czwartek, 31 grudnia 2015

Nie pozwól mi odejść - Catherine Ryan-Hyde


wydawnictwo: Jaguar
tłumaczenie: Małgorzata Żbikowska
tytuł oryginału: Don't Let Me Go
data wydania: 10 września 2014
liczba stron: 344

„Ludzie, którzy mają najmniej do dania, dają najwięcej.”

Rok 2015 upływa coraz szybciej. Z każdą godziną, minutą i sekundą robi się coraz szczuplejszy, by wraz z wybiciem północy pożegnać nas nieodwracalnie. Oczywiście zawsze możemy się do niego w jakiś sposób cofnąć, jednak to będzie coś takiego jak fikcja literacka. Może zawierać prawdę, ale w większości jest nienamacalna. Jednak ma swój urok i melancholię. Już niedługo nowy etap w życiu każdego z nas, książka, którą napiszemy sami. Ja ten mijający rok postanowiłam zakończyć dwiema książkami z wyzwania ”Kiedyś przeczytam” a ponad to propozycjami, które są „stare”, gdyż odczekały swoje na moich półkach. Jest jeszcze coś, co łączy obie te historie – choć dzieli je wszystko inne- w jednym i drugim przypadku akcja toczy się w Los Angeles (coś mnie to miasto prześladuje). Wczoraj kryminał w stylu retro, dziś niesamowita książka o przyjaźni, pokonywaniu własnych słabości i dziewczynce, która zmieniła życie kilku osób. „Nie pozwól mi odejść” autorstwa Catherine Ryan Hyde to propozycja, o której postaram się napisać kilka słów.
Billy Shane, niegdyś obiecujący tancerz z Broadwayu, cierpi na agorafobię. Zamknięty w bezpiecznych czterech ścianach, życie i ludzi obserwuje przez okno. I choć zna swoich sąsiadów – piękną manikiurzystkę Rayleen, samotną panią Hinman, byłą narkomankę Eileen i jej dziewięcioletnią córkę Grace, większość z nich nigdy nie widziała go na oczy… Gdy małą Grace zaczyna, godzinami przesiadywać na schodkach pod domem, Billy jest zirytowany zmianą w naturalnym porządku rzeczy. Mężczyzna zbiera się na odwagę i opuszcza swe schronienie, by zapytać dziewczynkę, co robi sama kilka metrów od jego patio. - Jeśli będę siedzieć w środku, nikt nie zauważy, że mam kłopoty. I nikt mi nie pomoże – wyjaśnia Grace.
Miałam już okazję czytać książkę Catherine Ryan Hyde, a był to „Dzień, który zmienił wszystko”. Książka, która pochłonęła mnie nawet podczas silnej migreny. Wzruszyła mnie do łez i pokazała ludzkie oblicze. Po przeczytaniu opisu książki, który zamieściłam powyżej, wiedziałam, że i ta lektura przypadnie mi do gustu. Pamiętając moje czytelnicze doznania związane z poprzednim tytułem, czułam, że jest to idealna książka na zakończenie tego roku. Nie pomyliłam się. Od samego początku, wiedziałam, że jest to strzał w dziesiątkę.

„Nadmierna pewność siebie to cudowna cecha młodości…”

Chłopak, który stracił samego siebie, pokonany przez chorobę, jaką jest agorafobia, został samotnikiem odciętym od świata. Czym tak naprawdę jest agorafobia? Jest to irracjonalny lęk przed przebywaniem na otwartej przestrzeni, wyjściem z domu, wejściem do sklepu, tłumem, miejscami publicznymi, samotnym podróżowaniem, wywołany obawą przed napadem paniki i brakiem pomocy. Tak więc jest to wróg, który odbiera człowiekowi cząstkę jego samego. Taka przypadłość przydarzyła się jednemu z głównych bohaterów. Za to małej Grace, przydarzyła się matka narkomanka i bezradność. Spotkało ją również coś dobrego – a mianowicie kilku wspaniałych sąsiadów, którzy z obcych ludzi przeistoczyli się w przyjaciół a największym z nich okazał się właśnie Billy, chłopak z agorafobią. Co połączyło tych dwoje? Jak odmieniło się życie tych dwojga oraz całej reszty mieszkańców, niezamożnej kamienicy w Los Angeles? Tego niestety nie zdradzę. Zapewniam jednak, że jest to zaskakujące zjawisko… to jak niewinne dziecko może scalić i odmienić dorosłych ludzi. Zapewniam Was jednak, że Grace jest wręcz niesamowita. Jest to dziecko, którego nie da się nie lubić. Postać, która jest sercem i płucami tej powieści. To ogniwo łączące całą resztę.

„Czasami trzeba nazwać gówniarza gówniarzem, nieważne, na czym siedzi.”

„Nie pozwól mi odejść” to książka o trudnej tematyce, z bohaterami, którzy borykają się z własnymi problemami i zamykają się w swoich mieszkankach. Tak naprawdę są dorośli, a boją się czegoś innego. Ogarnia ich samotność, która wnika do ich serc. Jednak jest to też opowieść o rzadko spotykanej przyjaźni, otwartości, zainteresowaniu i szukaniu sposobów na uratowaniu sytuacji bez pomocy oziębłych kruczków prawnych. To historia dziewczynki potrzebującej pomocy i dorosłych, którzy również jej potrzebują. W momencie, gdy w ich życiu pojawia się Grace wszystko się stopniowo zmienia… Jest to książka, która mimo wszystko ma w sobie dużą dawkę optymizmu, i myślę, że pasuje w sam raz na zakończenie jednego etapu i rozpoczęcie nowego. To dowód na to, że dobro wraca podwójnie. Człowiek potrzeby jest człowiekowi. A serce i przyjaźń to nie tylko słowa i przestarzałe relikty. To pełna ciepła opowieść, która potrafi wciągnąć czytelnika do samego końca. Bohaterowie nagle stają się waszymi sąsiadami. Tej historii się nie czyta, nią się żyje. Poruszająca, wzruszająca i posiadająca ukrytą prawdę…

„Czasem, by pomóc sobie, musimy pomóc innym…”

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Kiedyś przeczytam

Życzę wszystkim szczęśliwego Nowego Roku, udanej zabawy sylwestrowej i wielu ciekawych pozycji do przeczytania w tych nowych 365 dniach :)

środa, 30 grudnia 2015

Siostrzyczka - Raymond Chandler



cykl: Philip Marlowe (tom 5) | seria: Klasyka Kryminału
wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
tłumaczenie: Dorota Pomadowska
tytuł oryginału: The Little Sister
data wydania: 14 czerwca 2010
liczba stron: 238

„Strach o dzień dzisiejszy – rzekł- zawsze przewyższa strach o jutro.”

Dawno już nie sięgałam po znaną mi doskonale Klasykę Kryminału… nadszedł jednak czas, aby przenieść się w tamte klimaty. Mam słabość do prywatnych detektywów, do otaczającego ich „niechlujstwa”, częstego naginania reguł, dedukcji i specyficznego klimatu ich biur. Do ich zagadkowych charakterów i uroku osobistego, który może być odbierany na różne sposoby. Tym razem mój wybór padł na „Siostrzyczkę” Raymonda Chandlera, książkę, która ma w sobie wszystko to, co uwielbiam w starych kryminałach i nie tylko.
Współczucie nie jest najlepszym doradcą, o czym przekonuje się prywatny detektyw Philip Marlowe. Gdy za śmieszną kwotę 20 dolarów zgadza się pomóc dziewczynie, która wynajmuje go, by odnalazł jej zaginionego brata, sam wpada w nie lada tarapaty. Niespodziewanie Marlowe zostaje wciągnięty w świat intryg wschodzącej gwiazdy kina, jej brata szantażysty, dwulicowych agentów, luksusowych prostytutek i przekupnych szefów wytwórni filmowych. W miarę rozwoju akcji Hollywood traci swój blask, napięcie rośnie, a trup ściele się gęsto.
Jak się zapewne domyślacie początek jest przewidywalny i zaczyna się standardowo. Klientka wynajmuje prywatnego detektywa, by coś dla niej zrobił. W tym wypadku ma on odnaleźć jej zaginionego brata. Zlecenie i podane fakty na pierwszy rzut oka nie są jakieś mega intrygujące, jednak sama postać klientki owszem. Tajemnicza, skromna, biedna i nietolerująca alkoholu. Podporządkowana mamusi, grzeczna kobietka, która przyjechała żeby odnaleźć brata. Sytuacja jest jeszcze bardziej dziwna – tajemnicza – śmieszna, gdy nie chce ona podać swojego adresu i najpierw dzwoni z butki telefonicznej, a dopiero później zjawia się w biurze. Marlowe podejmuje się wyzwania, jakim jest odnalezienie niejakiego Orrina, przez co dość często natrafia na trupy i sam popada w tarapaty. Otoczony nie tylko zimnymi nieboszczykami, ale również intrygującymi kobietami (każda zupełnie inna) brnie w tę sprawę dalej. Skoro już powiedziało się A to trzeba powiedzieć B. I to nie zależnie od zarobionej kwoty, zmęczenia czy zbliżającego się szaleństwa. Dokąd prowadzą tropy? Kto tak naprawdę morduje i dlaczego? Kto co ma do ukrycia? Z każdą chwilą sytuacja komplikuje się coraz bardziej. Coraz więcej elementów układa się w jedną całość, a Hollywood nie jest aż takie czarujące jak się wydaje. Pieniądze, seks, podejrzane typy, szantaże oraz szpikulce do lodu, które zabijają i to dobitnie.

To, co mnie urzekło w tej powieści to postać samego detektywa oraz narracja pierwszoosobowa. Jest to facet, który potrafi gadać z przedmiotami, być dowcipny, zgorzkniały i na swój sposób czarujący. Typ, który ma w sobie coś nie mając tak naprawdę za wiele. Ogólnie facet chaos, którego nie da się nie lubić. Samotny, w obskurnym biurze, zarabiający raczej skromnie. Są to atuty, które mnie przyciągnęły, a raczej wciągnęły. Podobają mi się również postacie kobiece, które tak naprawdę mają dwa oblicza. Nie są całkiem przejrzyste i są z czytelnikiem aż do samego końca. Jeśli chodzi o samą fabułę, zagadkę, śledztwo i klimat to wszystkie te elementy są ze sobą idealnie połączone. Autor potrafi stworzyć napięcie, powietrze staje się ciężkie, a zagadka nie jest wcale taka prosta jak może się wydawać.

„Powiedzenie, że na widok jej twarzy zegar stanąłby jak wryty, byłoby dla niej zniewagą. Nawet galopujący koń stanąłby jak wryty.”

Raymond Thornton Chandler urodził się w 1888 roku w Chicago, ale w dzieciństwie wyemigrował z matką do Anglii. Do stanów powrócił dopiero w 1912 roku i osiadł w Los Angeles – mieście, które z ogromną maestrią odmalował w swoich powieściach. Jako pisarz zadebiutował w 1933 roku na łamach magazynu „Black Mask” opowiadaniem „Szantażyści nie strzelają”. W 1939 napisał „Głęboki sen”, w którym powołał do życia prywatnego detektywa Philipa Marlowe’a. Następnie powstały m.in. „Żegnaj laleczko”, „Wysokie okno”, „Tajemnica jeziora”, „Siostrzyczka” oraz – przyjęte owacyjnie przez krytykę- „Długie pożegnanie”. Ostatniej powieści „Tajemnice Poodle Springs” Chandler nie zdążył dokończyć. Zrobił to za niego Robert B. Parker, w 1989 roku, w czterdziestą rocznicę powstania rękopisu. Chandler zmarł w 1959 roku.

„Siostrzyczka” to jedna z kilku powieści tego autora i pierwsza, jaką miałam okazję przeczytać. Jednak postać tego detektywa tak mnie urzekła, że już planuję zakup kolejnych książek Raymonda Chandlera. Jeśli lubicie książki, które mają ciekawy klimat i akcję, a do tego lubicie prywatnych detektywów to powinna się Wam spodobać. Jednak moją propozycję kieruję do osób, które lubią kryminały w starym stylu, które potrafią delektować się tą atmosferą. Czytając tego typu książki należy pamiętać o tym, kiedy zostały one napisane i pozwolić się wciągnąć w wir wydarzeń. Ja tak zrobiłam i jestem zachwycona. Spędziłam kilka wieczorów w towarzystwie detektywa Philipa Marlowe’a, delektowałam się tym, co zaoferował mi autor i nie jeden raz się uśmiałam. Macie ochotę na coś w stylu retro? Jeśli tak to polecam!

„Gdyby emocje związane z uczuciem napięcia i zagrożenia nie wygrały z rozumem, nie byłoby prawdziwego dramatu.”

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Kiedyś przeczytam

wtorek, 29 grudnia 2015

Jak wyglądać olśniewająco - Andrea Pomerantz Lustig


tłumaczenie: Emilia Niedzieska
tytuł oryginału: How to Look Expensive: A Beauty Editor's Secrets to Getting Gorgeous without Breaking the Bank
data wydania: 14 grudnia 2015
liczba stron: 224

„[…] kiedy czujesz się jak milion dolarów, to będziesz wyglądać jak milion dolarów.”

Dzisiaj przychodzę do Was z bardzo interesującym poradnikiem. Tym bardziej, że za chwilę sylwester a zaraz po nim wkraczamy w Nowy Rok, który zapewne ubierzemy w ambitne postanowienia. Powiedzcie mi, która kobieta nie chce wyglądać jak milion dolarów i tak też się czuć? Chyba żadna. Zarówno podczas ostatniej – szampańskiej – nocy tego roku jak i na co dzień w tym nowym. Dlatego postanowiłam, że propozycję z wydawnictwa Kobiecego zamieszczę akurat dzisiaj. Jeśli chodzi Wam po głowie postanowienie, że od pierwszego (no może drugiego) stycznia chcecie bardziej o siebie zadbać, to jest to książka w sam raz dla Was moje kochane kobietki. A i ja znalazłam kilka cennych porad, które na pewno wykorzystam.
Autorką książki jest redaktorka działu urody "Glamour", która dzięki wieloletniemu doświadczeniu w branży poznała mnóstwo trików urodowych oraz sekrety nienagannego wyglądu gwiazd. Teraz dzieli się swoją wiedzą z czytelniczkami na całym świecie, pokazując im w jaki sposób eksponować swoje atuty, aby stworzyć wizerunek eleganckiej, stylowej i pięknej kobiety. Fenomenalny poradnik pełen praktycznych porad i sekretów najsłynniejszych wizażystów świata, dzięki któremu każda kobieta stworzy swój niepowtarzalny styl, i to bez konieczności wydawania fortuny.
Po takim opisie trudno być niezainteresowanym tą lekturą, prawda? Szczególnie, jeśli nie trzeba wydawać fortuny, aby czuć się i wyglądać doskonale. Gdy tylko kurier dostarczył przesyłkę, pozbyłam się niepotrzebnych folii i od razu zagłębiłam się w treść. Byłam ciekawa, czym zaskoczy mnie autorka i czego tak naprawdę się dowiem. Obecnie nie czuję się jak wspomniane milion dolarów, a skoro tak się nie czuję to chyba tak nie wyglądam, więc kilka trików mnie zainteresowało. W tej książce podoba mi się okładka jest kobieca, przejrzysta i zachęcająca.

Książka została napisana językiem lekkim, czytelnym i niekiedy zabarwionym szczyptą humoru i ironii. Czyta się ją więc z czystą przyjemnością. Porady zostały wzbogacone o przykładowe fotografie gwiazd czy też o szkice, które mają nam zobrazować, o co konkretnie chodzi. Na stronicach tej książki znajdziecie również porady „fachowców”, którzy zajmują się gwiazdami na co dzień.




Co jeszcze?
- Słów kilka o włosach i o tym jak powinny wyglądać a jak nie…
- Idealna koloryzacja dla każdej z nas
- Makijaż idealny –czyli taki, który eksponuje piękno kobiety a nie je zakrywa
- Wszystko o zdrowej i zadbanej skórze, również słowniczek terminów związanych z olśniewającą skórą
- Jak profesjonalnie doczepiać sztuczne rzęsy
- Co nieco o depilacji
- Zadbane paznokcie
- Perfumy

Andrea Pomerantz Lusting stworzyła naprawdę ciekawy i przydatny poradnik, który zainteresuje niejedną kobietkę. Myślę, że dzięki cennym wskazówkom, każda z nas może zmienić swój obecny styl lub stworzyć go na nowo. Nie wszystko trzeba zastosować na własnej skórze, jednak warto pod ręką mieć coś, co może nam ułatwić codzienną pielęgnację. Autorka w swojej książce stawia na świeżość i neutralność, która ma podkreślić naszą urodę, a nie ją zdominować, bądź zrobić z kobiety sztuczność na obcasach. Wszystko z umiarem i bez przeginania. Mądrze i z głową. Uczy, na czym można zaoszczędzić, a na czym niekoniecznie. Moim zdaniem jest kolorowo, kobieco i przydatnie. „Jak wyglądać olśniewająco” to idealna książka dla kobiet, które chcą zamienić się w milion dolarów. Jeśli szukacie nie tylko cennych porad, ale również inspiracji to polecam!


„Właściwy kolor szminki może poprawić nastrój bardziej niż prozac.”

Za możliwość zapoznania się z poradnikiem dziękuję wydawnictwu Kobiece

środa, 23 grudnia 2015

Wesołych świąt!


Życzę Wam radosnych, wesołych, zdrowych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia spędzonych w gronie najbliższych, a pod choinką znaleźć mnóstwo książkowych prezentów :)

niedziela, 20 grudnia 2015

Śmierć, zakon, jeż i demony - Kajetan Woźnikowski

wydawnictwo: K.W. Self Publishing
data wydania: 14 listopada 2015
liczba stron: 251

„Czy ona na coś czeka? Ludzie czekają, aż umrą, a na co czekać może śmierć?”

Okres przedświąteczny rozszalał się na dobre, a w moich rękach literatura kompletnie niepasująca do tego klimatu. Powiedziałabym, że z radosnymi świętami jest bardzo na bakier. Dzisiaj postanowiłam zaprezentować Wam kolejną książkę Kajetana Woźnikowskiego („Myślodsiewnik” miałam okazję recenzować rok temu również jakoś w podobnym czasie). Zaintrygowana poprzednią książką autora, postanowiłam skusić się na najnowsze jego dzieło. Tym bardziej, że zarówno okładka jak i tytuł wydają się kontrowersyjne i intrygująco mroczne.
„Śmierć, zakon, jeż i demony” to książka opowiadająca o losach postaci niemogących znaleźć swojego miejsca w tym chorym świecie. Bohaterowie postanawiają odmienić swoje życie, co pociągnie za sobą niesamowite przygody. Na swej drodze spotkają postaci z innych światów, dużo punków i metali, zakon fanatyków religijnych, a także jeża, który pojawia się zawsze w najmniej spodziewanym momencie.
Początek zaczyna się naprawdę ciekawie. Naszą narratorką jest Śmierć. Ładna, samotna dziewczyna, która żyje od zawsze, a rutyna ją wręcz morduje. Z każdym kolejnym dniem doskwiera jej coraz większa depresja. Poznajemy również chłopaka, który może bardzo zirytować. Jego postać szokuje, wkurza, ale od razu wiemy, że wpłynie on na rozwój wydarzeń. Owym bohaterem jest Marcin. Satanista, który pragnie nieśmiertelności i nienawidzi zarówno ludzi jak i zwierząt. Z czasem nasz worek postaci rośnie i wypełnia się coraz barwniejszymi osobistościami, a wydarzenia wplecione w szarą rzeczywistość są totalnie nierzeczywiste.

Pomieszanie z poplątaniem! Przyznam się, że takie myśli w pewnym momencie nawiedziły moją głowę. Czytałam i nie dowierzałam. Zastanawiałam się, co autor jeszcze mógł wymyślić, czym mnie zaskoczy, rozśmieszy, zdołuje, a co ocieknie nutką sarkazmu… Doczekałam się wszystkich tych rzeczy. Po głębszym zastanowieniu się stwierdziłam, że książka nie jest wcale taka pokręcona jakby się mogło wydawać (w pewien sposób jest, ale jak najbardziej pozytywny). Jest mroczna, depresyjna, zabawna, melancholijna, ale również ciekawa i prosta w odbiorze. Autor stworzył fantastyczny świat wplątując w niego postacie znane zarówno z bajek jak i Biblii. Jesteście sobie wstanie wyobrazić Dziadka Mroza, Wróżkę Zębuszkę oraz Kupidyna w wersji zupełnie bardziej odjechanej niż tą, którą znacie? Mnie po lekturze tej książki już nic nie zdziwi… nawet gadające jeże. Chyba jeszcze nigdy nie czytałam książki, w której spotkałabym się z narracją samej Śmierci. Zdarzały się Anioły jednak nigdy nie trafiłam na Śmierć, więc jest to ciekawe doświadczenie literackie. Autor wykazał się niewyobrażalną wyobraźnią i pewnego rodzaju ironią podczas tworzenia postaci.

Jest to opowieść o problemach z aklimatyzacją w różnych formach rzeczywistości. Nie zawsze to, czego tak bardzo pragniemy jest lepsze od tego, co mamy obecnie. Oczekiwania a rzeczywistość to zupełnie dwie różne rzeczy. W tej opowieści dogłębnie poznacie, czym jest niezadowolenie, rutyna, odrętwienie, walka dobra ze złem i poszukiwanie odpowiedzi.

"Śmierć, zakon, jeż i demony” to stosunkowo cieniutka książka zapakowana w mroczną okładkę, do której mam mieszane odczucia. Jak już pewnie wiecie, zaliczam się do wzrokowców i lubię nacieszyć oko ciekawym obrazem. W tym wypadku moje gusta nie zostały w całości zaspokojone. Jest mrocznie, kobietka z kosą również wpisuje się w klimat, a nawet pojawia się i słynny jeż. Jednak coś mnie razi, coś mi się w tym obrazie wydaje sztuczne. Za to z treścią jest już całkiem dobrze. Prostota przekazu, wszystko w idealnych proporcjach, nie ma wmuszania w czytelnika zbędnych opisów, treści czy też dialogów. Sam pomysł na fabułę jest również interesujący, a co ważne zrozumiały od początku do końca. Autor nie prowadzi gierek z czytelnikiem - mówi jasno i wyraźnie, o co mu chodzi. Ja dołożyłabym może trochę więcej grozy w wykonaniu, co niektórych uczestników zabawy, ale i tak nie jest źle. Klimat jest ciężki, specyficzny i pesymistyczny. Całą historię spowija pewien rodzaj szarości, ale inny by tutaj nie pasował. Na końcu książki możecie znaleźć listę utworów, którą autor wykorzystał w swojej powieści – jeśli ktoś lubi podobne klimaty to może przesłuchać i wczuć się w klimat. Podsumowując: jest to pozycja ciekawa i zarazem trochę szalona. Może nie każdemu przypadnie do gustu w okresie świątecznym, ale z pewnością warto ją mieć na uwadze. Polecam.

Za zapoznanie się z tą ciekawą historią dziękuję autorowi książki.

środa, 16 grudnia 2015

Tajemnica pani Ming - Éric-Emmanuel Schmitt


wydawnictwo: Znak Literanova
tłumaczenie: Łukasz Müller
tytuł oryginału: Les Dix Enfants Que Madame Ming n'a Jamais Eus
data wydania: 17 lutego 2014
liczba stron: 80

„ To wyobraźnia wyróżnia, wyobraźnia przełamuje pospolitość, powtarzalność, jednolitość. […] tylko wyobraźnia, tworząc fikcję i wymarzone więzi, rodzi coś oryginalnego.”

Z książkami Erica- Emmanuela Schmitta zawsze mam ten sam problem – muszę je przeczytać od razu po zakupie/ lub po otrzymaniu. Tak było i tym razem. Dostałam od Mikołaja dwie książki tego autora i nie mogłam przejść obojętnie obok półki, na których wylądowały. Musiałam wybrać choć jedną i zatopić się w mądrościach, które chciał mi przekazać autor. A tych mądrości znalazłam dość sporo… oczywiście znów w ruch poszły kolorowe karteczki, aby zaznaczyć kilka ciekawych i mądrych cytatów. Mój wybór padł na „Tajemnicę pani Ming” i tak się teraz zastanawiam jak mam, co nieco napisać o tej książce, żeby owej tajemnicy nie zdradzić? Łatwo nie będzie… a zdradzać za dużo, a już szczególnie czyjeś sekrety to nie bardzo wypada. Na początku zdradzę tyle, że jest to książka o sile ludzkiej wyobraźni…
Pani Ming, mądra, serdeczna kobieta, uwielbia opowiadać o dziesięciorgu swoich dzieci. Liczna rodzina zdaje się być jej całym światem. Główny bohater, przyjezdny z Europy, odwiedzający współczesne Chiny, jest zafascynowany jej osobą. Wiedziony ciekawością postanawia odkryć największy sekret pani Ming, dowiedzieć się, co kobieta skrywa za fasadą swoich poruszających, choć niewiarygodnych opowieści.
„Człowiek szlachetny okazuje serdeczność bez poufałości. Prostak okazuje poufałość bez serdeczności.”

Autor stworzył prostą i krótką historyjkę, która ma drugie dno i jest pełna złotych cytatów. Podoba mi się zarówno prostota przekazu, fabuła jak i okładka, która jest ciepła i optymistyczna. Opowieść, którą oferuje nam autor opowiada historię kilku spotkań Francuza, który bywa w Chińskim Grand Hotelu i babci klozetowej, która jest niezwykle mądra, życzliwa i fascynująca. Te krótkie aczkolwiek niezwykłe spotkania mają miejsce w męskiej toalecie, w której króluje pani Ming, bohaterka, której nie da się nie polubić. O czym można rozmawiać w miejscu, do którego król chodził piechotą? O życiu, rodzinie, tajemnicach… Zakosztować można przyjaźni, wrażliwości a przede wszystkim nabrać rozumu, który pokieruje nami, a w szczególności naszym bohaterem.

Nikogo nie zaskoczę, jeśli powiem, że książka nie ma nawet stu stron… autor słynie raczej z krótkich form literackich, przynajmniej ja w swoim zbiorze mam takie, choć widziałam w księgarni o wiele grubsze tomisko i chce je kiedyś upolować. Dzieło, które dzisiaj Wam prezentuje jest nie tylko ciekawe i proste, ale również ładnie wydane. Twarda oprawa dodaje elegancji, a książka mimo swoich małych gabarytów staje się jakby bardziej wyrazista. Domyślam się, że nie każdemu może się spodobać częsta konwersacja w miejscu, o którym wspominałam. Jednak, jeśli ktoś uważa, że jest to banalne i zbyt proste, niech spróbuje napisać podobne opowiadanie, łączące prostotę hotelowej toalety, konwersacje, które są mini opowiadaniami i wpleść w to przekaz, który gdzieś tam trafi do czytelnika.
„Kieruj się uprzejmością, lecz nie oczekuj wdzięczności.”

„Tajemnica pani Ming” to opowieść o iluzji, która ma wielką moc. Może uczynić codzienne życie lepszym, znośniejszym i łatwiejszym do przełknięcia. To także historia o miłości matki do córki i odwrotnie. To kontrast między Chinami a Europą… nakazem posiadania jednego dziecka w jednym kraju, a strachem przed odpowiedzialnością w drugim. Można oszukać panujące zasady? Można stać się ojcem z dnia na dzień? Niewątpliwym atutem tej cieniutkiej książeczki jest wrażliwość, jaką posługuje się autor oraz emocje, dzięki, którym ta prosta historyjka ma w sobie tak wielki przekaz. Moja dzisiejsza recenzja raczej do obszernych się nie zalicza, jednak trudno rozwodzić się na temat tak krótkiego dzieła próbując nie zdradzić szczegółów, a wyrazić swoją rzetelną opinię. Pewne jest to, że i tym razem Eric – Emmanuel Schmitt mnie nie rozczarował. Z każdą kolejną książką uwielbiam jego prosty styl coraz bardziej. Kolejny wieczór, a właściwie fragment został umilony przez prozę tego autora. Jeśli macie ochotę osobiście poznać panią Ming to zapraszam do czytania. Spotkanie będzie udane i myślę, że nie zajmie Wam więcej niż godzinkę, a nawet może i mniej. Idealna lektura na leniwy wieczór…zanim zmęczony pracą (lub robieniem pierników) czytelnik zaśnie.
„Prawda to tylko kłamstwo, które podoba nam się najbardziej…”

sobota, 12 grudnia 2015

Proces diabła - Adrian Bednarek


wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: 28 września 2015
liczba stron: 372

„Żądze odbierają możliwość racjonalnego myślenia i omamiają niczym najsilniejszy narkotyk. Popychają do działań impulsywnych, których efektów nie da się przewidzieć.”

Dzięki Adrianowi Bednarkowi miałam okazję spędzić kilka wieczorów w towarzystwie samego Diabła. To niezwykłe spotkanie utwierdziło mnie w jeszcze większym przekonaniu, jak zawiła i demoniczna potrafi być ludzka psychika. Jest to labirynt, który na każdym kroku może człowieka zadziwić i przerazić. W swoich zakamarkach skrywa on przeróżne bestie i demony, które czasem próbujemy ujarzmić. Jednak nie każdy z nas może się porównać do Diabła, którego ja spotkałam, ani do tych, które on sam spotkał. To elitarna grupa psychopatów – ludzi kiedyś skrzywdzonych i krzywdzących teraz innych. „Proces diabła” to taki labirynt pełen dziwnych istot, przez który poprowadzi czytelnika Kuba Sobański, młody, ambitny, przystojny, czarujący i śmiertelnie niebezpieczny Rzeźnik Niewiniątek.
Morderca zwany Rzeźnikiem Niewiniątek kilka lat temu siał terror na ulicach Krakowa. Sprawił, że ulice opustoszały, a dziewczyny bały się zostawać same w domach. Rozpętał chaos, który uczynił go sławnym na całą Polskę. Ujęty przez policję i skazany na dożywocie, został zabity przez współwięźnia. Teraz jest tylko miejską legendą, mrocznym wspomnieniem, opowieścią służącą ku przestrodze dla nieostrożnych młodych kobiet. Tak uważają wszyscy oprócz mnie… Tylko ja wiem, że Rzeźnik Niewiniątek nigdy nie został złapany, żyje i ma się całkiem dobrze. Widzę jego twarz za każdym razem, gdy spojrzę w lustro. Od kilku lat moja niezwykła potrzeba przegrywa ze strachem przed popełnieniem błędu. Żeby uciszyć mroczne myśli, skupiam się na budowaniu adwokackiej kariery. W Krakowie i okolicach dochodzi do serii rytualnych mordów na prostytutkach. Policja po długich poszukiwaniach w końcu aresztuje podejrzanego. Jestem coraz lepszym prawnikiem, dlatego wkrótce będę miał okazję poznać osobiście Rozpruwacza z Krakowa, jako jego obrońca. Wraz z nim w moje życie wpisze się Ona, wywołując mroczną arię pobudzającą najskrytsze pragnienia.
Gra pozorów, kłamstwa, maski skrywające prawdę o bohaterach, kipiące emocje i prawnicze triki – to czeka na Was w tej historii. Jeśli do tego dołożymy prywatne śledztwo, szaleństwo i pragnienie normalności to dostaniemy interesującą fabułę z równie dobrą narracją. Akcja wciąga czytelnika, emocje i gonitwa myśli dostarczają czytelnikowi wrażeń i przemyśleń. Niecodziennie możemy wcielić się w cień mordercy. Nie każdego możemy prześwietlić na wylot…a przecież nie wiemy, co skrywa sąsiad, przyjaciel, wujek czy znajoma z pracy. Historia, którą stworzył Adrian Bednarek pokazuje jak dobrze ludzie potrafią się kamuflować i we wnętrzu swojego domu walczyć z tym, co ich pożera od środka.

Analizując postać Kuby Sobańskiego możemy zauważyć jak interesującym jest on bohaterem. Autor stworzył niezwykłą fikcyjną postać, która ma dwa oblicza. Czaruś i psychopata w jednym. Pewny siebie mężczyzna kontra skrzywdzony i upokorzony chłopiec. Na co dzień diabeł w masce super kolesia w bogatych garniturach, przemierza ulice Krakowa i zajmuje się pracą, a konkretnie musi wybronić swojego klienta przed więzieniem. Warto dodać, że klient jest oskarżony o zabicie kilku prostytutek i to w niezwykły sposób. Powiecie „trafił swój na swego” i to samo pomyślałam ja. Jednak w pewnym momencie dla młodego prawnika opętanego przez demony, żądne świeżej krwi klona Klary kariera przestaje być na pierwszym miejscu. W umyśle tak skażonym i mrocznym toczy się walka, rodzą się dylematy i powstaje plan, który ma go uwolnić od demonów.

„Proces diabła” to kontynuacja losów Kuby Sobańskiego znanego czytelnikom, którzy mieli okazję czytać „Pamiętnik diabła”. Ja się do tych osób nie zaliczam, więc jak dla mnie to nowość, a to, że jestem do tyłu z częścią pierwszą jakoś bardzo mi nie przeszkadzało. Były jednak momenty, w których wiedza nabyta w „Pamiętniku…” byłaby przydatna, a tak stopniowo musiałam dowiadywać się, co i jak. Pewnie to i tak kropla w morzu literackim… W każdym razie „Proces diabła” zaintrygował mnie, a zakończenie narobiło smaczku na kontynuację. Zresztą nie wyobrażam sobie, żeby nie było kolejnego tomu. Podobno „Proces…” jest lepszy niż „Pamiętnik”, więc trzeba to będzie w przyszłości sprawdzić.

Zastanawialiście się kiedyś, co siedzi w głowie seryjnego mordercy? Co sprawia, że wybiera konkretnie takie ofiary? Wybierając książkę Adriana Bednarka macie świetną okazją, aby poszukać odpowiedzi na nurtujące Was pytania. „Proces diabła” to nie jest zwykły thriller z dobrze rozbudowanym wątkiem psychologicznym. Jest to niezwykle wnikliwa interpretacja ludzkiej psychiki, która szokuje i intryguje jednocześnie. To książka, która zainteresuje miłośników tego typu literatury i myślę, że czytelnik nie będzie żałował ani minuty spędzonej w towarzystwie Kuby Sobańskiego. Ja jestem pod dużym wrażeniem twórczości Adriana Bednarka i tym samym po raz kolejny przekonałam się, że warto stawiać na Naszych autorów. Po co szukać gdzieś daleko jak ma się ciekawe propozycje z „naszego podwórka”?! Tak więc, jeśli chcecie komuś zrobić prezent pod choinkę to proponuję sięgnąć po tę propozycję, a najlepiej kupić pakiet obu książek i tym samym zrobić miłą niespodziankę miłośnikowi thrillerów!

Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania książki

czwartek, 3 grudnia 2015

Klin - Joanna Chmielewska


wydawnictwo: Olesiejuk
data wydania: 2014
liczba stron: 240

„Doprawdy, niecodzienny galimatias!”

Było już dobrze po północy, sen nie chciał nadejść, a ja nie miałam zamiaru gapić się w biały sufit ani tym bardziej liczyć stada baranów. Jedyne rozwiązanie to dobra książka. Pytanie tylko jaka? W tym celu wyskoczyłam z łózka i zlustrowałam szybkim spojrzeniem moje białe półeczki – skarbnicę przygód. Mój wzrok zatrzymał się na wydaniach kieszonkowych, a konkretnie na twórczości Joanny Chmielewskiej i od razu wiedziałam, co umili mi noc. Wybrałam malutką, cieniutką książeczkę o niepozornej okładce i czteroliterowym tytule „Klin”. Opis książki utwierdził mnie w przekonaniu, że to właściwy wybór. Udałam się więc z moją zdobyczą do cieplutkiego łóżeczka. Już po kilku przeczytanych stronach wiedziałam, że czas spędzony na lekturze „Klina” nie będzie czasem straconym.
Co powinna zrobić Joanna, skoro ukochany się nie odzywa, a ona długie godziny spędza przed telefonem, czekając na dzwonek? Najlepiej klin klinem! Ale czy rzeczywiście odpowiedni, lekarstwem na starą miłość będzie nowa? Zwariowana i nieobliczalna pani architekt w wyniku niesłychanych perypetii wplątuje się w iście szpiegowską intrygę. A wszystko zaczyna się od telefonicznej pomyłki, po której następuje lawina sensacyjno – komediowych zdarzeń…
Pierwszy raz miałam okazję czytać książkę, w której głównym rekwizytem jest telefon. A rozmowy telefoniczne odgrywają tak kluczową rolę i są tak zabawne, energetyczne, śmieszne i tajemnicze. Okazuje się, że taki wynalazek może urozmaicić człowiekowi życie – w tym przypadku kobiecie. Konkretnie to Joannie Chmielewskiej, szalonej i oryginalnej pani architekt, która odchodząc od zmysłów miała okazję prowadzić niecodzienną aczkolwiek dużo obiecującą rozmowę z pewnym panem. Ten męski osobnik był właścicielem nieziemskiego głosu, psa oraz tajemnic. Tajemnic, które nasza zwariowana bohaterka próbuje rozwiązać, co w konsekwencji wplącze ją w wir niecodziennych zdarzeń.

„No jeśli nie znajdę go, mając taki punkt zaczepienia, to nie warto było mnie karmić w kołysce!”

Do napisania tej powieści zainspirowały autorkę wydarzenia z własnego życia. Był pewien Janusz, w którym zakochała się bez pamięci. Szukając sposobu, chcąc dowiedzieć się czy przebywa on w Warszawie, zatelefonowała do swojej koleżanki, aby wciągnąć ją w swój konspiracyjny plan. Podczas dyskusji koleżanek, włączył się do rozmowy pewien mężczyzna – czyli tak jak w powieści - następnie zaintrygowana autorka postanowiła się dowiedzieć, kim ten mężczyzna jest – czyli kolejny wspólny mianownik. Następnym ogniwem łączącym prawdę z fikcją literacką jest fakt, że autorka wówczas zajmowała się pracą architekta. Wątki realistyczne wpływają korzystnie na fabułę i dodają jej charakteru oraz realizmu.

Książkę czyta się szybko, a wszelkiego rodzaju pomyłki i wydarzenia wprowadzają czytelnika w przyjemny stan i niekiedy również w zdumienie. Język, jakim posługuje się narratorka jest potoczny i barwny. Postaci nie jest tutaj dużo, z wyjątkiem Januszów, a znajdziemy ich tutaj kilku. Niewątpliwie mocnym atutem tej historii jest tak naprawdę główna bohaterka, którą chciałoby się nazwać „stukniętą” i niesamowicie pozytywną. To kobiecy gejzer, który lubi ryzyko i nocne telefony. Wytrwała kobietka z charakterem, która jest gotowa zadzwonić na milicję, chcąc dowiedzieć się na ile może sobie pozwolić albo czy już sobie pozwoliła, aby nagiąć taki i taki paragraf. Nie da się nie lubić tej babki… Fabuła jest interesująca, jednak nie jest jakoś wybitnie oryginalna. Niekiedy czułam nawet pewien niedosyt, jeśli chodzi o ten wątek szpiegowski. Dynamika jest tutaj kolejnym plusem jednak powtarzające się telefony i niedomówienia mogą niekiedy irytować, albo dziwić.

Dzieło Joanny Chmielewskiej mogłabym ocenić jednym zdaniem i to w dodatku cytując jej własne słowa! Użyłabym do tego celu cytatu, który rozpoczyna moją recenzję. Ta książka to jeden wielki galimatias. To wulkan energii i niesłychana komedia pomyłek. To idealna lektura na nocną bezsenność i lepsze zastępstwo niż stado owiec, baranów czy osłów ( i to razem wziętych!). Jest lekka, zwariowana, zabawna a co istotne nocną porą może lekko znużyć chaosem i szybkością wydarzeń! Idealna prawda? Do tego moja wersja kieszonkowa jest filigranowych rozmiarów, więc i pod poduszkę można ją włożyć, w głowę się nie wbija ani nie wadzi. Skoro już mowa o gabarytach to i do damskiej torebki wejdzie bez problemów (chociaż w naszych torebkach potrafi się zmieścić naprawdę dużooo). „Klin” to pierwsza debiutancka powieść autorki, zekranizowana przez Jana Batorego pod tytułem „Lekarstwo na miłość”. Przyznam, że nie jest to gruby kaliber literacki, jednak na pewno dobra komedia z wątkiem szpiegowskim. Jest to książka, która ma oderwać czytelnika i zarazić go dobrym humorem oraz pozytywnym szaleństwem i taką rolę spełnia idealnie. Jeśli będziecie potrzebowali literackiego tornada z telefonami, zagadkami i Januszami w tle to polecam. „Klin” to powieść, przy której najlepiej nie myśleć zbyt wiele.


„Oj, w ogóle nie przesadzajmy z tym myśleniem!”

wtorek, 1 grudnia 2015

Człowiek z sową - Robert Nowakowski



wydawnictwo: Videograf
data wydania: 8 kwietnia 2015
liczba stron: 256

„[…] nie ma ludzi o duszy czarnej i białej, jest tylko czarna i szara.”

Czerń i odcienie szarości, to barwy, które otoczyły mnie na kilka godzin, szczelnie jak kokon. Za każdym razem, gdy zostawiałam swoją codzienność na progu książki Roberta Nowakowskiego, towarzyszył mi ten duet. To zespolenie barw widoczne jest już od samego początku. Od momentu, w którym zapoznajemy nasz wzrok z okładką. Czerń i szarość przeplata się z bielą i nutą ciepłego złota z brązem. „Człowiek z sową” to opowieść o niekrystalicznych duszach, o ludziach noszących maski i czasach nakreślonych gwałtownymi i ciemnymi pociągnięciami węgla.
Pełna ironicznego humoru i metafizycznego tła historia czwórki lwowian, w przeszłości blisko związanych z Urszulą, piękną dziewczyną, która ginie w czasach okupacji. Ich losy, rozdzielone przez wojnę splotą się na powrót w skomunizowanym Krakowie w dramatycznych okolicznościach. Czy morderstwo Uli sprzed lat może mieć związek z niewyjaśnionymi zabójstwami esbeckich funkcjonariuszy ? Obserwatorem wydarzeń jest Michał – obdarzony pewnym specyficznym fizycznym mankamentem, z uporem odmawia włączenia się życie w świecie socjalizmu. Z natury niezaangażowany, z pozoru bez poglądów, nie uniknie jednak starcia z rzeczywistością… Czy Michał będzie w stanie stawić czoło zbrodni sprzed lat i odzyskać dawną miłość?
Historia, którą stworzył Robert Nowakowski została podzielona na prolog, XXXIV główne rozdziały oraz podrozdziały. Zaczyna się w latach 1938 – 1940 i prowadzi nas po meandrach wydarzeń i miejsc, aż do roku 1981. Lwów to miejsce, w którym rozpoczynamy swoją przygodę z głównym bohaterem, chłopcem naznaczonym przez skrzydła. Romantycznym garbusem, który pragnie żyć w spokoju, nikomu nie wchodząc w drogę. Z pozoru dziwak, słabe ogniwo, kaleka, a dla rodziny głupek. Postać silna moralnie i wzbudzająca sympatię (nie mylić z litością). Michał, – bo tak ma na imię – otoczony jest przez duchy, anioły i inne zjawiska. Z czasem Lwów zamieniamy w Kraków, który dotyka komunizm i zemsta z przeszłości. Przez te wszystkie lata nasz bohater oraz osoby z jego otoczenia muszą borykać się nie tylko z zawieruchami politycznymi, ale również z własną codziennością, szarością, tęsknotami oraz strachem.

Przyznam się, że książka mnie zaskoczyła. Spodziewałam się czegoś zupełnie innego niż dostałam. Już sam początek wywołał szok i zamęt. Wniknięcie do tej historii nie było łatwe, a zmieniające się postacie i miejsca tworzyły migawki, które mnie dekoncentrowały. Jednak z każdą przeczytaną stroną było coraz lepiej. Odnalazłam swoje miejsce wśród bohaterów, duchów i uliczek Krakowa. Całość jest klimatyczna, chwilami zabawna i przepełniona ironią. Pomysł na fabułę jest ciekawy, jednak nie spodziewajcie się, że akcja pędzi jak szalona. Mimo upływających lat, zmieniających się miejsc i bogatej gamy postaci można poczuć coś na kształt ospałości, powolnego rytmu, który wywołuje refleksje. Pomimo trudnego początku, całość oceniam pozytywnie. Trzy czwarte książki, a szczególnie zakończenie, zrekompensowało mi początkowe zgrzyty. Jeśli chodzi o styl i język… prostota, zapożyczenia językowe i zabawa słowem. To wszystko miesza się razem i wprowadza nas chwilami w klimat melancholii by za chwilę przenieść do wulgarnej kłótni małżonków. Uwielbiam prozę poetycką, więc takie ozdobniki i zabawa słowem jak najbardziej oceniam pozytywnie. Szkoda tylko, że wątek kryminalny nie był bardziej rozbudowany, gdyż chętnie wniknęłabym głębiej w temat zemsty.

Słów kilka o autorze… Robert Nowakowski urodził się w 1978 roku w Bydgoszczy i tam też skończył szkołę średnią. Studiował prawo w Toruniu, jednak obecnie nie pracuje w zawodzie. Pisanie traktuje jako hobby, zdecydowanie więcej czasu poświęca na czytanie dzieł innych autorów, niż tworzenie swoich własnych. Jego ulubieni pisarze to: Graham Greene, Zadie Smith i słabo znany u nas Michael Chabon. Jeśli zaś o muzykę chodzi to na pierwszym miejscu jest zespół The Waterboys, a zaraz po nim Leonard Cohen, którego utwory brzmią równie dobrze w kobiecym wykonaniu. Nie ma oporów, aby mówić o sobie, chociaż gdyby miał wybrać motto opisujące jego postawę, padło by na: „wolę mówić o książkach, niż o sobie”. Razem z żoną, synkiem oraz 5 letnim psem (Golden Retriever) zaszył się na idyllicznej wsi pod Krakowem, gdzie pracuje nad kolejną książką. Co tym razem autor szykuje dla swoich czytelników ? Powieść współczesną, pozbawioną wątków historycznych oraz eksperymentów literackich. Bez czego nie przeżyłby dnia? Nie potrafi przeżyć dnia bez filiżanki kawy, spaceru z psem i dobrej książki.

„Człowiek z sową” to podobno „hipnotyzująca powieść kryminalna o przeszłości, miłości i zbrodni” jak dla mnie to powieść obyczajowa z wątkiem fantastycznym, miłosnym, historycznym i kryminalnym. Przy czym tego ostatniego było niewiele. Hipnotyzująca jest natomiast okładka, zaprojektowana przez Asię Jedlińską. Dawno już nie widziałam tak prostego, a zarazem interesującego połączenia, które cieszy oko i nawiązuje do treści. Ptak patrzy, przenika i widzi szarą postać, człowieka, duszę ukrytą w ludzkich konturach. Autor w książce pokazał siłę swojej wyobraźni tworząc niesamowitą opowieść utkaną z dylematów moralnych, strachu, zemsty, ironii oraz doskwierającego uczucia niespełnienia. Swoich bohaterów rzucił na głębokie wody okresu wojennego i rodzącego się PRL –u. Filozofia połączona z trudami egzystencji. Z ludzką „nieczystością” i chęcią przeżycia. Jest to historia prosta i trudna zarazem, otoczona szarością. Dzieło Roberta Nowakowskiego mogę polecić miłośnikom tego typu klimatów. Czytelnikom, którzy lubią literackie wyzwania, historie nie zawsze proste, ale refleksyjne. A także tym, którzy nie boją się połączenia fantazji z lekcją historii.

„Nasza cisza, bo milczymy w tym mieście, nasza cisza ginie w szumie skrzydeł, w świście smyczków, w powietrzu zatrutym winem i cygarami, w horyzoncie zburzonym przez wzgórza, w rozmachu cesarskiej ceremonii. Brzegi skuły wodę, grube kreski ciała krzyczą o uczuciach, mieszczka lamentuje nad zdradą, chce najgorszego dla najdroższego, a potem mu wybacza, całuje zimnymi palcami.”

Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania książki

sobota, 28 listopada 2015

Misja: Rodzinka - John-Paul Flintoff, Hariett Green


wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
tłumaczenie: Ewa Elżbieta Nowakowska
data wydania: 18 listopada 2015
liczba stron: 216

„Rodzina stanowi, na każdym możliwym poziomie, łącznik z naszą przeszłością i most do naszej przyszłości.”
Alex Haley

Macie ochotę zatrzymać się na jakiś czas i spojrzeć za siebie? A może zwyczajnie cofnąć czas i znów wylądować na dywanie w salonie, w swoich ulubionych ogrodniczkach z kaczuszką i bawić się z bratem/ siostrą? Mnie jesienią niestety dopada melancholii. Czas świąteczny, który powoli zaczyna rozkwitać, także obfituje w ciepłe wspomnienia, a przy tym uświadamia nam jak szybko się starzejemy. Właśnie w takich momentach nachodzą mnie wspomnienia z czasów dzieciństwa, wyświetlają mi się filmy z przeszłości i chciałabym się choć na chwilę cofnąć i przeżyć to i owo jeszcze raz. Nie stracić tego wszystkiego, co jest tak cenne. Innym takim motorem napędowym moich myśli są książki, które opowiadają rodzinne historie, tajemnice i tym podobne. Ostatnio miałam okazję czytać niesamowitą sagę rodzinną „Dziedzictwo”, która dała mi co nieco do myślenia na temat mojej rodziny i korzeni. Dlatego też byłam zainteresowana kreatywną książką, która nie tylko umili mi czas, ale również zaspokoi głód wspomnień. O czym konkretnie mówię? O niepozornej niebieskiej książeczce, która sama w sobie jest misją do wypełnienia!
Zastanawiasz się, jakie tajemnice skrywa dziadek ze strony matki? Myślisz czasem o wstydliwej miłości ciotecznej prababki, na którą wszyscy spuszczają zasłonę milczenia? Chciałbyś wiedzieć, jak rozpoczął się ognisty romans rodziców? A może bezskutecznie próbujesz odnaleźć smak powideł ze śliwki robionych przez babcię? Ta książka pomoże ci odkryć rodzinne tajemnice i zbudować niezwykły album, pamiętnik rodu, który z pewnością stanie się kiedyś niebanalnym źródłem historycznym i skarbnicą wspomnień o przodkach dla przyszłych pokoleń.
O tym co was czeka… Tak w pigułce na zachętę!

- Tworzenie drzewa genealogicznego
- Opisywanie lub rysowanie Waszych wspomnień
- Odszukanie rodzinnych przepisów i ulubionych dań
- Wyjątkowe osiągnięcia Waszych bliskich
- Pisanie listu do przyszłego pokolenia, a także do kogoś z kimś straciliście kontakt, lub do kogoś kto już nie żyje
- Miłosna mapa rodziców
- Rodzinne zagadki
- Świadectwo pojednania

To tylko kilka przykładów. Zadań jest zdecydowanie więcej i tylko od Was zależy jak sprostacie temu wyzwaniu.


 



„Misja: rodzinka” to kreatywny wehikuł czasu, dzięki któremu świetnie spędzicie czas. W tej książce znajdziecie mnóstwo zadań, które nie zawsze okażą się takie proste. Gdy ja buszowałam po stronicach tej książki, to nieraz łapałam się za głowę, gdyż nic od razu nie przychodziło mi do głowy. Niewątpliwie trochę czasu trzeba sobie zagospodarować na uzupełnienie tych wszystkich zadań. Myślę jednak, że wysiłek się opłaci, gdyż stworzenie swojej rodzinnej kroniki to fajna sprawa. Przyda się w przyszłości, gdy będziecie chcieli wrócić do niektórych faktów, podczas wieczorów wspominkowych. Przygotujcie się na rysowanie, pisanie, wklejanie i przepytywanie najbliższych. Myślę, że taka książka będzie fajnym upominkiem dla kogoś nam bliskiego. Tym bardziej, że książka jest ładnie wydana i uzupełniona cytatami. Jeśli miałabym wybierać między podarowaniem komuś tej książki, a na przykład „Zniszcz ten dziennik” od razu wybieram „Misję: rodzinkę”. Moim zdaniem ta propozycja jest praktyczniejsza i sensowniejsza. Chcecie pobawić się w detektywów? Miło spędzić czas i zrelaksować się odświeżając swoją pamięć to zapraszam do zabawy! Ja swój egzemplarz już zaczynam uzupełniać…jak na razie wynalazłam ususzone kiedyś liście i kwiaty, które nawiązują jakoś do mojego dzieciństwa. Stopniowo uzupełnię całość, w końcu nikt mnie nie goni!

„W każdym z nas mieszka tęsknota za domem, za bezpieczną ostoją, w której możemy być całkowicie sobą i nikt tego nie poda w wątpliwość.”
Maya Angelou

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Literackie

czwartek, 26 listopada 2015

Zanim się pojawiłeś - Jojo Moyes


seria: Leniwa Niedziela
wydawnictwo: Świat Książki
tytuł oryginału: Me Before You
data wydania: 11 września 2013
liczba stron: 384

„[…] pomóc można tylko komuś, kto tego chce…”

Historie zabawne, romantyczne, mrożące krew w żyłach, zagadkowe, uzależniające, frustrujące, zostające w pamięci, przenoszące do innej czasoprzestrzeni oraz te, przy których wylewam strumienie łez. Przeczytałam wiele książek i każda na swój sposób jest wyjątkowa, ale nie każda rozwala mnie emocjonalnie. Gdy już zdarzy się coś takiego, to jestem jak emocjonalna galaretka z czerwonym nosem, zapuchniętymi i mokrymi od łez oczami. Tak też się stało i tym razem… „Zanim się pojawiłeś” Jojo Moyes to książka, która mną zawładnęła. Która roztrzaskała mnie na drobne kawałeczki. Dała kopa moralności i utartym schematom.
Jest wiele rzeczy, które wie Lou Clark. Wie, ile kroków dzieli przystanek autobusowy od jej domu. Wie, że lubi pracować w kawiarni Bułka z Masłem i że chyba nie kocha swojego chłopaka Patricka. Lou nie wie jednak, że za chwilę straci pracę, ani tego, że przy zdrowych zmysłach trzyma ją wyłącznie wiedza o tym, co się wydarzy. Will Traynor wie, że wypadek motocyklowy odebrał mu chęć do życia. Wszystko wydaje mu się teraz błahe i pozbawione kolorów. Wie też, w jaki sposób to przerwać. Nie ma jednak pojęcia, że znajomość z Lou wywróci jego świat do góry nogami i odmieni ich oboje raz na zawsze.
„Zanim się pojawiłeś” to kolejna propozycja ze znanej serii Leniwa Niedziela. Znajdziecie w niej książki, które często poruszają trudne i niewygodne tematy. Wtopione są one w historie śmieszne, romantyczne, melancholijne, optymistyczne, wzruszające lub zwyczajne. Miesza się w nich fikcja literacka z prawdziwym życiem. Tylko, że to życie ubrane zostało w zgrabne słowa, zdania aromatycznie pachnące i obrazy, które nadają się do wyświetlenia w kinie. Tak też jest i tym razem. Ta powieść zabrała mnie do małego miasteczka oddalonego o kilka godzin jazdy od Londynu. Miasteczka, którego atrakcją turystyczną jest zabytkowy zamek, otoczony ogrodami i labiryntem. A wszystko to wpisane w aurę pogodową typową dla Wielkiej Brytanii. Na kartkach tej książki, w tym miasteczku, które może okazać się nudne, zwyczajne i klaustrofobiczne spotkałam moją rówieśniczkę. Lou Clark, która ma ze mną trochę wspólnego - może z wyjątkiem garderoby i kilku innych rzeczy. Jest to osoba młoda, która uważa się za zwyczajną i skrywającą przykry sekret z przeszłości. Mieszka z rodziną, której finansowo się nie przelewa, więc utrata pracy to cios, który odczuje podwójnie. Pewnego dnia na jej drodze staje Will, który został sparaliżowany po wypadku motocyklowym. Uszkodzenie kręgów C5/6 sprawiło, że jest uzależniony od innych, a jego życie nie przypomina już tego przed wypadkiem. Nie ma nadziei na poprawę jego stanu. Żyje jak samotnik, schowany pod brodą, niechlujną fryzurą i powłoczką oziębłości, a nawet arogancji. 

Pół roku…szczęść miesięcy…walka o każdą godzinę, minutę, sekundę. Młoda dziewczyna robi wszystko, aby pokazać Willowi, że może czerpać z życia nawet w jego obecnym stanie. Próbuje zarazić go optymizmem, nadzieją, siłą, a nawet miłością. Oboje mają na siebie duży wpływ, jedno w jakiś sposób pomaga drugiemu. Razem przechodzą życiową metamorfozę, która mimo wszystko nie jest usłana różami.

Jojo Moyes w swojej książce szokuje, wzrusza, wywołuje uśmiech i daje jakąś nadzieję. Postawiła swoje postacie przed trudnymi wyborami. Uderzyła prawym sierpowym i dała oczyszczenie, którego tak potrzebowali. Stworzyła walkę życia ze śmiercią. Człowieka z chorobą. Miłości z barierami. Pokazała jak ludzie reagują na osoby dotknięte przez los… odstające od całej reszty. Czytając zastanawiałam się jak ja bym zachowała się na miejscu Lou. Jak przyjęłabym do wiadomości decyzje o zakończeniu życia przez kogoś mi bliskiego. Nie mogłam sobie tego wyobrazić. Postawiłam się na miejscu bohaterów, podglądałam, czekałam i analizowałam. Można kogoś zmusić do życia, kiedy nadzieja się wypaliła? Kiedy życie to nie życie? Co wolno a czego nam nie wolno? Czy życie, które przypomina umieranie to prawdziwe życie? Moralność czy szczęście kogoś bliskiego? Wolność czy kajdany nieuleczalnej choroby?

„Zanim się pojawiłeś” to niezwykła historia, przy której się dosłownie poryczałam. To nie było pochlipywanie. To były strumienie łez, przez które ledwo widziałam tekst. To wstrząsająca lektura o miłości, która nie jest wstanie pokonać woli śmierci. To odważny głos w sprawie eutanazji na własne życzenie. Samobójstwa, które ma uwolnić człowieka od nieszczęścia. Ciało, które stało się skorupą. To wybór, który ma człowieka wyzwolić z koszmaru, jakim jest życie w beznadziei. To kolejny trudny temat – tabu – który wzbudza kontrowersje, emocje, szok, złość i niezrozumienie. To historia, która opisuje przyjaźń, miłość, walkę, metamorfozę i szczęście w nieszczęściu. To pół roku, które odmieni życie bohaterów. To łzy, uśmiech, ciepło i uczucie porażki. To także pełna gama postaci, a wśród nich duet, który czytelnik pokocha i zapamięta. Przeczytałam już kilka książek z tej serii, ale żadna nie doprowadziła mnie do aż takich emocji! Od książki nie mogłam się wręcz oderwać. Chłonęłam widoki, pielęgnowałam nadzieję na szczęśliwy koniec. Dopingowałam Lou w walce o najwyższą stawkę, jaką jest życie. Ta historia to pełna paleta barw i emocji. To jedna z lepszych książek, jakie czytałam. Do tej pory czuje dreszcze, a łzy czają się gdzieś w kącikach. Jeśli już zdecydujecie się na tak żywą powieść, to apeluję żebyście pamiętali o chusteczkach i to najlepiej całym pudełku! Życie jest jedno… Życie jest próbą… podróżą… walką… snem…bywa też tragedią…goryczą i słonym posmakiem łez…

„Człowiek zawsze czuje się dziwnie, kiedy musi wyjść ze swojej wygodnej norki.”

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Kiedyś przeczytam
Klucznik

środa, 25 listopada 2015

Kłamstwo doskonałe - Sara Shepard


cykl: The Lying Game (tom 4)
wydawnictwo: Otwarte
tłumaczenie: Mariusz Gądek
tytuł oryginału: Hide and Seek
data wydania: 10 września 2014
liczba stron: 304

Zastanawiam się jak zacząć swoją recenzję. Kalkuluję jej objętość i coś czuję, że nie będzie ona jakoś mega obszerna. Tak to już jest z kontynuacjami, a już szczególnie z tymi dobrymi. Po raz kolejny wracam do serii The Lying Game. Tym razem padło na „Kłamstwo doskonałe”. Przyznam się, że w tym momencie mam mieszane uczucia, galop myśli i otępiająca bezradność za plecami. Czyżby ta część mnie zawiodła? Zdecydowanie nie. Skąd więc ten chaos w mojej głowie? O tym kilka słów później…
Żyłam w przekonaniu, że moja rodzina jest bliska ideałowi, jednak okazało się, że jest zupełnie inaczej. Moi rodzice strzegą sekretu, który może mieć związek z moją śmiercią. Jak daleko się posuną, by prawda nie wyszła na jaw? Mnie już nikt nie skrzywdzi, ale jest przecież Emma… Jeśli nie będzie ostrożna, historia może się powtórzyć.
Wszystkie tomy, które miałam okazję przeczytać zawierały w sobie to samo, a mianowicie, intrygi, kłamstwa, tajemnice i szerokie grono podejrzanych. Jedyne, co się w kolejnych częściach się zmieniało to podejrzani, których Emma wpisywała na swoją listę potencjalnych morderców lub ich wykreślała. Taki kalejdoskop imion i okoliczności. Im głębiej wnikamy w tę historię tym więcej szczegółów odkrywamy i robi się coraz ciekawiej. Tak też było w tym konkretnym przypadku. Napięcie rośnie z każdą przeczytaną stroną, a autorka podtyka nam pod nos konkretnego podejrzanego i tym razem jest to grubszy kaliber. Tak na dobrą sprawę to podejrzanych jest dwóch (dwoje), jednak tylko jeden wydaje się osobą zdolną do morderstwa, tym bardziej, że coś ukrywa i dziwnie się zachowuje. Wiedziałam już, czego mogę się spodziewać po autorce, więc nie dałam się do końca wywieźć w pole. Jednak w klimat wciągnęłam się dość mocno. Ta część jest jakby przełomowa. Dowiadujemy się ciekawych faktów, które mnie zszokowały. Nawet, jeśli spodziewałam się czegoś, to na pewno nie tego, co zostało mi w tej części zaprezentowane. Niestety nie mogę i nie chcę zdradzić nic więcej. Wydaje mi się, że ta część jest najlepsza, a zakończenie pobudza wyobraźnię i zostawia na skórze lekki dreszczyk emocji.

Narratorką nadal jest duch Sutton, który wszystko obserwuje i w międzyczasie próbuje sobie samej i nam pokazać to, czego nie wiemy. Te przebłyski wspomnień, wizje czy jak to tam nazwać może są pomocne, jednak mam wrażenie, że jest ich chyba mniej niż w poprzednich częściach. Mniej jest również dziewczęcych wygłupów i złośliwości, do jakich zdolne są dziewczyny znane czytelnikom z poprzednich części. Tutaj skupiamy się na Emmie, jej śledztwie, emocjach i rodzinie. Nie zabraknie również wątków miłosnych, a także przystojniaków takich jak Ethan czy Thayer. Skoro mowa o przystojniakach to i o zazdrości siostrzanej wypadałoby wspomnieć…

Kto zabił Sutton? Kto miał motyw? Tym razem znów tylko poszlaki, domysły i nerwy… ale również ciekawe zagadki rodzinne.

Na wstępie napisałam, że po raz kolejny zabrałam się za serię The Lying Game, a teraz dodam, że również po raz ostatni. „Kłamstwo doskonałe” to ostatni tom, który został wydany na naszym rynku wydawniczym. Stąd też ten chaos w mojej głowie, moja złość i bezradność. Jestem zaskoczona, gdyż to naprawdę ciekawa seria i to nie tylko dla młodzieży. Lekka, przyjemna i z ciekawą fabułą. A w dodatku urywa się w ciekawym momencie! Jestem rozczarowana, że nie mogę od razu pobiec do księgarni i kupić pozostałych części. Chciałabym się dowiedzieć, kto zabił Sutton, co dalej będzie z Emmą i czy moje domysły są słuszne. Sara Shepard słynie z wielotomowych historii takich jak „Pretty Little Liars”, której nie czytałam i jak na razie nie zamierzam (chyba nie mam ochoty na aż taką ilość tomów). Swoją drogą zastanawiam się jak można wymyślić aż tyle książek na temat śmierci jednej nastolatki?! Zwykłe lanie wody czy stopniowe tworzenie napięcia i łamigłówka nadająca się dla Holmesa? Trudno określić… Myślę, że można było się zmieścić w tych czterech tomach i darować sobie pozostałe dwa, jednak widocznie autorka widziała to zupełnie inaczej. Szkoda tylko, że na tym moja przygoda kończy się z Emmą / Sutton i jej paczką. Nie pozostaje mi nic innego jak przełknąć tę gorycz zawodu i liczyć na to, że ktoś, kiedyś postanowi wznowić wydawanie tej serii. Tym bardziej, że ma potencjał i potrafi wciągnąć czytelnika…

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Kiedyś przeczytam
Czytam opasłe tomiska
Klucznik

poniedziałek, 23 listopada 2015

Korpokracja - Paweł Śmieszek [EBOOK]


wydawnictwo: e-bookowo.pl
data wydania: 11 września 2015
liczba stron: 736

„Jeśli nie wiesz, o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze…”

Tym razem mam ciekawą propozycję dla wszystkich miłośników ebooków o odważnej tematyce. Ja sama właśnie zmierzyłam się z ciekawym aczkolwiek niełatwym wyzwaniem literackim. Pierwszy raz w swoim życiu sięgnęłam po thriller polityczny. W świat wielkiej polityki i to w Amerykańskim wydaniu zabrał mnie Paweł Śmieszek w swojej książce „Korpokracja”. Tym razem będzie o oskarżeniach, ostrzeżeniach i poszukiwaniu faktów.
Jest styczniowy poranek 2001 roku. Jerry budzi się z potężnym kacem. Przez pulsujący ból głowy, przedziera się obraz ubabranych krwią ubrań i ściany obskurnego motelowego pokoju. Nie pamięta, jak się tam znalazł. Nie wie, czyją krew ma na sobie. Wie tylko, że musi się stamtąd wydostać. Czuje to każdą komórką ciała.
Jak możecie wywnioskować z opisu zaczyna się całkiem ciekawie. I tak też faktycznie jest. Autor podtyka nam pod nos faceta, który nie wie, gdzie jest, kim jest, ani z jakiego powodu wciągają go do furgonetki jakieś zbiry. Razem z Jerrym/ (nie) Jerrym musimy się dowiedzieć, o co tutaj chodzi. Historia opisana przez autora zaczyna się ciekawie, aczkolwiek niewinnie. Wprowadza nas do świata bohatera, który najwidoczniej nie jest ani ideałem, bogaczem, ani też stałą częścią jakiejś rodziny. Jest kimś, kto najwyraźniej ma kłopoty i teraz musi sobie wszystko przypomnieć. Książka składa się z dwóch części. Pierwsza opisuje wydarzenia po amnezji, a druga przed. Szczerze mówiąc pierwsza część spodobała mi się dużo bardziej. Chętnie kontynuowałabym ten wątek i żałuję, że autor nie zdecydował się go bardziej rozszerzyć. Bardziej skupił się na tej drugiej części, w której poznajemy losy dziennikarza Jerrego, który dość ma rutyny, szarości, stagnacji i pisania tego, co mu każą. Ja bym go zaliczyła do przeciętnej postaci, która niczym szczególnym się w życiu nie popisała. Zarówno w życiu prywatnym jak i zawodowym. Co z tego, że jest potencjał, jak nie ma się siły przebicia… Oczywiście dziennikarz narażony jest nie tylko na rozpoznawalność, dystans innych ludzkich osobników, ale również i agresję. Stąd też różne kłopoty, a że ciekawość i upór biorą czasem górę, to tych kłopotów przybywa. Pewnego dnia nasz główny bohater postanawia napisać książkę, w której ukaże prawdziwe obliczę polityki i tych, którzy kryją się w jej cieniu.


„Nikt nie widzi, co kryje się za krawędzią. Nikt nie przeczuwa, że jego potomstwo skazane będzie na beznadziejną walkę o przetrwanie.”

Paweł Śmieszek w swojej książce wprowadza czytelnika w świat korupcji, wpływów, tajemnic zamiecionych pod dywan i ryzyka, jakie wiąże się z wyjawieniem tego na światło dzienne. Na tle realnych wydarzeń, autor tworzy historię odważną i dającą do myślenia czytelnikowi. Czytelnik będzie uczestnikiem kampanii wyborczej, poszuka haków na przyszłego prezydenta, poszpera w przeszłości… zahaczy o Wietnam, a nawet i o Auschwitz i szalonego doktorka. Jest to historia, o odwadze i szaleństwie zarazem. O fobiach, nałogach, słabościach, ale także o dążeniu do prawdy i walce. Jest to książka, która opisuje chorobę cywilizacji, która rozprzestrzenia się coraz bardziej. To „epidemia”, która produkuje coraz więcej głupców…

„Korpokracja” to mieszanka dziennikarskiego wyzwania, ambicji i problemów, z jakimi boryka się wielka polityka. Pieniądze, władza, biznes i wpływy. Jeśli do tego dołożymy nietuzinkowego głównego bohatera, który nie razi swoją kryształową osobowością to już jest dobrze. Myślę, że pozostałe postacie również są ciekawie wykreowane. Sam pomysł na fabułę wydaje się ciekawy oraz odważny. Autor w sposób obrazowy nakreśla czytelnikowi, otoczenie, postacie oraz wszelkie powiązania problemy, które otaczają Jerrego. Słownictwo oraz ilość podawanych informacji może być niestety momentami przytłaczające dla niegustującego w polityce czytelnika. Niektóre rozmowy między bohaterami ciągną się dłuższą chwilę, co jak wiadomo jednych zadowoli, a innych niekoniecznie. Niektóre momenty były bardziej wciągające inne mniej. Był odczuwalny klimat i napięcie, jednak myślę, że mogłoby być jeszcze więcej adrenaliny. Doczepie się tylko jeszcze do okładki. Nie pasuje mi ona do całości, ale to tylko taki szczegół, który razi wzrokowca. Ogólnie książkę uważam za ciekawą i wartą uwagi. Jest to pozycja, którą mogę z pewnością polecić miłośnikowi tego gatunku. Jeśli lubicie książki, w których stawka jest wysoka to zdecydowanie polecam.


„Dojrzewanie do prawdy zazwyczaj trwa zbyt długo, żebyśmy mogli się nią nacieszyć, a ona sama rodzi się w bólu, odbierając nam radość z jej istnienia…”

Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania ebooka.

Zachęcam do zakupu: e-bookowo.pl

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam opasłe tomiska
Polacy nie gęsi

sobota, 21 listopada 2015

Idź, postaw wartownika - Nelle Harper Lee


wydawnictwo: Filia
tłumaczenie: Maciej Szymański
tytuł oryginału: Go Set a Watchman
data wydania: 4 listopada 2015
liczba stron: 368

„Potrzebny mi wartownik, który powie: ten człowiek mówi to, ale ma na myśli tamto. Który nakreśli linię przez środek spraw i powie: tu jest taka sprawiedliwość, a tam inna. Który sprawi, że dostrzegę różnicę. Potrzebny mi wartownik, który będzie kroczył przede mną i głosił wszystkim prawdę…” 

Dzisiaj chcę Wam zaproponować książkę, która została napisana w latach pięćdziesiątych, a wydana dopiero teraz. Czytaliście „Zabić drozda”? Ja nie, ale nie stanęło mi to na przeszkodzie, aby sięgnąć po „Idź, postaw wartownika”, w której traficie na te same postacie, co we wspomnianym wcześniej tytule. Gdy tylko dostałam propozycję przeczytania tej książki, nie zastanawiałam się ani chwili. Zaintrygował mnie opis, oraz sama świadomość, że jest to książka, której autorka dostała Nagrodę Pulitzera. Czyli styl autorki i wykonanie, musi być na wysokim poziomie. Dzisiejszą recenzję postanowiłam zacząć od tego właśnie cytatu, ponieważ po przeczytaniu książki, myślę, że każdemu z nas by się przydał taki wartownik. Co z tego, że mamy taki odpowiednik wartownika, jakim jest sumienie, skoro często je zagłuszamy, a to, co nas gryzie zakrywamy czapką niewidką…


„Wyspą każdego człowieka,[…], jego wartownikiem, jest sumienie.”
Maycomb, Alabama. Dwudziestosześcioletnia Jean Louise Finch, zwana Skautem, powraca z Nowego Jorku w rodzinne strony, do starzejącego się ojca. Na południu Stanów Zjednoczonych panuje zamęt polityczny; trwają spory wokół kwestii nadania Murzynom pełni praw obywatelskich. Powrót Jean Louise do domu staje się gorzko-słodkim doświadczeniem, gdy na jaw wychodzi bolesna prawda o jej krewnych, o mieszkańcach miasta, w którym dorastała, o ludziach najbliższych jej sercu. Wspomnienia z dzieciństwa wracają wysoką falą, lecz teraźniejszość Maycomb wystawia na ciężką próbę wszystkie prawdy i wartości, w które Skaut niezłomnie wierzyła. Szkicując zupełnie nowy portret bohaterów "Zabić drozda", powieść "Idź, postaw wartownika" jest zarazem znakomitym studium młodej kobiety wkraczającej w dorosłe życie w trudnych czasach - czasach bolesnych, ale i niezbędnych przemian, czasach rozliczenia z iluzjami przeszłości. To dziennik podróży, w której jedynym przewodnikiem jest sumienie człowieka.
Rozpoczynając swoją przygodę z tą książką, natrafiłam na moją rówieśniczkę, która musi zderzyć się z bolesną prawdą, gorzkim oświeceniem i samotnością w dobrze jej znanym świecie. Dzieli nas duży odstęp czasu, żyjemy w innej epoce, dzieli nas otoczenie i wszystko to, co zmienia się z upływem lat. Łączy nas za to wiek i to czego razem doświadczamy. A doświadczamy segregacji rasowej. Segregujemy na lepsze i gorsze, na białe i czarne, na ludzi i podludzi. Najgorsze jest to, że jej bliscy chyba zwariowali, ich poglądy wydają się inne niż kiedyś. To, co pamiętała z bezpiecznego dzieciństwa nagle okazuje się złudną iluzją, a prawda jest gdzieś po środku. Społeczeństwo chce pokazać Murzynom gdzie ich miejsce. Uważa, że są głupsi, gorsi i nie chce im dać równej szansy na rozwój. Padają bolesne porównania, ostre słowa i w naszej bohaterce kipi żal i gniew. Jej dotychczasowe ideały upadają.

„Pamiętaj o tym: zawsze łatwo spoglądać wstecz i dostrzec, jacy byliśmy wczoraj albo dziesięć lat temu. Trudno natomiast zobaczyć jacy jesteśmy teraz.”

Akcja powieści rozgrywa się w Maycomb, w rodzinnych stronach Jean Louise Finch, Przywołują one wspomnienia i ból, a przede wszystkim powietrze pachnie nostalgią. Okazuje się jednak, że dwutygodniowy urlop, będzie katorgą, a to, co znane nagle stanie się obce, niezrozumiałe i wywołujące mdłości. Dziewczyna nagle dostrzega wyraźny problem rasizmu i nie może pogodzić się z tym, że jej najbliżsi mają podobnie krzywdzące poglądy. Wychowana przez Czarnoskórą gosposie, nie może pojąc, że jednak istnieją tak wyraźne bariery. Nie raz głowi się nad tym, co było dawniej, co przeoczyła i co się zmieniło.

„Gdy ktoś się naprawdę stara, byś czuł się odrzucony, zaczynasz wierzyć, że jesteś zbyt straszny, by przestawać z innymi ludźmi. Nie pojmuję, jakim sposobem Murzyni są dziś tak dobrymi ludźmi, skoro przez sto lat systematycznie negowano ich człowieczeństwo.”

Harper Lee urodziła się w 1926 roku w Monroeville w Alabamie. Jest autorką słynnej powieści „Zabić drozda”, za którą otrzymała Nagrodę Pulitzera, Prezydencki Medal Wolności oraz wiele innych nagród, nie tylko literackich. 

„Gdy ktoś nam zada cios, czasem oddajemy na oślep.”

„Idź, postaw wartownika” to typowe działo literackie, które porusza, w człowieku najczulsze struny. Nie tylko daje do myślenia, ale wywołuje szok, niezrozumienie i gniew na tak jawny brak tolerancji. To książka, która może przydać się również dziś. Teraz także spotykamy ludzi, dla których tolerancja to słowna zagadka. Wielu jest takich, którzy uważają się za lepszych, czyściejszych oraz mądrzejszych. Dzięki tej książce możemy zaobserwować jak wiele zmian w ludziach zaszło przez upływające lata. Dzieło Harper Lee to trudna przeprawa po ludzkich wnętrzach, wspomnieniach i poglądach. To walka z wiatrakami. To walka o równość i człowieka. Nie miałam okazji jeszcze czytać „Zabić drozda” jednak już wiem, że to nadrobię i to tak szybko jak się tylko da. Obie książki będą wspólnym uzupełnieniem, biorąc pod uwagę to, że występują w nich wspólni bohaterowie. Autorka w tej książce poruszyła bardzo ważne tematy, wywołała emocje i stworzyła historię, która w pamięci czytelnika pozostanie na dłużej. W 7 częściach i 19 rozdziałach opisała trudny do zrozumienia i bardzo bolesny czas przemian, który wywoływał kontrowersje, a przy tym porusza temat tabu. Książkę czyta się szybko, akcja wciąga, czytelnik czeka na konfrontacje, wybuch i zarazem oczyszczenie. „Idź, postaw wartownika” to klasa sama w sobie. To czasy segregacji czarnego z białym, ale esencja wydarzeń jest koloru nieokreślonego… taki jakiś szary, mysi, gołębi, popielaty, mętny i prawdziwy.

„Uprzedzenie – to brudne słowo – oraz wiara- słowo jakże czyste – mają ze sobą coś wspólnego: zaczynają się tam, gdzie kończy się rozum.”

środa, 18 listopada 2015

Dziedzictwo - Krystyna Januszewska


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 17 listopada 2015
liczba stron: 592

„Dzięki pamięci żyjemy trzykrotnie, raz w przód, dwa razy do tyłu.”

Z głośników płyną dźwięki skrzypiec, po szybie lawirują deszczowe baletnice, a ja wpatruję się w monitor i próbuję złapać to, co nieuchwytne. Staram się wrócić na ziemię, do swojej codzienności, swojej „epoki” i przelać na klawisze myśli, które krążą wciąż po stronach skończonej właśnie historii. Gdzieś tam we mnie czai się nostalgia, oczy robią się wilgotne, a wyobraźnia wyświetla filmy – te, które zapamiętałam z przeczytanej właśnie powieści jak i te moje, z czasów dzieciństwa na wsi. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka miałam okazję przeczytać nowinkę wydawniczą, którą jest „Dziedzictwo” autorstwa Krystyny Januszewskiej z domu Kuśmierczyk, która mieszając fakty z fikcją literacką stworzyła rodzinną sagę. Sagę, która ma nam nie tylko pokazać losy przodków autorki i trudów życia tamtych ludzi, ale także uświadomić nam, żebyśmy nie utracili swojego własnego dziedzictwa zanim będzie za późno. Nie mogę sobie odmówić przyjemności z patrzenia na okładkę, które ewidentnie kieruje nas w stronę przeszłości. Tą literacką przygodę z przeszłością zaczynamy w roku 1906 we wsi Krasocin… a dokładnie pod koniec sierpnia, więc od początku możemy zakosztować uroku letniej łąki, która nie tylko zachwyca swoimi barwami, ale również zapachem…
Czterdzieści rodzin opuściło domy i udało się w podróż w poszukiwaniu ziemi obiecanej. Ludzie ci zostawili wszystko i odeszli. Mieli dość długich lat niewoli. Ileż jeszcze mogli wycierpieć? Chcieli zaznać spokoju, życia w poczuciu godności i bezpieczeństwa, codzienności, która będzie przewidywalna. Rodzinna saga oparta na wspomnieniach świadków wydarzeń, monumentalna opowieść o ludziach odważnych i zdesperowanych, o Polakach, dla których praca była jedynym środkiem do realizacji marzeń. O tym, że człowiek prosty i niewykształcony może z poczuciem własnej wartości zabiegać o szczęście.
„[…] bo tak samo jak pory roku, zmieniają się pory życia.”

Autorka w swojej książce nie tylko daje nam wgląd w historię swojej rodziny, ale także zabiera nas w sentymentalną podróż, do chałup zwykłych chłopskich rodzin, prowadzi po polach, łąkach i drogach. Czytając wnikniemy do codzienności bohaterów, poznamy ich zwyczaje, zobaczymy i przeżyjemy to samo, co oni. Nagle stajemy się cichym obserwatorem, który chłonie wszystkie fakty w ukryciu, z boku, za plecami. Mamy słuchać i oglądać, ale nie przeszkadzać. Zazwyczaj podczas lektur takich książek można odnieść wrażenie, że jesteśmy słuchaczem, że ktoś nam opowiada dawne dzieje, w tym przypadku tak nie było, tym razem uczestniczyłam w akcji jakby osobiście. Głównym bohaterem jest tutaj Jan Kuśmierczyk, który musi nagle porzucić swoje dzieciństwo i zająć się gospodarką po zmarłym ojcu. Towarzyszymy mu przez lata, widzimy jak miota się z myślami i pragnieniami, chłopak chce poczuć się wolny i poznawać świat. Z czasem obowiązek bierze górę nad marzeniami. Zakłada rodzinę i to ona jest jego życiem. Młodość, ambicja, chęć rozwoju i strach, o najbliższych. Rodzinne tragedie mieszają się z radością. Utarta rutyna z wojennymi zawieruchami.

„Pragnienie jest jak choroba, nie poddaje się argumentom, żyje własnym, niezależnym życiem.”

Opisana przez autorkę historia jest jakby nie z tego świata. To, co było wtedy totalnie różni się od tego, co jest dziś. Było biednie, prosto, nienowocześnie, ale rodzinnie. Czas płynął zupełnie inaczej… Nie to, co dziś. Teraz, co prawda też jest tylko praca i praca, zdarza się i bieda z tym, że w ludziach jest jakby mniej ciepła, człowieczeństwa i jakby wygasła potrzeba drugiego człowieka. Wieczorne rozmowy zastąpiły nowinki technologiczne, nie ma czasu na chwilę wytchnienia, na bliskość z drugim człowiekiem. Niby żyjemy razem, a jednak osobno. Kiedyś jedna izba, stół, świeca i rozmowy przy domowych czynnościach, czytanie gazet, książek i więź. Dziś każdy idzie w swoją stronę, pamięć i bliskich zastępuje komputer, tablet lub smartfon. Co zostanie po nas za sto lat? Kto opowie naszą historię następnym pokoleniom? Tablet? Komputer? A może robot?

Historia rodu Kuśmierczyków ma nam pokazać jak wtedy żyło się naszym rodakom, z czym przyszło im walczyć oraz ile musieli włożyć siły w swoją pracę, aby przeżyć i wyżywić dużą rodzinę. To także ewolucja, jaka stopniowo zachodziła w myśleniu chłopów. Trzeba było zaryzykować, aby coś osiągnąć, kupić nowe gatunki, nauczyć się jak nawozić, budować, wykorzystywać maszyny, a nawet wyjechać z całym dobytkiem by odmienić swój los. Lata z przeszłości mieszają się z wątkami teraźniejszymi, co pozwala nam złapać oddech przed kolejną podróżą w przeszłość. Jednak nigdy nie zostajemy w czasach współczesnych tak długo jak w przeszłości, która fascynuje i intryguje. Przyznam się, że życie ludzi żyjących w tamtych czasach mną wstrząsnęło oraz uświadomiło mi jak wiele się zmieniło na korzyść jak i również na niekorzyść człowieka.

Krystyna Januszewska z wykształcenia jest biologiem. Żyje intensywnie między światem codziennej rutyny a magią fabuły, którą kocha nad życie. Inspiracji i natchnienia szuka w codzienności. Zajęła się zawodowo pisarstwem po zdobyciu nagrody w pierwszej edycji konkursu „Twojego Stylu” na pamiętniki Polek (1998), debiutując opowiadaniem „Odwiedził mnie mój mąż” opublikowanym w zbiorze „Historie prawdziwe”. Wydała dotychczas kilka opowiadań i sześć powieści: „Przytulać kamienie” – wyróżnioną w konkursie na najlepszą polską powieść, „Niebo ma kolor zielony”, „Rozbitek@brzeg.p” – nominowaną do Nagrody Mediów Publicznych „Cogito”, „Ostatnia kwadra księżyca” oraz dla młodszych Czytelników: „Dolina Motyli” i „Trzy światy czyli Maryśka, Anioł i szalona Muneguita” – wyróżnioną w konkursie „Uwierz w siłę wyobraźni”. Od 2010 roku jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

„Nie ma już tamtych domów, ogrodów, czas unicestwił ślady narodzin, miejsca pochówku przysypał pyłem historii.[…] Nie da się odnaleźć śladów stóp odbitych w błocie, przedmiotów, których dotykali, ani odwiedzanych przez nich zakątków. Byli dla siebie ważni, dziś już nie ma znaczenia, czy byli szczęśliwi.[…] Istniejemy dotąd, dokąd sięga pamięć tych, którzy nas wspominają. Zatrą się imiona, nazwiska, twarze, fakty z życia pokryją się plamą pleśni. Nie poznamy do końca historii świata i trzeba się z tym pogodzić.”

„Dziedzictwo” to nie tylko lekcja historii. To także smaki i zapachy polskiej wsi. To beztroska dzieciństwa i groza wojennej zawieruchy. To ciepło rodzinnego ogniska i prostota. Czasy, do których przenosi nas autorka pokazują, że ciężką pracą i szacunkiem do ziemi można było osiągać wytyczone sobie cele. Prosty człowiek mógł marzyć i te marzenia realizować, oczywiście ryzyko wiązało się z konsekwencjami, ale nie każdy chciał stać w miejscu. Bohaterowie tej książki są odważni i rozwojowi. Życie samo w sobie było ryzykiem, szczęście było chwilą ulotną, a łzy płynącą goryczą. W powieści Krystyny Januszewskiej znajdziecie łzy, śmierć, szczęście i trudy codzienności. Nie zabraknie melancholii i przemyśleń. Książka jest niezwykle klimatyczna, a do tego napisana barwnym i plastycznym językiem, który uwielbiam. Losy bohaterów wciągają i czeka się z niecierpliwością na poznanie całej historii. Zawsze, gdy czytam tego typu książki zastanawiam się nad dziejami własnej rodziny. Być może kiedyś zdecyduję się dowiedzieć na ten temat więcej. Nie pozostaje mi nic innego jak zachęcić wszystkich do wybrania tej książki. Przyniesie Wam ona dużo refleksji i oderwie od codzienności. Ja do tej pory czuje ciepło i klimat panujący w tej powieści. Jeśli macie ochotę poznać losy i dziedzictwo tej rodziny to zapraszam do księgarni, gdzie jeszcze cieplutkie książki czekają na swoich właścicieli (17 listopada miała miejsce premiera!).

„Dopóki krew pulsuje w skroni, jestem, a potem znikam.”

Za ebooka dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam opasłe tomiska
Polacy nie gęsi

wtorek, 17 listopada 2015

Po bandzie, czyli jak napisać potencjalny bestseller - Jakub Winiarski, Jolanta Rawska

wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 24 września 2015
liczba stron: 608

"Ważne, żebyś poszukiwał rozwiązań, nie pozwalając zardzewieć umysłowi"

Zapewne wielu z Was nie jeden raz zastanawiało się nad pisaniem. Chcieliście stworzyć super historię, która porwie czytelników, a Wam da satysfakcję. Pisząc o czytelnikach, nie od razu mam na myśli jakieś szerokie grono, myślałam na początku o znajomych i rodzinie (Tylko czy oni są aż takimi dobrymi krytykami? Czy powiedzą prawdę?) jak nie rodzina to społeczność internetowa – ktoś na temat naszego dzieła na pewno coś powie. Problem pojawia się wtedy, gdy chcecie się za pisanie zabrać, a nie wiecie, z której strony temat ugryźć, aby było dobrze. Dlatego moja dzisiejsza recenzja powinna Was moi mili zainteresować.

„Po bandzie czyli jak napisać potencjalny bestseller” autorstwa Jakuba Winiarskiego i Jolanty Rawskiej to taka encyklopedia dla chcących pisać. Jest to po prostu poradnik dla początkujących, średnio-zaawansowanych jak i tych, którzy są już na ścieżce z napisem „ZAAWANSOWANI”. Nie oszukujmy się, pomoc zawsze się przydaje! Czy pisania można się nauczyć? To pytanie, które gdzieś tam się przewija w sieci, w poradnikach, a nawet w ludzkim umyśle (i jak się domyślacie nie chodzi o naukę zlepiania słowa pisanego w wyraz czy zdanie). Jedni twierdzą, że albo ma się talent, albo nie. Jak znaleźć temat? To kolejne pytanie, na które łatwo natrafić. Tutaj pada np. odpowiedź, że albo ktoś pisze bo ma temat od razu, albo nie powinien się za to w ogóle zabierać. Ja uważam, że warto próbować pisać, skoro ktoś ma taką potrzebę niech piszę. Dzięki temu sprawdzamy swoje możliwości i żyjemy kreatywnie. Jeśli uda się nam coś napisać to możemy odczuwać satysfakcję. Nawet, jeśli będziemy tylko pisać do przysłowiowej szuflady to i tak warto, bo robimy to, co lubimy. Co zaś z tematami? Czasem trzeba uchwycić odpowiedni – gdzie? – gazety, internet, telewizja czy choćby na ulicy. Tak podpowiadają nam autorzy książek np. Katarzyna Bonda, a skoro oni są dobrzy w tym, co robią to muszą dobrze podpowiadać. Proste. Wróćmy jednak do opasłego tomiska, które ma nas nauczyć jak stworzyć bestseller. Książka zawiera dużo informacji. Są zadania, przykłady oraz artykuły. „Po bandzie…” zostało podzielone na cztery części, w których znajdziemy mnóstwo rozdziałów z ważnymi zagadnieniami. Czytając dowiecie się jak zacząć, czyli jak wyrobić w sobie nawyk pisania. Dowiecie się również jak stworzyć fabułę, prowadzić narrację, jak ożywić ciekawych bohaterów, a także jak unikać pisarskiej blokady i jak z tym walczyć. Chcecie wiedzieć jak i dlaczego:

- napisać scenę erotyczną, jak zabrać się za kryminał czy po prostu rozbawić czytelnika
- ułożyć płynne i żywe dialogi
- określić swój cel
- poznać trochę faktów o języku
- tworzyć dekoracje
- powstają krótkie formy literackie: opowiadania, short stroy, nowela
- jak pisać o sobie, czyli słów kilka o wspomnieniach i autobiografiach
- wybór miejsca akcji jest kluczowy dla powieści

To są tylko niektóre zagadnienia, w które możecie się zagłębić podczas lektury. Oczywiście jest ich więcej i wszystkie są szczegółowo omówione i pokazane na przykładach. Podoba mi się to, że bierzemy tutaj na warsztat znane dzieła i ich autorów. Rozpatrzymy kwestię intrygi w opowiadaniach o Holmesie, zajrzymy do powieści Agaty Christie, czy opowiadań Alice Munro (a także wielu innych autorów, których nie będę wymieniała).

Słów kilka o autorach: Jakub Winiarski to chyba najskuteczniejszy polski nauczyciel pisania, jego „uczniowie” to min. Dorota Ponińska, Nikodem Pałasz, Sandra Stawińska, Marta Zaborowska, Katarzyna Kołczewska oraz Iwona Grodzka – Górnik. Są to osoby, które zaistniały już na rynku wydawniczym. Od 2010 do 2013 roku był redaktorem naczelnym „Nowej fantastyki”. Szkoli głównie w Pasji Pisania oraz IBL, a gościnie także w innych miejscach. Jakuba Winiarskiego znajdziecie również na FB, gdzie ma grupę Jak minął twój pisarski tydzień?, w ramach, której prowadzi bezpłatne warsztaty z cyklu Warsztat Pisarza. Poza nauczaniem… poeta, prozaik oraz krytyk literacki. Opublikował pięć książek w tym dwie powieści - Loquela i Kronika widzeń złudnych, oraz trzy poetyckie – Obiektyw, Przenikanie darów, Piosenki starego serca. Strona autorska: www.literaturajestsexy.pl. Jolanta Rawska od 1988 roku mieszka w Niemczech. Dusza poetycka z zawodu zaś prawnik. Piszę opowiadania i wiersze. Kreatywnym pisaniem interesuje się od dawna, ponadto jest autorką powieści Saskia.

„Po bandzie czyli jak stworzyć potencjalny bestseller” to konkretny poradnik, kurs pisania oraz encyklopedia wiedzy pisarza – wszystko naraz i każde z osobna. Czytając wyobraźcie sobie, że jesteście na takim kursie u Jakuba Winiarskiego i Jolanty Rawskiej, dozujcie sobie informacje, wykonujcie ćwiczenia i nie zniechęcajcie się nadmiarem informacji. Z tej książki możecie czerpać wiedzę nie tylko na temat tworzenia dzieła i wszystkim tym, co się z nim wiąże. Macie także okazję „zaglądać” sławnym pisarzom przez ramię, ale też zakosztować wiedzy na temat wydania swojego dzieła. Znajdziecie tutaj rozmowy ze specjalistką od prawa autorskiego, agentką literacką, a także redaktorką wydawnictwa. Dowiecie się, na co zwrócić uwagę i co jest dla pisarza korzystne. Takich poradników na rynku pojawia się coraz więcej, myślę, że one są dla siebie nawzajem uzupełnieniem, gdyż w każdym można znaleźć coś dla siebie. Ja sama myślę od jakiegoś czasu o pisaniu, więc ta tematyka jak najbardziej mnie fascynuje. Ze wspólnego działa Jakuba Winiarskiego i Jolanty Rawskiej dowiedziałam się wiele cennych informacji, do których z czasem będę wracała. Cieszę się niezmiernie, że poszerzyłam swoją wiedzę także w zakresie krótkich form literackich, jakim są opowiadania, gdyż to one mnie interesują najbardziej i na nich chciałabym się skupić (kiedyś). Jeśli naprawdę chcecie pisać to polecam, gdyż książka jest naprawdę dobra i przepełniona informacjami, które okażą się przydane podczas tworzenia własnego dzieła. Chcecie napisać bestseler? W takim razie do roboty!

Za możliwość zapoznania się z poradnikiem dziękuję wydawnictwu Prószyński i Ska

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam opasłe tomiska
Polacy nie gęsi