niedziela, 21 lutego 2016

Wytańczyć marzenia - Michaela DePrince, Elaine DePrince

wydawnictwo: Kobiece
liczba stron: 272
PREMIERA: 26 lutego 2016

„[…] nie zawsze dostajesz rolę, na którą liczysz. […] jeśli nie chcesz roli, jaką dostajesz, zawsze znajdzie się inna tancerka, która ją chce.”

Marzenia. Każdy z nas jakieś ma. Jedni je realizują w stu procentach, a inni zniechęcają się w połowie. Są też tacy, którzy odkładają je na później, bądź z góry zakładają, że się nie spełnią. No i faktycznie nie. Bo samo nic się nie zrobi. Nawet marzenia same się nie spełnią ot tak. Trzeba zrobić jakiś ruch, krok w kierunku wymarzonego celu. Jednak czasami wymaga to dużo nadziei, siły, wytrwałości, energii i co ważne poświęcenia. O czym każdy z nas wie, ja też, jednak po lekturze „Wytańczyć marzenia” widzę, jakim trzeba być uparciuchem by do tego celu dojść i się nie poddać przy pierwszej lepszej okazji.
W sierocińcu w Sierra Leone Michaela de Prince była znana, jako dziewczynka nr 27. Samotne dziecko, prześladowane przez innych z powodu bielactwa, nie miało łatwego życia w kraju ogarniętym powojennym chaosem. Pewnego dnia ukochana nauczycielka Michaeli została brutalnie zamordowana. Dziewczynka przeszła wtedy bardzo trudne chwile. Przyszłą baletnicę uratowało znalezione zdjęcie pięknej primabaleriny. Pozwoliło ono Michaeli odciąć się od ponurej rzeczywistości i zacząć marzyć o lepszym życiu. W wieku 4 lat Michaela została zaadoptowana przez amerykańską rodzinę, dzięki której mogła rozpocząć naukę tańca w szkole baletowej Jacqueline Kennedy Onassis. Obecnie jest najmłodszą tancerką Dance Theatre w Harlemie, a jej kariera rozwija się w zawrotnym tempie.
Śmierć ojca, a później matki. Okrucieństwo wuja, a następnie rebeliantów, którzy zostawiali po sobie trupy. Przyjaźń i cud. A do tego okładka wyrwana z przypadkowego czasopisma przedstawiająca baletnicę. To właśnie ten fragment papieru, stworzył marzenia, nadzieję i stabilność. Dodawał otuchy w trudnych chwilach, których nikt nie chciałby przeżyć. Następnie przyszło wyzwolenie i nowe życie, które zapachniało miłością i bezpieczeństwem. To nowy świat, kochający ludzie i więzi z horroru dawnych lat ukształtowały główną bohaterkę tej książki oraz jej „siostry”. Małą dziewczynkę, sierotkę dotkniętą bielactwem zainspirowało zdjęcie baletnicy. Mnie również. Z tym, że w oko wpadła mi okładka z naszą bohaterką w roli głównej. Nigdy wcześniej nie interesowałam się baletem. Tak samo jak Michaela nie miałam pojęcia, co to jest: tendu, releve, rond de jambe, battement frappe czy en dedan oraz en dehor. Jednak ona krok po kroku poznawała wszystkie te nazwy i kroki, które czyniły z niej baletnicę.

Kim była i jest Michaela De Prince? Dziewczynką, która wykazała się nie lada odwagą i siłą. Sierotką porzuconą i dotkniętą bielactwem, co w oczach niektórych czyniło ją dziwadłem. Zdolną osóbką, w którą wierzyli biologiczni rodzice, a następnie ci adopcyjni. Romantyczka kochająca swoją rodzinę, balet i pływanie. Zwyczajnym człowiekiem, który musiał pozbyć się nie jednej traumy, walczyć z rasizmem i uwierzyć, że białe plamki na ciele podczas tańca mienią się jak magiczny pył. A co ważne kobieta, która chce w życiu zrobić coś więcej poza tańcem. Michaela jest tak pozytywną osobą (taki obraz wyłania się z kart tej książki), że aż chce się ją poznać osobiście.


„Zazdrość to ważny element świata baletu. Są miliony dziewczynek uczęszczających na zajęcia i dużo mniej wolnych miejsc w grupach baletowych. Rywalizacja o te miejsca jest olbrzymia i zaczyna się w bardzo młodym wieku.”


„Wytańczyć marzenia” to wspomnienia Michaeli De Prince, którymi dzieli się z czytelnikami. Pokazuje jak wyglądało życie w Sierra Leone. Co to głód, strach, odtrącenie i pustka po stracie rodziców. Słowami naszkicuje nam obraz rodzinnego domu, sierocińca, zbrodni dokonanych na oczach dziecka i okrucieństwa starszych. Opisze swoje początki w nowym miejscu i w nowym wcieleniu. Zabierze do nowego domu, pachnącego aromatami, ciepłem, miłością i cennym wsparciem. Zobaczymy, czym jest balet od podstaw i jak ciężko trzeba pracować, żeby odnieść sukces. Wszystko to zostało napisane lekko i optymistycznie. Czytamy o rzeczach, które podnoszą ciśnienie, a mimo wszystko nie odczuwamy prawdziwego ciężaru. Z każdego słowa płynie nadzieja, optymizm i ciepło. Ta młoda kobieta dzieli się swoim doświadczeniem. Książkę czyta się ekspresowo, nie przytłacza, nie nudzi, a opisywane wydarzenia nie ciągną się w nieskończoność. Michaela chciała pokazać, że ciemnoskóre dzieci również mogą spełniać marzenia, mogą zostać tancerzami, choć nie jest to łatwe. Rasizm nie ominął nawet grona artystów. To opowieść dziewczynki, nastolatki i kobiety, która swoje życie zawdzięcza życzliwości pewnej rodziny z Ameryki, która zaadoptowała ją wraz z jej przyjaciółką z sierocińca. To dzięki nim zaznała nie tylko lepszego życia pełnego wygód, ale zakosztowała stabilności i miłości, których jej brakowało, kiedy była jeszcze Mabinty Bangura. Po lekturze tej książki doszłam do wniosku, że czasami potrzeba również szczęścia (życzliwych ludzi), aby nasze życie mogło wpaść na odpowiednie tory, które poprowadzą do spełnienia marzeń.

Książkę polecam tym, którzy lubią takie historie oraz tym, którzy chcą zaznać goryczki skropionej optymizmem i nadzieją. Postanowiłam moją recenzję urozmaicić dwoma filmikami. Jeden to będzie Jezioro Łabędzie, czyli pierwszy balet, jaki widziała nasza bohaterka i który pokochała. A drugi przybliży Wam postać Michaeli.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Kobiece



sobota, 20 lutego 2016

Z sentymentu do starych książek ...


Dzisiaj będzie totalnie z innej beczki. Tak w przerwie między recenzjami postanowiłam napisać coś od siebie, a pomysł zrodził się już jakiś czas temu. Tematem będą oczywiście książki, a szczególnie te z półek mojej mamy ;)

Odkąd tylko pamiętam fascynowała mnie biblioteczka mojej mamy. Mimo tego, że był to okres, gdy taki berbeć jak ja wolał zabawy i swoją wyobraźnię wykorzystywać sam niż poprzez książki, to jednak gdzieś tam w pobliżu tego zbioru się kręciłam. Podobał mi się ten kącik z wszelkiego rodzaju tomami, które są ładnie ułożone, a jeszcze lepiej jak były całe serie, albo książki na moje oko stare. Oczywiście wpadały w moje ręce różności, nawet książki kucharskie, które były ślicznie zilustrowane i pobudzały apetyt. Któregoś dnia zaczęłam czytać, oczywiście szło mi to opornie. Z czasem już coraz lepiej, aż w końcu złapałam bakcyla. Jestem całkowicie pewna, że moją pasją zaraziła mnie moja kochana mama (o czym nie raz wspominałam przy udzielaniu odpowiedzi na tagowe pytania). Mama nie tylko czytała w wolnych chwilach i tym samym pokazywała mi jak wielką jej to daje przyjemność, ale również obdarowywała mnie książkami. Tak też wrosła we mnie miłość do książek, a wyobraźnię wykorzystuje teraz dzięki historiom w nich opisanych. Fascynacja maminą biblioteczką została mi do teraz. Jak wiecie książki, które nie są już nowe, a nawet nadszarpnięte przez czas mają swój urok. Niektóre wręcz rozpadają się w rękach, pachną nieziemsko i udowadniają, że są warte przeczytania, gdyż mają swoją widoczną historię. Zawsze fascynowały mnie te stare, delikatnie pożółkłe i nawet porozklejane. Korzystając więc z okazji, że w lipcu ubiegłego roku spędzałam kilka dni u mamy, poszperałyśmy w jej zbiorach. Przejrzałyśmy, podyskutowałyśmy i ułożyłyśmy starannie na półkach. Niektóre egzemplarze przejrzałam w poszukiwaniu daty wydania, gdyż wydawały się być starsze ode mnie. Na co trafiłam? Na perełki z lat: 1956, 1959, 1962, 1976, 1966, 1990 i oczywiście wiele młodszych. Nie będę ich tutaj szczegółowo wypisywać, znajdziecie je na zdjęciach.




Widać, że niektóre pozycje mają swoje lata. Nadszarpnięte przez czas i być może czytelników, którzy te książki kiedyś czytali. Nie wiem, kto czytał te książki za czasów młodości mojej mamy, a raczej ile osób – jednego jestem pewna nie zostały celowo zniszczone ani uszkodzone przez moją mamę. Zresztą przy tak starych książkach nie trzeba wcale się wysilać, aby kartki się porozklejały, o czym się przekonałam podczas czytania „Przeminęło z wiatrem”. Wystarczyło książkę delikatnie trzymać, a klej i tak się kruszył. Dla mnie jednak te książki są cenne i mają swój urok, a do tego nieziemski zapach. Oczywiście nie sfotografowałam wszystkich mamy książek, bo jest ich znacznie więcej, wybrałam sobie te starsze egzemplarze, do których mam sentyment i już wiem, że straciłam wiele nie czytając ich kiedyś. Te nowsze książki wyglądają oczywiście jak nówki z księgarni, tworzą serie i zachwycają okładkami, ale nie kuszą mnie tak bardzo jak te „zużyte”.
Moja skromna biblioteczka :)
Mama prócz czytania wpoiła mi, aby książki szanować, odkładać na półkę itp. Teraz mam swoją skromną biblioteczkę, którą Wam prezentuję. Znajdują się na niej przede wszystkim „nowe” egzemplarze z wyjątkiem trzy tomowego „Przeminęło z wiatrem” wydanego w roku 1990 (pożyczone od mamy). Nie są to wszystkie książki, które posiadam. Niektóre są w innym miejscu, a niektóre pozycje znajdują się na czytniku. Jednak półeczki zrobione są przez męża, a malowane przez nas wspólnie. Tym bardziej podoba mi się to, co widzę. Książek oczywiście przybywa i zapewne przybywać będzie, więc i półek trzeba będzie naprodukować więcej. Mam nadzieję, że za ileś lat, gdy będę już stara, albo gdy mnie już na tej ziemi nie będzie to mój zbiór będzie o wiele większy. Liczę również na to, że niektóre egzemplarze będą nosiły na sobie ślad czasu. Będą udowadniały, że służą do czytania i korzystania, a co ważne były ciekawe skoro tyle razy ktoś po nie sięgał.

A skoro już mowa o książkach…Jakiś czas temu chciałam napisać post o grubości książek i okładki, w jakie warto je „pakować”. Już tłumaczę o co mi chodzi. Pewnego dnia spotkałam się z opinią, że cienkie książki nie powinny być w twardych oprawach, bo to bezsens czy coś. Kompletnie się z tą opinią nie zgadzam. I pytam… Dlaczego? Moim zdaniem dostają wtedy charakteru, są bardziej widoczne i przy okazji mniej narażone na uszkodzenia. A co ważne książka to książka! A okładka to okładka. To tak jakby segregować… opasłe tomiska są rewelacyjne, a te cieniutkie do kitu. Nie ma na to reguły i tak samo jest z okładkami. Czasami cienkiej pasuje twarda oprawa, a grubej zwyczajna miękka, która też ma swój urok i niekiedy lepiej nawet wygląda. A jakie jest Wasze zdanie na ten temat?

środa, 17 lutego 2016

Sekrety francuskiej kuchareczki - Marie-Morgane Le Moël


wydawnictwo: Kobiece
tłumaczenie: Agnieszka Odorowicz-Śliwa
tytuł oryginału: Secrets of a Lazy French Cook
data wydania: 23 lutego 2016
liczba stron: 352

„Do czego prowadzi bycie romantyczną? Do nadziei. A ona zawsze prowadzi do rozczarowania.” 

Nie ma to jak u mamy! Mama zawsze pocieszy, skrytykuje i ugotuje najlepszą zupę pomidorową (bądź coś zupełnie innego) na świecie. Smaki i zapachy z dzieciństwa podążają za nami w kierunku dorosłości i nieznanej nam przyszłości. Takie same przyjemne wspomnienia mogą towarzyszyć kuchni babci… Łączy się z nimi melancholia, pewien sentyment i smaki, które odkrywaliśmy na samym początku. Nic nie smakuje równie dobrze jak pyszności przygotowane przez wzorce kobiecości i znane nam kucharki z dzieciństwa. Myślę nawet, że próbując odzwierciedlić dany przepis, czegoś będzie w danej potrawie brakować. Będzie dobre, ładne i chwalone, ale zabraknie magicznego elementu, który zaważy na smaku. Jednak mimo wszystko stworzy klimat i namiastkę domu, gdziekolwiek będziemy. O tym przekonałam się już jakiś czas temu, a potwierdziła to dodatkowo Marie – Morgane Le Moel w swojej książce „Sekrety francuskiej kuchareczki”. Nie tak dawno temu miałam okazję czytać i recenzować książkę tej autorki, a konkretnie poznałam „Całą prawdę o Francuzkach”. Dlatego z miłą chęcią zapoznałam się z kucharską propozycją tej Pani.
Kiedy Marie, odważna francuska dziennikarka, wyjeżdża na inny kontynent jako zagraniczna korespondentka, zaczyna się jej wielka przygoda życia. W krótkim czasie musi się nauczyć, jak otrzymać zaproszenie na najważniejsze wydarzenia polityczno-kulturalne, jak wtrącić słówko na konferencji prasowej, kiedy wciąż przerywa ci namolny australijski pisarz, a także jak nawiązać nowe znajomości – zwłaszcza w sytuacji, kiedy Urząd Imigracyjny stanowczo sugeruje, że twój francusko-kanadyjski narzeczony musi wrócić do domu. Na szczęście Marie ma przy sobie przepisy swojej ukochanej mamy. Stanowią one remedium na tęsknotę za domem, a także okazują się nieocenioną pomocą w nawiązywaniu kolejnych znajomości z aroganckimi Australijczykami… Czy Marie uda się zintegrować z australijską społecznością? Jak poradzi sobie w obcym kraju, na obcym kontynencie, wśród obcych sobie ludzi? I jaką rolę w tym wszystkim odegrają sekrety francuskiej kuchni?
Autorka w swojej książce otwiera się na czytelnika. Nie tylko podaje mu na tacy rodzinne przepisy, ale także opowiada o swoim życiu, przyjaciołach, rodzinie i miłostkach. Gdzie ta podróż się zaczyna? Oczywiście od dzieciństwa, poprzez okres bycia nastolatką i dorosłość. Nie jest to opowieść zwyczajnej pani domu, która codziennie gotuje obiadki mężowi i stara się urozmaicić sobie codzienność pisząc książkę. Zakosztujemy dzieciństwa, życia pod jednym dachem z bliźniakiem i starszą siostrą, spotkań rodzinnych, pierwszych i tych późniejszych miłości, buntu oraz polityki. Nie zabraknie dziwnych snów o myszach, początkach pracy dziennikarki, wyjazdu do Kanady czy też Australii. Oczywiście nowe miejsca, równają się nowo poznanym ludziom i przygodom.

Jeden z wielu przepisów, które można znaleźć w książce
Okładka obiecuje czytelnikowi lekką lekturę, a tytuł wskazuje, że raczej znajdziemy w środku jakieś przepisy. Skoro kuchareczka jest francuska to i francuskie pyszności poznamy. I tak też się dzieje. Dostajemy książkę kucharską z wątkiem obyczajowym, w którym autorka przybliża nam swoje życie. Perypetie bohaterki/ narratorki/ autorki, które połączone są z przepisami. Całość lekka, przyjemna z nutką poczucia humoru i dystansem, a pomiędzy rozdziałami przepisy. Znajdziemy ich tutaj aż 24, więc jest z czego wybierać. Co proponuje autorka? Zupę cebulową, mus czekoladowy, omułki w białym winie gotowane na parze, kurczaka w occie, brzoskwiniową melbe, pasztet z czerwonej i białej ryby. Oraz to, co od razu wpadło mi w oko (i zamierzam wypróbować całkiem niedługo) szarlotka do góry nogami, trufle czekoladowe oraz ciasto z jabłkami. Przepisy nie wydają się skomplikowane ani obszerne. Myślę, że spokojnie można je przygotować, a i przy okazji dowiedzieć się co nieco o pochodzeniu tych potraw, co z pewnością przypadnie do gustu miłośnikom kuchni francuskiej. „Sekrety francuskiej kuchareczki” to kulinarna ciekawostka o łatwym stopniu trudności i tym samym przyjemna lektura, która przeniesie nas do świata autorki. Książkę polecam zdecydowanie żeńskiemu gronu czytelników, które lubi pyszności i relaks.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Kobiecemu

czwartek, 11 lutego 2016

Antrakt - Rupert Smith


wydawnictwo: Muza
tytuł oryginału: Interlude
data wydania: 3 lutego 2016
liczba stron: 416

„Kiedy czyjeś całe życie jest fikcją, to nic nie można na to poradzić.”

Książka, którą dzisiaj prezentuję zaintrygowała mnie opisem. Skusiła obietnicą tajemnic i rodzinnych sekretów. Życia, które zostało zapamiętane tylko na kartkach papieru i pokryte grubą warstwą kurzu. Minionymi latami, zwanymi przeszłością, które miały wielki wpływ na późniejszą przyszłość. Z rozbudzoną ciekawością zabrałam się za „Antrakt”, autorstwa Ruperta Smitha, który w księgarniach pojawił się 3 lutego. Czy w trakcie czytania moja ciekawość została zaspokojona? Zdecydowanie tak.
Edward Barton był uważany za jednego z najpopularniejszych pisarzy dwudziestego wieku. Choć krytycy go nie doceniali, uwielbiali go czytelnicy, a na podstawie jego bestsellerowych powieści powstało kilka filmów. I nagle u szczytu sławy, po światowym sukcesie kolejnej książki i filmu zrealizowanego na jej podstawie, Edward wycofał się z życia publicznego i nigdy już niczego nie napisał. Zerwał też wszelkie kontakty z rodziną. Po śmierci Edwarda Bartona jego wnuczka Helen zostaje spadkobierczynią praw do całego dorobku literackiego. Dzienniki i niepublikowane maszynopisy, które odkrywa, pozwalają jej poznać prawdę o słynnym dziadku i wyjawić tajemnicę ciążącą na całej rodzinie – historię miłosną znacznie bardziej dramatyczną niż te, które Barton opisywał w swoich powieściach.
Wyobraźcie sobie… Macie dziadka, który jest pisarzem, bądź nim był zanim umarł. Na jego temat wiecie niewiele, rodzicie nie wspominają o dziejach rodzinnych, a z dziadkiem są lub byli skłóceni. Co wydaje się dziwne i zaczyna Was zastanawiać. A przecież Wy sami do tej pory jakoś dziadka nie odwiedzaliście. Gdzieś tam na półce leży zakurzony egzemplarz jego powieści z dedykacją i autografem, film nakręcony na podstawie powieści jest Wam dobrze znany. Nagle pod wpływem codziennej rutyny i znudzenia postanawiacie dowiedzieć się więcej na temat swojego dziadka, który był kiedyś uwielbiany przez czytelników, a od pewnego momentu wycofał się całkowicie z branży. Od tego momentu lawina wydarzeń ruszyła. Bohaterka książki Ruperta Smitha zrobiła to samo. Uświadomiła sobie, że w jej żyłach płynie krew artysty, którego życie owiane jest tajemnicą. Można powiedzieć, że jedno spotkanie z żyjącym jeszcze dziadkiem przypieczętowało krok w kierunku poznania prawdy. Ogień podsyciła również pewna znajomość i dziwne zachowanie rodziców. Nasza bohaterka postanawia rozdzielić fikcję od prawdy, chce znów przywrócić do „życia” słynnego Edwarda Bartona i tym samym zaspokoić swoją ciekawość. Czy znalazła to, czego szukała? Dokąd doprowadzą ją poszukiwania? Czy prawda oczyszcza i zaspokaja? A może prowadzi do piekła? 

Autor w swojej książce zabiera nas na spacer po uliczkach Londynu, które zmieniają swą charakteryzację z okresu przedwojennego na wojenny i w końcu powojenny. Pozwala czytelnikowi wczuć się w klimat, uruchomić wyobraźnię i patrzeć na wszystko oczami Edwarda Bartona, którego życie określiłabym jako barwne. Bogate w pastele, szarości oraz ogniste kolory. Części, w których stajemy się cieniem najpierw młodego pisarza, a później dojrzałego mężczyzny są w formie jego zapisków. Mają charakter intymny, obrazowy i są bardzo ciekawe. Poznaje on smak okresu wojennego, braku pieniędzy, kiepskich stosunków z rodzicami, przyjaźni i dziwnych relacji z otaczającymi go ludźmi. Jest to proces odkrywania siebie, swojej seksualności oraz swojego talentu. Prawdy o tym, kim naprawdę jest Edward. Czytelnik wraz z wnuczką bohatera odkrywa stopniowo intymne i czasami szokujące sekrety z jego życia. Skoro już mowa o wnuczce słynnego pisarza to ona również przeżyje swoje… autor również skupił się na jej życiu, emocjach i wyborach. Zestawił przeszłość z teraźniejszością. A wszystko to w trzech częściach: przedtem, teraz, potem. Cała historia natomiast zmieściła się w osiemnastu rozdziałach podzielonych na narrację Helen, bądź tą z zapisków jej dziadka.

„Życie, […] to sztuka wykorzystywania możliwości. Musimy zadowalać się tym, co możemy dostać.”

Rupert Smith urodził się w Waszyngtonie w roku 1960, a dorastał w Surrey. Od roku 1978 mieszka w Londynie. Studiował Anglistykę na tamtejszym uniwersytecie, a następnie, w roku 1986, uzyskał tytuł doktora z historii teatru. Jako dziennikarz współpracował z takimi pismami, jak „The Guardian”, „The Independent on Sunday”, „The Times”, „The Los Angeles Times”. Jest autorem wielu powieści, zarówno pod własnym nazwiskiem, jak i pod pseudonimami James Lear i Rupert James.

„Antrakt” to opowieść o sekretach, które sięgają aż do czasów przedwojennych. Opowiada ona historię z wątkiem homoseksualizmu, który w tamtych czasach był wręcz karalny. Zakosztujemy dziwnych relacji międzyludzkich, wzlotów i upadków, namiętności i konsekwencji, jakie czasem trzeba ponieść. Romanse, zdrady, a także więzi oparte na czerpaniu korzyści. Miłość, nadzieja, złudne nadzieje, pustka i pozorne szczęście oraz co ważne, tajemnice, które z wielkim uporem zostają odkryte. Tylko czy wszystkie działania i impulsy były warte tej odkrytej prawdy? Ta książka to dowód na to, że życie potrafi zaskakiwać, tajemnice są jak puszka Pandory, a szczęście bywa czasami szyte nićmi iluzji. Czym jest prawda? Jaką cenę płaci się za miłość? Melancholia połączona z goryczą, kurz unoszący się nad ciekawością a to tego wszystkiego niebanalna historia doskonale opisana, nienużąca i interesująca do samego końca. Cenię sobie książki, które oferują nie tylko ciekawą historię, ale również pachnące melancholia, tajemnicami, przeszłością i obecną teraźniejszością, a co najważniejsze także to, jaki wpływ ma owa przeszłość na bohaterów, których mamy osadzonych w teraźniejszości.

„Antrakt” jak już wspomniałam, to duża dawka sekretów skrywanych przez trzy generacje pewnej angielskiej rodziny. Ja jestem bardzo zadowolona z lektury, czytałam i nie mogłam się oderwać. Zakosztowałam niezwykłej podróży po artystycznym świecie tamtych lat, w którym tak niewiele wystarczyło, aby wywołać skandal. Poznałam ciekawe postacie i odkryłam tajemnice. Teraz chcę polecić Wam książkę Ruperta Smitha, a szczególnie osobom, które tak jak ja cenią sobie taką literaturę. Myślę, że czas spędzony przy losach Edwarda nie będzie stratą czasu.

„Szczęście jest cudownym uczuciem w prawdziwym życiu, ale bardzo przeszkadza być artystą.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnctwu Muza

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam opasłe tomiska

wtorek, 9 lutego 2016

Marcelina i pamięć przodków - Izabela Skorupka


cykl: Marcelina i pamięć przodków (tom 1)
wydawnictwo: Axis Mundi
data wydania: 27 stycznia 2016
liczba stron: 368

„Zacznijmy od tego, że rzeczywistość to pojęcie dawno wyeksploatowane, ba, pozbawione większego sensu. Każdy z nas żyje w świecie, który jemu samemu wydaje się niezwykle realny, namacalny, a zatem „prawdziwy”. A prawda, jak to z prawdą najczęściej bywa, jest zupełnie gdzie indziej. Ona bywa w różnych miejscach…”

Ja od swojej rzeczywistości, czyli świata dobrze mi znanego i namacalnego, przeniosłam się do zupełnie innego, nierealnego i wręcz magicznego. Krótko mówiąc, oderwałam się na jakiś czas od codzienności i męczącej mnie wtedy choroby. A co ciekawe i ważne, miałam okazję znów stać się na chwil kilka dzieckiem, odkrywającym literaturę barwną, pobudzającą wyobraźnię, w której może wydarzyć się wszystko. Stało się tak za sprawą książki Izabeli Skorupki – „Marcelina i Pamięć Przodków”, która stworzona została z myślą o młodszych czytelnikach.
Pierwsza część powieści fantastycznej o Marcelinie, która tylko pozornie jest zwykłą jedenastolatką. W jej rodzinie talent pisarski dziedziczy się wraz z klątwą, przez którą dziewczynka zostaje wciągnięta w serię niezwykłych zdarzeń. Trafia do tajemniczego domu, bliźniaczo podobnego do jej własnego. Kim jest tajemniczy Kolekcjoner? Jak rodzina Łobzowskich wplątała się w historię pisarzy ciągnącą się od pokoleń? Czy uda im się uwolnić uwięzionych w Bezczasie?
Pewnego wtorkowego poranka poznajemy budzącą się ze snu Marcelinę, która jest główną bohaterką tej historii. Nagle podczas rodzinnego śniadania bawi się dziwnym kamieniem i po chwili znika. Zabiera ze sobą czytelnika, z którym odkrywa to dziwne miejsce. Na początku ląduje w domu łudząco podobnym do jej własnego, natomiast później ciąg wydarzeń rzuca nas w wir przygód, postaci i niecodziennych miejsc. Wszystkiego musimy się stopniowo dowiedzieć, a jest czego. Wszystko wydaje się zakręcone, dziwne i totalnie nierealne. A to, co zostawiliśmy za sobą powoli się zaciera. Można powiedzieć, że w tym samym czytelnik doznaje rozdwojenia i staje się świadkiem chaosu, który zapanował w rodzinie Łobzowskich po zaginięciu dziewczynki. Trzeba zaznaczyć, że rodzinka jest oryginalna, barwna i nietuzinkowa. Od samego początku budzą sympatię. Oczywiście z czasem pojawiają się nowe postacie, które mają zostać bezpośrednio włączone do poszukiwań i co ważne rozwikłania tajemnicy, jaką jest Pamięć Przodków, klątwa, Bezczas i fakty nieznane z życia poprzednich pokoleń.

„Pamiętajcie jednak, że słowa nie podlegają mocy czasu, one są na niego odporne. Podobnie świat stworzony ze słów, on jest również od działania czasu niezależny.”

Autorka stworzyła dynamiczną i barwną historię, która zabierze nas nie tylko do świata tajemnic przodków, ale również do świata książek. Świata, w którym słowo pisane ma ogromną moc. W rodzinie Łobzowskich książki są codziennością, są wkomponowane w otoczenie, a pisarstwo mają we krwi. To zarówno talent jak i klątwa. Odpowiedzi znajdziemy w przeszłości jak i w Bezczasie. No właśnie Bezczas. Jest to miejsce dziwne, aczkolwiek ciekawe. Powiedziałabym, że plastyczne i żyjące książkami. To tam mają one największą moc, a szczególnie słowa, które są kluczem chyba do wszystkiego. Oczywiście nie zabraknie ciemnych charakterów, dziwnych zbiegów okoliczności, utarczek słownych między bohaterami i rodzinnego śledztwa. Bohaterowie są niezwykle barwni, jedne wychodzą oczywiście przed szereg i dominują nad resztą. Niekiedy miałam ochotę potrząsnąć co niektórymi, żeby się ogarnęli, jednak ten chaos, niekiedy komiczny jest tutaj bardzo potrzebny. Bez niego nie było by rodzinki Łobzowskich i tego dodatkowego klimatu.

Izabela Skorupka z wykształcenia antropolog kultury i dekorator wnętrz. Autorka tekstów piosenek, sztuk dla dzieci oraz opowiadań i wierszy. Od lat prowadzi dziecięcy teatr „Zebra w kratkę”, w którym współtworzy spektakle z młodymi aktorami. Prywatnie mama dwójki nastoletnich chłopców, miłośniczka czytania, gotowania, spotkań z przyjaciółmi i podróży. „Marcelina i Pamięć Przodków" to jej pierwsza powieść.

Dawno już nie czytałam literatury tego typu. Dobra i zła wkomponowanego w świat dorosłych, dzieci i niecodziennych wydarzeń. Co jest ukryte w tej opowieści? Myślę, że młody czytelnik zauważy jak ważne jest działanie zespołowe, zaufanie, rodzina i jej korzenie, a także sama literatura, która może zabrać nas gdzie tylko chcemy. Wyobraźnia autora (w tym przypadku autorki) i czytelnika może zdziałać cuda i również pracować zespołowo. W książkach możliwe jest wszystko. Nawet kamienie, które zabiorą nas do Bezczasu. Oczywiście książka Izabeli Skorupki różni się od tych, które czytam na co dzień, jednak była miłą odskocznią. Co mnie urzekło w tej powieści? Na pewno rodzinka Marceliny i rodzinny dom, który ma swój urok i w którym książki mają swoje miejsce. Do tego tajemnice przodków i „zagięcie” czasowe. A także to jak została wydana. Sama okładka już mi robi smaczku, a w środku również znajdziemy kilka ilustracji, które pobudzą wyobraźnię.

„Marcelina i Pamięć Przodków” to ciekawa pozycja dla dzieci/młodzieży, które mają ochotę na nietuzinkową historię. Tak więc jeśli chcecie komuś w odpowiednim przedziale wiekowym (bądź sobie) zrobić literacki prezent, to polecam tą miłą i przyjemną lekturę z barwnymi bohaterami i równie żywymi dialogami.

„Prawda znajduje się w różnych wymiarach, wszystkie są tak samo prawdziwe, realne i rzeczywiste. Są ściśle ze sobą połączone, ale w świadomości większości z nas po prostu nie ma dla nich miejsca. Ludzie nie wiedzą o ich istnieniu. Większość ludzi nie chce nawet o nich wiedzieć.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Axis Mundi

niedziela, 7 lutego 2016

"Złamane pióro" wędruje do ... [roztstrzygnięcie rozdawajki]

Przyszedł najwyższy czas na rozstrzygnięcie rozdawajki. Podanie wyniku trochę się przeciągło ze względu na to, że przeziębienie na cały tydzień przykuło mnie do łóżka. A teraz bez zbędnego przeciągania, po losowaniu książka "Złamane pióro" wędruje do ...



CYNKI

Gratuluję i zaraz o tym fakcie poinformuję ją e-mailem :) A już niedługo zapraszam na konkurs urodzinowy :)

sobota, 6 lutego 2016

Awaria małżeńska - Natasza Socha, Magdalena Witkiewicz


wydawnictwo: Filia
data wydania: 20 stycznia 2016
liczba stron: 378

„Ale to nie tylko poważne kryzysy, takie jak zdrada czy chorobliwa zazdrość, rozbijają związek. Miłość skutecznie wychładzają drobnostki, codzienność i rutyna, z którą nie potrafimy sobie poradzić. A kiedy nasz związek w końcu się rozpada, rozkładamy ze zdziwienia ręce – jak to się stało? Przecież byli nierozerwalni jak Maja i Gucio. Jak Bolek i Lolek. Jak Tinky Winky i jego torebka!”

Rewelacja! Bingo! Lubię to! Takie (bądź podobne) słowa wystarczyłyby, aby opisać książkę Magdaleny Witkiewicz i Nataszy Sochy. Na dobrą sprawę nie musiałabym pisać recenzji. Słowa zachęty w tym przypadku są ewidentnie zbędne szczególnie dla osób, które cenią sobie twórczość zarówno jednej jak i drugiej autorki. Ja jak do tej pory znałam tylko lekkość i magię pióra Magdaleny Witkiewicz. Dlatego tym bardziej intrygujący wydał mi się ten duet.
Jak wygląda dom bez żon? Pewnego dnia Mateusz i Sebastian, dwaj obcy sobie faceci, stają się bliźniakami syjamskimi złączonymi wspólnym losem tymczasowych samotnych ojców. Tylko czy dadzą radę sprostać wyzwaniom?
Otwieramy książkę i od razu zostajemy wrzuceni w wir wydarzeń. Poznajemy los i tym samym pewnego kota, który zmarnował swoje ostatnie życie pod kołami autobusu. Skoro jest los i ofiara to musi być jakiś skutek i ciąg zdarzeń. I faktycznie. Poznajemy dwie kobiety. One w zasadzie też się dopiero poznają i to w kompletnie dziwnych okolicznościach. Następnie zapoznajemy się z ich mężami… Co tu dużo mówić zielonych jak trawa, jeśli chodzi o obowiązki domowe i znajomość swoich pociech. Żeby było ciekawiej, na skutek tego feralnego wypadku (z winy kota i nie tylko) zostają z domowym chaosem na głowie zupełnie sami. Bez żon i matek, które wszystko za nich robią. Od tej pory mężowie wcielają się w rolę swoich niedocenianych partnerek życiowych. I tu mogę Wam zagwarantować niezły ubaw! Nie zabraknie komedii pomyłek, zabawnych sytuacji i nauk życiowych. Opisana historia jest dobrą komedią, która opisuje kilkutygodniową udrękę „samotnych ojców”. Wreszcie nadarza się okazja, aby pośmiać się z facetów i to z czystym sumieniem! Między te wszystkie śmiesznostki została wpleciona prawda na temat związków i uczucia, które wygasa zasypane codziennością. To przypomnienie o motylach w brzuchu, które kiedyś się w nas obudziły. To przestroga przed znieczuleniem i postawieniem o jednego kroku za dużo. To również taki obraz kobiety i mężczyzny… szkic, którym warto się dobrze przyjrzeć…

„Kobiety bowiem mają cudowną zdolność do samobiczowania się oraz fundowania sobie życia osoby pokrzywdzonej przez los.”

„Awaria małżeńska” to lekka historia, która ma nie tylko rozbawić, ale również nauczyć. Taka lekcja życia na wesoło. Myślę, że kilka cennych wskazówek można z niej wyciągnąć. Jakich? Choćby takich, że małżeństwo to partnerstwo i to samo dotyczy funkcji rodziców. Do tego dawka dystansu i szacunku dla drugiej połówki. A co ważne… facet to też stworzenie rozumne i potrafi przyswoić sobie to i owo – może i potrzebuje trochę czasu, ale w końcu kiedyś stanie na wysokości zadania. Nawet z beznadziejnego ojca można zrobić najlepszego tatusia pod słońcem (niekoniecznie kosztem kotów!). Potrzebowałam dawki dobrego humoru, który umili mi czas spędzony na przymusowym leżeniu w łóżku. Potrzebowałam książki, która oderwie mnie od rzeczywistości na kilka godzin. Czegoś, co nie stanie na wątrobie, co nie znuży, nie odbije się kacem. I dostałam! Wyciskacz łez – śmiałam się i płakałam jednocześnie, a to wszystko za sprawą zabawnych historii. To było oczyszczenie organizmu, lek na przeziębienie w dodatku skuteczniejszy niż nie jeden specyfik, który reklamują. Książka Magdaleny Witkiewicz i Nataszy Sochy naprawdę poprawia samopoczucie po pięciu minutach! Kurację śmiechową zaczęłam praktycznie od razu. Popłynęłam z nurtem historii, która przecieka przez palce w zadziwiającym tempie.

Czytając „Awarię małżeńską” bawiłam się doskonale. Naprawdę się nieźle uśmiałam. Do tego stopnia ta książka mnie rozwaliła, że nie mogłam się powstrzymać i niektóre scenki oraz dialogi przytoczyłam najbliższym. Zaowocowało to tym, że wszyscy mieli uśmiech na twarzy. Tak więc można się tą powieścią cieszyć nawet z bliskimi! Jak wiecie cenię sobie twórczość Magdaleny Witkiewicz, za lekkość jej pióra, magię ukrytą w słowach, magnez, który przyciąga czytelnika i nie chce puścić. W tym przypadku podoba mi się prostota i humor. Krzywe zwierciadło zwyczajnej codzienności. Dobra zabawa, która zawiera w sobie dawkę optymizmu i oczywiście humoru. Wracając jednak do podziwiania autorki… myślę, że z każdą przeczytaną książką jestem bardziej oczarowana jej twórczością. Teraz również odkryłam styl Nataszy Sochy…i już wiem, że na pewno upoluję w najbliższej przyszłości jakąś jej powieść. Duet Witkiewicz & Socha spisał się rewelacyjnie. Chętnie przeczytałabym coś jeszcze w ich wykonaniu!

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Klucznik

wtorek, 2 lutego 2016

Zazdrośnice - Éric-Emmanuel Schmitt


wydawnictwo: Znak Literanova
tłumaczenie: Łukasz Müller
tytuł oryginału: Le Poison d'amour
data wydania: 15 lutego 2016
liczba stron: 144

„Cztery najlepsze przyjaciółki na całe życie… Wszystkie takie same…”

Julia, Colombe, Anouchka, Raphaelle to imiona, za którymi kryją się młode dziewczęta. Cztery młodziutkie bohaterki, które spotkamy w książce Erica – Emanuela Schmitta „Zazdrośnice”. Przyjaciółki, które wkraczają na drogę zwaną – dojrzewanie. Przyjaźń. Jaka ona jest? Czym jest? Jak trwała? Bardziej wartościowa niż miłość? Każdy z nas miał w przeszłości paczkę przyjaciół, z którymi czuł się dobrze. Byliśmy pewni, że te nastoletnie przyjaźnie przetrwają wieki, bo przecież tak być musi. Tak jest pięknie, dobrze i wspaniale. Jednak czas rozkruszył nasze więzi jak cegły w starych opuszczonych murach- one też miały trwać wieki, a z wielu pozostały strzępki i szkielety historii. Teraz zapewne również mamy przyjaciół, znów jesteśmy pewni, że ta więź przetrwa, jednak czy aby na pewno? Kim jest przyjaciel? Jedna z bohaterek odpowiedziała na to pytanie w ciekawy sposób. „Moja najlepsza przyjaciółka to ja, tylko w lepszym wydaniu.” Prawda, że idealna definicja? Jednak czy ma ona odzwierciedlenie w codziennym życiu? Co jeśli taka przyjaźń zostaje wystawiona na próbę? Wtedy może być różnie i to niezależnie od tego czy mamy szesnaście, dwadzieścia, czterdzieści czy osiemdziesiąt lat.
Anouchka, Julia, Raphaëlle, Colombe – cztery przyjaciółki od serca, na zawsze. Od dziecka zwierzały się sobie ze wszystkiego, dzieliły każdą radością i smutkiem. Wierzą, że miłość przemija, lecz przyjaźń jest wieczna. Jednak gdy Raphaëlle zaczyna korespondować z chłopakiem, z którym spotykała się Julia, więzi łączące cztery przyjaciółki zostają wystawione na ciężką próbę…
„W każdej osobie czai się obcy, gotowy w każdej chwili wyskoczyć. […] Uważamy, że się znamy, podczas gdy rozpoznajemy tylko sylwetkę z oddali. Podejście bliżej okazuje się niebezpieczne. Nasz wygląd i nasze wcześniejsze zachowanie stanowią parawan, za którym kryje się nieznajomy.”

Na ile znamy samych siebie? Tak naprawdę chyba nikt nie zna się tak w stu procentach, sami siebie potrafimy zaskakiwać. Więc nie ma co się dziwić, że robią to inni. Przyjaciel, rodzice, mąż, kochanek, szef, dziecko. W każdym czai się obcy, którego teoretycznie znamy, kochamy, lubimy, szanujemy podziwiamy, tolerujemy. Co jeśli z takiej osoby wychodzi, ktoś zupełnie inny? Co się stanie z naszymi uczuciami? Jakie będą nasze wzajemne relacje? Czy będziemy potrafili wybaczyć i jak wiele? Takich pytań można by zadać wiele, szczególnie po tej książce.

„Jednak uczucia okazują się tak ambiwalentne, jak tkaniny o kilku kolorowych włóknach…” 

Autor zabiera swoich czytelników do czasów młodości. Wnikamy do świata nastolatek, przyjaciółek, które wkraczają w etap dojrzewania. Odkrywają siebie na nowo, obserwują swoje ciała i emocje, które wybuchają jak wulkan. Wszystko jest jakby żywsze. Trochę obce, dziwne, jednak mimo tych zmian mają siebie. Swoją przyjaźń, którą uważają za trwalszą niż miłość. Jednak wystarczy iskra, która wywoła lawinę zdarzeń. Nagle się porównują, oceniają i oszukują. Pewnego dnia w przyjaźń wkrada się zwyczajna zazdrość, która komplikuje wszystko. Rani, niszczy, a z człowieka wychodzi „potwór”. Tak też było w tym wypadku. Ile zostanie z przyjaźni? Czy naprawdę jest tak trwała?

„Czy do tego stopnia jesteśmy wrogami, że nawet nie możemy grać wrogów?”

Eric – Emanuel Schmitt po raz kolejny mnie nie zawiódł. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam tak niskie oceny na jednym z dobrze nam znanych portali. Moim zdaniem jest to jedna z lepszych książek autora. Stworzył on historię prostą, może zahaczającą o banał, jednak ma ona drugie dno. Pokazuje ona prawdziwą naturę człowieka na każdym etapie rozwoju. Nastolatka, osobę dorosłą w kwiecie wieku i schorowanych staruszków, którzy mimo choroby i starości trwają przy sobie do samego końca. Odnajdziemy tutaj trwały element, jakim jest prawdziwa miłość po grób. Postrzeganie takiego stanu rzeczy przez młodych, dla których starość jest niczym, a osoby w podeszłym wieku są potworami. Autor w swojej książce stworzył portrety miłości i przyjaźni. Naszkicował wroga, którego znamy pod nazwą „zazdrość”. A także ukazał kruchość młodości i wyżej wymienionych więzi. Powiedziałabym, że ze zwykłej więzi nastolatek wyciągnął wszystko to, co się da. Całość jest czytelna, łatwa w odbiorze i przedstawiona w formie pamiętnika, wiadomości tekstowych, a nawet fragmentów artykułów. Czytając wnikamy do wnętrza każdej z dziewczyn, poznajemy ich myśli, sekrety, emocje. Zakończenie nie jest szokujące, jednak całość ma w sobie to coś. Całość dopełniają cytaty Szekspira, a także nutka filozofii – jak zawsze. Ja nie mam do czego się doczepić. Po raz kolejny mam w swoich rękach dowód na to, że prostota tkwi w szczegółach. Zwykłe historie mają w sobie coś szczególnego, wystarczy tylko się w nie zagłębić. Urzekła mnie również okładka, która obrazuje kruchość, zagubienie, więź i wspomnianą prostotę. Na koniec czas odpowiedzieć sobie na pytanie… Czy przyjaźń jest bardziej wartościowa od miłości? Jedną i drugą można zniszczyć, łatwo stracić i zaniedbać. Jedną i drugą potrafi zatruć ten sam wróg. Jedna i druga może być piękna. A także jedna i druga czasem potrzebuje wybaczenia. Tylko czy wszystko można wybaczyć?

Na pytanie: Warto przeczytać? Odpowiem szczerze: Tak!

„Przyjaźń jest farsą, a miłość trucizną.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Znak Literanova