sobota, 31 października 2015

Stigmata - Beatrix Gurian


wydawnictwo: Muza
tłumaczenie: Ewa Spirydowicz
data wydania: 21 października 2015
liczba stron: 340

„Nie możesz pozwolić, by cień zniszczył ci życie. Liczy się miłość, tylko miłość. Miłość do życia, do ludzi, do samej siebie.”

Korzystając z okazji, że dzisiaj jest Halloween, zaproponuję Wam książkę, która ma ciekawy klimat. Co powiecie na lekki dreszczyk emocji? Lubicie tajemnice, niebezpieczeństwo i dziwne sytuacje? Macie ochotę potowarzyszyć nastolatce w poszukiwaniu morderców matki? To zapraszam do zapoznania się z recenzją… a następnie do przeczytania książki. Nie jest to horror, ale momentami pobudzi Waszą wyobraźnię. Porwie Was do zamczyska, które kryje w sobie mroczną prawdę. „Stigmata” autorstwa Beatrix Gurian to śledztwo w poszukiwaniu prawdy. Kilka osób odciętych od świata, tajemnice, dziwne wydarzenia i dziwne przeczucie…
Wkrótce po tajemniczej śmierci matki Emma dostaje anonimową przesyłkę. Zawiera ona czarno – białe zdjęcie małego dziecka i polecenie, by zaczęła szukać morderców swojej matki. Wszystko wskazuje na to, że znajdzie ich na elitarnym obozie młodzieżowym w starym zamku w górach. Na miejscu dziewczynie wpadają w ręce kolejne fotografie, które z całą pewnością mają związek z przeszłością matki. Jednocześnie dochodzi do serii dziwnych wydarzeń, w których biorą udział uczestnicy obozu. Ktoś wciąga Emmę w niebezpieczną grę. Czy dziewczyna zdoła odczytać znaki i uratować swoje życie?
Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia zostajecie całkowicie sami. Matka zginęła właśnie w tajemniczych okolicznościach, a ojca znacie tylko z opowiadań waszej rodzicielki. Jakby tego było mało dostajecie dziwną przesyłkę, która poruszy lawinę dziwnych wydarzeń. Dzięki niej odkryjecie jak mało wiecie o własnej matce i jej przeszłości. Aby dowiedzieć się prawdy i odnaleźć morderców musicie wyruszyć na obóz młodzieżowy, który delikatnie mówiąc jest dziwny. Zagadkowe jest również miejsce, które idealnie pasuje do scenariusza horroru. To, co dzieje się później jest już nie dziwne, a przerażająco szokujące. Przynajmniej dla mnie byłoby takie, gdybym znalazła się na miejscu Emmy. Czytając będziecie prowadzili śledztwo razem z nastoletnią Emmą, która nikomu nie może zaufać, gdyż wszyscy są podejrzani. Powędrujecie po zakazanych częściach zrujnowanego zamku, który skrywa w sobie wiele tajemnic. Z każdy krokiem pojawiają się kolejne pytania, kolejne poszlaki i kolejne zdjęcia, które dziewczyna znajduje w różnych miejscach. Z każdą chwilą nasza bohaterka czuje się bardziej zdezorientowana, a jej dotychczasowe życie wydaje się być sztuczne i mało realne. Czego się dowie Emma? Kto jest jej przyjacielem, a kto zdrajcą? Co ją spotka na obozie młodzieżowym i czy to naprawdę jest obóz? Niestety nie mogę zdradzić….

„Ale duchy kryją się nie w domach, tylko w rodzinach. I człowiek zabiera je ze sobą, dokądkolwiek by się wyniósł.”

Przyznam się, że książkę pochłonęłam. Nie mogłam się od niej oderwać. Chciałam dowiedzieć się, co odkryje „moja towarzyszka”. Oczywiście miałam swoje podejrzenia, a w głowie już formowały mi się pewne odpowiedzi. Dreszczyk emocji, który towarzyszy całej historii tylko podsycał moją ciekawość. Wiedziałam dobrze, że nie jest to horror, a książka zalicza się do młodzieżowych, jednak dałam się wkręcić w jej klimat. Moja wyobraźnia działała na najwyższych obrotach, a wszystko za sprawą zdjęć, które wpadają nam w ręce w tym samym czasie, co Emmie. Widzimy to samo, co główna bohaterka, trzymamy w dłoni to, co ona i zapewne odczuwamy coś podobnego. Zdjęcia na swój sposób są mroczne i tajemnicze. Powiedziałabym, że mogą wywołać nawet lekkie ciarki. Zastanawiacie się pewnie czy główna bohaterka nie jest czasem irytująca… Szczerze mówiąc tak wkręciłam się w historię, że nie zwracałam na to szczególnej uwagi. Był moment czy może dwa, że miałam ochotę nią potrząsnąć, jednak ogólnie nie mam do niej zastrzeżeń. Nie jest to głupia młoda gęś, której trzeba we wszystkim pomóc – oczywiście pojawiają się momenty, w których pomoc jest przydatna, jednak bez przesady. W tym mrocznym przedstawieniu liczba bohaterów jest ograniczona, tak więc czytelnik nie czuje się przytłoczony. Miejsce akcji to głównie stary zamek, o którym już wspominałam i otaczający go teren. Książka składa się z wątków opisujących teraźniejszość, listów, zdjęć oraz krótkich migawek z przeszłości.

W książce znajdziemy mroczne zdjęcia Erola Guriana
„Stigmata” to pięknie wydana książka, która zawiera w sobie fotografie autorstwa Erola Guriana. Nie tylko okładka i zdjęcia zasługują tutaj na uwagę. Kolejnym atutem są zdobione strony, które nakreślają nam przeszłość. Są to części układanki, które mają nam rozświetlić w głowie. Jest to powieść o odważnej młodzieży, jednak zainteresuje też starszych czytelników. Jest klimatyczna, pobudzająca wyobraźnię i napisana w ciekawy sposób. Język jest potoczny, lekki i zrozumiały – co sprawia, że czytanie jest przyjemnością samą w sobie. Fabuła wydaje się oryginalna, opisy wydarzeń jak i miejsc są bardzo barwne i pomagają przenieść się czytelnikowi do świata przedstawionego w powieści. Jest to wyścig z czasem… i gra o prawdę – przeszłość, która nie jest lekka i przyjemna. Ja jestem zadowolona z tej powieści i z czystym sumieniem mogę ją polecić miłośnikom mrocznych historii. Owszem mogłaby być bardziej straszna, a nawet szłoby przerobić ją na horror. Jednak jak na książkę młodzieżową to jest bardzo dobrze. Myślę, że warto się z nią zapoznać i to nie tylko w Halloween!

„Przeszłość na pewno cię dopadnie. Zawsze…”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Muza

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Klucznik

czwartek, 29 października 2015

Złamane pióro - Małgorzata Maria Borochowska


wydawnictwo: Poligraf
data wydania: 11 lipca 2012
liczba stron: 360

„Jeśli nie masz wyobraźni i nie potrafisz się nią posługiwać, to zawsze już będziesz uwięziona w ciasnej celi własnego umysłu spowitej przez mrok…”

Wyobraźnia tworzy historie, obrazy i ubarwia szarą codzienną rzeczywistość. To paleta farb w ręku artysty, którzy ma stworzyć niezapomniane działo, przyciągające uwagę i wywołujące zachwyt. Ma przenosić do innego świata, koić zmysły i dawać schronienie. Wyobraźnia to klucz do celi, w której panuje mrok, strach, szarość i stęchlizna. Jeśli ją stracimy to dożyjemy końca swojego bytu, jako sztywne bryły codzienności. Wybujałą wyobraźnię ma każdy…a raczej miał w dzieciństwie. Widział ktoś dziecko, które nie unosi się na latającym dywanie swojej dziecięcej fantazji i naiwności? Chyba nie. Wyobraźnię i to ogromną ma autorka książki, którą chcę Wam tym razem polecić. Małgorzata Maria Borochowska autorka „Złamanego pióra” udowadnia, co może stworzyć odrobina fantazji.

Narratorką tej historii jest sama główna bohaterka, która wprowadza nas stopniowo do swojego życia. Odkrywa się przed nami bardzo powoli, pokazując wiele twarzy jednocześnie. Jest to osoba skryta, owiana nutką tajemniczości i na pierwszy rzut oka nawet niepoczytalności. Sama nieraz zastanawiałam się nad jej zachowaniem, gdyż szokowało mnie i wprowadzało między nas dystans. Oczywiście na samym początku zostajemy skierowani na odpowiednie tory, które wiodą czytelnika po stacjach, sugerujących odcięcie się od przeszłości. Stworzenie sobie nowego świata i nowej osobowości. W tym celu Emily Crewe przenosi się na wieś, która zimą całkowicie pustoszeje. To właśnie tam, chce rozprawić się ze sobą, swoją przeszłością, ze swoich życiem lub jego brakiem. Jest to dziewczyna, która potrzebuje rozgrzeszenia i harmonii. Nie jest to postać banalna. Ma w sobie pewne szaleństwo i oryginalność w jednym. Potrafi być sympatyczna by za chwilę wybuchnąć jak wulkan. Dwudziestopięciolatka ubrana w sukienki ze strachu i chaosu. Szukająca natchnienia i schronienia przed światem. Dziewczyna uwielbiająca synonimy…

Jak się do głównej bohaterki mają pozostałe postacie? Powiem szczerze, że takich konkretnie zarysowanych drugoplanowych bohaterów nie ma wielu. Pogrupowałabym je w cztery zbiory. Powiedzmy, że postacią pierwszoplanową jest Emily (co wiadomo). Drugoplanowe postacie to równie oryginalny i utalentowany sąsiad, który wpada na kawę, kiedy tylko ma ochotę. Oczywiście jest przystojny, ale charakterystyczny. To także wulkan tylko fizycznie większy. Jest również przyjaciółka Emily, Alicja. Zakręcona kobietka, która umie wyczarować coś ciekawego nawet z kartonika po mleku. Osoba szukająca miłości… Pomocna, przyjacielska i nienachalna. Trzecioplanowe postacie to sąsiedzi i inni goście. A cała reszta to tło… chodząca przeszłość (lub teraźniejszość) – imiona, które miały bądź mają wpływ na zarys fabuły. Oraz fikcja literacka stworzona przez główną bohaterkę.

Autorka stworzyła niejedną historię a kilka. Dała upust swojej fantazji, jakiej nie poskąpiła też swojej bohaterce. Jest to książka posiadająca ciekawą i oryginalną fabułę. Napisana została językiem barwnym, plastycznym, obrazowym oraz bogatym w synonimy. Widać wyraźnie, że autorka bawi się słowem pisanym, nie ogranicza się tylko do potocznego słownictwa. Przenosi nas do świata realnego jak i tego fikcyjnego. Balansujemy na krawędzi zrozumiałej rzeczywistości i świata znanego nam z książek fantasty. Czytając miałam wrażenie, że siedzę w teatrze i oglądam sztukę podzieloną na trzy akty. Pierwsza część rozgrywa się w kuchni i jest wprowadzeniem do całości. Powiedzmy, że bohaterowie tutaj pojawiają się i znikają, zostają dwie stałe ONA I ON. Kawa to element scalający. Są też oczywiście sceny poboczne jednak główne miejsce akcji to kuchnia w starym, podniszczonym i skrzypiącym domku, który zachwyca nie tylko tajemniczym hallem, ale również bliskością lasu i klimatem. Drugi akt to migawki świata realnego i fikcyjnego. To wyścig z czasem. Trzeci zaś to ostatnia prosta, której nie miałam ochoty kończyć. Jest to oczyszczenie, odkupienie, katharsis, odrodzenie i uniewinnienie. To metamorfoza…

„Złamane pióro” to niełatwa w odbiorze literatura. To gra słów, połączenie zgrabnych metafor z zabawą w synonimy. To obraz utkany z kilku odcieni wyobraźni i ciekawe wyzwanie literackie. Jest to powieść, która z każdą przeczytaną stroną wywołuje emocje i z czasem wciąga czytelnika do swojej zabawy. To opowieść o poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi oraz o pozbyciu się ciężkiego balastu, który utrudnia życie. To oczyszczenie się z poprzedniego wcielenia i odkrycie prawdziwej kobiecości. To także historia o miłości, która różni się od tych dobrze nam znanych. Jest niebanalna, nieprzesłodzona, tętniąca swoim własnym życiem, pełna adrenaliny i irytacji, ale jest też piękna. To nietuzinkowi bohaterowie, którzy żyją własny życiem i raczej pozostaną w pamięci czytelnika na dłużej. Jest to opowieść utkana z dźwięków fortepianu, zapakowana w mroczną okładkę, która jednych zaintryguje, a innych może zniechęcić. Ja polecam skupić się na treści i nie sugerować się okładką… mimo, że nawiązuje ona do zawartości. Jest jeszcze coś, co mi się bardzo w tej książce podobało, a mianowicie ciekawe konwersacje między bohaterami. Czytelnik ma wrażenie, że siedzi w tej małej kuchni pachnącej kawą i słucha ciekawych dyskusji, wymiany poglądów i zarazem zabarwionych humorem dialogów. Jeśli lubicie ambitne powieści to polecam „Złamane pióro”, gdyż jest to książka o fantazji i napisana z fantazją.

„Miłość, nawet ta, która ma się skończyć, uduchowia, uruchamia nieznane nam do tej pory pokłady energii i nadaje sens każdej sekundzie naszego istnienia. Szczególnie kobiecie jest bardzo potrzebna. Bez niej kobiety przedwcześnie się starzeją, gorzknieją i umierają nieszczęśliwe.”

Dziękuję autorce za możliwość przeczytania książki.

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Klucznik
Polacy nie gęsi

wtorek, 27 października 2015

Ostatni szczegół - Harlan Coben


cykl: Myron Bolitar (tom 6)
wydawnictwo: Albatros
tłumaczenie: Andrzej Grabowski
tytuł oryginału: The Final Detail
data wydania: 2014
liczba stron: 400

„Powiadają, że baseball to metafora życia. […] Że linia oddzielająca dobro od zła niewiele różni się od tej na boisku. Zrobiona z substancji tak nietrwałej jak wapno, z upływem czasu zanika. Wciąż ją trzeba poprawiać. Gdy przejdzie po niej odpowiednio wielu graczy, rozmazuje się i zaciera tak bardzo, że to, co prawidłowe, zmienia się w przekroczenie i vice versa – podobnie w życiu, też czasem nie sposób odróżnić dobra od zła.”

Dobro i zło - nieodłączny duet w życiu każdego człowieka, także ważną rolę odgrywa w powieściach kryminalnych, bajkach, horrorach itp. Bez tych dwóch elementów nie byłoby wciągającej fabuły. Dobry kryminał (thriller) to nie lada rarytas dla smakosza tego typu literatury, a domyślam się, że do słoika z książkowymi łakociami można dołożyć powieści Harlana Cobena – przynajmniej takie jest moje skromne zdanie. Co prawda do tej pory przeczytałam tylko dwie jego książki, ale już jestem pod urokiem jego stylu pisarskiego. Tym razem w moje ręce trafił „Ostatni szczegół”, czyli 6 tom cyklu Myrona Bolitara (wszystkich tomów jest 10, więc muszę nadrobić 5 poprzednich i cztery następne).
Myron nie mógł przewidzieć, że zakocha się w dziewczynie, którą miał chronić. Ani zapobiec jej zabójstwu. Dręczony wyrzutami sumienia, ucieka na karaibską wyspę. Tam odnajduje go jego przyjaciel, Win. Wspólniczka Bolitara, Esperanza Diaz, została aresztowana pod zarzutem zamordowania znanego bejsbolisty. Clu Haida. Myron nie wierzy w winę przyjaciółki - pomimo iż wskazują na nią liczne poszlaki: krew oraz broń znalezione w biurze i samochodzie, kłótnia z Clu krótko przed jego śmiercią . Czy śmiertelny wypadek, ma związek z jego zabójstwem? Dlaczego ktoś celowo wpędzał go w depresję, fałszując wyniki kontroli antydopingowej? Co z tym wszystkim wspólnego Esperanza?
I teraz jestem w kropce, gdyż zaczęłam swoją przygodę z tą serią rzec można od środka stawki i nie bardzo wiem jak ma się do całej reszty. Na pewno nadrobię kiedyś zaległości … Skupię się więc tylko na tym tytule. Lubię kryminały, zagadki i śledztwa prowadzone na własną rękę. Dobry kryminał musi mieć dreszczyk emocji, do tego ciekawe zakończenie i nie może czytelnika zanudzić ani zamęczyć. I od razu powiem, że to, czego oczekiwałam, to dostałam. Jest niebezpieczeństwo, polała się krew, nieboszczyk jest, tajemnice są, śledztwo jest, a wszystko to połączone zostało przez nić przeszłości. Tak więc samo już to wystarczyło, żeby mnie zadowolić. Jak już wiecie cenie sobie duet Holmes i Watson, ale od dziś do grona niesamowitych duetów zaliczam także Myrona i Wina. Różnią się oni oczywiście od wcześniej wymienionych postaci, ale charakteryzuje je równie dobre porozumienie. Oni nie współpracują, oni współistnieją. Dopełniają się nawzajem, a także uzupełniają swoje wypowiedzi. Ich przyjaźń charakteryzuje się poczuciem humoru, a także różnorodnością osobowości. Jedno ciągnie do drugiego, niby tak różni, a tak podobni. Nie muszą się ze sobą we wszystkim zgadzać, inaczej postrzegają świat, inaczej są skonstruowani, jednak współpracują ze sobą jak dobrze naoliwiona maszyna. To w połączeniu z ciekawymi dialogami, humorem i mocnymi ripostami podobało mi się najbardziej w tej powieści.

Co mi się nie podobało? Na pewno okładka. Posiadam wersję kieszonkową i kompletnie nie pasuje mi ona do całości. Powiedziałabym, że ma coś wspólnego z początkiem powieści, jednak nie pasuje mi do reszty. Innych zastrzeżeń nie mam, być może dlatego, że nie znam pozostałych części związanych z detektywem amatorem i jego przyjaciółmi. A szkoda, gdyż w tym momencie odczuwam pewne braki w znajomości tematu.


„Nadzieję od ułudy dzieli cienka linia…” 

O czym jest ta historia (oczywiście prócz morderstwa w tle)? Jest to łańcuszek zdarzeń. Jedno łączy się z drugim i kolejnym, ale o tym dowiadujemy się na końcu. Wcześniej próbujemy połączyć ze sobą znane nam fakty. Szukamy tropów, które na pierwszy rzut oka mogą być dziwne, niepasujące do siebie i mylące. Oczywiście towarzysząc Myronowi jesteśmy świadkami jak łatwo potrafi wplątać się w kłopoty. Igra z niebezpieczeństwem, poszukuje odpowiedzi, obcuje z dziwnymi ludźmi, a wszystko po to by pomóc przyjaciółce, która wplątała się w niezłą aferę. Ta afera ma imię i nazwisko. Jest również nieboszczykiem, który nie był idealnym człowiekiem. Oczywiście chojrak detektyw ma wsparcie swojego przyjaciela, który podobno jest zdolny do… a właśnie podobno lepiej nie wiedzieć. W każdym razie jest to facet, który ma kasę, urok, dowcip, jest niebezpieczny… a i no może pomścić przyjaciela. Postać ciekawa i charakterystyczna. Wydaje się „wyraźniejszy” niż jego kumpel Myron. To takie ludzkie kontrasty.

Podsumowując: książka ciekawa. Nie nudziłam się podczas czytania, a postacie wydały mi się charakterystyczne i niebanalne. Określiłabym ją w dwóch słowach: przyjaźń i zemsta. Możliwe, że gdybym czytała poprzednie części, moje zdanie było by ciut inne. Może postacie zdążyłyby mi się znudzić, a wątki byłyby podobne. Jednak na dzień dzisiejszy oceniam tę lekturę, jako ciekawą. Na pewno jestem zaintrygowana i nadrobię zaległości. Podoba mi się styl autora, gdyż ma w sobie coś, co przyciąga czytelnika. Jednak wszystkim polecam czytanie od części pierwszej, nawet jeżeli wątki nie są ze sobą konkretnie powiązane, to lepiej później ocenić całość. Sama nie wiem jak ja to zrobiłam, że zaczęłam od 6 tomu. Grunt, że książka przypadła mi do gustu!

  „Nie odkładaj na jutro tego, co trzeba zniszczyć dzisiaj.”

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Kiedyś przeczytam
Czytam opasłe tomiska

niedziela, 25 października 2015

Po prostu bądź - Magdalena Witkiewicz


wydawnictwo: Filia
data wydania: 7 października 2015
liczba stron: 336

[…] miłość to uczucie podobne do puszystej i miękkiej pierzynki, którą człowiek okrywa się w chłodne zaśnieżone wieczory. Uczucie, którym człowiek owija się niczym ciepłym szalem. Z drugiej strony miłość jest krucha niczym lód. A po lodzie należy stąpać bardzo ostrożnie. Trochę strachu, euforia szczęścia. Niepokój i zachwyt. Życie.”


Miłość potrafi pochłonąć, fascynować i wzruszać, i to nie tylko ta nasza prywatna. Także ta cudza, czy nawet literacka. Uwielbiam to uczucie, gdy w moje ręce trafia książka, od której nie mogę się oderwać. Taka, która nie wypuści mnie ze swych objęć aż nie pojawi się napis koniec. Czytanie wtedy przypomina stan narkotyczny, trans, hipnozę wszystko razem i osobno. Wystarczy kilka godzin uniesienia, a ja wracam do rzeczywistości z przeczytaną powieścią, załzawionymi oczami i głową pełną obrazów. Takie sytuacje miałam nie jeden raz, a kilka. Szczególnie powtarzają się one w przypadku książek Magdaleny Witkiewicz. Pamiętam, jak czytałam „Pierwszą na liście” sytuacja była identyczna – „od deski do deski” w kilka godzin i nie ważne, że jest już noc. Nikt tak zgrabnie, melodyjnie, subtelnie i zarazem dobitnie nie piszę o trudnych sprawach jak pani Witkiewicz. Nie ważne czy ta sprawa ma być wpleciona w komedię czy też nie. Za każdym razem jest idealnie. Tak też było i teraz… „Po prostu bądź” do teraz siedzi mi w głowie, piszę recenzję, w tle słychać fortepian i skrzypce, a w głowie wyświetla mi się film, klatka po klatce wydarzenia z książki. Podkład muzyczny jest wręcz idealny. Nie tylko relaksuje, wywołuje ciarki, ale i wzrusza.


„Życie jest zbyt krótkie, by przejść przez nie samotnie. Proszę, po prostu bądź.”
Możemy się umówić I zawrzeć pewien pakt On był miłością jej życia, gdy go zabrakło, jej świat runął. Została pustka i jeszcze ktoś… W pobliżu zawsze był przyjaciel. Jego przyjaciel, któremu nie wolno było czuć. Zaopiekował się nią na dobre i na złe. Ktoś do nich dołączył, a on nadal trwał. Pewnie nie taką miłość wymarzyłaś sobie w snach Miłość przychodzi bezszelestnie, nikogo nie uprzedza. Równie cicho odchodzi niezauważona. Lecz może pokochasz mnie Za jakiś czas.
„[…] w życiu nie chodzi o to, by robić to, co wypada. Chodzi o to, by robić to o czym marzysz. Bo jeżeli umiesz marzyć, to jest już połowa sukcesu.”

Zaczęło się więc od marzeń. Od podjętego ryzyka, działania w tajemnicy i odrzucenia. Młodość szybko stała się dorosłością, a rodzinny dom był na odległej planecie niezrozumienia. Młoda, ambitna i silna dziewczyna postawiła wszystko na jedną kartę. Życie jest jedno i czasem trzeba trochę egoistycznie na nie spojrzeć. Oczekiwania oraz to słynne „wypada albo nie” powinno się czasem zamieść pod dywan, albo zamknąć w szafie na strychu i to na klucz. Autorka podarowała nam czytelnikom silną bohaterkę, której los nie oszczędził, zachwiał nią jak huragan samotną sosenką na polanie. Pytanie tylko czy sosenka wytrzyma i czy ktoś jej w tym pomoże?! A jeśli tak to jak na to zareaguje samotne drzewko? Nic więcej zdradzić nie mogę, choć chętnie bym zagłębiła się w szczegóły. Powiem tylko, że Magdalena Witkiewicz doprowadziła mnie do łez. Na jeden moment stałam się bohaterką książki, z pachnącym swetrem w dłoniach. Wizja ta była jak cios w brzuch. Łzy popłynęły… Następnie kibicowałam Poli i najchętniej sama bym jej podpowiadała to i owo jak dobrej przyjaciółce. Książka wywołuje emocje, ma słodko – gorzki smak, ale także dodaje otuchy. 

Autorka swoją opowieść zmieściła w dwunastu rozdziałach podzielonych na dwie części: przedtem i potem. Stworzyła historię, która opowiada o miłości kruchej jak życie. O ironii, jaką zastosował los wobec naszych bohaterów. Czasami marzenia kogoś mogą się spełnić, ale skropione są tragedią i bólem, a smak spełnienia wcale nie przypomina słodkiego. Jest wręcz cierpki. Niby mamy to, czego chcieliśmy, ale i tak jest źle. Ta historia to też oddanie, przyjaźń, smutek i walka z przeciwnościami losu. Nieprzewidywalność kontra rzeczywistość. Życie jest jedno. Jest kruche, nieprzewidywalne i przemija, więc najlepiej chłonąć każdą chwilę. Doceniać to, co mamy i to, co dają nam od siebie inni, nim będzie za późno. Bo dziś mam wszystko, a jutro już nie mam nic. Czy w takim razie należy się aż tak przejmować tym, co wypada, a co nie? A może jednak warto zadbać o własne szczęście i nie przegapić na nie okazji?


„Życie jest za krótkie by, żeby siedzieć w jednym miejscu i tkwić naburmuszonym na cały świat.”


„Po prostu bądź” to kolejna lekcja życia, która wywołuje emocje. Książka dosłownie wciąga. Oczami wyobraźni widzimy wszystkie sceny, a bohaterowie stają się nam bliscy. Autorka jest znana z tego, że wstrząsa czytelnikiem, ale także mobilizuje go i dodaje sił w zmaganiach z codziennością. Jej książki utrzymane są w lekkim tonie, jednak mają mocne przesłanie. Nie mam pojęcia jak Magdalena Witkiewicz to robi, ale jej książki to po prostu magia i literacki cukierek, który jest połączeniem kilku smaków jednocześnie. Myślę, że miłośników powieści tej autorki nie muszę zachęcać do tej lektury, ale tych, co jeszcze nie czytali to kieruję do księgarni lub biblioteki. Piękna okładka i równie piękna zawartość.


„To wszystko jest takie kruche…”

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Polacy nie gęsi
Klucznik

piątek, 23 października 2015

Nie tak łatwo być Czesławem - Jarek Szubrycht, Czesław Mozil


wydawnictwo: Wydawnictwo Otwarte
data wydania: 7 października 2015
liczba stron: 328

„Jestem tu, żeby przypominać, że najważniejsze jest to, żebyśmy się wszyscy kochali.”


„Nie tak łatwo być Czesławem” to książka, którą chciałam mieć, gdy tylko pojawiła się w zapowiedziach. Chciałam i mam, a to oczywiście zasługa mojego męża, który robi mi udane niespodzianki i zasila moją biblioteczkę w nowe nabytki. Biografie/ autobiografie czytam chyba coraz częściej i zaczyna mi się to podobać. Powiem szczerze, że gdyby ktoś kiedyś kazał mi o sobie napisać książkę to bym poległa. Tak czysto hipotetycznie o tym wspominam. Po pierwsze, dlatego że nie miałabym co napisać, a po drugie, kogo by obchodziło moje życie…To tak trochę z przymrużeniem oka. Czas powrócić jednak do sedna tej recenzji. Czesław Mozil to osobowość, którą chciałam poznać bliżej poprzez jego książkę. Znany mi jest oczywiście z programu X Factor, który zrobił z niego osobę medialną. Już wtedy wydał mi się sympatycznym facetem, który ma wyraziste poczucie humoru. Kiedyś nawet słuchałam jego piosenek, które wyróżniały się na tle tych wszystkich dostępnych na co dzień. Sama nie wiem, dlaczego później o nich zapomniałam.
Ludzie czasem patrzą na mnie jak na głupka. „On chyba nie jest zbyt inteligentny, skoro robi tyle błędów gramatycznych. Tak długo już tutaj mieszka, a nie potrafi się dobrze wysłowić po polsku. To na pewno debil”. Mam brzuszek, śmieszny akcent, łysieję, nie przypominam typowego polskiego faceta. Mylę się, przyznaję do błędów. Ale wiecie co? To jest magnes, który przyciąga kobiety. Nigdy nie wstydziłem się być sobą – małym gówniarzem z akordeonem. Dorastałem w Kopenhadze, ale nie czułem się Duńczykiem, nawet przez jeden dzień. Rodzice wychowali mnie na Polaka, tylko tak się akurat złożyło, że mieszkaliśmy w Danii. Dopiero, kiedy przyjechałem do Polski, dowiedziałem się, że chyba nie jestem prawdziwym Polakiem, bo jakoś dziwnie mówię, dziwnie się zachowuję. Są ludzie, którzy samo moje istnienie odbierają jako prowokację. Źle się z tym czują. „Bo niby kim on jest? Artystą? Błaznem? Wytworem mediów?”
Czesław Mozil… Kim jest? Jaki jest? Kobieciarz? Pijak? Dziwak? Projektant mody? Na pewno jest to postać charakterystyczna, oryginał, który nie boi się tworzyć czegoś innego niż cała reszta. Kocha muzykę, łączy go z nią intymna więź, dzięki niej się spełnia. Przez wielu uwielbiany i również przez wielu krytykowany – ale to żadna nowość, bo przecież wszystkim się nie dogodzi. Grunt to znać swoje miejsce w szeregu i robić to, co się kocha. Czego spodziewałam się po tej książce? Na pewno lekkości, pewnego rodzaju intymności i Czesława, którego chciałoby się spotkać w realu. Nie chodzi tu nawet o wyścig po autograf z kawałkiem papieru w ręce, ale o zwyczajną rozmowę na ulicy. Chciałam poznać bliżej osobę, która wydała mi się nietuzinkowa i taką osobę dostałam. A konkretnie to namiastkę przedstawioną słowami. Zauważyłam, że czytelnicy często narzekają na brak zdjęć w tej książce, ja jednak nie zamierzam narzekać. Pewnie, że zdjęcia są urozmaiceniem i lepiej obrazują to, co zawiera tekst, jednak ich brak nie umniejsza w moich oczach wartości książki. Zamiast zdjęć jest bogata szata graficzna, która dodaje luzu i charakteru całej reszcie. Wydaje mi się, że jest to ciekawy pomysł i nadaje całości typowego Czesiowego luzu.


„Dlaczego miałoby mi być przykro, kiedy widzę, jak ktoś upada? To przecież normalne. Ma wstać i zapierdalać. Nie ma drogi na skróty.”

Miło było czytać wspomnienia Czesława słuchając jego piosenek. A jeszcze fajniej, gdy właśnie dowiadywałam się o danej piosence czegoś więcej, kto był w córkach, jak powstawała itp. Utwór „Do Laury” od razu skojarzył mi się z wierszem, który dostałam od mojej cioci, gdy byłam w podstawówce. Pamiętam, że przywiozłam kilka kartek z poezją i tam właśnie był wiersz Czesława Miłosza, potem dopiero skojarzyłam, że przecież Czesław śpiewał Czesława. Odkurzyłam moją pamięć z kurzu i przypomniałam sobie, gdzie są te kartki. Osobiście lubię poezję i to, co zrobił z wierszy Miłosza, Czesław Mozil jest po prostu genialne.

„Nie tak łatwo być Czesławem” autorstwa Czesława Mozila i Jarka Szubrychta to nowa wersja autobiografii bez zdjęć, za to z udaną grafiką. Czesław opisuje w niej swoją młodość, rodzinę, przygody, miłość do muzyki i odkrycie Polski na nowo. Poznajemy kulisy jego sławy. Dowiadujemy się, jakie poglądy ma na różne tematy i z jaką łatwością wzbudza w ludziach oburzenie. Napisanie czegoś o sobie samym w sposób ciekawy, interesujący i tym samym nienapuszony to nie lada wyzwanie. Wydaje mi się, że tutaj autorzy zachowali proporcje w sam raz dla przyjemności czytania. Książka na pewno przyciągnie fanów muzyka, a także tych, którzy chcą dowiedzieć się ile jest tego Cześka w Cześku. Czytając można też odrobić lekcję z dystansu do siebie samego i do codzienności! Przyznam szczerzę, że po lekturze tej książki, lubię tego faceta jeszcze bardziej i mam do niego ogromny szacunek. Cieszę się, że mogłam spędzić kilka wieczorów w „towarzystwie” Czesława i odświeżyć sobie pamięć w kwestii jego piosenek, a są one totalnie twórcze! Tak więc polecam!


„Ja jednak wciąż nic nie kumam.”

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Polacy nie gęsi
Klucznik

środa, 21 października 2015

Afgańska Perła - Nadia Hashimi


wydawnictwo: Kobiece
tłumaczenie: Pianowska Monika
tytuł oryginału: The Pearl That Broke Its Shell
data wydania: 20 października 2015
liczba stron: 480

„Czasem trzeba wyjść z tłumu, przekroczyć granicę. Zdobyć się na odwagę i wyciągnąć ręce po szansę, jeśli się czegoś bardzo pragnie.”

W moje ręce trafiła kolejna niezwykła książka, która przedstawia charakterystyczny obraz kobiety/ kobiet. Chciałabym powiedzieć, że znów mam dla Was bajkę równą tej o Alladynie. Egzotyczną, romantyczną, trzymającą w napięciu, pozostającą w pamięci oraz przepełnioną filozoficznymi myślami. Jednak niestety tym razem jest zupełnie inaczej. Co prawda historia, którą przeczytałam na długo zostanie w mojej pamięci i trzymała mnie w napięciu do samego końca, jednak bajki już nie przypomina. Bliżej jej do koszmaru lub horroru (i to bez zjawisk nadprzyrodzonych). Mowa tutaj o „Afgańskiej perle” autorstwa Nadii Hashimi, która przenosi nas do zupełnie innego świata…
Jest Kabul, 2007 rok. Rahima i jej siostry tylko sporadycznie mogą uczęszczać do szkoły i rzadko wychodzą z domu. Nie mają braci, a ich ojciec jest uzależniony od narkotyków. Jedyną nadzieję pokładają w pradawnym zwyczaju zwanym bacza posz, polegającym na przebieraniu się dziewczynki za chłopca. Rahima udając przedstawiciela płci męskiej, zyskuje taką wolność i swobodę, o jakich przedtem nawet nie śniła. Przechodzi totalną transformację zmieniającą całej jej dotychczasowe życie. Niemal sto lat temu podobnie postąpiła jej przodkini, Shekiba, co pozwoliło jej przenieść się z małej afgańskiej wioski do przepięknego kabulskiego pałacu.
Świata, który jest niezrozumiały…, na który brak słów. Świata, który jest niezwykle bezlitosny i który sprzyja mężczyznom oraz niejednej szurniętej teściowej. Zastanawiam się, co mam na temat tej historii napisać. Czytałam – nie, pochłaniałam! – tę książkę w totalnej ciszy. Tak jak w przypadku poprzedniej książki, podczas czytania w tle sączył się jazz, tak teraz była głucha cisza. Kolejne strony upływały, a ja lawirowałam między historią kobiety z blizną i jej młodziutkiej wersji z przyszłości. Sama już nie wiem, która historia mną bardziej wstrząsnęła. Która mocniej zapierała mi dech i wywoływała ciarki na ciele oraz bunt pulsujący pod skórą. Czytając kipiałam ze złości i zatapiałam się w żalu nad losem kobiet. Jeszcze chwila, a przeistoczyłabym się w jedną nich! Autorka w swojej książce przytoczyła historię Rahimy i jej praprababki Szekiby. Obie marzyły o innym życiu, obie miały równie trudno – mimo, że dzieliła je czasowa otchłań. Obie również zmieniły swoje przeznaczenie, wymagało to jednak wielkiej odwagi, determinacji oraz siły. Połączyły je dwie osobowości drzemiące w jednym ciele – męska i żeńska. Nie obyło się także bez jeszcze jednego wspólnego mianownika między tymi dwiema postaciami – bólu, który musiały wycierpieć, zarówno fizycznego jak i emocjonalnego. Jest to opowieść o trudnym życiu wszystkich kobiet w Afganistanie. Egzystencji, która jest walką z codziennością, z systemem, tradycjami, wojnami i brutalnością. Kobieta jest czymś podrzędnym, ma rodzić synów, być posłuszna, iść na zawołanie do łoża swojego pana i siedzieć cicho. Nieposłuszeństwo jest solidnie karane. Życie utrudniają nie tylko mężowie, ale także pozostałe żony (jeśli takie są, a przeważnie są) albo teściowe, które odpłacają synowym z nawiązką za to, co je same kiedyś spotkało. Nad tym wszystkim czuwa Allah, który jest nie tylko Bogiem, ale i wymówką. Kobiety żyją w ciągłym strachu i w obłudzie, którą przesiąknięte jest powietrze. Czym więc jest przeznaczenie? Jak od niego uciec? Podpalając się i tym samym wyzwalając z piekła? Czy godzić się na wszystko? A może próbować uciec pod groźbą utraty życia? Życia w spokoju nie zagwarantuje nawet imię oznaczające podarunek (dar) – Szekiba.

„To jest właśnie problem z prezentami, mamo. Że się je rozdaje innym.”

Czytając zasmakujemy codzienności dziewczynki w roli chłopca, czyli prawd kilka o wolności w spodniach. Zobaczymy jak to jest być jedną z żoną wojennego watażki. Pozwiedzamy królewski pałac, wejdziemy do haremu, który jest zdradliwy jak dżungla. Pożyjemy z oszpeconą twarzą i wcielimy się w strażniczki. Utoniemy w opowieściach i marzeniach a także mignie nam cień prawdziwej miłości okupionej śmiercią.

„Afgańska perła” to literacki gruby kaliber. To porządna dawka szoku, buntu, rozgoryczenia i współczucia. Niezrozumienie kulturowe to za mało powiedziane. Nie da się ot tak zapomnieć o historii tych kobiet. Książka Nadii Hashimi wstrząsnęła mną do żywego. Jest to obraz Afganistanu i jego spojrzenia na kobiety. Po przeczytaniu tego opasłego tomiska mam wrażenie jakbym obie te kobiety naprawdę spotkała. Mimo tego horroru, które one przeszły, a który ja widziałam oczami wyobraźni, ta książka ma w sobie piękno. Zwariowałam? Nie. Drzemie w niej siła kobiecości, a to samo w sobie jest piękne. Kochane czytelniczki, to książka, którą warto przeczytać!

Kiedyś byłam małą dziewczynką, ale potem przestałam.
Kiedyś byłam bacza posz, ale potem przestałam.
Kiedyś byłam córką, ale potem przestałam.
Kiedyś byłam matką, ale potem przestałam.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam opasłe tomiska
Klucznik

sobota, 17 października 2015

Zwilczona - Adrianna Trzepiota


wydawnictwo: Kobiece
liczba stron: 288
premiera: 22 października 2015

„ Jeśli ktoś podetnie ci skrzydła, leć dalej, jak czarownica na miotle. Jeżeli ktoś ukradnie miotłę, na drzwiach od szopy też się wzniesiesz. Tylko nie bój się i rób swoje!”

Otulona jazzem i pachnąca dźwiękami skrzypiec chłonę bajkę dla dorosłych. Zatapiam się w Mazurskiej baśni o kobietach i dla kobiet. Czytam tysiące mądrości i zaznaczam je karteczkami, których jest już za dużo. Oczami wyobraźni widzę te drzwi od szopy, na których ja sama – będąc małą dziewczynką –się wznosiłam. Jak to jest z tymi skrzydłami? Każde dziecko ma silną wiarę, marzenia oraz co ważne nie ma wewnętrznych blokad. Jest czyste, nieskażone i zatopione w magii. Z czasem to wszystko zanika, przychodzi dorosłość, wiele rzeczy nie przystoi, a odpowiedzialność i wstyd robią z nas wydmuszki. Dzisiaj chcę Wam polecić magiczną opowieść, która mnie totalnie zaskoczyła. „Zwilczona” autorstwa Adrianny Trzepioty to książka, która mnie w jakiś sposób przebudziła.

„Pisarz jest dzieckiem zamkniętym w wyimaginowanym świecie fantazji. Kiedy dziecko się bawi, zachowuje się jak pisarz i tworzy własną rzeczywistość. Człowiek dorosły przestaje się bawić, rezygnuje z tego procesu na rzecz czegoś innego: pracy, obowiązków, domu. Jednak raz zaznanej przyjemności trudno się wyrzec.”
Jaśmina mieszka w malowniczym mazurskim miasteczku, w otoczeniu przepięknych jezior i lasów. Ma cudownego męża i córeczkę. Wydaje się, że nic nie jest w stanie zburzyć jej poukładanego życia. Pewnego dnia wszystko się zmienia, a nad jej życiem zaczynają zbierać się czarne chmury. Grozi jej utrata pracy, a mąż ma wypadek motocyklowy, po którym staje się nieznośnym i apodyktycznym mężczyzną. Wkrótce za sprawą niezwykłych wydarzeń Jaśmina doznaje przebudzenia, które powoli prowadzi ją do odkrycia prawdy o sobie. Kobieta należy do dwóch światów: realnego i magicznego, do którego wstęp może mieć jedynie za pomocą intuicji.
„Można zabić w człowieku duszę, ale nie można pozwolić jej odfrunąć”.

Czytając mogłam wędrować po lasach, dostrzegać elementy przyrody, czuć zapachy, krople deszczu i doświadczać dziwnych zjawisk. W tych odkrywczych wędrówkach towarzyszyłam nie tylko Jaśminie, ale również wilczycy, która była jej wewnętrznym przewodnikiem. Otoczona przyrodą, dostrzegałam piękno codzienności. Opisy tak barwne i pachnące pobudzały do życia struny mojej fantazji, chłonęłam chwile ulotne, magiczne, a czasem abstrakcyjne i szokujące. Dowiadywałam się prawdy o głównej bohaterce, ale także i o sobie samej – co prawda w mniejszym stopniu, ale jednak. O czym jest więc ta opowieść? O dobrym egoizmie. O odrodzeniu własnego ja, o kobiecości i harmonii z samym sobą. Dostrzeganiu chwil ulotnych i szukaniu sensu w małych rzeczach. Jakich? W przyrodzie, porannej kawie, miłości do dziecka czy w marzeniach. Warto poświęcić sobie samemu czas, wniknąć do swojego wnętrza i rozprawić się z przeszkodami. Oczyścić umysł i nie nastawiać się na konsumpcję, wyścig szczurów czy brak akceptacji. Kobieta to odrębna jednostka, może i musi funkcjonować bez partnera, choć łatwiej oczywiście w duecie. Należy dbać o siebie i nie chować się za maską pozorów i kompleksów. Zasmakować wolności i zaakceptować siebie.


„Kobiecość trzeba nieustannie pielęgnować, żeby nie zgasła, żeby nie stała się tylko snem.”

Książka składa się z trzynastu rozdziałów, które zostały wzbogacone w wiersze, dźwięczne metafory czy fragmenty piosenek. Ważną osobistością, która miała wpływ na naszą bohaterkę jest Maria Komornicka. Poetka, buntowniczka, rewolucjonistka. Kobieta, która przeistoczyła się w mężczyznę, do tego stopnia, że kazała sobie wyrwać zęby, żeby jej twarz się zmieniła. Jak widać jest to mieszanina prozy z poezją. Listów, wizji, migawek ze wspomnieniami i codziennością bohaterów. A konkretnie Jaśminy, gdyż reszta jest tłem, który ją charakteryzuje, nadaje jej realizmu i stanowi tło. Autorka w swojej książce porusza niewątpliwie problem egzystencjalny, do tego dołóżmy wątek miłosny. Nie zwyczajny romans, tylko „dyskusję” na temat dobrej i złej miłości. Zdrady i obowiązku. Namiętności i jej braku. Wyzwolenia i zniewolenia emocjonalnego. Jeśli do tego wszystkiego dopiszemy tajemnicę z magią w tle to już będzie mieszanka wybuchowa.


 "Dopiero kiedy wyzwolisz się od zamętu myśli, w odpowiednim świetle zobaczysz swoje życie i z należytą pokora zaczniesz je traktować. Od pesymistycznego gdybania jeszcze nikt świata nie zmienił, a jedynie popadł w głęboką depresję[…]”


„Zwilczona” to książka o kobietach i przeznaczona dla kobiet. Połączenie powieści obyczajowej z nutką filozofii i wątków oderwanych od rzeczywistości. To historia o codzienności ukazana w niecodzienny sposób. To taka bajka dla dorosłych, która ma przypomnieć, co w życiu jest ważne. To harmonia przez duże „H”. Autorka w piękny sposób pokazuje to, co ulotne, za pomocną gry słów, metafor, poezji czy ludzkiej czułości. Maluje obraz kobiecego wnętrza. Czaruje magią rozsypaną na stronicach tej książki. Cenię sobie książki, które w jakiś sposób na mnie wpływają, poruszają wewnętrzne struny i zostają w pamięci – ta właśnie to takich należy. Drogie Panie, pozwólcie przebudzić się wilczycy drzemiącej w waszym wnętrzu! Spójrzcie na świat z innej perspektywy i poukładajcie swoją codzienność. Książka swoją premierę ma 22 października, więc warto odwiedzić księgarnię w poszukiwaniu magii w wilkach zaklętej.


„Człowiek, który nie ma jedności duszy, nigdy nie zazna spokoju. Nie zrealizuje się w życiu, bo cały czas będzie mu czegoś brakowało."

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Klucznik
Polacy nie gęsi

piątek, 16 października 2015

#pobandzie - czyli mini wywiad z Jakubem Winiarskim


„Po bandzie” to pierwszy kompleksowy polski poradnik dla pisarzy początkujących, średniozaawansowanych, a także dla tych, którzy uważają się za zaawansowanych i myślą, że o pisaniu wiedzą już wszystko.

Z książki dowiesz się między innymi:
- jak zacząć i jak doprowadzić swój pisarski projekt do szczęśliwego końca
- jak wykreować fascynujących, niezapomnianych bohaterów
- jak ułożyć fabułę, poprowadzić narrację i zbudować najlepszy możliwy dialog
- jak napisać scenę erotyczną oraz wykreować porywającą intrygę - jak być dowcipniejszym pisarzem i w pełni wykorzystać poczucie humoru, które masz
- jak uniknąć pisarskiego bloku i kontynuować mimo przeciwności
- dlaczego wybór miejsca akcji jest kluczowy i jak tworzyć najlepsze dekoracje
- czy zasada „Pokazuj, nie stwierdzaj” zawsze się sprawdza.

Dodatkowo książka zawiera rozmowy:
- ze specjalistką od prawa autorskiego – żebyś wiedział, jaka umowa jest dla Ciebie najlepsza
- z agentką literacką – żebyś mógł zdecydować, czy warto mieć agenta od razu, czy lepiej poczekać
- z redaktorką wydawnictwa – żebyś wiedział, na czym tak naprawdę polega współpraca z wydawcą i redaktorami.

Książka przedstawia najnowocześniejsze podejście i jest dziełem opartym w dużej mierze na teorii i praktyce Jakuba Winiarskiego, pisarza od kilku lat będącego też najskuteczniejszym polskim nauczycielem „creative writing”, którego uczniowie, jak Marta Zaborowska, Nikodem Pałasz czy Katarzyna Kołczewska zdobywają serca czytelników. Zaproszona do projektu Jolanta Rawska wzbogaciła „Po bandzie” o inny punkt widzenia – wszystko po to, aby każdy mógł wybrać, co dla jego pisania najlepsze.
Dzięki akcji #pobandzie zorganizowanej przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka miałam możliwość zadania 3 pytań autorowi tego poradnika. Odpowiedzi w pełni mnie usatysfakcjonowały. Oto one:

1. Czym kierować się podczas tworzenia postaci? Kierować się obserwacją bliskich osób, czy tworzyć całkowicie fikcyjnych bohaterów? 

Jakub Winiarski: Jeden woli sam wymyślać, drugiemu potrzebne są wzorce czerpane z otoczenia. Reguły „złotej” żadnej nie ma. Doradzam zawsze osobom, które się z takim problemem zgłaszają, żeby się zastanowiły, co im jest wygodniej robić. Obserwować bliźnich i potem na papier pewne cechy przenosić? Czy może wymyślać postać od razu „z głowy”, bez oglądania się na rodzinę, znajomych i sąsiadów? Każdy, kto pisze, po pewnym czasie wie, jak on to lubi i potrafi robić. I każdy musi wypracować swój sposób pracy na postaciami.

2. Jak skutecznie zmotywować się do pisania i nie poddać się zniechęceniu? 

J.W.: Nie ma powodu, żeby motywować się do pisania. Jeśli ktoś nie ma ochoty pisać, niech się nie dręczy. Pisarze piszą, ponieważ nawet jeśli mają problemy z takim czy innym zdaniem, akapitem, dialogiem czy sceną, to jednak, w ostatecznym rachunku, lubią tę robotę. I czują, że powinni to robić. Jeśli ktoś tak nie czuje, dlaczego miałby się zmuszać czy „motywować”? Podobnie ze zniechęceniem. Jeżeli pisanie ma być męką, frustracją, torturą – lepiej sobie darować. Naprawdę, kto ma pisać, ten będzie pisać. A jak ktoś tylko w marzeniach roi sobie, że jest pisarzem, to mu żaden motywator nie pomoże. Oczywiście, zawsze też można schować ulubionego batonika w lodówce i zawrzeć z samym sobą szatański pakt: „Jak napiszę stronę, będę mógł go zjeść”. Słyszałem, że na niektórych to działa. Albo, jeśli ktoś woli „metodę bata”, może sobie powiedzieć: „Jak nie napiszę dziś choćby połowy strony, to sobie palce szufladą przytnę”. Co kto lubi. Co na kogo działa. Finalnie: pisarze piszą. Reszta podziwia i zazdrości, szukając „motywatorów” (i obżerając się batonikami bez wyrzutów pisarskiego sumienia).

3. Gdy już mamy w głowie pomysły na własne dzieło, jak umiejętnie wybrać ten jeden właściwy i go uformować?

J.W.: Martin Seligman, psycholog, wspomina gdzieś, jak wraz z amerykańskimi sztabowcami znalazł się na szkoleniu, na którym prowadzący wojskowy rzucił nagle hasło: „W dwudziestu pięciu słowach przedstawcie swoją filozofię życia. W trzy minuty”. Wszyscy zdębieli. Tylko gen. Rhonda Cornum niespeszona wzięła pióro i zaczęła pisać. Pozostali sztabowcy ani drgęli. No bo jak to tak: filozofia życiowa, taki poważny temat, a tu trzy minuty i dwadzieścia pięć słów tylko? No i wyszło na to, że tylko pani generał wykonała polecenie. Na kartce miała napisane: „Wyznacz priorytety: A, B, C. Odrzuć C. Pracuj nad A i B”. A zatem: określ priorytet. To bym sugerował zrobić najpierw. Natomiast tego, jak pracować na pomysłami, nie da się opowiedzieć w kilku zdaniach. Całe „Po bandzie” jest o tym.

czwartek, 15 października 2015

Diabli nadali - Olga Rudnicka


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 6 października 2015
liczba stron: 448

Połączenie kryminału i humoru tworzy czarną komedię. Jest to literatura, która ma poprawić czytelnikowi samopoczucie i wciągnąć w wir zagadki kryminalnej. Połączenie idealne, szczególnie podczas szarych, deszczowych i jesiennych dni lub wieczorów. Autorką, której takie połączenia wychodzą idealnie jest Olga Rudnicka. Ma ona na swoim koncie już kilka książek, a 6 października zadebiutowała jej kolejna powieść– „Diabli nadali”. Oczywiście nie mogłam sobie odmówić przyjemności z posiadania tego egzemplarza, więc go zakupiłam. A skoro już w moje rączki trafił to i musiałam od razu przeczytać. Co tym razem wymyśliła Olga Rudnicka? Czy ta powieść jest równie dobra jak poprzednie?
Dagmar Różyk zostaje znaleziony martwy w swoim gabinecie w okolicznościach budzących u jednych śmiech, u drugich wstręt, a jeszcze u innych - godną pożałowania radość. Za życia był obiektem pożądania kobiet, nienawiści mężczyzn, oczkiem w głowie prezesa. Motywów zabójstwa jest bez liku, tak samo jak podejrzanych. Monika, jego sekretarka, jako jedyna zna tajemnice szefa i jest zdecydowana za wszelką cenę sama odkryć prawdę. Pomaga jej młody policjant Mateusz Jankowski, który po szkole oficerskiej wylądował na stanowisku stażysty w wydziale kryminalnym prowadzącym śledztwo w tejże sprawie. Jego zwierzchnicy, starzy wyjadacze, niechętnym okiem patrzą na młodego, ambitnego nowicjusza, robią sobie z niego żarty i dają na każdym kroku do zrozumienia, że szkoła szkołą, a życie życiem i wiele mu jeszcze brakuje, by stał się twardym gliną. Z powodu prywatnych kontaktów z Moniką, która jest jedną z głównych podejrzanych, Mateusz zostaje odsunięty od sprawy. Nie wierząc w winę dziewczyny, postanawia działać na własną rękę, ryzykując przyszłą karierę. Poszlaki prowadzą do mieszkania Magdy W., znienawidzonej przez wszystkich zastępczyni Różyka, zwanej przez personel Zdzirą. Zdaniem Moniki to właśnie ona może być zabójczynią, ale najpierw muszą się dowiedzieć, gdzie jest pani wicedyrektor. Ostatnio widziano ją w wieczór poprzedzający śmierć Różyka, gdy odgrażając się i klnąc na czym świat stoi, wybiegła z jego biura.
O czym – prócz zbrodni- jest ta książka? Na pewno o przyjaźni, która rozkwita mimo takich, a nie innych okoliczności. O zasadach moralnych i ich braku. O miłości, którą się utraciło i chęci zemsty na tych, którzy ją uśmiercili. Nie zabraknie miłosnych podbojów, flirtu, ciętego języka i układanki, którą składamy krok po kroku. Autorka w swojej najnowszej powieści teleportuje nas co chwilę z przeszłości do teraźniejszości i odwrotnie. Balansujemy na krawędzi czasoprzestrzeni, dzięki temu możemy połączyć ze sobą fakty. Tym razem akcja powieści rozgrywa się w Poznaniu, a konkretnie w biurowcu, choć zdarzają się scenki, które przenoszą czytelnika na chwilę do innego miejsca. Oczywiście nie może tutaj zabraknąć trupa, który staje się zagadką. A skoro jest zagadka to i dobra zabawa.

Zbrodnia, podejrzani, zagadka, intrygi i diabelnie przystojny szef, który uwodzi nie tylko postacie fikcyjne, ale również czytelniczki. Jest to postać, która przypomina mi Zoltana z „Pryncypium” Melissy Darwood. Dlaczego? Przystojny i to zabójczo. Potrafi być arogancki, a zarazem uwodzicielski. Jest bogaty i jest szefem. Jak widać nie da się nie wzdychać do Dagmara Różyka… Jaka jest, zatem główna bohaterka? Szara myszka, która przeszła pewnego rodzaju metamorfozę i pokazała charakterek oraz ostre pazurki. Nie chce wnikać w szczegóły, warto abyście sami odkryli postacie i ocenili według waszego gustu. Powiem na zachętę tyle, że postacie są barwne, komiczne, a czasami wywołujące wstręt – szczególnie jedna męska glista. To, co mi się podoba w twórczości Olgi Rudnickiej to barwne dialogi (monologi), a także lekkość pióra, która ułatwia czytelnikowi lekturę. Jedyne, co mnie zaskoczyło to zakończenie…powiem szczerze, że poczułam się trochę zawiedziona, gdyż spodziewałam się czegoś innego. Liczyłam na romantyzm, jednak było ciut na wesoło, chociaż może i w tym jest jakiś romantyzm?!

Odpowiadając na ostatnie pytanie ze wstępu… Tak, ta książka jest równie dobra jak poprzednie. Lekka, przyjemna, zabawna i nieskomplikowana. Całość pachnie pożądaniem i komedią pomyłek. Jeśli porównamy poprzednie powieści z tą, to zauważymy jak autorka dojrzała. Niby jej styl pozostał taki sam, a jednak jest bardziej dopracowany. Fani twórczości Olgi Rudnickiej powinni być zadowoleni z jej najnowszej powieści – myślę, że nie muszę tutaj nawet zbytnio zachęcać. Jeśli jednak, ktoś potrzebuje czarnego humoru, a nie czytał książek autorki to polecam gorąco. Nikt o kłopotach na wesoło nie pisze tak dobrze jak Olga Rudnicka!

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam opasłe tomiska
Polacy nie gęsi
Klucznik

poniedziałek, 12 października 2015

Mężczyźni bez kobiet - Haruki Murakami


wydawnictwo: Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA S
tytuł oryginału: Onna no Inai Otokotachi (女のいない男たち)
liczba stron: 320
premiera: 21 października 2015

„Tylko mężczyzna bez kobiety potrafi zrozumieć, jak ciężko, jak boleśnie jest stać się jednym z mężczyzn bez kobiet.”

Z tych słów wynika, że kobiety są dla mężczyzn jak esencja życia. Mogą oni mieć wszystko. Pieniądze, przyjaciół, drogie gadżety, ale jeśli utracą kobietę (tą jedyną) to się gubią. Otacza ich pustka. Panowie tylko udają silnych, odważnych i niezależnych. Jednak tylko dzięki kobietom stają się całością. Nie chodzi tu tylko o żony, kobiety (ogólnie) odgrywają ważną rolę w życiu mężczyzn. Przelotne znajomości, romanse, przyjaźnie, małżeństwa… Płeć piękna wpisana jest w egzystencje mężczyzny i gdy ją tracą z zasięgu rąk, oczu, słuchu i węchu tracą stały grunt, konstrukcja się chwieje a czasem nawet upada. Takie refleksje naszły mnie po kilku opowiadaniach, które napisał Haruki Murakami. Jego najnowsza książka – „Mężczyźni bez kobiet” – pojawi się w księgarniach już 21 października.

„Bardzo łatwo jest zostać mężczyzną bez kobiety. Wystarczy głęboko pokochać jakąś kobietę, a potem wystarczy, żeby ona gdzieś zniknęła.”
„Mężczyźni bez kobiet” to zbiór siedmiu opowiadań o miłości i samotności – nieuchronnej, gdy miłości zabraknie. Każde opowiadanie opisuje historię mężczyzny, w którego życiu nie ma kobiety – jedne odeszły, inne umarły, albo wręcz nigdy się nie pojawiły. Bohaterowie są w różnym wieku, od studentów po ludzi bardzo dojrzałych. Siedem historii o miłości i tajemnicy, ponieważ z miłości i tajemnic zbudowane jest życie.
Tym razem Murakami zabiera nas do świata mężczyzn, ich codzienności, rozumowania i fantazji. Poznajemy ich odczucia – pragnienie kobiety, tęsknota za tym, co nieosiągalne lub utracone. Głównymi bohaterami są oczywiście mężczyźni, jednak to kobiety odgrywają istotną rolę w tych historiach. Nieważne czy młodzi czy starzy – mężczyźni pragną kobiety. Wbrew pozorom te istoty, które potrafią kłamać i manipulować są im przeznaczone i potrzebne do życia. Autor w swoich opowiadaniach przedstawia kobietę, jako dopełnienie mężczyzny. Nie jest to istota idealna, nie zawsze piękna i wierna, jednak zostawiająca ślad w życiu mężczyzny. To dla nich i przez nie faceci są w stanie robić różne rzeczy. To one pobudzają ich wyobraźnię i dają rozkosz. One wypełniają im czas, pomagają, upiększają wspomnienia i rozgrzewają serca.

„Jak się raz zacznie poważnie grać, trudno znaleźć powód, żeby przestać. Choć ciężko jest człowiekowi na duszy, nie da się tej gry zatrzymać, tak długo, dopóki nie przybierze właściwego kształtu. Tak samo jak w muzyce, dopóki nie odnajdzie się właściwego akordu, utwór nie ma właściwego zakończenia…”

Jakiś czas temu czytałam inną książkę tego autora („Sputknik Sweethert”) i powiem szczerze, nie powaliła mnie na kolana. Była zbyt oniryczna, za trudna w odbiorze. Od tamtego momentu nie sięgnęłam po żadną inną powieść autora aż do teraz. Skusiłam się na te opowiadania, ponieważ zaintrygował mnie tytuł i historie, dla których tłem są dźwięki jazzu i Beatlesów. Tym razem Murakami mnie zaskoczył. Znowu, co prawda jego historie bywają surrealistyczne, fantazyjne, humorystyczne i z nutką dystansu, jednak mają w sobie to coś co mnie urzekło. Opowiadań jest siedem, nie wszystkie miały na mnie identyczny wpływ, jedne podobały mi się bardziej, inne mniej. Jednak nutka nostalgii pasuje idealnie do złotej polskiej jesieni, którą mamy za oknem. Co ciekawe opowiadanie „Yesterday” zaskoczy czytelnika (w moim przypadku tak właśnie było). Okazuje się, że główny bohater posługuje się gwarą poznańską (czyli moje klimaty). Ta polskość, na jaką zdecydowała się Anna Zielińska – Elliott ma pokazać czytelnikowi różnicę między bohaterami. Autor w swoich tekstach nawiązuje do różnych dzieł literackich w tym do „Przemiany” Franza Kafki. Nie znam twórczości Kafki jednak po tym, co napisał Murakami na pewno w przyszłości sięgnę po jego powieść. Mowa tutaj o opowiadaniu „Zakochany Samsa”, więc polecam gorąco – jedno z lepszych w tym zbiorze.

„Jeżeli naprawdę chcemy zobaczyć innego człowieka, musimy spojrzeć sobie prosto i głęboko w oczy.”

Podsumowując: lektura warta uwagi. Nostalgiczne rozważania na temat emocjonalnego osierocenia, tęsknoty za tym, co minęło lub się nie zdarzyło. Siedem historii, które mają wspólny łącznik – kobietę. Do tego zmieniającym się tłem jest magia, nostalgia, rzeczywistość wymieszana z fantazją. Całość lekka, barwna i charakterystyczna dla stylu Murakamiego. Po tej lekturze nabrałam ochoty na bliższe poznanie z literaturą najsłynniejszego japońskiego pisarza. Komu poleciłabym najnowszą książkę Murakamiego? Z pewnością miłośnikom tego typu klimatów jak i osobom, które lubią czytać opowiadania.

„Muzyka potrafi przywołać żywe wspomnienia, czasami tak wyraźnie, że aż serce boli.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza SA

Książka bierze udział w wyzwaniu:

sobota, 10 października 2015

Wizyta na Poznańskim Festiwalu Kryminału GRANDA


Jest już co prawda późno i dokucza mi upiorny ból głowy, ale słów kilka o Poznańskim Festiwalu Kryminału Granda napisać wypada, a nawet trzeba. Trwa on od 09 – 11 października i składa się z kilku stacji sensacji rozsianych w różnych miejscach Poznania. Mój plan działania na dziś był prosty…

Najpierw obrałam kurs na Bibliotekę Raczyńskich, gdzie odbywało się spotkanie autorskie z Olgą Rudnicką. Należy ona do grona moich ulubionych autorów/autorek a poza tym mieszka w tym samym mieście co ja. Spotkanie prowadziła Ania z bloga soy-como-el-viento.blogspot.com i wypadło one świetnie. Było kameralnie i wesoło. Przyjemna i luźna atmosfera pozwoliła poznać wszystkim bliżej młodą i utalentowaną autorkę, której książki poprawiają humor wielu czytelnikom. Sama autorka jest bardzo ciepłą i zabawną osobą, więc nie dziwie się, że jej książki są tak żywiołowe i wesołe. Oczywiście nie obyło się bez zdjęć i autografów ! :) Jedyne do czego mogę się doczepić to oświetlenie, które miało niekorzystny wpływ na jakość zdjęć.


W następnej kolejności wybrałam się na Stary Dworzec PKP, gdzie miało odbyć się spotkanie z innymi autorami. Tutaj również było kameralnie, choć na początku można było odczuć wrażenie pustki, jednak po chwili (zaklimatyzowaniu się) ono minęło. Tutaj miałam okazję poznać osobiście Remigiusza Mroza (skosztować pysznego torcika od autora) jak i Katarzynę Bondę, która okazała się super sympatyczną kobietką. Nie zabrakło również kilku stoisk na których piętrzyły się książki, które można było zakupić. Miło było posłuchać tego co mają do powiedzenia autorzy.




Remigiusz Mróz po podpisaniu książki częstował dodatkowo pysznym tortem :)
Niezwykłe spotkanie z Katarzyną Bondą

A na koniec Mariusz Czubaj, Remigiusz Mróz oraz Marcin Wroński
opowiadali o swojej pracy oraz stworzonych przez siebie bohaterach
Wróciłam do domu późno, jednak ten dzień zaliczam do bardzo udanych. Wszyscy autorzy okazali się naprawdę świetni i przyjemni, a zdjęcia i autografy będą idealna pamiątką po tym spotkaniu. Coś czuje, że moja przygoda z kryminałami rozpocznie się na dobre. Już nie mogę się doczekać, kiedy na spokojnie zaczytam się w „Kasacji” i „Okularniku”. To dopiero pierwsza edycja Grandy, mam nadzieję, że za rok będzie następna.

wtorek, 6 października 2015

Mademoiselle Chanel - Christopher W. Gortner


wydawnictwo: Między Słowami
tłumaczenie: Maria Zawadzka
liczba stron: 588
premiera: 7 października 2015

„Moje życie mi nie odpowiadało, więc sama je sobie stworzyłam”.

Jedno zdanie, z którego można wyczytać siłę, determinację i odwagę. Odwagę by stawić czoło przeciwnościom, siłę by podnosić się po upadku, a determinację, żeby walczyć o marzenia. Taka była znana w świecie mody Coco Chanel. Jest to postać kontrowersyjna, tajemnicza, eteryczna, pełna wdzięku i niepowtarzalna. Kobieta, która zapisała się na kartkach historii swoimi wygodnymi kreacjami i zapachem niezapomnianych perfum – No. 5. „Mademoiselle Chanel” autorstwa C.W. Gortnera to biografia zapisana w formie powieści. Narratorką zaś jest sama Coco Chanel, która opowie nam swoją historię. Gdy tylko ujrzałam tę książkę wiedziałam, że muszę ją mieć. Intuicja? Nos książkoholika? A może elegancka okładka i możliwość poznania ciekawej osobowości? Sama nie wiem, co mnie podkusiło, aby ją przeczytać. Jedno jest pewne – było warto.

„Lepiej zostać zauważonym niż zignorowanym.”


Coco Chanel
Widzę odwieczny konflikt między skromną dziewczyną, którą kiedyś byłam, a legendą, którą celowo wykreowałam, żeby nikt nie mógł zajrzeć w moje serce. W tej opowieści postaram się w miarę możliwości trzymać prawdy, choć mity i plotki spowijają mnie w nie mniejszym stopniu niż moje słynne krepdeszyny i tweedy. Postaram się pamiętać o tym, że mimo wszystkich swoich triumfów, mimo wszystkich błędów, które popełniłam – wciąż jestem tylko kobietą… Kim naprawdę była Coco Chanel? Wielką wizjonerką, niemieckim szpiegiem, namiętną dziewczyną poszukującą uczucia? Teraz nareszcie może opowiedzieć własną historię. Z powieści Mademoiselle Chanel wyłania się obraz kobiety pełnej pasji, wdzięku i uroku, której sława i fortuna nie uchroniły przed złamanym sercem.


„Prostota […] to prawdziwa elegancja. Kobieta jest najbliżej nagości kiedy jest dobrze ubrana. Strój powinien jej tylko towarzyszyć, zwracać uwagę w drugiej kolejności.”

Nie interesuje mnie moda. Nigdy nie śledziłam jakoś szczególnie panujących obecnie trendów. Nigdy też nie wnikałam w życiorysy słynnych projektantów, choć gdzieś tam przelotnie natknęłam się właśnie na Coco Chanel. Jednak tym razem zrobiłam wyjątek i dzięki temu poszerzyłam swoją wiedzę, a przy tym spędziłam bardzo miło czas. Jestem bardzo zaskoczona faktem, że biografia – których zazwyczaj nie czytam – tak mnie zaintrygowała i wciągnęła. Pomysł, aby to właśnie Coco Chanel opowiedziała czytelnikowi swoją historię był po prostu genialny. Wprowadza to swojego rodzaju intymność między czytelnikiem, a narratorką. Czytając mamy lepszy i przyjemniejszy odbiór tej historii.

Coco Chanel
 „Ubrania są po to, by je noszono, a potem wyrzucano. Nie można chronić czegoś, co jest już martwe”.

A jaka to historia? Na pewno wzruszająca, pełna emocji, różnych odcieni życia codziennego charakterystycznego dla tamtego okresu. Towarzyszymy słynnej projektantce od dzieciństwa, które okazało się trudne szare i samotne. Walka od najmłodszych lat, pachnąca samotnością, lękiem i odpowiedzialnością za siostry. Widzimy jak Gabrielle dorasta i walczy o swoją przyszłość. Jak przekształca się z wystraszonej dziewczynki w Coco, która nie tylko podbije świat mody, ale także serca wielu mężczyzn. Życie jej nie oszczędza, a piętno z dzieciństwa towarzyszy jej przez cały czas w dorosłym życiu. Mimo trudności, jakie rzucał jej pod nogi los, ta silna kobieta zdobyła swój majątek pracą własnych rak i determinacją. Jeden z jej kochanków powiedział jej kiedyś coś bardzo mądrego: „To, czego nie zdobywamy sami […] nigdy w pełni nie należy do nas. Zawsze może nam zostać odebrane. Ale nawet jeśli stracimy wszystko na co pracowaliśmy, to osiągnięcie pozostanie nasze już na zawsze.”

Była ambitna i zrewolucjonizowała modę. Odważne kroje i projekty podbijały serca klientek i to nie tylko Francuskich. Coco skrywała się pod pancerzem, który miał chronić jej prawdziwe wnętrze. Przyjaźniła się z ludźmi wpływowymi, artystami, książętami, homoseksualistami, a nawet narkomanami. Kochała i była kochana. Miała kochanków i niełatwy charakter. Jest to postać niezwykle ciekawa, barwna i inspirująca. Silna osobowość, która szła przez życie z podniesioną głową, nawet jeśli serce łopotało z nerwów, a krew w żyłach krążyła jak szalona. Jest to kobieta, którą chętnie bym poznała. Eteryczna osóbka, której nikt nie zastąpi i o której nie da się zapomnieć. Oddana swoim przyjaciołom i pracowni, w której tworzyła prostotę, która miała wyzwalać kobiety i je zdobić, a nie przytłaczać. Coco Chanel zabiera nas w podróż po Paryżu i nie tylko. Czytając zasmakujemy bogactwa, przepychu, strachu, biedy i smutku. Oprócz tego dowiemy się jak powstały słynne perfumy – No.5. Dlaczego taki znak firmowy, a nie inny. Kogo kochała i z kim się przyjaźniła. A także, co robiła podczas wojny i jaki miała ona na nią wpływ. Skarbnica wiedzy, plotek i mitów. To legenda, nad którą unosi się dym z papierosów i zapach perfum. Książka C.W. Gortnera to nie zwyczajna biografia, zbiór suchych faktów i przypuszczeń… To poruszająca powieść biograficzna, która zabierze nas do świata słynnej Coco Chanel. To bilet do przeszłości, po której oprowadza kontrowersyjna, łamiąca zasady ikona mody. Autor dzięki swojej książce chce czytelnikom przybliżyć postać tej niesamowitej kobiety. Myślę, że udało mu się to rewelacyjnie. Wstęp i zakończenie, a do tego pięć aktów, które opisują życie francuskiej chłopczycy. Całość jest lekka, przyjemna i co ważne – nie jest nudna. Jeżeli więc chcecie poznać bliżej Coco Chanel i spędzić przyjemnie czas przy dobrej lekturze to polecam gorąco.


„Jeżeli urodziłaś się bez skrzydeł, pozwól im swobodnie rosnąć”.

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania tej wspaniałej książki

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Klucznik
Czytam opasłe tomiska

niedziela, 4 października 2015

Opactwo świętego grzechu - Sue Monk Kidd


wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
tłumaczenie: Andrzej Szulc
tytuł oryginału: The Mermaid Chair
premiera : 8 października 2015

„Kiedy człowiek się zakochuje , dzieje się to poza jego wolą. Serce robi to, co robi. Cieszy się autonomią niczym wolny kraj.”

Sue Monk Kidd potrafi czarować, uwodzić czytelnika i przenosić go do innej rzeczywistości. Udowodniła to pisząc „Sekretne życie pszczół”. Do dziś słyszę w uszach melodię wygrywaną przez malutkie skrzydełka żółciutkich miodnych przyjaciół. Widzę tamtą historię i gdzieś tam w środku robi mi się ciepło. Po wspomnianej przed chwilą lekturze byłam zauroczona, dlatego też zależało mi, aby przeczytać kolejną książkę autorki - „Opactwo świętego grzechu”. Mam słabość do okładki, ma w sobie coś chłodnego, tajemniczego, ulotnego i zakazanego. Ma w sobie intymność i pasuje idealnie do treści.
Przeżywająca kryzys wieku średniego, znudzona dotychczasowym życiem i kochającym mężem Jessie Sullivan powraca na wyspę swego dzieciństwa, żeby zaopiekować się matką, która uległa niecodziennemu wypadkowi. Ta podróż w przeszłość stanie się dla bohaterki sposobem na oswojenie demonów z dzieciństwa, pogodzenie się z owianą tajemnicą, tragiczną śmiercią ojca i odnalezienie siebie. Jessie odkryje uśpiony w sobie talent malarski i da się porwać uczuciu, rodem z Ptaków ciernistych krzewów. Czy po powrocie jej małżeństwo z ustatkowanym, kochającym Hughem będzie miało nadal sens? Czy Jessie będzie umiała wrócić do dawnego życia?
„Wszyscy zawodzimy się wzajemnie…”

O czym tym razem napisała Sue Monk Kidd? Niewątpliwie o odnalezieniu własnej drogi. Siebie. Swojego ja. Pogodzeniu się z przeszłością, z prawdziwą historią i z własnymi pragnieniami. Ta historia ma wiele ścieżek, jednak najważniejszą jest spokój ducha. Bywają dni, kiedy czujemy, że coś jest nie tak. Coś nas gnębi, coś uwiera, smuci i szarpie nami jak łódką na morzu podczas sztormu. Niby wszystko jest ok, a jednak coś jest nie tak. Nie jesteśmy w pełni szczęśliwi, a to nas zatruwa. Może nie wszyscy tak mają (i to dobrze) jednak główna bohaterka tej książki coś takiego odczuwała. Ogarnęło ją zmęczenie codziennością, pustka, szarość i zniechęcenie. Wypaliło się to, co było kiedyś. Stała się skorupką pustą w środku. Okoliczności sprawiły, że wyrwała się z rutyny, stawiła czoło przeciwnością, trudnej zagadce, prawdzie i pożądaniu. Zaryzykowała wszystko, aby zakosztować wolności. Człowiek potrafi skrywać przez wiele lat emocje, myśli, ból i strach. Bywa też tak, że tama pęka i jest on bezradny. Szuka ucieczki, drogi, ścieżki prowadzącej do spełnienia. Gdzie jest nasze miejsce? Co jest zgodne z naszym wnętrzem? Jak odnaleźć siebie? Jak odkryć na nowo radość i to co się utraciło? Jak zakosztować radości z otaczającej nas prostoty i codzienności? Ile można poświęcić, aby zyskać coś – siebie? Czasami wyprawa do przeszłości i „szaleństwo chwili” pozwala nam się narodzić na nowo. Dostrzec to, co niezbędne jest nam do życia. Przeobrazić się w wolnego motyla. Przeżyć metamorfozę i o tym również jest ta pozycja. O metamorfozie. Oczywiście nie zabraknie tutaj porywu serca, rozterek, rodzinnych tajemnic i tasaków w roli głównej. Zahaczymy również o zakazaną miłość, skazaną na potępienie i to podwójne. Wszystko to dzieje się na małej wysepce, wśród zakonników, przyjaciół rodziny i psa legendy.


„Wybaczenie jest o wiele trudniejsze od skruchy”.

Skąd pomysł na taką historię? Autorkę zainspirowała przyjaciółka, która opowiedziała jej o swojej wizycie w Anglii i o pewnym „syrenim tronie”. Do tego wszystkiego doszła ciekawość opowieści o Senarze, której legenda zaintrygowała autorkę i to na tyle, że stworzyła ona swoją własną legendę(w oparciu na prawdziwej legendzie), historię oraz tron, który jest podłożem tej całej opowieści. Pomysł na taką historię narodził się w głowie autorki w 2001 roku. Fabuła tej książki utkana jest z faktów, mitów i wyobraźni autorki. Wyspa Egret Island tak naprawdę nie istnieje, stworzyła ją autorka na podstawie kolorowych wysp leżących wzdłuż wybrzeża Karoliny Południowej.

„Tym, co pokochałam w nim najbardziej, było moje własne odrodzenie, to, że dzięki niemu odzyskałam siebie”.

Książka została zekranizowana pod tytułem „Tron syreny”, z Kim Basinger w roli głównej. Nie miałam okazji oglądać, jednak na pewno to nadrobię i porównam z powieścią. Jakie mam zdanie na temat samej powieści? Prawdę mówiąc po lekturze czuje pewien niedosyt – mam mieszane uczucia. Zabrakło mi w tej opowieści czegoś, co mną zawładnie, porwie i wniknie do mojej wyobraźni w stu procentach. Przez większą część lektury coś mi w niej brakowało, a już szczególnie emocji, nostalgii i prawdziwości. Sama nie wiem jak to określić… To, czego brakowało mi tutaj, znalazłam w „Sekretnym życiu pszczół”. Nie mogłam się w pełni odnaleźć w rzeczywistości wykreowanej przez autorkę, czułam się obca i nieprzekonana. Legenda Senary do mnie nie przemówiła, miłość kochanków nie wywołała dreszczyku emocji i pożądania, a najbardziej spodobało mi się to, co działo się pod sam koniec. To tam znalazłam te brakujące emocje i rozwiązanie zagadki. To wtedy główna bohaterka podejmuje życiową decyzję i przestaje żyć w próżni. Podobno „Opactwo świętego grzechu” to także głos autorki w sprawie eutanazji… Myślę, że tak faktycznie jest. Ciekawe, kontrowersyjne i odważne zdanie. Ta książka to Bóg kontra miłość. Bóg kontra człowiek. Jak również człowiek kontra człowiek.

Podsumowując: jest to historia o poszukiwaniu własnej drogi w odmętach życia. To opowieść, która zawiera lepsze i gorsze fragmenty. Jednak między tą pozycją, a „Sekretnym życiem pszczół” jest duży kontrast.

„Myślę, że każdy początek musi zawierać w sobie swoje zakończenie”.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Klucznik