowa. Momentami aż była sucho. Myślę, że można je było bardziej ożywić, rozwinąć, bo książeczka jest dość krótka. Pozytywem są tutaj postacie – a jest ich niewiele- są charakterystyczne a szczególnie Aleksandra jej ojciec i macocha. Jednak nasza Głowna bohaterka jest najciekawszą postacią, dynamiczną i nie głupiutką gęsią. Ma swoje zdanie i upór, ale potrafi też uszanować wole innych. Ta jej wewnętrzna siła ma naprawdę bardzo duże znaczenie. Jest odważna, choć nie wierzy we własne możliwości.
Zoe Marriott
Gabriel jest tutaj typowo pozytywną postacią, dodatkiem do happy endu. Dobry chłopak, który zakochał się w Aleksandrze i pomógł jej przetrwać ciężkie chwile spędzone u ciotki dziewczyny. Ciocia też jest wyrazistą postacią, wokół której panuje mrok, smutek i zimno. Ogólnie przez większość czasu odczuwam tylko mrok i zero słońca. Nie czytało się jej aż tak przyjemnie i lekko jak myślałam. Dlaczego mam mieszane uczucia? Bo spodziewałam się czegoś lepszego, postacie bywają wyraziste i gdyby się postarać to byłoby naprawdę dobrze. Myślę, że mogłoby z tego powstać coś naprawdę wciągającego bo momenty były naprawdę bardzo dobre. Plusem jest też to, że nie jest przesłodzona treść. Młodzieńczy romantyzm a wyważonej dawce. Lubię wampiry, czarownice, elfy i tym podobne postacie, ale tym razem to jednak nie jest moja bajka. Za dużo bajki w bajce. Moja ocena to 5/10.

środa, 29 stycznia 2014

Jessica Warman – Pomiędzy światami

tłumaczenie: Xenia Wiśniewska
tytuł oryginału: Between
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 15 listopada 2011
liczba stron: 448
kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction

Ostatnio czytałam o Aniołach tym razem o duchach. Tematyka jakby pokrewna, i wybrana całkowicie przypadkowo. Po między światami to właśnie o tej książce mowa. Obie te książki coś łączy. Kruchość, delikatność, przemijanie i przyszłość. Na wstępie powiem jedno… Najtrudniejsze jest spotkanie z samym sobą (usłyszałam to wczoraj i całkowicie się z tym zgadzam a szczególnie po przeczytaniu tej książki).
Wyobraź sobie, że inni przestają cię widzieć i słyszeć…Elizabeth Valchar – śliczna, popularna i idealna – budzi się na jachcie po imprezie z okazji swoich osiemnastych urodzin, które świętowała w towarzystwie szóstki najbliższych przyjaciół. Słyszy uporczywy łomot. Idzie sprawdzić źródło hałasu, a to, co widzi, zmienia w jej świecie wszystko. Nagle dostrzega, że myliła się co do siebie i swoich bliskich. Mozolnie, krok po kroku, odtwarza układankę ze wspomnień – pełnych gorzkiej prawdy, brudnych tajemnic i miłości – żeby wreszcie znaleźć odpowiedź na najważniejsze pytanie – o własną tożsamość i najcenniejsze wartości w życiu.
Wyobraź sobie, że inni przestają cię widzieć i słyszeć… No właśnie i co wtedy? Co zrobisz? Śmiać się czy płakać w takiej chwili? Ile można wyciągnąć z tej sytuacji? Bardzo ciekawa tematyka, doskonale napisana. Oglądamy całą akcje z boku. Liz ogląda swoje życie jak jakiś film. Może poznać samą siebie, dowiedzieć się prawdy o sobie. Spotkać się twarzą w twarz ze sobą. Wędrując we wspomnieniach widzi trzeźwym spojrzeniem to czego nie widziała za życia, gdy była w centrum uwagi. Dlatego zgadzam się z tym co napisałam wyżej, że najtrudniej jest spotkać się z samym sobą. Można dowiedzieć się nie jednego, a wstydu nie będzie koniec. Człowiek nie zdaje sobie nawet sprawy z tego jaki jest w codziennym życiu, jak gra, maskuje uczucia. A tym bardziej jeśli u boku pojawia się jeszcze jeden duch… Gorzkie słowa, sarkazm a potem współczucie, sympatia i przebaczenie. Chcielibyście zobaczyć samych siebie? Dobre pytanie. Muszę przyznać, że ta książka daje dużo do myślenie. Daje nam czas do refleksji. Co tak naprawdę jest między światami? Tematyka tej książki jest naprawdę ciekawa, nie wieje nudą. Jest to coś w rodzaju kryminału, odkrywamy okoliczności śmierci Liz. Krok po kroku łączymy układankę w całość. W pewnym momencie jednak można po kojarzyć fakty i dalej to już tylko upewniamy się w swojej wersji. Jednak to nie jest mankamentem tej książki. Myślę, że nie ma ona jakiś konkretnych minusów. Dialogi nie są złe, postacie różne. Jednak mowa tu o próżnych dzieciakach. Dorośli też są różnorodni. Mamy tutaj także Aleksa, który
Jessica Warman
do próżnych dzieciaków się nie zaliczał, więc mamy totalny kontrast postaci. Są one namacalnie prawdziwe. Z tej książki bije na alarm także przestroga. Mamy obraz co robi z ludźmi alkohol i jazda samochodem po jego wypiciu. Czym są odruchy ludzkie a czym ich brak. Okrucieństwo nastolatków, problemy rodzinne, choroby, kłamstwa. Autorka zabiera nas w podróż, która pozwala odkryć coś co nazywa się przebaczeniem. Wzruszająca opowieść, pełna miłości, zaskakujących zwrotów akcji i intryg. Ta znieczulica aż razi. Myślę, że warto przeczytać i dać ponieść się emocjom i powędrować po wspomnieniach razem z naszą główną bohaterką. Dodatkowym atutem jest też okładka, pasuje idealnie. Wszystko pasuje mi tutaj idealnie. Jessica Warman stworzyła coś zaskakująco dobrego. Coś co warto przeczytać. Podkreślona jest tutaj także przyjaźń i spokój ducha. Moja ocena to 9/10.

Nora Roberts – Trzy siostry

tłumaczenie: Monika Krasucka
tytuł oryginału: Three sisters
wydawnictwo: Harlequin
data wydania: 2008 (data przybliżona)
liczba stron: 480 kategoria: romans

Jakiś czas temu miałam okazję przeczytać Trzy siostry. Jednak dopiero teraz mam okazję napisać recenzję. Sama nie wiem dlaczego, gdyż książka mnie zaciekawiła. Autorka ma na swoim koncie dużą liczbę książek i to nie byle jakich. A ta tutaj jest naprawdę dobra.


Opowieść o życiu i miłosnych perypetiach członków szkockiego rodu MacGregorów. Dziewięćdziesięcioletni Daniel, senior rodu MacGregorów, nade wszystko marzy o tym, aby szczęśliwie wydać za mąż trzy najstarsze, ukochane wnuczki: Laurę, Amelię i Julię. Pierwsza jest adwokatem, druga robi specjalizację z chirurgii, trzecia odnosi sukcesy jako agentka obrotu nieruchomościami. Wszystkie trzy są piękne, mądre i rozsądne, jest jednak coś, czego stary MacGregor nie może pojąć – młode kobiety są tak skupione na robieniu kariery, że żadna z nich nawet nie myśli o założeniu rodziny. Mało tego, zdają się wręcz unikać mężczyzn! A może nie potrafią znaleźć sobie odpowiednich kandydatów? Daniel ma na oku trzech interesujących mężczyzn; każdego z nich chętnie widziałby w roli pana młodego. Postanawia zabawić się w swata…
Nora Roberts pokazała tutaj swoją klasę. Stworzyła coś naprawdę dobrego, wciągającego i z poczuciem humoru. Opowieść o młodych, inteligentnych i nie planujących wychodzić za mąż kobietach. Każda z nich jest bardzo ciekawą postacią. Mamy tutaj przykład kobiet niezależnych, dążących do celu jaki sobie wyznaczyły. Najciekawszą postacią jest senior rodu MacGregorów, który charakteryzuje się niezwykłą energią i sprytem. Jest mistrzem w swataniu i knuciu intryg miłosnych. Staruszek, który ma swoje sekrety. Wszystko to już podnosi atrakcyjność tej książki. Do tego dochodzi styl jakim funkcjonuje autorka, pozwala on na lekkość czytania i zagłębiania się bez reszty w tę opowieść. Czytając mamy wrażenie, że znamy te dziewczyny od zawsze, a dziadek jest „naszym” dziadkiem. Misterna intryga dostaje rumieńców. Doskonałe dialogi, pasujące do postaci i odzwierciedlające ich charaktery. Męskie towarzystwo też jest dosyć ciekawe. Nie zabraknie emocji, uczuć i dylematów. Cóż więcej mogę dodać, żeby nie lać wody. Myślę, że każdy
Nora Roberts
chciałby mieć taką zwariowaną rodzinkę. Takich barwnych dziadków i przede wszystkim to wsparcie, jakie mają nasze bohaterki. Ja osobiście pochłonęłam tę książkę w szybkim tempie i od razu sięgnęłam po drugą część pod tytułem Trzej bracia. Autorka naprawdę uzależnia nas od swojej twórczości i wyczucia smaku. Do tego ma doskonałą wyobraźnie i talent do przelewania jej na papier. Cała ta historia jest idealnie dopracowana. Nawet nie zauważycie kiedy skończycie ją czytać. Niestety nie mogę zdradzić zbyt wiele, bo nie smakowała by wam ta rewelacyjna powieść. Tak jak i zawartość. Książka w sam raz na jesienne wieczory. Krótko zwięźle i na temat tym razem. Moja ocena to 9/10.

Carolyn Jess-Cooke – Zawsze przy mnie stój

tłumaczenie: Małgorzata Kafel
tytuł oryginału: The Guardian Angel’s Journal
wydawnictwo: Otwarte
data wydania: 18 kwietnia 2011
liczba stron: 320
kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction

"Zawsze przy mnie stój" z czym się kojarzy to zdanie? Mi osobiście z modlitwą, z Aniołem Stróżem i z pacierzem. I o to w tym wszystkim właśnie chodzi. Jedno zdanie a ma głębię o którą warto zahaczyć, ma sens. A prócz tego jest tytułem książki, która ma dobre opinie, więc z ciekawością po nią sięgnęłam.

Obok nas istnieje świat, którego nie dostrzegamy.Ktoś w każdej sekundzie walczy o Twoją duszę.Zamknij oczy i poczuj dotyk Anioła.Margot po śmierci wraca na ziemię jako swój własny Anioł Stróż. Od tej chwili będzie świadkiem wszystkich błędów, jakie popełniła w życiu, i każdej zgubnej decyzji, którą podjęła.Czy zdoła ocalić siebie i miłość swojego życia? Czy aby ratować tych, których kocha, będzie gotowa zawrzeć pakt z demonem i zdobyć się na największe poświęcenie?
Zacznę może od tego, że okładka jest niesamowita. Od samego początku zwróciła moją uwagę. Doskonały projekt, dodaje uroku treści zawartej w środku. Jest delikatna i taka nieziemska i ulotna. Uwielbiam takie okładki. Jeśli zaś chodzi o treść to podobno jest to światowy bestseler. Faktycznie fabuła jest interesująca i niebanalna. Spotykamy się tutaj z czymś nowym, ze świeżym spojrzeniem i intrygującym pomysłem na książkę. Książkę, która nie odstrasza czytelnika, a wręcz przeciwnie. Nie jest to kolejna powieść o przesłodzonej miłości. Tym razem mamy tutaj do czynienia z trudnymi wyborami, przebaczeniem i zaufaniem. Kim jest Anioł Stróż? Jaka jest jego funkcja? Autorka w bardzo ciekawy sposób przybliżyła nam tą postać. Oczywiście spotkamy się też z demonami i archaniołami. Doskonała historia i narracja, co pozwala na lekkość czytania. Dobrym pomysłem było to aby przejść przez całe jej życie od samego początku, od samych narodzin aż do samego końca. Obserwować każdą decyzje i chronić ją przed błędami (choć nie zawsze można ingerować). Możemy zauważyć jak ciężką prace ma taki Anioł Stróż. Wszystko o czym czytamy jest wręcz namacalne, brutalne życie ma wpływ na Margot i jej rodzinę. Próbuje zrobić co w jej mocy, żeby zmienić bieg wydarzeń, żeby uchronić najbliższych przed tragediami. Uczy się na czym polega jej nowe zadanie. Wiele ją kosztuje oglądanie swojego życia z boku. Błędy, które popełniła. Cała akcja toczy się w dwóch współgrających światach. Autorka zwróciła uwagę na to, że nie wszystko jest łatwe do
Carolyn Jess-Cooke
wyjaśnienia i logiczne, że nie wszystko zależy od nas samych. Postacie są bardzo barwne. Ludzie są typowo ludzcy i mają swoje słabości, te zaś nie dostrzegalne są charakterystyczne i nie zawsze pozytywne. Tocząca się walka dobra ze złem. Opis katowania dzieci w domach dziecka, i to z perfidną brutalnością. Podłość ludzi, którzy nie patrzą na dobro dziecka. Możemy dostrzec przemiany jakie zachodzą w głównej bohaterce. Tego, że można w życiu wiele zmienić tylko trzeba chcieć. Co ważne człowiek potrafi bardzo wiele znieść. Nie jest to typowy paranormal jest tutaj duża dawka powieści obyczajowej. Prawdę mówiąc brak mi słów by opisać emocje jakie czułam czytając. Na pewno porusza, wzrusza i zaskakuje. Książka jest tak dobra, że trudną ją ocenić nie pomijając niczego. Jednym krótkim podsumowaniem można stwierdzić, że błędem byłoby jej nie przeczytać. Historia Margot jest bardzo pouczająca i doskonale opowiedziana. Jedna z lepszych książek na rynku. Faktycznie zasługuje na miano bestselera. Jestem zaskoczona i bardzo zadowolona z wyboru właśnie tej powieści. Moja ocena to 10/10.

Eva Völler – Złoty most

tytuł oryginału: Zeitenzauber – Die goldene Brücke: Band 2
seria/cykl wydawniczy: Poza czasem tom 2
wydawnictwo: Egmont
data wydania: 12 czerwca 2013
liczba stron: 439
kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction

Złoty most kojarzy Wam się to z czymś? Nie? A może okładka nasunie jakieś skojarzenia? Jeśli dodamy do całości Eve Völler to już na pewno skojarzymy wszystkie fakty. To kontynuacja Magicznej gondoli. Szczerze mówiąc mam mieszane uczucia jeśli chodzi o kontynuacje tej pierwszej części. Zaraz dokładniej wyjaśnię o co mi chodzi.
Współczesna dziewczyna. Przystojny młodzieniec. Pełen przepychu Paryż. Intryga na szczytach władzy. Historia poza czasem. Odkąd Anna dołączyła do tajnego grona podróżników w czasie, przygoda goni przygodę. Jednak w samym środku egzaminów maturalnych do dziewczyny docierają straszne wieści – jej ukochany Sebastiano zaginął w Paryżu w czasach kardynała Richelieu. Anna natychmiast udaje się w pełną niebezpieczeństw podróż i rzeczywiście znajduje Sebastiana w Paryżu. Ale to nie koniec problemów, chłopak bowiem jest muszkieterem kardynała i nie ma pojęcia, kim jest Anna. Czy uda się przywrócić mu pamięć?
Po tym krótkim wstępie czas przejść do konkretów. Nie przeczytałam jej jednym tchem, nie zachwyciła mnie fabuła. Miałam o wiele większe oczekiwania wobec tej książki. Biorąc pod uwagę, że pierwsza była wciągająca i nie całkiem banalna. Jeśli chodzi o tę powieść to czuje się zawiedziona. Całość to taki „kogel mogel”, który po krótkim czasie może się przejeść. Całość jest praktycznie identyczna z poprzednią, zmienione jest tylko miejsce akcji i rok. To już trochę zbija z tropu czytelnika, a dalej nie jest nic lepiej. Tym razem jednak autorka wywołała u Sebastiana zanik pamięci co dodatkowo utrudnia naszej bohaterce sprawę. Znów jest tajemnicza misja, znów maska i bal przebierańców. Nic do końca pewnego, do tego intrygi i znów wzbudzający współczucie staruszek, który okazuje się tym „złym”. Jak już akcja się rozwijała to za chwile tempo spadało i mój apatyt malał. Postanowiłam jednak doczytać do końca i jedyne co ratuje tą książkę przed porażką to zakończenie. Mimo, że chwilami zalatuje też banałem, ale dzieje się wreszcie coś konkretnego. Przeczytałam opinie innych czytelników i widzę, że nie ja jedna mam takie odczucia wobec tej
Eva Völler
książki. W porównaniu z poprzednią częścią ta wypada blado i nijako. Nie ma w niej życia a klimat dawnego Paryża niestety nie czaruje, a szkoda bo Paryż to miasto z dużym potencjałem. Sam pomysł na taką książkę nie jest zły, wręcz przeciwnie, ale wykonanie już niestety nie. Mam wrażenie, że mam deja vu czytając ze strony na stronę. Ktoś stwierdził, że bohaterowie są tutaj nijacy i może faktycznie trochę racji w tym jest, trochę powiewa sztywnością. Jedyne co jest jeszcze błyskotliwe to narracja Anny. Jej spojrzenie bywa czasem dawką świeżości, która pozwala czytać dalej. Anna to chyba jedyna tak żywa postać w całym tym zespole. Między nią a Sebastianem mogłoby być więcej wyczuwalnej chemii. Myślałam, że ta książka jeszcze bardziej mnie wciągnie niż poprzednia. Niestety czuje się zawiedziona. Magiczna gondola przewyższa jakością Złoty most. Tak więc moja ocena to 5/10.

niedziela, 26 stycznia 2014

Jeffrey Zaslow – Dziewczyny z Ames: przyjaźń, która trwa


tłumaczenie: Monika Gajdzińska
tytuł oryginału: Girls from Ames
wydawnictwo: Media Rodzina
data wydania: 2010 (data przybliżona)
liczba stron: 337
kategoria: literatura współczesna

Dziewczyny z Ames to książka innego kalibru, niż te które do tej chwili tutaj recenzowałam. Jeffrey Zaslow prowadził kolumnę w gazecie „The Wall Street Journal” zatytułowaną „Życie toczy się dalej”. Zamieszczał w niej historię przełomowych momentów w życiu jego czytelników. Pewnego dnia przeczytał list od Jenny. Postanowiła opowiedzieć mu o dziewczynach z Ames. Po jakimś czasie powstał pomysł napisania książki. Dlatego teraz mamy okazję poznać wszystkie dziewczyny i ich historię. Ich przyjaźń.
Jedenaście dziewczyn dorastało razem w niewielkim mieście Ames w stanie Iowa. Potem rozjechały się na uczelnie w różnych kierunkach i tylko jedna z nich wróciła w rodzinne strony. Przyjaźń jednak przetrwała do dziś – jako dorosłe- czterdziestoparoletnie kobiety, przyjaciółki spotykają się na dorocznych zjazdach, utrzymują kontakt mailowy, dzwonią do siebie. Może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie zainteresował się ich znajomością pewien dziennikarz. Jeffrey Zaslow niezwykle barwnie, a chwilami wzruszająco opisuje kolejne życia przyjaciółek z Ames. Jego książka jest też wnikliwym studium kobiecej przyjaźni.
Ta książka to podróż w przeszłość. Podróżujemy w czasie i poznajemy dziewczęta z Ames jako małe dziewczynki. Każda opowiada nam swoją historię. Potem każda dodaje coś jeszcze. To zbiór opowieści, który składa się na jedną całość. Całość, która jest życiem. Poznajemy sekrety z ich dzieciństwa i młodości. Czytając czujemy klimat spotkań, tą intymność, radość i smutek. Możemy się też zapoznać z badaniami socjologicznymi na temat przyjaźni. Możemy się przekonać jak duży wpływ ma ona na nasze życie. Badania te dowodzą, że wieloletnia przyjaźń wzbogaca i najwięcej takich przyjaźni zawieramy w latach szkolnych. Wystawiona na ciężką próbę taka przyjaźń jest między dwudziestym piątym a czterdziestym rokiem życia. Jednak kiedy już przetrwa i mamy przyjaciół to ułatwia nam to życie, działa pozytywnie nawet na relacje małżeńskie. Naukowcy twierdzą, że jeśli przyjaźń przetrwa do czterdziestego roku życia to już przetrwa do samego końca. Kobiety dojrzałe zupełnie inaczej traktują przyjaźń, nie oczekują wiecznego zainteresowania, są lojalne, wyrozumiałe i nie obrażają się z byle powodu. Książka sama w sobie jest bardzo ciekawa. Wciąga z każdą stroną. Jedenaście dziewczyn, jedenaście imion: Karla, Kelly, Marilyn, Jane, Jenny, Karen, Cathy, Angela, Sally, Diana, Sheila. Jedne podążyły za karierą, inne założyły rodziny. Jedne wcześniej inne później. A Cathy nie ma ani męża ani dzieci. Jest charakteryzatorką. Poznała wiele sław np Michaela Jacksona. Możemy się dowiedzieć jak podróżowała z jego ekipą w trasie koncertowej, możemy poznała także Stinga i jego rodzinę. To bardzo pouczająca i wciągająca książka. Znajdziemy w niej samo życie.
Jeffrey Zaslow
Rodzinne tragedie. Walkę z białaczką, utratę dziecka, raka piersi a także rozwody. Na końcu mamy wrażenie, że znamy te dziewczyny od zawsze, że i my należymy do tego grona. Doskonale poskładana w całość, ułożone w 20 rozdziałów i przepełnione emocjami. Trafiłam na tą doskonałą historię w bibliotece i miałam dobre przeczucie, że mi się spodoba. Jest w niej porządna dawka mądrości kobiecej i siły. Walka z życiem i z problemami, ale także siła miłości. Myślę, że każda kobieta chciałaby mieć takie przyjaciółki. Tylko ile z nas może sobie pozwolić na taką prawdziwą przyjaźń? Nawiązujemy tutaj dla kobiet dlatego, że mężczyźni nie przyjaźnią się w taki sposób. Jest to nawet udokumentowane i nawet opisane w tej książce. Zachęcam do przeczytania bo naprawdę warto. Nikt nie będzie się nudził. Sama najchętniej poznałabym dalsze losy tych kobiet. Co się z nimi dzieje teraz? Czy pokonały przeszkody? Aleksiążka nie ma ciągu dalszego. Moja ocena to 9/10.

Agatha Christie – Morderstwo w Orient Expressie

tłumaczenie: Anna Wiśniewska-Walczyk
tytuł oryginału: Murder on the Orient Express
seria/cykl wydawniczy: Klasyka Kryminału
wydawnictwo: Wyd. Dolnośląskie
data wydania: 12 października 2010
liczba stron: 264
kategoria: thriller/sensacja/kryminał

Tak jak wspominałam wcześniej mam kilka nabytków z bibliotecznej półki. Morderstwo w Orient Expressie Agathy Christie jest kolejnym z nich. Pamiętam, że od zawsze chciałam przeczytać jedną z jej książek, a najbardziej właśnie tą. Dlaczego akurat dokonałam takiego wyboru? Fakt, książka nie jest nowością i pewnie większość wie o czym jest. Fascynował mnie zawsze klimat takich powieści kryminalnych (oraz filmów, bo zdarzyło mi się i z takimi zetknąć, co wpłynęło na moje zainteresowanie właśnie tą autorką). Muszę od razu powiedzieć, że przeczytałam ją szybko. Czy znalazłam to co chciałam? Czy mam apetyt na więcej? Zaraz do tego dojdę…
Zatłoczony pociąg relacji Stambuł – Calais wpada nocą w zaspy śnieżne. W tym samym czasie w jednym z przedziałów wagonu sypialnego znaleziony zostaje martwy mężczyzna. Kto go zasztyletował? Kiedy i po co? Dlaczego przedział był zamknięty od środka? Dlaczego wreszcie przesłuchiwani pasażerowie składają fałszywe zeznania? Detektyw Herkules Poirot postanawia rozwiązać tę zagadkę..
Muszę przyznać, że od niemal pierwszej strony wciągnęła mnie ta historia. Można wyczuć dreszczyk emocji, który narasta z każdą chwilą. Do tego zagadki i nie wyjaśnione wątki. Wszystko to tworzy idealną całość. Napięcie nie mija, wręcz przeciwnie, trzyma czytelnika w swoich objęciach do samego końca. Możemy razem z detektywem rozwiązać tę sprawę krok po kroku i eliminować poszlaki. Przy tej książce trenujemy nasz intelekt i możliwości detektywistyczne. Przenosimy się na miejsce zbrodni i przesłuchujemy świadków. Analizujemy każdego bardzo dokładnie, jego motywy, alibi i psychikę. A trzeba zaznaczyć, że każdy pasażer jest barwną osobistością i każdy jest osobną jednostką. Dokąd nas doprowadzi przesłuchanie? Przeszukanie bagażu? A co ma z tym wspólnego szkarłatne kimono? Znajdziemy tutaj tragedię sprzed lat, listy z pogróżkami i zaskakujące rozwiązanie zagadki śmierci jednego z pasażerów. Ja jestem zaskoczona rozwojem wydarzeń. Sam detektyw wykazał się doskonałym intelektem. W szybkim tempie powiązał wszystkie elementy tej układanki, rozszyfrował każdego z pasażerów i odkrył, że wcześniejsze zeznania to same kłamstwa. Niestety nie mogę zdradzić zakończenia tej historii, ale mogę zapewnić, że koniec jest zaskakujący. Podobają mi się metody naszego detektywa, jego umiejętności i przejrzystość działań.
Agatha Christie
Próbowałam poskładać te wszystkie elementy, ale niestety nie udało mi się tak do końca rozwiązać tej sprawy. Poszlaki co chwila prowadziły do czegoś innego. Doskonale napisany kryminał, dopracowany z najdrobniejszym szczegółem. Nikt nie będzie się nudził przy tej lekturze, a wręcz przeciwnie, będzie się doskonale bawił w detektywa. Agatha Christie pokazała swoją klasę, stworzyła coś bardzo dobrego. Z dobrym smakiem i wyczuciem. Dialogi nie męczą, nie są nudne. Dla osób, które fascynuję psychologia ta książka może być dobrym rarytasem. Na pewno dobra dla zabicia czasu. Mnie osobiście zaraził ten dreszczyk emocji i na pewno sięgnę po inne kryminały tej autorki. Jak widać, opłaca się iść do biblioteki nie trzeba tracić dużo gotówki a znajdziemy klasykę taką jak w księgarni. Mam nadzieje, że zainteresowałam tych, który jeszcze nie czytali książek Agathy Christie. Moja ocena to 10/10.

Rebecca Campbell – Katie w świecie mody

tłumaczenie: Aldona Możdżyńska
tytuł oryginału: Slave to Fashion
wydawnictwo: G + J Gruner + Jahr Polska
data wydania: 2004 (data przybliżona)
liczba stron: 287
kategoria: Literatura piękna

Po raz kolejny wybrałam się do biblioteki w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Znalazłam kilka książek, ale zacznę właśnie od Katie w świecie mody. Co to takiego? Skąd to wytrzasnęłam? Fakt, nie jest to nowość literacka. Nie znajdziemy tutaj nic nadludzkiego (może poza głupotą i tym podobnym ubytkom). Dlaczego wybrałam właśnie to powieścidło a nie inne? Dobre pytanie, ale znam na nie odpowiedź. Nie wiem czy miał już ktoś tą książkę w ręku, nie wiem czy komuś moja propozycja się spodoba, ale wyrażę swoją opinię.
Błyskotliwa i dowcipna Katie Castle ma wymarzoną pracę u wziętej projektantki Penny Moss, mieszkanie w dobrej dzielnicy Londynu, grono przyjaciół oraz przystojnego narzeczonego, który- tak się składa- jest synem jej szefowej. W elitarnym i mocno zepsutym londyńskim świecie mody Katie jest w swoim żywiole. Na przyjęciach pełnych gwiazd, modelek i projektantów doskonale wie, z kim flirtować. Pełnia szczęścia kończy się, gdy ogarnięta chwilowym szaleństwem Katie decyduje się na ostatni przed ślubem, nic nie znaczący i nieszkodliwy – jak jej się wydaje- skok w bok, który kosztuje ją… wszystko. Traci pracę, narzeczonego mieszkanie i przyjaciół. Musi zacząć od nowa, ale czy zdoła jeszcze powrócić do świata mody?
No to by nam wyjaśniało o czym jest ta powieść. Mamy nakreślone problemy głównej bohaterki i jej mentalność. Chociaż muszę przyznać, że czytając poznajemy głębiej Katie i jej charakterek. Co ja sądzę o tej postaci? Mam mieszane uczucia. Postać uszyta jest doskonale przez autorkę. Nie jest nudna, chociaż dość arogancka, egoistyczna i zepsuta. Te cechy nie podobają mi się w tej postaci, ale bez nich była by bez wyrazu. Ma to swoje zalety, gdyż nie ma przesłodzonej głównej bohaterki. Barwna postać z ciętym języczkiem, chcąca dojść po trupach do celu. Popełniła kilka błędów i dostała za swoje. Nie można jej odebrać hartu ducha i siły walki. Rebecca Campbell stworzyła coś lekkiego, przyjemnego ale z dawką mądrości życiowej. Pokazuje, że nawet z kryzysu można wyjść, można odbić się od dna, tylko trzeba chcieć i coś robić a nie siedzieć i użalać się nad sobą. Co do innych postaci to są różne. Jej narzeczony Ludo jest nudny. Jak to nauczyciel, jej przeciwieństwo. Przyjaciółka Veronica jest zwyczajna, niczym się nie wyróżnia. Przedstawiona jest tutaj jako osoba bez perspektyw. Nasza Katie nie szczędzi jej słów krytyki, jak i całej reszcie. Ciekawa jest jej szefowa, barwna postać, z której można się pośmiać. Na plus zaliczyć można
Rebecca Campbell
dialogi, są zabawne, z nutką pieprzyku. Jakie postacie takie i dialogi. Czyta się szybko, lekko i przyjemnie. Co najważniejsze, przy tej lekturze mija przyjemnie czas. W sam raz na weekendowe popołudnia. Doskonale pokazany jest świat mody, narkotyki, wpływy, kasa i tym podobne. Zdrady, romanse i szantaże. W tej różowej książeczce znajdziemy praktycznie wszystko. A z pewnością dobrą dawkę humoru, sama nie raz się uśmiałam czytając. Dlatego właśnie wybrałam tą książkę z pośród reszty. Nie jest może jakimś światowym bestselerem, ale jest lekka i przyjemna. Taki babski świat w pigułce. Babski hart ducha i spryt. Opowieść o tym ile można stracić i to przez jaką głupotę. Zadziwiający jest kontrast towarzystwa w jakim obraca się nasza bohaterka. Nie zawiodłam się. Myślę, że warto sięgnąć po książki z biblioteki, nie tylko po te nowości z półek w księgarni, bo czasem można znaleźć coś ciekawego i tam. Nie wiem czy ktoś się ze mną zgodzi, ale ja polecam. Kobiety znajdą tutaj coś dla siebie. A ocena to spokojnie 7/10.

Eva Völler – Magiczna gondola

tłumaczenie: Agata Janiszewska
tytuł oryginału: Zeitenzauber: Die magische Gondel
seria/cykl wydawniczy: Poza Czasem tom 1
wydawnictwo: Egmont
data wydania: 19 września 2012
liczba stron: 464
kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction

Nadszedł czas by sięgnąć po ostatnią nowość z półki. A mianowicie po Magiczną gondolę Evy Voller. Zaintrygowała mnie okładka na sklepowej półce i równie mocno tytuł. Do tego doszedł opis i już była moja. Co prawda nie zaczęłam czytać od razu właśnie tej pozycji, ale przyciągała moją uwagę. To pierwsza powieść autorki napisana dla młodzieży. Jest dość obszerna w porównaniu z niektórymi innymi książkami, chociaż to w sumie zależy od punktu widzenia czytelnika. Czy spodobała mi się? Czy jest oryginalna? Co w niej urzeka? Czy ma wady? To kluczowe pytania i zaraz na nie odpowiem. Najpierw jednak coś na wzmocnienie apetytu.
Współczesna dziewczyna. Przystojny młodzieniec. Czerwona gondola. Klimatyczna Wenecja. Historia poza czasem. Prawda, że samo to w sobie zachęca do dalszego czytania???? Siedemnastoletnia Anna spędza wakacje w Wenecji. Podczas jednego ze spacerów jej uwagę przykuwa czerwona gondola. Dziwne. Czyż w Wenecji wszystkie gondole nie są czarne? Gdy niedługo potem Anna wraz z rodzicami ogląda paradę historycznych łodzi, zostaje wepchnięta do wody – a na pokład czerwonej gondoli wciąga ją niewiarygodnie przystojny młody mężczyzna. Zanim dziewczyna zejdzie z powrotem na pomost, powietrze nagle zacznie drzeć i świat rozpłynie się Annie przed oczami.
Muszę szczerze przyznać, że przeczytanie tej książki zajęło mi więcej czasu niż zwykle poświęcam na przeczytanie jednej powieści. Pewnie to dlatego, że są wakacje i więcej rzeczy pochłania moją uwagę. Początek też mnie jakoś nie wciągnął od razu. Stwierdziłam, że jest nudny. Byłam nawet rozczarowana takim obrotem sprawy. Jednak z czasem, gdy akcja nabierała tempa z kartek roztaczała się magia. Klimaty Wenecji tej z obecnych czasów i tych dużo wcześniejszych. Przenosimy się w czasie razem z Anną. Wszystko się nagle zmienia, trzeba się odnaleźć w obecnej sytuacji i nie zwariować. A do tego zaakceptować stereotypowe warunki które panowały w tamtym wieku. Do tego odpowiednia dawka niebezpieczeństwa i duży dreszczyk emocji. Do tego dochodzi oczywiście uczucie, bo bez tego byłoby
Eva Völler
nudniej. Nie zabraknie doskonale ukrytej intrygi. A to wszystko idealnie połączone w całość. Fabuła jest naprawdę wciągająca, postacie są barwne i nie są ani trochę nudne. Wątek miłosny nie jest przesłodzony, wręcz delikatnie wpleciony w cały wątek. Muszę przyznać, że autorka ma doskonałą wyobraźnie i potrafi zaintrygować czytelnika. Aż chciałoby się więcej i więcej Cała ta historia jest napisana z lekkością i finezją. Jestem mile zaskoczona zakończeniem i całą tą historią, którą wymyśliła autorka. Doskonała dla młodzieży, gdyż pobudza wyobraźnie i wciąga w coś zupełnie nowego. Dialogi też są bez zarzutu, wątek nie jest od razu do przewidzenia. Tak więc książka zasługuje na uznanie i na wysokie oceny. Na początku byłam sceptycznie nastawiona, co było błędem. Z czystym sumieniem mogę gorąco polecić tę propozycję. A punkty 9/10.

Katarzyna Grochola – Trochę większy poniedziałek

wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
data wydania: 20 czerwca 2013
liczba stron: 302
kategoria: literatura współczesna

Trochę większy poniedziałek co to takiego? O co chodzi z tym poniedziałkiem? Czym teraz zaskoczy nas Katarzyna Grochola? No właśnie. Miałam już okazje zapoznać się z twórczością tej autorki. Muszę szczerze przyznać, że podoba mi się to co pisze i jak pisze. Dlatego bez zastanowienia sięgnęłam po tę właśnie książkę. Cenię sobie ją jako kobietę i pisarkę. Ma ciekawą osobowość. Kupiłam więc Trochę większy poniedziałek i tym samym dałam kredyt zaufania Katarzynie Grocholi i tym samym przekonałam się czy ta propozycja jest równie dobra jak poprzednie, które czytałam.
Trochę większy poniedziałek- na każdy dzień tygodnia, na każdy miesiąc, na każdą porę i pogodę. Książka, po którą warto sięgnąć kiedy jest dobrze, kiedy jest źle i tak po prostu, bez okazji, by przypomnieć sobie, że życie jest piękne, ale też wcale nie takie oczywiste, jak by się mogło zdawać…
Zapoznałam się z opiniami innych czytelników na temat tej książki. Praktycznie każdy twierdzi, że to autoplagiat. Faktycznie muszę przyznać, że zauważyłam podobieństwo do np. „Nigdy w życiu” mimo, że nie czytałam książki, a oglądałam film na podstawie powieści. I faktycznie można by powiedzieć, że to wielka porażka Katarzyny Grocholi, ale z drugiej strony fajnie było przeczytać felietony okiem autorki, nawet jeśli były wcześniej wpisane w powieść. Może i zmieniła imiona bohaterów, może poszła na łatwiznę i przepisała coś co już było. Ale co z tego? Zresztą na końcu jest notka od redakcji, która w jakiś sposób wyjaśnia skąd wzięła się książka i pomysł na jej wydanie. Gdy zaczęłam czytać pierwszą stronę i drugą to byłam zachwycona. Nie porównywałam do tego co było wcześniej, za to byłam zachwycona poczuciem humoru, kobiecym spojrzeniem i lekkością. Dopiero po jakimś czasie zaczynałam dostrzegać podobieństwa, ale i to przestało mi przeszkadzać. Skupiłam się zupełnie na czym innym. Na tym co idzie wycisnąć z treści. Prawda. Życiowa prawda, ukryta w literkach, zdaniach i zagmatwanym spojrzeniu kobiety. To jest bardzo interesujące. Każdy osobny kawałek treści, oznaczony innym tytułem ma swój humor, swój przekaz i swoją
Katarzyna Grochola
siłę. To w tym autorka pokazuje swoją klasę i kunszt. Poza tym jest lekko i przyjemnie. Faktycznie ta książka jest dobra na wszystko. Doskonale poprawia humor. A jeśli ktoś nie czytał Nigdy w życiu i innych książek, to na pewno nie będzie miał nic przeciwko tej książce. Myślę też, że czasami to co stare i znane też jest dobre, a czytając w nowym projekcie, pozwala spojrzeć na to zupełnie inaczej. Mogłabym iść za głosem innych i skrytykować po całości to co napisała autorka, ale tego nie robię. Bo mimo wszystko mnie się naprawdę podobała i warto ją sobie przeczytać. Czas przy niej płynie szybko i przyjemnie. Ma tam bardzo ciekawe spostrzeżenia i przyjemne klimaty, które można z łatwością sobie wyobrazić. Nie będę się rozpisywała bardziej bo najlepiej samemu przeczytać i obiektywnie ocenić. Ja tam dałabym 7/10. Zapraszam do krainy humoru…

Isabel Allende – Dziennik Mai

tłumaczenie: Joanna Ostrowska, Grzegorz Ostrowski
wydawnictwo: Muza
data wydania: 10 kwietnia 2013
liczba stron: 432
kategoria: Literatura piękna

Isabel Allende należy do grona najpopularniejszych współczesnych pisarzy hiszpańskojęzycznych. Jest laureatką prestiżowych nagród, na swoim koncie ma już kilka książek a ponadto jest bratanicą prezydenta Salvadora Allende a do tego jest także dziennikarką. Obecnie mieszka w Kalifornii z drugim mężem. Cóż takiego stworzyła na kobieta pisząc Dziennik Mai? Czy zawarte jest w treści przesłanie? Zamierzałam kupić tę książkę już jakiś czas temu, ale za każdym razem wybierałam inne propozycje. Tym razem jednak ją kupiłam. Przeczytałam ją jako pierwszą z tej trójki, którą kupiłam. Czy zasługuje na wysokie noty? Czy wciąga niczym tornado? Zaraz odpowiem na te pytania.
Maya, amerykańska nastolatka, dorasta pod opieką swojej chilijskiej babci Nini i jej męża Popo, otoczona ciepłem i miłością. Śmierć ukochanego Popo wstrząsa całym światem Mai. Dziewczyna zaczyna szukać zapomnienia w alkoholu i narkotykach. Z ośrodka leczenia uzależnień ucieka do Las Vegas i ląduje wkrótce w kryminalnym półświatku. Pracuje dla złodzieja, narkomana i dealera, pije, ćpa, stopniowo traci świadomość tego, co dobre i złe. Kiedy w końcu udaje jej się wrócić do babci, ta wysyła ją na chilijską wyspę Chiloe. Tam wśród prostych, serdecznych ludzi żyjących w zgodzie z naturą, Maya zrozumie, co jest w życiu naprawdę ważne.
Czyż nie zapowiada się ciekawie? Muszę przyznać, że trochę jestem zaskoczona tym jak została ona napisana. Spodziewałam się bardziej sztywnej formy dziennika i historii opisywanej od początku do końca. A tym czasem mamy tutaj teraźniejszość i wątki wyjaśniające jej przeszłość. Mamy podział na pory roku a i one są podzielone na miesiące, z tym, że w rozdziale lato mamy uwzględnione takie miesiące jak styczeń, luty i marzec. Fabuła jest intrygująca, nie ma nudy. Przenosimy się razem z Mayą na tą wysepkę i razem z nią musimy się tam za klimatyzować co raczej trudne nie będzie. Doskonale został opisany tamtejszy klimat, ludność i zwyczaje. Postacie (te z wyspy Chiloe) są barwne, i mają swoje specyficzne zachowania i obyczaje. Panuje tam rodzinna a raczej plemienna atmosfera. Natomiast postacie, które spotykamy w Las Vegas są już raczej mniej pozytywne z wyjątkiem Freddyego i Olympii, którą zresztą oboje poznali w szpitalu. Dziadkowie dziewczyny też są interesującymi postaciami, ale są przeciwieństwami samych siebie. Doskonale opisany jest problem Mai. Cały etap, który musiała przejść. Upokorzenia, głód narkotykowy i alkoholowy ale i więź rodzinna. Taki prawdziwy detoks następuje pod dachem Manuela. Oboje zresztą mają na siebie bardzo dobry wpływ. Zresztą kto z nas nie chciałby uciec na taką wyspę z dala od problemów. Znaleźć swoje miejsce na ziemi i prawdziwych przyjaciół. Krok po kroku poznajemy historię naszej bohaterki i jej sekrety. Możemy zauważyć w jakie bagno się wpakowała, az trudno uwierzyć, że
Isabel Allende
można aż tak się zatracić i narażać swoje życie. Dziewczyna ma wrogów, którzy depczą jej po piętach i jak się okazuje na samym końcu, są sprytni. Mamy tutaj kryminalny klimat i możemy sami po nitce do kłębka dojść kto za czym stoi. W tym owym dzienniku opisze swoją przeszłość, która ją prześladuje, ale i przyszłość, którą musi dopiero zbudować. Nie jest to lekka i przyjemna książeczka. Są w niej mocne słowa, przemoc i gwałt. Jest brutalność życia i trudna osobowość nastolatki, która nie radzi sobie z problemami. Pokazuje nam jak nie wiele potrzeba, żeby spaść na samo dno i nie każdy ma takiego anioła stróża jak Popo, który nas ochroni. Bardzo dobra przestroga przed popełnianiem głupot. Są tutaj podjęte ważne wątki i problemy. Także sytuacja polityczna w Chile i dawne represje. Myślę, że warto przeczytać tą książkę. Warto przeanalizować te zagadnienia, ale też warto przenieść się na taką wyjątkową wyspę i poznać inną kulturę Okładka też jest niczego sobie. Spojrzenie dziewczyny z okładki przyciąga i ma w sobie głębie. Lubię takie projekty. Co do pytań, które postawiłam na początku, to myślę, że spokojnie można tej powieści dać wysokie noty. Ja bym dała 8/10. Czy wciąga? Oj tak. Nie jest banalna. Autorka spisała się znakomicie. Muszę sięgnąć po inną książkę tej autorki.