czwartek, 28 maja 2015

Nora Roberts - Święte grzechy


autor: Nora Roberts
cykl: Święte grzechy (tom 1) | Seria: Wszystko dla Pań [Amber]
tłumaczenie: Katarzyna Głowacka
tytuł oryginału: Sacred Sins
wydawnictwo: Amber
data wydania: 24 lutego 2009
liczba stron: 256
kategoria: thriller/sensacja/kryminał

„Psychika ludzka to fascynująca zagadka.”

Spotkałam się z różnymi opiniami na temat książek Nory Roberts. Jedni uważają, że jest to literatura dla mamusiek, a drudzy widzą w tych tekstach potencjał. Jak więc jest naprawdę? Myślę, że obie wersje są w jakimś pasują, ale nie tylko mamuśki czytają… Jak do tej pory przeczytałam cztery książki tej autorki i byłam zadowolona i to nawet bardzo. Miały w sobie to coś, co umilało mi czas, co trzymało w napięciu i czytałam do późnych godzin nocnych („Zorza polarna”) jednak nie tym razem. „Święte grzechy” pozostawiły po sobie pewien niedosyt, żeby nie powiedzieć niesmak.
„Grzechy są jej odpuszczone”. Te słowa widnieją na kartkach pozostawionych przy ciałach młodych kobiet – ofiar seryjnego mordercy. Policjantowi z wydziału zabójstw pomaga w śledztwie Tess Court, która ma stworzyć portret psychologiczny zabójcy. Takie zlecenie oznacza prawdziwe wyzwanie dla młodej lekarki. I śmiertelne ryzyko – bo Tess staje się następnym celem „Księdza”…
Książkę tę kupiłam we wrześniu ubiegłego roku. Przytaszczyłam ją pociągiem z Krakowa z myślą, że trafiłam na coś ciekawego. Bo przecież thriller romantyczny może kusić… no i się skusiłam. Za jej przeczytanie zabrałam się dopiero teraz i wcale nie żałuję, że tak długo czekałam. Gwałtowne uczucie i wyścig z psychopatycznym prześladowcą… to nam obiecuje napis na okładce. Jednak ja niczego takiego się nie doszukałam. Zacznijmy od tej gwałtowności uczucia… Nie ma tutaj niczego takiego! Jest, co prawda wątek miłosny, jednak nie powala, nie zniewala ani nie rozpala. Powiedzmy sobie szczerze, jest nudno. Gdzie ta nuta pieprzu? Gdzie gorący romans, który pobudzi wyobraźnię i nie pozwoli się oderwać od lektury? No właśnie nigdzie, a już na pewno nie w tej historii. Po prostu romantyczny sucharek. Relacje między Teresą Court a Benem Parisem były napięte od samego początku… wieczne utarczki z powodu wykonywanych zawodów sprawiały, że krew mi wrzała. Ciągle bombardowania na linii psychiatra – policjant nie dodawały wcale obiecanej gwałtowności… no chyba, że mowa o zupełnie innej. Przejdźmy zatem do „wyścigu…” tu już było lepiej, ale też niepowalająco. Nie wyczułam żadnego napięcia, nie obgryzałam paznokci, nie czekałam z zapartym tchem na dalszy rozwój wydarzeń. A gdy już nadszedł moment, który wkracza w fazę kulminacji to zdążyłam połapać się przed „policjantami”, kto jest tym Księdzem.

Psychopata o dwóch twarzach, który zbawia dusze kobiet, aby odkupić i oczyścić duszę tajemniczej Laury i para kochanków. Sam portret psychologiczny Księdza nie jest taki zły, jednak za mało poświęcono mu uwagi, tak samo jak sprawom morderstw. Natomiast, jeśli chodzi o Tess i Bena to tutaj jest istna huśtawka nastrojów, emocji i pozorów. Opanowana, inteligentna, zamożna pani doktor i policjant kobieciarz, który ma uraz do psychiatrów. Jedno ciągnie do drugiego i to od początku. Skoro romans to i romans… jednak niestety kiepski. Czy ja bym chciała przeżyć coś takiego z takim facetem? Nie. Tutaj moja wyobraźnia niestety nie zaszalała. Reszta bohaterów to tak naprawdę tło dla tej trójki… Najżywszym wątkiem, który mnie poruszył i zaciekawił był o chłopcu alkoholiku. Jednak to jest króciutki epizod, który zwraca uwagę na dzieci i to jak radzą sobie z problemami dorosłych. Bardzo fajne i myślę, że wyszłoby z tego dobre opowiadanie bądź książka.

„Święte grzechy” to niekoniecznie udany thriller romantyczny. Sam pomysł na fabułę bardzo dobry jednak zabrakło dynamiki i lepszego wykonania. A szkoda, gdyż psychopaci z zaburzeniami i to na tle religijnym to ciekawy temat i można było popłynąć. Ożywić jakoś tę powieść, zaskoczyć czytelnika i sprawić, żeby zapamiętał tę książkę na długo. Niestety tak się nie stało. Książka nie powala, co mnie dziwi, znając styl i możliwości autorki. Ale przecież nie każda książka musi być udana. Rzadko mi się zdarza nie polecać jakiejś książki, jednak tym razem muszę Was ostrzec przed literackim sucharkiem.

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 1,3 cm)

8 komentarzy:

  1. Chociaż nigdy nie czytałam książek Roberts to nie mogę się przekonać do tej autorki. Głupie uprzedzenie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zawsze lubiłam Norę Roberts:) Ale tym razem dałaś mi do myślenia:/ Mama nadzieję, że uda mi się samej to ocenić, więc dopisuję kolejny tytuł:))) Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Póki co czytałam jedną jej książkę i mam w planach więcej. Ale na tę się nie skuszę :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie czytałam żadnej książki Nory Roberts, wiem jak bardzo popularną jest autorką, jednak nigdy nie ciągnęło mnie do tej autorki... jeżeli nawet kiedyś zdecyduję się na książkę p. Roberts, to tę zdecydowanie pominę :))

    OdpowiedzUsuń
  5. Lubię książki Nory Roberts, ale widzę, że tę muszę ominąć. Całe szczęście jest płodną pisarką i jest z czego wybierać;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie czytałam żadnej książki Nory Roberts, ale jakoś nie specjalnie mam ochotę by poznać jej twórczość.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja bardzo cenię sobie prozę Nory Roberts, ale to prawda, ma lepsze i gorsze książki. Tej nie czytałam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Najważniejsze, że kolejna pozycja w wyzwaniu zaliczona ;)

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi bardzo miło jeżeli zostawisz po sobie jakiś ślad :-) Daje to wiele radości, gdy po przeczytaniu książki i wstawieniu swojej opinii na jej temat ujrzę pod nią jakiś komentarz :-)