niedziela, 26 kwietnia 2015

Wojciech Baran - Minione życia


autor: Wojciech Baran
wydawnictwo: Novae Res
data wydania: grudzień 2013 (data przybliżona)
liczba stron: 484
kategoria: thriller/sensacja/kryminał

„Jedna wartościowa sekunda może nadać całym wiekom sens… Tak jak mała kropla atramentu wpadając do wiadra czystej wody, zmienia jej kolor.”

Lubicie intrygujące i przyprawiające o dreszczyk emocji książki? Ja tak. Dlatego tym razem chętnie zaprezentuję Wam „Minione życia” autorstwa Wojciecha Barana. Już sam opis mnie zaintrygował… do tego ta mroczna okładka, która jest zarazem minimalistyczna i wpasowująca się w obiecany klimat książki. Tak, więc od samego początku spodziewałam się ciekawej i wciągającej lektury, jednak mimo wszystko jestem zaskoczona… pozytywnie. Nie spodziewałam się nawet, że trafię na taką mieszankę gatunkową. W książce Pana Wojtka znalazłam thriller, horror i szczyptę fantastyki. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że momentami poczułam powiew przygody i klimatów z Indiany Jonesa –czyli coś, co lubię.
Pewnej burzliwej nocy do Piotra Wolskiego przybywa młoda Rosjanka – Nadia Prokotov. Mężczyzna zaskoczony porą niecodziennej wizyty każe jej się wynosić. Jednak słowa, które słyszy przez zamknięte drzwi sprawiają, że zaczyna on rozumieć, jak wiele ich łączy. Stare niedokończone rzeczy, o których Piotr wolałby zapomnieć, powracają za sprawą najbliższej mu osoby – jego syna. Następne kilkanaście minut rozmowy determinują dalsze życie Piotra.
Fabuła jest wielowątkowa i jak już wspomniałam wielogatunkowa. Akcja toczy się na przełomie lat 60. XX wieku. Główny bohater musi wyruszyć w dość niebezpieczną misję, aby uratować niejedno życie, a tym samym rozwikłać tajemniczą legendę mrocznego Stołeczna. Każda strona zachęca do dalszego czytania i śledzenia wszystkich wątków. Myślę, że istotnie ważne jest jednak to, że autorowi udało się uniknąć wszelkiego chaosu i „przedobrzenia” w tej historii. Co jest wielkim plusem, ponieważ w pewnym momencie cofamy się o kilka wieków. Jednak wszystko razem jest ze sobą zgrabnie połączone i czytelne. Opisy potrafią pobudzić wyobraźnię i wczuć się w ten mroczny i cmentarny wręcz klimat. Głównym tematem tej książki jest tak pożądane przez ludzkość „wieczne życie” a także walka dobra ze złem. Czytelnikowi nie obce będą również ludzkie pragnienia i jego słabości. Ważną rolę odgrywa także przeszłość, która ma ogromny wpływ na przyszłość… także tą, którą napotkamy w innych wcieleniach. Jeśli komuś z Was wydaje się to mało ciekawe to zdradzę jeszcze, że nie obejdzie się także bez tragicznej miłości kochanków, porachunków mafijnych, demonów, opuszczonych cmentarzysk i żarłocznych istot. Podróże, poszukiwania oraz okrucieństwo… Tak naprawdę trudno streścić fabułę w kilku słowach by nie pominąć, bądź nie zagmatwać czegoś istotnego. Zarówno sam pomysł jak i wykonanie zasługują na uznanie.


„Władza jest tak naprawdę jedynym podświadomym pragnieniem wszystkich świadomych istot. I nawet ci, co będą twierdzić, że władza jest rzeczą złą, będą w istocie starać się narzucać władzę swojej teorii w głowach innych. Oni wszyscy są bardziej podli od otwartych dyktatorów, którzy nie kryją się ze swoimi instynktami, którzy jako jedyni są szczerzy w swoich dążeniach.”


„Minione życia” to bardzo udany debiut. Byłoby idealnie, gdyby każdy w taki sposób pojawiał się na rynku wydawniczym. Autor niewątpliwie ma talent i bogatą wyobraźnię, a co ważne umie zachęcić czytelnika od samego początku i trzymać w napięciu do samego końca. Jedyne, do czego mogę się przyczepić to okładka, na której widać wszelkie ślady użytkowania (odciski palców dostępne od zaraz!) Ma w sobie tajemniczość, czego minusem jest to, że jest jednak trochę mało czytelna. To może zniechęcać poszukiwaczy perełek w księgarniach, a niewątpliwie ta książka zalicza się do naprawdę dobrych i wartych uwagi. Co niektórym może przeszkadzać brak archaizacji w wątku historycznym, innym z kolei przypadnie to do gustu. Wojciech Baran to dobrze zapowiadający się polski autor. Skoro w tak wyborowy sposób zaczyna, to można wiele oczekiwać po jego przyszłych dziełach. Takie historie jak ta opisana przez Pana Wojtka cieszą czytelników i pozwalają im przeżyć niezapomniane i mroczne chwile. Książka powinna spodobać się wszystkim miłośnikom mrocznych i paranormalnych klimatów. Jeśli kogoś zniechęciła okładka na półce w księgarni to niech już żałuje i czym prędzej wraca po swój egzemplarz.

Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania książki. Zapraszam również na jego stronę internetową, na której znajdziemy kilka ciekawostek o nim.

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 3,3 cm)

wtorek, 21 kwietnia 2015

Richard A. Antonius - Czas beboka


autor: Richard A. Antonius
wydawnictwo: Muza
data wydania: 22 kwietnia 2015
liczba stron: 736
kategoria: Literatura piękna

Czas przedstawić Wam kolejną pozycję z kwietniowego stosika, a tym samym opasłe tomisko, które bardzo mnie zaskoczyło. Długo wahałam się czy zdecydować się na tę pozycję i teraz z całą pewnością mogę stwierdzić, że cieszę się z tego, że jednak się na nią skusiłam. „Czas Beboka” autorstwa R.A. Antoniusa pojawi się w księgarniach już jutro – 22 kwietnia. Czasy PRL- u niektórych interesują, kolejnych śmiertelnie nudzą, a innych nic nie obchodzą, gdyż urodzili się w zupełnie innych czasach. Chcielibyście spojrzeć na tamte czasy w zupełnie inny sposób? Cofnąć się w czasie i przeżyć niezapomniane przygody, które można spokojnie włożyć między karty dobrych bajek, fantastyki a czasem i podręcznika? Zainteresowanym mogę już na samym początku polecić tę lekturę.
Jedenastoletni Adam przemierza ponure ulice przemysłowych Katowic. Ojciec chłopca jest aktywnym działaczem partyjnym, to z jego inicjatywy Gustaw Morcinek występuje o zmianę nazwy Katowice na Stalinogród. Matka tęskni za rodzinnym Nowym Sączem i stara się ignorować romanse męża. Jednak dużo bardziej niż surowa rzeczywistość rodziców, Adama fascynuje podróż do równoległej krainy z pogranicza jawy i snu, pełnej tajemnic i czarów. Stary kredens, służący podczas wojny za schronienie przed Niemcami, staje się dla chłopca magicznym wehikułem zdolnym zabrać go daleko od codziennych zmartwień. Świat brutalnego ustroju, politycznych rozgrywek i kształtującego się na nowo powojennego Śląska postrzegany oczami Adama zmienia swój bieg, wkraczający w oniryczny, uniwersalny wymiar opowieści o człowieczeństwie w epoce kresu wartości.
Od razu uprzedzam, że lektura, którą Wam proponuję nie jest lekka (nie przypomina powieścidła, które ma nam tylko umilić czas) jest za to bardzo bogata w treści i zawiera w sobie bardzo ciekawą fabułę. Autor stworzył zaczarowany świat, w którym mały chłopiec zmierza się ze sprawami dorosłych jak i tymi dziecięcymi. Stworzył bohatera, który jest niezwykły, a jego wyobraźnia i odwaga są godne podziwu. Co prawda, nie wszystkie sprawy rozumuje tak jak pojąłby je ktoś dużo starszy jednak swoją dziecięcą ciekawością ratuje „dorosłych” z opresji. Adaś to bardzo ciekawa postać. Jest to strachliwe i zarazem odważne dziecko, które wypełnia sobie czas w sposób obrazowy i ciekawy. Syn – ojca, społecznika Zenona, który jest niezwykle inteligentny jednak bywa surowy i zapatrzony jest w Matkę Partię. Doskonały szachista o różnych zainteresowaniach. Jedyny syn – matki, która marzy o własnym zakładzie krawieckim. Kobiety, która pokochała język francuski i jest przeciwieństwem męża. Inteligentna i to nawet bardzo...Ostoja domowego ogniska, która ma swoje zdanie. Mnie osobiście bardzo ta książka zaskoczyła. Czym? Rozwojem wydarzeń, a także atrakcyjnością przekazu. Im dalej czytałam, tym bardziej przesiąkałam do świata Adama. Do jego wyobraźni i zabawy z zwiadowcę. Czasami miałam mu ochotę wytłumaczyć „ co i jak”. Polubiłam tego chłopca, jednak na samym początku czułam zmęczenie materiałem. Tekst jest bogaty w gwarę, obce języki różne style literackie. Olbrzymia wyobraźnia malca czasami mąciła mi w głowie, jednak z czasem to wszystko przezwyciężyłam. Widać, że autor przyłożył się do pracy… Połączenie wątków historycznych z fantastyką (baśnią) a nawet wątkami religijnymi to nie lada wyzwanie. Tym bardziej, jeśli efekt ma być ciekawy i zostawiać po sobie jakiś ślad w pamięci czytelnika. Autorowi się to udało. W ciekawą fabułę wplótł tematy, które często się pojawiają: dobro i zło, Bóg a nawet i kosmos.

Richard A. Antonius to tak naprawdę Ryszard Antoniszczak, urodzony w 1947 roku w Nowym Sączu. Jest to niezwykle utalentowany człowiek. Artysta, plastyk, reżyser, pisarz i scenarzysta. Był reżyserem w Krakowskim Studiu Filmów Animowanych, stworzył bajkową postać Miki Mola. Zajmuje się także ilustracją książkową, tworzy video – art. Uprawia malarstwo sztalugowe. Maluje obrazy przedstawieniowe oraz obrazy w specjalnym stworzonym przez siebie stylu KREO – ART (prezentuje on tzw. KOD ANTONIUSA czyli filozoficzno – artystyczną wizję mechaniki Światów Cyklicznych). Jak widać człowiek z pasją, a właściwie to nawet z kilkoma. Określiłabym go mianem człowieka, który nie boi się wyzwań.

„Czas Beboka” to książka z wysokiej półki. Jest obszerna i bogata w treść. Szokująca i czasami męcząca, jednak bardzo dobra. Idealna dla miłośników mieszanki gatunkowej i dobrego stylu, a tym samym dla spragnionych literackich wyzwań. Wehikuł czasu, który zabierze czytelnika w magiczną podróż po zaczarowanych uliczkach, alejkach, bunkrach i strychach. Kosmiczna a zarazem bardzo ziemska – w okrutnych czasach dorosłych i wrażliwością dziecka. Uzupełniona bogatym słownictwem i nutką poezji. Myślę, że buszując po księgarni, warto rzucić na nią okiem, przekartkować, zważyć w dłoniach i powąchać zapach czasu. Lubicie szachy? A może zaczarowane kredensy? A może macie ochotę zatopić się w świecie dziecka? W takim razie ta książka jest dla Was. Domyślam się, że nie każdego zainteresuje, nie każdego przekona… sama na początku miałam mieszane uczucia… Jednak książkę doceniłam i oceniam bardzo wysoko.

Nawiązując do słów zamieszczonych na okładce powiem tak: Trzeba nie lada talentu i wyobraźni by napisać taką powieść.

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 3,6 cm)

niedziela, 19 kwietnia 2015

Melissa Darwood - wywiad


Tym razem zapraszam Was do przeczytania mojego wywiadu z Melissą Darwood, autorką "Laristy" (moja recenzja), czyli najlepszego polskiego debiutu YA 2013 oraz ostatnio ukazanej się fantastycznej powieści "Pryncypium" (moja recenzja).

Ja: Melissa Darwood. Jaka osoba kryje się pod tym pseudonimem?

Melissa: Emocjonalna, która czasami woli obcować z naturą, zwierzętami i książkami, bardziej niż z ludźmi. Młoda duchem, która mimo upływu czasu, czuje się jak dziewiętnastolatka. Niepraktyczna marzycielka, która najchętniej zrezygnowałaby z biurowej pracy, by realizować się jako powieściopisarka. Kochająca mama, żona, córka, siostra, wnuczka, przyjaciółka dla której nadrzędnymi wartościami są zdrowie, rodzina i przyjaźń. (Nad)wrażliwa  idealistka, która nie może pogodzić się z faktem, że życie nie jest ani idealne, ani sprawiedliwe, a wokół roi się od biurokracji i cwaniactwa.

Czy w przyszłości możemy się spodziewać książki wydanej pod prawdziwym imieniem i nazwiskiem, czy już zawsze będziesz wierna Melissie?

Być może, kiedyś opublikuję coś pod własnym nazwiskiem. W chwili obecnej jednak, nie widzę takiej możliwości. Dzięki Melissie udaje mi się uniknąć nieszczerych pochwał i ewentualnych przejawów zazdrości. Ludziom wydaje się, że gdy jesteś autorem książki to kąpiesz się w blasku chwały, zarabiasz krocie i nie musisz ciężko pracować. Nic bardziej mylnego. Dla większości początkujących autorów, pisanie to hobby, do którego muszą często dopłacać. Wolę więc, póki co, pozostać Melissą i być z dala od tych, którym musiałabym to uświadamiać.          

Skąd pomysł na fabułę „Laristy" i w ogóle, co skłoniło Cię do jej napisania?

„Larista” początkowo miała postać pamiętnika, w który wdarły się w pewnym momencie elementy fantastyki. W miarę pisania, kreowanie nowej rzeczywistości stało się tak wciągające, że w końcu powstała książka.

Jest to Twoja pierwsza książka. Obawiałaś się krytyki? Śledziłaś portale książkowe w oczekiwaniu na pierwsze opinie?

Tak i starałam się pamiętać, że nie ważne co robisz, czym się zajmujesz, wyróżniając się z tłumu zawsze będziesz krytykowana. Ważne by robić dalej swoje. Nie przejmować się hejterami, którzy nie potrafią podać racjonalnych argumentów, ale brać pod uwagę konstruktywną opinię czytelników. Od początku śledziłam portale książkowe i recenzje pojawiające się w Internecie. Były chwile zwątpienia, kiedy pojawiały się negatywne opinie, ale też euforii, gdy książka spotykała się z uznaniem.    

Kolejną Twoją powieścią jest „Pryncypium", które jest tak naprawdę rozłożeniem człowieka na czynniki pierwsze... Jak powstawała historia i czy pisanie sprawiało Ci jakieś trudności?

Punktem wyjścia do stworzenia „Pryncypium” był motyw reinkarnacji – dusza odradza się w nowym ciele. Temat jednak wydał mi się na tyle oklepany, że postanowiłam puścić wodze fantazji i stworzyć coś zupełnie nowego, świeżego, choć nadal związanego z powtórnym wcieleniem. Obawiałam się, że koncepcja Ipsum, Lokum, Nomen, którą przedstawiłam, może okazać się zbyt skomplikowana dla czytelnika. Wiele myślałam nad tym, w którym momencie ujawnić kim są Hermani i Laufrzy, Septyka i jej proces. Nie chciałam wyłożyć kawy na ławę zbyt szybko, ale też starałam się uniknąć sytuacji, w której czytelnik poczułby się zagubiony i zniechęcony do dalszego czytania. 

Zoltan to bardzo ciekawa osobowość. W jaki sposób narodziła się ta postać?

Pomysł na stworzenie Zoltana zrodził się pod koniec 2010 roku. Przeczytałam artykuł psychologiczny na temat aroganckich mężczyzn i siły z jaką przyciągają oni kobiety. Jego treść nie wydała mi się niczym odkrywczym. Sama spotkałam w życiu kilku takich, którzy przez swoją niedostępność i wyniosłość stawali się bardziej atrakcyjni. Wiele dziewcząt zakochuje się w chłopakach, którzy na to nie zasługują. Mają nadzieję, że dzięki nim się zmienią, złagodnieją, ułożą. Bardzo często okazuje się, że nie miały racji i dochodzi do rozstania. Chciałam, by w książce było inaczej. By Aniela miała wpływ na metamorfozę Zoltana. Do powstania tego bohatera przyczyniła się praca nad wygładzaniem „Laristy”.  Obcowanie z szarmanckim, idealnym, do rany przyłóż Gabrielem sprawiło, że zapragnęłam w pewnym momencie odmiany. Chciałam stworzyć bohatera wyrazistego, ostrego, z pazurem, który mimo swej opryskliwości i arogancji, skradnie serca czytelniczek. Myślę, że udało mi się osiągnąć ten cel.

Dlaczego akurat paranormal romance? Z pewnością jest to gatunek, który daje szeroką gamę możliwości, jednak jest ostatnio bardzo popularny i chyba trudno już wymyślić coś oryginalnego, co trafi do czytelnika i go zaskoczy.

Myślę, że od książek z wątkiem fantasy, bardziej niż od innych, oczekujemy czegoś oryginalnego, nowego, zaskakującego, zachwycającego, wciągającego, co zmieni postrzeganie otaczającego nas świata. Zawsze intrygowały mnie elementy nadprzyrodzone, zjawiska, których nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Gdy w moim życiu działo się coś niezwykłego, wyobraźnia podsuwała mi najrozmaitsze wyjaśnienia – najczęściej nie miały one za dużo wspólnego z otaczającą mnie rzeczywistością. Być może kiedyś napiszę jakąś powieść obyczajową, na razie dobrze mi z romansem fantastycznym.

Jak powstają bohaterowie – są całkowicie fikcyjni, czy mają w sobie coś z rzeczywistych osób?

Nie sposób wykreować bohaterów, którzy są oderwani od rzeczywistości. Na potrzeby każdej postaci zapożyczam cechy od otaczających mnie ludzi. Nigdy nie jest to jednak kalka danej osoby. Można powiedzieć, że moi bohaterowie są jak stwór Frankensteina – zlepek cech kilku osób w jednej postaci.

W Twoich książkach czuć sentyment i wielką miłość do malowniczych wiejskich klimatów... Można z tego wnioskować, że sielskie życie na wsi jest Ci bliższe od wielkich metropolii?

Zdecydowanie tak. Wychowałam się w małej, leśnej miejscowości, którą otaczają wiejskie krajobrazy. Po kilku latach dojeżdżania do szkoły w dużym mieście, postanowiłam spróbować miejskiego życia. Miałam blisko do pracy, rozrywek, nie musiałam spieszyć się na ostatni PKS, by zanocować we własnym łóżku. Po kilku latach jednak, poczułam ogromną tęsknotę za małą mieściną, byłam zmęczona wielkomiejskim hałasem, smrodem spalin i pośpiechem. Postanowiłam powrócić na łono natury, chociaż do pracy w mieście i tak muszę codziennie dojeżdżać. 

Pisanie od zawsze sprawia Ci przyjemność? Pamiętasz swoją pierwszą napisaną historię?

Sprawiało, dopóki nie trafiłam w liceum na polonistkę, z którą ciężko mi było znaleźć wspólną nić porozumienia. Już w pierwszej klasie dała mi jasno do zrozumienia, że będę miała kłopot by zdać z jej przedmiotu do następnej klasy. Destruktywna krytyka, podcinanie skrzydeł, używanie oceny jako kary, a nie wskazówki. Jakimś cudem dobrnęłam do matury, która na szczęście była tajna i sprawdzana przez inną nauczycielkę. Wypracowanie oceniono na piątkę. Niestety, brak wiary we własne możliwości pisarskie pozostał. Dopiero na studiach, gdy prowadziłam pamiętnik, na nowo odnalazłam więź i przyjemność z pisania.  

Jak oceniasz nasz rynek wydawniczy? Patrząc na Twój przykład można sądzić, że trudno jest w Polsce wydać książkę.

Myślę, że bardzo dużo zależy od szczęścia, od tego do kogo trafi twoja propozycja wydawnicza, co jest aktualnie na topie, jakich książek szukają wydawcy, jakie mają plany. Po udanym debiucie „Laristy” liczyłam na bezproblemowe wydanie kolejnych powieści. Niestety, wydawcy książek z gatunku young–adult i fantasy nastawiają się głównie na zagraniczne tytuły. Rynek wydawniczy jest trudny dla autora. Wielu wydawców nie ma w zwyczaju odpowiadać na maile z przesłaną propozycją, niektórzy odpowiadają metodą kopiuj–wklej w stylu „dziękujemy, ale mamy wypełniony plan wydawniczy na najbliższe dwa lata”, inni proponują złodziejsko–diabelskie umowy z przeniesieniem praw majątkowych, a jeszcze inni sugerują wydanie książki za pieniądze autora. Mam jednak cichą nadzieję, że są jeszcze Wydawnictwa, które chętnie publikują polskich autorów, odpowiadają na maile i traktują autorów na zasadach partnerskich.

Co czytasz w wolnej chwili? Masz jakąś ulubioną książkę lub książki, do których możesz wracać nieskończoną ilość razy?

Czytam wszystko – zależy co wpadnie mi w ręce w bibliotece. Książek raczej nie kupuję, mam bowiem tendencje do ich porzucania. Bardzo często zdarzało mi się, że po przeczytaniu trzydziestu pierwszych stron promowanej „super, mega, musisz przeczytać, wciąga jak czarna dziura” powieści, odstawiałam ją na półkę. Uważam, że jest zbyt dużo książek, by męczyć się z tą, która nas nie interesuje. Moje ulubione książki się zmieniają, kilka lat temu pochłaniałam wszystko z literatury romansu historycznego autorki Mary Balogh, później zaczytywałam się w historiach Jany Frey. Nie wracam do książek, nie czytam tych samych fragmentów po kilka razy, tylko zabieram się za kolejne. 

Często dokonujesz poprawek zanim postawisz ostatnią kropkę na swojej powieści i stwierdzisz, że to już koniec? Masz myśli, że jednak mogłaś coś dopisać lub zmienić?

Dopisać – raczej nie. Zmienić – zawsze. Ile razy bym nie czytała tekstu, zawsze znajdzie się coś, co można poprawić i przeredagować. Tak można w nieskończoność, lecz w końcu trzeba powiedzieć sobie stop i puścić książkę w świat. 

Na Twojej stronie internetowej można wyczytać, że niedługo czeka nas premiera kolejnej powieści pod tytułem „Luonto". Możesz zdradzić jakieś szczegóły? Kiedy można się jej spodziewać i czym tym razem nas zaskoczysz?

„Luonto” jest już skończone i wysłane. Pozostaje tylko czekać na zainteresowanego Wydawcę. Koncepcja książki może wydawać się z początku prosta – młoda, zbuntowana dziewczyna trafia na skrzydłach orła do osady (Luonto), w której żyją Homanile (ludzie, którzy pod wpływem silnych bodźców zamieniają się w zwierzęta.) Chloris, główna bohaterka, poznaje ich świat, który bazuje na koncepcji życia w zgodzie z Matką Naturą – bez prądu, telekomunikacji, infrastruktury. Początkowo jest oporna na teorie Homanili o zbliżającym się końcu Świata zaplanowanym przez Matkę Naturę. Jednak  im dłużej przebywa w Luonto i z Homanilami (a szczególnie z jednym o imieniu Gratus), tym jej postrzeganie zagłady Ziemi ulega zmianie. Sama bohaterka też się zmienia. I wtedy następuje zwrot akcji, który wywraca wszystko do góry nogami. Fabuła się komplikuje. Okazuje się, że nic nie jest takim, jakie się wydaje. Nie wiadomo co jest prawdą, a co fikcją.

W takim razie trzymam kciuki za znalezienie Wydawcy i z niecierpliwością czekam na premierę "Luonto" :) Dziękuję za wywiad.


Zachęcam wszystkich do zapoznania się z powieścią "Pryncypium", którą można za darmo pobrać w formie e-booka ze strony autorki: MELISSA DARWOOD

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Jojo Moyes - Razem będzie lepiej


autor: Jojo Moyes
tłumaczenie: Nina Dzierżawska
tytuł oryginału: The One Plus One
wydawnictwo: Znak
data wydania: 8 kwietnia 2015
liczba stron: 464
kategoria: Literatura piękna

„Zasada prawdopodobieństwa połączona z prawem wielkich liczb głosi, że żeby zwiększyć swoje szanse, czasem trzeba powtórzyć jakieś zdarzenie rosnącą liczbę razy, aby otrzymać pożądany wynik. Im więcej się robi, tym człowiek jest bliżej… po prostu czasem trzeba się nie poddawać.” 

Pierwsza książka z kwietniowego stosika przeczytana, czas więc na recenzje. Na pierwszy ogień poszła książka z niezwykle optymistyczną okładką i równie optymistycznym tytułem – „Razem będzie lepiej” autorstwa Jojo Moyes. Jest to jedna z najpopularniejszych autorek na świecie. Jej książki są rozchwytywane i długo nie schodzą z list bestselerów. Ja, co prawda dopiero zaczynam przygodę z twórczością autorki (na półce od dłuższego czasu czeka „Zanim się pojawiłeś”), ale mam nadzieje, że na tym się nie skończy.
Na miejscu Jess każdy miałby dosyć. Pracy na dwa etaty, chodzenia przez cały rok w jednej parze dżinsów, kupowania najtańszych jogurtów na promocji w supermarkecie i wybaczania byłemu mężowi, że nie płaci alimentów.
Jednak Jess nie należy do kobiet, które łatwo się poddają. „Damy sobie radę” mogłaby mieć wydrukowane na koszulce. Kiedy okazuje się, że jej córka ma szansę na zdobycie stypendium w wymarzonej szkole, gotowa jest ruszyć na drugi koniec kraju, zabierając ze sobą: 
1. jednego problematycznego nastolatka,
2. jedną wybitnie uzdolnioną dziewczynkę z chorobą lokomocyjną,
3. jednego kudłatego psa o wielkim sercu.
Oraz...
4. przypadkowo spotkanego mężczyznę na życiowym zakręcie, który w krytycznym momencie wyciąga do nich pomocną rękę.

Czy wspólna podróż pokaże im, że… razem będzie lepiej?
Gdy rozpoczynałam czytanie byłam przekonana, że jest to przyjemne czytadełko, które umili mi czas. Spodziewałam się optymistycznej historii, która będzie lekka i przyjemna, a do tego niezobowiązująca. Nie spodziewałam się więc żadnych mocniejszych wrażeń… I tutaj się w połowie pomyliłam, gdyż jest to książka, która ma słodko – gorzki smak. Jest to lektura, co prawda lekka i przyjemna, jednak zostawia po sobie wyraźny ślad. Nie jest to jakaś banalna luźna opowiastka, która ma na celu tylko „odmóżdżyć" czytelnika. Całość jest zabawna, przyjemna i zarazem smutna, a przy tym boleśnie realna – mieszanka wybuchowa, przy której nie sposób się nudzić, gdyż ciągle coś się dzieje. Fabuła jest płynna, przejrzysta i wciągająca. Zobrazowana w sposób lekki, zabawny, a także wzruszający. Historia o niewątpliwej sile i determinacji oraz walce z problemami. Przeczytamy co nieco również o braku pieniędzy, zaufania, kłamstwach, samotności i dramatach. Można by pokusić się o stwierdzenie, że jest to lekcja życia w pigułce. Historia samotnej matki, która walczy z przysłowiowymi wiatrakami, dwójki oryginalnych dzieciaków, ogromnego, przypominającego krowę psiaka i faceta, który popełnił kosztowny błąd, może okazać się ciekawsza niż myślałam. Niewątpliwym atutem tej historii jest optymizm, siła i dobro, które jest w każdym z nas. Główni bohaterowie są barwni i sympatyczni, popełniają błędy i stają przed trudnymi zadaniami. Zarówno Ci biedni jak i bogaci mają czasem pod górkę i muszę swoje przeżyć.

Podsumowując: jest to powieść, która porwie czytelnika i nie puści aż do samego końca. Literatura piękna w najlepszym wydaniu. Opowiadająca o wszelkich odcieniach miłości, zarówno tej dla dzieci, kochanków jak i zwierząt. Autorka poprzez opisaną historię chcę nam pokazać, że dobro popłaca. Pokazuje nam także pozytywną stronę życia, mimo wszystkich trudności i cierpień, jakie spotykają bohaterów jej książki. A wszystko to można ubrać w skomplikowane zadania matematyczne…

Książka „Razem będzie lepiej” podobno jest już ekranizowana – mam tylko nadzieję, że reżyser i scenarzyści nie zepsują tej historii. Byłoby szkoda zniekształcić coś tak dobrego i ciekawego… Na pewno kiedyś obejrzę ten film i porównam z oryginałem. A póki co polecam wszystkim książkę, która z pewnością umili wiosenne popołudnia i weekendy, zarówno te słoneczne jak i deszczowe.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 3,2 cm)

piątek, 10 kwietnia 2015

Kwietniowy stosik


Dawno nie umieszczałam na blogu książkowych stosików. Tak oto prezentują się moje czytelnicze plany na ten miesiąc:

Wojciech Baran - "Minione życie"
Jojo Moyes - "Razem będzie lepiej"
Rainbow Rowell - "Eleonora & Park"
Dorota Schrammek - "Stojąc pod tęczą"
Remigiusz Mróz - "Kasacja"
R.A. Antonius - "Czas beboka"

Skuszona wieloma pochlebnymi opiniami w końcu sięgnęłam po książkę Mroza. Liczę na to, że "Kasacja" mnie nie zawiedzie :) Dodatkowo na zdjęciu umieściłam moje wygrane w konkursie magnetyczne zakładki do książek. Prezentują się wyśmienicie :) Właśnie jestem w trakcie czytania "Razem będzie lepiej". Zapowiada się bardzo ciekawie.

czwartek, 9 kwietnia 2015

Alice Munro - Kocha, lubi, szanuje...


autor: Alice Munro
tłumaczenie: Jadwiga Jędryas, Tina Oziewicz
tytuł oryginału: Hateship, Friendship, Courtship, Loveship, Marriage
liczba stron: 448
wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
data wydania: 19 lutego 2015
kategoria: literatura współczesna

„Nie pytaj, bo wiedzieć nie trzeba… co gotuje nam los, tobie i mnie”.

Jestem fanką twórczości Alice Munro. Gdy tylko widzę książkę jej autorstwa „biorę ją w ciemno”. Nie waham się ani sekundy, nie zaczytuję w opisach ani nie przeliczam stosu literatury, który czeka na przeczytanie. Wiem, że książki Alice Munro są jak wino – ponadczasowe – a nawet z wiekiem wyborniejsze. Jakieś dwa lub trzy lata temu zakupiłam jej dzieło i do tej pory czuję pewnego rodzaju sentyment do tego tytułu. To właśnie od tamtej pory uwielbiam krótką formę literacką, jaką są opowiadania – tak niedoceniane przeze mnie przez wiele lat. Dlatego i tym razem pragnę Wam zaprezentować najnowszą (na naszym rynku wydawniczym) książkę kanadyjskiej autorki – „Kocha, lubi szanuje…”.

Okładka jak zwykle z motywem kobiecym… Ma w sobie pewną elegancję, skromność, ulotność, coś, co otwiera przed obserwatorem całą gamę emocji. Patrząc na tę kobietę można doszukiwać się historii i towarzyszących im uczuć. Powiedziałabym, że okładka jest klasyczna i podobna do pozostałych – a więc idealnie wkomponuje się w zbiór książek autorki. Jeśli zaś mowa o treści… W tym zbiorze znajdziemy aż dziewięć opowiadań, przetłumaczonych przez dwie kobiety – Jadwigę Jędryas i Tinę Oziewicz. Każde z tych opowiadań, pokazuje nam innych bohaterów, jednak wszystkie na swój sposób opisują miłość. Miłość, która nie zawsze jest stała, nie zawsze gorąca, a czasem nawet nudna. Wymaga (tak samo jak życie) podejmowania pewnych decyzji, które człowiek musi podjąć. Czym tak naprawdę jest miłość? Chwilą… Ucieczką… Pożądaniem… Marzeniem… Przeznaczeniem… A czasem problemem… Jak zwykle w opowiadaniach Alice Munro znajdziecie niebanalne postacie, które mają wady, są ludzkie i naturalne. Wywołują emocje, szokują, irytują a czasami są tylko kimś nam obojętnym. Zmierzymy się z przeszłością i teraźniejszością, z losem… Będziemy mogli podziwiać zwyczajne życie, zawieszone nie tylko w czasie, ale także między wielkim miastem a zwyczajną i spokojną prowincją. Autorka w doskonały sposób pokazuje kontrasty i w wyrafinowany sposób żongluje scenami, które mają obudzić naszą wyobraźnię. Bohaterowie tych opowiadań mają nam pokazać, że szukanie rozwiązań w przyszłości jest bezcelowe… trzeba żyć chwilą i akceptować to, co mamy… Czasem lepiej nie widzieć, co będzie za miesiąc… za rok… jak potoczy się to czy tamto. Życie nie jest proste i kolorowe a nasze wybory nie zawsze muszą być akceptowane i rozumiane przez innych. Munro w swoich opowiadaniach tworzy realny świat, nieprzekoloryzowany, a wręcz ze skazami. Postacie, które ożyły „spod jej pióra” są grzeszne, czasem egoistyczne, oddane, znudzone, dwulicowe kochane i szanowane oraz zawstydzone… W tej książce opisuje to, co jest pomiędzy „kocha” a „szanuję”… Idealnie opisała nowy odcień miłości:


„Miłość nie do wykorzystania, znająca swoje miejsce. Niczego nie ryzykując, pozostała żywa jak miły strumyczek, podziemne źródło.”

Z książkami Alice Munro jest jeden „problem”. Wszystkie są do siebie podobne, co nie zmienia faktu, że jakościowo są bardzo dobre. Każde jej opowiadanie urzeka mnie prostotą, subtelnością, a zarazem dobitnym przekazem. Oczywiście nie można nie podkreślić znajomości ludzkich charakterów i tego jak wiernie zostały odzwierciedlone w postaciach stworzonych przez autorkę. Napisałam wcześniej, że są ponadczasowe i tego zdania chyba nie zmienię nigdy. Wiek czytelnika nie ma tutaj znaczenia. Można sięgnąć po twórczość autorki zarówno w wieku dwudziestu lat jak i dwadzieścia lat później. One nadal zatrzymają swoją świeżość. Nie wyjdą z mody, nie zestarzeją się i nie znudzą. Są autentycznym obrazem życia ludzkiego. Każde jest refleksyjne i harmonijne. Chociaż pewnie niektórym wydadzą się nudne, wiem też, że nie wszystkim przypadną do gustu. Książkę „Kocha, lubi, szanuję…” polecać będę miłośnikom twórczości Alice Munro jak i wszystkim sympatykom opowiadań. Myślę, że warto docenić taką formę literacką, gdyż dobrze napisane opowiadanie czasem jest bogatsze niż najobszerniejsze tomiszcze. A dzieła Munro są klasą samą w sobie.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu



Książka bierze udział w wyzwaniu:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu ( + 2,7 cm)

niedziela, 5 kwietnia 2015

Melissa Darwood - Pryncypium [EBOOK]


autor: Melissa Darwood
data wydania: 13 lutego 2015
liczba stron: 230
kategoria: romans
typ: ebook

Czas na chwilę powrócić w „ramiona” romansu z wątkiem fantastycznym, a to za sprawą ebooka, którego miałam okazję przeczytać zaledwie kilka dni temu. Mowa tutaj o najnowszym dziele Melissy Darwood - „Pryncypium”. Nie jest to moje pierwsze spotkanie z twórczością polskiej autorki (ukrywającej się pod pseudonimem). Jakiś czas temu trafiła w moje ręce „Larista” (recenzja tutaj), książka, po której pozytywne zaskoczenie zostało mi do dziś. Nie będę, więc ukrywać, że oczekiwania miałam dość spore tym bardziej znając już styl i możliwości autorki (chociaż po niedawnej przygodzie z kiepskim kryminałem powinnam raczej wystrzegać się tego typu zachowań). Ta historia prezentowałaby się o wiele efektowniej w formie zwykłej książki – okładka jest estetyczna, mroczna i tajemnicza. A jako kobieta mogę stwierdzić, że cieszy także oko (to kobiece).
Zoltan posiada dar przenikania w głąb ludzkich istnień. W jego snobistycznym życiu nie ma miejsca na emocje, jego serce musi pozostać niewzruszone jak głaz. Tylko ono - zimne niczym lód, może zagwarantować mu obiektywność i bezstronność. Tylko ono - oczyszczone podczas procesu septyki pozwoli mu na sprawne wypełnienie powierzonej mu misji. Zadanie to otrzymują codziennie Laufrzy, tacy jak on. Jest nim znalezienie biorcy dla Nomen, które już nie chce być częścią nas. Dwoje ludzi z różnych światów. Dzieli ich wszystko: status, osobowość, pochodzenie, podejście do ludzi, życia i pieniędzy, stosunek do rzeczywistości i norm w niej obowiązujących. ONA ma go za bezczelnego krezusa i aroganta. ON ją za wyszczekaną dziewuchę ze wsi od roznoszenia gazet. Co lub kto ich połączy? Nomen omen - imię stanowi znak. Każdy z nas je posiada. Ono towarzyszy nam od narodzin, aż do końca naszych dni. Jak masz na imię? Słyszymy setki razy. Wypowiadamy je bez zastanowienia. Ale czy mamy świadomość, że imię może wpływać na to, kim jesteśmy? Czy wiemy, że od niego zależy nasze życie i śmierć?
Nie trudno się domyślić, że jest to historia o miłości… On i Ona tak różni a jednak coś ich do siebie zbliża. Jest uczucie, jest pożądanie i wszystko to, co powoduje, że serduszko bije szybciej. Dzięki temu można przeżywać „zakochanie” na tysiące sposobów i to nie ruszając się z wygodnego fotela. Jednak nie tylko miłość jest na pierwszym planie... Czytelnik znajdzie tutaj walkę życia ze śmiercią… wyścig z czasem oraz intrygi. Marzenia, pragnienia, obawy i demony, jakie każdego z nas prześladują. Napotkamy kłamstwa, tajemnice i ciekawy wątek fantastyczny. Pojawiają się też emocje, które są przeszkodą. Uczucia utrudniają życie, a ich nadmiar zaburza harmonię. Stąd też walka człowieka z samym sobą i tym, co go zamieszkuje, czyli Nomen, Ipsum i Lokum. Dodatkowym elementem jest walka o władzę…a raczej dążenie do celu po trupach. Wyobraźcie sobie książkę, która przyciąga ciekawą fabułą i lekkością pióra. Książkę, która nie jest monotonna i nudna a wręcz przeciwnie – posiada swoją dynamikę. Całość nie jest też wymuszona i „przegadana”. „Pryncypium” pod tym względem przypomina „Laristę”, która wciągała i nie pozwalała się oderwać na dłużej od czytania. „Pryncypium” to romansidło i fantastyka w jednym. Zawiera dla mnie utarte schematy charakteryzujące ten pierwszy gatunek jak i pewną świeżość, która wyróżnia ten drugi. Takie połączenie dało wyraźne efekty… bardzo dobrą książkę, którą warto polecić. Jest wręcz uzależniająca. Lekki styl i potoczny język pozwalają popłynąć z nurtem fabuły. Wyobraźnia ma tutaj duże pole do popisu, zarówno podczas opisów przyrody i wiejskiego pejzażu (który jest niemal poetycki) jak i świata, który otacza Zoltana, a dla czytelnika jest nowością.

Po raz kolejny Melissa Darwood spełniła moje czytelnicze oczekiwania. Zaspokoiła mój apetyt na lekką i przyjemną historię, która nie tylko mnie wciągnęła, ale także pozwoli zapomnieć o otaczającym mnie świecie. Czegoś takiego potrzebowałam… Chętnie przeczytałabym dalsze losy Anieli i Zoltana. Myślę, że książka przypadnie do gustu miłośnikom tego gatunku jak i tym, którzy poszukują dobrej i niemęczącej lektury.

Ebooka można pobrać całkowicie za darmo ze strony autorki: TUTAJ

piątek, 3 kwietnia 2015

Wesołych Świąt


Wszystkim czytelnikom bloga z okazji nadchodzących Świąt Wielkiej Nocy życzę radosnego, wiosennego nastroju, miłych spotkań w gronie rodziny, pogody ducha, szczęścia, zdrowia, spokoju, smacznego jajka oraz mokrego dyngusa.

Magdalena T.