czwartek, 31 grudnia 2015

Nie pozwól mi odejść - Catherine Ryan-Hyde


wydawnictwo: Jaguar
tłumaczenie: Małgorzata Żbikowska
tytuł oryginału: Don't Let Me Go
data wydania: 10 września 2014
liczba stron: 344

„Ludzie, którzy mają najmniej do dania, dają najwięcej.”

Rok 2015 upływa coraz szybciej. Z każdą godziną, minutą i sekundą robi się coraz szczuplejszy, by wraz z wybiciem północy pożegnać nas nieodwracalnie. Oczywiście zawsze możemy się do niego w jakiś sposób cofnąć, jednak to będzie coś takiego jak fikcja literacka. Może zawierać prawdę, ale w większości jest nienamacalna. Jednak ma swój urok i melancholię. Już niedługo nowy etap w życiu każdego z nas, książka, którą napiszemy sami. Ja ten mijający rok postanowiłam zakończyć dwiema książkami z wyzwania ”Kiedyś przeczytam” a ponad to propozycjami, które są „stare”, gdyż odczekały swoje na moich półkach. Jest jeszcze coś, co łączy obie te historie – choć dzieli je wszystko inne- w jednym i drugim przypadku akcja toczy się w Los Angeles (coś mnie to miasto prześladuje). Wczoraj kryminał w stylu retro, dziś niesamowita książka o przyjaźni, pokonywaniu własnych słabości i dziewczynce, która zmieniła życie kilku osób. „Nie pozwól mi odejść” autorstwa Catherine Ryan Hyde to propozycja, o której postaram się napisać kilka słów.
Billy Shane, niegdyś obiecujący tancerz z Broadwayu, cierpi na agorafobię. Zamknięty w bezpiecznych czterech ścianach, życie i ludzi obserwuje przez okno. I choć zna swoich sąsiadów – piękną manikiurzystkę Rayleen, samotną panią Hinman, byłą narkomankę Eileen i jej dziewięcioletnią córkę Grace, większość z nich nigdy nie widziała go na oczy… Gdy małą Grace zaczyna, godzinami przesiadywać na schodkach pod domem, Billy jest zirytowany zmianą w naturalnym porządku rzeczy. Mężczyzna zbiera się na odwagę i opuszcza swe schronienie, by zapytać dziewczynkę, co robi sama kilka metrów od jego patio. - Jeśli będę siedzieć w środku, nikt nie zauważy, że mam kłopoty. I nikt mi nie pomoże – wyjaśnia Grace.
Miałam już okazję czytać książkę Catherine Ryan Hyde, a był to „Dzień, który zmienił wszystko”. Książka, która pochłonęła mnie nawet podczas silnej migreny. Wzruszyła mnie do łez i pokazała ludzkie oblicze. Po przeczytaniu opisu książki, który zamieściłam powyżej, wiedziałam, że i ta lektura przypadnie mi do gustu. Pamiętając moje czytelnicze doznania związane z poprzednim tytułem, czułam, że jest to idealna książka na zakończenie tego roku. Nie pomyliłam się. Od samego początku, wiedziałam, że jest to strzał w dziesiątkę.

„Nadmierna pewność siebie to cudowna cecha młodości…”

Chłopak, który stracił samego siebie, pokonany przez chorobę, jaką jest agorafobia, został samotnikiem odciętym od świata. Czym tak naprawdę jest agorafobia? Jest to irracjonalny lęk przed przebywaniem na otwartej przestrzeni, wyjściem z domu, wejściem do sklepu, tłumem, miejscami publicznymi, samotnym podróżowaniem, wywołany obawą przed napadem paniki i brakiem pomocy. Tak więc jest to wróg, który odbiera człowiekowi cząstkę jego samego. Taka przypadłość przydarzyła się jednemu z głównych bohaterów. Za to małej Grace, przydarzyła się matka narkomanka i bezradność. Spotkało ją również coś dobrego – a mianowicie kilku wspaniałych sąsiadów, którzy z obcych ludzi przeistoczyli się w przyjaciół a największym z nich okazał się właśnie Billy, chłopak z agorafobią. Co połączyło tych dwoje? Jak odmieniło się życie tych dwojga oraz całej reszty mieszkańców, niezamożnej kamienicy w Los Angeles? Tego niestety nie zdradzę. Zapewniam jednak, że jest to zaskakujące zjawisko… to jak niewinne dziecko może scalić i odmienić dorosłych ludzi. Zapewniam Was jednak, że Grace jest wręcz niesamowita. Jest to dziecko, którego nie da się nie lubić. Postać, która jest sercem i płucami tej powieści. To ogniwo łączące całą resztę.

„Czasami trzeba nazwać gówniarza gówniarzem, nieważne, na czym siedzi.”

„Nie pozwól mi odejść” to książka o trudnej tematyce, z bohaterami, którzy borykają się z własnymi problemami i zamykają się w swoich mieszkankach. Tak naprawdę są dorośli, a boją się czegoś innego. Ogarnia ich samotność, która wnika do ich serc. Jednak jest to też opowieść o rzadko spotykanej przyjaźni, otwartości, zainteresowaniu i szukaniu sposobów na uratowaniu sytuacji bez pomocy oziębłych kruczków prawnych. To historia dziewczynki potrzebującej pomocy i dorosłych, którzy również jej potrzebują. W momencie, gdy w ich życiu pojawia się Grace wszystko się stopniowo zmienia… Jest to książka, która mimo wszystko ma w sobie dużą dawkę optymizmu, i myślę, że pasuje w sam raz na zakończenie jednego etapu i rozpoczęcie nowego. To dowód na to, że dobro wraca podwójnie. Człowiek potrzeby jest człowiekowi. A serce i przyjaźń to nie tylko słowa i przestarzałe relikty. To pełna ciepła opowieść, która potrafi wciągnąć czytelnika do samego końca. Bohaterowie nagle stają się waszymi sąsiadami. Tej historii się nie czyta, nią się żyje. Poruszająca, wzruszająca i posiadająca ukrytą prawdę…

„Czasem, by pomóc sobie, musimy pomóc innym…”

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Kiedyś przeczytam

Życzę wszystkim szczęśliwego Nowego Roku, udanej zabawy sylwestrowej i wielu ciekawych pozycji do przeczytania w tych nowych 365 dniach :)

środa, 30 grudnia 2015

Siostrzyczka - Raymond Chandler



cykl: Philip Marlowe (tom 5) | seria: Klasyka Kryminału
wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
tłumaczenie: Dorota Pomadowska
tytuł oryginału: The Little Sister
data wydania: 14 czerwca 2010
liczba stron: 238

„Strach o dzień dzisiejszy – rzekł- zawsze przewyższa strach o jutro.”

Dawno już nie sięgałam po znaną mi doskonale Klasykę Kryminału… nadszedł jednak czas, aby przenieść się w tamte klimaty. Mam słabość do prywatnych detektywów, do otaczającego ich „niechlujstwa”, częstego naginania reguł, dedukcji i specyficznego klimatu ich biur. Do ich zagadkowych charakterów i uroku osobistego, który może być odbierany na różne sposoby. Tym razem mój wybór padł na „Siostrzyczkę” Raymonda Chandlera, książkę, która ma w sobie wszystko to, co uwielbiam w starych kryminałach i nie tylko.
Współczucie nie jest najlepszym doradcą, o czym przekonuje się prywatny detektyw Philip Marlowe. Gdy za śmieszną kwotę 20 dolarów zgadza się pomóc dziewczynie, która wynajmuje go, by odnalazł jej zaginionego brata, sam wpada w nie lada tarapaty. Niespodziewanie Marlowe zostaje wciągnięty w świat intryg wschodzącej gwiazdy kina, jej brata szantażysty, dwulicowych agentów, luksusowych prostytutek i przekupnych szefów wytwórni filmowych. W miarę rozwoju akcji Hollywood traci swój blask, napięcie rośnie, a trup ściele się gęsto.
Jak się zapewne domyślacie początek jest przewidywalny i zaczyna się standardowo. Klientka wynajmuje prywatnego detektywa, by coś dla niej zrobił. W tym wypadku ma on odnaleźć jej zaginionego brata. Zlecenie i podane fakty na pierwszy rzut oka nie są jakieś mega intrygujące, jednak sama postać klientki owszem. Tajemnicza, skromna, biedna i nietolerująca alkoholu. Podporządkowana mamusi, grzeczna kobietka, która przyjechała żeby odnaleźć brata. Sytuacja jest jeszcze bardziej dziwna – tajemnicza – śmieszna, gdy nie chce ona podać swojego adresu i najpierw dzwoni z butki telefonicznej, a dopiero później zjawia się w biurze. Marlowe podejmuje się wyzwania, jakim jest odnalezienie niejakiego Orrina, przez co dość często natrafia na trupy i sam popada w tarapaty. Otoczony nie tylko zimnymi nieboszczykami, ale również intrygującymi kobietami (każda zupełnie inna) brnie w tę sprawę dalej. Skoro już powiedziało się A to trzeba powiedzieć B. I to nie zależnie od zarobionej kwoty, zmęczenia czy zbliżającego się szaleństwa. Dokąd prowadzą tropy? Kto tak naprawdę morduje i dlaczego? Kto co ma do ukrycia? Z każdą chwilą sytuacja komplikuje się coraz bardziej. Coraz więcej elementów układa się w jedną całość, a Hollywood nie jest aż takie czarujące jak się wydaje. Pieniądze, seks, podejrzane typy, szantaże oraz szpikulce do lodu, które zabijają i to dobitnie.

To, co mnie urzekło w tej powieści to postać samego detektywa oraz narracja pierwszoosobowa. Jest to facet, który potrafi gadać z przedmiotami, być dowcipny, zgorzkniały i na swój sposób czarujący. Typ, który ma w sobie coś nie mając tak naprawdę za wiele. Ogólnie facet chaos, którego nie da się nie lubić. Samotny, w obskurnym biurze, zarabiający raczej skromnie. Są to atuty, które mnie przyciągnęły, a raczej wciągnęły. Podobają mi się również postacie kobiece, które tak naprawdę mają dwa oblicza. Nie są całkiem przejrzyste i są z czytelnikiem aż do samego końca. Jeśli chodzi o samą fabułę, zagadkę, śledztwo i klimat to wszystkie te elementy są ze sobą idealnie połączone. Autor potrafi stworzyć napięcie, powietrze staje się ciężkie, a zagadka nie jest wcale taka prosta jak może się wydawać.

„Powiedzenie, że na widok jej twarzy zegar stanąłby jak wryty, byłoby dla niej zniewagą. Nawet galopujący koń stanąłby jak wryty.”

Raymond Thornton Chandler urodził się w 1888 roku w Chicago, ale w dzieciństwie wyemigrował z matką do Anglii. Do stanów powrócił dopiero w 1912 roku i osiadł w Los Angeles – mieście, które z ogromną maestrią odmalował w swoich powieściach. Jako pisarz zadebiutował w 1933 roku na łamach magazynu „Black Mask” opowiadaniem „Szantażyści nie strzelają”. W 1939 napisał „Głęboki sen”, w którym powołał do życia prywatnego detektywa Philipa Marlowe’a. Następnie powstały m.in. „Żegnaj laleczko”, „Wysokie okno”, „Tajemnica jeziora”, „Siostrzyczka” oraz – przyjęte owacyjnie przez krytykę- „Długie pożegnanie”. Ostatniej powieści „Tajemnice Poodle Springs” Chandler nie zdążył dokończyć. Zrobił to za niego Robert B. Parker, w 1989 roku, w czterdziestą rocznicę powstania rękopisu. Chandler zmarł w 1959 roku.

„Siostrzyczka” to jedna z kilku powieści tego autora i pierwsza, jaką miałam okazję przeczytać. Jednak postać tego detektywa tak mnie urzekła, że już planuję zakup kolejnych książek Raymonda Chandlera. Jeśli lubicie książki, które mają ciekawy klimat i akcję, a do tego lubicie prywatnych detektywów to powinna się Wam spodobać. Jednak moją propozycję kieruję do osób, które lubią kryminały w starym stylu, które potrafią delektować się tą atmosferą. Czytając tego typu książki należy pamiętać o tym, kiedy zostały one napisane i pozwolić się wciągnąć w wir wydarzeń. Ja tak zrobiłam i jestem zachwycona. Spędziłam kilka wieczorów w towarzystwie detektywa Philipa Marlowe’a, delektowałam się tym, co zaoferował mi autor i nie jeden raz się uśmiałam. Macie ochotę na coś w stylu retro? Jeśli tak to polecam!

„Gdyby emocje związane z uczuciem napięcia i zagrożenia nie wygrały z rozumem, nie byłoby prawdziwego dramatu.”

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Kiedyś przeczytam

wtorek, 29 grudnia 2015

Jak wyglądać olśniewająco - Andrea Pomerantz Lustig


tłumaczenie: Emilia Niedzieska
tytuł oryginału: How to Look Expensive: A Beauty Editor's Secrets to Getting Gorgeous without Breaking the Bank
data wydania: 14 grudnia 2015
liczba stron: 224

„[…] kiedy czujesz się jak milion dolarów, to będziesz wyglądać jak milion dolarów.”

Dzisiaj przychodzę do Was z bardzo interesującym poradnikiem. Tym bardziej, że za chwilę sylwester a zaraz po nim wkraczamy w Nowy Rok, który zapewne ubierzemy w ambitne postanowienia. Powiedzcie mi, która kobieta nie chce wyglądać jak milion dolarów i tak też się czuć? Chyba żadna. Zarówno podczas ostatniej – szampańskiej – nocy tego roku jak i na co dzień w tym nowym. Dlatego postanowiłam, że propozycję z wydawnictwa Kobiecego zamieszczę akurat dzisiaj. Jeśli chodzi Wam po głowie postanowienie, że od pierwszego (no może drugiego) stycznia chcecie bardziej o siebie zadbać, to jest to książka w sam raz dla Was moje kochane kobietki. A i ja znalazłam kilka cennych porad, które na pewno wykorzystam.
Autorką książki jest redaktorka działu urody "Glamour", która dzięki wieloletniemu doświadczeniu w branży poznała mnóstwo trików urodowych oraz sekrety nienagannego wyglądu gwiazd. Teraz dzieli się swoją wiedzą z czytelniczkami na całym świecie, pokazując im w jaki sposób eksponować swoje atuty, aby stworzyć wizerunek eleganckiej, stylowej i pięknej kobiety. Fenomenalny poradnik pełen praktycznych porad i sekretów najsłynniejszych wizażystów świata, dzięki któremu każda kobieta stworzy swój niepowtarzalny styl, i to bez konieczności wydawania fortuny.
Po takim opisie trudno być niezainteresowanym tą lekturą, prawda? Szczególnie, jeśli nie trzeba wydawać fortuny, aby czuć się i wyglądać doskonale. Gdy tylko kurier dostarczył przesyłkę, pozbyłam się niepotrzebnych folii i od razu zagłębiłam się w treść. Byłam ciekawa, czym zaskoczy mnie autorka i czego tak naprawdę się dowiem. Obecnie nie czuję się jak wspomniane milion dolarów, a skoro tak się nie czuję to chyba tak nie wyglądam, więc kilka trików mnie zainteresowało. W tej książce podoba mi się okładka jest kobieca, przejrzysta i zachęcająca.

Książka została napisana językiem lekkim, czytelnym i niekiedy zabarwionym szczyptą humoru i ironii. Czyta się ją więc z czystą przyjemnością. Porady zostały wzbogacone o przykładowe fotografie gwiazd czy też o szkice, które mają nam zobrazować, o co konkretnie chodzi. Na stronicach tej książki znajdziecie również porady „fachowców”, którzy zajmują się gwiazdami na co dzień.




Co jeszcze?
- Słów kilka o włosach i o tym jak powinny wyglądać a jak nie…
- Idealna koloryzacja dla każdej z nas
- Makijaż idealny –czyli taki, który eksponuje piękno kobiety a nie je zakrywa
- Wszystko o zdrowej i zadbanej skórze, również słowniczek terminów związanych z olśniewającą skórą
- Jak profesjonalnie doczepiać sztuczne rzęsy
- Co nieco o depilacji
- Zadbane paznokcie
- Perfumy

Andrea Pomerantz Lusting stworzyła naprawdę ciekawy i przydatny poradnik, który zainteresuje niejedną kobietkę. Myślę, że dzięki cennym wskazówkom, każda z nas może zmienić swój obecny styl lub stworzyć go na nowo. Nie wszystko trzeba zastosować na własnej skórze, jednak warto pod ręką mieć coś, co może nam ułatwić codzienną pielęgnację. Autorka w swojej książce stawia na świeżość i neutralność, która ma podkreślić naszą urodę, a nie ją zdominować, bądź zrobić z kobiety sztuczność na obcasach. Wszystko z umiarem i bez przeginania. Mądrze i z głową. Uczy, na czym można zaoszczędzić, a na czym niekoniecznie. Moim zdaniem jest kolorowo, kobieco i przydatnie. „Jak wyglądać olśniewająco” to idealna książka dla kobiet, które chcą zamienić się w milion dolarów. Jeśli szukacie nie tylko cennych porad, ale również inspiracji to polecam!


„Właściwy kolor szminki może poprawić nastrój bardziej niż prozac.”

Za możliwość zapoznania się z poradnikiem dziękuję wydawnictwu Kobiece

środa, 23 grudnia 2015

Wesołych świąt!


Życzę Wam radosnych, wesołych, zdrowych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia spędzonych w gronie najbliższych, a pod choinką znaleźć mnóstwo książkowych prezentów :)

niedziela, 20 grudnia 2015

Śmierć, zakon, jeż i demony - Kajetan Woźnikowski

wydawnictwo: K.W. Self Publishing
data wydania: 14 listopada 2015
liczba stron: 251

„Czy ona na coś czeka? Ludzie czekają, aż umrą, a na co czekać może śmierć?”

Okres przedświąteczny rozszalał się na dobre, a w moich rękach literatura kompletnie niepasująca do tego klimatu. Powiedziałabym, że z radosnymi świętami jest bardzo na bakier. Dzisiaj postanowiłam zaprezentować Wam kolejną książkę Kajetana Woźnikowskiego („Myślodsiewnik” miałam okazję recenzować rok temu również jakoś w podobnym czasie). Zaintrygowana poprzednią książką autora, postanowiłam skusić się na najnowsze jego dzieło. Tym bardziej, że zarówno okładka jak i tytuł wydają się kontrowersyjne i intrygująco mroczne.
„Śmierć, zakon, jeż i demony” to książka opowiadająca o losach postaci niemogących znaleźć swojego miejsca w tym chorym świecie. Bohaterowie postanawiają odmienić swoje życie, co pociągnie za sobą niesamowite przygody. Na swej drodze spotkają postaci z innych światów, dużo punków i metali, zakon fanatyków religijnych, a także jeża, który pojawia się zawsze w najmniej spodziewanym momencie.
Początek zaczyna się naprawdę ciekawie. Naszą narratorką jest Śmierć. Ładna, samotna dziewczyna, która żyje od zawsze, a rutyna ją wręcz morduje. Z każdym kolejnym dniem doskwiera jej coraz większa depresja. Poznajemy również chłopaka, który może bardzo zirytować. Jego postać szokuje, wkurza, ale od razu wiemy, że wpłynie on na rozwój wydarzeń. Owym bohaterem jest Marcin. Satanista, który pragnie nieśmiertelności i nienawidzi zarówno ludzi jak i zwierząt. Z czasem nasz worek postaci rośnie i wypełnia się coraz barwniejszymi osobistościami, a wydarzenia wplecione w szarą rzeczywistość są totalnie nierzeczywiste.

Pomieszanie z poplątaniem! Przyznam się, że takie myśli w pewnym momencie nawiedziły moją głowę. Czytałam i nie dowierzałam. Zastanawiałam się, co autor jeszcze mógł wymyślić, czym mnie zaskoczy, rozśmieszy, zdołuje, a co ocieknie nutką sarkazmu… Doczekałam się wszystkich tych rzeczy. Po głębszym zastanowieniu się stwierdziłam, że książka nie jest wcale taka pokręcona jakby się mogło wydawać (w pewien sposób jest, ale jak najbardziej pozytywny). Jest mroczna, depresyjna, zabawna, melancholijna, ale również ciekawa i prosta w odbiorze. Autor stworzył fantastyczny świat wplątując w niego postacie znane zarówno z bajek jak i Biblii. Jesteście sobie wstanie wyobrazić Dziadka Mroza, Wróżkę Zębuszkę oraz Kupidyna w wersji zupełnie bardziej odjechanej niż tą, którą znacie? Mnie po lekturze tej książki już nic nie zdziwi… nawet gadające jeże. Chyba jeszcze nigdy nie czytałam książki, w której spotkałabym się z narracją samej Śmierci. Zdarzały się Anioły jednak nigdy nie trafiłam na Śmierć, więc jest to ciekawe doświadczenie literackie. Autor wykazał się niewyobrażalną wyobraźnią i pewnego rodzaju ironią podczas tworzenia postaci.

Jest to opowieść o problemach z aklimatyzacją w różnych formach rzeczywistości. Nie zawsze to, czego tak bardzo pragniemy jest lepsze od tego, co mamy obecnie. Oczekiwania a rzeczywistość to zupełnie dwie różne rzeczy. W tej opowieści dogłębnie poznacie, czym jest niezadowolenie, rutyna, odrętwienie, walka dobra ze złem i poszukiwanie odpowiedzi.

"Śmierć, zakon, jeż i demony” to stosunkowo cieniutka książka zapakowana w mroczną okładkę, do której mam mieszane odczucia. Jak już pewnie wiecie, zaliczam się do wzrokowców i lubię nacieszyć oko ciekawym obrazem. W tym wypadku moje gusta nie zostały w całości zaspokojone. Jest mrocznie, kobietka z kosą również wpisuje się w klimat, a nawet pojawia się i słynny jeż. Jednak coś mnie razi, coś mi się w tym obrazie wydaje sztuczne. Za to z treścią jest już całkiem dobrze. Prostota przekazu, wszystko w idealnych proporcjach, nie ma wmuszania w czytelnika zbędnych opisów, treści czy też dialogów. Sam pomysł na fabułę jest również interesujący, a co ważne zrozumiały od początku do końca. Autor nie prowadzi gierek z czytelnikiem - mówi jasno i wyraźnie, o co mu chodzi. Ja dołożyłabym może trochę więcej grozy w wykonaniu, co niektórych uczestników zabawy, ale i tak nie jest źle. Klimat jest ciężki, specyficzny i pesymistyczny. Całą historię spowija pewien rodzaj szarości, ale inny by tutaj nie pasował. Na końcu książki możecie znaleźć listę utworów, którą autor wykorzystał w swojej powieści – jeśli ktoś lubi podobne klimaty to może przesłuchać i wczuć się w klimat. Podsumowując: jest to pozycja ciekawa i zarazem trochę szalona. Może nie każdemu przypadnie do gustu w okresie świątecznym, ale z pewnością warto ją mieć na uwadze. Polecam.

Za zapoznanie się z tą ciekawą historią dziękuję autorowi książki.

środa, 16 grudnia 2015

Tajemnica pani Ming - Éric-Emmanuel Schmitt


wydawnictwo: Znak Literanova
tłumaczenie: Łukasz Müller
tytuł oryginału: Les Dix Enfants Que Madame Ming n'a Jamais Eus
data wydania: 17 lutego 2014
liczba stron: 80

„ To wyobraźnia wyróżnia, wyobraźnia przełamuje pospolitość, powtarzalność, jednolitość. […] tylko wyobraźnia, tworząc fikcję i wymarzone więzi, rodzi coś oryginalnego.”

Z książkami Erica- Emmanuela Schmitta zawsze mam ten sam problem – muszę je przeczytać od razu po zakupie/ lub po otrzymaniu. Tak było i tym razem. Dostałam od Mikołaja dwie książki tego autora i nie mogłam przejść obojętnie obok półki, na których wylądowały. Musiałam wybrać choć jedną i zatopić się w mądrościach, które chciał mi przekazać autor. A tych mądrości znalazłam dość sporo… oczywiście znów w ruch poszły kolorowe karteczki, aby zaznaczyć kilka ciekawych i mądrych cytatów. Mój wybór padł na „Tajemnicę pani Ming” i tak się teraz zastanawiam jak mam, co nieco napisać o tej książce, żeby owej tajemnicy nie zdradzić? Łatwo nie będzie… a zdradzać za dużo, a już szczególnie czyjeś sekrety to nie bardzo wypada. Na początku zdradzę tyle, że jest to książka o sile ludzkiej wyobraźni…
Pani Ming, mądra, serdeczna kobieta, uwielbia opowiadać o dziesięciorgu swoich dzieci. Liczna rodzina zdaje się być jej całym światem. Główny bohater, przyjezdny z Europy, odwiedzający współczesne Chiny, jest zafascynowany jej osobą. Wiedziony ciekawością postanawia odkryć największy sekret pani Ming, dowiedzieć się, co kobieta skrywa za fasadą swoich poruszających, choć niewiarygodnych opowieści.
„Człowiek szlachetny okazuje serdeczność bez poufałości. Prostak okazuje poufałość bez serdeczności.”

Autor stworzył prostą i krótką historyjkę, która ma drugie dno i jest pełna złotych cytatów. Podoba mi się zarówno prostota przekazu, fabuła jak i okładka, która jest ciepła i optymistyczna. Opowieść, którą oferuje nam autor opowiada historię kilku spotkań Francuza, który bywa w Chińskim Grand Hotelu i babci klozetowej, która jest niezwykle mądra, życzliwa i fascynująca. Te krótkie aczkolwiek niezwykłe spotkania mają miejsce w męskiej toalecie, w której króluje pani Ming, bohaterka, której nie da się nie polubić. O czym można rozmawiać w miejscu, do którego król chodził piechotą? O życiu, rodzinie, tajemnicach… Zakosztować można przyjaźni, wrażliwości a przede wszystkim nabrać rozumu, który pokieruje nami, a w szczególności naszym bohaterem.

Nikogo nie zaskoczę, jeśli powiem, że książka nie ma nawet stu stron… autor słynie raczej z krótkich form literackich, przynajmniej ja w swoim zbiorze mam takie, choć widziałam w księgarni o wiele grubsze tomisko i chce je kiedyś upolować. Dzieło, które dzisiaj Wam prezentuje jest nie tylko ciekawe i proste, ale również ładnie wydane. Twarda oprawa dodaje elegancji, a książka mimo swoich małych gabarytów staje się jakby bardziej wyrazista. Domyślam się, że nie każdemu może się spodobać częsta konwersacja w miejscu, o którym wspominałam. Jednak, jeśli ktoś uważa, że jest to banalne i zbyt proste, niech spróbuje napisać podobne opowiadanie, łączące prostotę hotelowej toalety, konwersacje, które są mini opowiadaniami i wpleść w to przekaz, który gdzieś tam trafi do czytelnika.
„Kieruj się uprzejmością, lecz nie oczekuj wdzięczności.”

„Tajemnica pani Ming” to opowieść o iluzji, która ma wielką moc. Może uczynić codzienne życie lepszym, znośniejszym i łatwiejszym do przełknięcia. To także historia o miłości matki do córki i odwrotnie. To kontrast między Chinami a Europą… nakazem posiadania jednego dziecka w jednym kraju, a strachem przed odpowiedzialnością w drugim. Można oszukać panujące zasady? Można stać się ojcem z dnia na dzień? Niewątpliwym atutem tej cieniutkiej książeczki jest wrażliwość, jaką posługuje się autor oraz emocje, dzięki, którym ta prosta historyjka ma w sobie tak wielki przekaz. Moja dzisiejsza recenzja raczej do obszernych się nie zalicza, jednak trudno rozwodzić się na temat tak krótkiego dzieła próbując nie zdradzić szczegółów, a wyrazić swoją rzetelną opinię. Pewne jest to, że i tym razem Eric – Emmanuel Schmitt mnie nie rozczarował. Z każdą kolejną książką uwielbiam jego prosty styl coraz bardziej. Kolejny wieczór, a właściwie fragment został umilony przez prozę tego autora. Jeśli macie ochotę osobiście poznać panią Ming to zapraszam do czytania. Spotkanie będzie udane i myślę, że nie zajmie Wam więcej niż godzinkę, a nawet może i mniej. Idealna lektura na leniwy wieczór…zanim zmęczony pracą (lub robieniem pierników) czytelnik zaśnie.
„Prawda to tylko kłamstwo, które podoba nam się najbardziej…”

sobota, 12 grudnia 2015

Proces diabła - Adrian Bednarek


wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: 28 września 2015
liczba stron: 372

„Żądze odbierają możliwość racjonalnego myślenia i omamiają niczym najsilniejszy narkotyk. Popychają do działań impulsywnych, których efektów nie da się przewidzieć.”

Dzięki Adrianowi Bednarkowi miałam okazję spędzić kilka wieczorów w towarzystwie samego Diabła. To niezwykłe spotkanie utwierdziło mnie w jeszcze większym przekonaniu, jak zawiła i demoniczna potrafi być ludzka psychika. Jest to labirynt, który na każdym kroku może człowieka zadziwić i przerazić. W swoich zakamarkach skrywa on przeróżne bestie i demony, które czasem próbujemy ujarzmić. Jednak nie każdy z nas może się porównać do Diabła, którego ja spotkałam, ani do tych, które on sam spotkał. To elitarna grupa psychopatów – ludzi kiedyś skrzywdzonych i krzywdzących teraz innych. „Proces diabła” to taki labirynt pełen dziwnych istot, przez który poprowadzi czytelnika Kuba Sobański, młody, ambitny, przystojny, czarujący i śmiertelnie niebezpieczny Rzeźnik Niewiniątek.
Morderca zwany Rzeźnikiem Niewiniątek kilka lat temu siał terror na ulicach Krakowa. Sprawił, że ulice opustoszały, a dziewczyny bały się zostawać same w domach. Rozpętał chaos, który uczynił go sławnym na całą Polskę. Ujęty przez policję i skazany na dożywocie, został zabity przez współwięźnia. Teraz jest tylko miejską legendą, mrocznym wspomnieniem, opowieścią służącą ku przestrodze dla nieostrożnych młodych kobiet. Tak uważają wszyscy oprócz mnie… Tylko ja wiem, że Rzeźnik Niewiniątek nigdy nie został złapany, żyje i ma się całkiem dobrze. Widzę jego twarz za każdym razem, gdy spojrzę w lustro. Od kilku lat moja niezwykła potrzeba przegrywa ze strachem przed popełnieniem błędu. Żeby uciszyć mroczne myśli, skupiam się na budowaniu adwokackiej kariery. W Krakowie i okolicach dochodzi do serii rytualnych mordów na prostytutkach. Policja po długich poszukiwaniach w końcu aresztuje podejrzanego. Jestem coraz lepszym prawnikiem, dlatego wkrótce będę miał okazję poznać osobiście Rozpruwacza z Krakowa, jako jego obrońca. Wraz z nim w moje życie wpisze się Ona, wywołując mroczną arię pobudzającą najskrytsze pragnienia.
Gra pozorów, kłamstwa, maski skrywające prawdę o bohaterach, kipiące emocje i prawnicze triki – to czeka na Was w tej historii. Jeśli do tego dołożymy prywatne śledztwo, szaleństwo i pragnienie normalności to dostaniemy interesującą fabułę z równie dobrą narracją. Akcja wciąga czytelnika, emocje i gonitwa myśli dostarczają czytelnikowi wrażeń i przemyśleń. Niecodziennie możemy wcielić się w cień mordercy. Nie każdego możemy prześwietlić na wylot…a przecież nie wiemy, co skrywa sąsiad, przyjaciel, wujek czy znajoma z pracy. Historia, którą stworzył Adrian Bednarek pokazuje jak dobrze ludzie potrafią się kamuflować i we wnętrzu swojego domu walczyć z tym, co ich pożera od środka.

Analizując postać Kuby Sobańskiego możemy zauważyć jak interesującym jest on bohaterem. Autor stworzył niezwykłą fikcyjną postać, która ma dwa oblicza. Czaruś i psychopata w jednym. Pewny siebie mężczyzna kontra skrzywdzony i upokorzony chłopiec. Na co dzień diabeł w masce super kolesia w bogatych garniturach, przemierza ulice Krakowa i zajmuje się pracą, a konkretnie musi wybronić swojego klienta przed więzieniem. Warto dodać, że klient jest oskarżony o zabicie kilku prostytutek i to w niezwykły sposób. Powiecie „trafił swój na swego” i to samo pomyślałam ja. Jednak w pewnym momencie dla młodego prawnika opętanego przez demony, żądne świeżej krwi klona Klary kariera przestaje być na pierwszym miejscu. W umyśle tak skażonym i mrocznym toczy się walka, rodzą się dylematy i powstaje plan, który ma go uwolnić od demonów.

„Proces diabła” to kontynuacja losów Kuby Sobańskiego znanego czytelnikom, którzy mieli okazję czytać „Pamiętnik diabła”. Ja się do tych osób nie zaliczam, więc jak dla mnie to nowość, a to, że jestem do tyłu z częścią pierwszą jakoś bardzo mi nie przeszkadzało. Były jednak momenty, w których wiedza nabyta w „Pamiętniku…” byłaby przydatna, a tak stopniowo musiałam dowiadywać się, co i jak. Pewnie to i tak kropla w morzu literackim… W każdym razie „Proces diabła” zaintrygował mnie, a zakończenie narobiło smaczku na kontynuację. Zresztą nie wyobrażam sobie, żeby nie było kolejnego tomu. Podobno „Proces…” jest lepszy niż „Pamiętnik”, więc trzeba to będzie w przyszłości sprawdzić.

Zastanawialiście się kiedyś, co siedzi w głowie seryjnego mordercy? Co sprawia, że wybiera konkretnie takie ofiary? Wybierając książkę Adriana Bednarka macie świetną okazją, aby poszukać odpowiedzi na nurtujące Was pytania. „Proces diabła” to nie jest zwykły thriller z dobrze rozbudowanym wątkiem psychologicznym. Jest to niezwykle wnikliwa interpretacja ludzkiej psychiki, która szokuje i intryguje jednocześnie. To książka, która zainteresuje miłośników tego typu literatury i myślę, że czytelnik nie będzie żałował ani minuty spędzonej w towarzystwie Kuby Sobańskiego. Ja jestem pod dużym wrażeniem twórczości Adriana Bednarka i tym samym po raz kolejny przekonałam się, że warto stawiać na Naszych autorów. Po co szukać gdzieś daleko jak ma się ciekawe propozycje z „naszego podwórka”?! Tak więc, jeśli chcecie komuś zrobić prezent pod choinkę to proponuję sięgnąć po tę propozycję, a najlepiej kupić pakiet obu książek i tym samym zrobić miłą niespodziankę miłośnikowi thrillerów!

Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania książki

czwartek, 3 grudnia 2015

Klin - Joanna Chmielewska


wydawnictwo: Olesiejuk
data wydania: 2014
liczba stron: 240

„Doprawdy, niecodzienny galimatias!”

Było już dobrze po północy, sen nie chciał nadejść, a ja nie miałam zamiaru gapić się w biały sufit ani tym bardziej liczyć stada baranów. Jedyne rozwiązanie to dobra książka. Pytanie tylko jaka? W tym celu wyskoczyłam z łózka i zlustrowałam szybkim spojrzeniem moje białe półeczki – skarbnicę przygód. Mój wzrok zatrzymał się na wydaniach kieszonkowych, a konkretnie na twórczości Joanny Chmielewskiej i od razu wiedziałam, co umili mi noc. Wybrałam malutką, cieniutką książeczkę o niepozornej okładce i czteroliterowym tytule „Klin”. Opis książki utwierdził mnie w przekonaniu, że to właściwy wybór. Udałam się więc z moją zdobyczą do cieplutkiego łóżeczka. Już po kilku przeczytanych stronach wiedziałam, że czas spędzony na lekturze „Klina” nie będzie czasem straconym.
Co powinna zrobić Joanna, skoro ukochany się nie odzywa, a ona długie godziny spędza przed telefonem, czekając na dzwonek? Najlepiej klin klinem! Ale czy rzeczywiście odpowiedni, lekarstwem na starą miłość będzie nowa? Zwariowana i nieobliczalna pani architekt w wyniku niesłychanych perypetii wplątuje się w iście szpiegowską intrygę. A wszystko zaczyna się od telefonicznej pomyłki, po której następuje lawina sensacyjno – komediowych zdarzeń…
Pierwszy raz miałam okazję czytać książkę, w której głównym rekwizytem jest telefon. A rozmowy telefoniczne odgrywają tak kluczową rolę i są tak zabawne, energetyczne, śmieszne i tajemnicze. Okazuje się, że taki wynalazek może urozmaicić człowiekowi życie – w tym przypadku kobiecie. Konkretnie to Joannie Chmielewskiej, szalonej i oryginalnej pani architekt, która odchodząc od zmysłów miała okazję prowadzić niecodzienną aczkolwiek dużo obiecującą rozmowę z pewnym panem. Ten męski osobnik był właścicielem nieziemskiego głosu, psa oraz tajemnic. Tajemnic, które nasza zwariowana bohaterka próbuje rozwiązać, co w konsekwencji wplącze ją w wir niecodziennych zdarzeń.

„No jeśli nie znajdę go, mając taki punkt zaczepienia, to nie warto było mnie karmić w kołysce!”

Do napisania tej powieści zainspirowały autorkę wydarzenia z własnego życia. Był pewien Janusz, w którym zakochała się bez pamięci. Szukając sposobu, chcąc dowiedzieć się czy przebywa on w Warszawie, zatelefonowała do swojej koleżanki, aby wciągnąć ją w swój konspiracyjny plan. Podczas dyskusji koleżanek, włączył się do rozmowy pewien mężczyzna – czyli tak jak w powieści - następnie zaintrygowana autorka postanowiła się dowiedzieć, kim ten mężczyzna jest – czyli kolejny wspólny mianownik. Następnym ogniwem łączącym prawdę z fikcją literacką jest fakt, że autorka wówczas zajmowała się pracą architekta. Wątki realistyczne wpływają korzystnie na fabułę i dodają jej charakteru oraz realizmu.

Książkę czyta się szybko, a wszelkiego rodzaju pomyłki i wydarzenia wprowadzają czytelnika w przyjemny stan i niekiedy również w zdumienie. Język, jakim posługuje się narratorka jest potoczny i barwny. Postaci nie jest tutaj dużo, z wyjątkiem Januszów, a znajdziemy ich tutaj kilku. Niewątpliwie mocnym atutem tej historii jest tak naprawdę główna bohaterka, którą chciałoby się nazwać „stukniętą” i niesamowicie pozytywną. To kobiecy gejzer, który lubi ryzyko i nocne telefony. Wytrwała kobietka z charakterem, która jest gotowa zadzwonić na milicję, chcąc dowiedzieć się na ile może sobie pozwolić albo czy już sobie pozwoliła, aby nagiąć taki i taki paragraf. Nie da się nie lubić tej babki… Fabuła jest interesująca, jednak nie jest jakoś wybitnie oryginalna. Niekiedy czułam nawet pewien niedosyt, jeśli chodzi o ten wątek szpiegowski. Dynamika jest tutaj kolejnym plusem jednak powtarzające się telefony i niedomówienia mogą niekiedy irytować, albo dziwić.

Dzieło Joanny Chmielewskiej mogłabym ocenić jednym zdaniem i to w dodatku cytując jej własne słowa! Użyłabym do tego celu cytatu, który rozpoczyna moją recenzję. Ta książka to jeden wielki galimatias. To wulkan energii i niesłychana komedia pomyłek. To idealna lektura na nocną bezsenność i lepsze zastępstwo niż stado owiec, baranów czy osłów ( i to razem wziętych!). Jest lekka, zwariowana, zabawna a co istotne nocną porą może lekko znużyć chaosem i szybkością wydarzeń! Idealna prawda? Do tego moja wersja kieszonkowa jest filigranowych rozmiarów, więc i pod poduszkę można ją włożyć, w głowę się nie wbija ani nie wadzi. Skoro już mowa o gabarytach to i do damskiej torebki wejdzie bez problemów (chociaż w naszych torebkach potrafi się zmieścić naprawdę dużooo). „Klin” to pierwsza debiutancka powieść autorki, zekranizowana przez Jana Batorego pod tytułem „Lekarstwo na miłość”. Przyznam, że nie jest to gruby kaliber literacki, jednak na pewno dobra komedia z wątkiem szpiegowskim. Jest to książka, która ma oderwać czytelnika i zarazić go dobrym humorem oraz pozytywnym szaleństwem i taką rolę spełnia idealnie. Jeśli będziecie potrzebowali literackiego tornada z telefonami, zagadkami i Januszami w tle to polecam. „Klin” to powieść, przy której najlepiej nie myśleć zbyt wiele.


„Oj, w ogóle nie przesadzajmy z tym myśleniem!”

wtorek, 1 grudnia 2015

Człowiek z sową - Robert Nowakowski



wydawnictwo: Videograf
data wydania: 8 kwietnia 2015
liczba stron: 256

„[…] nie ma ludzi o duszy czarnej i białej, jest tylko czarna i szara.”

Czerń i odcienie szarości, to barwy, które otoczyły mnie na kilka godzin, szczelnie jak kokon. Za każdym razem, gdy zostawiałam swoją codzienność na progu książki Roberta Nowakowskiego, towarzyszył mi ten duet. To zespolenie barw widoczne jest już od samego początku. Od momentu, w którym zapoznajemy nasz wzrok z okładką. Czerń i szarość przeplata się z bielą i nutą ciepłego złota z brązem. „Człowiek z sową” to opowieść o niekrystalicznych duszach, o ludziach noszących maski i czasach nakreślonych gwałtownymi i ciemnymi pociągnięciami węgla.
Pełna ironicznego humoru i metafizycznego tła historia czwórki lwowian, w przeszłości blisko związanych z Urszulą, piękną dziewczyną, która ginie w czasach okupacji. Ich losy, rozdzielone przez wojnę splotą się na powrót w skomunizowanym Krakowie w dramatycznych okolicznościach. Czy morderstwo Uli sprzed lat może mieć związek z niewyjaśnionymi zabójstwami esbeckich funkcjonariuszy ? Obserwatorem wydarzeń jest Michał – obdarzony pewnym specyficznym fizycznym mankamentem, z uporem odmawia włączenia się życie w świecie socjalizmu. Z natury niezaangażowany, z pozoru bez poglądów, nie uniknie jednak starcia z rzeczywistością… Czy Michał będzie w stanie stawić czoło zbrodni sprzed lat i odzyskać dawną miłość?
Historia, którą stworzył Robert Nowakowski została podzielona na prolog, XXXIV główne rozdziały oraz podrozdziały. Zaczyna się w latach 1938 – 1940 i prowadzi nas po meandrach wydarzeń i miejsc, aż do roku 1981. Lwów to miejsce, w którym rozpoczynamy swoją przygodę z głównym bohaterem, chłopcem naznaczonym przez skrzydła. Romantycznym garbusem, który pragnie żyć w spokoju, nikomu nie wchodząc w drogę. Z pozoru dziwak, słabe ogniwo, kaleka, a dla rodziny głupek. Postać silna moralnie i wzbudzająca sympatię (nie mylić z litością). Michał, – bo tak ma na imię – otoczony jest przez duchy, anioły i inne zjawiska. Z czasem Lwów zamieniamy w Kraków, który dotyka komunizm i zemsta z przeszłości. Przez te wszystkie lata nasz bohater oraz osoby z jego otoczenia muszą borykać się nie tylko z zawieruchami politycznymi, ale również z własną codziennością, szarością, tęsknotami oraz strachem.

Przyznam się, że książka mnie zaskoczyła. Spodziewałam się czegoś zupełnie innego niż dostałam. Już sam początek wywołał szok i zamęt. Wniknięcie do tej historii nie było łatwe, a zmieniające się postacie i miejsca tworzyły migawki, które mnie dekoncentrowały. Jednak z każdą przeczytaną stroną było coraz lepiej. Odnalazłam swoje miejsce wśród bohaterów, duchów i uliczek Krakowa. Całość jest klimatyczna, chwilami zabawna i przepełniona ironią. Pomysł na fabułę jest ciekawy, jednak nie spodziewajcie się, że akcja pędzi jak szalona. Mimo upływających lat, zmieniających się miejsc i bogatej gamy postaci można poczuć coś na kształt ospałości, powolnego rytmu, który wywołuje refleksje. Pomimo trudnego początku, całość oceniam pozytywnie. Trzy czwarte książki, a szczególnie zakończenie, zrekompensowało mi początkowe zgrzyty. Jeśli chodzi o styl i język… prostota, zapożyczenia językowe i zabawa słowem. To wszystko miesza się razem i wprowadza nas chwilami w klimat melancholii by za chwilę przenieść do wulgarnej kłótni małżonków. Uwielbiam prozę poetycką, więc takie ozdobniki i zabawa słowem jak najbardziej oceniam pozytywnie. Szkoda tylko, że wątek kryminalny nie był bardziej rozbudowany, gdyż chętnie wniknęłabym głębiej w temat zemsty.

Słów kilka o autorze… Robert Nowakowski urodził się w 1978 roku w Bydgoszczy i tam też skończył szkołę średnią. Studiował prawo w Toruniu, jednak obecnie nie pracuje w zawodzie. Pisanie traktuje jako hobby, zdecydowanie więcej czasu poświęca na czytanie dzieł innych autorów, niż tworzenie swoich własnych. Jego ulubieni pisarze to: Graham Greene, Zadie Smith i słabo znany u nas Michael Chabon. Jeśli zaś o muzykę chodzi to na pierwszym miejscu jest zespół The Waterboys, a zaraz po nim Leonard Cohen, którego utwory brzmią równie dobrze w kobiecym wykonaniu. Nie ma oporów, aby mówić o sobie, chociaż gdyby miał wybrać motto opisujące jego postawę, padło by na: „wolę mówić o książkach, niż o sobie”. Razem z żoną, synkiem oraz 5 letnim psem (Golden Retriever) zaszył się na idyllicznej wsi pod Krakowem, gdzie pracuje nad kolejną książką. Co tym razem autor szykuje dla swoich czytelników ? Powieść współczesną, pozbawioną wątków historycznych oraz eksperymentów literackich. Bez czego nie przeżyłby dnia? Nie potrafi przeżyć dnia bez filiżanki kawy, spaceru z psem i dobrej książki.

„Człowiek z sową” to podobno „hipnotyzująca powieść kryminalna o przeszłości, miłości i zbrodni” jak dla mnie to powieść obyczajowa z wątkiem fantastycznym, miłosnym, historycznym i kryminalnym. Przy czym tego ostatniego było niewiele. Hipnotyzująca jest natomiast okładka, zaprojektowana przez Asię Jedlińską. Dawno już nie widziałam tak prostego, a zarazem interesującego połączenia, które cieszy oko i nawiązuje do treści. Ptak patrzy, przenika i widzi szarą postać, człowieka, duszę ukrytą w ludzkich konturach. Autor w książce pokazał siłę swojej wyobraźni tworząc niesamowitą opowieść utkaną z dylematów moralnych, strachu, zemsty, ironii oraz doskwierającego uczucia niespełnienia. Swoich bohaterów rzucił na głębokie wody okresu wojennego i rodzącego się PRL –u. Filozofia połączona z trudami egzystencji. Z ludzką „nieczystością” i chęcią przeżycia. Jest to historia prosta i trudna zarazem, otoczona szarością. Dzieło Roberta Nowakowskiego mogę polecić miłośnikom tego typu klimatów. Czytelnikom, którzy lubią literackie wyzwania, historie nie zawsze proste, ale refleksyjne. A także tym, którzy nie boją się połączenia fantazji z lekcją historii.

„Nasza cisza, bo milczymy w tym mieście, nasza cisza ginie w szumie skrzydeł, w świście smyczków, w powietrzu zatrutym winem i cygarami, w horyzoncie zburzonym przez wzgórza, w rozmachu cesarskiej ceremonii. Brzegi skuły wodę, grube kreski ciała krzyczą o uczuciach, mieszczka lamentuje nad zdradą, chce najgorszego dla najdroższego, a potem mu wybacza, całuje zimnymi palcami.”

Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania książki