wtorek, 29 kwietnia 2014

Lisa Genova - Motyl

tłumaczenie: Łukasz Dunajski
tytuł oryginału: Still Alice
wydawnictwo: Filia
data wydania: 16 kwietnia 2014
kategoria: Literatura piękna

Do przeczytania zainteresował mnie opis. Historia wydawała się ciekawa i na konkretny temat, a do tego delikatna i przyciągająca uwagę okładka. Niewątpliwie pasuje do treści jak i do tytułu. Nie raz zresztą w książce było nawiązanie do motyli. Do ich kruchego, ale zarazem fascynującego życia, a także do sentymentalnego i wartościowego naszyjnika w kształcie – motyla. No właśnie motyl, kruche stworzonko, które za chwilę może już nie istnieć. Jednak jest piękny i zachwyca, cieszy oko i pozwala cieszyć się ulotnością, lekkością – tym co tu i teraz Tak samo jest z naszym życiem a szczególnie, gdy dotyka nas choroba, w tym wypadku mowa o Alzheimerze . Co wiemy na temat Alzheimera? Czy w dzisiejszych czasach wystarczająco dużo się o nim mówi? Czy może to tylko kolejne tabu? Choroba Alzheimera polega na stopniowej degradacji środkowego układu nerwowego, charakteryzująca się otępieniem, zaburzeniami pamięci i zmianami nastroju. No właśnie - to tak w jednym zdaniu – jednak to co dotyka ludzi chorych jest znacznie bardziej dobitne. Dlaczego właśnie Motyl? Ponieważ chciałam poznać postać choroby nie ze strony teoretycznej czy naukowej, nie w wersji opowiadanej przez obserwatora, ale z punktu widzenia osoby chorej.
Neurony w głowie Alice zaczęły obumierać, lecz cały proces odbywał się zbyt cicho, by mogła go usłyszeć. Jej ciało nie było w stanie jej ostrzec, że umiera. Alice Howland zaczyna tracić pamięć. Lekarze kładą to na karb zmęczenia i stresu. Ale mylą się. Alice jest profesorem Harvardu, uprawia Jogging i korzysta z życia, jest spełnioną kobietą. Diagnoza, Alzheimer o wczesnym początku, jest dla niej wyrokiem. Kobieta musi pogodzić się z tym, że niebawem straci swoją tożsamość. Zapomni kim jest, co kocha, a czego nienawidzi. Przestanie poznawać swoje dzieci. Próbuje się przed tym bronić tworząc w swoim komputerze, niczym dodatkowy dysk pamięci, specjalny folder o nazwie: Motyl…
Początek mnie nie zaciekawił tak bardzo, jednak im dalej czytałam, tym bardziej czułam zainteresowanie i sympatię do Alice. Jest to niewątpliwie kobieta sukcesu, inteligentna, dbająca o kondycję – matka i żona. Wykładowca na Harwardzie. A mimo to nie uniknęła przeznaczenia – choroby dziedzicznej. Autorka w doskonały sposób opisała istotę człowieczeństwa, chęć przetrwania i sedno choroby. Czytając ma się wrażenie, że zna się Alice, że te dwa lata spędziło się z główną bohaterką. Mamy wgląd w rozwój choroby, to jakie robi spustoszenie w osobowości tej kobiety. To co się dzieje w jej rodzinie. Historia Alice wzrusza, daje siłę i odwagę a przede wszystkim ukazuje piękno rodzinnej miłości i wsparcia. W tej chorobie najważniejsza jest troska i miłość. Zrozumienie drugiego człowieka. A przede wszystkim szacunek, bo człowiek chory to nadal człowiek. Autorka stworzyła coś co na długo pozostanie w pamięci czytelnika, coś co daje do myślenia i pozwoli spojrzeć inaczej na Alzheimera. Zapewne otworzy oczy nie jednemu
Lisa Genova
człowiekowi, pozwoli się zastanowić i zrozumieć. Być może ta książka pozwoli oswoić się z tą chorobą, a co za tym idzie – spojrzymy inaczej na chorych. Rodzina może być opoką i wsparciem, może choremu ułatwić proces, który zachodzi w jego życiu. Mnie najbardziej wzruszył wykład Alice, który wygłosiła przed profesorami, zajmującymi się tym schorzeniem, ale także przed rodziną i znajomymi – chorymi. Jest kilka wzruszających momentów, szczególnie okazywany szacunek i miłość – jakimi darzą ją dzieci. Choroba o mało nie popchnęła ją do ostateczności, ale w pewnym sensie ją też uratowała przed tym krokiem. Dała jej coś jeszcze. Zbliżyła się do swoich dzieci a w szczególności do Lydii. Momentami irytowało mnie podejście męża Alice, mimo tego, że był oddanym mężem i się starał. Ta książka sama w sobie jest recenzją. Na tych kartkach nie znajdziecie setek słów i zdań, nie będzie też kolejnej historyjki podobnej do innych. Tutaj znajdziecie brutalną prawdę. Lubię, takie książki, które wnoszą coś w moje życie. Uczą jak być człowiekiem i jak szanować życie. Przypominają o życiu.

„ – Co jeśli spojrzę na ciebie i nie będę wiedziała, że jesteś moją córką i że mnie kochasz?
- Wtedy powiem ci i mi uwierzysz.”

niedziela, 27 kwietnia 2014

Eileen Goudge - Zastępcza żona

tłumaczenie: Joanna Puchalska
tytuł oryginału: The Replacement Wife
seria/cykl wydawniczy: Leniwa Niedziela
wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 19 marca 2014
liczba stron: 544
kategoria: Literatura piękna

Czas na ostatnią pozycję z mojego małego stosiku. Zaintrygował mnie opis, który „oferował” ciekawą historię. Byłam ciekawa jak wszystko się potoczy, jakie będzie zakończenie. Książka nie należy do najcieńszych, więc faktycznie nadaje się na leniwą niedziele. Cieńsza nie mogła by być, ponieważ nie można okroić tak dobrej historii. Nie ma tutaj ani jednej zbędnej literki, żadnego niepotrzebnego słowa. Każde zdanie jest uzasadnione i na swoim miejscu a strony wykorzystane w stu procentach.
Camille Harte, prowadząca eleganckie biuro matrymonialne na Manhattanie, niejedno przeszła w życiu. Jako mała dziewczynka straciła matkę i trafiła pod opiekę wiecznie nieobecnego ojca. Jako czterdziestoparolatka ma na swoim koncie pozornie wygraną walkę z rakiem, podczas której jej mąż Edward nie najlepiej poradził sobie z samotnym ojcostwem. Kiedy następuje nawrót choroby, Camille postanawia wykorzystać swoje doświadczenie i wiedzę zawodową, by zapewnić dzieciom stabilność, a mężowi szczęście. Próbuje znaleźć kobietę, która godnie zastąpi ją po śmierci.
Jest to niewątpliwie trudna historia, w której ukryte są dylematy. Czytając często zastanawiałam się czy ja byłabym do tego zdolna? I raczej nie. Czy warto przechytrzyć los? Postawić wszystko na jedną szalę i igrać z ogniem? Bo przecież uczucia drugiego człowieka , miłość i pożądanie to ewidentnie ogień. To żywioł, którym można się sparzyć. Los bywa sprytny i okrutny. Śmierć stawia nas przed różnymi wyborami, a czasami przed faktem dokonanym. Ale czy warto zrezygnować z tego co się ma i pogodzić się ze śmiercią, którą można pokonać? Czytając miałam wiele dylematów moralnych. Czułam niesmak i zdziwienie. Ta książka wywołuje wiele emocji, wciąga i nie chce puścić aż do samego końca. Przypomina trochę randkę w ciemno, są kandydatki i jest kandydat. Kogo on wybierze? Takie nasunęło mi się skojarzenie. A co się z tym wiąże? Dużo nieporozumień i domysłów. Ślepe uliczki, takie jak w codziennym życiu. Bo ta historia jest wręcz żywa, nieprzewidywalna a momentami banalnie prosta i klarowna. Ale czy nie takie jest życie? Niczego nie można być w stu procentach pewnym. Bohaterowie? Muszę przyznać, że wszyscy są wykreowani idealnie. Dużo emocji wzbudza główna bohaterka Camille, która podjęła niewiarygodnie ciężką decyzję. Co prawda zdecydowała się na taki krok przez chorobę. Można powiedzieć, że została postawiona pod ścianą. Czy jednak wyszło jej to na dobre? Duża zapłaciła za swój pomysł. Edward, to typ idealnego męża (przystojny, opiekuńczy, kochający) czegoż chcieć więcej? No właśnie, nie każdy jest
Eileen Goudge
idealny. Każdy ma słabości, każdy może czuć się odtrącony. Jednak ta para tworzy idealny duet. Reszta postaci, także zasługuje na uwagę i uznanie. Budzą one żywe emocje. A od razu zaznaczam, że będzie tych emocji dużo. Bywa, że odczuwa się mieszane uczucia. Bohaterowie wywołują kontrowersję. Odbiera się to w ten sposób. Koleżanka chora na raka, ma udane małżeństwo, a tu nagle igranie z ogniem pali wszystko. Zdrada, wypalona miłość, kryzys. Trudno przeczytać tę książkę i nie być stronniczym. Jak potoczą się losy bohaterów. Kto będzie z kim? Czy Camille umrze czy wygra z chorobą? Wzruszająca, historia, która pokazuje, że z uczuciami się nie igra. A dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. W tej książce znajdziecie, miłość, przyjaźń, cierpienie, ale także dawkę humoru i pojednanie. Jedna z lepszych książek. W sam raz na leniwe dni, z kubkiem kawy lub herbaty. Ewidentnie literatura kobieca i dla kobiet. Ta książka to jedna wielka walka. Walka o wszystko – miłość, życie, szczęście, rodzinę. Polecam i to gorąco!

niedziela, 20 kwietnia 2014

Mirosław Tomaszewski - Marynarka

wydawnictwo: W.A.B.
data wydania: 23 października 2013
liczba stron: 256
kategoria: literatura współczesna

Marynarka to „męska” książka. Zaczynając czytać odniosłam takie właśnie wrażenie. I nie chodzi tu już nawet o to, że została napisana przez mężczyznę, po prostu idzie wyczuć taki klimat. Tytuł też nasuwa skojarzenia z męskością – chociaż akurat to ma też związek z marynarką, która jest tutaj istotnym elementem. Mirosław Tomaszewski napisał niewątpliwie dobrą książkę, która pokazuje jak czasem łatwo przykleić komuś łatkę, jak łatwo ocenić i potępić – a nie zawsze wszystko jest takie jak nam się wydaje. No i co ważne – zemsta nie zawsze popłaca – kij ma dwa końce.
Sylwester 2004 roku, Warszawa. Umierający na raka mężczyzna ogląda w samotności telewizję, kiedy do jego mieszkania włamuje się dwóch bandytów. Nie chcą pieniędzy. Szukają tajemniczej koperty ZO171270. Gospodarz nie domyśla się, dlaczego jej zawartość stała się cenna. Kiedy napastnicy dostają to, po co przyszli, zabijają świadka. 1 kwietnia 2005 roku, Trójmiasto. Wydaje się, że sześćdziesięcioletni Karol Jarczewski, właściciel prosperującej firmy Karo, szanowany mieszkaniec Gdyni, ma tylko jeden problem. Jest nim Witek, którego zatrudnił dziesięć lat wcześniej. Chorobliwie ambitny chłopak, mąż córki Jarczewskiego, wyraźnie dążący do przejęcia całego przedsiębiorstwa. Pewnego dnia redaktor naczelny ,,Głosu Bałtyckiego", erotoman i marzący o sławie niespełniony pisarz, dostaje od Witka propozycję - ma napisać książkę o wydarzeniach grudnia 1970.
Gdy tylko zaczęłam czytać "wciągnęła" mnie postać tajemniczego fotografa, który ma kiepsko zakończyć swój żywot. Wydał mi się intrygujący, realny i namacalny Jednak zuchwale autor przeszedł do innego mężczyzny i jego życiorysu. Później znów był kolejny (stąd właśnie to odczucie, o którym wspominałam na początku) i tak przechodzimy płynnie od jeden postaci do drugiej, co jest odmianą i nie pozwala za długo „nudzić się” przy jednej postaci. Mamy do czynienia z kilkoma postaciami, z ich myślami i życiorysami. Jeśli już jesteśmy przy postaciach to muszę przyznać, że są ciekawe, bardzo realistyczne, naturalne – z wadami, humorami, z planami i z przeszłością. Wszystkie postacie idealnie odzwierciedlają klimat panujący w książce i są do niej idealnie stworzone. Jeśli mam już wymieniać zalety, to od razu podkreślę, że jest ona nieprzewidywalna i zaskakuje, co mnie bardzo ucieszyło, gdyż z każdą przeczytaną stroną mogłam spodziewać się praktycznie wszystkiego. Książka została oparta na historycznych wydarzeniach, a mianowicie na grudniu 1970 roku, który zapisał się na kartach historii krwawymi literami. Całość jest naprawdę bardzo dobra i wciągająca a autor doskonale wpisał do całości wątek historyczny, dzięki któremu czytelnik może dowiedzieć się czegoś na temat tamtego jakże tragicznego dnia i wydarzeń z nim związanych. Jedno co pisarz mógł sobie spokojnie podarować, to hotel stylizowany na PRLowskie więzienie, które kojarzy mi się z pewnym filmem (którego tytułu nie pamiętam), gdzie ludzie byli poddawani eksperymentowi, podzielono ich na grupę więźniów i strażników – a od razu zaznaczam, że na dobre im to nie wyszło psychicznie i fizycznie. Do reszty nie mogę się doczepić, lubię gdy postacie coś łączy i ich losy się przecinają po drodze. Co z tego wyniknie? Jaki będą mieli na siebie wpływ? Tego dowiecie się czytając. Autor nie ocenia, nie moralizuje ani nikogo nie potępia w swojej książce. Ukazuje on jednak fakty, które są interesujące i wciągają czytelnika. Książka z pewnością zainteresuje fascynatów PRL-u. Z całą pewnością mogę ją polecić.

Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania książki.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Katja Millay - Morze spokoju

tytuł oryginału: The Sea of Tranquility
wydawnictwo: Jaguar 
data wydania: 19 marca 2014 
 liczba stron: 380 
 kategoria: literatura współczesna

Ta książka to także nie był mój wybór – tak jak w przypadku poprzedniej – dostałam ją. Dowiedziałam się, że ma dobre opinie i wszędzie ją zachwalają. Przeczytałam więc opis – stwierdziłam , że faktycznie może być ciekawie. Przyjrzałam się okładce, która praktycznie wszystko tłumaczy i zawiera w sobie całą treść (jak się okazało po przeczytaniu). Morze spokoju Katji Millay to dla mnie coś, co zostało mi podarowane i co wciągnęło mnie w inny świat. Co w niej znalazłam? Na pewno nie sielankę. Ból – dużo bólu.
W tym świecie nie ma magii, a cuda się nie zdarzają. Nastya przekonała się o tym dwa i pół roku temu. Jedno wydarzenie przemieniło wszystkie jej plany. Na zawsze. Josh nie ma tajemnic. Wszyscy jego bliscy nie żyją, a przyjaciele… Kiedy twoja obecność przypomina innym, jak kruche jest życie, ludzie wolą trzymać się na dystans. Dwoje młodych ludzi ze skomplikowaną przeszłością. Ich przyjaźń nie jest łatwa. Miłość okaże się jeszcze trudniejsza. Nastya i Josh mają szansę odbudować swoje życie – razem. Jednak najpierw muszą nauczyć się na nowo ufać, wierzyć i wybaczać.
Treść została sprytnie podzielona na dwie części – Josha i Nastii – co pozwala widzieć ich oczami, czuć ich emocje. Bardzo ciekawy patent na dotarcie do głównych bohaterów. Tematyka nie jest łatwa, jest wręcz trudna i nie jednego może przyprawić o zgagę. To w tym tkwi sekret tej książki? Myślę, że nie. Ktoś mógłby pomyśleć, że jest to kolejna książka o nastolatkach, którzy są idealni a ich miłość jest inna, cudowna i zmieni ich świat – ot tak. A jak jeszcze do tego dołożyć dwóch facetów i jedną dziewczynę, to już w ogóle nasuwa się wniosek, że są to odgrzewane kotlety, bo przecież w prawie wszystkich książkach jest jakiś „trójkąt”. Jednak nie do końca. Czym jest przyjaźń? Czy istnieje między mężczyzną a kobietą, między chłopakiem a dziewczyną? To pytanie jest już tak rozgrzebane, że aż banalne. Ja myślę, że jednak istnieje taka przyjaźń. Tylko czym tak naprawdę jest przyjaźń? No właśnie, trzeba pomyśleć. Dlaczego nawiązuje do tego? Bo oprócz bólu w tej książce jest przyjaźń, jest w niej siła. Niewątpliwie książka zalicza się do tych dobrych, oparta jest na porządnej fabule, postacie są całkiem niezłe i kontrastują ze sobą, co nie nudzi. Napisana jest nieskomplikowanym językiem, ale z mocnym akcentem – bluzgi i mocne określenia dość często się
Katja Millay
pojawiają, co podkreśla charakter postaci i to w jakim kontekście są użyte. Myślę, że bez tych mocnych określeń (typowych dla zwykłej młodzieży?) nie było by klimatu. Jednak książka ma swoje wady. To co irytowało mnie najbardziej na początku to błędy w tekście- ale to jeszcze da się przełknąć. Irytowało mnie to powtarzanie, a raczej ciągłe próbowanie nakreślenie sytuacji Nasty i tego co się stało. To ciągłe zaczynanie od początku działało mi na nerwy, w przypadku Josha sprawa była jasna od początku i tak nie męczyła. Takie trzymanie czytelnika w niepewności i dawkowanie informacji na siłę bywa nużące, gdy trwa zbyt długo. Czy to znaczy, że mi się nie podobała? Nie, po prostu momentami miałam wrażenie, że dzieje się non stop to samo, chociaż i to miało swój uroczy klimat. Kulminacyjnym miejscem był garaż Josha i jego dom, w tym miejscu kumulowało się napięcie, emocje i aż czuć było zapach drewna. Ich relacja też była interesująca, wydawała się wręcz swobodna. Napięcie rosło i rosło, aż w końcu zaczęło się coś dziać, emocje wzięły górę i relacje między postaciami były jeszcze bardziej wciągające. Książka nie powaliła mnie od samego początku, jednak kilka końcowych rozdziałów zrekompensowały mi wszystko. Historia jest naprawdę trudna, ale ciekawa, pełna sprzeczności i emocji. Są w niej urocze perełki. Jest nadzieja, nie ma lukrowanej cukierkowatości. Jest życie. Jest trudna przyjaźń i jeszcze trudniejsza miłość. Są wybory i dawka nienawiści. Myślę, że warto przeczytać, posiedzieć w garażu pełnym trocin, i skupić się na moment na bohaterach. Zatopić się w psychice bohaterów, a jest na czym. Muszę przyznać, że jestem mile zaskoczona zakończeniem. Ta historia ma w sobie coś co wzrusza, wciąga i za razem boli. Morze smutku, pochłonięte przez morze spokoju.

 „Żyję w świecie pozbawionym magii i cudów. W miejscu, gdzie nie ma jasnowidzów czy zmiennokształtnych, żadnych aniołów czy supermanów gotowych ocalić Twoje życie. W miejscu, gdzie ludzie umierają a muzyka potrafi ich skłócić, a wiele rzeczy jest do bani. Jestem tak mocno osadzona na ziemi przez ciężar rzeczywistości, że czasami zastanawiam się jak to możliwe, że nadal potrafię unosić moje nogi podczas chodzenia.” 

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Cecelia Ahern - Pora na życie

tłumaczenie: Barbara Jaroszuk
 wydawnictwo: Świat Książki
 data wydania: 19 marca 
liczba stron: 424 
kategoria: Literatura piękna 

Zastanawialiście się kiedyś nad swoim życiem? Jak by to było je spotkać? Obojętnie czy pod postacią mężczyzny czy kobiety. Tak się zastanawiam i doszłam do wniosku, że było by to niezwykle ciekawe. Chociaż pewnie też denerwujące. "Pora na życie"  trafiła w moje ręce nie z mojego wyboru, po prostu dostałam ją – tak więc nie bardzo wiedziałam co o niej sądzić, chociaż poprzednia książka Cecelii Ahern "Sto imion", przypadła mi do gustu i to bardzo. Jedno co mnie zachęciło, gdy tylko dotknęłam książki – to okładka. O tak, okładka jest niesamowita, kolorowa, kobieca, zagadkowa i taka lekka, ma w sobie coś magicznego, coś co po prostu przyciąga. A jeśli chodzi o zawartość? 
Poruszająca, ciepła i zabawna powieść o tym, co się dzieje, gdy przestajesz zwracać uwagę na własne życie. Lucy Silchester mieszka ze swoim kotem w wynajętej kawalerce, wykonuje niesatysfakcjonującą pracę, coraz bardziej oddala się od swoich bliskich i nieustannie kłamie, wstydząc się nagłych i niekorzystnych zmian w swoim życiu. Życie Lucy nie jest tym, czym się wydaje. Podobnie jak niektóre z dokonanych przez nią wyborów i opowiedzianych historii. Od chwili, kiedy poznaje mężczyznę, który przedstawia się jako jej Życie, uparcie powtarzanym półprawdom grozi kompromitacja – chyba że Lucy nauczy się mówić całą prawdę o tym, co dla niej naprawdę istotne.
Od razu zaznaczam, że delektowałam się treścią, smakowałam ją – tak jak tylko czas mi na to pozwalał - a gdy się już dorwałam to przeczytałam ponad połowę za jednym zamachem (wielkie czytanie do 3 w nocy – a pobudka o 6!). Od samego początku zapałałam sympatią do głównej bohaterki, Lucy. Kobietka jest zabawna, czasami zwariowana, ale z charakterkiem. Jest osobą, której kilka lat temu, wszystko wywróciło się do góry nogami – więc zaczęła kłamać, żeby było prościej – zamknęła się w swojej kawalerce z kotem Pan Panem. Oczywiście aż pewnego dnia, spotkała swoje Życie. Pomysł na napisanie książki o takiej tematyce, był genialny. Książka bawi, wzrusza a co najważniejsze pozwala zastanowić się nad własnym życiem. Nabrać dystansu i optymizmu. Książka zdecydowanie jest optymistyczna i kobieca. Powiem więcej – mega kobieca – typowa babska literatura, która wciągnie bez reszty i sprawi, że chwila spędzona w jej „towarzystwie” będzie bardzo przyjemna. Chociaż muszę powiedzieć, że ma jedną wadę – jest przewidywalna. Chociaż do ostatniej chwili myślałam, że mnie czymś zaskoczy i zakończenie będzie inne, ale nie. Było tak jak przewidziałam. Mimo tego, nie zmieniłam zdania co do książki. I z chęcią przeczytam ją jeszcze raz. Napisana jest „lekkim piórem”, z kobiecym wyczuciem smaku, z odpowiednią dawką emocji i z czymś na kształt przesłania. Osobiście cenię sobie, książki, które dają do myślenia – a taka chwila refleksji mnie naszła podczas czytania. Najciekawsze postacie? Jak dla mnie zdecydowanie Lucy i Cosmo (Życie), pasują do siebie idealnie.

 „- Jesteśmy jak Superman i Lois Lane. Jak Pinky i Mózg. 
 - Jak rentgen i złamana noga.”

 Czy można chcieć czegoś więcej? Ten duet wnosi do całości bardzo wiele a właściwie wszystko. Na nich się opiera całość. Oczywiście nie mniej istotne są inne postacie, które mają dużo wspólnego z Lucy. To oni mają wpływ na nią i tym samym na jej Życie. Jednak tych dwoje idealnie scala całość. Jeśli chodzi o
Cecelia Ahern
pozostałych panów – Don, jest męski, odważny, przystojny i taki no, normalny, jeśli zaś chodzi o Blake’a to typowy irytujący facet, który myśli o sobie, ma coś z narcyza i oczywiście na początku wykreowany na chodzący ideał – co w rzeczywistości jest odwrotnością. Można powiedzieć, że „Wielkie nic w ładnym opakowaniu”. Chociaż to pewnie kwestia gustu. Rodzinka Lucy też zalicza się do barwnych postaci. Worek rozmaitości. Historia Lucy pokazuje, że warto spojrzeć czasem na własne życie, na siebie i bardziej o nie zadbać. A poza tym wszystko można wyprostować, tylko trzeba chcieć i się odważyć. Trzeba żyć i spełniać swoje marzenia, ambicje i kochać własne życie. Jest to niezwykła opowieść o przyjaźni, szczerości a także o miłości. Aż się zastanawiam jakie było by moje Życie… Książka dla tych co lubią trochę mądrości w kobiecym stylu (chociaż tutaj dużą rolę odgrywa męska ręka).

 „ Dopóki istniejesz, istnieje również twoje życie. Dlatego, okazując miłość, czułość i uwagę mężom, żonom, rodzicom, dzieciom i przyjaciołom, nie powinniśmy zapominać o nim, bo twoje Zycie to ty: zawsze trzyma za ciebie kciuki i dopinguje cię nawet wtedy, gdy myślisz, że ci się nie uda.”

wtorek, 8 kwietnia 2014

Agnieszka Kaluga - Zorkownia

wydawnictwo: Znak
data wydania: 17 lutego 2014
liczba stron: 288
kategoria: biografia/autobiografia/pamiętnik

Choroba, ból, śmierć, samotność – to w dzisiejszych czasach tabu, nie mówi się o tym głośno. Co tak naprawdę czują chorzy i to nieuleczalnie? Czym jest utrata dziecka? Na co dzień nikt nie zastanawia się nad tym, do póki jesteśmy zdrowi, do póty żyjemy w biegu ciągle chcemy więcej i więcej. Zorkownia Agnieszki Kalugi zawiera w sobie te pytania, ale także odpowiedzi. Ta książka to wolontariat. Autorka uczy jak uszanować człowieczeństwo do samego końca…

 „Poryczeć się jak dziecko jest dobrze.”
Agnieszka Kaluga obiecała umierającej córeczce, że sobie poradzi. Teraz pomaga innym. Odnalazła swoje miejsce, choć Zycie przecina się tam ze śmiercią. Od czterech lat jest wolontariuszką w hospicjum. Spędza czas z tymi, którzy potrzebują kilku słów, uśmiechu, pomocy przy napisaniu ostatniego listu. Zorkownia to zapis najpełniej przeżytych chwil, to poruszający dziennik odkrywania nadziei i miłości tak wielkiej, że nie da się jej zamknąć w jednym słowie. To wzruszająca opowieść o tym, co najważniejsze.
Ta książka przepełniona jest miłością, cierpieniem i smutkiem. Wszystkie te emocje są opisane w bardzo prosty sposób, język jest naturalny i nieskomplikowany. Całość jest w formie bloga. Autorka sama przeżyła tragedię, musiała sobie poradzić z własnym smutkiem a mimo wszystko potrafi okazać drugiemu człowiekowi tyle miłości i wsparcia. W tych prostych słowach jest zawarty portret wolontariusza, człowieka z krwi i kości i jest miłosierdzie. Każdy człowiek to inna historia, każdy jest fascynujący i każdy zasługuje na wsparcie. Ta książka wbrew pozorom ma w sobie coś pozytywnego, bije z niej ciepło. Są to bardzo wzruszające zapiski, od których trudno się oderwać. Temat trudny zawarty w prostych słowach. Tyle w tej historii ciepła i przyjaźni, że się robi ciepło na sercu. Prawdę mówiąc trudno jest mi wyrazić tutaj swoja opinię, ta książka sama w sobie jest wszystkim. Słowa wydają się przy niej nic nie warte. Autorka pokazuje, że wystarczy być, pogłaskać czy przemycić ostatniego papierosa. Wystarczy wysłuchać, wspólnie pomilczeć
Agnieszka Kaluga
– to i tak wiele znaczy. Hospicjum pokazane jest tutaj jako miejsce radosne (w nieprzyjemnych okolicznościach) wypełnione przyjaźniami, miejsce gdzie coś się zaczyna i kończy. Myślę, że warto tę książkę przeczytać, warto się samemu przekonać o czym jest i ile ma w sobie emocji. Oczywiście ja mogłabym pisać i pisać ale po co? Lepiej wziąć do reki ten cieniutki dziennik i zatrzymać czas. Pobyć razem z Agnieszką Kalugą w hospicjum, potroszczyć się, pobyć, posłuchać. Ile można się dowiedzieć, nauczyć ile docenić. Okładka tej książki jest niezwykle wiosenna, przyciąga uwagę – pasuje idealnie- daje nadzieje. Zielony to kolor nadziei, a wiosenne kwiaty budzą się po zimie… 

„Myślę o was za mną, o was przede mną. Jesteśmy niczym wielka pępowina. Nieważne, że zmęczeni, obarczeni, może rozczarowani. –Uśmiecham się – wreszcie bez pospiechu – w tym wyjątkowym korku.”

piątek, 4 kwietnia 2014

Alice Munro - Zbyt wiele szczęścia

tłumaczenie: Agnieszka Kuc
 tytuł oryginału: Too Much Happiness
 wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
 data wydania: 26 września 2013
 liczba stron: 416
 kategoria: literatura współczesna 

Już tradycją się stało, że co jakiś czas sięgam po twórczość Alice Munro. Lubię zaczytywać się w jej opowiadaniach i przenikać do świata jej bohaterów. Do zwykłych ludzi, którzy mają swoje tajemnice, lęki, porażki i swoje miłości. Munro jest wnikliwą obserwatorką ludzkiej natury, jej postacie są „skrojone na miarę” wręcz perfekcyjnie. Jej opowiadania aż kipią przepełnione emocjami, bywają tez brutalnie szorstkie jak otaczająca nas rzeczywistość. W doskonały sposób potrafi opisać to co istotne i ważne, choć nie zawsze łatwe i przyjemne. Za cel postawiłam sobie, zdobycie wszystkich książek tej autorki, żeby zajęły honorowe miejsce na mojej półce.

 Dziesięć najnowszych opowiadań znakomitej kanadyjskiej pisarki od lat wymienianej w gronie kandydatów do literackiej Nagrody Nobla. Dziesięcioro głównych bohaterów (przeważnie bohaterek) i dziesięć historii rozgrywających się w dwudziestowiecznej Kanadzie i dziewiętnastowiecznej Europie. Niezależnie od tego, czy centralnym wydarzeniem w opowiadaniu jest napad z bronią w ręku czy rywalizacja o względy mężczyzny, wyuzdany rytuał czy potrójne morderstwo, intymna i wyciszona proza Alice Munro sprawia, że czytelnik czuje się, jakby dopuszczano go do najgłębiej skrywanych rodzinnych tajemnic. 
Alice Munro

Czy i tym razem byłam tak samo zadowolona jak przy poprzednich książkach?

Musze przyznać, że na początku czułam coś w rodzaju zawodu, odczuwałam pewien niedosyt. Przez pierwsza połowę książki, żadne z tych opowiadań mnie nie urzekło. Jednak gdy dotarłam do opowiadania Wolne rodniki coś mnie wciągnęło. Niby nic się nie zmieniło, a jednak ja poczułam coś ożywczego, bez wątpienia tę magiczną moc autorki, która nie raz mnie już urzekła swoimi opowiadaniami. W tym zbiorze opowiadań znalazłam coś dla siebie, kilka perełek, które spodobały mi się i trafiły do mnie – czytelniczki, która uwielbia tego rodzaju prozę. Po raz kolejny Munro zachwyciła mnie swoim talentem, umiejętnością przenoszenia w inny wymiar i przedstawiania losów ludzkich w sposób tragikomiczny. Wolne rodniki, Dziecięce igraszki, Las, Zbyt wiele szczęścia- to właśnie te opowiadania mnie pochłonęły. Każde z nich wywołało w moim sercu inne emocje, w mojej wyobraźni inne obrazy a tak jak w przypadku opowiadania Las, zapachy. W nich tkwi magia, w nich jest piękno i żywi bohaterowie, których z pewnością będziemy pamiętać długo po skończeniu książki. Nie każdy znajdzie w tej książce coś dla siebie, a nawet jeśli ktoś coś znajdzie to przecież nie wszystkie muszą być aż tak wciągające. Ta książka ma być wisienką na torcie, ma być przygodą przy filiżance kawy i relaksem w fotelu. Autorka każdemu z nas oferuje różne możliwości wyboru. Ja znalazłam w tej książce coś co mnie poruszyło, wywołało potok myśli, wzburzyło emocje. Bardzo wciągające jest ostatnie i tym samym tytułowe opowiadanie – Zbyt wiele szczęścia- opowiadające o niezwykłej kobiecie, o Zofii Kowalewskiej.

czwartek, 3 kwietnia 2014

Nowa dawka literatury - czyli kolejny kolorowy stosik ;)

Nadszedł nowy miesiąc i dotarła nowa dawka literatury. Wiosennie i kolorowo jest także na moim „stosiku”, okładki są wręcz rewelacyjnie, barwne i zachęcające. Oto moje nowe nabytki : Zorkownia –Agnieszka Kaluga , Pora na życie –Cecelia Ahern, Zastępcza żona –Eileen Goudge, Morze spokoju – Katja Millay. Już nie mogę się doczekać, kiedy zatopię się w lekturze pierwszej z nich ( a swoją przygodę zacznę od Zorkowni). Mam nadzieje, że wszystkie będą tak ciekawe jak się zapowiadają. A w najbliższym czasie ukaże się recenzja kolejnej książki Alice Munro Zbyt wiele szczęścia. ;)

wtorek, 1 kwietnia 2014

J.A. Redmerski - Na krawędzi nigdy

tłumaczenie: Katarzyna Agnieszka Dyrek
tytuł oryginału: The Edge of Never
seria/cykl wydawniczy: Na krawędzi nigdy tom 1
wydawnictwo: Filia
data wydania: 22 stycznia 2014
liczba stron: 476
kategoria: romans

Czy jest wśród nas choć jedna osoba, która nigdy nie miała ochoty zostawić wszystkiego i uciec? Zapewne, każdy miał ochotę na ucieczkę, na chwilę zapomnienia, na przygodę, na podróż do wnętrza samego siebie. Czy jest to zwariowany pomysł? Zapewne tak i dlatego niewielu się na to decyduje (jeśli w ogóle ktoś). Czytając tę książkę, w głowie miałam fragment piosenki Maryli Rodowicz „Wsiąść do pociągu byle jakiego…” Na krawędzi nigdy to właśnie taka podróż. Niesamowita historia, która wciąga, bawi i wzrusza. Jest to niesamowita dawka przeżyć, co tylko powiększa apetyt, na ucieczkę donikąd. Ta historia pozwala nam na chwilę refleksji, nad własnym życiem, nad sobą i nad tym czego tak naprawdę pragniemy.
Pewnego dnia Camryn Benett porzuca swoje dotychczasowe życie i wsiada w pierwszy lepszy autobus. Rusza w nieznane, zabiera ze sobą jedynie pieniądze i telefon. Na trasie spotyka tajemniczego Andrew Parrisha. Mężczyzna jest przystojny, zagadkowy i zachowuje się tak, jakby wczoraj i jutro nie istniały. Razem przemierzają gorącą i dziką Amerykę. Dzięki Andrew Camryn odkrywa, czym jest miłość i gorąca namiętność. Te kilkanaście dni, które spędzają razem, zmienia ich bezpowrotnie. Jednak Andrew ma tajemnicę, jedną z najgorszych. Przyjdzie czas, w którym Camryn dowie się, co ukrywa jej ukochany. Czy prawda złączy ich na wieki, czy bezpowrotnie rozdzieli ?
Na krawędzi nigdy to właśnie taka podróż. Niesamowita historia, która wciąga, bawi i wzrusza. Jest to niesamowita dawka przeżyć, co tylko powiększa apetyt, na ucieczkę donikąd. Ta historia pozwala nam na chwilę refleksji, nad własnym życiem, nad sobą i nad tym czego tak naprawdę pragniemy. 

„Tylko pamiętaj, by zawsze być sobą i nie bać się mówić tego, co myślisz, albo tego, by głośno marzyć.” 

Autorka napisała doskonałą powieść, która porywa, a czytelnik jest pasażerem na gapę. Jesteśmy świadkami rodzącej się przyjaźni i miłości. Całość jest wręcz nie naturalna, chciałoby się powiedzieć bajkowa. Kto z nas zaufałby przypadkowej osobie poznanej w autobusie? Kto przemierzyłby kraj z nieznanym człowiekiem u swego boku? W dzisiejszych czasach jest w ludziach tak mało zaufania, wrażliwości, zainteresowania i bezinteresowności, że trudno sobie to wręcz wyobrazić. Pewnie dlatego ta opowieść jest taka fascynująca. Dawka przygody i świeżości a do tego dochodzą emocje. Narracja jest prowadzona z punktu widzenia obojga bohaterów, co pozwala nam wniknąć w ich umysł i zaobserwować jak każde z nich odbiera całą tę sytuację i siebie nawzajem. Na początku, byłam tym mile zaskoczona, ale i trochę zawiedziona, że muszę czytać, te same dialogi raz jeszcze, jakbym miała deja vu, jednak w dalszych etapach już nie miałam tego problemu, gdyż nie było tyle powtórzeń. Musze przyznać, że napisanie powieści w ten sposób jeszcze bardziej ją uatrakcyjniło . Bohaterowie to młodzi ludzie z problemami. Jedno ma tajemnicę jak się okazuje a drugie jest „wyprane” z emocji i poszukuje sensu życia i oddechu. Oboje mają nie łatwe życie i oboje pragną przebywać ze sobą jak najdłużej. Osobowości bardzo interesujące i atrakcyjne. Jedno wpływa pozytywnie na drugie, ale oboje czują strach przed miłością i przed bólem. Autorka do samego końca trzyma czytelnika w niewiedzy, jakiż to sekret ukrywa sam Andrew. A gdy już postanawia nam to zdradzić to robi to z przytupem, akcja nagle zmienia tempo i koloryt. Nabiera dramaturgii i wyciska łzy. Ten fragment jest naprawdę wzruszający, jest najbardziej obfitujący w emocje. Musze
J.A. Redmerski
przyznać, że pomysł na napisanie takiej historii jest znakomity a realizacja wyśmienita. Jest to dość obszerna książka, w której dawkowane są emocje i rosną wraz z przebytymi kilometrami. Jest to przygoda życia, do której bohaterów zmusiło życie. W nich znajdziemy cząsteczkę nas samych, my również borykamy się z lękami, chorobami czy utratą bliskiej nam osoby. A jakby tego było mało, to jeszcze do tego wszystkiego dochodzi wątek mitologiczny, który pasuje idealnie i jest elementem spójnym. Jestem naprawdę zadowolona z tej powieści, jestem ciekawa jakie będą dalsze losy bohaterów, choć równie dobrze na tym mogłoby się zakończyć. Ciekawym elementem jest też to, że na samym końcu znajdziemy dodatkowy rozdział, w którym widzimy „oczami” Andrew co przezywa, gdy leży w szpitalu a jego życie ucieka. Na koniec dodam, że okładka jest po prostu rewelacyjna i pasuje idealnie do całości.