wtorek, 31 marca 2015

Claire Kendal - Wiem o tobie wszystko


autor: Claire Kendal
tłumaczenie: Piotr Lewiński
tytuł oryginału: The Book of You
wydawnictwo: Akurat
data wydania: 18 lutego 2015
liczba stron: 416
kategoria: thriller/sensacja/kryminał

Ostatnio miałam okazję recenzować kryminał, więc i tym razem zostaniemy mniej więcej w takich klimatach. A to za sprawą książki Claire Kendal – „Wiem o tobie wszystko”. Autorka postawiła na niełatwą tematykę, wzięła na tapetę stalking. Czytając będziecie mogli poczuć się ofiarą psychopaty. Trzeba zaznaczyć, że taki osobnik jest niezwykle przebiegły i inteligentny, a do tego strasznie frustrujący i upierdliwy –a co ważne niebezpieczny i zdolny do wszystkiego. Wnikniecie do świata, w którym trzeba chomikować wszystkie dowody, aby nie wzięli ofiary za „wariata”, który sobie wszystko wymyślił lub źle odebrał zamiary adoratora.
Clarissa z każdym dniem czuje się coraz bardziej osaczona przez Rafe’a. Gdziekolwiek spojrzy, widzi jego twarz, w którąkolwiek stronę się odwróci, dostrzega jego cień, dokądkolwiek pójdzie, on podąża za nią. A wszystko dlatego, że Rafe się w niej zakochał. Śmiertelnie.
„Lęk ostrzega mnie przed niebezpieczeństwem, przed czymś, czego nie mogę ignorować. Nie stać mnie na to, żeby się go pozbywać.”

Jest to historia kobiety, która ma za sobą nieudany związek, a przed sobą o wiele poważniejszy problem. Problem noszący imię Rafe, odziany w obsesję zwaną stalkingiem. Mężczyzna zatruwa jej życie, osacza ją, prześladuje i ewidentnie chce skrzywdzić. Jest chodzącą trucizną, na którą lekarstwem (chwilowym) jest obecność Roberta. Jedna kobieta, dwóch mężczyzn, a każdy z nich coś skrywa. Pierwszego mamy podanego na tacy i wystarczy go prześwietlić. Drugi zaś, wysyła sprzeczne sygnały – takie miałam wrażenie od początku do końca. Dokąd to doprowadzi Clarissę? Sama się zastanawiałam jak potoczy się ta historia, jak daleko to wszystko zajdzie i co czeka naszą bohaterkę.

Stalking – termin pochodzący z języka angielskiego, który oznacza „podchody” lub „skradanie się”. Jest definiowany jako „złośliwe i powtarzające się nagabywanie, naprzykrzanie się czy prześladowanie, zagrażające czyjemuś bezpieczeństwu”. Przykładowe zachowania definiowane jako stalking to śledzenie ofiary, osaczanie jej (np. poprzez ciągłe wizyty, telefony, smsy, podarunki). Działania te są szczególnie niebezpieczne, gdy mogą przybrać formę przemocy fizycznej, zagrażającej życiu ofiary.

Sam pomysł na taką właśnie książkę jest bardzo ciekawy i pouczający. Przybliża nam pojęcie stalkingu i obrazuje to, co zawierają zazwyczaj regułki w słownikach. Zjawisko to może się nam kojarzyć tylko ze sławnymi osobistościami, jednak może dotknąć tak naprawdę każdego. Claire Kendal swoją książkę podzieliła na zwyczajną narrację obrazującą nam otoczenie i okoliczności oraz zapiski, które przybliżają nam postać Clarissy – jej uczucia, myśli i zachowania. Z tej książki aż wycieka lęk… A czytelnik odczuwa frustrację i bezradność – czyli emocje ofiary stalkingu.

W polskim kodeksie karnym stalking stanowi przestępstwo, zagrożone karą pozbawienia wolności do 3 lat (art. 190a § 1 k.k.) lub – w przypadku doprowadzenia ofiary do próby samobójczej – do 10 lat.

Okładka obiecuje „wstrząsający thriller psychologiczny”… Tylko czy aby na pewno mowa o tej właśnie książce? Bo moim zdaniem to bardziej przypomina obyczajówkę. Wstrząsającą, psychologiczną, ale jednak ciągle bliżej jej do powieści obyczajowej niż do thrillera. Naprawdę niebezpiecznie robi się dopiero pod koniec, a wcześniej naliczyłam tylko jedną scenę, która może przyspieszyć puls. Wspomniałam wcześniej o „wyciekającym lęku”, ale miałam na myśli zupełnie inny… To moim zdaniem jedyny mankament, małe niedociągnięcie… Poza tym książka jest interesująca i z upływającymi stronami robi się coraz ciekawiej. Czytając niejeden raz zostałam zaskoczona – przebiegłością i starannym planowaniem. Tym jak daleko może posunąć się człowiek w swojej obsesji. Najgorsze jest to, że trudno udowodnić mu winę, a i to nie zawsze działa tak jakby się chciało. Myślę, że gdyby zekranizować tę historię to wyszedłby niezły film. „Wiem o tobie wszystko” to debiutancka powieść Clarie Kednal, która dobrze rokuje na przyszłość, a z tego, co wiem autorka już pracuje nad kolejną mocną powieścią. Być może w niej odczujemy stu procentowy thriller. Póki, co najpierw proponuję zapoznać się z tym tytułem…

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Akurat


Książka bierze udział w wyzwaniu:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu ( +2,6 cm)

piątek, 27 marca 2015

Rex Todhunter Stout - Zabójcza gra


autor: Rex Todhunter Stout
seria: Klasyka Kryminału
tłumaczenie: Beata Misiek
tytuł oryginału: Fer-de-Lance
wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
data wydania: 7 czerwca 2010
liczba stron: 240 
kategoria: thriller/sensacja/kryminał

Zapewne dobrze już wiecie, że od czasu do czasu lubię sięgnąć po coś z Klasyki Kryminału. Zasmakowałam w tym gatunku i moje szare komórki domagają się treningu. Dlatego tym razem postawiłam na coś z klasą. „Zabójcza gra” Rexa Stouta to kolejna powieść a w zasadzie początek serii o genialnym aczkolwiek dziwacznym detektywie. Wybitne umysły mają to do siebie, że są kontrowersyjne i mają swoje dziwactwa. Znamy już przecież słynnego Holmesa i równie wybitnego Poirota – oni także byli na swój sposób oryginalni. Bohater, którego stworzył Stout jest mieszaniną wymienionych osobowości z domieszką czegoś nowego. Czy aby na pewno jest to postać tak dobra jak inne?
Do biura genialnego detektywa Nero Wolfe’a – grubasa lubiącego dobrze jeść i wąchać storczyki, a nienawidzącego pracy, kobiet i wychodzenia z domu – przychodzi piękna dama w opałach, prosząc o odnalezienie brata. A po jej wyjściu Nero w szufladzie biurka znajduje jadowitego węża. Ten trop prowadzi go do morderstwa popełnionego na rektorze nowojorskiego college’u. W śledztwo wmieszani są Indianin Manuel, piękna Włoszka, nieszczęśliwa żona i nieoceniony pomocnik Wolfe’a Archie Goodman.
Nie przekonał mnie detektyw Wolfe. Jego metody pracy są niezwykle dziwne i opierają się tylko na dedukcji. Domator przez duże D, ma swoje dziwactwa, a śledztwem kieruje z fotela w gabinecie. Od prawdziwej roboty ma asystenta – który jest przeciwieństwem swojego szefa. Praca detektywa powinna mieć jakąś dynamikę, powinna opierać się na dedukcji, którą powinno się poprzedzić oględzinami miejsca zbrodni czy też ofiary. W tym przypadku jest inaczej. Nie ma oględzin zwłok, nie badamy dokładnie miejsca zbrodni… Brakuje mi tutaj tego klimatu, który możemy znaleźć w innych powieściach kryminalnych. Mam wrażenie, że całość jest przegadana i zbyt sterylna. Nie wspominając już o braku w napięciu… Początek zapowiadał się ciekawie. Zaczynałam wczuwać się w klimat i puszczać wodze wyobraźni, ale na zamiarach się skończyło. A szkoda, bo mógł z tego wyjść naprawdę dobry kryminał.

W dzisiejszych czasach mamy tak wielki wybór książek tego typu – i to bardzo dobrych – więc nie trudno o ostre porównania. Te, które powstają w znanym nam świecie są zdecydowanie bliższe naszym wyobrażeniom, bardziej plastyczne i rzeczywiste. Przepełnione są tą atmosferą i tym samym przemocą. Być może dlatego książki, które zachwycały kiedyś teraz zostawiają niedosyt. Chociaż z drugiej strony… powieści Agathy Christie i Artura Conana Doylea nadal zachwycają i mają swoich wielbicieli. Rex Stout to sławny amerykański pisarz, jego powieści zostały okrzyknięte Najlepszą Serią Kryminalną Stulecia.

W 1959 roku the Mystery Writers of America (organizacja zrzeszająca autorów kryminałów) przyznała mu Nagrodę Wielkiego Mistrza. Jego książki muszą więc w sobie coś mieć. Być może dalsze losy otyłego detektywa i jego kompana są ciekawsze. Jednak nie wiem czy skusze się na zakupienie całej reszty, nie jestem jakoś przekonana do głównego bohatera i jego metod pracy. Dla mnie wzorem idealnych detektywów pozostają nadal Holmes i Poirot. Moja krótka recenzja może niektórych zdziwić, ale szczerze mówiąc nie mam zbyt wiele do napisania (poza tym, co już zostało napisane) na temat tej książki. Po przeczytaniu czuje niedosyt i to uczucie widać nawet w recenzji. Jeśli ktoś szuka naprawdę dobrego kryminały, to w tej powieści go raczej nie znajdzie.

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 1,7 cm)

wtorek, 24 marca 2015

Peter Pezzelli - Pierwsza lekcja tańca


autor: Peter Pezzelli
tłumaczenie: Michał Ronikier
tytuł oryginału: The Glassblower's Apprentice
wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
data wydania: 22 stycznia 2015
kategoria: Literatura piękna

„Nie rezygnuj z życia, a wtedy ono nie zrezygnuje z ciebie.”

Trafiła w moje ręce książka, która jest swojego rodzaju odkryciem. Takim typowo prywatnym – literackim. Przeczytałam w swoim życiu już sporo książek, ale jeszcze nie trafiłam na żadną Petera Pezzelli. Jak się okazało, był to błąd. Czytelniczy błąd. Myślę, że dla każdego z Nas – zakręconych na punkcie czytania – takie odkrycia są niezwykle ekscytujące i pobudzające wyobraźnię. Obiecują nową dawkę ciekawych historii i wyostrzają zmysły. Nie mogłam zacząć wstępu w inny sposób… „Pierwsza lekcja tańca” od samego początku kusi, niezwykle malowniczą okładką, zaprasza do spaceru po miasteczku. Zasmakowania w zapachu oliwy i czosnku… By następnie nacieszyć oczy widokiem winnic – choć to tylko, króciutka wizyta.
Fabio Terranova mieszka we Włoszech. Jest młodym, odnoszącym sukcesy tancerzem, który marzy o wielkiej karierze i występach na Broadwayu. Marzenia przekreśla jednak wypadek samochodowy, w którym ginie jego najlepszy przyjaciel, Enzo, i partnerka taneczna, Caterina. Sam Fabio cudem uchodzi z życiem, a jego ciało będzie odtąd pokryte szpecącymi bliznami i nie tak sprawne jak dawniej. Widząc pogłębiającą się depresję syna, matka wysyła go do mieszkającego w Ameryce wuja, który zajmuje się dmuchaniem szkła. Fabio uczy się nowego fachu i idzie mu nieźle, jednak w pracy nie odnajduje satysfakcji, nadal stroni od ludzi i pogrąża się w rozpaczy…
Już z opisu wiecie, że jest to historia człowieka złamanego przez życie. Życie, które bywa niesprawiedliwe i sprowadza największych marzycieli do parteru. Bawi się z człowiekiem w kotka i myszkę, a czasami śmieje się z niego, ale jest za to dobrym nauczycielem. Jest też artystą, który rzeźbi w człowieku potęgę i odporność. Przynajmniej się stara. Grunt żeby uczeń był rozumny, żeby był plastycznym tworzywem. Jaki jest zatem nasz bohater? Człowiekiem, który przechodzi stopniową metamorfozę, który wywołał we mnie sprzeczne emocje. Na początku, gdy poznałam pewnego siebie, eleganckiego młodzieńca, który stawiał sobie wysoko poprzeczkę, czułam dystans. Nie byłam zadowolona z takiej „znajomości”. Coś mnie w nim irytowało. Być może ta jego pewność siebie, ambicja, która nie jest niczym złym pod warunkiem, że ma swój umiar. I nagle bum. Spotykam zupełnie innego mężczyznę. Pokiereszowanego, speszonego, zawstydzonego, skrywającego sekret i miewającego koszmary. To właśnie tego faceta polubiłam. Bezgranicznie. Wszystkie jego wady, agresję oraz dzikość. Wyobraźcie sobie, że to właśnie ten Fabio, który nie zawsze buduje poprawne zdania po angielsku, jest prawdziwy i namacalny. Nieszczęśliwy i zagubiony, ale ludzki. Można powiedzieć, że jest on „antybohaterem” na tle wszystkich innych postaci. Jednak ma coś w sobie, co przyciąga. Mogłam towarzyszyć mu podczas tworzenia szklanych dzieł sztuki, topiąc się przy rozgrzanym piecu… Spacerować po plaży, pływać i spoglądać w gwiazdy… a także pędzić w rozpędzonym samochodzie, ale ani razu się nie nudziłam. Im bardziej go poznawałam tym rosła moja sympatia, zrozumienie, a także podziw.

Autor stworzył ponadczasową historię, która zawiera ważne przesłanie (cytat na samym początku). Spodobał mi się sposób, w jaki to zrobił. Niewymuszony lekki styl, który przenosi czytelnika z Italii do Ameryki, ze szczęścia do dramatu by znów zakosztować nadziei i wściekłości. A co ważne pokazuje, że nie da się iść na przód, nie godząc się z przeszłością. Tchnął życie w bohaterów za pomocą emocji, muzyki, języka, smaku i sztuki. Na kartkach papieru nakreślił odrodzenie człowieka.

Jak już wspominałam na początku, ta książka to mój debiut z twórczością autora i nie mogę porównać tej historii z innymi, które napisał. Jednak to właśnie od tej zaczęła się moja ciekawość do pozycji tego autora, to właśnie Ci bohaterowie podbili moje serce. To o nich będę pamiętała, gdy zacznę go wspominać. A jeśli wszystkie jego książki są tak dobre, to na pewno postaram się je mieć na swojej półce. Z tego, co zdążyłam zauważyć, każda książka ma prześliczną okładkę, więc wszystkie razem stworzą śliczną kolekcję. Być może Wam w tej historii będzie czegoś brakowało, albo nie sprawi na Was takiego wrażenia. Jednak dla mnie jest idealna. Cenię sobie historie, które zostawiają we mnie jakiś ślad, a ta właśnie do nich należy. Być może i Wy polubicie Fabio…

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,4 cm)

poniedziałek, 23 marca 2015

Rozdawajka #1 - wynik

Nadszedł czas na wyłonienie zwycięzcy w pierwszej Rozdawajce zorganizowanej na blogu. Bardzo ucieszyło mnie to, że zgłosiło się aż tylu chętnych. Wycinanie i zaginanie samych karteczek, na których widniały nicki osób do wylosowania zajęło mi trochę czasu :)






Książkę "Dante na tropie" otrzymuje:


Gratuluję i lecę pisać e-mail do Zakładki z prośbą o adres :)

czwartek, 19 marca 2015

Sue Monk Kidd - Sekretne życie pszczół


autor: Sue Monk Kidd
tłumaczenie: Andrzej Szulc
tytuł oryginału: The Secret Life of Bees
wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
data wydania: 19 marca 2015
liczba stron: 352
kategoria: Literatura piękna

„Trzeba marzyć o rzeczach, o których nigdy się nie słyszało.”

Ta recenzja będzie pachniała miodem– tak samo zresztą jak książka, o której mowa. Nawet podczas czytania można usłyszeć pszczółki, bzyczące zaciekle w naszej wyobraźni… W sam raz na dni, które budzą się z zimowe go snu do wiosennej radości. „Sekretne życie pszczół” autorstwa Sue Monk Kidd to obecnie nowinka wydawnicza, gdyż Wydawnictwo Literackie zdecydowało się wznowić tą piękną powieść. Dokładnie dzisiaj trafiła na półki w księgarniach… Zapewne fani autorki będą mieli na nią chrapkę, chociaż i Ci, którzy lubią książki tego typu, postanowią przygarnąć ją w swoje ręce. Jeśli chodzi o mnie to jest to mój debiut z twórczością autorki, chociaż jeszcze nie tak dawno planowałam kupić „Czarne skrzydła” i zapewne niedługo to uczynię. Sama jednak nie potrafię pojąć, dlaczego jeszcze tego nie zrobiłam. Być może odkładałam zakup na później, albo zwyczajnie nie byłam gotowa na literaturę tego typu. Grunt, że teraz nadszedł moment, w którym skosztowałam tego „literackiego miodku”.
Lily jest biała, ma 14 lat, oschłego, agresywnego ojca i olbrzymie poczucie winy. Przed dziesięcioma laty przez przypadek zastrzeliła swoją matkę. Spokój pomagają jej odzyskać noszące imiona letnich miesięcy, czarnoskóre mieszkanki pewnej pasieki w Tiburon, gdzie Lily trafia, jadąc śladami mamy. Ale nawet ten niezwykły azyl, gdzie pszczoły wiodą swoje sekretne życie, nie chroni przed światem zewnętrznym. Najważniejsza jest wiara w siebie…
Zastanawiacie się pewnie, jakie wrażenie zrobiła na mnie ta książka. Jest o niej dość głośno, została nawet okrzyknięta mianem bestsellera. Są też i tacy, którym czegoś w niej brakuje. Ja niestety nie mogę porównać tego tytułu z innymi napisanymi przez Sue Monk Kidd, tutaj mam lukę, którą kiedyś wypełnię. Dlatego u mnie nie znajdziecie porównania. Ja mogę ocenić tylko „tu i teraz”. Na pierwszy plan wychodzi styl autorki, który mnie urzekł, a w zasadzie porwał z nurtem. Podoba mi się z jaką lekkością, swobodą, a tym samym prostotą opisała tę historię. Podoba mi się też rozwój fabuły. Ma ona swoje tempo. Czytamy- słuchamy, obserwujemy historię młodej dziewczynki, która boryka się z brakiem miłości, akceptacji, z tragedią i brakiem matki. Całość rozgrywa się w latach 60. XX wieku – w latach przepełnionych rasizmem i okrucieństwem. Na pierwszy plan wychodzi jednak coś innego. Autorka nakierowuje nas na coś odmiennego. Czytelnik ma dostrzec w nietolerancji, tolerancję. Miłość i przyjaźń w miejscu, gdzie powinna być wrogość. Hańbę zamienia w wolność i poczucie bezpieczeństwa. W tej historii Murzyn nie jest tylko dodatkiem do białych (chociaż na początku tak to wygląda), jednak człowiek biały jest dodatkiem do „kolorowych”. To właśnie od „tych gorszych” doznaje pozytywnych uczuć, troski, akceptacji, wyzwolenia i odpowiedzi na pytania. Prawda bywa bolesna, bywa ciężka jak głaz, bywa też oczyszczeniem. Jest jeszcze coś istotnego w tej historii, a mianowicie solidarność kobieca, która potrafi nie jedno przezwyciężyć. Nie zamierzam wnikać w fabułę, nie chcę wyprzedzać wątków – bo nie o to tu chodzi. Jeśli chodzi o postacie… Są dobre i złe (jak w każdej książce). Są tyrani i ofiary jednak nawet tyran, kiedyś miał serce. Główną bohaterką jest czternastoletnia Lily, która ucieka, która szuka odpowiedzi i w której jest nienawiść, strach oraz pustka. Dziewczynka przeszła niełatwą drogę, wsparta na ramieniu Murzynki. Najlepiej samemu poznać każdą postać z osobna, rozłożyć ją na czynniki pierwsze i albo ją zaakceptować albo i nie. Jest jeszcze coś, co mnie urzekło… opisy. Autorka przenosi nas do niezwykłej pasieki, do różowego domku, który razi oczy… A wszystko to skąpane w słońcu, rosie, deszczu w cudownych zapachach. To właśnie te barwne opisy, pozwoliły mi się przenieść w to miejsce i poczuć zmysłami tę historię.

„Sekretne życie pszczół” to historia pachnąca słodyczą miodu. To opowieść o marzeniach i sile, a także udrękach, której akompaniują pszczoły. Jednak jak wiadomo one mogą użądlić i to boleśnie. Są zachwycające, pracowite pożyteczne, ale bywają też zabójcze. Są żywą poezją… A o życiu pszczół dowiecie się więcej z krótkich fragmentów, które rozpoczynają każdy rozdział. Są idealnym wstępem, który nie pozwala nam zapomnieć o ich obecności w tej historii. Po przeczytaniu tej książki, czuję się jak Kubuś Puchatek, który kocha ten nektar i ciągle ma ochotę na więcej. Mały głupiutki miś, który zachwyca się łakomstwem. Ja też stałam się łakomczuchem (chociaż miodu nie cierpię od dziecka) … mam wielki apetyt na inne książki Sue Monk Kidd. Być może Was ta książka nie urzeknie tak jak mnie. Być może zauważycie w niej braki, które są widoczne na tle innych książek autorki. Jednak warto wtopić się w sielski klimat, który oderwie nas od codzienności, tak jak bohaterów od okrucieństwa – chociaż na chwilkę...

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu


Książka bierze udział w wyzwaniu:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu ( + 2,2 cm)

środa, 18 marca 2015

Anna Janko - Mała zagłada


autor: Anna Janko
wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
data wydania: 15 stycznia 2015
liczba stron: 264
kategoria: literatura faktu

„Jedno jest pewne: nie należy oczekiwać zmian na lepsze, bo coś takiego jak postęp moralny w historii nie istnieje.”

Książki można podzielić na kilka kategorii… są takie, które umilają czas, takie, które poruszają, ale są też i takie, które uczą i przerażają jednocześnie. Wpływają one na nasze emocje, na poglądy i wytyczają nasze moralne ścieżki. Do książek z mocnym przesłaniem zaliczam właśnie „Małą zagładę” Anny Janko. Autorka w swojej książce pokazuje, jaki los spotkał Polaków podczas ludobójstwa… Nie tylko Żydzi byli podgatunkiem…
Sochy na Zamojszczyźnie, 1 czerwca 1943 roku. Wystarczyło parę godzin, by wieś przestała istnieć. Budynki zostały spalone. Mieszkańcy rozstrzelani. Pośród zgliszczy pozostał jeden dom, nieliczni dorośli i kilkoro dzieci. Wśród nich — dziewięcioletnia Terenia Ferenc, matka Anny Janko. Dziewczynka widziała, jak Niemcy mordują jej rodzinę. Nieludzki obraz towarzyszył jej przez lata spędzone w domu dziecka, by nigdy nie dać o sobie zapomnieć… „Miałam przez to wszystko jakby dwie matki. Pierwszą: dorosłą kobietę, za którą tęskniłam, gdy wychodziła do sklepu, której się bałam, gdy wpadała w gniew, z której byłam dumna, bo nikt nie miał ładniejszej pani za matkę na całym podwórku. I drugą mamę miałam: małą dziewczynkę, której na wojnie zginęli rodzice, wciąż przerażoną i samotną, która kiedyś cierpiała głód i musiała pracować u złej ciotki, takiej, co biła i kazała nosić wiadra z wodą pod górę. Dla niej pójście po wojnie do domu dziecka było, o paradoksie, największym szczęściem. To właśnie ta mama-dziewczynka nieraz kładła się na tapczanie w dzień i płakała nie wiadomo dlaczego”. (fragment książki)
Anna Janko zebrała fakty, oddzieliła ziarno od plew by opisać wszystko w swojej książce. Ta lektura uświadomi wszystkim czytelnikom prawdę lub przypomni to, o czym zapomnieli. Niewątpliwie przyczyni się do poszerzenia wiedzy młodych ludzi. Wnikną nie tylko w podręcznikowe fakty, ale wejdą też głębiej. Jest to niewątpliwie poruszająca książka, o której trudno mówić i którą trudno ocenić, a co najważniejsze, po której trudno przejść do porządku dziennego. Zawartość jest intymna, szokująca, przerażająca, obrazowa i pouczająca. Autorka jest zarówno narratorem jak i bohaterką. Rozprawia ona na temat człowieczeństwa i jego braku, o granicy, którą łatwo przekroczyć. Stara się nakreślić uczucie strachu, aby czytelnik mógł sobie to chociaż wyobrazić – jednak od razu zaznacza, że prawdziwego strachu nie da się opisać w stu procentach. Nie znajdziecie tutaj tylko osób, które ocalały bądź zginęły we wsi Sochy. Spotkacie ocalonych z Hiroszimy, „dobrych Niemców”, dobrych Polaków. Pospacerujecie po obozie… Dowiecie się dlaczego „nazista” to słowo, którego nie używają ofiary… Nie znajdziecie tam tylko słów… natkniecie się na zdjęcia w tym także te z albumu rodzinnego autorki. Książka Anny Janko zrobiła na mnie spore wrażenie. Pobudziła moją wyobraźnię tak bardzo, że wpłynęła ona na moje sny. Poruszyła we mnie pewne struny i zachęciła do zapoznania się z kilkoma książkami, które wymieniła.

„Mała zagłada” to coś więcej niż zwykła książka o tragedii Teresy Ferenc i jej rodziny. To coś więcej niż zbiór faktów o apokalipsie – czystkach- , które dotknęły tysiące ludzi. To rodzaj oczyszczenia z toksyn, które nagromadziły się w pamięci, sercu i duszy. Nie tylko w ludziach bez pośrednio związanych z tamtym okresem. Blizny się dziedziczy, co uświadamia nam Anna Janko… 

Książkę Anny Janko mogę polecić każdemu i to z czystym sumieniem. Jest to zbiór faktów, okrucieństwa, emocji, historii i w pewnym sensie ciekawostek. Myślę, że młode pokolenie powinno poznać prawdę, a przede wszystkim powinno chcieć. Mimo, że to jest prawda nieprzyjemna i bolesna. Warto poznać nie tylko nasze dzieje…

„Wojna nie umiera nigdy. Tylko zmienia mundury.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu


Książka bierze udział w wyzwaniu:
Przeczytam tyle, ile mam wzrost (+ 2,8 cm)

poniedziałek, 16 marca 2015

Rozdawajka #1


Jako, że na mojej półce znajduje się dodatkowy egzemplarz "Dante na tropie" postanowiłam zorganizować na blogu rozdawajkę. Aby go otrzymać wystarczy do 22 marca, zgłosić w komentarzu swoją chęć wzięcia udziału w zabawie oraz podać adres e-mail. Spośród wszystkich osób wylosuję jedną, do której prześlę książkę.


Regulamin:
1. Organizatorką konkursu jestem ja - Magdalena T. - autorka bloga.
2. Na zgłoszenia czekam do godziny 23:59 dnia 22.03.2015.
3. Wyniki zostaną opublikowane następnego dnia, czyli 23.03.2015. Ze zwycięzcą skontaktuję się poprzez e-maila i będzie miała 7 dni na podanie adresu do wysyłki.
4. Aby wziąć udział wystarczy:
- w komentarzu zgłosić swoją chęć udziału w zabawie
- podać swój adres e-mail
- być obserwatorem bloga Zakochana w czytaniu...
5. Wysyłka tylko i wyłącznie na terenie Polski

Moja recenzja książki znajduję się TUTAJ

sobota, 14 marca 2015

Dorota Gąsiorowska - Obietnica Łucji


autor: Dorota Gąsiorowska
wydawnictwo: Znak
data wydania: 2 marca 2015
liczba stron: 430
kategoria: literatura współczesna

Są książki, które otwierają wrota przed czytelnikiem. Fascynują, bawią, umilają czas i pozostają w pamięci. Mowa tutaj o historiach, które zabierają czytelnika w podróż i pozwalają zapoznać się z bohaterami. Ta książka się do nich zalicza. Obietnica Łucji autorstwa Doroty Gąsiorowskiej to opowieść, którą można się delektować, odwiedzając Różany Gaj. Miłośnikom ładnych okładek na pewno wpadnie w oko i zachęci do poznania tej historii.
Łucja uciekła od zgiełku wielkiego miasta, od bolesnych wspomnień, by ukojenie odnaleźć właśnie tam. Przeprowadzka miała być próbą odzyskania siebie. Nie mogła wiedzieć, że w czarującym zaciszu na prowincji będzie musiała zmierzyć się z poważnymi wyzwaniami. Kiedy umierająca przyjaciółka prosi ją, aby odnalazła ojca jej małej córeczki, Łucja nie podejrzewa, że zadanie to zaprowadzi ją w nieoczekiwanym kierunku.
Wyobraźcie sobie miejscowość o bardzo malowniczej nazwie – Różany Gaj. Wieś, która podobna jest do tysiąca innych, jednak ma w sobie to coś, co sprawia, że nasza bohaterka chcę się tam osiedlić. Miłośników zabytków i historii ucieszy obraz pałacyku rodziny Kreiwetsów, który wraz z mieszkańcami skrywa tajemnice. To tylko zarys, który autorka ożywiła za pomocą słów, zdań i bohaterów. Dorota Gąsiorowska ożywiła to miejsce i ludzi. Dała czytelnikowi okazję spędzenia czasu w cudownym miejscu, które zmienia się wraz z upływem czasu i pór roku. Rozkwita wraz z akcją… Z szarówki melancholii poprzez wiosenne zawiłości, a w końcu po letnie rumieńce. Wszystko wypełnione zostało emocjami, które można po troszeczku chłonąć. Jest to historia Łucji, która boryka się z „dzieciństwem” a raczej jego brakiem. Trauma z tego okresu nie pozwala jej na szczęśliwe życie. W pewnym momencie jej historia nabierze innego wymiaru i wzbogaci się o historię innych osób. Książka bogata w emocje, ludzkie problemy, traumy a nawet paranoje. Czyta się szybko i przyjemnie, jednak nie jest to książka „o niczym”. Porusza ona ważne tematy, pokazuje stopniowe przemiany i daje nadzieję. Jest niezwykle klimatyczna i wciągająca. Fragmenty układanki docierają do nas systematycznie, jednak od razu sami dokładamy kolejne jej fragmenty – można to traktować jako minus, może to nawet niektórych irytować.

Czas na kilka słów o bohaterach. Postacie są różne i podzielone na 3 grupy: pozytywne, negatywne, i zranione. Łucja jest kobietą z problemami, która odnajduje miłość dzięki małej Ani. Obdarza ją matczynym uczuciem, ale też trochę „zaborczym”. Obawia się straty, co prowadzi do pewnych konsekwencji. Ania zaś jest dojrzała jak na swój wiek i to momentami aż za bardzo. Widać to nie tylko po zachowaniu, ale także po wypowiedziach tej jedenastoletniej dziewczynki. Czasami miałam wrażenie, że „słucham” dorosłej kobiety, a nie dziecka. Myślę, że mogłaby być bardziej dziewczęca, a tak jest mało realna. Są to chyba dwie najważniejsze postacie, do których w pewnym momencie dołączył Tomasz. Muzyk, uczuciowy facet, który żałuje decyzji sprzed lat. Reszta postaci jest praktycznie tłem. A wiadomo jak to z tłem bywa… barwne, jaskrawe, spokojne i burzowe. Każda z tych osób ma znaczenie. 

Podsumowując: Dorota Gąsiorowska stworzyła przyjemną historię, która niesamowicie umila czas. Jest lekka i przyjemna. Niewątpliwie zostanie ona w mojej pamięci na długi czas. Moja wyobraźnia miała tutaj szerokie pole do popisu i z chęcią przeniosłabym się do tamtych miejsc. Poznała bohaterów i posłuchała pięknych dźwięków. Książkę mogę polecić miłośnikom literatury obyczajowej.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Znak

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 3 cm)

czwartek, 12 marca 2015

LBA + Doggy Book Tag - zaległe nominacje


Trochę tych nominacji już mi się uzbierało, więc postanowiłam w końcu na wszystkie odpowiedzieć :)

Na początek pytania od Rose

1. Film, który wzruszył Cię do łez?
„Nie jesteś sobą”. Opowieść o dziewczynie, która zostaje opiekunką śmiertelnie chorej kobiety.

2. Z którym autorem chciałabyś się spotkać?
Na pewno chciała bym się spotkać z Alice Munro. A jeśli chodzi o autora męskiego to sama nie wiem… może Guillaume Musso. Postawiłabym też na dobrą dawkę dyskusji filozoficznych Paulo Coelho a co mi tak dorzucę do tego worka jeszcze Erica Emmanuela Schmitta. Miał być jeden autor, ale co tam ;p

3. Czego najbardziej się boisz?
Śmierci.

4. Gdzie najbardziej chciałabyś pojechać?
Dobre pytanie… na myśl przychodzą mi tylko trzy miejsca. Paryż – widok stworzony z puzzli codziennie rano pobudza moją wyobraźnię, lubię jeżyk francuski a co za tym idzie piosenki. Chciałabym poczuć klimat tego miasta szczególnie o poranku, gdy wszystko budzi się do życia, odwiedzić małe kawiarenki, skosztować kuchni i jakiegoś pysznego winka…a to tego utrwalić to klimatyczne miejsce na czarno – białych zdjęciach. Ot takie moje marzenie ;p Wenecja – podobno klimatyczne i romantyczne miejsce. Zdjęcia też by wyszły fenomenalne (mimo moich amatorskich zdolności ;p) Irlandia – nie wiem dlaczego ale coś mnie ciągnie w te strony. Być może widoki.

5. Jaka jest Twoja ulubiona pora roku i dlaczego?
Chyba wiosna… wszystko budzi się do życia, czuć pierwsze ciepłe promienie słońca, dzień się wydłuża, robi się przyjemnie. Wiosna daje obietnicę czegoś nowego, kolorowego i ciepłego.

6. Wolisz klasyczne książki czy ebooki?
Zdecydowanie klasyczne książki! Chociaż zdarza mi się czytać ebooki.

7. Jaką książkę obecnie czytasz?
„Obietnica Łucji” Doroty Gąsiorowskiej

8. Najbrzydsza okładka jaką widziałaś?
Na myśl przychodzi mi "Cena krwi"

9. Najkrótsza książka jaką przeczytałaś?
"Oskar i pani Róża" - 88 stron.

10. Czy jest bohater, z którym się utożsamiasz?
Chyba nie ma takiego bohatera. Uwielbiam za to bezgranicznie Sherlocka Holmesa ;)

11. Wolisz kupować książki czy wypożyczać?
Kupować. Wiem, że są tylko moje mam nieograniczony czas na przeczytanie a poza tym lubię powiększać swoją biblioteczkę.

Pytania od G.P. Vega


1. Dajesz się kusić mocno reklamowanym książkom, czy może masz bardziej sceptyczne podejście? Odpowiedź uzasadnij.
Z tym bywa różnie, bywa i tak, że skuszę się na reklamowaną książkę, gdyż jestem ciekawa, o co tyle szumu… zresztą staram się nadążać za nowinkami. Umiem się jednak oprzeć tak jak w przypadku 50 twarzy Greya (o której znów jest głośno za sprawą ekranizacji) nie skusiłam się, dla mnie jest to przereklamowane i już.

2. Uprawiasz jakiś sport? Jeśli tak, to jaki? 
U mnie pod sport to można podciągnąć nałogowe czytanie… jest to istny maraton, jedna książka za drugą ;)

3. Idealne wakacje to takie, gdzie możesz leniuchować, czy może preferujesz bardziej aktywny odpoczynek? Jeśli tak, to jaki?
Myślę, że takie gdzie aktywnie spędzam czas… Jest to połączenie przyjemnego z pożytecznym ;)

4. W idealnym świecie byłabyś/byłbyś…?
Sama nie wiem…

5. Czy jest jakaś książka, która być może nawet nie mieści się w ramach Twoich czytelniczych zainteresowań, a jednak coś Cię ciągnie do jej poznania? Jeśli tak, podaj jej tytuł i autora.
Do niedawna odpowiedziałabym, że taka książka to "Troje". Totalnie nie moje klimaty a jednak byłam bardzo ciekawa, o co tyle szumu…fabułą mnie trochę zaintrygowała i koniecznie musiałam ją przeczytać. Jednak na dzień dzisiejszy to sama nie wiem. Mam taki mix na półkach, że szok.

6. Budzisz się któregoś ranka i okazuje się, że jakimś cudem cofnęłaś/cofnąłeś się w czasie o co najmniej dwa wieki. Co robisz najpierw?
Bardzo dobre pytanie. Rozglądam się dookoła a potem patrzę, co mam na sobie (koniecznie trzeba się upewnić czy aby cokolwiek). Staram się ogarnąć w temacie i zakosztować danej mi szansy. Chociaż za pewne nurtowałoby mnie czy to, aby tymczasowe i czy wrócę do „Swoich czasów”.

7. Kot czy pies?
Oj trudne pytanie… Uwielbiam i pieski i kotki.

8. W wyborze swoich lektur kierujesz się okładkami?
Czasami tak. Jestem wzrokowcem i zwracam uwagę na okładki… niektóre naprawdę cieszą oko i dodają smaczka.

9. Cytat, który jako pierwszy przychodzi Ci do głowy, to…
„Nie mam nic, więc jestem wszystkim”. Paulo Coelho "Zdrada"

10. Wolisz książki osadzone w przeszłości, teraźniejszości czy przyszłości?
Przeszłość i teraźniejszość… z przyszłością bywa różnie. Jednak i takie warto poznać i poszerzać swoje horyzonty.

11. Najładniejszy tytuł książki, to…
"Ocean pocałunków" ;)

Pytania od Ruda Recenzuje

1. Z jakiego powodu założyłaś/eś bloga?
Chciałam robić coś sensownego, coś co wiąże się z czytaniem i pozwoli mi się w jakiś sposób realizować. To był swojego rodzaju impuls. A po trochu i moje prywatne wyzwanie ;)

2. Czy były takie momenty, że zastanawiałaś/eś się nad zakończeniem blogowania? Jakie?
Myślę, że nigdy się nad tym poważnie nie zastanawiałam… Kto wie, może kiedyś przyjdzie i taki dzień?!

3. Czy wzorujesz się na innych uczestnikach blogosfery?
Myślę, że każdy bloger inspiruje się koleżankami i kolegami, którzy mają w tym o wiele większe doświadczenie – ja tak samo.

4. Jaki gatunek książek najbardziej cenisz?
Chyba obyczajówkę…a ostatnio uwielbiam opowiadania.

5. Czy zdarzyło Ci się wybrać książkę tylko ze względu na interesującą okładkę? Jaka to była książka?
Oczywiście. Jestem wzrokowcem i najpierw zwracam uwagę na okładki. Jako przykład podam „Wyspę motyli”.

6. Gdybyś mogła/gł zrobić coś dla świata, co by to było?
Świat jest bardzo pogmatwany… pewnie zrobiłabym to co bym mogła i co było by pożyteczne. Jednak trudno tak na goraco sprecyzować to „coś”.

7. Co uważasz za swoje największe osiągnięcie?
Bardzo dobre pytanie… Chwilowo mój blog i to jak się rozwija a co za tym idzie, ja i moja pasja.

8. Co chciałabyś/byś zrobić, gdyby nie przeszkadzał Ci strach?
Na pewno spełniłabym swoje wszystkie marzenia a także wszystko co jest szalone… Chciałabym poczuć 100 procentową wolność.

9. Na co dzień wybierasz filmy czy seriale?
Na co dzień nie oglądam telewizji ;p A jeśli już to filmy. Serial oglądam teraz już tylko jeden.

10. Bez czego nie wyobrażasz sobie życia?
Oczywiście bez najbliższych, którzy dają wsparcie i obdarowują swoją miłością. A prócz tego to oczywiście bez muzyki i książek.

11. Jaki jest klucz do osiągnięcia sukcesu?
Na pewno wytrwałość.

Oraz odpowiedzi do Doggy Book Tag, do którego zostałam nominowana przez Olę Z

Jamnik,czyli książka,która niemiłosiernie mi się dłużyła.
„Wiele demonów” Jerzego Pilcha

Chart,czyli książka z pędzącą akcją.
„Love, Rosie” oj tam akcja to dopiero pędzi i to przez lata ;p

Rottweiler,czyli książka z dużą ilością agresji.
„Kryminał tango”

Chihuahua,czyli najcieńsza książka,którą przeczytaliśmy.
„Oskar i pani Róża”

Dog,czyli najgrubsza książka,jaką przeczytaliśmy.
„Wyznaję”

Dalmatyńczyk,czyli książka z mnóstwem różnych wątków.
„Wojny żywiołów. Przebudzenie ziemi: Udręczeni”

Basset,czyli najbardziej wzruszająca książka.
„Desire czyli czas próby” Książek dzięki którym uroniłam łezkę jest kilka, jednak tym razem postawiłam na ten tytuł.

K9 lub Szarik,czyli najlepsza ekranizacja książki.
Jeśli chodzi o ekranizację to mam wielki problem… rzadko oglądam ekranizację i nie bardzo wiem co wybrać… Chyba muszę nadrobić zaległości…

York,czyli przesłodzona książka.
„Zmierzch” a w zasadzie cała seria. Mimo wszystko i tak uwielbiam tą serię ;)

Kundelek,czyli książka,która nie jest zbyt popularna,ale mnie zachwyciła.
To ja postawę po raz kolejny na „Chiński ekspres”. Zachwyciła mnie poczuciem humoru autora, dzięki któremu popłakałam się ze śmiechu.

Uff, to już wszystkie odpowiedzi. Dziękuję za wszystkie nominacje i trochę mi wstyd, że dopiero teraz na niektóre odpowiadam. Obiecuję poprawę ;)

wtorek, 10 marca 2015

Michał Podbielski - Wojny żywiołów. Przebudzenie ziemi: Udręczeni


autor: Michał Podbielski
cykl: Wojny żywiołów (tom 1)
data wydania: grudzień 2014 (data przybliżona)
liczba stron: 672
kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction

Dotychczas moje spotkania z fantastyką kończyły się na wampirach, wilkołakach i czarodziejach… A to wszystko było łatwo wyobrażalne dla dzieci albo nasycone romansem. Jakoś nigdy nie poświęcałam wiele uwagi „tej konkretnej”, która jest wyzwaniem dla wyobraźni. A jeśli nawet kiedyś miałam okazję czytać, to już było bardzo dawno temu i w mojej pamięci nie uchowały się konkrety. Jednak jakiś miesiąc temu, dostałam propozycję przeczytania dzieła Michała Podbielskiego Wojny żywiołów i skorzystałam z niej. Co prawda zastanawiałam się czy mnie zaciekawi tym bardziej, że to dość opasłe tomisko, a ja przecież z tym gatunkiem mam małe doświadczenia.
W świecie, którym rządzą dwa żywioły, Ogień i Woda, rodzi się nowa siła. Właśnie następuje przebudzenie Ziemi. Żądne podbojów Imperium Koralu, będące pod opieką samej Pani Wody, porządkując własne prowincje, jest ślepe na nowe zagrożenia. W tym samym czasie na odległym kontynencie czciciele nadejścia bogini Ziemi wyruszają na świętą pielgrzymkę do opanowanego przez potwory, mistycznego Epicentrum. Rodzą się kolejne wielkie siły, a to wszystko, to dopiero początek...
Z ciekawością zaczęłam czytać, mając przy tym nadzieję, że książka mnie wciągnie. Jakoś nie pokrzepiała mnie wizja męczarni, przy przeczesywaniu aż tylu stron. Nie pozostawało mi nic innego jak tylko usiąść z lekturą i się przekonać. Tak też zaczęłam… otworzyłam książkę i napotkałam… mapki (autorstwa Marcina Burmińskiego), które pomogły mi zobrazować miejsce akcji. W następnej kolejności trafiłam na coś, co mogło zapowiadać się ciekawie, a było rozłupane na fragmenty. Zaś każdy z nich przenosił mnie do zupełnie innego bohatera i innego miejsca w tym nieznanym mi świecie. Czułam się zagubiona, ale jednak zaintrygowana. Z początku miałam też wrażenie, że autor używa opornych powtórzeń, jednak się myliłam. Dość szybko zaznajomiłam się z bohaterami, na których trafiałam, z miejscami akcji a także z nastrojami, które tam panowały. Jednym słowem historia zaczęła mnie wciągać i miałam na nią coraz większą ochotę. Myślę, że autor wykazał się dobrą wyobraźnią, która pozwoliła mu stworzyć tak bogatą fabułę. Całość jest niezwykle barwna, lecz nie przekoloryzowana. Wręcz przeciwnie. Bywa brutalnie i krwiście. Czasami nawet i zabawnie. Powiedziałabym, że normalna porcja humoru wymieszała się z tym czarnym. Bohaterowie nie są tylko ludzcy i nie są kryształowi. Każdy z nich ma swój charakter, swoje plany, ambicje, pochodzenie i swoje miejsce w tej historii. Jednych można polubić, a innych wręcz przeciwnie. Autor pobawił się także „słowem” i dołożył do całości trochę gwary, akcentu, który jest swojski i zarazem obrazowy. Początek może okazać się trudny, jednak po kilku przeczytanych stronach akcja wciąga czytelnika i problem znika. Historia obrazuje nam świat, który jest podzielony. Pełen magii, okrucieństw, wyzysków, zagadek i zarazem rodzącej się kolejnej potęgi. Te fragmenty, o których wspominałam pozwalają czytelnikowi na zobrazowanie większej części tej historii. Czytelnik czytając nie odczuwa nudy – ciągle jest w akcji. Przypomina to migawki filmowe, które wyostrzają apetyt. Czytając byłam ciekawa, co za chwilę się wydarzy… 

Wojny żywiołów. Przebudzenie ziemi: Udręczeni to książka, która pobudziła moją wyobraźnię i ciekawość. Najchętniej od razu sięgnęłabym po kolejną część. Chciałabym kontynuować podróż w poszukiwaniu odpowiedzi i pośmiać się pod nosem z barwnych dialogów, postaci czy zwyczajnej ułomności postaci. Jestem pod dużym wrażeniem tej lektury. Nie spodziewałam się, że aż tak mnie wciągnie. Może i nie jestem ekspertem, jeśli chodzi o ten gatunek, ale książka mnie naprawdę zaintrygowała. Polski autor plus dobrej jakości historia to zestaw, który mogę polecić wszystkim fanom tego gatunku.

Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania książki

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 3,3 cm)

sobota, 7 marca 2015

Katarzyna Bonda - Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania


autor: Katarzyna Bonda
data wydania: 4 lutego 2015
wydawnictwo: Muza
liczba stron: 320
kategoria: poradniki

„Najpierw rzemieślnik, potem artysta. Nie odwrotnie!”

Myśleliście kiedyś o napisaniu swojej książki – choćby jednej? Obstawiam w ciemno, że tak. Ja sama zaliczam się do tych osób. Próbowałam nawet coś tam pisać, jednak nigdy nie rozwinęłam tego na większą skalę. Zapewne są wśród Was osoby, które „piszą do szuflady” a może i nawet są tacy, którzy coś opublikowali/ wydali. Od jakiegoś czasu przymierzałam się do zakupienia jakiegoś „poradnika”, dzieła, kursu… który by mnie lepiej przygotował do tej twórczej wędrówki, jednak nic szczególnego nie wpadło mi w oko. Do momentu… Gdy tylko pojawiła się okazja, aby przeczytać kurs kreatywnego pisania Katarzyny Bondy postanowiłam spróbować. „Maszyna do pisania” miała wprowadzić mnie do pisarskiego świata, nauczyć mnie rzemiosła, odkryć mój talent – miała być dobrą lekcją. Kursem kreatywnego pisania. Czy spełniła swoje zadanie?
Pisania, jak każdego zawodu, można się nauczyć. Kurs kreatywnego pisania Katarzyny Bondy, królowej polskiego kryminału, da początkującym pisarzom narzędzia, by mogli swoje pisarskie pomysły realizować pewnie, świadomie i coraz doskonałej. Wyjaśni, jak wygląda struktura powieści i w przystępny sposób uporządkuje teorię konstruowania tekstów literackich. Pomoże także przyszł7m pisarzom w odkrywaniu ich mocnych stron, otworzy ich na inną percepcję świata, nauczy samodyscypliny oraz tego, jak szukać tematów i pomysłów.
Tak zachęca nas opis na okładce. Czyli potencjalnego „przyszłego pisarza” kusi do zakupienia książki. Obiecuje dobra lekcję i dobry warsztat – na poziomie podstawowym, tylko książkowym. Czyli teoria. Praktykę musi „młody” pisarz wykonać sam. Czy aby jednak książka jest tak pomocna? Co do tego mam mieszane odczucia. Jest to swojego rodzaju poradnik, a wiecie zapewne jak to jest z książkami tego typu… Dużo treści i lania wody. Już w połowie lektury stwierdziłam, że mogłaby ona być tak gdzieś o połowę krótsza i zawierać tylko mocne konkrety (czyli, na co zwrócić uwagę, jak zacząć i jakich błędów unikać). Autorka jednak postanowiła dogłębnie zapoznać czytelnika z tematem. Tak dogłębnie, że można dostać zawrotów głowy. Myślę, że można się pogubić, albo poczuć zmęczonym. Nie znaczy to jednak, że książka jest beznadziejna czy też bezużyteczna. Aż tak to nie. Sądzę, że zawiera bardzo cenne wskazówki, porady i ćwiczenia. Niektóre z informacji opisanych (i przyswojonych przeze mnie) zainteresowały, zaintrygowały i zachęciły mnie do działania. Zastanawiam się tylko… Skoro jest to książka skierowana (praktycznie) do debiutantów, dlaczego została tak nasycona wszystkim na raz? Można było rozbić to na dwa tomy (skoro drugi jest już i tak w przygotowaniu). Dodatkowo autorka swoją książkę kieruje do autorów (także tych przyszłych) powieści. To głównie stanowi kierunek tego „wykładu” a przecież nie każdy od razu ma ochotę na powieść (na przykład ja – zmieniłam swój pogląd po zapoznaniu się ze świetnymi opowiadaniami i od tego bym chciała zacząć, lub na tym poprzestać). Kurs kreatywnego pisania powinien być skierowany do ogółu, po to by nauczyć podstaw i poprowadzić „ucznia” za rękę do pewnego momentu. A tak trzeba sobie trochę wiedzę przefiltrować, albo zminimalizować do formy np. opowiadania.


„Pisarz to wojskowy i poeta w jednym.”

Z tej książki dowiecie się jak wynaleźć temat, jak się do tego zabrać i jak się powoli oswajać z pisaniem. Oczywiście dowiecie się jak stworzyć bohatera, dialog, fabułę a także jak przygotować swój tekst, aby nie zbłaźnić się i zachęcić wydawcę. Nie zabraknie ciekawostek, a także ćwiczeń, które mogą zachęcić, zniechęcić lub czegoś nauczyć. Nie jest to jednak 100 procentowy kurs kreatywnego pisania, nie taki, który zawiera potrzebną nam esencję… Każdy musi sobie sam tę potrzebną dawkę wycisnąć z treści…

Podsumowując: Katarzyna Bonda sprowadza potencjalnego pisarza na ziemię. Od samego początku uświadamia czytelnikowi, że praca pisarza nie jest łatwa. Namawia do systematyczności i planowego tworzenia całej opowieści. Ma swoje zdanie, swoje poglądy i swój styl pracy, z którym nie każdy musi się zgadzać (ani w całości ani w połowie). Jednak mimo wszystko zachęca do pisania i nie podcina skrzydeł. Niektórych ta książka zapewne wkurzy i całkowicie ostudzi zapał (gdyż przerośnie ich wyzwanie). Znajdą się też tacy, których zainspiruje. Jest to książka, do której można zajrzeć niejeden raz – koniecznie wtedy, gdy mamy problem. Tak sobie myślę, że nie jest to typowy poradnik… Autorka w swojej książce ukazuje swoje własne metody i poglądy, co zapewne zainteresuje fanów jej twórczości. Książka sama się nie napisze, ale ta lektura może wskazać drogę, a także inspirować do odkrywania swoich metod działania. Może męczyć podczas czytania i mierzić, ale myślę, że warto po nią sięgnąć. Szczególnie, jeśli ktoś chce zacząć pisać albo jest w trakcie.


„Nie trać czasu. Za mało go masz, by dłużej się wahać. Żyj, myśl, opowiadaj.”


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu:



Książka bierze udział w wyzwaniu:
Klucznik
Polacy nie gęsi
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,3 cm)

środa, 4 marca 2015

David Nicholls - My


autor: David Nicholls
tłumaczenie: Jan Kraśko
tytuł oryginału: Us
wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 4 lutego 2015
liczba stron: 480
kategoria: literatura współczesna

Wyobraźcie sobie wycieczkę po Europie, podczas której macie okazje pozwiedzać takie miasta jak Madryt, Paryż, Wenecję czy Weronę. By móc przy okazji chłonąć sztukę przez duże S. Takie podróże są niezwykle pouczające, bywają też męczące, ale warte zachodu. Któż by nie chciał, prawda? Ja sama chętnie odwiedziłabym kilka malowniczych, sławnych miejsc. Niestety, na co dzień nie każdy może sobie pozwolić na taki luksus. Dlatego z wielką przyjemnością i ciekawością sięgnęłam po książkę Davida Nichollsa „My”. Jest to najnowsza powieść tego autora, który wielu osobom kojarzy się przede wszystkim z wyśmienitą książką „Jeden dzień”. Przyznaję się szczerze, że sama zaliczam się do tego grona. Przeczytałam wspomnianą książkę i byłam tak zauroczona, że zapamiętałam nazwisko by móc w przyszłości sięgnąć po coś podobnego i równie emocjonującego i zarazem klimatycznego. Stąd też mój zapał do najnowszej powieści autora. Można by nawet rzecz, że odczuwałam pewnego rodzaju sentyment i nadal przechowuję w pamięci bohaterów „Jednego dnia”.
Douglas Petersen dostrzega, że jego żona poszukuje nowej drogi życia, a wydawało mu się, że będą szukali tej drogi we dwoje. Tym bardziej, że ich syn wkrótce opuści rodzinny dom i wyjedzie na studia. Kiedy więc Connie oświadcza, że i ona wkrótce się wyprowadzi, Douglas postanawia zamienić ostatnie rodzinne wakacje w podróż życia. Ma nadzieję, że czas spędzony razem pozwoli jemu i Connie znów się zbliżyć; sprawi, że żona pokocha go na nowo, a syn odzyska do niego szacunek. Bukuje więc hotele, kupuje bilety i wszystko starannie planuje. Czy coś może pójść nie tak? Okazuje się, że bardzo wiele...
„[…] małżeństwo nie jest płaskowyżem, przeciwnie. Są tam wąwozy, wysokie, postrzępione szczyty i ukryte szczeliny, w które oboje możecie wpaść i runąć w ciemność. Są także nudne, spieczone na kamień równiny, które zdają się nie mieć końca, a większość podróży upływa w pełnym napięcia milczeniu. Czasem w ogóle nie widzi się partnera, czasem się go widzi, lecz z daleka, bo obydwoje oddalają się od siebie tak bardzo, że prawie znikają sobie z oczu. Podróż jest ciężka. Bardzo, bardzo, ale to bardzo ciężka.”

Autor zabiera nas w nostalgiczną podróż nie tylko po Europie, ale także po życiu we dwoje (troje …). Mamy tutaj przykład dwojga dorosłych ludzi, którzy wyruszyli w podróż zwaną „RODZINĄ” i z paszportami w ręku zatytułowanymi „MAŁŻEŃSTWO”. Krok po kroku przemierzamy razem z Douglasem i Connie góry, doliny i wąwozy jakie napotykają na swej drodze. Bywa ciężko, mokro, ciemno, słonecznie i upalnie. Kolory oślepiają i napełniają optymizmem by za chwilę zmienić się w szarość dnia codziennego z domieszką brutalności życia. Podróż ta bywa ekscytująca ale i męcząca. Przyprawia o zawrót głowy jak i o dreszcze. Autor posługując się „piórem” namalował nam słowami obraz, który możemy chłonąć wszystkimi zmysłami. Fabuła jest powolna (rytmiczna), a także urozmaicona czasowo – teraźniejszość miesza się z przeszłością by dowiedzieć się okruszka przyszłości. Narratorem i zarazem głównym bohaterem jest tutaj Douglas, naukowiec, mąż i ojciec. Człowiek wykształcony, praktyczny, czasem zbyt wymagający i sztywny. Nie jest bez wad, bywa irytujący i dziwny – trudny – jednak mimo wszystko dobry człowiek. Istota, która popełnia błędy, która żałuje tego, co zrobiła lub czego nie zrobiła. Facet, który twardo stąpa po ziemi… Opisuje nam swoje życie, kontakty z synem, stosunki z żoną. Wyruszymy wraz z nimi w podróż po Europie, po muzeach, miastach, wspomnieniach. Ta wycieczka ma w sobie nutkę melancholii, nadziei i doświadczenia. W co się przerodzi? Dokąd zabierze bohaterów książki? Douglas opowiada momentami chaotycznie, całość jest spokojna i nostalgiczna. W pewnym momencie doświadczymy pewnego zwrotu akcji, a w zasadzie nie tylko jednego. Pojawi się pewien dynamizm a bohaterowie się przetasują. Jest to historia, która warto się delektować, warto wniknąć do świata wymyślonego przez autora i zwiedzić kawałek Europy. Poznać dzieła sztuki, zwiedzić malownicze uliczki, knajpki czy nawet popływać w Barcelonie. Całość jest tak dobrze poskładana, że czytelnik może czuć się zarówno jako obserwator (uczestnik wyprawy) jak i słuchacz, któremu główny bohater opowiada swoją historię. Myślę, że każdy znajdzie w tej książce coś dla siebie. Sprawdzi się też jako lekcja dla ludzi, którzy są w związkach małżeńskich (zarówno dla tych z małym stażem jak i dla tych z większym) jak i tych, którzy jeszcze nie powiedzieli tego sakramentalnego „tak”.

Ta książka to przewodnik po Europie, po sztuce i po małżeństwie. Jest to melancholijna, nostalgiczna i pouczająca powieść, która potrafi czytelnika zachęcić, wyciszyć i pobudzić do refleksji. Bywa także zabawnie… Autor zostawia nam na końcu małą nagrodę… tabula rasa – czystą, niezapisaną kartkę – zatytułowany rozdział, który możemy sobie sami dokończyć w wyobraźni… Nie każdemu „My” przypadnie do gustu i wiem to doskonale. Jestem przekonana, że zachwycą się nią miłośnicy tego rodzaju literatury. Miłośnicy pięknych krajobrazów, sztuki i chwili wytchnienia. Jeśli komuś spodobał się „Jeden dzień” to i ta książka okaże się ciekawa. Jest to książka, do której można powrócić, która nie ma nudnej fabuły, jest ponadczasowa i do tego rozbudza ciekawość względem sztuki. Jeśli macie ochotę pozwiedzać to zapraszam… Być może to będzie to także Wasza Podróż Życia.

„ W domu jest tyle smutku. Po kolejnej zdradzie
Tych, którzy zeń odeszli, wnętrze wciąż sięłudzi,
Że znęci ich z powrotem. Parkiet wciąż się kładzie
Pod stopy, które znikły. Ograbiony z ludzi,
Dom nie umie się zdobyć, by przeboleć kradzież

I wrócić do pierwotnych swych architektonik:
Radosnych prób trafienia w to, jak być powinno,
Dawno chybionych. Widać jeszcze ślady po nich:
Spójrz na te zdjęcia w ramkach, sztućce.  To pianino
                                                                                                                             Z nutami pod siedzeniem stołka. Ten wazonik.”

Philip Larkin, W domu jest tyle smutku

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,7 cm)

niedziela, 1 marca 2015

Podsumowanie lutego



Nadszedł czas na podsumowanie najkrótszego miesiąca w roku. Niestety okazał się on ciut gorszy niż poprzedni. Udało mi się przeczytać 10 książek:

                                                         Colleen Hoover - "Losing Hope"
Michelle Hodkin - "Mara Dyer. Przemiana"
Agata Christie - "Śmierć na Nilu"
Agnieszka Olejnik - "Dante na tropie"
Monika A. Oleksa - "Samotność ma twoje imię"
Stanisław Karolewski - "Szarlatańskie wersety. Rok w antykwariacie"
Adam Ambler - "Seksturysta"
Victoria Aveyard - "Czerwona królowa"
Wioletta Sawicka - "Będzie dobrze, kotku"
David Nicholls - "My" (recenzja w najbliższych dniach)

Łączna ilość stron to 3516, co daje 125,5 strony dziennie.

Najlepsze książki w tym miesiącu to:
"Czerwona królowa", "Dante na tropie" oraz "Będzie dobrze, kotku"

Największe rozczarowanie:
"Losing Hope" - niestety jak dla mnie dużo gorsza od "Hopeless"

Najładniejsza okładka:
"Trucicielka"

Podsumowanie wyzwania "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu":
w lutym dochodzi 23,2 cm (łącznie już 46,7 cm)

Podsumowanie wyzwania Kiedyś przeczytam:
Niestety kolejny miesiąc, w którym nie jestem w pełni usatysfakcjonowana z osiągniętego wyniku, gdyż przeczytałam ponownie tylko 3 książki, a konkurencja jest duża i mknie do przodu ;)

Książkowe plany na marzec:


Milcząca siostra - Diane Chamberlain
Nieprzekraczalna granica - Colleen Hoover
Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania - Katarzyna Bonda
+
czytanie zaległości na półkach :)
+
z pewnością skuszę się również na kolejną książkę z serii Leniwa Niedziela, a dokładniej to "Stojąc pod tęczą" Doroty Schrammek