czwartek, 29 stycznia 2015

Éric-Emmanuel Schmitt - Napój miłosny


autor: Éric-Emmanuel Schmitt
tłumaczenie: Wawrzyniec Brzozowski
tytuł oryginału: L'Elixir d'amour
wydawnictwo: Znak literanova
data wydania: 26 stycznia 2015
liczba stron: 146
kategoria: literatura współczesna

„Miłość adoruje wzajemne poznanie – pożądanie uwielbia to, co nieznane.”

Dzisiaj chcę Was wciągnąć w dyskusję, w wymianę poglądów na temat… miłości. Nie zamierzam zaczynać tej dyskusji sama, zabiorę się za to z pomocą Erica – Emmanuela Schmitta oraz Adama i Luizy – bohaterów jego najnowszej książki Napój miłosny. Temat głęboki jak ocean i tak samo żywiołowy. Dyskutować można długo i niewyczerpanie, na co dowód znajdziecie w tej właśnie książce.
Czy mamy swobodę w wyborze tego, kogo kochamy? Czy to my wybieramy? Czy zostajemy wybrani? Adam, psycholog, twierdzi, że posiadł tajemnicę „napoju miłosnego”. Uważa, że potrafi sprawić, że każda kobieta legnie u jego stóp. Luiza nie wierzy, że miłość można tak po prostu wywołać. Pragnie pojąć istotę uczucia. Czy jest skutkiem jakiegoś chemicznego procesu? Czy może duchowym cudem? Postanawiają założyć się, kto ma rację i wystawić teorię Adama na próbę. Pewny siebie mężczyzna podejmuje się uwieść koleżankę Luizy. Jednak sytuacja szybko wymyka się spod kontroli, a dwuznaczna gra, jaka wywiązuje się pomiędzy bohaterami, prowadzi do zaskakującego zakończenia…
Wspominałam już kiedyś, że lubię twórczość Schmitta, więc wyobraźcie sobie moją radość, gdy trafiła w moje ręce jego najnowsza książka. Twarda okładka przedstawiająca kobietę, zwyczajną, rudowłosą śpiącą…Niby nic szczególnego, ale jeśli się przyjrzymy możemy zauważyć intymność, swobodę, delikatność i kruchość. Na początku okładka nie zwróciła mojej uwagi, jednak po chwili mnie urzekła…ma w sobie coś pięknego i klasycznego. Może wyda się Wam dziwne, że poświęcam tyle czasu na zagłębianie się w opis zwykłej okładki…I pewnie macie rację…Jednak jestem wzrokowcem, cenię książki za treść, ale także za okładkę, bo to ona jest dopełnieniem całości i cieszy dodatkowo zmysł wzroku.

„Miłość jest dowodem, że zawsze postrzegamy życie przez filtr naszych fantazji – jest nawet gorzej: unaocznia nam, iż rzeczywistość to nic wielkiego.”

Czas na kilka słów o treści. Książka nie jest grubaśna, tekstu jest naprawdę niewiele. Całość opiera się na wiadomościach tekstowych – listach dwojga byłych kochanków a obecnie przyjaciół?! Nie są to jednak zwyczajne teksty, pełne zwyczajnych prostych słów i zwrotów. Nie znajdziecie w nich potocznej listowej formy i nudnych opisów. Każde zdanie zawiera w sobie pewną lekkość, metaforę coś, co przypomina poezję(mimo, że nie mamy tutaj do czynienia z wierszem). Autor poprzez swoich bohaterów bawi się słowem, dyskutuje i wciąga czytelnika do tej gry. Adam i Luiza próbują rozwikłać zagadkę miłości, to czym ona tak naprawdę jest i skąd się bierze. No więc, czym ona tak naprawdę jest? Pożądaniem, obsesją, zauroczeniem a może manipulacją? Co łączy pożądanie, miłość i przyjaźń? Coś a może nic? Jedno może współgrać z drugim, czy nie? Odcieni miłości jest wiele…Czytając możemy zauważyć owo uczucie z punktu widzenia kobiety i mężczyzny. Intryga, subtelność, gra słów, fascynacja, pożądanie do tego zazdrość…czyli mieszanka wybuchowa. Dla mnie to jest eliksir miłości.

„Międzyludzkie stosunki zatruwa pewien kolosalny błąd: idea, że dupa idzie z uczuciami w parze. Seks i miłość to dwie różne domeny.”

Różnice między logiką mężczyzny a kobiety są widoczne gołym okiem…

„ Panować można nad tym, co się myśli, ale nie nad tym, co się czuje.”

„Dziwna jest ta nasza korespondencja: nie mówimy o miłości, my ją obgadujemy”… Tak też wygląda ta historia. Obgadywanie miłości obdzieranie jej na czynniki pierwsze w celu poznania jej natury. Dojścia do prawdy i uzyskania konkretnego efektu. Zakończenie jest zaskakujące… Eric – Emmanuel Schmitt to jeden z najsławniejszych francuskich pisarzy. Nie raz w swoich książkach poruszał temat uczuć, jednak w tej wypłynął na otarte wody. A wszystko za pomocą praktycznie trzech namacalnych postaci…Nie trzeba wiele, aby nadać kształt historii, podyskutować na pewne tematy i zobrazować sens tej dyskusji. Autorowi się to udało. Za pomocą ciekawej formy, zgrabnych słów, ironii, filozofii i miłości. Nie znajdziecie tutaj, co prawda powalającej i rozbudowanej fabuły, nie uświadczycie wielu skomplikowanych postaci, szybkiego tempa akcji, ale poszerzycie horyzonty na temat uczuć i natury ludzkiej. Jest to książka, którą spokojnie przeczytacie w ciągu godziny lub dwóch, jest jednak ponad czasowa i można do niej wrócić. Lubię takie książki za to, że dają odpocząć wyobraźni, a mimo to dają do myślenia i zostawiają jakiś ślad w czytelniku… Im więcej książek Schmitta czytam tym bardziej zatapiam się w jego stylu. Uważam, że nawet te najcieńsze książki są warte uwagi. Doskonały prezent na zbliżające się walentynki…


„ Szczęście od czasu do czasu wchodzi w nowe buty.”

Recenzja bierze udział w wyzwaniu:

środa, 28 stycznia 2015

Richard Paul Evans - List

autor: Richard Paul Evans
cykl: Christmas Box Trilogy (tom 3)
tłumaczenie: Hanna de Broekere
tytuł oryginału: The Letter
wydawnictwo: Znak literanova
data wydania: 3 listopada 2014
liczba stron: 320
kategoria: Literatura piękna

„Istota autentycznej miłości to dużo więcej niż burza namiętności, to lojalność i szczera przyjaźń.”

Dzisiejszą recenzję zaczynam cytatem (a zdarza mi się to coraz częściej…tym bardziej, jeśli wyłapię w tekście kilka ciekawych myśli, tak jak to miało miejsce w tym przypadku), który mówi nam dużo na temat treści recenzowanej książki. Oczywiście nie można na nią patrzeć przez pryzmat tych kilku słów, ale spełniają one rolę kompasu, który wyznacza mam kierunek. Richard Paul Evans nie jest debiutantem w świecie literatury. Niektórzy z Was pewnie kojarzą takie tytuły jak: Zimowe sny, Obiecaj mi, Bliżej słońca… Ja jednak dopiero zaczynam swoją przygodę z twórczością tego autora. Pragnę przedstawić Wam dzisiaj w kilku słowach List. Mam ją już, co prawda od jakiegoś czasu, trafiła do mnie świeżo po zawitaniu do księgarni, ale zabrałam się za nią dopiero teraz. Jakie są moje wrażenia? Zaraz coś na ten temat napiszę. Najpierw opis.
MaryAnne i David przeszli razem niejedno, ale wciąż łączy ich szczere i trwałe uczucie. Małżonkowie mieszkają w urokliwej rezydencji, otoczeni gronem serdecznych przyjaciół. Los jednak wystawia ich na wielką próbę – umiera ich trzyletnia córeczka. Po tym przeżyciu David zaczyna uciekać przed emocjami w pracę. Chociaż jego miłość do MaryAnne jest głęboka, mężczyzna przez lata nie widzi swoich błędów – dopiero wyjazd ukochanej i pozostawiony przez nią list otworzą mu oczy i popchną go do wielkich zmian w życiu.
Jak już pewnie zauważyliście jest to książka, która mówi wyraźnie o miłości. A konkretnie o jej odcieniach. Jak wiadomo nie każda miłość jest taka sama. Jeśli chodzi o cytat, który zamieściłam na samym początku… Co o nim myślicie? Ja uważam, że ma on ziarenko prawdy w sobie, ale nie można zdyskwalifikować całkowicie pożądania – a już na pewno nie, jeśli chodzi o miłość kobiety i mężczyzny. Wydaje mi się, że w takim przypadku to pożądanie jest takim ogniwem łączącym i nadającym barwy. A co się dzieje, gdy nagle go zabraknie? Lub jeśli po prostu zamkniemy się na drugą osobę? Wtedy coś zaczyna się dziać… Przyczyny kryzysu są różne w tej historii kluczową rolę odegrała śmierć. Więcej nie zdradzę, nie zamierzam nikomu psuć rozkoszy płynącej z czytania.

 „Często zdarza się, że w najgorszych chwilach życia ujawniają się w ludziach ich najlepsze cechy- w najzwyczajniejszych spośród nas budzą się najróżniejsze odruchy.”

„Moje pióro kreśli dalsze głupstwa. Opłakuję swoją stratę i ból, które przeszywają moje serce…” – tak podkreśla swoje nieszczęście narrator, mężczyzna, mąż, ojciec, który stracił coś najcenniejszego w swoim życiu. Pisząc w pamiętniku zostawia po sobie i swoim cierpieniu ślad. Możemy poznać namiastkę jego myśli i uczuć. Co ułatwia czytelnikowi poznanie postaci. A jaką postacią, człowiekiem jest David? Niewątpliwie sprawiedliwym, wiernym, dobrym, przystojnym, szczerym i zranionym. Jest to postać niezwykle pozytywna, nawet pomimo cierpienia. Nie wpada szybko w gniew, szanuje zarówno białych jak i czarnych – co niektórym się to nie mieści w głowach. Akcja toczy się w latach trzydziestych ubiegłego wieku, jest to niewątpliwie okres kryzysu jak i rasizmu. Murzyni dla wieli ludzi byli zwykłym motłochem, czymś niezasługującym na uwagę…nawet cmentarze nie były wolne od takiego ubogiego myślenia. Książka Evansa doskonale pokazuje to, co działo się w tamtym okresie. Z jednej strony bogactwo i przepych, a z drugiej walka o przetrwanie i okrucieństwo. Wędrując z Davidem szlakiem przeszłości dostrzegamy ten wspomniany wyżej kontrast. Takie tło znajdziecie w tej książce. A na pierwszy plan wychodzi miłość… Miłość do żony, oddanie, szacunek, którego nie jest wstanie zachwiać nawet najpiękniejsza kobieta. Miłość do dziecka, została tutaj zaprezentowana w dwóch odcieniach… nie zabraknie także wspomnianej już miłości do bliźniego. Zastanawiacie się pewnie, dlaczego wciąż piszę o tej „miłości”…powtórzenie, goni powtórzenie, ale cóż poradzę o tym właśnie jest ta książka. Całość jest klimatyczna, spokojna, wyważona i melancholijna. Przez ten smutek przebija jednak optymizm, który daje nadzieje na lepsze jutro. Czytając nabieramy wiary w ludzi, mimo tego, że wcześniej szlag mógł czytelnika trafić jak widział, co się w tej książce dzieje. Tytułowy list, zmienił życie Davida, ale zapewniam Was, że na jednym liście się nie kończy. Listów jest więcej tak samo jak i adresatów i nadawców. W listach zawarte są słowa, które szokują, ranią, i pokazują odpowiedzi na niektóre pytania.

Podsumowując: książka opowiada o stosunkach międzyludzkich, więzi społecznej by wzruszyć, zaskoczyć, zbulwersować, i pokazać światełko w tunelu. Od listu wszystko się zaczyna i na liście się wszystko może skończyć. Jeśli macie ochotę na opowieść, która poprowadzi Was swoim nurtem w klimaty lat trzydziestych, które są doskonałym tłem dla obrazu ludzkości i zwyczajnej miłości to sięgnijcie po List, Richarda Paula Evansa.

Książka bierze udział w wyzwaniach:

niedziela, 25 stycznia 2015

Gayle Forman - Wróć, jeśli pamiętasz


autor: Gayle Forman
cykl: Jeśli zostanę (tom 2)
tłumaczenie: Hanna Pasierska
tytuł oryginału: Where She Went
wydawnictwo: Nasza Księgarnia
data wydania: 21 stycznia 2015
liczba stron: 288
kategoria: literatura młodzieżowa

„[…] Mogę cię stracić w taki sposób, jeśli nie stracę cię dzisiaj. Pozwolę Ci odejść. Jeśli zostaniesz.”

Zajadam się pyszną (może jednak nie aż tak pyszną), zieloną gruszką, piję kawę zbożową, słucham muzyki klasycznej i myślę. Nad tym jak ująć moje myśli w zgrabne słowa i zdania. Myślę także nad cytatem, który otwiera dzisiejszą recenzję. Jest on, co prawda wyrwany z kontekstu, ale zawiera najważniejszy element z tej całości. A pochodzi on z książki Wróć, jeśli pamiętasz i dotyczy on oczywiście Mii. Ściśle rzecz biorąc ten tekst podchodzi pod tom pierwszy, czyli Zostań, jeśli kochasz. Osoby, które miały okazję czytać pierwszą część doskonale wiedzą, o co mi chodzi, jeśli ktoś z Was czytał już tom drugi tym bardziej powinien wiedzieć. Nie mogłam się powstrzymać, musiałam zabrać się za czytanie dalszych przygód Mii i Adama. Po prostu nie mogłam odłożyć książki na półkę i przejść obok obojętnie. To był impuls, silniejszy ode mnie. Jakie emocje we mnie wywołała? A może nie ma o czym mówić? Która część jest lepsza?
Minęły trzy lata od tragicznego wypadku, który na zawsze zmienił życie Mii. Chociaż dziewczyna straciła rodziców i młodszego brata, postanowiła żyć dalej. Obudziła się ze śpiączki… ale zniknęła z życia Adama. Teraz żyją osobno po dwóch stronach Ameryki – Mia, jako wschodząca gwiazda wśród wiolonczelistek, Adam, jako rockman, idol nastolatek i obiekt zainteresowania tabloidów. Pewnego dnia los daje im drugą szansę…
Tym razem zmieniamy narratora. Jesteśmy cieniem Adama. Widzimy wszystko jego oczami, słyszymy jego monologi, walczymy z uczuciami i nerwicami. Muszę na samym początku zaznaczyć, że on zdecydowanie bardziej nadaje się na narratora. Jego wersja bardziej przypadła mi do gustu, jest bardziej naturalna. Jestem tym mile zaskoczona. Ostatnio dość częstym zjawiskiem w literaturze jest właśnie zmiana głównego bohatera. Co mnie trochę irytuje i zniechęca do czytania. Skąd to się bierze? Dlaczego najpierw widzimy wszystko oczami np. dziewczyny a w następnym tomie oczami chłopaka? Mam wrażenie, że jest to odgrzewanie kotleta (może to moje uprzedzenie i nie ma żadnych konkretnych podstaw). I byłoby ok, gdyby nagle nie zalała nad fala książek z tego typu „wymianą”. To tak jakby teraz napisać od nowa „Zmierzch” oczami Jacoba, Edwarda, Alice czy Jaspera. Ile nowych książek by powstało?! Nie chodzi o to, że jest w tym coś złego, tylko w dużej dawce jest po prostu męczące i nieapetyczne. Jednak, jeśli chodzi o historię Adama i Mii to jest to wręcz pożądane. Dlaczego? Odświeża ona całość i dodaje autentyczności. Wróć, jeśli pamiętasz jak dla mnie jest bardziej ludzkie, jest po prostu unerwiony…pociąga za struny czytelnika, ale przede wszystkim dogłębnie pokazuje stan emocjonalny bohatera. Książeczka nie jest obszerna, a w niej znajdziemy praktycznie dwa dni z życia głównych bohaterów, przeplatane wspomnieniami Adama, które nakreślają czytelnikowi to, co działo się przez te trzy lata, które pojawiły się międzyczasie. Co tak naprawdę czuje ten młody chłopak? Powinien być szczęśliwy. Spełniło się jego marzenie. Jest muzykiem, robi karierę…a jednak jest pełen negatywnych uczuć. Jego emocje są uzasadnione, a jego lęki są wyczuwalne i zrozumiałe. Poznajemy Adama, jako zwykłego człowieka, który ma wrażliwe struny. Spacer po Nowym Jorku wraz Mią to jedno wielkie pole minowe. Trzeba uważać gdzie postawić krok, co powiedzieć i co czuć, albo czego lepiej nie czuć. Jedna noc potrafi być w magiczny sposób oczyszczająca i degradująca zarazem. Całość wydaje się być ulotną chwilą, która zaraz przeminie, godziny mijają a pytań nadal jest tak wiele. Co się stanie, jeśli tama się przeleje o poranku? Ile razy można odchodzić? Jak głęboko można sięgnąć w głąb siebie? Historia dwojga młodych ludzi, którzy różnią się od siebie jak dzień i noc…Jednak oboje coś przyciąga. Oboje mają wpływ na siebie…bo czym by było życie bez nocy z księżycem na pierwszym planie i gwiazdami w roli chórku? To samo dotyczy dnia, który rozjaśnia nam wszystko i nadaje nazwy kolejnemu dniu…tak też jest z naszymi bohaterami. Dzień i noc…Mia i Adam…wiolonczelistka i rockman. Ten spacer po tym jakże ujmującym mieście spodobał mi się, ta noc nabrała charakteru…jest nabrzmiała od emocji i wypełniona niemymi myślami. A my – czytelnicy- podążamy za znanymi nam już bohaterami i podglądamy. Wyczekujemy z napięciem na dalszy ciąg wydarzeń. Zastanawiamy się czy będzie Happy end czy jednak nie? Jeśli miałabym porównywać Zostań, jeśli kochasz z Wróć, jeśli pamiętasz to zdecydowanie postawiłabym na ten drugi tytuł. Pierwsza część też mi się podobała, czytało się szybko i dobrze, jednak w porównaniu z kontynuacją wypada blado. Blado pod względem emocjonalnym i zarysem postaci. Dopiero podczas lektury drugiej części mamy wrażenie, że Adam ożywa. Jest realny i charakterystyczny…Ta część jak dla mnie jest lepsza od poprzedniej. Mimo tego, że poprzedniej wystawiłam dobrą opinię, jednak nie miałam porównania. W obu przypadkach mierzymy się ze stratą. Jednak to emocje Adama są po prostu prawdziwe, bardziej klarowne. Pamiętam, że film nakręcony na podstawie poprzedniego tytułu nie zachwycił mnie to myślę że warto nakręcić kontynuację…tylko tym razem trzeba wykorzystać potencjał w całości. Sama jestem zaskoczona, że książka aż tak mi się spodobała.

Gayle Forman stworzyła ciekawą historię, rozbitą na dwie książki, na dwoje narratorów, z czego kontynuacja przebiła poprzedniczkę. Macie ochotę na dogłębne poznanie Adama? Zakosztować życia muzyka? A może chcecie pospacerować po zakamarkach Nowego Jorku? A nawet, jeśli tylko chcecie się dowiedzieć co było dalej, to i tak przeczytajcie. Dla kogo jest ta książka? Komu ją mogę polecić? Na pewno fanom pierwszej części. Ale nie tylko… Także tym, którzy chcą zobaczyć degradującą siłę miłości... 

„Dni mogą trwać dwadzieścia cztery godziny, ale czasami wydaje mi się, że przejście jednego jest równie niemożliwe jak zdobycie Everest.”

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+1, 7 cm)

piątek, 23 stycznia 2015

John Green - Papierowe miasta


autor: John Green
tłumaczenie: Renata Biniek
tytuł oryginału: Paper Towns
wydawnictwo: Bukowy las
data wydania: 5 czerwca 2013
liczba stron: 400
kategoria: literatura młodzieżowa

Idę za ciosem…sięgam po kolejną książkę Greena i zatapiam się w lekturze. Papierowe miasta na pierwszy rzut oka, wyglądają na „dość obszerne”, jednak lektura nie zabrała mi zbyt wiele czasu. Moje „za ciosem” polega na tym, że niedawno również recenzowałam książkę tego autora. Niewątpliwie zostałam zaintrygowana jego twórczością i stylem jednak jest jeszcze coś…postanowiłam spożytkować mój prezent świąteczny od razu w styczniu. Tak też więc zrobiłam. Dzisiaj chcę Was zaprosić do zwiedzania owych papierowych miast. Czym one tak naprawdę są? Zwyczajnymi metaforami? Opuszczonymi, niedokończonymi osiedlami? A może miejscem na mapie, w którym nie ma nic, a stworzone zostały w celu ochrony praw autorskich? Moja odpowiedź brzmi: wszystkim po trochu.
Nastoletni Quentin Jacobsen spędza czas na adorowaniu z oddali żądnej przygód, zachwycającej Margo Roth Spiegelman. Więc kiedy pewnej nocy niegrzeczna Margo uchyla okno i, zakamuflowana jak ninja, wkracza na powrót w jego życie, wzywając go do udziału w tajemniczej i misternie zaplanowanej przez siebie kampanii odwetowej, Quentin oczywiście podąża za dziewczyną. Gdy ich całonocna wyprawa dobiega końca i nastaje nowy dzień, Quentin przychodzi do szkoły i dowiaduje się, że zagadkowa Margo w tajemniczych okolicznościach zniknęła. Chłopak wkrótce odkrywa, że Margo zostawiła pewne wskazówki i że zostawiła je dla niego. Podążając jej urywanym śladem, w miarę zbliżania się do celu Q odkrywa zupełnie inną Margo, niż ta, którą kochał i znał dotychczas.
Te jakże tajemnicze papierowe miasta, pobudzają wyobraźnię, pozwalają popuścić wyobraźnię i przenieść się do innego świata. Tego, w którym jest Quentin i Margo lub do własnego, w którym to my dyktujemy warunki i tworzymy własną historię. Podoba mi się tytuł, miejsca akcji a także metafora, która wycieka z samej nazwy. Tak filozoficznie mi się nasunęło… Fabuła jest ciekawa, dynamiczna i też trochę taka filozoficzna. Podoba mi się zabawa w detektywa i poszukiwanie ukrytych wiadomości, tropów, wskazówek. To prowadzi do działania, wywołuje impuls i wyciąga Quentina z jego codziennej rutyny i nudy, którą zresztą lubi. Jego życie nagle wypełnia się emocjami i myślami, dzięki czemu poszerza swoje własne granice i przeistacza się w innego człowieka. Autor daje nam możliwość poznania Margo na początku i na końcu książki. Staje się ona obsesją tego młodego chłopaka, jest pragnieniem, miłością czymś ulotnym, zagrożonym i niedostępnym. W całą sprawę wciąga swoich przyjaciół, którzy razem z nim wyruszają na poszukiwanie Margo. Czy ją znajdą? Jaka ona tak naprawdę jest?

„Nic nigdy nie zdarza się tak, jak to sobie wyobrażamy. [...] Z drugiej strony, jeśli sobie niczego nie wyobrażasz, nigdy nic się nie wydarza.”

Historia ta nie mówi tylko o miłości czy przyjaźni. Ona potwierdza fakt, że pozory mylą. A czasami najciekawszą rzeczą jest wyobraźnia. Po raz kolejny książka Johna Greena mnie wciągnęła, nasunęła pewne refleksje, pozwoliła się pośmiać przy niektórych dialogach i nie pozwoliła mi się nudzić. Od samego początku można poczuć swojski klimat i podążać za Q i Margo. Całość została napisana prostym językiem, co wpływa korzystnie na czytanie. Postacie zostały stworzone w ciekawy sposób, osobowości się ze sobą mieszają, co tylko nadaje kolorów całej historii. Oczywiście autor w to wszystko wplata to, co jest ważne dla nastolatków, porusza ważne dla nich tematy i dzięki temu daje im nie tylko rozrywkę, ale także swojego rodzaju lekcję. Każdy z nas ma czasami ochotę rzucić wszystko w diabły i odejść. Zostawić wszystko za sobą i uciec w nieznane. Odkryć coś nowego i zacząć od nowa. Odchodząc można poznać różne miejsca, osoby, ale przede wszystkim siebie. Jeśli macie ochotę na taką małą ucieczkę, jaką oferuje autor to zapraszam do przeczytania Papierowych miast. Książka nie tylko dla nastolatków!

Książka bierze udział w wyzwaniach:

środa, 21 stycznia 2015

Haruki Murakami - Sputnik Sweetheart


autor: Haruki Murakami
tłumaczenie: Aldona Możdżyńska
tytuł oryginału: スプートニクの恋人, Supūtoniku no koibito
wydawnictwo: MUZA
data wydania: 2003 (data przybliżona)
liczba stron: 263
kategoria: Literatura piękna

Książka, którą tym razem postanowiłam zrecenzować przeleżała na mojej półce już dobrych kilka miesięcy. Nie wiem czy pamiętacie, ale prezentowałam już na blogu zdobycze, które przywiozłam z Krakowa i to właśnie wśród z nich znalazł się ten tytuł. Sputnik Sweetheart to mój debiut z twórczością Haruki Murakamiego. Nazwisko było mi znane, kiedyś nawet chciałam kupić sobie jego książkę, ale potem zmieniłam zdanie. Jednak nie na długo. A gdy już znalazła się na półce to jakoś nie mogłam się za nią zabrać. Jednak ciekawość zwyciężyła i musiałam zapoznać się z treścią tej niepozornej książeczki.
Narrator, młody nauczyciel literatury jest zakochany w początkującej powieściopisarce - Sumire. Ona jednak darzy uczuciem Miu - swoją pracodawczynię, niemal dwukrotnie starszą od niej. Chce być jak najbliżej ukochanej, dlatego też rzuca pisarstwo, by zostać sekretarką Miu. Obie kobiety wyjeżdżają do Grecji na wakacje. Miu wyjawia Sumire straszne przeżycie ze swej przeszłości. Niedługo później Sumi...
Dlaczego określiłam ją mianem „niepozornej”? Już wyjaśniam…W moje posiadanie trafiła wersja kieszonkowa, która dodatkowo ma małe literki (raczej nie ułatwiają one czytania). Okładka też jest niepozorna, ale nawiązuje do treści. Z tego, co zauważyłam, okładki książek Murakamiego wyróżniają się swojego rodzaju minimalizmem. Mają one swój urok i przyciągają wzrok. Tak, więc niepozorna z powodu gabarytów i minimalistycznej, zielonkawej okładki.

„Ostatecznie przypominamy samotne bryły metalu krążące po osobnych orbitach. Z oddali wyglądamy jak piękne spadające gwiazdy, które jednak w rzeczywistości są więzieniami, gdzie każda z nas tkwi zamknięta samotnie, zmierzając donikąd. Kiedy przecinają się orbity tych satelitów, możemy się spotkać. Może nawet otworzyć przed sobą serca. Ale tylko na krótką chwilę. Już w następnej pogrążamy się w absolutnej samotności. Dopóki nie spłoniemy i nie obrócimy się w nicość.” 

Jest to cytat, który odzwierciedla treść tej historii. Fabuła opiera się na samotności, marzeniach, pożądaniu i miłości. Czyli o czymś, co dotyka chyba wszystkich ludzi. Nie zabraknie trójkąta miłosnego, co prawda niespełnionego i w zasadzie platonicznego, ale przepełnionego fascynacją oraz owym pożądaniem i miłością. Cała ta sytuacja przypomina mi coś w rodzaju łańcucha pokarmowego…on kocha i pragnie ją, ona kocha i pragnie inną kobietę a tamta z kolei nie jest zdolna do pożądania a tylko do platonicznej miłości. Czyli nikt nie jest w pełni zadowolony…wszystkim pozostaje przyjaźń, swoja obecność i zaspokojenie własnych pragnień tylko powierzchownie. Jednak i z tego można czerpać jakąś radość i wypełnić pustkę. Autor po przez narrację młodego mężczyzny, rozszerza nam postać Sumire, młodej pisarki, która odkrywa czym jest pożądanie. I praktycznie większa część książki na tym się opiera. Jednak potem następuje rozszerzenie fabuły o inne postacie i ich osobiste przeżycia.

„Opowieść to coś nie z tego świata. Prawdziwa historia wymaga magicznego chrztu, który połączy świat po tej stronie ze światem po tamtej.”

Za tym pozornym życiem, problemami damsko – męskimi, kryje się zagadka. Znajdziemy dziwne sytuacje, których rozum pojąć nie może. I takie też są moje odczucia. Momentami czułam się jakbym przeniosła się ze zwyczajnej historii do świata fantasty, w którym dzieją się dziwne rzeczy. Zbiło mnie to z tropu, wydało się nierealne i w zasadzie nieuzasadnione. Bohaterowie nie należą do postaci prostych i przewidywalnych, jest wręcz przeciwnie. Autor w tej cienkiej książeczce zawarł mnóstwo ciekawych myśli, ładnie ubranych w słowa. Przez jakąś część książki byłam zaintrygowana, podobało mi się, że coś się dzieje. Sumire wydawała się ciekawą aczkolwiek skomplikowaną i zagubioną osóbką. To właśnie ona jest w tej książce „elementem” spójnym i na niej opiera się cała ta historia. Jednak pod koniec totalnie się pogubiłam. Nie pomyślcie, że nie wiem co czytałam bo tak nie jest. Po prostu nie trafiał do mnie sens zawarty w słowach. Książka ma wielu zwolenników (zresztą nie tylko ta jedna) ja jednak nie potrafię aż tak bardzo się nią zachwycić. Coś mi w fabule zgrzytało, nie pasowało mi do reszty. Nie powaliła mnie ta książka na kolana, a szkoda bo miałam dość duże oczekiwania. Czego się praktycznie spodziewałam? Czegoś, co mnie zachwyci, skoro tyle osób zachwala twórczość tego autora.

Podsumowując: jest to w stu procentach oniryczna opowieść i pod tym kątem trzeba ją tylko rozważać. Jest nierealna i mało rzeczywista. Fabułą przypomina sen, koszmar czyli coś co nie jest prawdziwe. Nie zniechęciłam się do autora, ani jego stylu. W najbliższej przyszłości mam zamiar znów sięgnąć po jego książkę. Czytanie książek, to przecież poznawanie nowych rzeczy i poszerzanie własnych horyzontów. Być może muszę dobrze poznać styl autora i wczuć się w klimaty. Na razie jednak, co do tej książki mam mieszane uczucia – nie jest zła, kiepska, ale też nie jest powalająca.

Książka bierze udział w wyzwaniu:

sobota, 17 stycznia 2015

Magdalena Witkiewicz - Pierwsza na liście


autor: Magdalena Witkiewicz
wydawnictwo: Filia
data wydania: 14 stycznia 2015
liczba stron: 345
kategoria: literatura współczesna

„Nie ma ludzi złych. Nie wszyscy o tym wiedzą, ale każdy dobry człowiek może być bohaterem.”*

Co powiecie na kolejną historię o przyjaźni? Tylko tym razem w odcieniach kobiecości. Zresztą historia, którą chcę Wam przedstawić ma w sobie ukrytych wiele tematów. Jednak niewątpliwie jest to historia kobiet, o kobietach i dla kobiet, ale i panowie mogliby przeczytać…nie zaszkodziłaby im taka dawka wrażeń. Tym razem chcę Was zaprosić do przeczytania najnowszej książki Magdaleny Witkiewicz – Pierwsza na liście. Jest to autorka, która na swoim koncie ma już kilka książek w tym także dla dzieci. Zapewne kojarzycie takie tytuły jak: Szkoła żon, Pensjonat marzeń, Zamek z piasku oraz Szczęście pachnące wanilią. Ja niestety nie miałam okazji czytać żadnego z tych tytułów. Jakie są więc moje debiutowe wrażenia po przeczytaniu Pierwszej na liście? Brak mi słów, albo jest ich wręcz za dużo, by opisać to, co myślę…
Ina zaczęła nowe życie. Nie spodziewała się, że przeszłość zapuka do jej drzwi w najmniej oczekiwanym momencie. Patrycja w każdej chwili mogła wszystko stracić. Los postawił przed nią najtrudniejsze z zadań. W ciągu kilku tygodni nauczyć ukochane córki, jak żyć? Karola musiała wziąć sprawy w swoje ręce. Wyruszyła w podróż, aby odnaleźć PIERWSZĄ NA LIŚCIE. Odnalazła. Ale wraz z nią wróciły bolesne wspomnienia.
Miłość. Zastanawiam się, co jest ważniejsze – miłość czy przyjaźń? Miłość czasem mija, a przyjaźń… Cały czas się łudzę, że przyjaźń zostaje na zawsze. I nawet po dwudziestu latach trwa, tylko czasem jest zagubiona. Najważniejsze chyba są dzieci. Dla mnie zawsze byłyście na pierwszym miejscu. Jesteście moim spełnionym marzeniem. Mężczyźni są, potem ich nie ma… Ale dzieci są zawsze. Kawałek ciebie w bardziej doskonałym człowieku.

Jak myślicie, co jest ważniejsze miłość czy przyjaźń? Co byście wybrały/ wybrali? W co bardziej opłaca się tak naprawdę zainwestować? No właśnie pytanie nie łatwe…i od takiego pytania zaczynamy naszą wędrówkę z pięcioma kobietami. Wędrówka ta wcale nie będzie łatwa. Kolejne pytanie, z którym możemy się zmierzyć też nie należy do najprostszych. Co byście zrobiły/ zrobili gdyby Wam został rok życia, kilka miesięcy i dni? I jak tu mądrze odpowiedzieć? Jak tu nie wpaść najpierw w panikę a potem w depresje? Takich pytań jest dużo, dużo jest także refleksji i poważnych tematów. Jakich? Takich jak białaczka. Walka z chorobą. A także poruszona została kwestia dawcy. W tym przypadku bywa różnie i podróżnie. Zastanawialiście się kiedyś nad tą kwestią? Niestety, ludzie bywają nieodpowiedzialni i nie zawsze robią to, co powinni, a mianowicie w ostatniej chwili uciekają. Co to znaczy zostać dawcą szpiku? Niewątpliwie możemy podarować komuś drugie życie, możemy uczynić nasze barpodziej wartościowym pod względem zwykłego człowieczeństwa i miłości dla bliźniego. O tym by można mówić bez końca i za pewne po przeczytaniu tej książki każdy nad tym pomyśli – nie mówię, że od razu każdy poleci się zgłosić jako potencjalny dawca. Ta historia to nie tylko choroba, to także dramaty prywatne, z którymi boryka się każda z bohaterek. Każda z kobiet opisanych w tej książce ma swoją historię, swoje własne „trupy w szafie”, swoje demony, które je nękają. A mianownikiem wspólnym jest śmierć, która czyha tuż za rogiem. Nie zabraknie również przyspieszonego bicia serca i historii romantycznych. Bo przecież miłość jest nam do życia także potrzebna i możemy ją spotkać w dziwnych okolicznościach. Nasze życie może się zmienić, w każdej chwili. Czytając ma się wrażenie, że znamy Patrycję, Karolinę, Inę, Różę i Grażynkę. Mamy wrażenie, że to nasze przyjaciółki, które dobrze znamy. Nie chce się zagłębiać w fabułę, nie chce nic zdradzać ani wnikać w szczegóły. To jest zupełnie nie potrzebne. Po co psuć Wam przyjemność z odkrywania tej historii i poznawania tych wyjątkowych, silnych i mądrych kobiet.

Ta książka jest niesamowita. Zaczęłam ją czytać po 21 a skończyłam o 2:30. Nie mogłam się od niej oderwać, musiałam ją przeczytać jednym tchem. Po przebudzeniu nadal miałam dziwne uczucie, jakąś spójność z tą historią. Nadal jestem pod wielkim wrażeniem i aż trudno mi to opisać. Autorka w doskonały sposób stworzyła postacie. A co ważne pomysł powstał w realnych okolicznościach, gdy autorka leżała w szpitalu i czekała na diagnozę. Pani Magdalena Witkiewicz w swojej książce zmieściła tyle emocji, że to aż nieprawdopodobne. Potrafi wzruszyć, rozśmieszyć, rozmarzyć, wkurzyć, zaintrygować i przyśpieszyć bicie serca. Każdy w tej książce znajdzie coś dla siebie. Niezależnie od wieku. Książka ta wyzwala w czytelniku dodatkową dawkę człowieczeństwa, porusza najczulsze struny. To nie my chłoniemy tą historię tylko ona nas. Na końcu znajdziecie kilka słów od autorki, a także od Urszuli Jaworskiej – kobiety, która zna temat choroby od podszewki. Założycielki Fundacji, silnej osobowości, która potrafi zrozumieć i zaangażować się w stu procentach w walkę chorych. Warto, więc przeczytać te dodatkowe teksty i przekonać się, kto i jak przyłączył się do postania tej historii. Nie wiem czy Was zaintrygowałam, zachęciłam a może zniechęciłam, ale ja tej książki nie oddam za żadne skarby. Ta książka ma w sobie coś osobistego, przynajmniej ja tak to odczułam. Coś, co poruszy czytelnika i pozwoli mu się przez chwilkę zastanowić. Myślę, że refleksje dopadną i Was. Powiem więcej, mam w planach kolejne książki Magdaleny Witkiewicz i to nie dlatego, że jest moją imienniczką. A Pierwszą na liście warto przeczytać. To książka, która daje pozytywnego kopa a przy okazji pokazuje ludzką dobroć. Polecam!


*Hasło Urszuli Jaworskiej.

Książka bierze udział w wyzwaniach:

czwartek, 15 stycznia 2015

Cecelia Ahern - Love, Rosie


autor: Cecelia Ahern
tłumaczenie: Joanna Grabarek
tytuł oryginału: When Rainbows End
wydawnictwo: Akurat
data wydania: 3 grudnia 2014
liczba stron: 512
kategoria: romans

"Życie jest zabawne, prawda? Kiedy już myślisz, że wszystko sobie poukładałeś, kiedy zaczynasz snuć plany i cieszyć się tym, że nareszcie wiesz, w którym kierunku zmierzasz, ścieżki stają się kręte, drogowskazy znikają, wiatr zaczyna wiać we wszystkie strony świata, północ staje się południem, wschód zachodem i kompletnie się gubisz. Tak łatwo jest się zgubić."

Cecelia Ahern to jedna z moich ulubionych autorek, a jej książki są dla mnie totalnym relaksem. Tym razem także postawiłam na dawkę owego relaksu – tym bardziej, że dopadło mnie choróbsko i miałam ochotę na coś lżejszego. Ostatnio czytam przeważnie coś, co ma związek z kryminałami, więc mała odskocznia była mi potrzebna. Tak więc, gdy tylko Love, Rosie trafiła w moje ręce, nie mogłam się oprzeć pokusie i od razu po nią sięgnęłam. O tej książce stało się znów głośno(wcześniej była wydana pod zupełnie innym tytułem - Na końcu tęczy) za sprawą wersji kinowej (którą chętnie obejrzę) stąd też ta śliczna okładka, która mnie po prostu urzekła.
Rosie i Alex od dzieciństwa są nierozłączni. Życie zadaje im jednak okrutny cios: rodzice Alexa przenoszą się z Irlandii do Ameryki i chłopiec oczywiście jedzie tam razem z nimi. Czy magiczny związek dwojga młodych ludzi przetrwa lata i tysiące kilometrów rozłąki? Czy wielka przyjaźń przerodziłaby się w coś silniejszego, gdyby okoliczności ułożyły się inaczej? Jeżeli los da im jeszcze jedną szansę, czy Rosie i Alex znajdą w sobie dość odwagi, żeby spróbować się o tym przekonać?
Mając już do czynienia z twórczością autorki, miałam świadomość tego, co mogę znaleźć w środku. A powiem Wam, że trochę byłam zaskoczona. Muszę też wspomnieć o jednej rzeczy…Czytając moje skojarzenia poszybowały w kierunku dwóch tytułów – Jeden dzień oraz Skandal w wielkim mieście. Jeśli chodzi o skojarzenia z pierwszym tytułem…obie historie łączy przyjaźń, odległość, upływ czasu i przeciwności losu. Jeśli zaś chodzi o kolejny tytuł…obie zostały napisane w podobnej formie. Czyli jako zbiór wiadomości tekstowych, które są zdecydowanie bardziej urozmaicone w książce Ceceli Ahern. Oczywiście trzeba przestawić się na taką formę i połapać się z upływem czasu, który biegnie jak szalony. Jednak mimo wszystko czyta się szybko i płynnie. Dzięki tym listom i innym wiadomościom tekstowym możemy wcielić się w małego podglądacza korespondencji. Wiemy, kogo z kim jakie łączą stosunki, znamy przebieg wydarzeń i poznajemy emocje wszystkich bohaterów. Razem z postaciami stworzonymi przez autorkę spędzimy nie jeden rok nie dwa a kilka dekad. Jest to niewątpliwie historia pełnia wzlotów i upadków. Jednak jasno i wyraźnie mówi o przyjaźni (a szczególnie tej damsko – męskiej) poruszy tematy miłosne, rodzinne a nawet zahaczymy o rozwój osobisty. Życie Rosie, Alexa i wszystkich pozostałych wcale nie jest usłane różami i nie pachnie fiołkami, bywa bolesne, szare i wkurzające. Czytając nie raz zastanawiałam się, co będzie dalej, bo przecież tyle się już wydarzyło i bla bla. Nie raz miałam wrażenie, że historia ciągnie się w nieskończoność a bohaterowie się starzeją i nic im z życia nie zostanie. Jednak to tylko dodaje uroku tej powieści. Jeśli zaś chodzi o zakończenie to poczułam lekki niedosyt, ale patrząc na całość to myślę, że pasuje idealnie.

„ Czasem wydaje mi się, że ktoś powinien kopnąć się porządnie w tyłek za wszystkie szanse, jakie zmarnowałaś w życiu. Jesteś niesamowicie frustrującą osobą, Rosie.”

Tak została podkreślona Rosie przez swoją przyjaciółkę i w tym zdaniu jest cała prawda. Sama nie raz miałam ochotę wejść do książki i potrząsnąć główną bohaterką, zresztą nie tylko nią (oj Alex, Alex). Chociaż wcale się nie dziwię…nie jest łatwo dokonywać samych dobrych i łatwych decyzji. A tym bardziej, jeśli w naszym życiu są jeszcze inne ważne osoby. Nie mniej jednak cierpliwość mi się kończyła, ale to akurat dobrze. Dlaczego? Ponieważ wczułam się w sytuację, polubiłam bohaterów i najchętniej poszłabym na skróty. Po prostu każda kartka wyzwala emocje. Życie nie jest łatwe i wymaga poświęceń.

Podsumowując: jest to książka, przy której nawet gorączka nie straszna. Walcząc z choróbskiem i gorączką pochłaniałam stronę za stroną. Ani się obejrzałam a już byłam na 205, później na 440 a za chwile już na samym końcu. Nie można się od niej oderwać, czyta się ją jednym tchem. Nie jest to zwyczajne romansidło, które ma na celu wykreować wielką miłość. Ta książka zawiera w sobie nie jeden przekaz, potrafi rozśmieszyć by za chwilę wzruszyć. Są momenty, gdy można zastanowić się nad życiem bohaterów jak i swoim własnym. Nie jest to historia łatwa, ale na pewno z duszą. A główni bohaterowie są po prostu rewelacyjni, to mieszanka wybuchowa, duet doskonały. Takiej książki potrzebowałam by się zrelaksować, pomyśleć, wzruszyć a i pośmiać. Jeśli chcecie się przekonać jak potoczyła się znajomość Rosie i Aleksa, jak sobie radzili przez te wszystkie dekady i przy okazji przekonać się czy ta przyjaźń damsko – męska istnieje to musicie przeczytać. 

„Mam gównianą pracę za gównianą płacę i gówniane mieszkanie za gówniany czynsz. Nie mam czasu na gówniany seks z gównianym facetem.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję:



Książka bierze udział w wyzwaniach:

wtorek, 13 stycznia 2015

Joanna Chmielewska - Nawiedzony dom


autor: Joanna Chmielewska
cykl: Janeczka i Pawełek (tom 1)
wydawnictwo: Olesiejuk
data wydania: 2013 (data przybliżona)
liczba stron: 302
kategoria: thriller/sensacja/kryminał

Korzystając z okazji, że w Biedronce trwa „Zimowy festiwal książek” postanowiłam co nie co dla siebie złowić. Wybrałam się z myślą zakupienia wybranych tytułów, a wróciłam z zupełnie innymi. Nie dość, że nie było tego co na pierwszy rzut oka chciałam to jeszcze musiałam odwiedzić kilka marketów, żeby złowić coś ciekawego. Wyszło na to, że musiałam jednak odwiedzić wszystkie w mieście i to dnia następnego niż obiecana promocja, gdyż w tym dniu nie było wyłożonego towaru. Grunt, że w końcu nabyłam sześć książek, w tym właśnie tę, którą mam zamiar Wam przedstawić. Tym razem zaintrygowały mnie książki Joanny Chmielewskiej, co prawda nazwisko było mi znane, jednak po żadną książkę autorki nigdy nie sięgnęłam. Pani Joanna ma na swoim koncie wiele książek, a ciekawostką jest to, że w Rosji uchodzi za najpoczytniejszą autorkę zagraniczną. Słynie z powieści sensacyjnych, kryminalnych, książek dla dzieci i młodzieży, a także komedii obyczajowych. Wyłowiłam z kosza marketowego aż 4 powieści autorki i miałam niemały dylemat, od której zacząć swoją przygodę z jej twórczością. Postawiłam na zagadkowy i obiecujący tytuł – Nawiedzony dom.
Akcja książki rozgrywa się w latach 70. dwudziestego wieku. Głównymi bohaterami książki są rodzeństwo Pawełek i Janeczka oraz ich pies Chaber. Ojciec dzieci odziedziczył w spadku po wuju z Argentyny dom w Warszawie. Po pewnym czasie okazało się, że dom kryje w sobie pewną tajemnicę. Jest nią strych, nieodwiedzany przez mieszkańców domu od bardzo wielu lat. Dzieci postanawiają przeprowadzić śledztwo i odkryć wszystkie tajemnice swojego nowego domu.
Jak myślicie co łączy stary dom, spadek po jakimś tam krewnym, same kłopoty, dziwnych sąsiadów, zakurzony strych, dwoje błyskotliwych dzieci i psa? Tajemnica. A dla czytelnika oznacza to dobrą zabawę. Tym razem bohaterzy są nietypowi, zresztą powiedziałabym, że wszystkie postacie są urokliwe, barwne i sympatyczne – z wyjątkiem owych podejrzanych. Największą ciekawostką było dla mnie to, że głównymi postaciami są tutaj dzieci, Janeczka i Pawełek no i oczywiście pies Chaber, o którym zapomnieć się nie da. Ta trójka jest po prostu niesamowita, nadążyć za nimi nie można nawet na wrotkach. Ich dedukcji nie powstydziłby się sam Holmes. Pawełek i Janeczka to tacy mali detektywi, są dociekliwi, szukają wrażeń a na dodatek wychodzi im to świetnie. Czytając poznacie rodzinkę Chabrowiczów i ich stary – nowy dom. Zapewniam, że rodzinka jest nie do podrobienia a dom oferuje nie lada atrakcję. Jedną z takich atrakcji jest zapewne strych, który jest podobno zamknięty od bardzo dawna i znajduje się za żelaznymi drzwiami. Dzieciom nie są straszne niebezpieczeństwa, małe kłamstewka ani nawet mroczne typy kręcące się dziwnie blisko ich domu. Odwiedzając tę sympatyczną rodzinkę, poczujecie ten rodzinny klimat. Jednym słowem wtargniecie do rodziny i będziecie podążać śladami Janeczki i jej brata. Autorka w doskonały sposób stworzyła nie tylko postacie, świetna jest również fabuła, która nawet na końcu może czymś zaskoczyć. Co mi się jeszcze podobało w tej książce? Dialogi. Są rozbrajające. Dowcip goni dowcip. Teksty dzieci bywają bardzo bezpośrednie, mimo że nie raz naiwne troszkę to i bardzo celne. Całość czyta się lekko i płynnie. Czytając nie nudziłam się wcale. Oczami wyobraźni widziałam ten dom, strych, dziwną sąsiadkę, psa i całą resztę. Jest to pierwszy tom przygód Janeczki i Pawełka, zaradnych i sprytnych dzieci, które niczego się nie boją. Po tej części mam wielką ochotę na kolejne. Muszę przyznać, że czasami dzieci potrafią dostarczyć więcej rozrywki niż dorośli. A zdradzę, że sprawa dotyczy dorosłych i to bardzo.

Chcecie się dowiedzieć jaką tajemnicę kryje ten dom? Poznać i rozwikłać nie lada zagadkę? W takim razie przeczytajcie Nawiedzony dom. Janeczka i Pawełek z pewnością umilą wam czas i wprowadzą w swoje intrygi, których nie powstydziłaby się nawet policja. Dla mnie jest to książka, która umila czas, wprowadza w klimat intrygi, jakiejś podejrzanej sprawy, a przy tym miły powrót do czasów” dzieciństwa” za sprawą głównych bohaterów.

„- No więc Chaber jest wytresowany jak złoto! – oznajmił z satysfakcją Pawełek. –Dziś już dobrowolnie leciał przede mną. Kolej na babcię.
- Boję się, że z psem było łatwiej – powiedziała Janeczka trochę niespokojnie. – Jest o wiele posłuszniejszy niż babcia. W ogóle nie wiem jak zacząć.
[…] - Rany babcia czeka, chyba znów coś nawaliła z tym listonoszem! – zaniepokoił się Pawełek. – Mówiłem, że z psem łatwiej! „


Książka bierze udział w wyzwaniach:

niedziela, 11 stycznia 2015

Ben Bennett - Uśmiech niebios


autor: Ben Bennett
tłumaczenie: Anna Urban
wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 18 lipca 2012
liczba stron: 192
kategoria: Literatura piękna

„Kiedy znów spadnie śnieg, spotkasz swoją wielką miłość”.

Taką wróżbę można znaleźć w jednym z chińskich ciasteczek, i taką otrzymał bohater tej książki. Tylko co zrobić jak zimy są ciepłe a śniegu nie widuje się tam praktycznie wcale? No właśnie, można czekać i czekać, ale na co? Na obiecywaną miłość, tylko czy aby na pewno się pojawi? Uśmiech niebios autorstwa Bena Bennetta to cieniutka książeczka, która swoim tytułem obiecuje dawkę optymizmu i spełnienie marzeń. Czy aby na pewno? Zanim po nią sięgnęłam minęło trochę czasu, jakoś inne książki bardziej przyciągały moją uwagę. Teraz jednak nadszedł czas na zapoznanie się z tą historią.
Jeszcze w czasach studenckich Harvey przeżył swoją wielką miłość. Niestety, Liv umarła, a jemu zostały tylko wspomnienia i wróżby ukryte w chińskich ciasteczkach, wróżby, w które wbrew zdrowemu rozsądkowi, on, profesor Uniwersytetu Kalifornijskiego zawsze wierzył. Jedna z nich obiecywała mu, że w płatkach padającego śniegu znów spotka miłość. Tylko, że w Los Angeles nigdy nie pada śnieg. Ale oto dzieje się cud. W Wigilię z nieba spada biały puch, a w życiu Harveya pojawia się dziewczyna uderzająco podobna do Liv.

„Czasem trzeba pozwolić szczęściu odejść, aby je zatrzymać…”

No właśnie, historia Harveya to obrazuje, jest to przypadek, który pasuje do tego zdania, ale jest jakiś odległy. Mało rzeczywisty. Jest to historia, w której nie zostały wykorzystane wszystkie atuty. Delikatnie mówiąc potencjał nie został w pełni wykorzystany. Czytając ma się wrażenie uczuciowego chaosu, czytelnika przytłacza depresja głównego bohatera zwanego Szekspirem. Powracanie do przeszłości i analizowanie tragedii może doprowadzić do irytacji. Można by pomyśleć, że sytuacja ulegnie zmianie, gdy na jego drodze pojawi się nowa kobieta, jednak wcale nie jest lepiej. Myślę, nawet, że galimatias w głowie Szekspira się powiększa. Jego monolog to praktycznie walka z myślami i uczuciami. Ciągle wałkujemy to samo. Fabuła sięga nie tylko do cudu, trafimy również na zagadnienie reinkarnacji i dziwnych okoliczności. Można powiedzieć, że od samego początku zaczynamy od małego absurdu z wróżbami i idziemy dalej. Teraz coś o postaciach- Harvey zwany Szekspirem idzie na pierwszy ogień i zostanie skomentowany dosadnie. Jest to człowiek pogrążony w dwudziestoletniej żałobie i depresji. Jego małym uzależnieniem są wróżby z ciasteczek, które przechowuje w szufladzie – z wyjątkiem tej jednej, jedynej. Wykładowca na uniwersytecie, znawca Szekspira i właściciel dwóch psów. Samotny facet, który uważa się za chodzącego wraka niezdolnego do uczuć, po kobiety sięga tylko do zaspokojenia potrzeb seksualnych. Można by go nazwać egoistą, który boi się uwierzyć w cuda, miłość i szczęście. Nie radzi sobie ze stratą ukochanej kobiety. Bywa irytujący i jak dla mnie trochę mało męski, ma za mało charyzmy i zaciętości. Nie polubiłam go. Jeśli chodzi o resztę postaci, to jest ich ogólnie niewiele. Pojawiają się epizodycznie i są ogólnie pozytywne. Myślę, że najbardziej irytujący jest główny bohater, jego obie miłości (których sam rozróżnić nie umie) są do siebie podobne, są jakby jednością a różni je niewiele. O tych paniach można powiedzieć tyle, że są idealne dla naszego Szekspira, piękne, skandynawskie i eteryczne. Prawdę mówiąc nie ma co zbytnio na temat bohaterów tej książki powiedzieć.

Podsumowując: banalna historia, której korzenie sięgają w głąb rodzinnych sporów i rywalizacji. Całość jest depresyjnym monologiem, który praktyczne stoi w miejscu, aż do czasu podróży do Szwecji. Od tego momentu zaczyna się coś dziać, fabuła nabiera rozpędu i poznajemy nowe postacie, które są kluczowe dla tej historii. Nie jest to literatura na wysokim poziomie, można ją przeczytać w kilka godzin i więcej po nią nie sięgnąć. Myślę, że jest trochę przewidywalna, momentami banalna i chaotyczna. Całość została wzbogacona cytatami z dzieł Szekspira (tego prawdziwego). Komu bym poleciła? Na pewno czytelnikowi niewymagającemu, który ma ochotę na cienką książeczkę dla rozrywki. No i oczywiście dla miłośników romansów – szczególnie urozmaiconych sporą różnicą wieku.


„Kocham cię, przeto pójdź ze mną, mój miły:
Moje rusałki będą ci służyły.
One ci w morzu znajdą perły na dnie,
Śpiewać ci będą, gdy cię sen owładnie*”.

*William Szekspir, Sen nocy letniej

Książka bierze udział w wyzwaniu:


piątek, 9 stycznia 2015

Guillaume Musso - Telefon od anioła


autor: Guillaume Musso
tłumaczenie: Joanna Prądzyńska
tytuł oryginału: L'appeal de l'ange
wydawnictwo: Albatros
data wydania: wrzesień 2012 (data przybliżona)
liczba stron: 416
kategoria: Literatura piękna

[…] dla mnie bowiem powieść to świat równoległy.

Tym razem chcę Was zabrać do świata równoległego, który stworzył sobie Guillaume Musso. A jaki jest to świat? Niezwykle intrygujący, w którym fikcja miesza się z prawdą, bohaterowie dorastają w nieistniejącej dzielnicy a przypadkowa kobieta z lotniska inspiruje (i to jak). Miałam już okazję czytać książkę tego autora, zachwyciła mnie i urzekła nie tylko formą, ale i treścią. A przede wszystkim napięciem i ciekawymi bohaterami – mowa tutaj o książce Jutro. Zaintrygowana postanowiłam bliżej zapoznać się z twórczością Musso. Stwierdziłam, że taka dobra książka nie powstaje przez zwykły przypadek – trzeba mieć dobrą wyobraźnię a nawet bardzo dobrą a i styl, który jest oryginalny i niezniechęcający. Tak, więc tym razem proponuję Wam nieco starszy tytuł Telefon od anioła, który zabierze Was do tego niesamowitego świata, o którym już raczyłam wspomnieć.
Madeline Greene była policjantką, teraz prowadzi piękną kwiaciarnię w Paryżu. Jonathan Lempereur był wielkim szefem kuchni, ale wpadł w finansowe tarapaty, zbankrutował i opuściła go żona. Obydwoje mają za sobą trudne chwile, a kiedy wpadają na siebie na lotnisku w Nowym Jorku, nie mają ochoty na uprzejmości. W zatłoczonej kawiarni jest jeden wolny stolik, muszą więc usiąść razem... Zarówno Madeline, jak i Jonathan mają telefony komórkowe. Ale, że przypadkiem je zamienili, zdają sobie sprawę po dotarciu do celu podróży... Przypadek, czy przeznaczenie? Ludzka ciekawość jest nieposkromiona. Ani Madeline, ani Jonathan nie mogą powstrzymać się od przejrzenia zawartości komórek tego drugiego, a prywatne dokumenty kryją różne tajemnice...
Jak myślicie, dokąd prowadzi zwykła ludzka ciekawość? Możliwe, że do piekła i może coś w tym prawdy jest…namiastka piekła znajduję się przecież na ziemi, a małe diabełki siedzą ukryte w ludziach. A co powiecie na przeznaczenie? Zwyczajną pomyłkę, która odmienia życie o 180 stopni…?Takie „losowe pomyłki” bywają bardzo atrakcyjne, intrygujące i pełne napięcia a do tego pozwalają odkryć zakurzone sekrety. W takiej sytuacji znaleźli się bohaterowie tej historii. Oboje mają swoje zakurzone sekrety, oboje przed czymś uciekają i na co dzień żyją skryci za maską pozorów i obowiązków. A dokąd to wszystko prowadzi? Do konfrontacji. Do niebezpieczeństwa. Do ofiar. Do zagadek. No i oczywiście do…A co mi tam, to przemilczę. Nie mogę aż tak się rozpisywać. Musso po raz kolejny udowodnił mi, że ma niezwykły talent do tworzenia ciekawych historii. Historii niebanalnych, nieprzewidywalnych i trzymających w napięciu. Od samego początku do końca historia jest wciągająca. Nie czuje się zniechęcenia, nie mamy wrażenia, że konsumujemy odgrzewanego kotleta. Pomysł plus jego realizacja jest na bardzo wysokim poziomie. Wszystkie elementy fabuły są przemyślane i wpisane w odpowiedni moment. Możemy powoli łączyć fakty, starać się rozwikłać wątki, ale na pewno nie możemy się nudzić. Wątki, osoby i miejsca się ze sobą przeplatają, dzięki czemu akcja jest dynamiczna. Postacie są różne, każda jest oryginalna, nie jest cukierkowata ani sztuczna. Znajdziemy tutaj także wesołków, takich jak Marcus i papuga Borys. Każda ma swój niepowtarzalny charakter. W tej historii natraficie na niejedną zagadkę…co jest zaskakujące, gdyż początek zapowiada się niepozornie. Autor od kilku lat zapisuje sobie różne cytaty, zdania, które go zaintrygowały, wywołały jakieś emocje czy też myśli. To właśnie one rozpoczynają, każdy rozdział…dzięki temu autor w ciekawy sposób podkreśla to co próbuje nam, czytelnikom przekazać w danym rozdziale. Myślę, że jest to bardzo ciekawa forma, szczególnie dla miłośników krótkich myśli, które dają do myślenia. Mnie to urzekło w poprzedniej powieści, więc z zadowoleniem odkryłam, że i w tej się znajdują. Jeśli ktoś jest ciekawy źródeł tych mądrości to znajdzie je na końcu książki.

Podsumowując: książka dla miłośników tajemnicy i kryminałów. Jest to thriller, który wciągnie Was od początku do końca. Historia pełna przypadków i przeznaczenia, a do tego napisana ciekawym stylem. Oczywiście całość została zapakowana w ładną okładkę, która jak dla mnie jest optymistyczna…Fani autora chyba muszą podziękować pewnej Nieznajomej z lotniska, dzięki której powstał zarys tej historii. To dowód na to, że pomyłki zdarzają się także w życiu codziennym, i potrafią dać natchnienie. Macie ochotę na dobrą książkę? W takim razie nie czekajcie.

  „Najpiękniejsze lata życia to te, które są jeszcze przed nami...”

Książka bierze udział w wyzwaniu:

czwartek, 8 stycznia 2015

Wyzwanie: Kiedyś przeczytam


Już w zeszłym roku planowałam udział w tym wyzwaniu, jednak ostatecznie się do niego nie zgłosiłam. Tym razem już musiałam się zgłosić i tylko czekałam aż Lustro Rzeczywistości opublikuje posta z rozpoczęciem nowej edycji :) Na moich półkach zbiera się coraz więcej książkowych zaległości, dlatego liczę na to, że dzięki wyzwaniu "Kiedyś przeczytam" pozbędę się ich raz na zawsze :)

Oto mój zgłaszany stos:


ROZMIAR: M (30 książek)
  1. Katarzyna Bonda – „Pochłaniacz” (przeczytana 30.08.2015)
  2. Michel Bussi – „Nie puszczaj mojej dłoni”
  3. Irena Matuszkiewicz - „Przerwana podróż”
  4. Monika A. Oleksy - „Samotność ma twoje imię” (przeczytana 20.02.2015)
  5. Nora Roberts - „Święte grzechy” (przeczytana 28.05.2015)
  6. Danielle Steel - „Zwiastun miłości”
  7. Sara Shepard – „Pozory mylą” (przeczytana 30.07.2015)
  8. Tammara Webber - „Tak krucho…”
  9. Sara Shepard – „Kłamstwo doskonałe”  (przeczytana 25.11.2015)
  10. Reyes Monforte – „Okrutna miłość”
  11. John Green – „Papierowe miasta” (przeczytana 23.01.2015)
  12. Jojo Moyes – „Zanim się pojawiłeś” (przeczytana 26.11.2015)
  13. Arthur Conan Doyle – „Dolina strachu” (przeczytana 28.06.2015)
  14. Zygmunt Miłoszewski – „Bezcenny”
  15. Henning Mankell – „Piąta kobieta”
  16. Ben Bennett – „Uśmiech niebios”  (przeczytana 11.01.2015)
  17. Raymond Chandler – „Siostrzyczka”
  18. Richard Paul Evans – „List” (przeczytana 28.01.2015)
  19. Nina George – „Lawendowy pokój”
  20. Christine Drews – „Niebezpieczna znajomość”
  21. Alice Munro – „Dziewczęta i kobiety”  (przeczytana 8.11.2015)
  22. Haruki Murakami – „Zniknięcie słonia”
  23. Eric-Emmanuel Schmit – „Trucicielka” (przeczytana 18.02.2015)
  24. Agata Christie – „Śmierć na Nilu” (przeczytana 12.02.2015)
  25. Rex Stout – „Zabójcza gra” (przeczytana 27.03.2015)
  26. Stephen King – „Rose madder”
  27. Harlan Coben - "Ostatni szczegół" (przeczytana 27.10.2015)
  28. Alice Munro – „Odcienie miłości”
  29. Janusz Leon Wiśniewski – „Grand” (przeczytana 12.09.2015)
  30. Catherine Ryan Hyde – „Nie pozwól mi odejść”
Liczę na to, że jak najszybciej uporam się z tym stosem :)

środa, 7 stycznia 2015

Smerfowy tag książkowy :)

Swój post zacznę od podziękowania Muffince z bloga http://szalonemuffiny.blogspot.com/ za nominację do tej zabawy. Jest interesująca i trzeba przy niej trochę ruszyć głową (a szczególnie pamięć). Tak więc zrobiłam małą burzę mózgów i oto co mi wyszło:

1.Smerf Śpioch (Wybierz książkę, podczas której czytania prawie zasnąłeś)



Książka, przy której prawie zasnęłam…Hmm z tym pytaniem problemów nie miałam żadnych… wspomnieniami cofnęłam się do czasów szkolnych i lektur. Tak więc moja odpowiedź to „Dziady”. Nie mogłam przebrnąć przez tą książkę, przy czytaniu oczy mi się zamykały i nie mogłam się skupić. Tak więc jeśli ktoś potrzebuje czegoś na sen to polecam.

2. Smerf Laluś( Wybierz postać, która dba o swój wygląd)




Przy tym pytaniu to musiałam dopiero zrobić burzę mózgu…i wybrałam Katie z Katie w świecie mody

3. Smerf Zgrywus (Wybierz postać, która robi kawały i ciągle się wygłupia)



Tutaj przychodzi mi na myśl Sutton i jej szalone koleżanki – zabawa taka jak Gra w kłamstwa wiąże się z kawałami i tego typu wybrykami.

4. Smerf Ważniak (Wybierz postać, która kocha książki)


Postać która kocha książki…na pewno wszystkim kojarzy się Hermiona z Harr’ego Pottera. Na myśl przychodzi mi jeszcze Hazel z Gwiazd naszych wina.

5. Smerf Harmoniusz (Wybierz postać, która lubi śpiewać lub dobrze śpiewa)


Jeśli chodzi o śpiewanie to stawiam na duet Camryn i Andrew z książki Na krawędzi nigdy – oboje kochają muzykę i śpiew, zresztą wychodzi im to bardzo dobrze. Jeśli miałabym typować postać, która gra na instrumencie to Mia z Zostań, jeśli kochasz zasługuje na moją uwagę.

6. Smerfetka (Wybierz swoją ulubioną postać żeńską)
Z tym to mam nie lada problem…jakoś żadna postać nie przychodzi mi do głowy. Zdecydowanie łatwiej przyszłoby mi wytypowanie postaci męskiej. Jednak na myśl przychodzi mi tylko Hazel z Gwiazd naszych wina

7. Jeśli byłbyś Smerfem, jakie byłoby Twoje imię i osobowość?

Maruda jak nic! Myślę, że nie trzeba tutaj nic wyjaśniać i się rozpisywać ;) Do tego z mieszanką Złośnika :)


Do zabawy nominuję Honsię z bloga http://zrecenzowano.blogspot.com/

niedziela, 4 stycznia 2015

Lauren Myracle, Maureen Johnson, John Green - W śnieżną noc


autor: Lauren Myracle, Maureen Johnson, John Green
tłumaczenie: Magda Białoń-Chalecka
tytuł oryginału: Let It Snow
wydawnictwo: Bukowy las
data wydania: 19 listopada 2014
liczba stron: 312
kategoria: literatura młodzieżowa

Wreszcie udało mi się przeczytać W śnieżną noc. Na tę książkę miałam ochotę, gdy ją tylko zobaczyłam. A Gwiazdor był tak łaskawy i zostawił mi ją pod choinką (w dwupaku z Papierowymi miastami). Nie zabrałam się za czytanie od razu, postanowiłam zrobić sobie małą przerwę od czytania w święta i cieszyć się towarzystwem członków rodziny. Jednak teraz już musiałam przekonać się czy poczuje jakąś magię płynącą z tej książki. A przyznam się, że na coś takiego liczyłam. Bo czego można się spodziewać po „świątecznych opowiadaniach o miłości”?
Śnieżyca zamienia małe górskie miasteczko w prawdziwie romantyczne ustronie. A przynajmniej tak się wydaje… Bo przecież przedzieranie się z unieruchomionego pociągu przez mroźne pustkowia zazwyczaj nie kończy się upojnym pocałunkiem z czarującym nieznajomym. I nikt nie oczekuje, że dzięki wyprawie przez metrowe zaspy do Waffle House uda się odkryć uczucie do wieloletniej przyjaciółki. Albo że powrót prawdziwej miłości rozpocznie się od nieprzyzwoicie wczesnej porannej zmiany w Starbucksie. Jednak w śnieżną noc, kiedy działa magia Świąt, zdarzyć może się wszystko…
Jak zresztą widzicie, opis nam to obiecuje a przynajmniej moja wyobraźnia od razu się na takie klimaty nastawiła. W książce znajdują się trzy opowiadania napisane przez różnych autorów – Maureen Johnson, Johna Greena i Lauren Myracle. Czyli wymieszane style w jednej książce. Jednak okazało coś zupełnie innego. Opowiadania są nie tylko spójne, one nie tylko są podobne stylistycznie, ale na pierwszy rzut oka można by pomyśleć, że zostały napisane przed jedną i tę samą osobę. A w dodatku ja zabrałam się za lekturę bez wnikliwego czytania opisu i tego co znajduje się na okładce, tak więc czekała mnie miła niespodzianka. Dowiedziałam się nagle, że jedno opowiadanie łączy się z kolejnym a wszystkie trzy tworzą zwartą całość. Jedna historia podzielona na trzech autorów i ich punkty widzenia – bardzo spójne, harmonijne i ciekawe. Spodobało mi się to. Dostałam trzy mini historyjki, które tworzą ciekawą zimową historię z gromadką postaci. Jak wyobrażam sobie taki wieczór? Na pewno mroźny, klimatyczny, magiczny i otwarty na cuda. Kilkadziesiąt godzin w roku, gdy ludzie są dla siebie mili, życzliwi i po prostu ludzcy. Ta książka była dla mnie ciekawostką, po której oczekiwałam czegoś wyjątkowego. Jak myślicie co może pasować do świątecznej nocy? Śnieżyca? Nastolatki borykające się ze zdradami, rozstaniami a może nawet z kiepskimi partnerami? Wyobraźcie sobie spacer po zaśnieżonych ulicach podczas świątecznej nocy…oczywiście w towarzystwie kumpla i kumpeli…Albo dramat egoistki, która nie widzi nic innego prócz własnych dramatów…

Podróż wigilijna

„To, co dla jednych jest obłędem, dla innych stanowi gwarancję zdrowia psychicznego.”

Historia nastolatki, która w wieczór wigilijny jest zmuszona wsiąść do pociągu i wyruszyć do dziadków. Dlaczego? W to nie będę wnikała, żeby nie zepsuć nikomu zabawy. Okoliczności zmusiły ją do pozostawienia rodzinnego domu, chłopaka i przyjemnej atmosfery. Zaczyna się ciekawie co? Lekki dramatyzm, dynamika i śnieżyca. Nasza bohaterka boryka się z niełatwą sytuacją, ale stara się nie popadać w przygnębienie. Mimo przeciwności postanawia działać, dzięki czemu akcja nabiera rozpędu. To opowiadanie jest zabawne, ironiczne, czasami naciągane żeby pasowało do otoczki świątecznego romansu. Jednak ma w sobie tą lekką magię świąt. Podoba mi się narracja a szczególnie monolog jaki prowadzi sama z sobą nasza bohaterka. Czy coś mnie zaskoczyło w tej historii? Myślę, że nie – jest trochę przewidywalna, ale sympatyczna. Łatwo się wczuć w klimat i wyobrazić sobie całą akcję.

Bożonarodzeniowy Cud Pomponowy

„Całowałam facetów, niczym nie ryzykując, i powodowało to tylko tyle, że pragnęłam pocałunku, przez który zaryzykuję wszystkim…”

Ta historia zaczęła się na luzie. Słowne dogryzki, sarkazm i trójka przyjaciół. Czyli typowe nastolatki, które mają święty spokój, bo rodziców nie ma w domu. Śnieżyca potrafi być sprzymierzeńcem. Oczywiście natrafiłam tutaj na olśnienie a mianowicie to o czym już wspominałam – opowiadania się ze sobą łączą. Co nie powinno być dla mnie niespodzianką, gdybym przeczytała to co napisali na okładce. Ale dobrze się stało, że nie przeczytałam… miałam dzięki temu niespodziankę. Byłam trochę rozczarowana tym co zapowiadał początek. Wędrówka do knajpy w zimową noc i to w dodatku w marnym towarzystwie (nie mam na myśli tej szalonej trójki tylko gości knajpki). Jednak akcja zaczęła nabierać tempa, stała się dynamiczna i przerodziła się w niezwykłą przygodę. Myślę, że to opowiadanie jest najbardziej dynamiczne ze wszystkich. Bohaterowie są w ciągłym ruchu, przemieszczają się, spotykają na swojej drodze różne przeciwności. A wszystko po to by dotrzeć na miejsce. Swoją drogą to opowiadanie narobiło mi apetytu na placki ziemniaczane. „Zakończenie” mi się podobało i dostałam ochoty na więcej.

„- Wiem, że one chichoczą, a ja się tylko śmieję- mówiła. Pokazują rowek między piersiami , a ja nie mam co pokazywać. Ale, wiesz, ja też jestem dziewczyną.”

Święta patronka świnek

„- Stara – odparłam- ni wiatr, ni słota, ni grad, ni śnieg nie sprawią, że Starbucks zwolni swój bieg. - Stara- zrewanżowała się Dorrie – to o poczcie a nie Starbucksie.
- Ale w przeciwieństwie do poczty Starbucks podchodzi do tego poważnie. Będzie otwarty, gwarantuję.”

To opowiadanie podobało mi się najmniej, ma jednak charakter magiczny i anielski. Coś co może się kojarzyć ze świętami. I to właśnie Starbucks będzie miejscem kulminacyjnym w tym opowiadaniu. Dlatego też wybrałam ten cytat. Główna bohaterka jest irytująca, zapatrzona tylko w siebie i rozpaczająca. Z jednej strony jej się wcale nie dziwię i potrafię zrozumieć, ale z drugiej…mam ochotę nią po prostu potrząsnąć. Czy się zmieni? Tego dowiecie się czytając. Nadal znajdujemy się w tym samym mieście i natrafiamy na bohaterów z poprzednich opowiadań. Wszystko zaczyna się nam ładnie łączyć. W tym miejscu już mamy wszystko podane na tacy.

Podsumowując: najlepszymi opowiadaniami są pierwsze dwa, z czego to drugie autorstwa Johna Greena jest dla mnie najciekawsze i najbardziej dynamiczne. Ma w sobie sporą dawkę humoru i akcji. Ostatnie natomiast działa na nerwy. We wszystkich tych opowiadaniach chodzi o nastoletnią miłość. Każde sumują pocałunki i uniesienia, które temu towarzyszą. Przeciwwagą do tego są nastoletnie dramaty – mniejsze lub większe. Całość jest bardziej mroźna i śnieżna niż świąteczna, jednak napisana w przyjemny sposób. Książka zawiera pewne przesłania, które mogą być przydatne dla nastolatków. Nie jestem rozczarowana lekturą, wręcz przeciwnie. Natrafiłam na grupkę postaci, które mijają się ze sobą, co tworzy ciekawy klimat. Niby zasypane puste miasteczko a dzieje się w nim jednak dużo ciekawych rzeczy. Myślę, że książka sama w sobie jest naprawdę przyjemna i miło się ją czyta. Pasuje do klimatu świąt i umilania sobie czasu z kubkiem gorącego napoju pod ręką.

Książka bierze udział w wyzwaniu:

sobota, 3 stycznia 2015

Arthur Conan Doyle - Pamiętniki Sherlocka Holmesa


autor: Arthur Conan Doyle
seria: Klasyka Kryminału [Wydawnictwo Dolnośląskie]
tłumaczenie: Radosław Madejski
tytuł oryginału: The Memoirs of Sherlock Holmes
wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
data wydania: wrzesień 2010 (data przybliżona)
liczba stron: 232
kategoria: thriller/sensacja/kryminał

Postanowiłam, że w okresie międzyświątecznym sięgnę po kolejne dzieło Arthura Conana Doyle, tym razem padło na Pamiętniki Sherlocka Holmesa. Czyli wybrałam kilka zagadek w pigułce. Jak już dobrze wiecie lubię Sherlocka i Watsona, cenię sobie ich „towarzystwo”, gdyż z nimi nudzić się po prostu nie można. Zapiski Watsona wciągają czytelnika i przybliżają mu charakter nie tylko jego przyjaciela, ale także opisują w ciekawy sposób daną zagadkę czy też zbrodnię. W każdym ze wspomnień ukazany jest niezwykły intelekt Holmesa oraz jego metody pracy. Możemy poznać także obu panów ze strony „ludzkiej” – to jakimi są ludźmi i przyjaciółmi. Książka nie jest obszerna, zawiera tylko jedenaście rozdziałów, nie za długich i nie za krótkich, czyli takich w sam raz. Tym razem możemy podziwiać z wielkim szacunkiem i zaskoczeniem jak Sherlock rozwiązuje za sprawą swojej dedukcji takie sprawy jak:

Srebrna Gwiazda
Żółta twarz
Urzędnik z biura maklerskiego
Gloria Scott
Rytuał Musgrave’ów
Dżentelmen z Reigate
Garbus
Stały pacjent
Grecki tłumacz
Traktat morski
Ostatnie zadanie

Tak, więc jest z czego wybierać, można spokojnie delektować się odkryciami słynnego detektywa. Mnie najbardziej zaciekawiły: Żółta twarz, Gloria Scott, Rytuał Musgrave’ów i Dżentelmen z Reigate. Ostatni rozdział, mnie trochę zaskoczył, zarówno pobieżnie opisaną sprawą jak i zaistniałą sytuacją. Poczułam lekką nutkę melancholii i niedosyt. Natomiast Urzędnik z biura maklerskiego i Garbus wydały mi się znajome. Poszukałam i znalazłam jedno podobieństwo, natrafiłam na nie w Przygodach Sherlocka Holmesa. O które z nich mi chodzi? O Urzędnika z biura maklerskiego i Stowarzyszenie Rudych. Niestety wspomniany Garbus nadal nie daje mi spokoju, ale prędzej czy później rozwiąże tą zagadkę. Czy czuje się zadowolona z opisanych spraw? Oczywiście, że tak. Za każdym razem podziwiam zdolności Holmesa i próbuje za nim nadążyć. Mam wrażenie, że im więcej czytam kryminałów jak i książek o Sherlocku tym lepiej nadążam za biegiem wydarzeń i rozpoznaje ewentualne tropy. Oczywiście nie mam co się porównywać do słynnego detektywa, ale nie jestem już „taka zielona” jak kiedyś. Pamiętniki Sherlocka Holmesa możecie również spotkać pod innym, choć podobnym tytułem – Wspomnienia Sherlocka Holmesa. Więc jeśli traficie na dwa takie tytuły to wiedzcie, że jest to praktycznie to samo. Wszystko zależy od tłumaczenia, co może czasami mylić a szczególnie na pierwszy rzut oka.

„Logicznie rozumujący człowiek powinien widzieć rzeczy takimi, jakie są, a niedocenianie samego siebie jest równie wielkim zaprzeczeniem prawdy jak przesadne traktowanie własnych możliwości.”

Podsumowując: lektura warta uwagi. Kolejna książka, która trzyma wysoki poziom i rozbudza apetyt na więcej. Całość charakteryzuje lekki styl, a czytanie nie męczy. Wyobraźnia może spokojnie dryfować na wodach fantazji i atrakcji. Muszę powiedzieć, że zazdroszczę doktorkowi towarzystwa tak wybitnego człowieka, ale najchętniej to bym przeniosła się na chwilę do tamtych czasów, na Baker Street i posiedziała z Holmesem i Watsonem w ich saloniku. W Nowy Rok weszłam z książką o Sherlocku Holmesie w rękach, więc nic nie pozostaje mi nic prócz radości i szukania innych książek o słynnym detektywie. Myślę, że są to książki, po które sięga się nie raz. Dla fanów Holmesa te książki to czysta przyjemność.

czwartek, 1 stycznia 2015

Podsumowanie roku 2014


Mamy już Nowy Rok czas więc podsumować ten Stary. Muszę przyznać, że pod względem literackim był ciekawy (prywatnie zresztą też). Myśląc nad treścią tego podsumowania wymyśliłam sobie, że wypisze 10 najlepszych książek roku 2014, czyli te które są dla mnie swojego rodzaju objawieniem. Miniony rok był dla mnie pełen nowości i literach wyzwań. Zmienił się mój gust i to chyba o 180 stopni. Zasmakowałam w kryminałach, które mnie totalnie wciągnęły i to nie tylko słynna Klasyka Kryminału, ale także te z innej beczki. Zapoznałam się z twórczością wielu dobrych autorów, którzy narobili mi smaczka na kolejne książki. Przeżyłam mnóstwo ciekawych przygód z bohaterami, które były sporą dawką energii i emocji. Miałam okazję prowadzić śledztwo w towarzystwie Holmesa i Watsona co jest wielką frajdą. Są to moje ulubione postacie, które zapadły mi w pamięć. Postawiłam na małe urozmaicenie bloga i przeprowadziłam swój pierwszy wywiad z Agnieszką Olejnik . Mam nadzieje że będą jeszcze inne i ten cykl będzie się rozwijać. Pomysły są, zobaczymy jak będzie z wykonaniem. Mogłabym tak pisać i pisać, ale po co lać wodę jak można przejść do konkretów. Myślę sobie, że każdy mol książkowy mnie doskonale rozumie. Tak więc kochani oto moje:

„Top 10” w roku 2014:

1. Córka Piekarza - Sarah McCoy (recenzja - klik)
2. Gwiazd naszych wina – John Green (recenzja - klik)
3. Niechciani - Yrsa Sigurdardóttir (recenzja - klik)
4. Jutro - Guillaume Musso (recenzja - klik)
5. Tęsknie za Tobą - Harlan Coben (recenzja - klik)
6. Jedwabnik - Robert Galbraith (recenzja - klik)
7. Słodka zemsta - Ellen Berg (recenzja - klik)
8. I nie było już nikogo - Agatha Christie (recenzja - klik)
9. Dzień, który wszystko zmienił - Catherine Ryan Hyde (recenzja - klik)
10. Chiński ekspres - K. S. Rutkowski (recenzja - klik)

Zdziwieni niektórymi tytułami? Wcale by mnie to nie zaskoczyło, jak widać w tym zestawieniu postawiłam na różnorodność. Są nazwiska znane w świecie literatury i te mniej. Każda z nich dała mi coś co zapada w pamięć – dobrą dawkę humoru dzięki czemu czytając płakałam ze śmiechu, doskonałe postacie, wzruszającą historię, nutkę zagadki i trochę strachu. Miałam problem, żeby wytypować tą dziesiątkę. Przeczytałam tyle książek, że musiałabym chyba wybrać 20 tytułów a nie 10. Książek, które mnie urzekły jest zdecydowanie więcej. Chciałam dodać jakąś książkę Alice Munro, jednak nie mogłam się zdecydować na jedną konkretną, dlatego nie podałam żadnej. Tak jak już wspominałam wcześniej największym odkryciem dla mnie tego roku są kryminały. Zastanawiacie się pewnie dlaczego nie wspomniałam żadnego tytułu związanego z moim ulubionym Sherlockiem Holmesem. I słusznie. Miałam w planach wpisać któryś z tytułów, ale doszłam do wniosku że wspomnę o nich tutaj. Klasyka Kryminału to dla mnie wisienka na torcie. Delektuje się, każdym zdaniem a nawet przecinkiem. I to do nich mam największy sentyment i szacunek jeśli chodzi o ten gatunek.

A plany na ten rok?
  • Z pewnością poszerzyć swoją kolekcję o kolejne książki z serii Klasyka Kryminału. Tak, więc na pewno znajdziecie w moich recenzjach więcej książek Arthura Conana Doyle i Christie.

  • Chciałabym zabrać się też za klasykę literatury, czyli coś Jane Austen, Lucy Maud Montgomery (Dziewczę z sadu, którą czytałam wiele lat temu, ale chcę odświeżyć pamięć) czy też Margaret Mitchell. Ostatnio moje gusta jak widać szaleją.

  • Tak jak już wspomniałam kontynuować cykl z wywiadami i powiększyć tę zakładkę o kolejne wywiady z autorami.

  • Przystąpienie do większej ilości wyzwań.

  • Wybieranie najładniejszej i najciekawszej okładki miesiąca.

  • Polowanie na najciekawsze według mnie premiery książek. Z najbliższych to: Dante na tropie, Mara Dyer. Przemiana, Nieprzekraczalna granica, Wróć, jeśli pamiętasz
I to tyle :) Liczę na to, że te plany uda mi się wypełnić w 100% i życzę wszystkim w tym Nowym Roku samych sukcesów i wiele szczęścia.