wtorek, 30 czerwca 2015

Podsumowanie czerwca


W tym miesiącu postanowiłam się zmobilizować i zrobić podsumowanie. Przyznaję się bez bicia, że z tym bywa u mnie różnie – zazwyczaj w kratkę. Tak, więc czas na podsumowanie czerwca. 

Obfitował on w ciekawe aczkolwiek zróżnicowane gatunkowo lektury. Każda na swój sposób ciekawa, pouczająca, poszerzająca horyzonty i umilająca czas. Jak już pewnie wiecie zasmakowałam tym razem w klasyce kryminału (Sherlock i jego genialny umysł), w biografii Simony Kossak (która mnie oczarowała), jak i w słodko – gorzkich i aromatycznych klimatach. Wszystko to w połączeniu z poradnikiem „Alkaliczny styl życia” stworzyło koktajl wielosmakowy. Myślę, że to doskonałe zestawienie na początek lata… Czas jednak na konkrety, a przedstawiają się one następująco:

- W tym miesiącu przeczytałam 8 książek, jednak recenzji na blogu ukazało się 9:


Łącznie daje to 3146 stron, czyli 104 strony dziennie :)

- Najładniejsza okładka „czerwca” to „Wieczory w Umbrii” (chociaż wahałam się nad „Collide” i „Tam, gdzie nie sięga już cień”)

- Najpiękniej wydana książka: Simona (drugie miejsce zajmują „Pierwsze damy Francji”)

- Tradycyjnie już, kiepsko poszło mi w wyzwaniach :(

Obecnie czytam „Oddawaj różdżkę, Phong!” autorstwa Łukasza Wasilewskiego i od razu chcę zaznaczyć, że lektura jest interesująca… recenzja pojawi się na blogu wkrótce.

Co ciekawego w nadchodzącym miesiącu? Na pewno ukażą się recenzję książek:
- „Widok z nieba
- „Próżna
- „Śmierć frajerom
- „Powiedz, że mnie kochasz, mamo

Mam też w planach – urlopowych – zabrać się wreszcie za upragnione „Przeminęło z wiatrem”… Tak więc lipiec zapowiada się ciekawie i w towarzystwie klasyki ;)

niedziela, 28 czerwca 2015

Arthur Conan Doyle - Dolina strachu


autor: Arthur Conan Doyle
cykl: Sherlock Holmes (tom 4)
wydawnictwo: Algo
tłumaczenie: Ewa Łozińska-Małkiewicz
tytuł oryginału: The Valley of Fear
data wydania: 2013 (data przybliżona)
liczba stron: 244
kategoria: thriller/sensacja/kryminał

„Przeciętny intelekt nie potrafi docenić umysłowości wyższego lotu, ale talent natychmiast rozpoznaje geniusz […].”

Ostatnio miałam ochotę na klasykę, na spotkanie ze starymi, dobrymi znajomymi. Dlatego po raz kolejny postanowiłam wybrać się do Londynu w poszukiwaniu przygód. Potrzebny mi był dobry, klasyczny kryminał z geniuszem na pierwszym planie! Ci z Was, którzy dość wnikliwie śledzą zapiski na blogu wiedzą jak cenię sobie czas spędzony z Sherlockiem Holmesem i doktorem Watsonem. „Dolina strachu” na mojej półce czekała już kilka ładnych miesięcy, kusiła, nęciła i tę walkę wygrała.
Sherlock Holmes i doktor Watson pomagają policji londyńskiej i lokalnej w wyjaśnieniu zagadkowego morderstwa popełnionego w Bilstone Manor House. Okoliczności prowadzą do geniusza zła, profesora Moriarty'ego, operacji agencji Pinkertona i straszliwych zbrodni popełnionych w Dolinie Strachu — Vermissa Valley...
Czyli mamy w rękach coś, co Sherlock Holmes uwielbia. Zbrodnia, intrygująca, zagadkowa i makabryczna. W dodatku niebanalna i pobudzająca szare komórki. Takie sprawy sprawiały, że ożywał, stawał się artystą w swoim fachu. Mógł spożytkować swoją wiedzę i rozwijać umiejętności.


„Kiedy Sherlock Holmes otrzymywał zlecenie, jego oczy nabierały blasku, blade policzki rumieńców, a cała twarz jaśniała wewnętrznym światłem.”


„Dolina strachu” to czwarty tom cyklu o Sherlocku Holmesie. Jego przygody oczywiście zostały barwnie opisane przez jego wiernego przyjaciela doktora Watsona. Jako kronikarz i kompan słynnego detektywa spisuje się on bardzo dobrze. Od samego początku wprowadza nas w klimat i sprawia, że poruszamy się jak cienie obu panów. Jego zapiski zostały podzielone na dwie części. Pierwsza porusza kwestię zbrodni i śledztwa, które prowadzi Holmes razem z komisarzami policji. Opis śledztwa i metody pracy jego kolegi sprawiają, że czytamy z zapartym tchem. Czekamy na rozwój wypadków i odkrycie sprawcy. W tym czasie oczywiście sami staramy się podążać swoim tropem. Druga część to zapis historyczny, który ma nam ukazać podłoże całej tej historii, takie rozszerzenie fabuły. Tam już nie trafimy na Holmesa, poznamy za to dość ciekawą historię z jeszcze lepszym zakończeniem. Podoba mi się to jak narrator przechodzi z jednej części opowiadania do drugiej. A mianowicie objaśnia, po co są te przeskoki i zaprasza na sam koniec na Baker Street. To właśnie w epilogu znajdziemy zakończenie.

Wyobraźcie sobie dwór z licznymi spadzistymi dachami, otoczony fosą… Posiadłość pod osłoną nocy przeradzała się w odrębną wysepkę za pomocą zwodzonego mostu, który o zmierzchu został zawsze podnoszony. Stary dom z historią… sięgającą czasów króla Charlesa a w zasadzie sposobu jego ukrycia podczas wojny domowej. Do tego dołóżmy obecnych właścicieli, z nieliczną służbą i złem czającym się w pobliżu… Czy można sobie wyobrazić lepsze miejsce zbrodni? Szczególnie, jeśli do tego dodamy pewne fakty i poszlaki? A co z zeznaniami świadków a tym samym mieszkańców domu? Powiem jednak, że historia jest bardzo ciekawa i zaskakująca. Momentami wyprowadzająca wręcz w „pole”. Myślę, że całość jest naprawdę dobra i wciągająca. Po raz kolejny słynny detektyw rozwiązuje zagadkę i wykorzystuje swoje talenty by odkryć to, czego inni by nie zobaczyli. Nie boi się pracować po swojemu i szokować towarzyszy.

„Zdaniem Watsona jestem dramaturgiem, który reżyseruje rzeczywiste życie […]. Drzemie we mnie dusza artysty i domaga się, abym od czasu do czasu podjął się reżyserki.”

Arthur Conan Doyle w doskonały sposób stworzył nie tylko postacie i fabułę, ale także rewelacyjnie wykreował rolę narratora. To on jest tutaj łącznikiem między bohaterami, śledztwem, a czytelnikiem. Przygody Holmesa czytamy po to, żeby na samym końcu śledztwa doznać zaskoczenia. Dać się wywieźć w pole naszej wyobraźni, detektywowi i poszlakom. Z każdą kolejną książką tego autora uzależniam się bardziej od tej osobliwej pary przyjaciół. Uwielbiam ich za oryginalność, barwne dialogi i doznania dedukcyjne, jakie mi oferują. Po zakończeniu książki czuje pewien niedosyt… Chciałabym czytać dalej i dalej… Uczyć się od mistrza, który nie ma sobie równych… To legenda literatury. Ci z Was, którzy tak jak ja uwielbiają Sherlocka wiedzą zapewne, czemu tak delikatnie dobieram słowa… wiedzą, czym się zachwycam i dlaczego nie chcę niczego zdradzać. Nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Was do przeczytania i zapoznania się z moimi ulubionymi bohaterami.

„[…] Ale szybka dedukcja, subtelna pułapka, mądre przewidywanie nadchodzących wydarzeń, triumfalna realizacja śmiałych teorii, to właśnie jest powodem do dumy i uzasadnieniem podejmowania pracy. […] Gdzie byłoby to podniecenie, gdybym był tak przewidywalny jak rozkład jazdy?”

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Kiedyś przeczytam
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 1,7 cm)

piątek, 26 czerwca 2015

Marlena de Blasi - Wieczory w Umbrii


autorka: Marlena de Blasi
wydawnictwo: Muza
tytuł oryginału: The Umbrian Thursday Night Supper Club
data wydania: 20 maja 2015
liczba stron: 416
kategoria: literatura współczesna

„Rozważnie klaruj wino, bo życie jest krótkie. Nadzieję odmierzaj na godziny – czas biegnie zazdrosny o słowa – nie dowierzaj przyszłości i chwytaj dzień.”*

Wyobraźcie sobie, że za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przenosimy się do słonecznej Italii, a konkretnie w góry nad Orvieto. Zostawiamy za sobą całą naszą codzienność. Wybieramy się na urlop, by poznać kilka kobiet pochodzących z Umbrii. Myślę, że dla czytelników zrobią one wyjątek i zaproszą wszystkich na słynne Czwartkowe Kolacje… Książka Marleny de Blasi zachęca już od pierwszego wejrzenia, ślicznym widokiem na okładce. Pobudza wyobraźnię, zachęca do odpoczynku, zasmakowania czegoś dobrego, a zarazem coś obiecuje … No właśnie, co? Smakowite dania? Ciekawe historie? Niezapomniane wrażenia? Chyba wszystko po trochu. Do tego dochodzi opis, który na samym początku trochę wyostrzył moje oczekiwania wobec „Wieczorów w Umbrii”.

„Gdyby posadzić pięć dowolnych kobiet, gdziekolwiek, razem przy kolacji – ecco, ci saremo – to będziemy my.”

Cztery przyjaciółki spotykają się w każdy czwartek w starym kamiennym domu na wzgórzach nad Orvieto, aby wspólnie gotować, jeść, pić wino i rozmawiać o życiu. Bohaterki powieści są rodowitymi Umbryjkami, wielbicielkami i strażniczkami umbryjskich tradycji kulinarnych. Wszystkie w swoim życiu zajmowały się profesjonalnie gotowaniem. Wszystkie też wyznają zasadę, że dobry posiłek, rozmowa i towarzystwo osób, które kochamy, pozwalają przeżyć kryzysy i katastrofy życia codziennego a także są okazją do celebrowania chwil szczęścia. „Dobre jedzenie z luksusowych produktów umie przyrządzić każdy. „Kolację z patyków” potrafi zrobić tylko mistrzowska ręka.” Miałam okazję „uczestniczyć” w tych wieczorach, kolacjach, o których wspominałam. Od pierwszej strony do ostatniej czułam głód. Oczami wyobraźni widziałam te pyszności. Ba! Ja je miałam wręcz pod nosem! Zapach zniewalał, a kubki smakowe szalały. Rozmaryn cudownie kusił swoim aromatem, oliwki były dostępne pod różną postacią, oliwa kusiłaby zamoczyć w niej kawałek ciepłego chleba. Zapachy rozchodziły się z kuchenki osłoniętej prześcieradłem, a spotkanie przy stole oczarowywało za każdym razem. Świece się wypalały, żar w piecu też, a nikt nie miał ochoty kończyć wieczoru…

Cztery kobiety - Miranda, Ninuccia, Paolina, Gilda to postacie główne, które opowiedzą czytelnikowi swoją historię. Tak naprawdę kobiet było pięć. Ta piąta, Chou to narratorka, to „reżyserka”, „tłumaczka”, kobieta, która zawsze będzie w pewien sposób obca dla tej grupki. O sobie powie niewiele, za to da nam możliwość poznania innych zasiadających do niezwykłej uczty, a w szczególności kobiet. Bo spotkamy tam także mężczyzn, mężów, kochanków i przyjaciół. O czym jest ta książka? Myślę, że o wszystkim po trochu. O przyjaźni, miłości i trudach życia. Napotkamy czasy głodu, wojny, mafii, wyzysku, obojętności i odrętwienia, przede wszystkim jest ona o sile kobiecości, wspólnocie i tradycji.


„Nieprzeżyta miłość. To nie to samo, co miłość nieodwzajemniona czy niewyznana. To jest miłość, w której kochanków oddziela dystans. Prywatna, cicha miłość, która – z natury – unika jakichkolwiek krzywd. Nawet miłość nie może zagoić rany […]. A jeśli próbuje zabliźnić starą ranę, to zwykle rani nas w innym miejscu. A może nawet w tym samym.”

Marlena de Blasi pracowała jako szefowa kuchni, dziennikarka, konsultantka do spraw żywności i wina oraz recenzentka restauracji. Napisała dwie książki kucharskie z przepisami kuchni włoskiej. Mieszkała z mężem w wielu miejscach, obecnie natomiast mieszka w Umbrii, w miasteczku Orvieto. Jest autorką bestsellerowych książek m. in. „Tysiąc dni w Toskanii”, „Tysiąc dni w Wenecji”, „Tamtego lata na Sycylii”.


„Miłość musi mieć czyjąś konkretną twarz. Trzeba wiedzieć, do kogo się biegnie.”


„Wieczory w Umbrii” są przesycone zapachami kuchni tradycyjnej. Ona jest w połowie o jedzeniu, o uwielbieniu do prostoty posiłków, ale przede wszystkim pachnie jedzeniem. I nie należy jej czytać na głodzie! Autorka przedstawia historie ciekawe, doprawione melancholią, solą rzeczywistości, konsekwencji i aromatem wyborów. Wszystko skonsumowane z winem. Niełatwe to historyjki, niezwykłe wspomnienia i niezwykłe kobiety. Każda z nich swoje przeżyła, każda jest inna, a mimo to coś je łączy. Podobieństwo kryje się w prostocie bycia. Wszystkie na swój sposób prymitywne, jednak barwne, powiedziałabym czarujące i przyciągające. Kobiety, które chciałoby się poznać i się z nimi zaprzyjaźnić. Kolacje Czwartkowe to nie tylko okazja do spotkań w gronie przyjaciół, to tradycja… Czy jest coś lepszego niż biesiadowanie z najbliższymi przy pysznym jedzeniu i ciekawych rozmowach? Chyba nie. Całość klimatyczna, swojska, smaczna, i podzielona na rozdziały… stopniowo poznajemy historię, więzi i tradycję. Czegoś mi tutaj jednak też zabrakło. Nie wiem, czego…może to tylko moje odczucie, że (momentami) czytam książkę kucharską, a nie powieść. Myślę, że za dużo i za szczegółowo były opisywane procesy przygotowania niektórych dań. Jest to ciekawe i pochłaniające (mamy wrażenie, że obserwujemy kucharkę), ale na krótką metę. I tak przecież na końcu mamy rozdział poświęcony przepisom, które są ciekawe i aż chce się je wypróbować. Skoro Italia to i lekcja Włoskiego w pigułce podczas czytania. Komu poleciłabym książkę Marleny de Blasi? Miłośnikom Italii i dobrego jedzenia.


„W życiu ważne jest to, co robimy w tej chwili. Co robiłyśmy wczoraj, co uczynimy z resztą danego nam życia.”

*Na podstawie wiersza Horacego „Do Leukonoe”.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Pani Annie oraz Wydawnictwu Muza

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam opasłe tomiska
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,5 cm)

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Hanna Kowalewska - Tam, gdzie nie sięga już cień


autorka: Hanna Kowalewska
wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
data wydania: 22 kwietnia 2015
liczba stron: 460
kategoria: Literatura piękna

„Kochającym ludziom łatwiej się wybacza.”

Pytanie tylko, ile jest tak naprawdę do wybaczenia… Niewątpliwie ma ono moc oczyszczającą i wyzwalającą. Bez dodatkowych balastów żyje się lżej, a przynajmniej powinno. Miłość z wybaczaniem powinna iść w parze, jednak cieniem tych dwojga jest odwaga, która ułatwi człowiekowi zmierzenie się z demonami przeszłości. Jak gorzki to proces dowiedziałam się z książki Hanny Kowalewskiej. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z twórczością autorki, choć niewątpliwie przelotnie musiałam zahaczyć spojrzeniem o tytuł, okładkę, nazwisko… „Tam, gdzie nie sięga już cień” to dla mnie swojego rodzaju odkrycie literackie, utkanie z szumu fal, zatopione w magicznych bursztynach, przesiąknięte zapachem morza i porywiste jak wiatr.
Inka, młoda graficzka, pracująca w warszawskiej galerii, dostaje telegram od dawno niewidzianej ciotki Berty. Kobieta jest umierająca. Chce się pożegnać i opowiedzieć o czymś bardzo ważnym… Inka przyjeżdża do Jantarni, nadmorskiej miejscowości, w której dorastała, jednak tam nikt oprócz ciotki na nią nie czeka. Wręcz przeciwnie – Inkę wita chłód, a nawet wrogość. Dlaczego? Co takiego stało się w przeszłości, że jedna z krewnych Berty potrafi splunąć dziewczynie w twarz? Dlaczego Inka od lat nie odbiera telefonów od przybranego brata Zbyszka i unika rodzinnych stron? Dlaczego jej przyjaciele z młodości nie ułożyli sobie życia, są samotni lub w nieudanych związkach?
Myślę, że opis może być sam w sobie zachęcający, intrygujący, a być może i budzący niezdecydowanie. Dlatego ja nie będę rozwijała tego bardziej, nie chcę wnikać w historię Inki, Zbyszka, umierającej Berty czy dziwacznej Weroniki. Postaram się opisać moje emocje, myśli… po prostu jakoś klarownie wyrazić moją opinię, która ewoluuje i mnie zadziwia. Jak się już pewnie orientujecie jest to historia niełatwa. Jest skomplikowana i wywołująca frustracje. Podczas czytania nieraz dopadała mnie wściekłość na niektóre osoby, na ich postępowanie, nienawiść, i egoizm. Lecz chwilę później następował szok, gdy zobaczyłam jak można odpierać ataki tego typu. Jak wielkie może być opanowanie i hart ducha. Ja na miejscu głównej bohaterki zdążyłabym wybuchnąć – płaczem jak i potokiem słów. Nie umiałabym zachować spokoju, co zaobserwowałam podczas czytania. Myślami chciałam namówić Inkę do postawienia się, do wykrzyczenia w twarz tym wszystkim babsztylom to i owo. Jednak pozostaje pytanie… Co by to dało? Zamknęłoby buzię nieprzychylnym ludziom? Pomogło schorowanej ciotce? Nie. Więc może lepsze zimne opanowanie i zewnętrzna siła. Tajemnice oplecione plotkami i tak będą się roznosić jak zaraza… nienawiść pozostanie…a pozory zawsze będą mylić. Głupota ludzka pozostanie głupotą, zapewne często przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Takie wypaczone „geny”. Tajemnice…


„[…] Tak to już jest z tymi tajemnicami – nigdy nie wiadomo, kto się im właśnie przygląda.” 

Najczęściej zostają zamiecione pod dywan, w celu dokładnego ukrycia całej prawdy. Jednak zdarza się, że mały fragmencik wystaje i ktoś go dojrzy. Z tego ten ktoś będzie próbował ułożyć większy, jednak nie zawsze dobry. To z tajemnic rodzą się plotki, no i ze wścibstwa oczywiście. Łatwej zajmować się cudzymi sprawami niż własnymi. Ta historia zawiera w sobie nie jedną tajemnicę, którą czytelnik poznaje szybciej niż wścibskie towarzystwo z Jantarni. Czujemy się przez to jak ktoś bardziej zaufany i wplątany w rodzinne tragedie. Tragedie pokoleniowe, miłosne, moralne… prowadzące do egoizmu, utraty połowy „swojego ja”, bólu, niezrozumienia, a nawet klątwy. Hanna Kowalewska to poszukiwaczka literackich wyzwań i nowych tematów, jednak w jej twórczości można znaleźć stałe motywy, takie jak: skomplikowane związki, śmierć, samotność oraz oczywiście uczucia. Niezwykle barwna postać, która swój wolny czas poświęca fotografii, malarstwu, a także wspinaczce na górki – większe i te mniejsze. Jej marzenie? Zobaczyć wszystkie morza świata. Autorka uwielbianego przez czytelników cyklu o Zawrociu. Jej książka Julia i huśtawki w 2013 roku została uznana za Książkę Roku, przez Magazyn Literacki Książki oraz nominowana do Śląskiego Wawrzynu Literackiego. Na swoim koncie ma również tomiki wierszy, powieści dla młodzieży a także zbiór opowiadań.

„Tam, gdzie nie sięga już cień” doskonale ukazuje te stałe motywy twórczości Hanny Kowalewskiej. Czytając podumacie nad śmiercią, samotnością, miłością, zasmakujecie w ludzkiej nienawiści, naiwności i odkryjecie rodzinne sekrety. Wszystko stworzone z malowniczą rzetelnością. Całość napisana stylem potocznym, wymieszanym z poetyckim klimatem. Finezja łączy się tutaj z wulgarnością, co dodaje pikanterii dialogom. Jest to książka, która ma w sobie coś magicznego, dziwacznego a zarazem spokojnego. Przyznam się, że na samym początku mi się nie spodobała, jednak z czasem robiło się coraz ciekawiej. Nie chodzi tutaj o odkrywanie wielkich sekretów, bo czytelnik ma wrażenie, że je dobrze zna, mimo tego, że poznaje je stopniowo „strona po stronie”. Jest tutaj coś nostalgicznego i klimatycznego w fabule, w opisach, postaciach. Moja opinia na temat tej książki nadal ewoluuje, o czym już wspomniałam… Teraz po przeczytaniu, wszystkie emocje we mnie dojrzewają i to, do czego na początku chciałam się doczepić, zamazuje się. Jest to niełatwa lektura, z gorzkim posmakiem i pewnie stąd moje wycofanie, bo przecież nikt nie lubi obcować z tragediami, smutkiem, śmiercią… Jeśli macie ochotę na książkę, która ukazuje tą drugą naturę człowieka i jego bytu na ziemi, jeśli chcecie zakosztować gorzkiego smaku tej historii i zatopić to wszystko w bursztynie wspomnień to polecam.


„Najdłuższy cień zostawiają ci, których kochaliśmy najmocniej.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Pani Annie z Wydawnictwa Literackiego
Książka bierze udział w wyzwaniu:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,3 cm)

piątek, 19 czerwca 2015

Beata Sokołowska - Alkaliczny styl życia

Na zdjęciu jeden z koktajli, na który przepis możemy znaleźć w książce. Może nie wygląda apetycznie, ale jest smaczny ;)
autorka: Beata Sokołowska
wydawnictwo: Muza
data wydania: 6 maja 2015
liczba stron: 304
kategoria: zdrowie, medycyna

„Nasze życie kształtują wybory, jakich dokonujemy każdego dnia.”

Poradniki czytam równie okazjonalnie jak biografie. Kiedyś częściej miałam pod ręką jakiś poradnik czy coś w tym stylu, ostatnio jednak to prawdziwa rzadkość. Tym razem jednak skusiłam się na książkę tego typu. „Alkaliczny styl życia” Beaty Sokołowskiej to literatura, która powinna do mnie „przemówić” z racji tego, że skończyłam Studium Dietetyczne. Oczywiście dowiedziałam się już wcześniej, co jest zdrowe, a co nie jest – jednak książkę przeczytałam z ciekawością.

Zła dieta, stres, nadmiar używek i brak ruchu – wszystko to powoduje, że bardzo trudno utrzymać równowagę pH, która odpowiada za dobry stan zdrowia. Dla prawidłowego funkcjonowania organizmu potrzebujemy zarówno produktów zasadowych, jak i kwasowych. Problem jednak w tym, że to, co spożywamy, w przeważającej części jest kwasotwórcze. Beata Sokołowska opowiada o swoich osobistych doświadczeniach i drodze, jaką przeszła, zmieniając styl życia. Uczy, jak ułożyć zdrowy jadłospis, jak zmotywować się do zmian i zachęca, jak o siebie zadbać. Alkaliczny styl życia to praktyczny przewodnik, który pomoże w podejmowaniu codziennych decyzji i ułatwi realizację postanowień. Alkaliczny styl życia wybrali już między innymi Bill Clinton, Demi Moore czy Jeniffer Aniston. Rewolucyjny pomysł na zachowanie zdrowia i kondycji, daleki od katorżniczych wyzwań, staje się coraz popularniejszy także w Polsce. Alkaliczny styl życia nie jest dietą, to świadomy tryb życia, który pomoże nie tylko zrzucić kilka zbędnych kilogramów, ale również poprawić samopoczucie i zdecydowanie się odmłodzić. Ten rewolucyjny ruch społeczny zapoczątkowany w Stanach Zjednoczonych staje się w Polsce coraz popularniejszy.
„Jak mawiają Chińczycy, aby żyć dobrze, trzeba stosować w życiu regułę 3-2-1: zjeść 3 dobre posiłki dziennie, 2 razy się poruszać i raz się pomodlić lub pomedytować.”

Nie ma co ukrywać, że nie zawsze jemy zdrowo. Produkty, które kupujemy są zazwyczaj naładowane chemią i czym tam jeszcze. Bywa też tak, że nie zważamy na to, co jemy. Pokarm traktujemy jako dodatek, albo żyjemy w nagłym pędzie. Samo hasło „zdrowe odżywianie” przyprawia niektórych o ciarki i kojarzy się z dietą. No i oczywiście nie zawsze mamy tyle silnej woli, żeby wytrzymać w swoim postanowieniu zmiany trybu życia. Czasem potrzebujemy jakiegoś kopa, motywacji, bodźca do działania. Myślę sobie, że taki przewodnik (poradnik) może być czymś takim. Autorka sama na sobie przekonała się, jakie zalety płyną ze zdrowego odżywiania. Czego można uniknąć i jak wiele może się zmienić na lepsze. W swojej książce opisuje swoją historię, zmagania z chorobami, stresami, grożącymi operacjami i początkami przygody z alkalicznym stylem życia. Teraz jest zadowolona z podjęcia kilku radykalnych zmian i decyzji w swoim życiu. Zawalczyła o siebie, swoje zdrowie i sprawia jej to radość. Daje motywacje, przerodziło się w pasję i pozwala czerpać ze swojej wiedzy innym. Założyła bloga oraz ma też swój profil na FB i tym samym tysiące fanów. Organizowane przez ni ą wspólne odnowy mają wielu zwolenników.

W środku znajdziemy kilka zdrowych przepisów na smaczne śniadania, zupy oraz sałatki
Beata Sokołowska jest z wykształcenia psychologiem zdrowia. Od wielu już lat interesuje ją wpływ odżywania na jakość ludzkiego życia. Postanowiła więc przetestować na sobie przetestować jak to działa. Zmieniła swoje życie, czuje się młodziej, jest zdrowsza, ma dużo energii i jest szczęśliwa. Jej motto to: „Równowaga we wszystkich sferach życia”.

W książce znajduje się również "Lista zdrowych zakupów".
„Alkaliczny styl życia” to wskazówka, drogowskaz jak przejść detoks, jak się do niego przygotować, jak go zakończyć i jak świadomie przestawić się na zdrowe odżywianie. Znajdziemy tutaj porady, listy produktów dozwolonych i niewskazanych. Odkryjecie ciekawe przepisy, a także przeczytanie historie osób, które swoją przygodę z alkalicznym stylem życia już zaczęły. Książka została podzielona na 23 rozdziały i podrozdziały, które omawiają takie kwestie jak: „Niewinne” grzeszki, jak poznać, że brakuje nam równowagi, upraszczamy, eliminujemy, zmieniamy, surowe czy gotowane… Zawartość jest ciekawa, przejrzysta i czytelna, a do tego wzbogacona o ciekawe cytaty. Jeśli ktoś chce coś zmienić w swoim życiu a szuka motywacji to polecam książkę Beaty Sokołowskiej a i na bloga nie zaszkodzi zajrzeć i być tym samym na bieżąco. Moim zdaniem metody proponowane przez autorkę są interesujące i warte przetestowania. Nic nie tracimy, a wiele możemy zyskać.

Zapraszam również na bloga Pani Beaty Sokołowskiej >KLIK<

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Panu Rafałowi oraz Wydawnictwu Muza

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2cm)

środa, 17 czerwca 2015

Gail McHugh - Collide


autor: Gail McHugh
cykl: Collide (tom 1)
wydawnictwo: Akurat
tłumaczenie: Anna Dorota Kamińska
tytuł oryginału: Collide
data wydania: 17 czerwca 2015
liczba stron: 368
kategoria: romans

„Czasami niewłaściwe rzeczy prowadzą nas do właściwych ludzi…”

Już dziś premiera obiecującej powieści „Collide”, która rozpieści Wasze zmysły. Rozważając różne możliwości wstępu do recenzji natrafiałam na jedno – na miłość. To słowo krąży po mojej głowie. Wraz za nią przyspiesza namiętność, która zatraca zmysły i sprawia, że krew w żyłach buzuje. Duża dawka emocji kontra szara codzienność – czyli ciekawa lektura zabarwiająca zwyczajne godziny w coś zupełnie innego – taka właśnie jest moja propozycja na dziś. „Collide” autorstwa Gail McHugh to książka, która rozbudziła moją wyobraźnię już na samym wstępie – samą okładką! Jest niezwykle męska, pociągająca, tajemnicza i rozwijająca fantazję. A do tego w wersji czarno – białej! Czyli coś, co uwielbiam…
Zaraz po ukończeniu college'u, Emily spotyka dotkliwy cios: niespodziewanie umiera jej matka. Emily przeprowadza się ze swoim chłopakiem do Nowego Jorku, by zacząć życie od nowa. Co prawda wewnętrzny głos zaleca jej ostrożność, ale Dillon w ciężkich chwilach był dla niej tak dobry i troskliwy, że dziewczyna postanawia związać z nim swój los. W Nowym Jorku poznaje Gavina – seksownego, czarującego playboya. Już podczas pierwszego, krótkiego spotkania udaje mu się rozpalić zmysły Emily. Dziewczyna jest rozdarta między lojalnością do dotychczasowego partnera, od którego nigdy nie zaznała niczego złego, a namiętnością do przystojnego zdobywcy serc. Sytuacja szybko się komplikuje, ponieważ z biegiem czasu Dillon zaczyna coraz częściej ujawniać swoją prawdziwą, mroczną naturę, a z kolei nadzwyczajna atrakcyjność i namiętność Gavina okazuje się jedynie maską, za którą kryje się bolesna przeszłość. Rozdarta wewnętrznie Emily musi szybko podjąć decyzję, którego z nich wybrać. Cokolwiek zrobi, jedno jest pewne: ból rozstania pozostanie z nią już na zawsze.
Miłość – to temat niezwykle banalny, ale pożądliwy i niezwykle twórczy. O tym niezwykłym uczuciu powstało wiele filmów, wierszy, książek i piosenek. Powiedziane zostało już chyba wszystko i w różnych wersjach, a mimo to lubimy od czasu do czasu zagłębić się w morze naszych pragnień i zaszaleć na statku wyobraźni. Dlatego wcielamy się w rolę bohaterów, śledzimy ich losy i przeżywamy ich emocje. To temat, który się nie nudzi, mimo chwilowej przewidywalności, banalności czy cukierkowatości. Każda (każdy) z nas ma różne kryteria i inaczej ocenia to samo spojrzenie na tematy damsko – męskie. Historia, z którą się zapoznałam właśnie taka jest… O uczuciach, pożądaniu, dylematach, trudnych wyborach, pozorach… Emily jest młoda, zakochana lecz zagubiona. Nie dość, że musiała zmagać się z tragedią, jaką jest śmierć ukochanej matki, to jeszcze przeniosła się do Nowego Jorku. Miała zacząć nowe życie u boku przyjaciółki i swojego chłopaka. Wszystko szło dobrze do czasu aż poznała Gavina. Wtedy relacje damsko – męskie się skomplikowały.

Fabuła jest niezwykle wciągająca i od samego początku mnie pochłonęła. Nie mogłam się od niej oderwać. Przeniosłam się wraz z główną bohaterką do Nowego Jorku, zamieszkałam z najlepszą przyjaciółką, zaczęłam pracę i przeżywałam namiętności. Emocje wylewały się ze stron, a pożądanie rozbudzało moją wyobraźnię. Jednak Emily momentami mnie irytowała. Zastanawiałam się jak można być tak naiwną, chociaż próbując wcielić się w rolę tej dziewczyny musiałam i to zrozumieć. Mężczyźni potrafią manipulować i robić wodę z mózgu. Można się zakochać i nie widzieć tych bardzo negatywnych oznak, które powinny zaalarmować nas już na początku. Jednak wahań nastrojów już nie mogłam ogarnąć… Pozory nie raz mylą to fakt… Dillon kontra Gavin. Obaj przystojni. Bogaci. Zakochani. Lecz zupełnie inni. Myślę, że wszystkie postawimy na tego samego faceta…

„ Nieodparty urok osobisty, pewność siebie, obłędna seksowność a także determinacja, to wszystko wręcz od niego biło…” „Miał idealną sylwetkę i piękną twarz. Silna, mocno zarysowana szczęka doskonale współgrała z wysokimi kośćmi policzkowymi, a dwudniowy zarost podkreślał jego męskość. No i jeszcze ten tatuaż.”

Zapowiada się całkiem nieźle, co? A to jeszcze nie wszystko.

„Młode, stare, wysokie, niskie, czarne czy białe – nie mogły na niego nie patrzeć. Wyglądał niesamowicie w idealnie dopasowanym garniturze od Armaniego. Przesunął dłonią po włosach i szedł przez salę seksownym, pełnym siły i władczym krokiem.”

W tej książce znajdziecie ogromną dawkę emocji, pożądania, młodości, kłamstw, trudnych wyborów i brutalności. Gwałtowność miesza się z zazdrością i chęcią władzy. Łzy z uniesieniami. Przyjaźń z wdzięcznością. Bogactwo z normalnością. Gburowatość z męskością. Wymieniać można długo. "Collide" to huśtawka humorów, nastrojów, temperamentów… To gra pozorów i ludzka naiwność. To dobra historia, która rozbudzi Waszą wyobraźnię i narobi smaczka… To idealne połączenie erotyku z romansem. Całość jest smaczna i warta uwagi. Ma w sobie to coś… swój klimat, charakter, a może po prostu niecodzienną rzeczywistość, która wciągnie czytelnika w nurt rzeki. Moją dzisiejszą recenzję kieruję do kobiet, to Wy drogie Panie będziecie zainteresowane tą książką…To Wam się ona spodoba… A już na pewno niektóre sceny, które pozostają w pamięci na długi czas…

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Pani Darii oraz Wydawnictwu Akurat

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+1,8 cm)

niedziela, 14 czerwca 2015

Robert Schneider - Pierwsze Damy Francji

autor: Robert Schneider
wydawnictwo: Muza
tytuł oryginału: Premieres dames
data wydania: 20 maja 2015
liczba stron: 384

„Wszyscy czują się w Pałacu Elizejskim jak u siebie w domu, tylko nie my.”
Yvonne de Gaulle

Rola pierwszej damy… niewątpliwie bywa niełatwa aczkolwiek bardzo ważna. First Lady, czyli żona (towarzyszka życia) głowy państwa – prezydenta to ozdoba, dodatek, figurantka, ikona do naśladowania. Kobieta, która żyje według ustalonego protokołu… mało, która odważy się go naruszyć. Francja… z czym się każdemu kojarzy to wiadomo – wieża Eiffla, sery, wino, ślimaki, żabie udka, moda itp. Jednak nie każdy potrafi wymienić pierwsze damy… a jeśli już to wie, to nie potrafi powiedzieć o nich zbyt dużo. Zapewne wyjątkiem są te Panie, który sprawowały tę rolę całkiem niedawno. Ich nazwiska coś nam mówią, twarze gdzieś się pojawiły w telewizji czy prasie, jednak to tyle. Dlatego też książka autorstwa Roberta Schneidera pomoże nam się trochę z nimi zapoznać. 

„Teraz, gdy została już pani pierwszą damą Francji, czego pani pragnie?
- Już nią nie być.”
Anne-Aymone Giscard d’Estaing
Yvonne de Gaulle, Claude Pompidou, Anne-Aymone Giscard d’Estaing, Bernadette Chirac, Danielle Mitterrand, Cécilie Sarkozy, Carlę Bruni-Sarkozy, Valérie Trierweiler. Jak radziły sobie z wyjątkowym losem, jaki przypadł im w udziale, a do którego nie były ani predestynowane, ani przygotowane? Jak odgrywały swoją rolę u boku republikańskiego monarchy? Jak reagowały na nieżyczliwość, nienawiść, oszczerstwa? Jaki wpływ wywierały poza sferą czysto prywatną? Dlaczego wszystkie – z wyjątkiem Bernadette Chirac – twierdziły, że nie były szczęśliwe w Pałacu Elizejskim, prestiżowej siedzibie prezydenta, w której usługiwano im jak królowym?
„To niezwykła przygoda, moje życie nabrało innego wymiaru.”[30 marca 2012 roku]
„Mam już dość takiego życia” [15 maja 2012 roku]
Carla Brunii – Sarkozy

Robert Schneider to austriacki pisarz, studiował w Wiedniu teatrologię, historię sztuki i kompozycję. Był kierownikiem działu politycznego czasopisma „ L’ Express”, zastępcą dyrektora redakcji rozgłośni radiowej France Inter. Opublikował już kilka książek, za swoją debiutancką powieść – „ Brat snu”- otrzymał wiele międzynarodowych nagród.

„Tytuł pierwszej damy zaczyna mnie w najwyższym stopniu drażnić.”
Danielle Mitterrand

„Pierwsze damy Francji” to książka, która przyciąga wzrok – jest bardzo ładnie wydana i zapewne będzie się ślicznie prezentowała na półce każdego czytelnika. Twarda oprawa, złote litery i piękna kobieta na okładce, czyli kwintesencja dobrego smaku i bogactwa. Do tego obietnica, że poznamy P R Y W A T N I E: Yvonne, Claude, Anne- Aymone, Danielle, Bernadette, Cecilie, Carle i Valerie, sprawia, że nabieramy większej ochoty na lekturę. Ciekawość i możliwość poznania kogoś prawie od „podszewki” mną zawładnęła. Gdy tylko ją ujrzałam, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Chciałam zwyczajnie przekonać się, jakie są, kim są i jak wygląda ich codzienność. No i się dowiedziałam. Poszerzyłam swoją wiedzę, zyskałam mniejszy lub większy obraz i mam już swoje zdanie. Teraz już wiem na pewno, że rola pierwszej damy jest niebywale trudna. Z dekady na dekadę, z kadencji na kadencję ewoluowała, zmieniała przede wszystkim twarze, ale także charakter. Te osiem kobiet z pewnością coś dzieliło, ale także coś łączyło. Trudy życia, flesze, siła, upór, pokora i oddanie partnerowi. Oczywiście, każda robiła to na swój sposób. Życie z politykiem, z głową państwa, z człowiekiem na świeczniku, wystawiały nie raz taki związek na próbę. Nie każda więź przetrwała. Nie wszystko było prawdą, a tylko pozorami. Natomiast życie w Pałacu Elizejskim dla wielu było namacalnym nieszczęściem. Nie wszystkie godziły się na mieszkanie w tym gmachu bez uczuć…

„Wkurza mnie myśl, że miałabym być pierwszą damą”
Cecilia Sarkozy

„Purytańska Yvonne de Gaulle i zuchwała skandalistka Carla Brunii – Sarkozy. Dyskretna Anne- Aymone Giscard d’Estaing i miłośniczka pogaduszek na Twitterze Valerie Trierweiler. Katoliczka Bernadette Chirac i niewierząca Danielle Mitterrand. Wierna Claude Pompidou i Cecilia Sarkozy, która opuściła męża pięć miesięcy po objęciu przez niego urzędu prezydenta.”

„Dla mnie Pałac Elizejski jest domem nieszczęścia.”
Claude Pompidou

Niskie, wysokie, zgrabne i te mniej… bogate, słynne, żyjące w cieniu. Wierzące i niewierzące. Wszystkie żony i jedna partnerka życiowa. Mówić by można wiele. Autor stworzył te osiem portretów, by przybliżyć nam każdą z osobna i wszystkie razem. Jednak nie obyło się bez małego „ale”… Minusem są tutaj przeskoki w czasie, które bywają irytujące. Brakuje tutaj czasami pełnej płynności, prywatności – intymności. Myślałam, że autor typowo skupi się na danej postaci w 100 procentach, a tutaj było wszystkiego po trochu. Być może było to potrzebne do nakreślenia osobowości, jednak niekiedy czułam zmęczenie materiałem. Niewątpliwie jednak znalazłam tutaj prawdziwe perełki, które pozwoliły mi poznać, każdą First Lady z osobna. Poznałam nie tylko twarze, osobowość, charakter, ale i historię. Razem z nimi zakosztowałam gry pozorów. Czasem nienawiści, zdrady, siły i upokorzenia. Niektóre z nich podziwiam, inne rozumiem… Czuje się także zdystansowana i zszokowana. „Pierwsze damy Francji” to portrety ośmiu kobiet. To historie romantyczne i boleśnie przyziemne. To zbiór faktów i rozmów… To ślady zostawione przez pierwsze damy. To świadectwo ich działalności. To luksus, bogactwo, wielkie zaszczyty, ale i męczarnia. To prawdziwy pokaz metamorfozy, siły kobiecości, ale także zagubienia i porażki.

„Prezydent jest wdowcem […]. Jestem nikim. [pierwsza kadencja]
Podoba mi się takie życie. [2005]”
Bernadette Chirac

Wszystkim tym kobietom przypadł ten sam los, który możecie poznać poprzez zapoznanie się z książką Roberta Schneidera. Jeśli interesuje Was to jak wygląda życie w świetle fleszy, na językach, na świeczniku i to z prezydentem, to koniecznie przeczytajcie. Rzadko czytam książki tego typu, ale od czasu do czasu sięgam po coś takiego, żeby się czegoś dowiedzieć i nie popaść w rutynę, więc i Wam polecam. Francja to nie tylko wieża Eiffla, sery, wino, ślimaki czy romantyczne uliczki. To też polityka i jej konsekwencje. To ciekawe osobistości, które warto znać.

„Będą się musieli do mnie przyzwyczaić, nie będę figurantką.”
„Trzeba dwojga, by się kochać, wystarczy jedno, by się rozstać”.
Valerie Trierweiler

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Panu Rafałowi oraz Wydawnictwu Muza

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 3 cm)

piątek, 12 czerwca 2015

Elizabeth Haran - Rzeka przeznaczenia


autor: Elizabeth Haran
wydawnictwo: Akurat
tłumaczenie: Anna Dorota Kamińska
data wydania: 3 czerwca 2015
liczba stron: 576
kategoria: Literatura piękna

Zbliża się lato, czas urlopu, odpoczynku od codziennych obowiązków… po prostu idealna okazja na lenistwo z książką. A do takiej formy odpoczynku najlepsze są powieści lekkie i przyjemne, te, które pochłaniają czytelnika i totalnie umilają mu czas. Właśnie taką lekturę chcę Wam dziś polecić. „Rzeka przeznaczenia” autorstwa Elizabeth Haran to historia, która umiliła mi czas podczas ostatnich kilku dni. Przeniosła mnie tym samym do malowniczej Australii. Jest to moja pierwsza książka tej autorki, ale już wiem, że nie ostatnia.

Elizabeth Haran jest autorką dwunastu powieści obyczajowych, których fabuła rozgrywa się w egzotycznej Australii. Urodziła się w Rodezji, ale jako dziecko przeprowadziła się wraz z rodzicami do Australii. Jej książki rozchodzą się w milionowych nakładach i podbijają serca czytelników m.in. w Czechach, Rosji czy Hiszpanii. Z tego, co zauważyłam wszystkie książki mają podobną szatę graficzną, więc cykl ten będzie idealnie wyglądał w całości na półce.
Joe Callaghan, właściciel parowca pływającego po rzece Murray, wpada w poważne tarapaty finansowe. Z pomocą spieszy mu mieszkająca do tej pory w Melbourne jego piękna córka Francesca. O jej względy zabiega trzech mężczyzn; Francesca od pierwszego wejrzenia zakochuje się w przystojnym kapitanie statku, ale po to, by wydobyć ojca z kłopotów, zgadza się poślubić bogatego Silasa. Okazuje się, że ojciec skrywa przed Francescą wstrząsającą tajemnicę; świat pięknej dziewczyny przewróci się do góry nogami, a uczucia, którymi do tej pory obdarzała najbliższe osoby, będą musiały ulec przewartościowaniu.
„Blizny to lekcje, których się nauczyliśmy, to one nas czynią tym, kim jesteśmy.”

Blizny w tej historii goszczą niestety dość często – te cielesne jak i symboliczne. Jedne i drugie są jednak odczuwalne. One nie znikają. Z czasem przypominają o sobie i ból powraca. Oczywiście nie zabraknie tutaj uczuć… Znajdziecie tutaj miłość, namiętność, zazdrość, okrucieństwo, zdradę, przebiegłość, ale także lojalność. To wszystko oczywiście wplecione w australijskie egzotyczne plenery. Trzech mężczyzn – jedna kobieta. Jeden jest dżentelmenem, przy którym można poczuć się jak księżniczka. Drugi zaś wywołuje gorące uczucia, sprawia, że nogi same się uginają, serce przyspiesza, a usta się rozchylają do pocałunku. Przystojny kapitan, który ma opinię kobieciarza i do tego sekrety. Trzeci to chodzące okrucieństwo. Człowiek, który może mieć wszystko, czego zechce. Wszyscy trzej chcą tej samej kobiety. Każdy ma inne zamiary, inne plany…

Z pozoru wygląda to na zwyczajny romans i faktycznie, akcja rozgrywa się przez pewien czas tylko w sferze zaręczyn i konkurentów, jednak nie tym trzeba się tutaj sugerować. Całość jest o wiele bardziej skomplikowana. Sięga wiele lat wstecz i owiana jest tajemnicami, które miały zostać zabrane do grobu. Jest to opowieść o władzy, o błędach, miłości, ale także o moralności i pomocy bliźniemu. Dobrzy ludzie kontra źli. Dobre uczynki przeciwko przekrętom. Podstępne gierki i tragedie.

Akcja jest naprawdę wciągająca. Z każdą kolejną przewróconą stroną pochłania coraz bardziej. Napisana została w taki sposób by umilała czas mimo poważnych tematów zaplątanych w tę historię. Przez fabułę dosłownie przepłyniecie. Całość jest prosta i nieskomplikowana. Bywa wzruszająca i zaskakująca. Mimo wszystko jest to jednak powieść optymistyczna, która gdzieś tam w pamięci pozostanie. Powiedziałabym, że jest ponadczasowa. Miłość zawsze będzie przyciągała, pociągała i ekscytowała. Szczególnie, jeśli taki wątek zostanie urozmaicony czymś innym, co rozbudzi wyobraźnię i przyciągnie czytelnika. W tej książce urzekła mnie lekkość, ma w sobie coś, co mnie przyciągało… Jeśli zaś chodzi o bohaterów… są postacie pierwszo, drugo i trzecioplanowe. Jedne są kryształowe i szlachetne, jedne wręcz przeciwne. Są i takie, które przechodzą metamorfozę. Są też i takie, które odgrywają tylko krótkie epizody. Domyślam się, że niektóre mogą irytować swoim zachowaniem, swoją przewidywalnością lub zwyczajnie swoją obecnością. Jednak, każda spełnia jakieś tam określone zadanie. Nawet wspomniana w tytule – i odgrywająca ważną rolę w opowieści – rzeka. Dla głównych bohaterów jest faktycznie przeznaczeniem …

„Rzeka przeznaczenia” powinna zauroczyć miłośników romantycznych opowieści, które urozmaicą szarą codzienność i przeniosą do innego świata. Do innych problemów, innych ludzi i zupełnie innego środowiska. A jeśli ktoś lubi historie, które wydarzyły się w roku np. 1883 to już na pewno powinien ją mieć. Jest to książka, którą warto zabrać ze sobą na urlop. Znajdziecie tutaj to, co powinna mieć w sobie dobra powieść obyczajowa. Jeśli pozostałe książki autorki są na takim samym poziomie to nie dziwię się, że czytelnicy je uwielbiają.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Pani Annie oraz wydawnictwu Akurat

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam opasłe tomiska
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 3,4 cm)

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Anna Kamińska - Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak.


autor: Anna Kamińska
wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
kategoria: biografia/autobiografia/pamiętnik
PREMIERA: 18 czerwca 2015


„Uważam, że radość jest uczuciem większym i cenniejszym, gdyż radość możemy ze wszystkimi dzielić, a miłość jest zaborcza, bardzo często egoistyczna i bardzo często nieszczęśliwa”.

Znowu zaczynam od cytatu. Zlepku kilku ciekawych słów, które mają jakiś sens. Są to słowa, przemyślenia, kobiety o dwóch twarzach. Osoby, która wywoływała emocje, nie zawsze pozytywne… Miałam okazję poznać tę ciekawą osobistość dzięki książce Anny Kamińskiej, która odważyła się wetknąć nos w nie swoje sprawy i opowiedzieć nam historię Simony Kossak . Jaka jest ta historia? Ciekawa, wciągająca, malownicza i twórcza dla naszej wyobraźni. Autorka pisząc tę biografię nie chciała tworzyć pomnika, ani niszczyć tego, który na dobrą sprawę już jest. Prawda – to było na pierwszym planie. „Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak” to fakty (potwierdzane wielokrotnie), dokumenty, materiały prasowe oraz wspomnienia różnych osób.


„Nie chciałam „malować” Pani nago – tworzyć Pani aktu, chciałam spróbować sportretować Pani siłę.”
Mówili o niej „Czarownica” — bo gadała ze zwierzętami oraz miała kruka terrorystę, który kradł złoto i atakował rowerzystów. Ponad trzydzieści lat żyła w drewnianej leśniczówce pośrodku Puszczy Białowieskiej, bez wody i prądu. Spała w łóżku z rysiem i mieszkała pod jednym dachem z oswojonym dzikiem. Była naukowcem, ekologiem, autorką nagradzanych filmów i słuchowisk radiowych. Aktywnie działała na rzecz najstarszego lasu w Europie. Uważała, że należy żyć prosto i blisko przyrody. Wśród zwierząt znalazła to, czego nigdy nie doświadczyła od ludzi. Ostatnia Kossakówna. Córka Jerzego, wnuczka Wojciecha, prawnuczka Juliusza — trzech malarzy rozmiłowanych w polskim krajobrazie i historii. Bratanica Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i Magdaleny Samozwaniec. Miała być synem i czwartym Kossakiem. Tak jak przodkowie, dźwigać sztalugi i znane nazwisko. Wybrała własną drogę… Hipiska z Białowieży autorstwa Anny Kamińskiej to fascynujący portret buntowniczej pasjonatki i silnej, nietuzinkowej kobiety. Opowieść o bezkompromisowym szukaniu swojego miejsca w świecie i o zrzucaniu ciężaru wielkiego nazwiska. Historia upadku starej, artystycznej rodziny oraz tego, jak szara rzeczywistość PRL-u wymazywała barwny świat krakowskiej arystokracji.
Znacie Simonę Kossak? Bo ja nie znałam. Albo nie wiedziałam, że znam (oczywiście nie osobiście). Poznałam ją dopiero za sprawą książki Anny Kamińskiej. Dowiedziałam się, kim była, jaka była i co robiła. Dostałam nie tylko gotowy portret, tylko coś więcej … bliskie spotkanie z Simoną. Oczywiście nazwisko Kossak było mi znane i Wam zapewne też jest. Jednak nic więcej nie wiedziałam, jakież więc było moje zdziwienia, gdy zaczęłam zagłębiać się w lekturę. Sam opis mnie totalnie zaintrygował i musiałam po prostu przeczytać tę książkę. Wiedziałam, że nudno na pewno nie będzie… i faktycznie nie było.


„Kossaków postrzega się retro, jak epokę, która minęła, a ona nie minęła, o nie, nie. Wszystko zaczyna się od nas.”

Historia ostatniej Kossakówny, prawnuczki Juliusza, wnuczki Wojciecha i córki Jerzego… Oczekiwany dziedzic talentu, nazwiska i sławy. Dziecko, dziewczynka, nastolatka, kobieta, która borykała się z brakiem matczynego uczucia, ciężarem nazwiska i niełatwego życia. Porzuciła nawiedzoną Kossakówkę i wyruszyła do Puszczy Białowieskiej. Dziedzinka – drewniana leśniczówka- była jej prawdziwym domem, który dzieliła z Lechem Wilczkiem partnerem życiowym, towarzyszem, współlokatorem. Nie zabrakło ukochanych zwierząt, dla których była członkiem stada. To właśnie zwierzęta były jej miłością. Uważała, że należy im się więcej niż człowiekowi. To dla nich zdobywała smakowite kąski i to w ich obronie stawała. Z nimi rozumiała się najlepiej. Wśród zwierząt i roślin, pośrodku swojego leśnego raju czuła się wyśmienicie. Ten niesamowity zakątek opisany przez autorkę rozbudził moją wyobraźnię. Poczułam się przez chwilę jak gość Simony i Lecha. Napatrzyłam się na barwne otoczenie, poczułam zapach lasu, dźwięki wydawane przez zwierzęta i zaznałam klimatu Dziedzinki. Poznałam kruka terrorystę, dzika, sarenki oraz sowę, która świetnie udawała sztuczną. Poznałam też Simonę widzianą oczami innych, a także moimi w wyobraźni. Jaka to była kobieta? Bo to chyba najciekawsze.

źródło zdjęcia: "Spotkanie z Simoną Kossak" autorstwa Lecha Wilczka
„I dlatego pisząc o niej, chcąc ją zrozumieć, trzeba stale mówić, że była biała, a zarazem czarna, zimna a równocześnie gorąca. Była bowiem taka, i taka.”

Takimi słowami opisywali jej ciotkę Marię Jasnorzewską- Pawlikowską i ją samą także. To kobieta o dwóch twarzach, nie lubiąca konwenansów, twarda, używająca mocnego języka, mistrz tajemnicy i sprzeczności. Osobowość barwna, trudna, inspirująca i walcząca do końca. Może i nie miała talentu malarskiego, ale malowała swoją miłością do przyrody. Tworzyła filmy przyrodnicze, który były równie ciekawe jak obrazy jej przodków. Z czasem zaspokoiła także oczekiwania matki – zaczęła pisać. Napisane przez nią artykuły prasowe z czasem zostały wydane jako książki.

Pisząc zastanawiałam się jak ma ta recenzja wyglądać. Jak wyrazić swoje zdanie tak, żeby nie powiedzieć zbyt mało ani zbyt dużo? Jeśli napiszę zbyt obszernie, wtedy zdradzę za dużo i nie będzie frajdy z odkrywania osobowości głównej bohaterki. Jeśli za mało, to będzie wyglądało tak jakbym poszła po najmniejszej linii oporu. A tak nie jest. Dowiedziałam się dużo. Czytając nieraz się uśmiechałam, a moja wyobraźnia szalała widząc kruka terrorystę zrzucającego rowerzystę z jego pojazdu. Podziwiającego później obracające się koło. Kradnącego pieniądze, a nawet i mandat, który potem ostentacyjnie podarł. Widziałam małą Simonę, zbierającą truchełka myszek i gotującą je w rondelkach kuchennych, rozbierającą na cząsteczki by zrobić szkielecik. Nie wspominając już o romantycznej wizji Dziedzinki – nocą, zimą w blasku księżyca. A także zimnej, nawiedzonej Kossakówki z dużym ogrodem.

źródło zdjęcia: www.encyklopedia.puszcza-bialowieska.eu
Jest to opowieść, która nie tylko przybliża nam postać Simony Kossak i jej rodziny. Ona uczy. Czerpiemy z wiedzy bohaterki i czujemy się zafascynowani. Lekka, przyjemna, wzruszająca, ciekawa i poszerzająca horyzonty. Nie przepadam za biografiami. Rzadko je czytam, co pewnie zauważyliście, a jednak tym razem przeżyłam miłe zaskoczenie. Historia Simony Kossak jest wyważona. Została napisana ze smakiem, który jest wyczuwalny od samego początku. Z czystym sumieniem mogę polecić ją każdemu. Miłośnikom tego typu książek, jak i tym podobnym do mnie, którzy raczej omijają je łukiem. Mam nadzieję, że opis książki jak i moja recenzja, przybliżyła Wam postać Simony Kossak. W pełni jednak zrobi to książka Anny Kamińskiej, której udało się sportretować siłę tej niezwykłej Kobiety.

Za możliwość przeczytania historii Simony Kossak bardzo dziękuję Panu Sebastianowi z Wydawnictwa Literackiego

Książka bierze udział w wyzwaniu:

piątek, 5 czerwca 2015

Laura Akkot - Moje życie z OCD

autor: Laura Akkot
wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza
data wydania: 2014 (data przybliżona)
liczba stron: 56
kategoria: biografia/autobiografia/pamiętnik

„ (…) natręctwa zalicza się do zaburzeń, w których podstawowym objawem jest lęk.”*

Tak cienkiej książki dawno już nie czytałam ( kiedyś, co prawda miałam styczność z krótszym o połowę „Latarnikiem” Henryka Sienkiewicza) i muszę przyznać, że moje zdziwienie na jej widok było spore. „Moje życie z OCD” autorstwa Laury Akkot to rodzaj pamiętnika, w którym autorka zapisuje swoje doświadczenia w walce z chorobą zwaną zaburzeniami obsesyjno – kompulsywnymi (ang. Obsessive-compulsive disorder). Czym tak naprawdę jest to OCD? To choroba, o której tak naprawdę wiemy niewiele, a na ludzi dotkniętych tą przypadłością patrzy się jak na dziwaków. Mało kto z zewnątrz potrafi rozpoznać objawy, zrozumieć i zaakceptować. Najłatwiej osądzić, wziąć za wariata czy nakrzyczeć.
Rozedrgana i pełna napięć relacja młodej kobiety cierpiącej na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne (obsessive-compulsive disorder, w skrócie: OCD); swoisty dokument pokazujący, czym jest życie osoby owładniętej przez nerwicę natręctw. Wyniszczająca psychiczna udręka, próby okiełzania choroby, wzloty i upadki w walce z własnymi demonami.
„ Czuję się jak niewolnik, muszę po jedzeniu i różnych innych czynnościach myć ręce, a w trakcie wykonywanej czynności mam je brudne i nie czuję się swobodnie”

Jesteście sobie w stanie wyobrazić piekło na ziemi? A jeszcze dokładniej to więzienie we własnym ciele, gdzie rolę celi z kratami odgrywa Wasza psychika? Nie możecie? To myślę, że po przeczytaniu tej książki, choć troszkę naszkicujecie sobie ten obraz. Od tej choroby nie ma ucieczki. Ona będzie powracała jak bumerang. Na chwilę przysiądzie w kącie, by za chwilę znów wyjść z ukrycia i zaatakować z podwójną siłą. Będzie prześladowcą, stalkerem, natrętem i obsesją w jednym. Można z nią walczyć na wiele sposobów, można próbować oswoić i jakoś żyć, ale nigdy nie będzie się stuprocentowo wolnym. Prochy mają skutki uboczne, zabijają nasz mózg, natomiast OCD to piekło, które katuje chorego w najbardziej wymyślne sposoby. Kolejnym wyjściem jest terapia, która być może pozwoli okiełzać bestię… Historia opisana w tej niepozornej książce zobrazuje wszystkim, z czym muszą mierzyć się chorzy na OCD. Te zapiski młodej kobiety są chaotyczne, jednak szczere i przepełnione bezsilnością. Laura Akkot mierzy się z tą chorobą praktycznie od dziecka, jednak początki nie były tak uciążliwe. Stopniowo się nasilały, aby przybrać rozmiary wyniszczające. W pewnym momencie postanowiła zapisywać to, co się z nią działo… a działo się sporo. Ta autobiograficzna książeczka uświadamia czytelnikowi jak krucha jest ludzka psychika. Jak łatwo mogą zawładnąć nią demony, z którymi trzeba walczyć każdego dnia. Z lekami czy bez.


„leki moje ukojenie, moje zniewolenie”

Ta historia nie jest tylko o chorobie, o przesadnej higienie, obsesjach, lekach i otępieniu lekami. Tutaj zawarta jest miłość, oddanie drugiemu człowiekowi i sens, jaki ma w sobie miłość i małżeństwo. Przez zasłonę utkaną z lęków przebija się miłość i siła. Co prawda pojawia się zwątpienie, pojawiają i łzy… zatracenie, jednak gdzieś tam przebija się jakaś iskierka nadziei.


„Często już nie mam sił, by żyć. Ale żyję, bo, poza chorobą, moje życie mimo wszystko jest piękne i szczęśliwe.”

OCD to nie tylko obsesje na punkcie czystości, porządku, zdrowia czy o dopięciu wszystkiego na ostatni guzik… to także rytuały, które chory musi wykonać, aby zapobiec wydarzeniu, które może się zdarzyć, gdy się tego zaniecha. Wykonując dane czynności chroni się np. żonę, dzieci, rodziców.

„Moje życie z OCD” to tak naprawdę niewiele treści, jednak przekaz zawarty w tym minimalizmie jest ogromny. Chaotyczna, ale pouczająca. Zostawia w pamięci jakiś ślad. Otwartą furtkę, dzięki której czytelnik poszerzy swoją wiedzę i dzięki temu stanie się czujny na tego typu sygnały. Ta choroba może dotknąć, każdego z nas… być może już lekceważymy jej symptomy. Myślę sobie, że Laura Akkot wykazała się nie tylko niezwykłą siłą, pisząc ten „pamiętnik”, ale co ważne odwagą. Odkryła się przed czytelnikami… książki tego typu są czasem kontrowersyjne, szokujące, ale wartościowe… mimo, że nie zawsze łatwe w odbiorze. Jest to lektura wara przeczytania, nie zajmie nikomu wiele czasu a niektórymi wstrząśnie. Cóż więcej mogę powiedzieć? Najlepiej przeczytać i poznać ciemną stronę ludzkiej psychiki… być mądrzejszym po lekturze i czujnym.


„U mnie w głowie CHAOS, a wokół próbuję utrzymać nienormalny PORZĄDEK, a powinno być odwrotnie – w głowie PORZĄDEK, a wokół nieprzeszkadzający mi żyć, nieogarnięty przeze mnie CHAOS.”

*Cytat pochodzi z książki „Nerwica natręctw" autorstwa Padmala de Silvy oraz Stanleya Rachmana.