środa, 14 grudnia 2016

Harry Potter i Przeklęte Dziecko - Joanne Kathleen Rowling, Jack Thorne


wydawnictwo: Media Rodzina
data wydania: 22 października 2016
liczba stron: 368

„Doskonałość jest poza zasięgiem ludzkości, poza zasięgiem magii. W każdej pięknej chwili szczęścia kryje się kropla trucizny: świadomość, że ból powróci.”

Magia… to właśnie do tego świata chciałam powrócić. Bo kiedyś już tam byłam. Zaprosiła mnie do niego moja koleżanka, która pożyczyła mi pierwszą część Harrego Pottera. To od tamtej chwili miałam okazję podróżować po świecie, który od naszego szarego dzieli tylko cieniutka granica. Teraz moje życie jest prawie w całości szare, pokryte grubą warstwą problemów i trosk, a do magii to już całkiem mu daleko. Dlatego też ucieszyłam się, że po tylu latach będę mogła choć na chwilę wrócić, poczuć namiastkę swojego dzieciństwa i oderwać się od tego co tu i teraz. Czy mi się to udało? Tak nie do końca, ale co jak i dlaczego, o tym później. Szał zakupowy na „Harrego Pottera i Przeklęte dziecko” skończył się już jakiś czas temu i zapewne wszyscy zainteresowani mają już książkę za sobą. Ja jestem trochę w tyle, mimo że trafiła ona do mnie jeszcze „gorąca”.
Harry Potter nigdy nie miał łatwego życia, a tym bardziej teraz, gdy jest przepracowanym urzędnikiem Ministerstwa Magii, mężem oraz ojcem trójki dzieci w wieku szkolnym. Podczas gdy Harry zmaga się z natrętnie powracającymi widmami przeszłości, jego najmłodszy syn Albus musi zmierzyć się z rodzinnym dziedzictwem, które nigdy nie było jego własnym wyborem. Gdy przyszłość zaczyna złowróżbnie przypominać przeszłość, ojciec i syn muszą stawić czoło niewygodnej prawdzie: że ciemność nadchodzi czasem z zupełnie niespodziewanej strony.
"[…] w tym pogmatwanym, pełnym emocji świecie nie ma idealnych odpowiedzi.”

Tym razem Harry Potter to nie stu procentowy Harry. Jak wyraźny napis na okładce głosi jest to scenariusz sztuki teatralnej, czyli nie ma mowy o wciągającej powieści do jakiej przywykliśmy i na jaką zapewne każdy ma ochotę. Tu nie ma mowy o rozczarowaniu wynikającym z niewiedzy. Każdy wie co kupuje, bierze do ręki, czyta i na co się pisze. Pomijając jednak sam fakt tej wersji, która obdziera czytelnika z zatonięcia w morzu wyobraźni, a upraszcza ją wręcz prawie w całości, to brakuje mi tutaj klimatu i charakteru. Od razu widać, że nie ma tu finezji Rowling, że brakuje autentyczności, którą pamiętamy z dawnych tomów. Całość to zlepek wydarzeń, poszczególne sceny i przeskoki w czasie. Chaos, który pokazuje jak trudno być synem sławnego ojca. I jak trudno być ojcem. Jest tutaj również mowa o głębokiej przyjaźni, która może zadziwić, a także walka dobra ze złem.

Tak jak wspomniałam już wcześniej „Harry Potter i Przeklęte dziecko” nie do końca spełnił moje oczekiwania, a już na pewno jeśli chodzi o świat czarodziejów i magię, której dużo to tu nie znajdziecie. Z drugiej strony nie miałam też jakiś wielkich wymagań, nie liczyłam na emocje porównywalne z dawnym Harrym, jednak ciut więcej klimatu mogło by być. Mam wrażenie, że całość jest trochę naciągana i przekombinowana. Nie jest jednak tak tragicznie jak w przypadku nieudanej próby Stephanie Meyer i kombinacji ze „Zmierzchem” . Spokojnie można przeczytać i zobaczyć jak „potoczyły” się losy naszych ulubionych bohaterów i zapoznać się z nowym pokoleniem. Być może w wersji scenicznej zauroczyłaby mnie ta sztuka o wiele bardziej.

„Cierpienie jest rzeczą równie ludzką jak oddychanie.”

piątek, 2 grudnia 2016

Nowy, mały czytelnik :-)


Cztery miesiące temu na tym świecie zawitał pewien mały czytelnik. MÓJ mały czytelnik, który już zbiera swoją kolekcję książeczek, na razie tylko obrazkowych, ale co książka to książka. :-) Ta mała osóbka zajmuje 99,9% mojego dnia, dlatego czasu na czytanie jest tak mało. Niestety mało jest mnie też tutaj i na Waszych blogach... Jest dziecko, są ogromne problemy, ale się nie poddaje i z bloga nie rezygnuję. Wszystko wolniej idzie, ale jednak sunie naprzód.

Ten post jest po to, abyście wiedzieli, że moja nieobecność to żaden kaprys, tylko poważny brak czasu! Mam nadzieję, że z czasem wszystko ułoży się tak, jak to sobie planowałam i powrócę do dawnej aktywności :-)

czwartek, 17 listopada 2016

Zostaw mnie - Gayle Forman


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 22 listopada 2016
liczba stron: 432

„Czasami pozostawienie kogoś własnemu losowi stanowi najpełniejszy wyraz miłości.”

Uciec. Odejść. Spakować kilka drobiazgów, kilka banknotów i zostawić za sobą wszystko. Rzucić wszystko w diabły i pewnego dnia wrócić bądź też nie… Któż z nas, chociaż raz o czymś takim nie pomyślał? Myślę, że większość na pewno…Ogarnięci codzienną monotonią, problemami, obowiązkami, gonitwą… Słyszymy w uchu niewinny głosik (no odważ się, już masz dosyć, zawalcz wreszcie o siebie!) a w głowie wyświetla się krótkometrażowy film, w którym widzimy pociąg, zadymiony peron, pośpiech, adrenalinę, upragnioną wolność...Jednak opieramy się pokusie bo dręczy nas jedno pytanie. Co by było gdybym to zrobił/ła? Przykładowy scenariusz takiej ucieczki naszkicowała dla nas w swojej najnowszej książce Gayle Forman. „Zostaw mnie” - bo to o tej książce mowa- to bilet na pociąg, który pozwoli nam uciec. Znaleźć się w bańce ochronnej i skupić choć chwilę na sobie, tak jak Maribeth, bohaterka tej oto książki. Postać, z którą w łatwy sposób można się utożsamić, przeistoczyć w nią i spojrzeć na wszystko swoimi oczami. Oczywiście inne okoliczności, inne miejsca, inni ludzie, ale ogólny zarys pasuje.
Maribeth Klein to wiecznie zabiegana pracująca matka. Wszystko co wiąże się z domem, z mężem i z dziećmi spoczywa na jej barkach – nawet w czasie rekonwalescencji po zawale zwolniona jest jedynie od obowiązków zawodowych. W okresie rekonwalescencji Maribeth nabiera przekonania, że nie jest w stanie sprostać wymaganiom wszystkich wokół, decyduje się więc na krok zupełnie nie do pomyślenia. Pakuje się i wyjeżdża. 
„Mówi się czasem, że ze strachem trzeba się mierzyć odważnie.”

Bo strach to trudny przeciwnik i potrafi grać nieczysto. Doskonale zna się na niszczeniu. Niszczeniu człowieka od środka, powoli po kawałeczku...A człowiek, który chce z nim wygrać musi podnieść wysoko czoło i nie dać się mu stłamsić. Starach przybiera różne formy, twarze… boimy się o zdrowie partnera, dzieci, rodziców, przyjaciół. Możemy bać się śmierci. Utraty pracy. Zdrady, a nawet głupiej ciemności. Można również bać się prawdy.

„Prawda cię wyzwoli, ale najpierw cię unieszczęśliwi.”

To właśnie strach i prawda są ważnymi elementami w tej powieści. Oba się ze sobą łączą i komponują z całą resztą. Nasza bohaterka nagle z dnia na dzień musi zmierzyć się z chorobą, uświadamia sobie, że jej serce na moment zatrzymano, a to coś w niej zmieniło. Otworzyło puszkę pandory, z której wypłynął strach. Zwyczajny, znany każdemu na co dzień. Lęk przed śmiercią, przed tym co stanie się z dziećmi. Choć z drugiej strony to pewien paradoks, bo przecież zostawia męża, dzieci i ucieka by odpocząć. Podświadomie dąży do prawdy. Do poznania własnych emocji a także przeszłości. Pod pozorem „znalezienia medycznych odpowiedzi” staje na drodze do odkrycia biologicznej matki. Cienia, który od zawsze wisiał w powietrzu, choć obchodziła go z daleka. Strach ogarnął też prawdę, która czyha za zakrętem. Natrafiamy tu także na lęki drugiego człowieka. Bo przecież nasi bliscy mają swoje prywatne potworki w szafie.

„Zatem nigdy nie wiadomo, co czeka na człowieka po drugiej stronie. Może to wcale nie jest aż takie straszne, że się nie wie. Może właśnie na tym polega życie.”

Jak już wiadomo główną bohaterką jest Maribeth, matka, żona, dziennikarka. Kobieta zmęczona teraźniejszością i żyjąca przeszłością, a konkretnie wspomnieniami o udanej przyjaźni, która z biegiem lat się zmieniła. To wytwarza pewną pustkę i gorycz, a gdy dochodzi do tego strach o dzieci i rekonwalescencję po zawale, miarka się przebiera. Skoro mąż może uciekać od obowiązków to i ona może zadbać o siebie i stworzyć swoją bańkę spokoju. W tym celu zwyczajnie ucieka. Odcina się od wszystkich i wszystkiego. Przy tym wraz z ozdrowieniem ciała przychodzi i zdrowie psychiczne. Mają na to wpływ nowi ludzie, nowe miejsce i okoliczności. A także szczerość…

„Zostaw mnie” to powolna podróż jaką przebywa główna bohaterka, a wraz z nią i my. To obraz macierzyństwa, kobiecości oraz zwyczajnego człowieczeństwa. Autorka pokazuje nam jak trudne bywa dążenie do perfekcji i jak szkodliwe jest tłamszenie wszystkiego w sobie. Lawinę emocji, smutku, zmęczenia może wywołać cokolwiek, w tym przypadku choroba, która wypuszcza na światło dzienne demony Maribeth, ale również wyzwala w niej bunt i siłę do walki. Znajdziemy tutaj również temat adopcji, a konkretnie próbę odnalezienia biologicznych rodziców lub też porzucone dzieci. Nie można sprowadzić tego do dwóch barw: czerni i bieli. To wszystko jest bardziej skomplikowane niż się wydaje. Pomysł na fabułę jest bardzo ciekawy. Akcja toczy się w wolnym tempie, więc nie przypadnie do gustu osobom, które lubią zawrotną prędkość w literaturze. Atmosfera jest melancholijna, czytelnik może odczuć zmęczenie głównej bohaterki, co na początku trochę mnie męczyło. Jednak od początku czułam się zaintrygowana tym, co zrobi główna bohaterka i jak to wpłynie na jej życie oraz jej rodziny. Przyznam się, że pochłonęłam ją w szybkim tempie, gdyż lubię książki tego typu więc jestem mile zaskoczona. Mimo tego, że całość nie jest jakoś mega lekka i zabawna to ma w sobie to coś.

Podsumowując… Warto czasem pomyśleć o sobie. Zajrzeć w głąb siebie i stworzyć sobie swoją bańkę bezpieczeństwa i niekoniecznie musi to być nagła ucieczka. Warto również szukać odpowiedzi i walczyć ze strachem. Zacząć żyć teraźniejszością i nie myśleć ani o tym co było, ani o tym co ludzie powiedzą. Nikt za nas życia nie przeżyje, a co ważne, rodzic (w tym przypadku matka) też człowiek! Gayle Forman stworzyła książkę refleksyjną, z powolnym tempem, emocjami i analizą strachu. Jeśli lubicie takie klimaty to polecam, jeśli jednak szukacie fajerwerków to odradzam.

„Blizny są jak tatuaże, tyle że kryje się za nimi lepsza historia.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka

wtorek, 1 listopada 2016

Skaza - Cecelia Ahern


wydawnictwo: Akurat
data wydania: 26 października 2016
liczba stron: 448

„Na błędach można się uczyć. Jeśli nigdy nie popełnisz błędu, to nigdy nie zmądrzejesz.”

Ceceli Ahern i jej twórczości raczej nie trzeba przedstawiać. Chyba większość kojarzy takie tytuły jak: „Love, Rosie”, „Pora na szczęście”, „PS Kocham Cię” czy „Sto imion”. To tylko niektóre powieści w dorobku autorki. Dwie z nich znamy ze szklanego ekranu, a teraz nadszedł czas na kolejną, zarówno wersję książkową jak i w niedalekiej przyszłości filmową. „Skaza” - bo o tym tytule mowa – swoją premierę miała 26 października, czyli nie tak dawno temu. Jest to powiew świeżości jeśli chodzi o twórczość autorki. Dlaczego?
Ukarana przez bezduszny Trybunał, 17-letnia Celestine, zostaje ikoną rewolucji zmierzającej do obalenia rządów ludzi, którym się wydaje, że mają prawo narzucać społeczeństwu swoje moralne i obyczajowe dogmaty. Choć napiętnowana Skazą, razem z ukochanym Carrickiem podejmuje walkę o powrót jej świata do normalności.
 A dlatego, że „Skaza” jest pierwszą powieścią na koncie Ceceli Ahern skierowaną do miłośników gatunku Young Adult. Jest to książka typowo młodzieżowa (którą oczywiście mogą przeczytać również dorośli fani autorki) i zawiera to, co powinno zainteresować taką grupę czytelników. Zaczynając od nastoletniej miłości, poprzez niebezpieczną walkę z bezdusznym i niekoniecznie sprawiedliwym systemem, konspiracjami i politycznymi zagrywkami. Po prostu nastolatka kontra dorośli… Wszystko to oczywiście obsadzone w niedalekiej przyszłości, a więc zostawić można za sobą teraźniejszość i nie zwariować na punkcie dziwnych maszyn, stworzeń i nie wiadomo jakiej technologii. Ciekawie, ze smakiem i bez przesady. Nie znajdziecie tutaj również przesłodzonego wątku miłosnego, który ciągnie się przez całą książkę. Kolejna rzecz, której nie znajdziecie to obiecana „budząca się namiętność”. Dojechałam do końca i zastanawiałam się, gdzie przeoczyłam ten szczegół. Być może wraz z wiekiem zapomina się o nastoletnich namiętnościach i przekierowuje na te dorosłe…

Historia 17-letniej Celestine pokazuje jak jeden dobry uczynek, odruch serca, okazanie życzliwości i wyjście przed szereg może zmienić życie. Nagle lądujemy na świeczniku, a w tym przypadku mamy cholerne kłopoty. Nie da się nie użyć takiego słowa, gdy z dnia na dzień zostaje się człowiekiem ze skazą charakteru i to aż w takim stopniu. Jednak uczy nas, a w konkretnie to przypomina, że na błędach można się sporo nauczyć i więcej ich nie popełniać. Ponadto nikt, żaden człowiek nie jest idealny. Każdy ma jakąś skazę (ja na pewno ;)). Zresztą, gdyby wszyscy byli idealni to było by nudno. Każda taka skaza czyni nas na swój sposób kimś wyjątkowym, zwyczajnie człowiekiem z krwi i kości. Warto być sobą i kierować się własnymi uczuciami, a nie robić czegoś pod publiczkę, co jest szczególnie ważne w okresie dojrzewania. Choć i dorosłym zdarza się kreować się na chodzący ideał i krytykować innych. Obawiam się, że w dzisiejszych czasach co niektórzy chętnie wypalili by temu czy owemu jakieś piętno. Za co? Za własne zdanie, osobowość, wybory…

Jeśli mam być szczera, a jestem i chce z Wami być to książkę Ceceli Ahern brałam w ciemno. Nowa pozycja, muszę ją mieć! Uwielbiam twórczość tek autorki i pozytywnie mnie nastraja więc ją chce! No i dostałam. Gdy trafiła w moje ręce poczułam ciekawość wymieszaną z obawą. Czy jednak mam ochotę na coś dla młodzieży? Czy autorka tym razem również mnie oczaruje? Co ją podkusiło, żeby pchać się w ten gatunek? Pytania, pytania i pytania. Jednak, żeby uzyskać odpowiedź musiałam przeczytać. Ostatnimi czasy jestem trochę na bakier z literaturą młodzieżową, odstawiłam ją na boczny tor. Stąd pewnie moje obawy co do tej książki. Przyznam, że są książki młodzieżowe, które mają w sobie to coś i mnie wciągają, jednak nie czytam ich już tak hurtowo jak dawno temu. Powód? Latka lecą i chyba gusta się zmieniają. Jednak autorka mnie nie zawiodła. Nie jest to coś na co w pełni liczyłam i czego doświadczałam podczas innych jej książek, ale nie jest to też klapa. Po prostu coś innego, co także Ceceli Ahern wyszło. „Skaza” może się podobać. Potrafi wciągnąć i umilić czas. Otwarte zakończenie rozpala apetyt na więcej. Nie raz już udowodniła, że potrafi czarować piórem. Tym razem nie czuję się w pełni oczarowana i nastawiona refleksyjnie, ale nie mogę też określić tej powieści jako jakiś niewypał. Jest to dobra książka, która naprawdę umili czas. W przyszłości będzie można wersję książkową porównać z filmem, gdyż prawa do ekranizacji książki zakupił Warner Bros, a za produkcję podobno odpowiadają twórcy filmów takich jak: „Diabeł ubiera się u Prady” czy też „Forest Gump”. jeśli te filmy zrobiły na Was wrażenie, a i książki Ceceli Ahern pochłaniacie to może warto dać im szansę.


„Nieświadomość jest słodka. Wiedza to często odpowiedzialność, której nikt nie chce.”

niedziela, 30 października 2016

Bestsellery na jesienne i chłodne wieczory.


W kalendarzu i za oknem mamy już od jakiegoś czasu jesień. Raz złotą, a za chwilę szarą. To wszystko urozmaicone wiatrem, mgłą czy deszczem. Czyli żadna nowość, a tylko nasze klimatyczne realia. Tak sobie myślę, że jesień to ulubiona pora roku każdego pochłaniacza książek. Na dworze jak wiadomo nie zawsze jest przyjemne. Spacery owszem są przyjemne, ale nie tak długie jak latem, a to zachęca do siedzenia w domu. Umilić sobie można czas na wiele sposobów jednak My kochamy czas spędzony w towarzystwie książki, ciepłej herbatki, kakao, winka czy co kto lubi. W tle może lecieć sobie lekka muzyczka, a zmarznięte stópki można okryć ciepłym kocykiem. Jak widać kiepska pogoda i długie wieczory to idealna wymówka, żeby nie wychodzić z domu i korzystać z nowości książkowych. U mnie co prawda ostatnio wszystko stanęło na głowie i na czytanie mam zdecydowanie mniej czasu jednak staram się korzystać jak tylko mogę. Skoro o nowościach mowa, to podrzucę tutaj listę moich jesiennych bestsellerów, które z pewnością warto przeczytać.

Propozycja numer 1:


Olga Rudnicka i jej powieść „Były sobie świnki trzy” to idealna pozycja na jesienną chandrę! Jak wiadomo autorka słynie z lekkich kryminałów, które wypełnione są po brzegi humorem. Raz czarnym, a innym razem kolorowym, ale zawsze w dobrym tonie! Przynajmniej na mnie on działa i to nawet w trudnych życiowych momentach. Jest to moje antidotum i dlatego polecam jej książki zawsze i to wcale nie dlatego, że obie mieszkamy w jednym mieście! Tak więc, jeśli potrzebne Wam „wsparcie dobrym humorem” to polecam! Jeśli jesteście ciekawi co konkretnie sądzę o najnowszym dziele autorki to zapraszam do mojej recenzji... (jeśli ktoś nie czytał).

Propozycja numer 2:


Drugim gorącym hitem wydawniczym jest „Harry Potter i przeklęte dziecko”. Jak zapewne wiecie księgarnie pękały w szwach przepełnione po brzegi chętnymi nabyć najnowsze dzieło z Harrym. Nawet w biedronce od razu się ukazała i niektórzy odwiedzający sklep zabierali świeżutki egzemplarz do domu. Ja swój egzemplarz również posiadam, tak więc cała kolekcja będzie cieszyć moje oko na półce. Nie mogłam odmówić sobie przyjemności z obcowania z magią. Świat czarodziejów znowu wzywa swoich wiernych fanów, choć w zupełnie innym wydaniu. Tym razem nie dostaniecie tradycyjnej formy powieści, a sztukę teatralną – o czym zapewne wiecie – i zapewne nie wszystkim przypadnie ona do gustu. Domyślacie się zapewne, że jest to raczej okrojona wersja w porównaniu z siedmioma tomami o naszym ulubionym Harrym. Myślę jednak, że warto przeczytać i znów choć przez chwilę poczuć się na „starych śmieciach”. Ja już zaczęłam czytać i już niedługo podzielę się z Wami wrażeniami jakie na mnie wywarła. Myślę, że dla wszystkich fanów Harrego Pottera i całej bandy to będzie gorący kąsek do nabycia i bez dwóch zdań bestseller jesieni.

Propozycja numer 3:


Guillaume Musso i jego jego najnowsza powieść „Ta chwila” to mój czwarty faworyt na tej liście. Co prawda, jeszcze nie miałam okazji książki czytać, jednak już jest na mojej półce. Twórczość tego autora wręcz pokochałam i biorę ją w ciemno! Mam kilku ulubionych autorów, których książki kupuje bez jakiegoś większego zastanowienia i do nich zalicza się właśnie ten autor. Jeszcze nie zawiodłam się na jego twórczości. Odpowiada mi jego styl, to jak tworzy fabułę, napięcie i całą atmosferę. Nie mogę się doczekać, aż będę mogła wyczarować sobie chwilę spokoju i zanurzyć się w fabułę jego najnowszej książki. A po ocenach na LC widzę, że trzyma równie wysoki poziom jak te tytuły, z którymi już się zapoznałam. Tak więc moje oczekiwania wobec tej książki są ogromne. Czy się nie zawiodę? Zobaczymy. Mam jednak nadzieję, że nie.

Propozycja numer 4:


Teraz coś z zupełnie innej beczki. Będzie poważnie. Będzie o śmierci i odwadze. Będzie o lekarzu, który sam stał się pacjentem i poznał tajniki swojego zawodu z obu stron. Czyli o życiu i chorobie doktora Paula Kalanithiego, wybitnego neurochirurga, któremu los poprzestawiał tory. Wywrócił do góry nogami, a ambitne plany odstawił do kąta. „Jeszcze jeden oddech” to autentyczna opowieść o odważnej i rozsądnej walce z chorobą. Chorobą, która jak widać nie omija także lekarzy. To wyścig z czasem, by zostawić po sobie ślad – swoim najbliższym jak i nam – ludziom, czytelnikom – chorym i tym, którzy doświadczyli choroby bliskiej osoby. To fragment z życia ambitnego lekarza, męża i również pacjenta. Paul Kalanithi chciał stworzyć coś, co ułatwi czytelnikowi zaakceptowanie własnej śmiertelności. Chciał dodać otuchy i odwagi, aby stawić jej czoło. Pewnego dnia do swojego przyjaciela napisał tak: „Jeśli chodzi o raka płuc, to nie ma w nim nic egzotycznego. Jest wystarczająco tragiczny, a zarazem łatwo go sobie wyobrazić. Dzięki temu czytelnik może wejść w moje buty, pochodzić w nich chwilę i stwierdzić: A więc tak to wygląda z tej perspektywy...Ale prędzej czy później wskoczę z powrotem we własne obuwie.” Czy mu się to udało? Myślę, że chyba tak. W tej książce urzekła mnie prostota, ciepło i świadectwo miłości jakie z niej płynie. Można się wzruszyć i gdzieś tam w środku uśmiechnąć.

Teraz koniec z nowościami… Być może sypnę z rękawa banałem, ale ja nie wyobrażam sobie jesieni bez twórczości Sir Arthura Conan Doyle'a i przygód mojego ulubionego Sherlocka Holmesa – tym bardziej, że wreszcie dostałam od męża moją upragnioną „Księgę wszystkich dokonań…” Czytając, oczami wyobraźni widzę, salonik na Baker Street, trzask ognia w kominku, dym ulatujący z fajki, przytulne światło, stare meble i dwoje przyjaciół rozprawiających nad jakaś sprawą. To samo dotyczy twórczości Agathy Christie. Kwintesencja smaku sama w sobie! Moi drodzy klasyka ponad wszystko! Choć oczywiście nigdy nie odmówię sobie nowości wydawniczych… muszę być w miarę na bieżąco co w trawię piszczy!

Na tym zakończę swoją listę...Nie jest ona długa, być może nie ma na niej nic zaskakującego, ale są to książki, z którymi obcuje i chce obcować. Nowości i „starocie” jedno i drugie idealnie się ze sobą uzupełnia i czyni jesień znośną. Szkoda, że czasu na czytanie nie ma tyle co kiedyś...choćby jeszcze rok temu…Książek, które przewiną się przez moje ręce jest zdecydowanie więcej, jednak wybrałam tylko kilka…

Wszystkie wymienione książki można zakupić z atrakcyjnymi rabatami na merlin.pl


piątek, 21 października 2016

Książka do napisania


wydawnictwo: Wydawnictwo AlterNatywne
data wydania: 15 lipca 2016
liczba stron: 312

Tym razem nie zaproponuje Wam żadnej wciągającej powieści. Naprawdę! Żadnego kryminału, romansidła, młodzieżówki, literatury faktu czy czegoś z pozostałych gatunków literackich. Tabula rasa, czyli niezapisana kartka – to chce dzisiaj Wam zaproponować. Całą książkę pustych, czystych kartek, stronnic, które sami możecie zapełnić. Jak? Sami zdecydujecie w jaki sposób i kiedy.

„Książka do... napisania” to moja propozycja na dziś. Polecana jest szczególnie dla osób, które lubią pisać lub marzą o tym żeby spróbować. Czyli dla kogoś takiego jak ja! Dawno temu pisałam i mam zamiar do tego wrócić… Może zostanie po mnie coś dla potomności, jakieś wnuczęta wygrzebią w rupieciach moje zapiski i choć trochę je zainteresuje. Piszę „zapiski” bo w tej książce wcale nie musi powstać żadna powieść, która podbije świat, choć i tak może się zdarzyć. Piszecie wiersze? Pamiętnik? Tworzycie własne przepisy? Może rysujecie i tworzycie zabawne historyjki? Proszę bardzo, co tylko zechcecie może się w tej książce znaleźć. Wasza książka, Wasza sprawa.



Oczywiście pisać można w najzwyklejszym zeszycie, w komputerze, w notatniku, w telefonie, na serwetkach, paragonach… jednak można też sprawić sobie nie lada frajdę i zapełnić własną książkę, która będzie cieszyć oko na półce. O wiele lepiej prezentuje się ona niż zwyczajny notes czy zlepek kartek. Wydana jest naprawdę dobrze. Twarda oprawa, czyste świeżutkie kartki, tasiemkowa zakładka i co ważne, podkładka w kratkę i linię (co kto lubi), aby pisać prosto, a nie po skosie – co mi się często zdarza. Swoją drogą sama okładka już przyciąga wzrok oraz zachęca do stworzenia fantastycznej historii lub przeżycia czegoś magicznego… Już jakiś czas temu wpadła mi w oko i chciałam ją mieć. Jednak zwlekałam z zakupem, później o niej zapomniałam aż do czasu, gdy trafiła w moje ręce.


Podsumowując… „Książka do...napisania” to gadżet dla osób twórczych, które chcą mieć na półce bądź w szufladzie coś bardziej eleganckiego niż zwyczajny zeszyt. To pole do popisu Waszej wyobraźni. Możecie wyrażać siebie do woli. Myślę, że jest to idealny pomysł na prezent dla takiej właśnie osoby. Niebanalne, a zachęcające do wyrażania siebie. Fakt faktem jest to droższa przyjemność niż zeszyt, ale też tańsza niż jakiś mega porządny notes, który kosztuje dwa razy tyle. Chyba większość z Nas chciałaby zobaczyć na półce własną książkę, a ta pozycja Nam to w jakiś sposób umożliwia. Ja w najbliższym czasie przystąpię do zapełniania swojego egzemplarza (czym? Jeszcze nie wiem...może wiersze, może opowiadania) i z pewnością niedługo pochwalę się efektami swojej grafomanii.

Za książkę dziękuję:
Zapraszam również na oficjalną stronę książki:


niedziela, 16 października 2016

Jeszcze jeden oddech - Paul Kalanithi

wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
data wydania: 29 września 2016
liczba stron: 232

„Ciężka choroba nie zmienia życia, ona w jednej chwili całkowicie je niszczy. Nie czułem, że mam do czynienia z objawieniem, oślepiającym rozbłyskiem ukazującym To, Co Naprawdę Się Liczy – miałem raczej wrażenie, jakby ktoś zbombardował szlak, którym dotąd podróżowałem. Pozostawało mi jedynie znaleźć inną drogę.”

Dzisiaj zapraszam na recenzje książki, którą zastałam na swoim biurku po dość długiej nieobecności w domu. Byłam trochę zaskoczona i przyznam, że na pierwszy rzut oka poczułam pewien dystans. Stwierdziłam, że ostatnimi czasy mam zdecydowanie dosyć lekarzy, chorób, szpitali i myśli. Jednak zachętą były rekomendacje, które można znaleźć na okładce. Skoro jest to „mądra i niosąca nadzieję” książka to zapewne warto po nią sięgnąć. Zawsze staram się dawać literaturze, a szczególnie autorom szansę na przekonanie mnie do tego co mieli do powiedzenia. Tak było i tym razem. Jest to książka dosyć szczególna, gdyż samego autora nie ma już wśród żywych, a słowo pisane jest jego przesłaniem i śladem, który po sobie zostawił. Mierząc się z czasem, który wyznaczyła mu śmierć postanowił napisać tę oto książkę i tym samym spełnić swoje pragnienie.
Paul Kalanithi był jednym z najzdolniejszych amerykańskich neurochirurgów i ogromnym miłośnikiem poezji. W wieku 36 lat, po blisko 10-letniej pracy w charakterze neurochirurga i pod koniec wyczerpującej rezydentury, w momencie gdy Paulem zaczęły interesować się najważniejsze instytuty badawcze i najbardziej prestiżowe kliniki, młody lekarz usłyszał diagnozę IV stadium raka płuc. W jednej chwili Paul zmienia się z lekarza ratującego życie w pacjenta, który sam podejmuje walkę z chorobą. I zaczyna pisać. Wytrwale, strona po stronie, niezależnie od trudności, jakie przynosiła postępująca choroba.
Każdego z nas czeka śmierć. Prędzej czy później umrzemy – jak i kiedy- to nie jest zależne od nas. My mamy to życie przeżyć po swojemu. Nie każdego dotknie rak, to oczywiste. Jednak ta owa tajemnicza śmierć zabierze każdego i na swoich warunkach. Nikt jej nie pokona. Można ją oczywiście czasem wywieźć w pole, wystawić do wiatru czy dać pstryczka w nos, jednak ostatecznie i tak wygra ona. O tym wiedział doskonale Paul Kalanithi, neurochirurg, ambitny i zdolny lekarz,człowiek walczący o swoje i w końcu pacjent, który mógł poznać swoją pracę z obu stron. Przy tym skonfrontował się ze śmiercią zarówno w pracy jak i na gruncie osobistym. Oswoił się z nią i zaakceptował fakt, że prędzej czy później po niego przyjdzie. Odważył się stawić jej czoło i stanąć z nią oko w oko, mając za plecami wsparcie swoich bliskich i kolegów po fachu. 


"Nie da się osiągnąć absolutnej perfekcji, ale warto wierzyć, że człowiek nieustanie się do niej zbliża.”

„Jeszcze jeden oddech” to autentyczna opowieść o odważnej i rozsądnej walce z chorobą. Chorobą, która jak widać nie omija także lekarzy. To wyścig z czasem, by zostawić po sobie ślad – swoim najbliższym jak i nam – ludziom, czytelnikom – chorym i tym, którzy doświadczyli choroby bliskiej osoby. To fragment z życia ambitnego lekarza, męża, a także pacjenta. Paul Kalanithi chciał stworzyć coś, co ułatwi czytelnikowi zaakceptowanie własnej śmiertelności. Chciał dodać otuchy i odwagi, aby stawić jej czoło. Pewnego dnia do swojego przyjaciela napisał tak: „Jeśli chodzi o raka płuc, to nie ma w nim nic egzotycznego. Jest wystarczająco tragiczny, a zarazem łatwo go sobie wyobrazić. Dzięki temu czytelnik może wejść w moje buty, pochodzić w nich chwilę i stwierdzić: A więc tak to wygląda z tej perspektywy...Ale prędzej czy później wskoczę z powrotem we własne obuwie.” Czy mu się to udało? Myślę, że chyba tak. Trudno stwierdzić. Ja mniej więcej już wiem na czym ta choroba polega. Być może jeszcze większe znaczenie miałoby dla mnie przesłanie Paula kilka dobrych lat temu, gdy rodzinnie stawialiśmy czoło temu wrogowi. Jednak zgadzam się z tym, że książka ma w sobie sporą dawkę mądrości, miłości, akceptacji, odwagi i optymizmu. Można czerpać z niej siłę. Zarówno osoba dotknięta chorobą jak i bliscy chorego. W tej książce urzekła mnie prostota, ciepło i świadectwo miłości jakie z niej płynie. Można się wzruszyć i gdzieś tam w środku uśmiechnąć. Wiecie co? Czasem taka śmiertelna choroba może poprzestawiać tory, dzięki czemu relacje z kimś bliskim mogą się naprawić… Żona autora pokazuje, że miłość nie umiera wraz z kochanym przez nas człowiekiem i zostawia w nas coś ważnego. Czy warto sięgnąć po przesłanie, które zostawił w spadku po sobie Paul Kalanithi? Zdecydowanie tak. Myślę, że „zdrowy” czytelnik też wyciągnie z niej dużo korzyści, gdyż autor był człowiekiem niezwykle mądrym, a przy tym wnikliwym myślicielem poszukującym odpowiedzi na nurtujące go pytania. Z tego niezwykłego przesłania mogą skorzystać również osoby, które mają do czynienia z chorobami innymi niż rak…uniwersalna recepta na znalezienie siły do walki.



„- Czy możesz swobodnie oddychać, kiedy trzymam głowę na Twojej piersi?
- Tylko tak potrafię oddychać. „

Za książkę dziękuję wydawnictwu Literackie

czwartek, 13 października 2016

Dobra matka - Małgorzata Rogala


wydawnictwo: Czwarta Strona
data wydania: 15 czerwca 2016
liczba stron: 351

„Mam wrażenie, że intymność jest teraz deficytowym towarem... Dlaczego ludziom nie wystarcza przeżywanie miłości lub zachwytu w gronie najbliższych? Dlaczego potrzebują podziwu całego świata?”

Na tak postawione pytanie chciałoby się odpowiedzieć: „Takie czasy!”. I byłaby to po części dobra odpowiedź. W dzisiejszych czasach jeśli nie ma Cię w internecie to nie istniejesz. Wiedzą o tym chyba wszyscy. Tak najłatwiej się wypromować, zaistnieć, zabić nudę czy poznać znajomych...Każdy z nas codziennie buszuje w sieci, zostawiając w niej mniejszy bądź większy ślad po sobie. Intymność poszła do lamusa, powiedzmy to sobie otwarcie. Mało kogo nie znajdziemy na Facebooku, Instagramie, Twitterze czy gdziekolwiek indziej. Świat się zmienia i my się zmieniamy. Wszystko nabiera prędkości i obdziera nasze życie z prozy prawdziwości. Sęk w tym, że w wirze tego szału i obowiązków dnia codziennego nie zwracamy na to uwagi. Dokąd może zaprowadzić nas potrzeba podziwu całego świata? Na to pytanie odpowie dość dobitnie Małgorzata Rogala w swojej książce - ”Dobra matka”.
W Lesie Kabackim zostaje zastrzelona młoda kobieta, matka kilkuletniej dziewczynki. Niedługo po tym w podobnych okolicznościach ginie druga kobieta – także matka. Obie ofiary nieustannie dzieliły się prywatnością swoją i swoich dzieci. Tuż przed śmiercią każda z nich otrzymała tajemniczą wiadomość o treści „bądź dobrą matką”. Policjanci Agata Górska i Sławek Tomczyk prowadzą skomplikowane i wielowątkowe śledztwo, podczas którego odkrywają wiele brudnych tajemnic sprzed lat. Poza schwytaniem seryjnego mordercy starsza aspirant Agata Górska będzie musiała zmierzyć się także ze swoją przeszłością…
Jaka powinna być dobra matka? Co powinna robić, a czego nie robić, żeby nie podpaść komuś z otoczenia? Podobne pytania zadawali sobie policjanci, których poznacie w książce Małgorzaty Rogali. Sprawa dosyć ciekawa, gdyż dotyczyła młodych matek, które nie miały złej opinii wśród znajomych. Obie można spokojnie ocenić jako kochające matki. Więc dlaczego zginęły?

Świat biznesu, machlojek, zazdrości, nastolatków, którzy nie znają granic i przeszłość, która potrafi zawładnąć człowiekiem. Do tego idealnie odzwierciedlenie ludzkiej natury, dzisiejszej fascynacji technologią, a także obnażaniem się przed światem. Dobrze wykreowane postacie, które mamy możliwość krok po kroku poznać. Lubię kryminały, a i obyczajówkami jak wiecie nie gardzę, więc zgrabne połączenie intrygi kryminalnej z obyczajowymi wątkami przypadło mi do gustu. Lekkość pióra autorki pozwala delektować się tą powieścią i oderwać się od codzienności. Do przeczytania tej książki zachęcił mnie opis. Od samego początku coś zaiskrzyło… miałam przeczucie, że książka może mnie zadowolić i tak też się stało.

„Dobra matka” to kryminał,który wciąga od samego początku. Autorka w swojej książce w pewien sposób wytyka nam bezmyślność i brak prywatności. Pokazuje jak bardzo obnażamy siebie i swoje życie przed innymi, a przez to możemy stać się łatwym celem wszelkich ataków. Na tym nie koniec, znajdziemy tutaj kilka trudnych aczkolwiek ważnych tematów, które zostały ze smakiem wplecione w ciekawą historię. Pomysł na fabułę ciekawy, wszystkie wątki zgrabnie ze sobą połączone. Szczypta życia prywatnego policjantki Agaty Górskiej jest idealnym tłem dla całej sprawy. Całość czyta się szybko i przyjemnie. Co prawda udało mi się rozpoznać sprawcę zanim ujawniła go autorka, jednak nie wpłynęło to na poziom mojego zadowolenia z lektury. Jest to pierwsza książka autorki na mojej półce, co muszę z przykrością stwierdzić, bo okazało się, że pierwsza część cyklu mnie ominęła. Jak widać mam co nieco do nadrobienia. Z wielką przyjemnością przeczytam kontynuację losów Agaty Górskiej i jej partnera. Przypadli mi oboje do gustu i coś czuje, że nie będę się z nimi nudzić. Oby tylko kolejna część się pojawiła.

Podsumowując: jest to naprawdę dobry kryminał, który da się czytać bez znajomości części pierwszej („Zapłata”) , choć zdecydowanie polecam zacząć od początku, gdyż wtedy bardziej wnikniecie do życia głównej bohaterki i jej partnera. Będziecie mogli również ocenić, jak rozwija się twórczość autorki. Ja póki co mogę jedynie wyrazić swoje zadowolenie z tej lektury i polecić ją miłośnikom gatunku i osobom lubiącym książki, które pochłania się ekspresowo.

Za książkę dziękuję:


Kup książkę "Dobra matka"

środa, 5 października 2016

Granat poproszę - Olga Rudnicka


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
liczba stron: 336
PREMIERA: 11 października 2016

„Kobieta myśli jednocześnie o tylu przeciwnych sobie rzeczach, że sama nie wie, jakie ma zdanie, a jak już je ma, to na ogół nie wie, czego ono dotyczy.”

Zawsze, gdy dostaję możliwość przeczytania książki swojego ulubionego autora/ autorki (sprawdzone źródło) nie muszę zerkać na opis, gdyż borę ją zwyczajnie w ciemno. Dzieję się tak między innymi z powieściami Olgi Rudnickiej. Tak było i tym razem. Gdy tylko pojawiła się możliwość przedpremierowego przeczytania od razu byłam „za”. Mój entuzjazm był nieziemski – chyba brakowało mi specyficznego humoru jakim zawsze częstuje swoich czytelników autorka. Potrzeba oderwania się od rzeczywistości z kryminałem na wesoło była ogromna.
Kiedy wszystko wali się na głowę, można zrobić tylko jedno – wziąć sprawy w swoje ręce! Emilia Przecinek – ma trzydzieści dziewięć lat, sto pięćdziesiąt sześć i pół centymetra wzrostu oraz prawie dziesięć kilogramów nadwagi. Jest znaną autorką powieści romantycznych, a także matką dwojga nastoletnich dzieci i przykładną małżonką Cezarego, który postanawia zostać szczęśliwym mężem innej kobiety. Nie dość, że młodszej, to jeszcze wyższej, co szczególnie boli Emilię.  Los nie sprzyja przyszłej rozwódce. Bank domaga się spłaty kredytu, kochanka męża zostaje znaleziona martwa, a rodzina, mimo że daje Emilii niepodważalne alibi, zdaje się nie wierzyć w jej niewinność. Jej reputacja zawodowa zaczyna się walić, a w dodatku mąż jest poszukiwany za defraudację. To zdecydowanie dużo za dużo jak na jedną małą kobietkę.  Czyżby?
Od samego początku Olga Rudnicka skradła moje serce… Nie tylko dobrze zapowiadającą się historią w znanym już czytelnikom stylu, ale przede wszystkim główną bohaterką. Tak, tą małą kobietką – Emilią- która w 1/3 jest moim odbiciem (brak mi na szczęście feralnego męża, książek wydanych pod swoim (nie swoim zresztą też) nazwisku no i nastoletnich dzieci). Więcej podobieństw może jeszcze odkryje w sobie z czasem…A tak na serio autorka stworzyła ciekawą postać, która z oderwanej od rzeczywistości pisarki, porzuconej żony, zamotanej kobietki z nadwagą stała się głową rodziny, która umie opanować chaos. Co ważne zapanować również nad teściową, matką i dwójką dzieci… Trochę gorzej idzie jej z peruką i apetytem…

Autorka stworzyła jak zwykle barwne postacie… zarówno pod względem imion, nazwisk, przydomków i charakteru. Warto wspomnieć również o tym, że napisała powieść, w której pierwsze skrzypce grają kobiety. I to jakie! Wybuchowe, energiczne, zabawne i nietuzinkowe… Bawiące czytelnika od początku do końca. Dające powera! Każda z osobna ma w sobie coś, jednak wszystkie razem są mieszanką wybuchową, niczym granat...a zawleczką jest Cezary – mąż, ojciec, syn, zięć i idiota. Tak więc ja za postacie daje dużego plusa.

Sama historia nie jest skomplikowana. Prosta i nieobciążająca umysłu. Myślę, że nawet trochę przewidywalna. Zbliżając się do połowy zaczęłam się zastanawiać nad trupem, a konkretnie gdzie takowego znajdę. Dla mnie kryminał musi mieć trupa, a już na pewno dobrze, jeśli taki się pojawia. No i na szczęście się pojawił, a raczej pojawiła (co nie jest tajemnicą dla kogoś kto czyta opisy książek). Nie można się tutaj jednak spodziewać mega rozwiniętych akcji, wnikliwego śledztwa, czy jakiejś zagadki (przynajmniej ja się niczego takiego nie dopatrzyłam). Rozczarowało mnie trochę zakończenie. Było zbyt proste i brakowało mu przytupu oraz charakteru, ale nie było też aż tak źle. 

Podsumowując: książka idealna dla osób, które potrzebują dobrego humoru. Jeśli szukacie lekkiej fabuły, barwnych postaci i lekkiego kryminału z trupami, to warto sięgnąć po najnowszą powieść Olgi Rudnickiej. Ja od pierwszej przeczytanej książki tej autorki jestem urzeczona lekkością pióra, tym jak tworzy postacie no i oczywiście humorem, który jest wielkim atutem. Do powieści autorki polecam podchodzić z dystansem i nie oczekiwać mocnego kryminału, a raczej komedio – kryminał. Czytając „Granat poproszę” nie raz się uśmiałam i mam nadzieję, że i Wy się uśmiejecie. Niektórzy mogą twórczość autorki odbierać jako coś banalnego i powtarzalnego, ale dla mnie jest to dobra zabawa utrzymana na równie dobrym poziomie.

Za możliwość przeczytania ebooka dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka

niedziela, 2 października 2016

Obok - Anna Kolut


wydawnictwo: Novae Res
data wydania: 2016
liczba stron: 108
„Nie można niczego budować bez równowagi, a ja byłam, zaiste, chodzącą „równowagą”.”

Są książki, które zachęcają i takie, które zniechęcają. Są też obszerne i cieniutkie. Takie, na które nie żałujemy wydanych pieniędzy (także tych, których nie wydaliśmy jeszcze fizycznie) i takie, które kłują ceną w oczy i portfel. Nie zapominajmy także o tych, które pieszczą nasz zmysł wzroku i wrzeszczą, żeby dotknąć, powąchać i przeczytać...Podziałów jest wiele, jednak w tym wypadku musimy dodać te niepozorne i posiadające jednowyrazowe tytuły. Taka właśnie książka trafiła w moje ręce. Kusząca graficznie, cieniutka, z krótkim tytułem, zachęcająca… Warta przeczytania? O tym za chwilę.
Ona to kobieta po przejściach. Niegdyś kochająca żona, szefowa działu ważnej instytucji, osoba, której życie układało się jak w bajce. Dziś szuka od nowa sensu i celu. Upada i podnosi się. Wyjechała, aby w Holandii odbudować siebie i skierować swój los na nowe, nieznane tory. A przy okazji obserwuje i dzieli się z czytelnikami spostrzeżeniami dotyczącymi holenderskiej krainy, jej mieszkańców, amsterdamskich imprez i...własnego zapętlenia.
„Wiecie, jak to jest, kiedy kilka myśli snuje się tak długo i uparcie, że zaczynają tworzyć pętle i kołtuny? Jak długie włosy. Mam długie włosy, bardzo rozpoznawalne, mało kto nosi takie długie, właśnie dlatego, że niepraktyczne – kołtunią się. Tak samo z myślami – im dłużej jakiś temat rośnie w głowie, tym ciężej go usunąć.”

Anna Kolut w swojej książce zaprasza czytelnika do zapoznania się z alternatywnym światem. Takim w odcieniach zieleni. Alternatywy, w której żyje Ona - kobieta po przejściach i zapewne z jakąś tam przyszłością. Zwyczajnie daje nam poznać ciekawą osobowość, która totalnie różni się od tysięcy jej podobnych. Czyni to opowieść niezwykle barwną. Za pomocą słów i rysunków szkicuje nam kołtuny myśli, mury oddzielające emocje, różnobarwne stroje błazna, a także potwora smutku w przebraniu kruka. Lęki schowane za maską śmiechu. Jak wiadomo śmiech to nie tylko zdrowie, ale również pancerz.

„Obok” to naprawdę cieniutka książeczka, którą zapewne każdy jest w stanie przeczytać. Nie każdy? Owszem każdy. Te sto stron z mini haczkiem wzbogaconych rysunkami jest w stanie łyknąć każdy. Duży czy mały, leniwy czy aktywny. Bloger i nie bloger. Miłośnik fantastyki czy też kryminału. Nie wierzysz? To się przekonaj. Założę się, że już początek przypadnie Ci do gustu, gdyż pachnie luzem, humorem i dystansem. Im dalej tym lepiej...Może nieco dziwnie, kołtuniasto i chaotycznie, ale pozytywnie. Niby poważnie, ale wesoło. Główna bohaterka/ narratorka/autorka – Ona po przejściach może wydawać się dziwna, a jej zachowanie nie do ogarnięcia, jednak mimo wszystko całość i tak niesamowicie wciąga. Być może to sprawa tego humoru i lekkości, a być może ciekawej osobowości. W każdym bądź razie całość nie przygniata czytelnika, ale z pewnością umila czas. Zauroczona jestem okładką, która ma w sobie optymizm, przygodę, ciepło i coś, co przyciąga wzrok. Do tego odzwierciedla naszą główną bohaterkę, którą niby znamy, a jednak „brakuje jej twarzy, rysów, imienia”.

Ta książka to podróż po Holandii. Chwilowe zapoznanie z Holendrami i ucieczka w poszukiwaniu własnego miejsca. To podróż w celu oswojenia wielkiego ptaszyska – potwora smutku, który paraliżuje swoją ofiarę (chyba każdy z nas ma swojego potwora pod łóżkiem czy też w szafie). To tylko 18 cieniutkich rozdziałów, które każdy może przeczytać przy kawie. Taki umilacz czasu. Ja jestem naprawdę mile zaskoczona tą pozycją, choć to żadna literatura wielkiego kalibru. Ot coś, co czasami chce się przeczytać by zakosztować wspomnianego już humoru i dystansu.

„Można spróbować stanąć obok,ale nic z tego. Potworowi Smutku obojętne,gdzie kto stoi, pożera także i strój błazna,nie jest wybredny.”

Dziękuję autorce za możliwość przeczytania książki.

środa, 3 sierpnia 2016

Trup na trzepaku - Konstancja Nowicka


wydawnictwo: Novae Res
data wydania: 2016
liczba stron: 252

Letnie rozkojarzenie, potrzeba relaksu czy też dawki dobrego humoru to argumenty przemawiające za sięganiem po książki, które umilą czas oraz nie załamią czytelnika, a do tego nie zniechęcą po kilku pierwszych zdaniach. Sama właśnie potrzebowałam książki takiej – idealnej- na moje rozkojarzenie i relaks. Chciałam czegoś, co mnie wciągnie, ale nie przytłoczy ciężarem, a nie miałam ochoty na nic przesłodzonego w typie romansidła. Najlepiej coś z kryminalną nutką. No to znalazłam idealną pozycję i to z trupem pojawiającym się już na wstępie. Do trupa w pakiecie dali także trzepak… Co może mieć wspólnego trzepak z trupem? Otóż, okazuje się, że całkiem sporo!


„Trzepak to konstrukcja pomagająca w zasadniczy sposób w trzepaniu dywanów, była szczególnie popularna przed upowszechnieniem się odkurzaczy. Obecnie dopuszcza się inne zastosowania trzepaka. Rusztowanie bywa huśtawką dla dzieci, altanką dla zakochanej młodzieży bez finansów na kawiarnię lub piwiarnio-winiarnią dla okolicznych żulików. W tym opisie bezwzględnie nie mieszczą się trumna, kaplica ani nawet miejsce zbrodni.”
KUDŁATA rzadko rano zdąża na tramwaj. Jej mieszkanie jest zakurzone jak egipski sarkofag, bo dnie i noce spędza na dyżurach w szpitalu. Kocha swoją pracę. Jest oddana pacjentom, psu Cystofiksowi i Obolałemu (temu ostatniemu do czasu). ANTONINA haruje po kilkanaście godzin dziennie w kancelarii prawniczej, ale tego nie lubi, dlatego rzadko się uśmiecha. Ubiera się w eleganckie garsonki. Jest sztywniarą. Zupełnie jakby połknęła kij (do czasu). SZABLA nie lubi wypacykowanych panienek. Rozpiera ją energia. Prowadzi szkółkę jeździecką. Marzy o wakacjach na egzotycznej plaży. Chodzi na nierandki z niechłopakami (do czasu). BAZYLIA wspaniale przyrządza karkówkę, a po szampanie miewa ataki śmiechu. Ma kochającego męża, trzech wspaniałych synków i wymarzony dom za miastem, w którym czuje się bardzo szczęśliwa. Mąż nazywa ją Matką Teresą. Kudłata, Antonina, Szabla i Bazylia są przyjaciółkami, których życie zmienia się, gdy jedna z nich znajduje trupa na osiedlowym trzepaku.
Głównymi bohaterkami są cztery przyjaciółki, ale to jedna z nich pewnego poranka znajduje na wspomnianym już trzepaku trupa. Od tego momentu życie przyjaciółek nabiera jakby ciekawszych barw i akcji. Zaczyna się coś dziać. Na horyzoncie pojawiają się ciekawi faceci, łyse osiłki i byłe – niedoszłe i przyszłe żony. Na pierwszy plan oczywiście wyłania się niezwykła babska przyjaźń, która zdarza się chyba dość rzadko. Sam pomysł na fabułę również jest bardzo ciekawy. Dużym plusem, w tej historii jest oczywiście narracja jak i dialogi, które mają w sobie luzacki klimat.

„Trup na trzepaku” autorstwa Konstancji Nowickiej to zagadka kryminalna o niezwykle chwytliwym tytule, który wpada w ucho i zachęca do zapoznania się z opisem. A to już samo w sobie jest dużym plusem…pierwszy krok w celu przyciągnięcia czytelnika osiągnięty. Drugim jest opis, a konkretnie barwne postacie, które się z niego wyłaniają i obiecują ciekawą i lekką historię. To, że książka jest lekka, przyjemna i przesiąknięta dowcipem oraz optymizmem, przekonacie się od samego początku. Powiedziałabym, że jest to coś w klimatach Olgi Rudnickiej. Jest trup, jest humor, są ciekawe babki w roli głównej, a wszystko to wyczarowane z lekkością pióra. Książkę czyta się szybko. Nie męczy, a wręcz działa relaksująco i optymistycznie. Nagle codzienność nabiera trochę innych barw. Jedyne, co mi tutaj nie pasuje to okładka…ale przecież ważniejsze to, co jest w środku. Tak więc, jeśli szukacie czegoś w takich klimatach to polecam gorąco! Mnie przyciągnęła od początku tytułem i nie zawiodłam się… Uwielbiam połączenie kryminału z humorem, a tym bardziej, jeśli w roli głównej są tak barwne postacie jak Kudłata, Bazylia, Szabla i Antonina. Książka, za względu na swoją niewielką obszerność idealnie nadaje się na jedno popołudnie. Gwarantuję, że połkniecie ją w kilka godzin!

Za książkę dziękuję księgarni:

niedziela, 24 lipca 2016

Gorski - Vesna Goldsworthy


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 19 lipca 2016
liczba stron: 216

Miłość w teorii nie zna przeszkód. Czas, wiek, pieniądze… to wszystko da się przeskoczyć. Czy jednak na pewno? Jak się okazuje świat wielkich pieniędzy często zostaje pozbawiony możliwości do prawdziwego szczęścia, jakim jest prostota miłości. Wszystko można kupić, tego luksusu jednak nie…a wieloletnia udręka czekania nie koniecznie zostaje nagrodzona. Książka, którą dzisiaj proponuję przyciągnęła mnie okładką. Jest w niej pewne piękno, bogactwo i chłód, czyli odzwierciedlenie fabuły, której opis zaintrygował mnie w drugiej kolejności. „Gorski” to powieść, której nie mogłam sobie odmówić. I całe szczęście, że tego nie zrobiłam!
Gorski pożąda wszystkiego, co najlepsze, i dostaje wszystko, czego pożąda. Najbardziej tajemniczego z oligarchów przywiodła do brytyjskiej stolicy miłość do Natalii, którą poznał przed laty w Rosji. To, że kobieta jest obecnie zamężna z Anglikiem, stanowi dla niego jedynie drobną niedogodność. To dla niej buduje swoje Tadż Mahal na brzegu Tamizy, w porównaniu z którym pałac Buckingham będzie przypominał bezkształtne pudło przy rondzie. Znajdzie się w nim wspaniała biblioteka, świadcząca o dobrym guście i wychowaniu. Potrzebne są jedynie książki…
Narratorem w tej opowieści jest pracownik rzadko odwiedzanej przez klientów księgarni. Prowadzi on wręcz ascetyczne życie, które aż krzyczy prostotą. Pewnego dnia na jego drodze, a konkretnie w drzwiach księgarni staje wyrazista postać. Osobowość, która stanowi zagadkę dla większości Londyńczyków. Bogacz, który ma specjalne zlecenie dla naszego księgarza. Zlecenie, które odmieni jego życie i wprowadzi do świata wielkich i bogatych, a także luksusów, o których nawet nie śmiał myśleć. To zadanie nie tylko pozwoli mu zakosztować odmiennego życia, ono również w znaczny sposób na to jego życie wpłynie.

Przekonuje się on między innymi, że świat wielkich oligarchów to tylko piękna fasada, za którą kryją się problemy znane ludziom z niższych sfer. Po raz kolejny potwierdza się powiedzenie, że „pieniądze szczęścia nie dają”. Dają co prawda luksusy, wielkie możliwości i ułatwiają życie, ale mogą również je skutecznie zatruć, a nawet prowadzić do dramatów. Dramatów, które nie ominą naszego narratora i całej reszty bohaterów.

Vesna Goldsworthy urodziła się w Belgradzie w 1961 roku, od 1986 mieszka w Londynie. Pisze po angielsku, w swoim trzecim języku. Jest autorką trzech książek wydawanych w wielu przekładach: pamiętnika „Czarnobylskie truskawki”, „Inventing Ruritania” oraz zbioru wierszy „The Angel of Salonika,” uhonorowanego Nagrodą Crashawa. „Gorski” to jej pierwsza powieść.

„Gorski” to niezwykle interesująca powieść, która wywołuje pewną nutkę refleksji i wprowadza w ciekawy klimat. Pachnie nie tylko bogactwem, ale również zapachem starych książek, miłością, fascynacją, różnorodnością kulturową, dramatami, a także przeszłością bohaterów. Autorka snuje swoją opowieść w sposób lekki i ciekawy, a opisy, które nam dawkuje są barwnym dodatkiem i absolutnie nie nużą czytelnika. Vesna Goldsworthy w swojej książce zabiera nas w podróż po meandrach rosyjskiej miłości i pustce, jakiej może doświadczyć każdy, niezależnie od stanu konta. Opisuje prozę życia, która dla jednych i drugich bywa zdradliwa.

Podsumowując: barwna, ciekawa i klimatyczna opowieść, w której nie zabraknie uciech życia oraz dramatów, które wpłyną na życie bohaterów. Książka, którą warto przeczytać i dać się oczarować autorce, gdyż potrafi zaciekawić swojego czytelnika.

Za możliwość przeczytania ebooka dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka

wtorek, 19 lipca 2016

Małe zbrodnie małżeńskie - Éric-Emmanuel Schmitt


wydawnictwo: Znak
data wydania: 2015
liczba stron: 96

„Oto czym jest małżeństwo: stowarzyszeniem zabójców, którzy napadają na innych, zanim rzucą się wzajem na siebie, długą wędrówką do śmierci, gdzie po drodze ściele się trup. Para młodych to para, która próbuje pozbyć się innych. Para starych to para, gdzie partnerzy usiłują się wzajemnie wyeliminować.”

Czyli wychodzi na to, że małżeństwo przypomina walkę o przetrwanie. To „brutalna” codzienność, która zepchnęła na bok miłość i pożądanie, a zastąpiła je inną formą szaleństwa. Być może to tylko zwyczajna wizja pesymisty, który może sobie pozwolić na wariackie spojrzenie przez okulary w odcieniach ciemnej goryczy. Tak czy inaczej sam cytat stworzył w mojej wyobraźni ciekawy widok dwojga ludzi, którzy na stare lata bawią się w kilerów. Zapachniało aromatem kryminału, który mógłby okazać się ciekawy, jednak to żaden kryminał. To tylko kolejna filozoficzna myśl Erica- Emmanuela Schmitta, którą umieścił w swojej książce „Małe zbrodnie małżeńskie”.
Podobno nienawiść dzieli od miłości tylko jeden krok. Czasem bywa też na odwrót Eric- Emmanuel Schmitt pokazuje, że miłość ma wiele wspólnego z szaleństwem, a gorące wyznania od zbrodni w afekcie oddziela czasem bardzo cienka linia. Czy można jednak przekroczyć tę granicę wielokrotnie? Czy da się jednocześnie i kochać i nienawidzić?
„[…] każdy związek jest domem, do którego klucze znajdują się w rękach mieszkańców. Jeśli zamknie się ich od zewnątrz, dom stanie się więzieniem, a oni więźniami.”

Czytając „Małe zbrodnie małżeńskie” czułam się jak widz w teatrze, albo olbrzym, który podgląda z góry małe ludziki zamieszkujące papierową makietę. Wyobraźcie więc sobie i wy sytuację, w której liczba bohaterów nie przekracza skromnej cyfry dwa. I miejsca akcji, które jest jedno. Autor w swojej książce zabiera nas do mieszkania – a raczej salonu - pewnego małżeństwa. Chce, abyśmy stali się świadkami rozmowy, dialogu, dyskusji dotyczącej ich dotychczasowego życia. Lisa i Gilles lawirują w korytarzach niedomówień, kłamstw, emocji i bolesnej szczerości przekształcając się w postacie rodem z dramatu, sztuki teatralnej, a może nawet pewnej groteski. Podglądając, siadając na starym fotelu czy skrzypiącym krześle przy biurku, dowiadujemy się szczegółów dotyczących ich małżeństwa. Sprytnie przechodzimy przez różne warstwy, które obnażają naszych bohaterów tak, by cała szczerość wylała się na sam środek tego pokoiku. Wspomnienia, bolesne rozterki, które chowają się za stertą książek odkrywają przed nami oblicze związku dwojga ludzi, który balansuje na cienkiej lince miłości i nienawiści.

„Co to znaczy kochać mężczyznę? To znaczy kochać go na przekór sobie, na przekór niemu, na przekór całemu światu.”

„Małe zbrodnie małżeńskie” to prawdziwy minimalizm, który zwiera w sobie dużą dawkę emocji. To nie tylko cieniutka książeczka, którą można pochłonąć na raz, ale jedna ciągnąca się prawie sto stron dyskusja, która odkrywa więcej niż niejedno opasłe tomisko wypełnione po brzeg postaciami, miejscami akcji czy też całą gamą opisów. To coś w rodzaju scenariusza, którego odegramy we własnej wyobraźni. Autor w swojej książce poszedł na pewnego rodzaju łatwiznę i zapisał zwyczajny dialog dwojga małżonków, ale zrobił to tak, że mimo początkowego szoku poczułam zaciekawienie. Cała rozmowa jest dynamiczna, jasna w odbiorze i przy tym zawierająca ciekawe cytaty, które tak lubię wyłapywać w twórczości tego autora. Damsko – męskie sprawki, które można porównać do partyjki szachów. Wyścig pozorów, kłamstw, miłości wymieszanej z bólem. To pewnego rodzaju spowiedź, która ma oczyścić i tym samym odsłonić naturę naszych bohaterów. Cenię sobie twórczość tego autora ze względu na prostotę przekazu i ciekawe przemyślenia. Podoba mi się to, że w tak zwyczajny i prosty sposób jak choćby w tym przypadku, potrzebuje kilku rekwizytów, żeby przenieść czytelnika do świata swoich bohaterów i tchnąć w nich emocje…a nawet ich nadmiar. Ta książka potwierdza tezę, że miłość bywa trudna i to nie ważne czy po kilkunastu latach wspólnego życia czy zdecydowanie mniejszym stażu. Miłość w nas ewoluuje i szybko może zamienić się w nienawiść. 

Podsumowując…
Dawno już nie miałam okazji uczestniczyć w tak interesującej interlokucji! A sam autor po raz kolejny udowodnił, że nie boi się krótkich form i eksperymentów. Szukacie prostoty? Czegoś totalnie krótkiego, a jednocześnie poruszającego jakiś temat? W takim razie polecam!

Kochać to znaczy mieć tę wytrzymałość, która pozwala przechodzić przez wszystkie stany, od cierpienia do radości, z tą samą intensywnością.”

czwartek, 14 lipca 2016

Pirania na kolację. 1405 dni w podróży dookoła świata - Magda Bogusz


wydawnictwo: Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA
data wydania: 15 czerwca 2016
liczba stron: 432

„[…] instynkt macierzyński nie rodzi się wraz z urodzeniem pierwszego dziecka, ale w chwili poślubienia męża.”

Chyba każdego człowieka nachodzi czasem ochota, żeby rzucić wszystko w diabły i uciec. Być może gdzieś w Polskę, świat czy też na bezludną wyspę. Odciąć się od rutyny, problemów, codzienności, ale nie każdy ma odwagę. Tej odwagi i determinacji nie zabrakło Magdzie Bogusz i jej mężowi, którzy pewnego dnia postanowili zostawić za sobą dotychczasowe życie, by bez fortuny przemierzyć prawie cały świat. Nastawieni na przygodę i brak wygód podróżowali aż 1405 dni po różnych zakątkach świata, co barwnie opisuje Magda w swojej barwnej książce, „Pirania na kolację”.
Magda i Tomek Bogusz przemierzyli prawie cały świat. Ich podróż trwała dokładnie 1405 dni, a zaczęła się 14 lipca 2010 roku na lotnisku w Warszawie, gdzie z biletem w jedną stronę polecieli do Stanów Zjednoczonych. Byli na 4 kontynentach, w 27 krajach. Przebyli 700 mil autostopem, 8 000 mil samochodem, 14 000 kilometrów autobusem, 21 163 kilometry motorem, 8200 mil morskich żaglówką i 5 324 kilometry rowerami.
Czasami warto zejść z wytyczonej ścieżki. Podjąć ryzykowną decyzję i dać się ponieść fali marzeń, oczekiwań, wolności, przygodzie i niebezpieczeństwu. Nikt przecież nie gwarantuje, że za rogiem będzie bezpiecznie, ale już za kolejnym zakrętem możemy znaleźć coś, co zapiera dech, poznać ludzi, którzy zostaną w naszej pamięci, a nawet życiu. Taką decyzję podjęła autorka tej książki. Naszedł ją impuls by zmienić coś w życiu. Rzucić korki oraz dotychczasowe życie i coś przeżyć. Ujarzmić uciekający czas, który przecieka przez palce. Jakby nie patrzeć życie mamy tylko jedno i od nas zależy jak je wykorzystamy. Ona i jej mąż wykorzystali je bardziej świadomie niż większość ludzi. Przeżyli przygodę życia, o której wielu się nie śniło. Ja sama nigdy nie marzyłam o podróżach, a już na pewno nie tak dynamicznych, szalonych i zaplanowanych na taką skalę. Ja domator podróżuję z książkami w rękach i dzięki Magdzie i Tomkowi zakosztowałam właśnie trochę świata i to nie ruszając się z fotela.

Magda Bogusz – moja imienniczka - dziennikarka, politolożka oraz ekonomistka, żona i matka uzależniona od poznawania ludzi i odkrywania miejsc, zakochana w świecie. Szczęśliwe dzieciństwo spędziła na Lubelszczyźnie w miasteczku Łuków, obecnie mieszka w Gdańsku. Choleryczka, nałogowa wielbicielka czekolad, miłośniczka gór i słońca. Była pełnoetatowym pracownikiem korporacji, kelnerką w restauracji w Sydney, statystką w filmie bollywood, wolontariuszką w hospicjum, pisała dla Wirtualnej Polski oraz Onetu. Współautorka bloga podróżniczego z2strony.pl, który został Blogiem Roku 2013 w kategorii Podróże, był nominowany do nagrody Trzy Żywioły oraz otrzymał tytuł Blog of Gdańsk 2014.

„Pirania na kolację” to mój debiut z literaturą tego typu. Nigdy nie zagłębiałam się w reportaże dotyczące podróży. Rzadko, żeby nie powiedzieć wcale, sięgam po literaturę faktu, a tu proszę, nowe odkrycie. Autorka pokazuje jak czerpać radość z podróży nie mając wielkiej fortuny. Głodując, moknąc i stając przed różnymi „psikusami” od losu. W barwny i dynamiczny sposób opisuje swoją podróż życia, którą rozpoczęła wraz z mężem samolotem, by móc ją kontynuować na różne sposoby. Dzięki lekkości pióra, jaką włada Magda Bogusz czujemy się jak słuchacze, którzy pewnego wieczoru przy ognisku słuchają barwnych opowieści z podróży naszych znajomych. Razem z nimi podróżujemy zardzewiałym samochodem, który trzeba później jakoś upchnąć, autostopem, motorem „Tornado”, który jest nim tylko z nazwy, jachtostopem czy też rowerem. Nie ważne czym, byle dalej do przodu. Nie ważna jest pogoda, wygody, wykwintne dania, liczą się doznania wzrokowe, zapachowe i emocjonalne. To, czego nie mieli na co dzień. Podróż, w którą się wybrali była naprawdę niezłym wyczynem. Przyznam szczerze, że niejeden raz byłam zszokowana i podziwiałam ich za wytrwałość i upór w dążeniu do celu. Całość daje do myślenia, pozwala poszerzać horyzonty, bawi (zdziwiłam się, gdzie chwytem marketingowym jest nasza słynna Biedronka i równie słynny Lewandowski) a także pobudza apetyt na ludzi i wrażenia. Jakby tego było mało to w zestawie znajdziecie zdjęcia, które są barwne i naprawdę zapierające dech.

Czy po tak długiej podróży „normalne” życie jest w ogóle możliwe?

Autorka udowodniła, że tak. Nawet jest ono bardziej świadome, a człowiek jest głodny większej ilości wrażeń. Doceniając tym samym to, co ma na co dzień (zwyczajną pościel, prysznic, ubrania). Taka podróż to coś w rodzaju życiowego resetu, który przydałby się każdemu z nas. Szkoła przetrwania, która wzmacnia i hartuje. To doznania, których nie da się zapomnieć. Ta książka aż kipi od pozytywnej energii. Nic więcej dodawać nie trzeba… Zachęcam do wyruszenia w „papierową” podróż po Peru, Australii, Nowej Zelandii, Chinach, Meksyku, USA, Boliwii, Tajlandii…Poznajcie obyczaje, smaki, mieszkańców, dziwnych kapitanów… Zakosztujcie widoków… oderwijcie się od codzienności, choć na chwilę z książką w dłoniach.

Za książkę dziękuję księgarni:


poniedziałek, 11 lipca 2016

Listy z dziesiątej wsi - Agnieszka Olszanowska


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 7 lipca 2016
liczba stron: 296

„[…] dziesiąta wieś jest tam, gdzie idziemy bezwiednie, bez zastanowienia. Tylko po to, by stracić serce i spokój.”

Listy. Kartki papieru, które rozsiewają woń przemijającego czasu. Wycieńczone nocnym czytaniem przy słabej lampce, ubrudzone piątą lub dziesiątą łzą, a może utłuszczone przez przypadek. Zwyczajny papier, pokryty koślawym lub też intrygującym charakterem pisma, opatrzony datą, podpisem i miejscowością - to tylko poszlaki na drodze korespondencji. Treść zlepiona z urywków życia głównych bohaterów. To wielka ciekawość dla odkrywcy, który znajduje zagubiony pakiecik w lamusie przemijalności. To coś, co zostaje po nas na dłużej, w przeciwieństwie do dzisiejszych e-maili. To właśnie za przeszłość wymieszana z atramentem może odkryć przed nami tak wiele, a przede wszystkim nauczyć lekcji życia i przetrwania. Papierowe listy to skarb, o który teraz już tak trudno. „Listy z dziesiątej wsi” Agnieszki Olszanowskiej to dowód na to, jak mało wiem o sobie i swoich najbliższych.
"Bóg opuścił mnie na worku z mąką”. Tak zaczyna opowieść o swoim życiu Beata, bohaterka "Listów z dziesiątej wsi”. Jej mąż Michał opuszcza ją dla innej kobiety i wyjeżdża do Londynu, a ona zostaje sama z dwoma synami – bez pracy i środków do życia. Ta sytuacja zmusza ją do powrotu do rodzinnego domu na wsi – w którym mieszka jej brat Kuba. Zwierzyniec był przed laty piękną polską wsią. Teraz zmienia się w plantację kukurydzy. Znikają drzewa, sady, kwiaty, bo kukurydza przynosi największe dochody. Beata buntuje się, pragnie zachować choć cząstkę dawnego świata. Bierze pod opiekę zdziczały i zarośnięty Stary Park. Poznaje syna zarządcy dawnego dworu, właściciela Starego Parku. Dostaje u niego pracę i razem z nim przywraca dawną świetność temu miejscu. I po raz pierwszy w życiu sama na siebie zarabia. Pewnego dnia na strychu znajduje pakiet pożółkłych listów. Dzięki nim śledzi dramatyczną historię życia swojej babki, która nieszczęśliwie wydana za mąż, trwała wiernie u boku niekochanego mężczyzny. Przez całe życie wymieniała listy z tajemniczym Stachem. Z ich listów Beata poznaje wstrząsające rodzinne wydarzenia z okresu wojny i po wojnie, z pobytu Stacha w areszcie na Rakowieckiej.
Zastanawialiście się czasem ile tak naprawdę możecie nie wiedzieć o swoich bliskich? Co skrywa babcia (oczywiście to też dotyczy dziadka czy kogoś innego)? Jaka tak naprawdę była w młodości? Co przeżyła i co skrywa tylko w swoim sercu? Jakie było jej życie zanim pojawiliście się w nim Wy? Takie pytania nawiedzają mnie przy okazji lektur, które pachną listami i tym co już dawno przeminęło. Odkrywanie zakurzonych historii uświadamia mi, że przecież ja sama mam przodków, którzy żyli w czasach wojny czy też po. Byli młodzi, mieli plany, sekrety, marzenia, smutki i błędy popełnione na swoim koncie. My wiemy o nich tylko tyle ile sami nam pozwolili. Myślę, że nawet ich własne dzieci nie wiedzą za dużo. „Listy z dziesiątej wsi” autorstwa Agnieszki Olszanowskiej to kolejny impuls w moich rękach, który wywołuje ciekawość i zarazem pewien smutek, że wielu faktów się już nie dowiem. Chociaż może i tak bym się nie dowiedziała…

„Jak się nie zna miłości prawdziwej, czasami dobrze jest ją sobie wyobrazić […].”

Autorka w swojej książce przedstawia nam dwie bohaterki. Jedną poznajemy od razu, drugą zaś krok po kroku wraz z upływającym tempem historii. Jest to pewnego rodzaju skrajność, przykład tego jak sobie potrafiliśmy radzić z problemami kiedyś i jak dziś. Zresztą kontrast między tymi postaciami jest widoczny we wszystkim, o czym przekonacie się czytając. Z jednej strony mamy kobietę, która załamała się ponieważ porzucił ją mąż. Musi poradzić sobie z brakiem pieniędzy i rolą samotnej matki. Do tego wszystkiego mieszkającą z bratem, który do łatwych i miłych nie należy. Po przeciwnej stronie jest siła kobiecości, trudy życia w okresie wojennym i powojennym. Wykańczające macierzyństwo i małżeństwo bez miłości. Życie, które próbuje złamać na każdym kroku, jednak opór jest zbyt silny. Czyli płaczliwa i załamana Beata kontra silna doświadczona przez los Barbara. Dwa wątki łączące teraźniejszość z przeszłością.

„Listy z dziesiątej wsi” to puzzle, które tworzą całość, gdy ułoży się je ze słów, zdań, wydarzeń – listów, które otwierają przed czytelnikiem drzwi do przeszłości babki głównej bohaterki. To historia, która daje do myślenia, pokazuje jak trudne życie wiodło się w okresie wojennym, czym było poświęcenie, miłość, jej brak, a do tego głód i czyhająca śmierć. To zahartowani ludzie, którzy nie załamali się pod pierwszym lepszym podmuchem. To zupełne przeciwieństwo naszego pokolenia. Kontrast między głównymi bohaterkami jest widoczny. Słabość kontra siła. Książka składa się z trzech części, które można porównać do początku, rozwinięcia i zakończenia. Mamy wgląd w życie Beaty, która uczy się żyć na nowo i tworzy swoje życie bez męża. Dzięki listom, które jej babka wymieniała ze swoim przyjacielem Stachem poznaje przeszłość, która odciska na niej swoje piętno. Całość czyta się szybko i przyjemnie. Listy układają nam się w dodatkową historię, która przenosi nas do innych czasów i jest uzupełnieniem tej współczesnej. Są też momenty, które mogą być zaskoczeniem dla czytelnika. Jednak, żeby nie było za słodko to doczepić się muszę do głównej bohaterki, która swoim zachowaniem wręcz irytuje. Jej użalanie się nad sobą i płaczliwość, a do tego naiwność nie raz wręcz osłabia.

Zaskoczeniem i pewnym rozczarowaniem okazało się dla mnie zakończenie, które zostawiło pewien niedosyt. Jednak poza tym powieść Agnieszki Olszanowskiej jest naprawdę ciekawą lekturą ubraną w ładną okładkę. Postacie, które tutaj znajdziecie są raczej pokaleczone przez życie, mniej lub bardziej, ale jednak są. Czy dostałam to, czego oczekiwałam? Nie do końca, jednak przeczytałam ją z ciekawością i przyjemnością. Idealna lektura dla osób, które lubią zagłębiać się w historię i lubią odkrywać sekrety, czy też oddychać kurzem, którym pokryte są listy z przeszłości.

Za ebooka dziękuję wydawnictwu Prószyńska i S-ka

sobota, 9 lipca 2016

Pani mnie z kimś pomyliła - Ilona Łepkowska


wydawnictwo: Muza
data wydania: 18 maja 2016
liczba stron: 448

„Nie da się być zbyt chudym i zbyt bogatym.”

A może jednak się da? Myślę, że szybciej osiągnąć to pierwsze niż to drugie. Chyba, że los ma dla nas niespodziankę i nagle nasze życie się totalnie zmieni. Wyobraźcie sobie, że z dnia na dzień zostajecie sławni i możecie sobie na wszystko pozwolić. Wiele jest osób, które marzą o statusie gwiazdy czy celebryty. Chcą chodzić na imprezy, udzielać wywiadów, nosić darmowe stroje, pozować na ściankach i co tam jeszcze robią ludzie mediów. Tylko, czy aby na pewno zdają sobie sprawę jak takie życie wygląda i ile ono kosztuje? To właśnie kulisy show- biznesu odkrywa przed czytelnikami w swoim debiucie Ilona Łepkowska. Tak, ta sama, którą kojarzymy ze scenariuszami, a już w szczególności do najsłynniejszego polskiego serialu – „M jak miłość”.
Życie nie rozpieszcza Joanny. Samotnie wychowuje nastoletnią córkę i co miesiąc sprawdzając stan konta, obawia się, że znowu zabraknie jej pieniędzy na opłacenie wszystkich rachunków. Nie chce zawieść Misi, której obiecała wyjazd na kurs językowy w Londynie, więc przyjmuje dobrze płatne zlecenie jako tłumaczka na planie nowego programu telewizyjnego. Wkrótce nieoczekiwanie, trochę wbrew sobie, zostaje gwiazdą. Paradoksalnie świat show-biznesu kompletnie Joanny nie interesuje. Nie śledzi portali plotkarskich, nie jest dla niej ważne, kto wywołał jaki skandal. Jest ostatnią osobą, która mogłaby marzyć, by znaleźć się na pierwszych stronach tabloidów. I przewrotnie to właśnie Joanna sięga szczytu sławy, staje się celebrytką i może sama przekonać się, jak wygląda życie w luksusie. Czy zdoła nie zatracić siebie wśród kolejnych sukcesów? Czy będzie szczęśliwa?
Nasza główna bohaterka dostała właśnie od losu taką szansę. O tym, o czym niektórzy marzą, czyli została sławna, bogata i nagradzana. Osiągnęła sukces dzięki przypadkowi i empatii. Miała być zwyczajną tłumaczką, a stała się gwiazdą i twarzą pewnej stacji telewizyjnej. Od tego momentu jej życie zmieniło się o 180 stopni. Na koncie przestało świecić pustkami. Nie musiała się już użerać z byłym mężem o alimenty, mogła odetchnąć i cieszyć się sukcesem. Jednak nie spodziewała się ceny, jaką ten sukces kosztuje. A cena była wysoka. Miała dwa życia w jednym. To opowieść o tym jak można być kimś zwyczajnym, bez kilku zer na koncie aczkolwiek mieć własną tożsamość i wręcz przeciwnie, być sławnym, bogatym i robić za marionetkę. Potrzeba zaspokojenia potrzeb finansowych, ambicja, łechcząca próżność i popularność szybko może przerodzić się w coś, co wyniszcza i doprowadza na skraj wytrzymałości. Autorka w swojej książce pokazuje świat, który pod błyszczącą otoczką jest brudny i brutalny. To wyścig z wykresami oglądalności, sztuczne uśmiechy i ciągłe oczekiwania.

Ilona Łepkowska jest absolwentką zarządzania, ale pracuje jako scenarzystka i producentka telewizyjna i filmowa. Pisuje też felietony i czasem uczy pisania scenariuszy. Trzy razy się rozwodziła, ale cały czas wierzy w to, że lepiej jest być z kimś niż samemu. Ma dorosłą córkę i czarnego teriera rosyjskiego. Lubi gotować, robić bliskim prezenty i głaskać psa. Złamała nogę i żeby przez kilka miesięcy unieruchomienia nie zwariować, napisała powieść.

„Pani mnie z kimś pomyliła” to słodko –gorzka powieść, z którą zdecydowanie warto wybrać się na urlop czy też spędzić z nią weekend. Jednak nie spodziewajcie się po niej zbyt wiele. Nie jest to gruby kaliber literacki, który da Wam całą masę przemyśleń czy też utkwi w pamięci na długo. Ot literatura, która ma umilić czas i nie ciążyć czytelnikowi. Fabuła jest nawet oryginalna i świeża, jednak główna bohaterka z czasem trochę irytuje i ma się wrażenie, że zamieniła się rolami z córką. Nie zmienia to jednak faktu, że całość czyta się szybko. Dodatkowo jest też spora dawka ironii i humoru. Tak naprawdę to zwariowany świat show- biznesu, który pokazuje jak kreuje się gwiazdy i jak łatwo samemu stworzyć sobie swoje prywatne piekiełko. Opowieść o świecie, w którym nie wiesz kto jest wrogiem a kto przyjacielem i o utracie własnej tożsamości, dotychczasowego spokoju w zamian za zyskanie zabezpieczenia finansowego. Nie zabraknie epizodu rodem z komedii romantycznej i obiecującego idyllę zakończenia. Mnie osobiście książka nie zawiodła, gdyż spodziewałam się czegoś w tym stylu. Mimo tych kilku mankamentów wypada bardzo pozytywnie i na pewno mogę ją Wam i swoim znajomym polecić.

„Nie wiesz co powiedzieć – powiedz prawdę. Nie wiesz, jak się zachować zachowaj się przyzwoicie.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam opasłe tomiska

piątek, 1 lipca 2016

Tamtego lata na Sycylii - Marlena de Blasi


wydawnictwo: Muza
data wydania: 8 czerwca 2016
liczba stron: 416

„Kobiety, tak jak kameleony, zmieniają się po cichu, żeby się wtopić w tło życia.”

Kusząca, zagadkowa, milcząca, uciekająca przed czasem, zatopiona w pieśniach, bóstwach i pachnąca jedzeniem, taka jest właśnie Sycylia. Miejsce, do którego zabrała mnie w literacką podróż autorka Marlena de Blasi, której magiczną moc pióra miałam okazję poznać podczas „Wieczorów w Umbrii”. Była to niesamowita przygoda i podróż, która nie tylko wpłynęła na moją wyobraźnię czy kubki smakowe, ale w jakiś sposób natchnęła i została w pamięci. Czytając sama mogłam poczuć się jak uczestniczka tych spotkań, które pachniały na papierze i powodowały głodowe szaleństwo. Tym razem, gdy tylko pojawiła się możliwość przeczytania kolejnej książki tej autorki – „Tamtego lata na Sycylii” – nie wahałam się ani chwili. Wiedziałam już, czego mogę się spodziewać i z chęcią oraz rozbudzoną ciekawością wyruszyłam w tą literacką podróż będąc cieniem Marleny de Blasi.
Obcy rzadko zapuszczają się w górzyste rejony Sycylii, gdzie czas pozornie się zatrzymał. W tym dzikim sercu wyspy, ukryta wśród pól i ogrodów, leży posiadłość o nazwie Villa Donnafugata. To miejsce fascynujące i niezwykłe. W zgodzie i harmonii zamieszkują je wdowy i wdowcy z okolicy, którzy razem pracują, modlą się, przygotowują jedzenie i dzielą się nim z biednymi. Pachnie świeżo upieczonym chlebem, olejkiem pomarańczowym, duszonymi pomidorami i ziołami. Panią i gospodynią tego miejsca jest piękna i tajemnicza Tosca, wychowanica byłego właściciela, księcia Leo d’Anjou. Trafiła tu, kiedy miała dziewięć lat. Była biedną wiejską dziewczynką. Co łączyło Toscę i księcia Leo d’Anjou? Jaką rolę w ich życiu odegrała mafia? W jaki sposób Tosca odkryła w sobie siłę i swoje powołanie?
Podążaliśmy spieczonymi drogami, które były bezlitosne i zatopione w krajobrazie. Ciche jak mieszkańcy, którzy nie zawsze wydawali się życzliwi. Aż w końcu wylądowaliśmy w niesamowitym miejscu. Urzekającym, przypominającym fatamorganę i pachnącym dzikimi ziołami, zaludnionym przez niezwykłe kobiety w czerni i kilku mężczyzn. Konkretnie to trafiliśmy do zamku myśliwskiego, który stał się Villą Donnafugata – azylem, natchnieniem oraz miejscem akcji. Miejscu, które oczarowało mnie od samego początku. To właśnie tutaj znowu mogłam zakosztować magicznej atmosfery, zapachu olejków, ziół i wypieków. Ani się obejrzałam, a po raz kolejny siedziałam przy stole w towarzystwie obcych mi ludzi. Ludzi, którzy mają swoje miejsce w historii opowiedzianej przez Toscę. Ludzi, którzy pod imionami skrywają swoje własne opowieści.

„[…] zawsze coś w nas umiera, kiedy dobiega końca coś dobrego. Coś pięknego. Kiedy kończy się coś pięknego, boli bardziej, niż kiedy kończy się coś bolesnego.”

„Tamtego lata na Sycylii” to niezwykle ciepła i klimatyczna opowieść utkana z prawdy i nutki niedomówień. Zawiera w sobie realne wydarzenia i autentycznych bohaterów – dzięki czemu kusi i fascynuje jeszcze bardziej. Nie wszystko jednak jest dokładnym odzwierciedleniem realnego życia. Ramy czasowe bywają zakrzywione, miejsce akcji przeniesione w inne, a wątki odpowiednio do okoliczności dopasowane i zszyte – lekkością narracji.

Całość została podzielona na cztery części, które obejmują różne ramy czasowe oraz epilog, który jest ostatecznym uzupełnieniem tej fascynującej opowieści. Marlena de Blasi już raz udowodniła mi, że potrafi czarować słowami. Haftuje z wydarzeń i opowieści niezwykłe arcydzieło, które zostaje w pamięci czytelnika na długo. Zatopiona w lekturze, umierałam z głodu, a moja wyobraźnia i kubki smakowe aż szalały, jednak nie przestawałam czytać. Z czasem chęć zaspokojenia fizycznego głodu, przekształcił się w podobną chęć tylko, że obezwładnił mnie głód ciekawości. Opowieść, którą autorka podaje nam na tacy przypomina trochę bajkę o księciu, jego pałacu, dworzanach i mafii, która jest bezlitosna. Bogactwo ściera się z biedą, chęć reform z niezrozumieniem, a do tego cała gama emocji. Fabuła naprawdę wciąga i przenosi nas do zupełnie innego świata. To podwójna opowieść o poszukiwaniu własnej fabuły w życiu oraz szukaniu sensu i pokonywaniu trudności. To dobroć w ludzkim wydaniu, a także magia i urzekająca sceneria. Jeśli więc macie ochotę na historię nieziemsko pachnącą pomarańczami, smakami Sycylii i miłością to gorąco polecam. Nie wahajcie się wyruszyć w podróż z Marleną de Blasi i odkryć historię utkaną z ludzkich wyborów. Dla mnie dodatkowym atutem jest okładka, która urzekła mnie od pierwszego spojrzenia. Moim dzisiejszym podsumowaniem będzie cytat, który idealnie puentuje całość.

„To zwykła ludzka historia, która rozgrywa się wciąż na nowo, jakby na dowód, że przeszłość nigdy nie umiera. Przywdziewa tylko coraz to nowe kostiumy. Zwłaszcza tutaj na Sycylii. Tu zawsze jest jakiś pałac i jakiś książę. A także jakiś ksiądz. I zawsze znalazła się dziewczynka. Postacie dramatu są nieśmiertelne. Za każdym razem wydaje im się, że odgrywają tę sztukę po raz pierwszy. I że nie wiedzą, jak skończy się przedstawienie.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza