czwartek, 31 marca 2016

Zakochany Dracula - Karen Essex


wydawnictwo: Albatros
data wydania: 2014
liczba stron: 448

„Miłości nie można wyjaśnić; żadne słowa nie oddadzą tego radosnego upojenia.”

Książka, którą dzisiaj recenzuję wpadła w moje oko w biedronce jakiś już czas temu. Dostałam ją od mamy i ciągle kusiła mnie z półki. Nie mogłam dłużej opierać się „Zakochanemu Draculi”. Ja miłośniczka wampirów! Po lekturze tej książki zaczęłam się zastanawiać, jakim cudem nie przeczytałam „Draculi” autorstwa Brama Stokera?! Sama się sobie dziwię. Nawet wstydzę się do tego przyznać! Oczywiście postać Draculi jest mi znana. Film miałam okazję zobaczyć, jednak wersji książkowej w rękach nie miałam. A to czytelniczy grzech! Jak zapewne sami wiecie książkę od jej wersji filmowej dzieli czasami wielka przepaść. Najlepiej zacząć od książki, a następnie przejść do filmu, inaczej nasza wyobraźnia zostaje pozbawiona całej frajdy z tworzenia obrazów. W pamięci pojawiają się aktorzy a nie „prawdziwe” postacie, które razem z autorem i naszą fantazją mamy tworzyć. Jednak moje zaniedbanie literackie i wampirowe na pewno nadrobię, gdyż już rozglądam się za „oryginalnym” Draculą.
Mina Murray, typowa cnotliwa wiktoriańska heroina o różanych policzkach, staje się obiektem pożądania hrabiego Draculi. Wieczna muza Draculi barwnie opisuje dzieje namiętnego romansu, który łączył ją i hrabiego przez stulecia – od mglistych wybrzeży Tamizy po dzikie, smagane wiatrem wrzosowiska Yorkshire. Wspomina radości i smutki oraz swój bunt przeciwko siłom zła. W wersji Miny ta gotycka opowieść grozy zmienia się w realistyczną wyprawę do ciemnych sypialni wiktoriańskiej Anglii, na okryte mgłą cmentarze i do ponurych zakładów dla obłąkanych, gdzie wychodzą na jaw wstrząsające sekrety. Czas staje w miejscu, gdy bohaterka zostaje porwana do mistycznego wymiaru, przekraczającego zrozumienie zwykłych śmiertelników, gdzie musi wreszcie podjąć decyzję, z którą zwlekała przez prawie tysiąc lat. Po raz pierwszy poznajemy prawdę o jej sekretnej historii i samej naturze wampiryzmu. W naszych oczach Mina staje się współczesną kobietą – zmysłową, bogatą wewnętrznie, dającą się ponieść pożądaniu.
„Nie próbuj zaprzeczać prawdzie, bo zawsze przegrasz. Nie próbuj uciekać przed prawdą, bo zawsze cię dogoni.”

Narratorką i przewodniczką w tej historii jest Mina, czyli atrakcyjna kobieta o nieziemsko zielonych oczach, która opowiada „prawdziwą” historię hrabiego Draculi i ich miłości. Prowadzi nas ścieżkami dziwnych opowieści oraz nierealnych wydarzeń. Nad całością unosi się mgła grozy i tajemniczości. Główna bohaterka opisuje swoje uczucia, odkrywa krok po kroku prawdę i prawdziwą siebie. Doznaje przemiany, którą obserwujemy i przyjmujemy z ulgą, gdyż naiwność i grzeczność czas odstawić do lamusa. Tym bardziej, gdy otaczają cię osoby takie jak naszą bohaterkę. Osoby eksperymentujące na kobietach i tłumaczące obłędem seksualność. Skupimy się tutaj na wątku miłosnym oraz pożądaniu, które między hrabią i jego wybranką zapłonęło. Jednak to nie wszystko… autorka z pomocą swoich bohaterów wprowadzi nas do świata, który oddzielony jest od naszego tylko cieniutką barierą. Zamieszkują go istoty niezwykłe, długowieczne i niebezpieczne dla zwykłego śmiertelnika. Autorka nie zmieniła całkowicie historii Draculi i podążyła drogą znaną czytelnikom czy tak jak w moim przypadku osobom oglądającym film. Spotkamy postacie, które kojarzymy, fakty, które gdzieś tam w naszej podświadomości są, jednak co rusz natykamy się na zmianę kursu i powiew świeżości.

Karen Essex, amerykańska pisarka urodzona w Nowym Orleanie. Studiowała na Tulane University, Vanderbilt University i w Goddard College. Jest autorką pięciu powieści historycznych – „Kleopatra”, „Królowa”, „Łabędzie i Leonarda”, „Stealing Athena” i „Zakochany Dracula”. Jej eseje i artykuły ukazują się w „Vogue”, „Playboyu”, „L.A. Weekly”, „L.A. Style” i wielu innych periodykach. Współpracuje jako scenarzystka z producentami filmowymi i telewizyjnymi (m.in. z Jamesem Cameronem).

„[…] kobieta nigdy nie powinna pozwolić, żeby mężczyzna poznał jej myśli.”

Książka Karen Essex przyciągnęła mój wzrok okładką. Z obu stron prezentuje się ciekawie – tajemniczo, kobieco, obiecująco, a nawet mrocznie. Więc jak tu sobie odmówić przyjemności obcowania z wampirami? Mój umysł nakierował się na znanego mi z filmu Draculę i chciałam poznać go „osobiście”, a co za tym idzie zakosztować kolejnej przygody. Jednak autorka zaprowadziła mnie w pole… Draculi w Draculi było tak naprawdę niewiele, a jak już się tak konkretniej objawił to dopiero za połową książki. To właśnie tutaj doznałam pewnego zawodu, gdyż liczyłam na więcej wampiryzmu, krwi i tej domieszki miłości, co w połączeniu z opisanym przez autorkę pożądaniem byłoby wręcz idealne. Fabuła jest co prawda mroczna, ciekawa i wciągająca, jednak brakuje jej tego kluczowego elementu. Mam wrażenie, że Dracula jest tutaj tłem, że jest wyobcowany i totalnie niegroźny. Cała oprawa jest natomiast ciekawa. Klimat potęgują opisy pogody, otoczenia, spacerów po cmentarzach, zakładu dla obłąkanych oraz dziwnych wydarzeń. 

„Zakochany Dracula” to ciekawa opowieść o miłości, pożądaniu i opętaniu, jednak z niewielką ilością wspomnianego wampiryzmu. Zapewne jest to ciekawe uzupełnienie oryginału i pewien powiew świeżości, ale chcąc ją przeczytać nie nastawiajcie się na dużą dawkę krwi i częstej obecności Draculi. Najlepiej to nastawić się na romans z mrocznym gotyckim tłem.

„Cóż dobrego przyjdzie z daru nieśmiertelności, jeśli musimy patrzeć bezsilnie na śmierć tych, których kochamy?”

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Klucznik
Czytam opasłe tomiska

środa, 30 marca 2016

Konkurs urodzinowy!


Tak, to ten dzień! Dokładnie 3 lata temu narodził się w mojej głowie pomysł założenia bloga. Trudno mi uwierzyć, jak ten czas szybko minął. Pamiętam jeszcze moje początki na platformie Wordpress i późniejsze przenoszenie wszystkiego na bloggera, który wydał mi się przyjaźniejszy dla użytkownika. Łatwo nie było, jednak wszystko się udało :) Z okazji urodzin Zakochanej w czytaniu postanowiłam zorganizować dla Was konkurs. Do rozdania mam aż 7 książek. Co trzeba zrobić, żeby kilka z nich ustawić na swojej półce? Wykazać się małym talentem do pisania ciekawych i interesujących historyjek :)

Każda osoba, która chce wziąć udział w konkursie wybiera tylko jeden zestaw, o który chce zawalczyć. Następnie tworzy dowolną, ciekawą historię, w której znajdą się obowiązkowe słówka. Słowa można dowolnie odmieniać (np. dzwonić - zadzwonić, dzwonił, zadzwoniła itd., wieś - na wsi, wioska, wiejski itd.) Historia musi składać się minimum z 5 zdań. Forma dowolna :) Konkurs trwa do 30 kwietnia i to wtedy wybiorę najciekawszą, najzabawniejszą, najkreatywniejszą oraz najbardziej interesującą historyjkę z danego zestawu. Tak więc, zwycięzców będzie aż 3!

Książki podzielone są na zestawy:

kryminał/thriller:
"Diabli nadali" - Olga Rudnicka (z autografem autorki)
"Poszukiwanie" - Reardon Bryan

obowiązkowe słowa do historii: detektyw, kot, plaża, niebieski, dzwonić

 fantastyka:
"Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender" - Leslye Walton
"W ramionach gwiazd" - Amie Kaufman, Meagan Spooner

obowiązkowe słowa do historii: teleskop, prąd, las, blondynka, patrzeć

obyczajówka/romans:
"I że ci nie odpuszczę" - Joanna Szarańska
"Samulka" - Kinga Faco

obowiązkowe słowa do historii: wieś, fotografia, tajemnica, zdrada, całować

Przykład:
słowa: zielony, zbrodnia, ukrywać się, lupa, miasto

Komisarz Dudek w swoim życiu widział wiele. Ta makabryczna i zarazem zagadkowa zbrodnia, jednak nim wstrząsnęła do żywego. Prowadząc swojego rozklekotanego zielonego garbusa, zapragnął zdolności samego Holmesa, a przynajmniej jego lupy, która pomogłaby mu w śledztwie. Tropów miał niewiele. Tylko kawałek fotografii i zapałki, które są wizytówką jednego z dwóch moteli w tym ponurym mieście. To zapewne tam ukrywa się podejrzany... bestia w ludzkiej skórze. 

Dodatkowo spośród osób, które wezmą udział w konkursie, ale z jakiś powodów nie poszczęści im się w konkursie głównym, rozlosuję dodatkową książkę. Będzie to "Raven" Sylvaina Reynarda. Myślę, że warto się skusić :)

Przykładowy komentarz:
Biorę udział!
Wybieram zestaw: 
Mój adres e-mail:
Obserwuję jako/lubię na FB jako:
Udostępniam baner na: podaj link
Moja historia:

Regulamin:
1. Organizatorką konkursu jestem ja - Magdalena T. - właścicielka bloga Zakochana w czytaniu
2. Uczestnikiem może być każda osoba, która posiada adres korespondencyjny na terenie Polski.
3. Udostępnienie podlinkowanego baneru konkursowego na swoim blogu lub Facebooku oraz obserwowanie bloga lub polubienie go na Facebooku jest obowiązkowe.
4. Na zgłoszenia czekam do godziny 23:59 dnia 30.04.2016
5. Wyniki zostaną opublikowane w ciągu tygodnia od zakończenia konkursu.
6. Ze zwycięzcą skontaktuję się poprzez e-maila i będzie miała 7 dni na podanie adresu do wysyłki.


Zapraszam do zabawy!

sobota, 26 marca 2016

Zdrowych i spokojnych świąt!


... i dodatkowo mogę jeszcze dodać: znalezienia i przeczytania świetnej książki w ciągu tych kilku wolnych dni ;)

niedziela, 20 marca 2016

Serce w kawałkach - Kathrin Lange


cykl: Serce ze szkła (tom 2)
wydawnictwo: Muza
data wydania: 16 marca 2016
liczba stron: 416

„Jak można kogoś tak bardzo kochać, jak ja kochałam jego? Do tego stopnia, że to, co sprawiało mu ból, stawało się dla mnie prawdziwą torturą?”

Miłość jest bardzo niebezpieczna, szczególnie, jeśli kocha się mężczyzn z rodziny Bellów. Namiastkę tego niebezpieczeństwa i szaleństwa miała okazję poczuć Juli, główna bohaterka „Serca ze szkła”, która pokochała pogrążonego w depresji Davida. Czytelnicy również mogli zatopić się w niezwykłej atmosferze, jaka panowała w Sorrow, ponurym domu wybudowanym praktycznie na klifach wyspy Martha’s Vineyard. Wyspy przeklętej... Losy tych dwojga pochłonęłam we wrześniu ubiegłego roku jak szalona. Delektowałam się atmosferą, niebezpieczeństwem i nawiązaniem do książki „Rebeca”, na której podstawie powstał film, którego miałam okazję już wcześniej zobaczyć. Już wtedy wiedziałam, że drugi tom trafi prędzej czy później w moje ręce. Nie byłabym sobą, gdybym nie kontynuowała ciekawie zapowiadającej się historii. Tak też się stało. W tym tygodniu trafił do mnie drugi tom – „Serce w kawałkach”, który ponownie przeniósł mnie na tą demoniczną wyspę i do Sorrow.
Po pięciu miesiącach pobytu w Bostonie David postanawia, że musi raz na zawsze rozliczyć się z przeszłością. Wraca na przeklętą wyspę Martha’s Vineyard, a zmartwiona Juli podąża za nim. David chce przypomnieć sobie tragiczne wydarzenia poprzedzające śmierć Charlie. Jedyne, co pamięta, to echo wystrzału. Obawia się najgorszego – że to on zastrzelił narzeczoną. Kiedy policja trafia na kobiece szczątki w morzu, Juli ogarnia zwątpienie. Co naprawdę wydarzyło się zimą na klifie? I jaką rolę w tym wszystkim odegrał David?
Autorka po raz kolejny zabiera swoich bohaterów i czytelników w znajome już miejsce. Miejsce, które sprawdziło się, jako miejsce akcji młodzieżowego thrillera (choć nie tylko, gdyż moja wyobraźnia poszybowała do książek Agaty Christie). Trafiamy tam nie tylko ze względu na aurę, jaka unosi się nad tym miejscem, ale przede wszystkim przez przeszłość, która nie daje spokoju Davidowi. Oczywiście w ślad za ukochanym podąża Juli, która chce go nadal chronić. Pytanie tylko, przed czym? Przed samym sobą? Depresją? Przeszłością? Czy też może inną dziewczyną? A może przed duchem Madeleine Bower, przed którą znów ostrzega ją Grace?

Recenzując poprzedni tom podkreślałam jak bardzo spodobał mi się klimat – mroczny, tajemniczy, a momentami naprawdę wywołujący ciarki. Podobała mi się fabuła, wypełniona napięciem i smutkiem. Tragedia goniła tragedię, a Juli podjęła się wówczas trudnego zadania- miała pilnować Davida przed samobójstwem. Czy druga część jest lepsza, gorsza czy też równie dobra? Utrzymana jest w takim samym stylu. Autorka nie rzuca nas w wir zupełnie nowych wydarzeń, nie wmusza na siłę czegoś nowego, tyko doprawia poprzednią historię. Dopełnia ją w ten sposób, ale też naraża się na ryzyko klęski, gdyż jak wiemy dobra kontynuacja to rzadkość, a szczególnie jednego wątku. Czy wyszła z tego obronną ręką? Jak poradzili sobie tym razem młodzi bohaterowie?

„Serce w kawałkach” to książka o traumatycznych przeżyciach, które nie dają spokoju. O miłości, która nie jest łatwa i w dodatku została skropiona klątwą czy też obłędem. Całości dopełnia nuta zjawisk nadprzyrodzonych, tajemnicy z przeszłości, tragedii i dziwnych relacji mieszkańców Sorrow. Znów pojawi się kobieta w czerwonej sukni, dziwne sny i groźba niebezpieczeństwa. Bohaterowie będą zmagać się nie tylko z okolicznościami, jakie nastąpią, ale również z własnymi emocjami. Jeśli już mowa o Davidzie i Juli to powiem szczerze, że ich związek jest trudny, chciałoby się powiedzieć skomplikowany czy wręcz toksyczny. David zachowuje się dziwnie. Raz jest czuły, raz oziębły, a nawet gwałtowny. Swoim zachowaniem próbuje ochronić dziewczynę, jednak dzięki temu wygląda na niezrównoważonego psychicznie. Ona natomiast bierze na siebie dużą odpowiedzialność i nadal próbuje go chronić i tym samym być jego cieniem. Autorka nałożyła na tych dwoje ciężkie brzemię, które nie jednego by wykończyło. Czy aby na pewno nastolatkowie mogą aż tyle udźwignąć i zmagać się z tyloma rzeczami jednocześnie? Trochę ta ich relacja jest męcząca dla czytelnika, a już w szczególności zachowanie Juli, która owszem stara się jak może, ale dręczy ją huśtawka nastrojów, zazdrość, zwątpienie, strach i miłość.

Książkę czyta się szybko i przyjemnie. Łatwo przypomnimy sobie to, co wydarzyło się w poprzednim tomie. Co do zakończenia… już wydawało mi się, że wyprzedziłam bohaterów, a tu miła niespodzianka. Autorka na samym końcu postanawia zaskoczyć czytelnika i narobić mu smaczku. Najchętniej od razu chwyciłoby się tom trzeci i kontynuowało tę historię.

Podsumowując: „Serce w kawałkach” potrafi wciągnąć, a na koniec bardzo miło zaskoczyć. Zagadkę chce się rozgryźć natychmiast, a przeszłość rodziny Bellów jest, co najmniej dziwna i tragiczna. Mieszanina miłości i niebezpieczeństwa w klimatycznym miejscu i tajemniczych okolicznościach. Powracające duchy i nadchodzący obłęd. Wydaje mi się jednak, że tym razem mamy znacznie mniej mroczną atmosferę, a klimat z poprzedniego tomu bardziej mi podpasował. Czy warto przeczytać? Zdecydowanie tak! Być może Wam klimat wyda się wystarczająco mroczny, a zachowanie Juli mniej frustrujące. Zachęcam do odgrzebania z rupieci zapomnienia, zagubionego wspomnienia Davida.

„Zagubione wspomnienie było jak dziurawy ząb, który wciąż trzeba sprawdzać koniuszkiem języka, choć to tylko potęguje ból.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam opasłe tomiska

czwartek, 17 marca 2016

Od urodzenia - Elisa Albert


wydawnictwo: Kobiece
data wydania: 15 marca 2016
liczba stron: 272

„ Dopiero kiedy znowu się zaśmiejesz, uświadamiasz sobie, że nie śmiałeś się od cholernie długiego czasu.”

Ciąża to stan oczekiwania, euforii, zmian i lęku. Gdzieś tam zawsze czai się jakiś stres. Oczekiwanie dziecka, swojego małego szczęścia, które nosimy pod sercem i staramy się chronić od samego początku. Następnym etapem jest poród – chciany i zarazem przerażający. Później jest już tylko macierzyństwo, które wprowadza kobietę na nowy etap życia. Etap ten opisywany jest różnie. Zazwyczaj cały ten proces zaczynający się od poczęcia postrzegany jest, jako coś niezwykłego (i rzeczywiście tak jest) a kończący się na macierzyństwie, które wymaga poświęceń. Niewątpliwie jest to duża dawka zmian, które zachodzą w życiu rodziców, a szczególnie matki. Jednak to, co jedni opisują w cudowny sposób i przedstawiają pozytywnie, inni przedstawią w sposób zupełnie inny. Z tym innym wariantem spotkałam się podczas lektury autorstwa Elisy Albert – „Od urodzenia”. Tak opisanego macierzyństwa jeszcze w literaturze nie było…
Minął już rok, odkąd Ari – doktorantka, feministka i żona o piętnaście lat starszego od niej profesora – urodziła Walkera. Kobieta przeżywa ogromne trudności w odnalezieniu się w nowej dla siebie rzeczywistości. Nie mogąc przyzwyczaić się do specyficznego rytmu opieki nad małym dzieckiem oraz do zmian, które zaszły zarówno w jej ciele, jak i w psychice, Ari zaczyna przypominać samotne, chyboczące się na zimowym wietrze drzewo, któremu ni stąd, ni zowąd wyrwano korzenie. Kiedy w sąsiedztwie pojawia się Mina – niegdyś kultowa piosenkarka rockowa, a teraz przyszła matka w dziewiątym miesiącu ciąży – Ari, mimo że zwykle nie ufa kobietom, widzi w niej potencjalną bratnią duszę. Wkrótce kobiety się zaprzyjaźniają i łączą siły we wspólnej macierzyńskiej walce, jaką obie na co dzień staczają.
„Dopiero kiedy ktoś naprawdę spojrzy ci w oczy, uświadamiasz sobie, jak rzadko ktokolwiek naprawdę patrzy ci w oczy.”

W podróż po ścieżkach macierzyństwa zabierze nas Ari - matka, żona, kobieta i feministka. Poród przez cesarskie cięcie sprawił, że poczuła się wyobcowana, obdarta z bólu, oczekiwań, spełnienia i możliwości, jakie daje dziecku i matce poród naturalny. Nie może się z tym pogodzić. Codzienność zaczyna ją przytłaczać, a to malutkie cudo wywołuje sprzeczne emocje. Miłość przeplata się ze strachem i obawą, że dziecku może stać się krzywda. Do tego dochodzi poczucie samotności. Z czasem na swojej drodze spotyka bratnią duszę, kobietę z barwną przeszłością, obecnie matką, która również boryka się z problemami. Razem tworzą zgrany duet, stają się sobie bliskie. W międzyczasie główna bohaterka i narratorka opowie nam o swoim życiu, relacjach z innymi kobietami, a także z umierającą matką. Nie ufa kobietom, choć łatwo nawiązuje przyjaźnie nie potrafi ich dłużej utrzymać.

„Życie jest tylko tak przerażające, jak tego chcesz.”

„Od urodzenia” to macierzyństwo pokazane w innym świetle. To obraz namalowany barwami szarości, grafitów, granatów i czerni. To emocjonalna walka, która toczy się w głowie i sercu kobiety – matki. Rodzaj buntu. Poczucie straty, pustki i braku kobiecego wsparcia. Jest to macierzyństwo wywrócone na drugą stronę, w której brak pastelowych kolorów. To trudy opieki nad małym człowiekiem, którego trzeba wychować, nauczyć się karmić i dostosować do jego potrzeb. Gdzieś tam widać zagubienie, a wręcz utratę siebie. To miłość o słodko – gorzkim smaku i samotność wśród ludzi, która doskwiera podwójnie. Książka ma kształt pamiętnika, który wtajemnicza czytelnika w emocje bohaterki. Skosztujemy jej wewnętrznego chaosu, przeszłości wymieszanej z teraźniejszością, gniewu, pożądania, miłości oraz strachu. Bohaterka nie jest grzeczną dziewczynką, która w ładne słówka ujmuje swoje prawdziwe emocje. Nie ukrywa ich, daje im wręcz ujście. Książkę czyta się szybko, mimo trudnej tematyki. Momentami miałam wrażenie, że odrywam się od rzeczywistości i wkraczam do głowy „szalonej” kobiety owładniętej obsesją i feminizmem.

Szczerze mówiąc, treść nie trafiła do mnie w stu procentach. Nie poruszyła mną do głębi, a także nie mogłam zgrać się z bohaterką. Są książki, które zostawiają w czytelniku jakiś głębszy ślad i pozostają w pamięci. W tym przypadku zabrakło tego draśnięcia, jednak w pamięci gdzieś na pewno zostanie, gdyż temat, a raczej spojrzenie na niego jest ciekawe i całkowicie odmienne od tych nam znanych. Myślę, że jest to pozycja dość interesująca i nie żaden odgrzewany kotlet, który powtórnie jest nam serwowany. Książka bogata w przekleństwa, emocje czy otwartą krytykę. Powiedziałabym, że taki słowny atak i możliwość do dyskusji. To także spojrzenie na funkcję kobiety w życiu i społeczeństwie, a także zerkniecie na macierzyństwo, którego doświadcza dziecko ze strony swojego rodzica, jaki ma ono wpływ na niego oraz jak go ukształtowało (tak mi się nasunęło w kontekście relacji Ari z jej matką). Z pewnością zainteresuje ona osoby, które lubią spoglądać na konkretny temat od różnej strony.

„Litość jest tak cholernie definitywna, nieskończenie bardziej przykra niż pogarda.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Kobiece


sobota, 12 marca 2016

Dzieci kartografa - Sarah McCoy


wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 17 lutego 2016
liczba stron: 416

„ Jeżeli życie daje ci tylko cytryny, to przynajmniej masz cytryny i możesz sobie z nimi zrobić, co chcesz!”

A może życie to jedna wielka cytryna, którą każdy z nas dostaje i musi wycisnąć z niej tyle ile się tylko da? Co z nią zrobimy i jak, to już nasza sprawa. Oczywiście nie wszystko zależy od nas… czasem pod ręką pojawia się wyciskarka do soku zwana losem. Na takie narzędzie można zwalić winę, można wiele oczekiwać i natrafić na wszelkie niedogodności. Jednak każdy z nas czasem z takiej wyciskarki korzysta. O życiu pięknym, brutalnym i pełnym niespodzianek oraz możliwości opowiada w swojej najnowszej książce – „Dzieci kartografa” – Sarah McCoy. Twórczość autorki miałam okazję poznać jakiś czas temu, czytając „Córkę piekarza”, która przeniosła mnie to zupełnie innego świata. Razem z bohaterami przeżywałam trudne chwile, a na swoich ramionach odczuwałam ich strach, przygnębienie oraz inne uczucia. Opisana przez autorkę historia pachniała piekarnią i wypiekami, które wydobywały się ze stronic tamtej książki. Do dnia dzisiejszego mam do niej słabość i z pewną melancholią spoglądam na półkę. Dlatego, gdy ujrzałam w zapowiedziach „Dzieci kartografa” wiedziałam, że muszę ją przeczytać i odbyć ponowną wędrówkę do świata wyczarowanego przez Sarah McCoy.
Sarah Brown, córka abolicjonisty Johna Browna, uświadamia sobie, że dzięki talentowi artystycznemu jest w stanie pomóc w ratowaniu życia niewolnikom uciekającym na Północ i w swoich obrazach kreśli zakamuflowane mapy dla wyznawców ruchu Kolei Podziemnej. Kiedy po śmierci ojca dowiaduje się, że nie może mieć dzieci, kontynuuje jego dzieło: ukrywa ścigane rodziny i nadal maluje obrazy z mapami, a także główki lalek, za pomocą, których przekazuje wiadomości walczącym. Eden, współczesna kobieta, która desperacko pragnie dziecka, przeprowadza się z mężem do starego domu na przedmieściach, gdzie w piwnicy znajduje porcelanową głowę lalki. Próbuję poznać związaną z nią tajemnicę i stara się wrosnąć w społeczność.
Wyobraźcie sobie pewne miasteczko w Zachodniej Wirginii, w którym trafiacie do pewnego starego domu. Budynku klimatycznego, wiekowego i skrywającego tajemnicę, którą należy odkryć. Poznajecie pewne małżeństwo borykające się z bolesnym problemem, jakim jest brak dzieci. Kryzys, oddalenie, złość, samotność, rezygnacja i miłość. Pewnego dnia na w życiu tych dwojga pojawia się mały pies, bystra dziewczynka i porcelanowa głowa lalki. Co je łączy? Jak wpłyną na życie Eden i jej męża? Ten stary dom to taki wehikuł czasu, który przeniesie czytelnika do dawnych czasów – 1859 roku – czasów walki z niewolnictwem, przelewu krwi i późniejszej wojny. Do sekretów, dobrych i złych ludzi, do sztuki, miłości i poświęcenia. W tym domu poznamy dwie główne bohaterki Eden i Sarah. Jedna jest w teraźniejszości, a druga odegrała ważną rolę w przeszłości. Obie coś łączy, tak jak przeszłość z przyszłością.

„Miłość jest zdradliwym płomieniem, kiedy się go podsyca i podtrzymuje.”

Sarah McCoy pisząc „Córkę piekarza” udowodniła, że potrafi w cudowny sposób łączyć przeszłość ze znaną nam teraźniejszością. Tym razem tylko bardziej utwierdziła mnie w tym przekonaniu i podniosła poprzeczkę. W swojej najnowszej książce czaruje słowem, przenosi do świata, który jest nam obcy, otwiera na ludzi i na swoją codzienność. „Dzieci kartografa” to niezwykła mieszanina wyobraźni połączonej z faktami. W tej powieści znajdziecie postacie fikcyjne, jak i osobowości prawdziwe. Autorce pomysł na fabułę zaczął się w głowie rodzić w 2011 roku z czasem na ścieżkę fikcji wstąpił John Brown człowiek, który walczył z niewolnictwem. Skoro pojawił się on to także jego rodzina, której śladem podążyła autorka. Podążanie śladem Sarah zajęło jej trzy lata, w których nie tylko poszerzyła grono swoich bohaterów, ale również wiedzę. Czytając sami dowiecie się sporo o Kolei Podziemnej, na której opiera się ta historia. Nie myślcie jednak, że jest to biografia Sarah Brown, gdyż jest to powieść z mieszaniną postaci niegdyś żywych i tych żyjcych w wyobraźni autorki i naszej. Sarah McCoy wyobraziła sobie jak mogło wyglądać życie jej imienniczki, która okazała się ciekawą osobistością. Jeśli połączymy jedną historię z drugą, wyjdzie nam niesamowita opowieść o kobietach, które dzieli tak wielka przepaść czasowa.

„Dzieci kartografa” to historia, która wciąga i z każdą kolejną stroną popycha w stronę rozwikłania zagadki, która czai się ukryta w murach starego domu. Niewątpliwie daje do myślenia, wzrusza, dodaje optymizmu i ciepła, a także szokuje przeszłością. Czytelnik wraz z bohaterkami zastanowi się nad pojęciami rodziny, oddania, poświęcenia, miłości i cudów, które pojawiają się w naszym codziennym życiu. Moim zdaniem świetna, a polecić ją mogę osobą, które tak jak ja lubią mieszankę przeszłości z teraźniejszością, jak również tym, co lubią książki, które nie tylko umilają czas, ale jeszcze dają coś od siebie.

„Życia nie da się zmusić, żeby było takie jak chcemy, wtedy, gdy chcemy. Nie możemy zmienić dnia wczorajszego ani kontrolować jutra. Możemy żyć tylko dzisiaj, najlepiej jak potrafimy. Co czasem okazuje się lepsze, niż myśleliśmy.”

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam opasłe tomiska

środa, 9 marca 2016

Były sobie świnki trzy - Olga Rudnicka


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
liczba stron: 360
PREMIERA: 15 marca 2016

„Jestem zdecydowanie przeciwna zabijaniu kogokolwiek poza własnym prywatnym mężem. Nie jestem psychopatką.”

Mąż okazał się daleki od ideału. Obecne życie przestaje nam odpowiadać, a rozwód nie wchodzi w grę i to przez jeden głupi podpis na intercyzie. Co zrobić? Oczywiście najłatwiej będzie pozbyć się męża, zgarnąć jego szmal i być wolną. Zacząć żyć na własny rachunek i nie musieć udawać głupiej sarny, żeby tylko nadal zostać na pozycji małżonki z kasą. Jak uwolnić się z więzów małżeńskich i na tym nie stracić tylko zyskać? Podpowie swoim czytelnikom Olga Rudnicka. Jej najnowsza książka nosi chwytliwy i wpadający w ucho tytuł, „Były sobie świnki trzy” i jak domyślacie się nie zabraknie w niej humoru…a szczególnie tego czarnego, czy wręcz wisielczego. Nie oszukujmy się, pogoda za oknem jest okropna, raz zima, raz jesień, a innym razem zaczątek wiosny. Jak tu nie zwariować i nie popaść w smętny nastrój? Oczywiście wybierając odpowiednią lekturę. Myślę, że twórczość Rudnickiej nadaje się do tego idealnie. Przekonałam się o tym nie jeden raz, więc i tym razem musiałam się skusić na czarną komedię z trupami, pomyłkami i barwnymi postaciami.
Bycie żoną swojego męża ma pewne zalety – pełne konto i nadmiar wolnego czasu. W zamian wystarczy tylko pilnować, by mąż nie zapominał, dzięki komu żyje pełnią szczęścia. Układ działa jak w zegarku, ale do czasu… Jolka, Martusia i Kama pewnego dnia odkrywają, że w metryce lat im przybywa, nie ubywa, pojawiają się kurze łapki, dodatkowe kilogramy, a w życiu ich mężów inne kobiety. Przyjaciółki postanawiają zmienić swój stan cywilny, zanim zrobią to ich mężowie. Tylko te nieszczęsne intercyzy… W tej sytuacji można zrobić tylko jedno. Zostać bogatą wdową. Żeby to tylko było takie proste…
Każda z nas zdaje sobie sprawę, że się starzeje. Pojawiają się zmarszczki, cellulit i siwe włosy. Koszmar! Czas ucieka, latka lecą, a panowie biznesmeni oglądają się za młodszymi kobietami, które w łóżku są ciekawszym obiektem niż własne żony. Jednej rzeczy jednak nie biorą oni pod uwagę! Tego, że ich nudne, głupie, żonki są zmęczone nimi w takim samym, a nawet większym stopniu. Małżeństwo staje się grą pozorów, w której trzeba wykazać się nie lada talentem, żeby utrzymać swoją pozycję, szczególnie, jeśli w grę wchodzi wygodne bogate życie. Źle jest wtedy, gdy na horyzoncie pojawiają się chmurki rozwodowe. Wtedy żony ogarnia panika! Taką sytuacje znajdziemy w książce Olgi Rudnickiej. Sytuacja ta ukrywa się pod trzema imionami Jolki, Martusi i Kamy oraz oczywiście ich mężów. Pewnego dnia zaczynają kombinować jak z małżonki stać się wdową i to w dodatku bogatą. Oczywiście nie można niczego zepsuć, gdyż nikt nie może się domyślić, że to my stoimy za owymi śmiertelnymi wypadkami. Trzy przyjaciółki, trzech mężów i wiele pomysłów na zbrodnię doskonałą. Takiej, której nie wykryje nawet policjant Kalinka, który pojawia się często na horyzoncie i węszy podstęp niczym opętany obsesją maniak.

Przeczytałam już kilka książek autorki i za każdym razem na swojej drodze napotykam postacie o charakterystycznych nazwiskach. Oczywiście pod tymi nazwiskami kryję się osobowość równie barwna i rozbrajająca. W tym przypadku również tak jest. Kobitki są nie do podrobienia. Zakręcone, szalone, znudzone, barwne, a czasem wręcz naiwne. Każda ma inny charakter, lecz razem tworzą trio doskonałe. Takie, które idealnie nadaje się do komedii pomyłek, a szczególnie do planowania zbrodni na wesoło. Nie da się ich wręcz nie lubić. Co z ich mężami? Typowi faceci: kasa, kobiety, władza… To przykłady mężów bogatych, lecz pod innymi względami wręcz nieidealnych. Nie oferują nic poza cyferkami na koncie. Nie sprawdzają się jako mężowie oraz w niektórych przypadkach nawet jako ojcowie.

„Były sobie świnki trzy” to kolejna historia napisana z przymrużeniem oka. Z oryginalną fabułą, barwnymi postaciami, śmiesznymi dialogami, pomyłkami bez liku i wisielczym humorem. To taki kryminalik na wesoło, który ma pachnieć zbrodnią, ale także rozbawić. Za każdym razem cenię sobie lekki styl autorki, którym czaruje i zachęca do dalszego czytania, tutaj poczułam go zacznie więcej. Nie mogłam się oderwać od lektury, która ma prostą konstrukcję nieprzeładowaną szczegółami i opisami. Autorka wprowadza dawkę świeżości, optymizmu i radości do szarego życia, zarówno bohaterów jak i czytelników. Tworzy postacie, które łatwo zaakceptować na stronicach książek, choć zapewne w realnym świecie z niektórymi byłoby gorzej. Myślę sobie, że nie da się patrzeć na tą historię opisaną w krzywym zwierciadle i się nie śmiać. Atutem książek Olgi Rudnickiej jest ten niewymuszony lekki i charakterystyczny styl, który ocieka ironią, sarkazmem, ciętymi ripostami i komicznym zachowaniem bohaterów. Tym razem nie zabraknie również dynamizmu, który rozsadza nasze bohaterki. Idealna książka dla osób, które mają ochotę na przełamanie standardowego kryminału czymś nieco innym i nie mają ochoty wysilać swoim szarych komórek nad zimną zbrodnią. Oczywiście polecam paniom jak i panom, którzy przekonają się, do czego zdolne są zwyczajne żony.

„Macierzyństwo ma w sobie coś schizofrenicznego.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka


niedziela, 6 marca 2016

Podróże z owocem granatu - Sue Monk Kidd, Ann Kidd Taylor


wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
tłumaczenie: Marta Kisiel-Małecka
PREMIERA: 15 marca 2016

„Porzuć pozostałe światy
z wyjątkiem tego, do którego przynależysz.”

Każdy z człowiek marzy o wielkich podróżach, a przecież, każdy z nas podróżuje – przez życie. Jest to jedna z największych wypraw, w jakich przyjdzie nam uczestniczyć. To właśnie w codziennym życiu, w przeszłości, teraźniejszości czy przyszłości przeżyjemy tak wiele. Każda godzina, każdy dzień, miesiąc czy rok, jaki nam ubywa i przybywa, będzie nauką samą w sobie. Doświadczeniem, które nas ukształtuje, nie jeden raz zachwieje naszą wiarą, siłą, nadzieją czy odwagą. Optymizm pochłonie sztorm, a radość wykorzysta okazję i wyfrunie przez otwarte okno by za chwil kilka powrócić. Podróże kształcą. Dzięki nim się relaksujemy, poznajemy nowych ludzi, języki czy cieszymy oczy widokami. Ale to właśnie te wyczekiwane przez nas urlopy, mają wpływ na tą jedną prawdziwą wędrówkę – długodystansową. Człowiek to istota, która poszukuje… czasami siebie samego po kawałeczku na różnych kontynentach, w ruinach, piaskach czy dolinach. Historia takiej podróży pogłębiła moją melancholię i coś we mnie poruszyła. Wyzwoliła. I zarazem wzruszyła. Mowa o książce Sue Monk Kidd i jej córki Ann Kidd Taylor, które zaprosiły czytelników do swojego świata. Do ich niezwykłego spotkania Czarnej Madonny, Ateny, Demeter i Persefony a także Joanny d’Arc.
Niezwykły pamiętnik, w którym splatają się głosy matki i córki, stojących na rozdrożu życia. Pisząca wówczas Sekretne życie pszczół Sue Monk Kidd zmaga się z kryzysem wieku średniego i przechodzi twórczą zapaść. Jej 22-letnia córka Ann ma złamane serce i nie wie co dalej począć ze swoim życiem. Książka jest kroniką ich wspólnej podróży po Grecji, Turcji i Francji, pełną lirycznych obrazów miejsc mitycznych i świętych w Atenach, Eleusis, Paryżu, Efezie, francuskim miasteczku Rocamadour. To także poruszający zapis więzi między matką a córką. Opowieść, której narratorki Sue i Ann są niczym współczesne Demeter i Persefona.
To już trzecia książka z nazwiskiem Kidd na okładce, jaką miałam okazję przeczytać. Pamiętam jak bardzo poruszyła mnie ta pierwsza, która w moje ręce wpadła – „Sekretne życie pszczół”. Moje zmysły rozszalały się jak jakaś burza. Słuch wypełnił się brzęczeniem pszczół, węch oszalał wonią miodu, a smak słodyczą. Nie lubię miodu, jednak ostatnio codziennie staram się go po trochu spożywać. Jednak moja niechęć do tego pszczelego przysmaku – zdrowia samego w sobie – odszedł na dalszy plan podczas lektury wspomnianej książki. Historia mną zawładnęła. Stanęłam pośrodku miasteczka uli, bohaterów zatopionych w tych dźwiękach i wydarzeniach opisanych przez Sue Monk Kidd. Od tamtej pory mam ją gdzieś głęboko w sobie i jest ona jedną z moich ulubionych. Dlatego taką frajdą było dowiedzieć się jak ta niesamowita historia powstawała. Jak narodziła się w głowie autorki. Jestem zaskoczona, pozytywnie. Czytałam i poznawałam „sekret” tego sekretnego życia, który zawładnął mną i autorką.

„Siadając do pianina, nie możesz oczekiwać, że z miejsca zagrasz jak Beethoven.”

„Podróże z owocem granatu” to nie tylko pamiętnik z podróży, czy najbardziej osobista książka w dorobku Sue Monk Kidd (co oferuje nam tekst nad opisem), ale niesamowita historia opowiadająca o poszukiwaniu siebie. To także przejmująca opowieść o więzi, jaka może się odrodzić między matką i córką. Tak naprawdę to zapiski z kilku podróży… tych po własnym wnętrzu, relacjach matki z córką, jak i pięknych zakątkach świata, które miały wpływ na bohaterki książki. Obie kobiety stanęły na zakręcie, każda borykała się z własnymi problemami, lękami i uczuciami. Książka podzielona została na cztery części: utratę, poszukiwania, powrót i posłowie. Każda z nich przeplata się zapiskami Sue i Ann, dzięki którym odkryjemy, co im w duszy grało.

Podsumowując: „Podróże z owocem granatu” to wulkan melancholii, realizmu, zwątpienia, emocji i optymizmu. To lektura obowiązkowa dla matek i córek. Dla kobiet szukających swojej drogi w młodości jak i tych pragnących spotkania ze Starą Kobietą. Czytając ma się wrażenie, że obie panie są z nami i opowiadają nam swoją własną intymną historię. Myślę, że jest w niej coś krzepiącego, prawdziwego i zarazem naturalnego. Coś, co poruszy i nakłoni do chwili refleksji nad swoim życiem oraz tym, co ucieka i czego tak naprawdę pragniemy. Jeśli chcecie wiedzieć jak narodziła się historia o pszczołach, jak obie Panie odnalazły wewnętrzny spokój i zyskały odpowiedzi, a także jak wiele może połączyć matkę i córkę to nie czekajcie tylko w dniu premiery biegnijcie do księgarni.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Literackie

środa, 2 marca 2016

Raven - Sylvain Reynard


cykl: The Florentine (tom 1)
wydawnictwo: Akurat
PREMIERA: 16 marca 2016

„Mylisz się, sądząc, że to, co nadprzyrodzone, istnieje bez powodu. Tak nie jest. Taka istota też musi przestrzegać pewnych przepisów, postępować zgodnie z pewnymi wzorcami. Słowem, nadprzyrodzone właściwości wampirów pochodzą z ciemności.”

Słowem, mam dzisiaj dla was propozycję z gatunku tych nadprzyrodzonych i fascynujących. Jak już się zdążyliście zapewne domyślić zapraszam Was do świata wampirów. „Raven” autorstwa Sylvaina Reynarda to nowinka, która już niedługo (16 marca) pojawi się na rynku wydawniczym i zapewne wpadnie w oko miłośnikom tych klimatów. Pewnego dnia dostałam propozycję zrecenzowania tej powieści i powiem szczerze, że po przeczytaniu opisu nie wahałam się ani chwili. Zdaje sobie sprawę z tego, że jest to temat oklepany i opisany w różny sposób, niekiedy kontrowersyjny, przesłodzony czy wręcz śmieszny. Jednak wśród czytelników zdarzają się miłośnicy tych krwiożerczych istot – w tym oczywiście ja. Nie odcinam się od tego, co lubię tylko dlatego, że stał się powszechny i dla wielu oklepany. Czytam, czytam i zachwycam się za każdym razem tak samo. Sama nie wiem, dlaczego tak jest…Ewidentnie mam słabość do tych istot, które są intrygujące, groźne, nieludzko ludzkie i pociągające. Są inne, hipnotyzujące i kryją w sobie tajemnicę, przeszłość i pewien mrok. Zazwyczaj są też urodziwe (och, ach, ech…ufff) jednak nawet na filmowe wersję tych mniej urodziwych spoglądam z zainteresowaniem. Tak więc książkę, którą dzisiaj proponuję pochłonęłam jak wygłodniała bestia…chyba od dawna brakowało mi takich klimatów. Świat wymyślony i nierealny znów mnie wciągnął.
Niepełnosprawna, poruszająca się o lasce Raven Wood zajmuje się renowacją starych obrazów w galerii Uffizi we Florencji. Pewnego wieczoru, w drodze powrotnej do domu, jest świadkiem brutalnego napadu na bezdomnego. Próbując interweniować, sama ściąga na siebie wściekłość napastników. Wydaje się, że już nic nie może jej ocalić... A jednak. Z mroku wyłania się tajemnicza postać, która bezwzględnie rozprawia się z bandziorami. Kiedy zagadkowy wybawca pochyla się nad nią i szepcze jej do ucha niezrozumiałe słowa, Raven traci przytomność. Odzyskawszy ją stwierdza ze zdumieniem, że uległa niewytłumaczalnej przemianie: po jej ułomności nie został żaden ślad, jest teraz przepiękną, atrakcyjną kobietą. Jeszcze bardziej zaskakuje ją fakt, że minął tydzień, że w galerii wszyscy traktują ją jak obca osobę oraz że ze zbiorów znikła kolekcja bezcennych ilustracji Boticellego. Traktowana przez policję jako główna podejrzana, Raven szuka pomocy u najbogatszego i najbardziej wpływowego człowieka w mieście. Poszukiwania sprawców zuchwałej kradzieży oraz próby ustalenia tożsamości jej anonimowego wybawcy prowadzą ją w mroczne zakamarki Florencji, gdzie słowa "namiętność" i "strach" nabierają nowego znaczenia, i gdzie mieszkają istoty rodem z przerażających legend i sennych koszmarów.
Autor zabrał mnie w podróż do Florencji, która chyba każdemu kojarzy się z urokliwym i romantycznym miejscem. Niewątpliwie ciekawym turystycznie, w którym jest co zwiedzać i podziwiać. To właśnie w takim miejscu toczy się akcja jego najnowszej książki. Historii, która jest kolejną bajką o wampirach i ich relacjach z ludźmi. To świat, w którym noc nie jest porą odpoczynku, relaksu i błogiej ciszy. Jest za to miastem wampirów, którymi rządzi jeden Książe. Po raz kolejny spotykamy się z mrocznymi istotami, które są szybkie, krwiożercze, długowieczne, pewne siebie i urodziwe. Oczywiście mają oni swoich wrogów, których również poznamy zagłębiając się w tę historię. Bogaty, wiekowy i samotny Książę spotyka na swej drodze kobietę, którą ratuje przed śmiercią. To nie jest nic, co mogłoby zaskoczyć obeznanych w temacie czytelników. Tym razem jednak mamy do czynienia z kobietą nieidealną. Niepełnosprawna, zwyczajna dziewczyna, której do figury modelki sporo brakuje. Kochająca sztukę i skrywająca swoją przeszłość na dnie serca. Serca, które jest miłosierne nawet dla bezdomnego, którego chce obronić. I nagle pewnej nocy jej życie diametralnie się zmienia. Staje się podejrzaną w sprawie kradzieży zaginionych dzieł sztuki. Poznaje istoty, o których wcześniej nie miała pojęcia. Na jej krew chętnych znalazłoby się kilku, a na dodatek dopada ją strzała amora, w którą nie chce uwierzyć.

„Ptak w klatce nigdy nie jest tak piękny jak ptak na wolności, skowronku.”

Sylvain Reynard – niezwykle tajemniczy autor bestsellerowej trylogii o Gabrielu Emersonie („Piekło Gabriela”, „Ekstaza Gabriela” i „Pokuta Gabriela”). Choć pilnie strzeże swojej tożsamości, to utrzymuje ścisły kontakt z czytelnikami za pośrednictwem strony internetowej. Inspiruje się literaturą średniowieczną i renesansową, a także twórczością J.R.R. Tolkiena i Grahama Greene’a. Jego książki gościły na listach bestsellerów m. in. „The New York Times” i „USA Today”.

„Raven” to kusząca zapachem miłości opowieść z wampirami w roli głównej. Florencja, w której cała akcja się toczy tylko podsyca atmosferę, a jeśli do tego dodamy gotyckie klimaty, przystojnego księcia, dawkę pożądania i niebezpieczeństwa to mamy wyśmienity kąsek dla miłośników tego gatunku. Pod osłoną nocy budzi się nie tylko strach, ale również uczucia. Dobro, zło, emocje i przeszłość, która zostawiła ślad w sercach głównych bohaterów. Całość jest naprawdę klimatyczna, co sprawia, że książkę wręcz się pochłania. Szkoda tylko, że autor nie opisał dokładniej tego urokliwego miasta, ale nie wszystko stracone. Jest szansa, że w kolejnym tomie pozwiedzamy więcej. Dla mnie miłym zaskoczeniem jest postać Raven. Jest to taki „kopciuszek”, który pragnie miłości i ją dostaje. Postać, która różni się od wielu bohaterek swoją niepełnosprawnością. Stara się ją zaakceptować, chociaż nie zawsze uda jej się wygrać z kompleksami. To postać, która pokazuje, że miłość może przytrafić się każdemu i że nie tylko wygląd jest ważny. Oczywiście to Książę pobudza wyobraźnię… zapewniam, że nie jest to laluś bez charakteru, a władca, który potrafi rządzić silną ręką. Ja jestem zachwycona! Znowu poczułam ten niesamowity klimat, w który zagłębiam się tak rzadko. Na kilka godzin przeniosłam się do Florenckiej bajki, w której toczy się walka na śmierć i życie. Zakosztowałam romantyzmu, pożądania, tajemnic z przeszłości i nie jeden raz się uśmiechnęłam. Sama fabuła i bohaterowie nie są szczególnie zaskakujący, gdyż gdzieś to już się przewijało i do czegoś jest podobne, jednak książka niesamowicie umiliła mi czas. To pozycja, która ma oczarować i zrelaksować, a te zadania spełnia w stu procentach. Jeśli macie ochotę na opowieść, która oderwie Was od codzienności to polecam!

„ – Podczas lekcji katechizmu nic mi nikt nie mówił o przeistaczaniu się człowieka w wampira, ale widocznie mój katecheta był konserwatystą…”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Akurat

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam opasłe tomiska
Klucznik

wtorek, 1 marca 2016

Żniwa zła - Robert Galbraith


cykl: Cormoran Strike (tom 3)
wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
data wydania: 13 stycznia 2016
liczba stron: 480

„Piękno można znaleźć prawie wszędzie, jeśli człowiek przystanie, żeby się rozejrzeć, lecz codzienna walka o przetrwanie sprawia, że łatwo zapomnieć o istnieniu tego zupełnie darmowego luksusu.” 

Czekałam, czekałam i się wreszcie doczekałam. Tuż po premierze w moje rączki trafiła najnowsza powieść Roberta Galbraitha „Żniwa zła”. Trochę to trwało zanim ją przeczytałam i zrecenzowałam, ale jestem w pełni usatysfakcjonowana tym poślizgiem czasowym, dzięki któremu mogłam się delektować śledztwem prowadzonym przez jednego z moich ulubionych detektywów. Krok po kroku, rozdział po rozdziale, słowo po słowie wsiąkałam w tę historię jak plama w nowy dywan. Cieszę się, że nie „pożarłam” tej pozycji jak wygłodniała bestia, gdyż przebywanie w towarzystwie Strike’a i Robin to czysta przyjemność. Moją dzisiejszą recenzję zaczęłam od cytatu, który na pierwszy rzut oka nie pasuje do kryminału, zbrodni i śledztwa, za to bardziej uderza w nutę filozoficzną. Jednak urzekł mnie od samego początku i wywołuje nutkę melancholii. Co najważniejsze pokazuje, że nawet wielki facet i to detektyw umie dostrzec to, co wielu na co dzień omija szerokim łukiem.
Robin Ellacott dostaje przesyłkę, w której z przerażeniem odkrywa odciętą kobiecą nogę. Jej szef, prywatny detektyw Cormoran Strike, zachowuje zimną krew. Spotkał już w życiu ludzi zdolnych do niewyobrażalnego okrucieństwa. Policyjne śledztwo skupia się na mężczyźnie, w którego winę Strike wątpi. Detektyw i jego asystentka biorą sprawy w swoje ręce i zagłębiają się w zdegenerowaną psychikę pozostałych podejrzanych. Czas nagli, gdyż dochodzi do kolejnych zatrważających aktów przemocy…
Odcięta noga, która ma być wiadomością, sygnałem, ostrzeżeniem i niebezpieczeństwem czyhającym nad głową Robin. To zapowiedź problemów i dużego ryzyka, które staną na drodze prywatnego detektywa i jego partnerki. Koszmary okaleczonych kobiet, niezrównoważony psychicznie oprawca i trzy tropy, które prowadzą do trzech podejrzanych facetów znanych Cormoranowi z przeszłości. Który z nich jest oprawcą? Kto chce zniszczyć prywatnego detektywa i zapolować na jego sekretarkę?

Książka ma niecałe pięćset stron, na których opisano kilka miesięcy z życia naszych bohaterów. Te kilka miesięcy to loteria, w której ceną jest życie. Życie zabitych i okaleczonych kobiet, Robin jak i to zawodowe detektywa Strike’a. Czytelnik zostaje wciągnięty w intrygę zaplanowaną przez szaleńca opętanego żądzą mordu i zemsty. Wnikamy do jego umysłu poprzez specjalnie poświęcone jemu rozdziały. Większą część czasu spędzamy z sekretarką i jej szefem podczas prowadzenia śledztwa. Możemy uruchomić szare komórki, łączyć fakty i wytypować jednego z trzech podejrzanych. W tym tomie wejdziemy z buciorami do prywatnego życia Robin i jej narzeczonego, których od sakramentalnego „tak” dzieli niewiele. Dowiemy się więcej o przeszłości tych dwojga i wsiądziemy na emocjonalny rollercoaster. Jeśli ktoś ma ochotę poznać więcej szczegółów z życia Strike’a to również nie będzie zawiedziony.

Moja sympatia do Cormorana Strike’a i jego sekretarki/ asystentki/ partnerki narodziła się od „Wołania kukułki”, która wchłonęła mnie do świata zbrodni i śledztwa. Urzekła mnie historia, bohaterowie i to, jak rozwijała się akcja. Wiedziałam od razu, że drugi tom na pewno zagości na mojej półce. Tak też się stało, „Jedwabnik” również mnie nie zawiódł. Nadal delektowałam się klimatem, śledztwem i głębiej poznawałam głównych bohaterów. Nic więc dziwnego, że i trzeci tom do mnie trafił. Liczyłam na równie ciekawą fabułę, zbrodnię, śledztwo i nienużących bohaterów. Czy dostałam to, czego oczekiwałam? Tak. Od początku urzekła mnie okładka, niezwykle klimatyczna i pasująca do całości. Do fabuły również nie mogę się doczepić. Jest klimat, są podejrzani i nic nie dostajemy na tacy od razu. Akcja toczy się swoim rytmem (raczej wolno), dobrze nam znanym z poprzednich części. Tym razem również zbliżamy się do naszego duetu, który ewidentnie łączy jakaś więź i z czasem stają się sobie coraz bliżsi, a przez to i czytelnikowi, który poznaje ich coraz bardziej. Jedynie, co mnie trochę irytowało to zachowanie Robin. Pewne rozchwianie emocjonalne na polu zawodowym i prywatnym, które momentami doprowadzały mnie do osłabienia. Oczywiście bardziej denerwował mnie jej narzeczony, o którym mam raczej kiepskie zdanie i totalnie nie pojmuję co ona w nim widzi. Co z pozostałymi bohaterami? Idealnie wykreowani, realni, a niekiedy odpychający. Mamy tutaj aż 62 rozdziały, które w większości rozpoczynają się od cytatów piosenek zespołu Blue Oyster Cult, które zostały dobrane świetnie i wplatają się w fabułę.

Podsumowując: „Żniwa zła” to mistrzowsko wykreowana i poprowadzona intryga w wykonaniu szaleńca. Kryminał, który trzyma w napięciu do samego końca i z każdym kolejnym tomem fascynuje coraz mocniej. No i Cormoran Strike! Intrygująca postać, która trafia do grona znanych i cenionych literackich detektywów takich jak Holmes czy Poirot. Co prawda dzieli ich bardzo wiele, jednak łączy niezwykła i charyzmatyczna osobowość. Zakończenie wywołało we mnie pewien niedosyt i apetyt na więcej. Tak więc jeśli wahacie się nad przeczytaniem tego tomu lub też wcześniejszych to porzućcie swoje niezdecydowanie i dajcie się ponieść dobrej historii.

Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam opasłe tomiska