piątek, 21 lipca 2017

Trzeźwa furia - K.S. Rutkowski


liczba stron: 47
wydanie: ebook

„Normalność to rzecz względna. I dla każdego oznacza coś innego.”

K. S. Rutkowski. Mówi wam to coś? Nie, nie chodzi o słynnego detektywa z oryginalną fryzurą. Mi chodzi o zupełnie innego Rutkowskiego. Jeśli poszukacie znajdziecie u mnie na blogu to nazwisko i listę jego książek, które miałam okazję czytać. Nie jest to wybitnie znany autor, pewnie niewielu go kojarzy, a jeszcze mniej osób pewnie czytało to co napisał. Ja jednak miałam tego farta, a jego twórczością zaraził mnie „Chiński ekspres”, który rozbawił mnie do łez! Do dziś pamiętam minę mojego męża, patrzącego na mnie jak na wariatkę, która podczas czytania zaśmiewała się do łez nie wiadomo z czego. Tzn on nie wiedział, bo ja wiedziałam aż za dobrze. Pomyślicie sobie, że gość pisze komedie. Nic bardziej mylnego. Po prostu w prostocie swojego przekazu potrafi wywołać różne skrajne emocje. W jego książkach nie znajdziecie lukru bądź sztucznych bohaterów bez wad. Znajdziecie za to szarą rzeczywistość, ubraną w potoczny język, wulgarny nawet, ale jakże obrazowy. Gdyby trochę zmiękczyć całość, to ewidentnie opowiadania stałyby się sztuczne, nieprawdziwe i wybebeszone. Książka, którą tym razem autor mi zaproponował, nie ukaże się w wersji papierowej. Na dodatek to raczej ostatnia książka, którą napisał – sam tak twierdzi, choć ja jeszcze bym coś kiedyś przeczytała, więc liczę na to, że może zmieni zdanie. Żeby było jeszcze ciekawiej to udostępnił ją w sieci zupełnie za free.

„Trzeźwa furia” bo o tej książce dziś mowa to kolejny zbiór opowiadań. Dokładnie jest ich siedem i zajmują niecałe pięćdziesiąt stron. Prawda, że króciutkie? Na dobrą sprawę w niecałą godzinkę można połknąć całość. Każde z nich czyni nas obserwatorem krótkiej historii. Natomiast narratorem jest mężczyzna, bądź chłopiec. Jesteśmy świadkami tytułowej trzeźwej furii, która ostatecznie dotyka dziecko i matkę. Po chwili razem z naszym bohaterem przeżywamy katuszę w więzieniu i z niedowierzaniem patrzymy jak w chwil kilka jego życie z bogacza stoczyło się na zboczeńca i menela. Przed oczami stają nam wyświetlane przez autora historie, które pokazują jak ludzie potrafią ranić siebie nawzajem i do czego doprowadza zdrada bądź gniew. Po raz kolejny autor ukazuje rzeczywistość od kuchni. Wywraca osobowość swoich bohaterów na lewą stronę i pokazuje, że nie wszystko jest takie na jakie wygląda. Nikt nie jest idealny. Każdy dokonuje swoich wyborów, nie zawsze słusznych, ale zazwyczaj potem płaci swoją cenę za to czy tamto. Bywa i tak, że nie mamy wpływu na to co nas otacza. Jednak człowiek nigdy nie jest sam, zawsze obok jest ktoś, kto rani, podkłada kłody pod nogi, wykorzystuje bądź dla odmiany daje szczęście i szansę. Bohaterowie jego opowiadań nie są krystalicznie czyści. Potrafią krzywdzić, ale mają przebłyski poczucia winy. Są przykładnymi mężami, jednak gdy ich małżeństwo się sypie, potrafią sięgnąć po ostateczność. Mierzą się z własnymi lękami, ograniczeniami, wyzwaniami… Dostają boleśnie po tyłku często od innych ludzi z własnej winy lub nie.

K.S. Rutkowski wrzuca nas do świata, w którym królują odcienie szarości. Jego bohaterowie mierzą się z życiem i problemami. Nie zawsze robią to elegancko. Jego twórczość prowadzona jest twardą męską ręką. Boleśnie realna, gdzie atmosfera jest gorąca. Czytając możemy stać się dzieckiem na podwórku, który za czasów komuny zbierał papierki po czekoladzie i pragnął zostać członkiem osiedlowej bandy. Możemy taplać się w depresji bądź uciekać w świat fantazji przed trzeźwą furią. Poczujemy gniew, zemstę, strach, zdradę… 

Lubię czytać opowiadania Rutkowskiego, gdyż każde jest obdzierane z jakiegoś tabu, otoczki, która zakrywa to, co często jest ukrywane przed światem. Autor nie leje wody. Piszę krótko, zwięźle i na temat. Nie każdemu taka proza się będzie podobać, jednak autor przez cały czas jest wierny swojemu stylowi i nie robi nic pod publiczkę.

„Mieliśmy po dziewięć lat. Ale jak większość dzieci wtedy, byliśmy nad wiek rozwinięci i o wiele bardziej bystrzy niż dzisiejsi rówieśnicy. Praktycznie samodzielni, bawiliśmy się na dworze od rana do nosy, przez nikogo niepilnowani, wołani przez matki z okien tylko na obiad, lub aby pójść spać, kiedy robiło się już późno i ciemno. Nie mieliśmy smartfonów, komputerów, całodobowych kanałów z kreskówkami, za to kupę wolnego czasu, pomysłów na zabawę i masę przyjaciół, z którymi nie spotykaliśmy się na Fejsie, lecz pod trzepakiem. Na każdym podwórku w tamtych czasach było centrum dziecięcego życia. Tam umawiało się na spotkania, organizowało zabawy i wyrównywało rachunki.”

Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania ebooka. 
Dodatkowo można pobrać go z oficjalnego fanpage autora

czwartek, 20 lipca 2017

Przeczucie - Tetsuya Honda [PRZEDPREMIEROWO]


cykl: Reiko Himekawa (tom 1)
wydawnictwo: Znak Literanova
PREMIERA: 16 sierpnia 2017
liczba stron: 352

„Pomyśl tylko. W dzisiejszych czasach ludzie rodzą się i umierają w szpitalu. Nikt nie ma już szansy stanąć w obliczu śmierci, ale wszyscy tego pragniemy. Każdy chce zobaczyć i poczuć śmierć.”

Niedługo na rynku wydawniczym pojawi się kolejna świeżynka. Wydawnictwo Znak Literanova wypuści w świat moli książkowych nową serię japońskich kryminałów. Już 16 sierpnia będziecie mogli upolować w księgarniach „Przeczucie” T. Hondy. Jest to pierwsza część cyklu o pewnej młodej, pięknej, charakternej pani komisarz Reiko. W Japonii liczba sprzedanych egzemplarzy wynosi aż 4 miliony. Mało tego? Na podstawie tej książki powstały dwa seriale i filmy. Wnioskując z takich informacji, można stwierdzić, że fabuła ma potencjał. Pytanie tylko czy podbije serca naszych czytelników…
Zaczęło się od zwłok podrzuconych pod żywopłotem. Jak śmieci. I to w Tokio, gdzie nikt nie wyrzuci na ulicę nawet papierka. Szczelnie zawinięte w niebieską folię, obwiązane sznurkiem, z mnóstwem ran, z których największą zadano już po śmierci. Potem były kolejne ciała. Wszystkie koszmarnie zmasakrowane. Komisarz Reiko czuła, że to szczególna sprawa. Tym bardziej, że do śledztwa dołączył Katsumata. Jakże on jej nienawidził. Nie dość, że kobieta, to jeszcze młoda i piękna. I te jej przeczucia. Bardziej widział ją w roli gejszy niż komisarza w tokijskiej policji. Teraz muszą pracować razem. Reiko coraz częściej ma przeczucie, że tym razem stawką jest nie tylko odnalezienie mordercy, ale i jej przyszłość.
Śmierć. Jedni się jej boją, a inni traktują obojętnie. Są też i tacy, którzy jej pragną. Daje im ona poczucie władzy, spełnienia, oczyszczenia, zemsty… motywy są różne i jest ich wiele. Sama w sobie śmierć pod postacią trupa bywa zagadką, którą trzeba rozwikłać zanim pojawią się kolejne ofiary. To następne zagadki, które gdzieś tam mają ukryte tożsamości i swoje historie. W książce, którą dzisiaj dla was recenzuje będzie tej śmierci dość sporo. Będziemy jej się przyglądać z kilku stron i zobaczymy jaki ma wpływ na ludzi. Aby przyjrzeć się owej śmierci musimy wyruszyć do Tokio i towarzyszyć tamtejszej policji w badaniu tropów. Jednak najbardziej będziemy związani właśnie z młodą panią komisarz. Jest to bohaterka trochę nietypowa, bo zarówno ładna jak i inteligentna. Kieruje się ona swoim przeczuciem, które nie każdemu pasuje. Skrywa ona również epizod z przeszłości, który mimo, że bolesny to doprowadził ją do miejsca w którym się znajduje. Konkretnie do wysokiego stanowiska w policyjnej hierarchii – co w połączeniu z jej płcią stanowi w konserwatywnej Japonii zdziwienie, a wręcz szok. Niewątpliwie jest to postać ciekawa, która przy okazji tego śledztwa rozprawia się z tym co siedzi w jej wnętrzu. 

„Życie możesz przeżyć tylko w jeden sposób: patrząc przed siebie.”

„Przeczucie” nie zawiodło komisarz Reiko. Trup w krzakach żywopłotu w niebieskim worku to nie zwyczajne morderstwo. Lokalizacja zwłok sama w sobie wydała jej się już dziwna, a w połączeniu z obrażeniami i dokładnością zapakowania ciała już całkiem nie dawała jej spokoju. Kobieca intuicja chciałoby się powiedzieć. Możliwe. Grunt, że kobietka ma nosa… Tak czy siak czytelnik dostaje z pozoru zwyczajnego zapakowanego nieboszczyka. Jednak z czasem sytuacja nabiera rumieńców. Niebieskich pakunków jest więcej, a tropy prowadzą w niebezpieczne rejony, gdzie wtykanie za głęboko nosa w nie swoje sprawy prowadzi do śmierci. Tetsuya Honda – cesarz japońskiego kryminału – stworzył apetyczną dla czytelnika fabułę, w której nie małą rolę odkrywa psychika. Jeżeli do tego dołożymy liczne morderstwa, które są lekko mówiąc brutalne i zwyczaje panujące w tym kraju (hierarchia, podejście do tematu szacunku i reguł pracy w zespole) to mamy naprawdę ciekawą lekturę. Muszę przyznać, że sam pomysł jest dobry, a wykonanie także niczego sobie. Autor bawi się z czytelnikiem. Nakierowuje go na jeden trop i pozwala mu na radość z dobrze wykonanej roboty, by z kolejnym już trochę mieszać. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Książka składa się z pięciu części, które są jeszcze podzielone na rozdziały. Nie zabraknie tutaj japońskich gangów, życia ulicznego, powiązań policyjnych i różniących się od siebie bohaterów. Bywa, że taki choćby Katusmata szokuje i wkurza, a za chwilę wręcz bawi swoim zachowaniem. Czytelnik musi dobrze poznać postać i to co w niej siedzi. A trzeba przyznać, że jest tutaj kilka ciekawych portretów psychologicznych.

Podsumowując… „Przeczucie” to obiecujący kryminał, który może przekonać do siebie fanów klimatów skandynawskich. Ja z przyjemnością sięgnę po kolejną część, jeśli kiedyś pojawi się na naszym rynku wydawniczym i skubnę więcej z kultury i klimatu japońskich śledztw. Czy polecam? Jak najbardziej!

„- Mam kilka pytań do do Podłego Czarnoksiężnika z Krainy Oz czy jak się tam ,chuju, nazywasz w komputerlandii… […] -No już, gadaj, co wiesz. Potem ci kupię nowe gacie. W sumie miły ze mnie gość.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Znak Literanova

czwartek, 13 lipca 2017

Anka Mrówczyńska - Borderline: Autoterapia, czyli o sprawach poważnych z solidną dawką autoironii


wydawnictwo: Psychoskok
data wydania: 3 kwietnia 2017
liczba stron: 212

„Ty po prostu tak bardzo tak bardzo boisz się życia, że pragniesz śmierci. Ze strachu.”

Po ostatnich mrocznych klimatach rodem z horroru bądź thrillera czas na coś z zupełnie innej beczki. Choć z drugiej strony można by stwierdzić, że w jakimś sensie wpasujemy się choć trochę w tamte klimaty, bo przecież psychika ludzka to mroczna strefa, której sami nie potrafimy do końca odkryć. Jak dobrze wiemy w naszych głowach potrafią dziać się (nie)złe cuda… Dzisiaj mam dla Was recenzję autobiograficznej książki Anny Mrówczyńskiej - „Borderline: Autoterapia, czyli o sprawach poważnych z solidną dawką autoironii”. Nie jest to pierwsza książka autorki, którą znajdziecie na rynku wydawniczym, w 2015 roku zadebiutowała dziennikiem „Młody bóg z pętlą na szyi”, w którym opisuje swój sześciotygodniowy pobyt w szpitalu psychiatrycznym. Książka okazała się dużym sukcesem, jak widać Anna Mrówczyńska nie spoczęła na laurach i postanowiła napisać kolejną książkę, a tym samym w jakiś sposób rozprawić się ze swoimi demonami.
Po sukcesie debiutanckiej powieści, Mrówczyńska wraca z kolejną autobiograficzną książką. Tym razem podzieliła swój dialog i życie wewnętrzne na role - przydzielone trzem głównym bohaterkom, które uczestniczą w czternastu sesjach autoterapeutycznych. Pani Psycholog – zdrowa część osobowości Anki, mająca świadomość istoty pogranicznego zaburzenia osobowości. Prowadzi autoterapię, by pokazać Mrówczyńskiej-pacjentce, jak wiele ma problemów i jak ważne jest podjęcie przez nią leczenia. Mrówczyńska-pacjentka – chora część osobowości Anki, kwintesencja jej zaburzeń. Autorka – zdrowa część osobowości Anki, wyrażająca jej złość na samą siebie poprzez ironiczne komentarze i prowokacyjne odzywki do Mrówczyńskiej-pacjentki.
Hola! Hola! – powiecie – ale co to takiego jest w ogóle to Borderline? W skrócie:

Osobowość borderline charakteryzuje się wahaniami nastroju, napadami gniewu w tym autoagresji. Zaburzone jest postrzeganie otaczającej rzeczywistości jak i również samego siebie. Charakterystycznym objawem jest niestabilność myśli, zachowań, emocji. Osoba borykająca się z tym zaburzeniem boi się odrzucenia, ma niską samoocenę i często odczuwa uczucie pustki, bezsensu istnienia na tym świecie.

„Borderline: Autoterapia, czyli o sprawach poważnych z solidną dawką autoironii” to tak naprawdę jeden wielki dialog, który w rzeczywistości jest monologiem, ponieważ trzy główne postacie (pani psycholog, Mrówczyńska i autorka) składają się na jedną Mrówczyńską. Bierzemy tutaj udział w chwilowym rozszczepieniu świadomości w celu przeprowadzenia autoterapii składającej się z 14 sesji, które mają na celu rozłożenie na czynniki pierwsze „wnętrza” owej Mrówczyńskiej. Ma to jej wskazać drogę, spojrzeć racjonalnie i szczerze na swoje podejście do wielu spraw i przekonać ją do dalszego leczenia pod okiem specjalisty. O czym jest mowa podczas sesji w tym trzyosobowym gronie? O autoagresji w tym samookaleczeniach, nałogach, lękach choćby przed bliskością, odczuwalnej pustce, relacjach z najbliższymi, marzeniach i o brakach w wierze we własne możliwości. Pomysł na książkę jest bardzo ciekawy choć wydaje się banalnie prosty.

Anna Mrówczyńska w swojej drugiej książce pokazuje jak duży dystans potrafi mieć do samej siebie i tego co odczuwa, choć piszę o sprawach trudnych i bolesnych. Robi to jednak z przymrużeniem oka, nutką ironii, sarkazmu i lekkości. Nie zabraknie tutaj konstruktywnego gniewu, co tylko dodaje autentyczności i smaczku całej reszcie. To właśnie kwestie wypowiadane przez autorkę są ciekawe i dynamiczne. Sama książka jest pouczająca. Myślę, że większość z nas mogłaby wziąć z autorki przykład i pogadać przez chwile z samym sobą. Przerobić problemy i spróbować je rozwiązać, a nie kumulować w sobie, bądź zamykać się na liczne rozwiązania. Ta książka to taka psychologiczna prowokacja… Można poprowadzić wewnętrzny dialog konstruktywnie? Ano można. Można samemu sobie dać kopa w tyłek? Można. Tylko trzeba się odważyć i przyznać do błędów, słabości i lęków. Domyślam się, że nie każdemu ta książka wpadnie w oko, w końcu nie każdego interesuje ludzka psychika, ani różne odcienie jej portretów. Jednak jeśli ktoś lubi odkrywać coś nowego w literaturze i przy tym się czegoś dowiedzieć się to szczerze polecam. Autoterapia autorki nie jest obszernym tomiszczem i można ją spokojnie pochłonąć w około dwie godzinki – zależy kto w jakim tempie czyta i ile może czasu na to poświęcić.

„Podjęłam decyzję. Chcę się zmienić! A właściwie - chcę chcieć się zmienić. Bo ile można żyć z taką zadymiarą emocjonalną? No właśnie. A ja żyję z nią już 29 lat! I tak sobie siedziałam i myślałam, aż wymyśliłam. A gdyby tak... terapią szokową zastosowaną na sobie samej, przez siebie samą, zmienić swój sposób myślenia? I dawaj się besztać! I dawaj siebie wyśmiewać! Aż do skutku. I wiecie co? W tym szaleństwie jest metoda!”

Dziękuję autorce za możliwość przeczytania ebooka

środa, 12 lipca 2017

Cmętarz zwieżąt - Stephen King


seria: Kolekcja Mistrza Grozy
wydawnictwo: Albatros, Ringier Axel Springer Polska
tytuł oryginału: Pet Sematary
data wydania: 14 czerwca 2017
liczba stron: 400

„Nie należy wierzyć, że istnieją granice grozy, którą zdolny jest przyjąć ludzki umysł. Wręcz przeciwnie, wszystko wskazuje na to, iż w miarę jak ciemność staje się coraz głębsza, głębia owa zaczyna rosnąć wykładniczo – i choć nie chcemy tego przyznać, to doświadczenie podpowiada nam, iż kiedy koszmar staje się dość czarny, groza zaczyna rodzić grozę, a jedno przypadkowe zło płodzi następne, często rozmyślne złe czyny, póki w końcu wszystkiego nie pochłonie ciemność. Najstraszniejszym zaś pytaniem pozostaje to, ile dokładnie grozy może znieść ludzki umysł i wciąż zachować niezłomną, nieugiętą łączność z rzeczywistością. Trudno ukryć, że podobne wydarzenia mają w sobie coś z absurdu. W pewnym momencie wszystko staje się zabawne.”

Skoro już jesteśmy w temacie grozy, to dzisiaj mam dla was kolejną recenzje książki samego mistrza tego gatunku. Tym razem mój wybór padł na „Cmętarz zwieżąt”. Osobom, które cenią sobie grozę na ekranie jest zapewne znana ta historia, tylko pod nazwą „Smętarz dla zwierzaków”, który powstał w 1989 roku. Ostatnio nie byłam w pełni zachwycona tym co przeczytałam, brakowało mi dreszczyku, mrocznego klimatu itp. Postanowiłam więc iść za ciosem i wybrać akurat ten tytuł, bo kojarzy mi się z horrorem, o którym wspomniałam, a który kilka lat temu miałam okazję oglądać. Oczywiście znane mi są również inne filmy na podstawie twórczości autora, jednak ten mgliście krążył gdzieś tam po orbicie moich myśli. Piąte przez dziesiąte kojarzyłam o co mniej więcej chodziło w fabule, postanowiłam więc przypomnieć sobie wszystko i sprawdzić czy książka, również zaspokoi moje oczekiwania. A dodatkowo spodobała mi się okładka i ten mroczny kiciuś.
Zazwyczaj przeprowadzka to początek nowego życia, ale dla rodziny Creedów stała się początkiem ich końca. Mistrz horroru Stephen King zaprasza czytelników na wycieczkę do piekła i z powrotem! Na świecie istnieją dobre i złe miejsca. Nowy dom rodziny Creedów w Ludlow był niewątpliwie dobrym miejscem - przytulną, przyjazną wiejską przystanią po zgiełku i chaosie Chicago. Cudowne otoczenie Nowej Anglii, łąki, las; idealna siedziba dla młodego lekarza, jego żony, dwójki dzieci i kota. Wspaniała praca, mili sąsiedzi - i droga, po której nieustannie przetaczają się ciężarówki. Droga i miejsce za domem, w lesie, pełne wzniesionych dziecięcymi rękami nagrobków, z napisem na bramie: CMĘTARZ ZWIEŻĄT (cóż, nie wszystkie dzieci znają dobrze ortografię...).
  „Nie ma zysku bez ryzyka, ani ryzyka bez miłości.”

Wyobraźcie sobie rodzinę, która przeprowadza się w nowe miejsce, by zacząć coś nowego. Wszystko ma być dobrze i oczywiście do pewnego dnia tak jest… jednak po drodze dzieją się dziwne rzeczy. Śmierć, ostrzeżenie, spacer w nocy do miejsca, które z pozoru jest nieszkodliwe, jednak to od niego promieniuje dziwna moc przyciągania. Machina zła nabiera rozpędu z chwilą śmierci kociego ulubieńca domu rodziny Creedów. Do czego można się posunąć z miłości? Ze strachu? Z bólu, który rozdziera na pół? Czy jedno szaleństwo napędza drugie? Główny bohater pokazuje, że można podjąć wręcz diabelskie ryzyko… i to nie raz…!

„Co kupisz, to twoje, a to, co twoje, wcześniej czy później do ciebie wróci.”

Inspiracją do napisania „Cmętarza zwieżąt” był pobyt autora w pewnym domu w stanie Maine i takowy właśnie cmentarz, który znajdował się za owym domem. Sam pomysł na taką właśnie fabułę wydaje się interesujący i posiada w sobie sporo potencjału, szczególnie dla autora z wyobraźnią, której z pewnością Kingowi nie brakuje. Zresztą na odpowiedni klimat i próbkę fantazji autora nie trzeba wcale długo czekać. Akcja rozwija się stopniowo i nabiera tempa. Napięcie rośnie, a owa groza przybiera na silę by na końcu się skumulować. I to jest to co mi się podoba! Atrakcje pojawiają się i przybierają na silę, a nie czeka się i czeka aż do końca na coś, co praktycznie nie powala nas na kolana czy nie doprowadza do „siwizny” Tak smaczne książki wręcz uwielbiam. Są ciekawe postacie, które mają w sobie coś ze zwykłego człowieka, nie są zbyt idealne, kolorowe, a wręcz wadliwe. Mają swoje słabości, rysy na psychice, fobie… Do tego fabuła ze wspomnianym potencjałem i tematyka grozy z cmentarzami i dziwnymi stworami w tle. Są opowieści z przeszłości, które mają dodać pikanterii i wprowadzić czytelnika w klimat, a przy tym doskonale uzupełniają historię. Sam cmentarz nocą budzi w wielu dreszczyk grozy, albo zwyczajnego podskórnego strachu, jeśli do tego dołożymy podkolorowaną historię to nasza wyobraźnia działa. Pamiętam, ze film przypadł mi do gustu, pamiętam jakieś sceny jak za mgłą, ale wiem, że klimat był. W książce też jest i jest nawet lepiej, bo można wypróbować własną wyobraźnię. Teraz po przeczytaniu powieści, mam zamiar obejrzeć po raz kolejny film i sobie go dobrze porównać. Znów poczuć klimat z dawnych czasów. Tym razem jestem zadowolona z tego co wyszło spod pióra słynnego mistrza grozy. Nie mogę się do niczego przyczepić. Autor nie pisze swoich książek „na skróty” i możemy ze szczegółami poznać daną akcję, choć czasami chciałoby się przejść już do momentu kulminacyjnego. Jednak nie ma tak dobrze, autor chce, żeby czytelnik poczuł klimat i wciągnął się w daną historię mimo iż czasem wydaje mu się coś zbyt szczegółowe. Końcówka jest genialna, a szczególnie epilog, który tworzy w naszej wyobraźni kadr jak z horroru.

„Ziemia serca mężczyzny jest kamienista... Mężczyzna hoduje, co może… opiekuje się tym.”

wtorek, 4 lipca 2017

Statek śmierci - Yrsa Sigurdardóttir


cykl: Thora
wydawnictwo: Muza
data wydania: 12 czerwca 2013
liczba stron: 336

„Kto nie boi się o siebie samego, ma zwycięstwo w kieszeni.”

Twórczość jednych autorów zostawiamy sobie na „później” innych zaś bierzemy w ciemno, bo „kupili nas” dawno temu jedną przeczytaną książką. Mnie ta zasada dotyczy w stu procentach. Ostatnio wspominałam o twórczości Kinga, którą wiecznie odkładałam na kiedyś, a teraz muszę wspomnieć o innej autorce, której twórczość zrobiła na mnie wrażenie jakiś czas temu. Oboje tworzą historię z tego samego gatunku – zarówno On jak i Ona mają za zadanie przestraszyć swojego czytelnika i przyprawić o gęsią skórkę, a już na pewno muszą tworzyć napięcie, które czytelnika wciągnie w opisywaną historię. Ma być ciekawie, a najlepiej ciekawie i przerażająco. Jakie emocje wywołała we mnie twórczość mistrza grozy przeczytacie recenzję wstecz (oczywiście ten kto jeszcze tego nie zrobił), a jak się ma sprawa z grozą spływającą spod pióra kobiety? Yrsa Sigurdardottir zrobiła na mnie piorunujące wrażenie książką „Niechciani” (recenzja tutaj). To była moja pierwsza książka tej autorki. Pamiętam, że potrafiła stworzyć naprawdę niezły klimat, a ciarki oblazły mnie niczym mrówki i to niejeden raz. To sprawiło, że po kolejną książkę autorki „Pamiętam Cię” sięgnęłam bez oporów i z jeszcze większą ciekawością. Ona również mnie nie zawiodła, a jej recenzję znajdziecie tutaj. Dwie doskonałe książki jednej autorki w moich rękach, trzeba więc próbować kolejnych. Kolejna trafiła się całkiem niedawno. Wyobraźcie sobie mój entuzjazm i dreszczyk emocji, który towarzyszył podczas rozpoczynania lektury „Statku śmierci”. Nadzieje i oczekiwania były ogromne. Czy zostały zaspokojone? Czy tak jak w przypadku mistrza grozy poczułam lekki zawód?
Luksusowy jacht rozbija się przy wejściu do portu w Reykjawiku. Na jego pokładzie nie ma nikogo. Jacht jest własnością Banku Islandzkiego, odkąd poprzedni właściciel popadł w długi. Co stało się z trzema członkami załogi i czteroosobową rodziną, która weszła na pokład w Lizbonie? Turyści, którzy zaginęli wykupili, przed podróżą, bardzo wysoką polisę na życie. Firma ubezpieczeniowa chce mieć pewność, że nie doszło do oszustwa. Do akcji wkracza Thora. Musi ustalić, co wydarzyło się na jachcie pomiędzy Lizboną a Reykjawikiem. To nie horror. Lub może raczej horror innego rodzaju. Jeśli znalazłeś się na pokładzie jachtu na środku oceanu i nie wiesz, komu możesz zaufać, to horror o którym mówimy.
Siedem osób plus jeden trup gratis, to od niego zaczynają się kłopoty. Pasażerowie znikają jeden po drugim. Nie wiadomo komu ufać, bo przecież każdy z dorosłych może być mordercą. Tak więc pięć osób może zasługiwać na miano podejrzanego. Luksus, ocean, z pozoru fajna wyprawa… a w rzeczywistości to koszmar pachnący pieniędzmi. To godziny, które zlewają się ze sobą i dryfują w oczekiwaniu na najgorsze. To worek ostateczności i strachu. Kilka ostatnich dni spokoju pewnej rodziny, która wracała do domu. Do dziadków, rodziców, dziecka… Taka migawka, która ma pomóc odpowiedzieć na pytania, które nasuwają się między rozdziałami. W tle majaczą długi, bogactwo, sława...Znajdziemy też dawkę rozpaczy i oczekiwania na cud.

„Statek śmierci” zabiera nas w kurs po oceanie. Dryfujemy z początku beztrosko i niewinnie, oczekując jednak nadchodzącego piekiełka. Całą przygodę jednak zaczynamy z zupełnie innego źródła, albowiem patrzymy oczyma strażnika portowego, a nie głównych bohaterów bezpośrednich wydarzeń. To wprowadza czytelnika w wir tej dziwnej i zagadkowej historii, którą ma okazję poznawać krok po kroku. Tak też sobie przeskakujemy z luksusowego jachtu do chwili obecnej, czyli do Thory, prawniczki, a tym samym pełnomocniczki rodziny zaginionych. Autorka bawi się z nami w kotka i myszkę, dawkując nam w kratkę całą opowieść. Jest to naprawdę wciągające i znane mi z poprzednich książek autorki. Opis narobił mi apetytu, zresztą początek również, jednak z każdym mijającym rozdziałem czułam narastający zawód. Cała historia ma naprawdę niezły potencjał (gdzie znajdziemy lepsze miejsce do morderstwa niż sam środek oceanu?), a i mnie nie udało się wszystkiego rozgryźć, a to akurat ogromny plus dla autorki. Jest zagadka, są trupy, ktoś jest mordercą i jest jakiś motyw. Jednak brakowało mi tego konkretnego dreszczyku emocji. Tego klimatu jak z horroru, gdzie napięcie jest wyczuwane z daleka. W poprzednich książkach, było to wyczuwalne zdecydowanie bardziej. Końcówka jest trochę zaskakująca, ale jednak oczekiwałam czegoś mocniejszego. Choć nie powiem, są momenty warte uwagi, jednak mogło być ich zdecydowanie więcej. Po nitce do kłębka, a wyjdzie misterna intryga i prawdziwa natura człowieka. Mimo iż ta pozycja nie powaliła mnie na kolana jak poprzednie, to jednak nie zamierzam zrezygnować z książek autorki. Wiadomo, autor ma różne pomysły i w różny sposób wciela je w życie, a tym samym nie każdemu dogodzi. Na pewno w najbliższym czasie poszukam innej jej książki i mam nadzieję, że przerażę się tak jak kiedyś. Jej twórczość jest naprawdę godna polecenia i jeśli tylko lubicie klimaty tego typu… islandzkie, mroczne i zagadkowe, to zdecydowanie polecam!


„Zbyt piękni ludzie często wyglądają na nudnych i nikt się nie zastanawia, jacy są w środku.”

czwartek, 29 czerwca 2017

Przebudzenie - Stephen King


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
tytuł oryginału: Revival
data wydania: 13 listopada 2014
liczba stron: 536
„Chyba właśnie po tym człowiek poznaje, że jest w domu, bez względu na to, jak bardzo się od niego oddalił i jak długo przebywał gdzie indziej. Dom jest tam, gdzie chcą, żebyś został dłużej.”
Są takie książki, bądź tacy autorzy, którzy nas intrygują. Wiemy, że kiedyś sięgniemy po daną książkę lecz odkładamy to w nieskończoność. Mnie to też nie ominęło. Od dłuższego już czasu korciło mnie, żeby zabrać się za twórczość Stephena Kinga i jakoś nie było nam szczególnie po drodze. Gromadziłam swoje zapasy literackie na potem i czekałam na impuls do rozpoczęcia lektury. Ba! Jedną nawet udało mi się zacząć, jednak w końcu została odłożona z powrotem na półkę. Dlaczego? Już nie pamiętam czy to przez małą zbitą czcionkę, która utrudnia mi czytanie (wydanie kieszonkowe) czy przez problemy, które zaprzątały moją głowę czy też przez inne pozycje, które musiały być szybciej przeczytane. Jedno jest pewne, wrócę do niej na pewno. Gdy jednak wylądowaliśmy z moim synkiem na totalne dłużej w szpitalu, mąż oczywiście obkupił mnie książkami, wśród kilku powieści znalazła się jedna Kinga, a konkretnie „Przebudzenie”. Wiedziałam, że tym razem już muszę dowiedzieć się o co tyle hałasu jeśli chodzi o literaturę grozy, która wręcz wypływa spod pióra słynnego Stephena Kinga. No wiadomo przecież, że chyba każdy wie kto to taki i wymieni choć jeden bądź dwa tytuły z jego dorobku.
Ponad półwieku temu do niedużej miejscowości w Nowej Anglii przyjeżdża nowy pastor, Charles Jacobs. Wraz ze swoją piękną żoną odmieni miejscowy kościół. Mężczyźni i chłopcy skrycie podkochują się w pani Jacobs; kobiety i dziewczęta tym samym uczuciem darzą wielebnego Jacobsa. Jednak kiedy rodzinę pastor spotyka tragedia, a charyzmatyczny kaznodzieja wyklina Boga i szydzi z wiary, zostaje wygnany przez zszokowanych parafian. Jamie Morton ma własne demony. O d wielu lat wiedzie tułaczy żywot rockandrollowego muzyka, uciekając od rodzinnego dramatu. Uzależniony od heroiny, pozostawiony na pastwę losu, zdesperowany ponownie spotyka Charlesa Jacobsa. Ich więź przeradza się w pakt, o jakim nawet diabłu się nie śniło, a Jamie odkrywa, że słowo „przebudzenie” ma wiele znaczeń.
Już sam opis wydał mi się ciekawy, a początek wydał się równie intrygujący. Spodobał mi się styl opowieści autora. To jak narrator zapoznaje nas ze swoją historią. Razem z nim przechodziliśmy przez różne etapy jego życia. Narrator był szczery, a język prosty i nie męczący. Całość miała swój klimat, a ja czekałam z niecierpliwością na mocne uderzenie. Swoją przygodę z głównym bohaterem zaczynamy w okresie jego dzieciństwa. Mały dzieciak spotyka na swojej drodze dorosłego. Wiecie takiego, który to potrafi zagadać do dzieciaka i go zainteresować. Okazuje się, że to nowy pastor. Wszyscy są zachwyceni. Do pewnego momentu, do pewnej tragedii i pewnego kazania. Tutaj następuje zwrot. Nagle lubiany przez wszystkich człowiek oceniany jest w zupełnie innym świetle, a jego dotychczasowa pasja przeradza się w obsesję.

„Przebudzenie” to opowieść o naturze człowieka, o tym do czego jest zdolny pod wpływem chwili, impulsu i tragedii. O tym jak zwykła pasja może przerodzić się w coś groźnego nie tylko dla nas samych, ale również dla innych, których wciągamy do swojego otoczenia. Igranie z mocami, które przerastają ludzkie pojęcie jest niebezpieczne. Tak samo jak otwieranie drzwi do drugiego świata...tego obok...z pozoru niewidzialnego...tajemniczego… Autor porusza tutaj także siłę naszej wiary w Boga, albo raczej jej kruchość.

Jakie są moje wrażenia po pierwszej przeczytanej powieści sławnego Kinga? Czy obgryzłam paznokcie ze strachu? Nie, nie obgryzłam i mimo tych plusów, o których wspomniałam czuję się zawiedziona. Po prostu nie poczułam grozy. Może i narracja była wciągająca, jednak im bliżej końca tym miałam wrażenie, że tępo zwalnia. Coraz bliżej miejsca kulminacyjnego, a mnie nic nie wciska w fotel. Nie powiem, bo autor wyobraźnię ma, co szczególnie widać na końcu, jednak to nie jest to czego oczekiwałam… Ta historia choć zapowiadająca się ciekawie nie porwała mnie w stu procentach. Nie dostałam tego czego oczekiwałam. Liczyłam na naprawdę mocne wrażenia… Gdzie one są? Czy sławny król literatury grozy potrafi mnie przerazić? O tym zapewne się przekonam. W swoim dorobku mam już osiem książek autora i mam wielką nadzieję, że coś dla siebie znajdę i trafię w swój czuły punkt. No nic, jak widać nie zrażam się i poluję dalej. Nie myślcie jednak, że uważam tę książkę za totalną porażkę czy stratę czasu. O nie! Teraz już wiem, że autor potrafi zwrócić uwagę czytelnika z pozoru zwykle zapowiadającą się historią. Tworzy naprawdę fajny (grunt) klimat do meritum swojej opowieści. A co ważne nie idealizuje bohaterów. Mam nadzieję, że inne książki autora zrobią na mnie jeszcze wrażenie. Gdzie leży granica między naszym światem, a tym drugim? Tym tak zwanym „zaświatem”? Okazuje się, że jest ona tuż obok, i wcale nie jest gruba. A to co znajduje się za drzwiami, przypomina mroczny obraz namalowany przez szaleńca. Chcecie się przekonać co można spotkać za drzwiami? I co czeka śmiałków, którzy odważą się igrać z potężną mocą, którą ciężko pojąć? W takim razie zapraszam do lektury.

„Niezdrowo jest wiedzieć za dużo.”

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Tajemnica dziesiątej wsi - Agnieszka Olszanowska


cykl: Saga z dziesiątej wsi (tom 2)
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 16 marca 2017
liczba stron: 304

„Kochali się. Nawet bardzo. Po prostu za szybko się poddali. Nie potrafili zrozumieć, że miłość jest też w szarej prozie życia. Tylko trzeba ją odnaleźć.”

Pamiętacie może „Listy z dziesiątej wsi” (jeśli nie to recenzje znajdziecie tutaj). To książka, która zrobiła na mnie dość dobre wrażenie. Urzekła mnie kontrastem pomiędzy bohaterkami, a szczególnie tajemnicą zawartą w listach z przeszłości. Kto czytał moje recenzje dość regularnie ten wie, że w tego typu tematy uwielbiam się zagłębiać. Dzisiaj mam dla was moi mili kontynuację tamtej książki, choć bardziej trafnym określeniem będzie, uzupełnienie braków tamtej historii i dopełnienie zakończenia. Zakończenia, które pozostawiło niedosyt i lekkie rozczarowanie.
Na początku dwudziestego wieku kilkuletni Zefiryn Zarządca, zmuszony przez swojego wuja, bierze udział we włamaniu do kościoła. Ma za zadanie ukraść słynny na całą okolicę Cudowny Obraz. Samotna noc w pustym kościele w oczekiwaniu na dogodny moment wywiera wpływ na jego dalsze losy. Ponad sto lat później do Starszego Folwarku przyjeżdża Paweł, życiowy bankrut, wnuk Zefiryna. Młody mężczyzna nigdy nie mieszkał na wsi i nie wyobraża sobie przyszłości wśród pól i lasów. Z pomocą przychodzi mu stary sąsiad, syn wielkiej i niespełnionej miłości Zefiryna. Krok po kroku uczy Pawła pracy na roli. Jednak nie robi tego całkiem bezinteresownie.
Poprzednim razem mieliśmy okazję poznać losy dwóch kobiet, babci i wnuczki – Barbary i Beaty. Tym razem schemat jest podobny, tylko skupiamy się na mężczyznach. Pawle i jego dziadku Zefirynie. Mężczyźni nigdy się nie poznali, jednak łączy ich pewna tajemnica rodzinna, którą poznajemy krok po kroku. Można by powiedzieć, że zapowiada się równie ciekawie jak przy poprzedniej książce, jednak nie. Tak jak tam urzekała mnie subtelność i fragmenty listów, tak tutaj drażniło mnie odkrywanie tej tajemnicy. To, że aby odkryć sedno sprawy musiałam nieźle się cofnąć i nie mam na myśli historii sprzed stu lat, bo to akurat jest najciekawsze w tej części, tylko spojrzenie Pawła na całą sytuację mnie razi. Strasznie nie lubię czytać kontynuacji i przeżywać jeszcze raz danej historii tylko z innego punktu widzenia.

Książka Agnieszki Olszanowskiej to powrót do przeszłości. Ukazanie dawnych czasów, oraz natury człowieka, który potrafi być bezwzględny i nie cofnie się przed niczym, aby osiągnąć to, czego pragnie. Mroczna przeszłość, zagmatwana teraźniejszość. Miłość do ziemi kontra miłość do kobiety. Autorka pokazuje w swojej książce, że nie wszystko jest czarne i białe, są różne odcienie szarości, o których nawet nie wiemy. Pokazuje również siłę człowieka, który potrafi walczyć o swoje życie i odbić się od dna. W połączeniu z poprzednią częścią tworzy spójną całość, jednak nie do końca jestem przekonana. Czegoś mi tutaj brakowało, być może kolejnych listów? O subtelności nie ma mowy, bo obserwujemy wszystko oczami faceta, jednak mam wrażenie, że autorka trochę poszła na skróty. Czytanie nie sprawiało mi takiej przyjemności jak poprzednim razem. Oczywiście, fajnie jest poznać całą historię, smutną, mroczną i trochę dziwaczną (mowa o Zefirynie) jednak to nie jest to, czego się tutaj spodziewałam. A szkoda. Druga część spowodowała, że przestałam darzyć sympatią Pawła, którą zyskał w „Listach...”. Zdecydowanie bardziej interesowała mnie też historia z przeszłości niż losy Pawła. Autorka chyba bardziej zagłębiła się tutaj w jego życie niż życie Beaty w poprzednim tomie. A przecież tu też mamy do czynienia z zestawieniem losów bohatera z przeszłości (przodka) z tym z teraźniejszości. Tak więc tym razem mój entuzjazm jest jeszcze słabszy niż ostatnio. Tam mogłam doczepić się tylko to zakończenia, tutaj niestety większa część mnie nie przekonała. Za to podoba mi się okładka! No, ale jak wiadomo, nie po okładce ocenia się daną książkę. Tak więc jeśli chcecie poznać całą historię z czasów Barbary i Zefiryna, a także dowiedzieć się też jak potoczyły się losy Beaty i Pawła to czytajcie. W końcu nie każdego drażni to co mnie.

Za możliwość przeczytania ebooka dziękuję wydawnictwu Prószyński i Sk-a

środa, 14 czerwca 2017

Czereśnie zawsze muszą być dwie - Magdalena Witkiewicz


wydawnictwo: Filia
data wydania: 10 maja 2017
liczba stron: 496

„Wszyscy chodzimy w labiryncie poplątanych życiowych dróg. W zależności od tego, w którą ścieżkę skręcimy, nasza droga zakończy się w tym lub w innym miejscu. Niezależnie od tego, czy wybór drogi życiowej będzie naszą decyzją, czy podejmiemy ją pod wpływem wiatru napędzanego przez los.”

Labirynty mają to do siebie, że kuszą potencjalnych zwiedzających… Ludzie chcą się zmierzyć z wyzwaniem i włażą na własną odpowiedzialność w krzaki i ścieżki, które czasem prowadzą donikąd. Z życiem bywa podobnie. Szczególnie jeśli nasze życie ma związek z cudzym. Nie ważne czy to nasi przodkowie, czy losy kogoś znajomego, albo nawet obcego, z którym nasze ścieżki się przecinają. Człowieka po prostu kusi, by odkryć prawdę, sekrety, rozwiązać zagadkę czy oczyścić atmosferę z kurzu nagromadzonego przez lata. Czasami wchodzimy do takiego labiryntu i błądzimy, szukamy wyjścia, wkurzamy się, boimy, ale czujemy fascynację. Bo odkrywamy przeszłość, coś co ktoś już przeżył. Inaczej trochę jest z naszym własnym życiem. Z tymi poplątanymi przez wiatr losu badylami, które dziś potrafią podciąć nogi najsilniejszym, a z biegiem lat wydają się zupełnie inne. Tak sobie myślę, że te nasze ludzkie wybory smakują różnie, w zależności od tego na jakim etapie aktualnie się znajdujemy. Tak czy inaczej los, przeszłość i ludzie są po prostu fascynujący. Mnie od jakiegoś czasu kuszą książki, w których odkrywana jest przeszłość, tajemnice i ludzkie losy. Stare dzieje, które dostają nowych barw. A jeśli jeszcze całość została zgrabnie i apetycznie napisana to połykam od razu. No dobra, czasami się delektuję, tak jak przy najnowszej książce Magdaleny Witkiewicz, „Czereśnie zawsze muszą być dwie”.
Zosia Krasnopolska otrzymuje w spadku od pani Stefanii zrujnowaną willę w Rudzie Pabianickiej. Rudera okazuje się domem z duszą uwięzioną w dalekiej przeszłości. Stary dom otoczony sadem – niegdyś bardzo piękny – kryje sekrety swoich mieszkańców. Zosia powoli zgłębia jego tajemnice. Kiedy na jej drodze pojawi się Szymon, odkryje najważniejszy sekret: dowie się, czym są prawdziwa przyjaźń oraz miłość. Zrozumie, że tak jak drzewa czereśni muszą rosnąć obok siebie, by wydać owoce, tak ludzie muszą się kochać, by ich spólna droga przez życie miała sens.
Gdy tylko dowiedziałam się, że książka „się pisze”, uśmiech zagościł na mojej twarzy. Wiedziałam, że prędzej czy później ją dostanę w swoje łapki. Byłam pewna, że mój kochający małżonek mi ją po prostu sprezentuje, bo doskonale wie, jak uwielbiam twórczość Pani Witkiewicz. Moja euforia się jeszcze bardziej pogłębiła, gdy dowiedziałam się, że do cieniutkich powieści ta książka nie będzie się zaliczać. Bo wiecie, wychodzę z założenia, że im więcej czarów tej autorki tym lepiej. A o tym, że czaruje piórem wspominałam już chyba w kilku swoich recenzjach. Te magiczne sztuczki ratują mi ostatnio tyłek na zakrętach mojego życia, w tych krzakach z labiryntu i „prezencie” od losu…

Od zawsze pociągały mnie stare domy i opuszczone pałacyki, tym bardziej, że w pobliżu mojego rodzinnego domu znajdowało się ich kilka. Zastanawiałam się kiedyś, co kryją ściany tych budynków. Co miałby do powiedzenia, gdyby umiały mówić. Fajne było wyobrażać sobie postacie czy też sytuacje, które mogły kiedyś mieć tam miejsce. Może też dlatego historia opisana przez Magdalenę Witkiewicz tak mnie zafascynowała. Historia pewnej młodej kobiety, która dzięki spadkowi po swojej „wiekowej” przyjaciółce odnalazła swoje miejsce na ziemi i historię ukrytą w przeszłości. Całość pachnie magią, nutką eteryczną, stęchlizną przeszłości, melancholią, zapachem kwiatów czereśni i miłością. Miłością szczęśliwą, zgubną, krótką, naiwną, tragiczną i nieszczęśliwą. Losem, który zwyczajnie płata figle, a pomagają mu w tym ludzkie wybory. Jest to powieść o przeszłości, która może mieć zbawienny wypływ na teraźniejszość, a nawet przyszłość. Autorka przypomina swoim czytelnikom, że warto czerpać szczęście z każdego dnia, bo nigdy nie wiadomo co będzie jutro. Nie można również bagatelizować podejmowanych przez nas decyzji, gdyż każda najmniejsza może mieć kolosalny wpływ na naszą przyszłość. To kolejna lekcja życia, ubrana w ciekawą i niezwykle ciepłą historię. Nosząca imiona bohaterów. Dojrzała, ale lekka i uzależniająca. 

Opowieść Magdaleny Witkiewicz jest ciepła, wzruszająca, dodająca otuchy i niesamowicie klimatyczna. Porywa czytelnika i nie puszcza do samego końca. Trudno się od niej oderwać, bo po chwili rozłąki z losami Zofii i przodków rodziny Pani Stefanii, zwyczajnie się za nimi tęskni. Chciałoby się wcisnąć magiczny przycisk pauzy i zatrzymać czas, ruch dookoła i delektować się w spokoju opowieścią. I w tym miejscu czytelnicy książek Magdaleny Witkiewicz mają duży dylemat...Czytać i zaspokoić swój głód jej opowieści czy też dawkować sobie przyjemność, która dzięki temu będzie trwać dłużej? Im więcej książek autorki czytam, tym bardziej się od nich uzależniam. Błagam niech ta kobieta piszę do końca świata i jeden dzień dłużej! Niech czaruje. Niech kusi. Przenosi czytelnika do niesamowitych miejsc i ludzi. Niech dodaje otuchy. A najlepiej to niech pisze książki jeszcze grubsze niż „Czereśnie...”. Na koniec dodam, że jest to książka, która ma niezwykle piękną okładkę...Chyba najpiękniejszą w dorobku autorki!

„Czasem życie daje nam szansę,a my za późno ją dostrzegamy. Czasem możemy dotknąć naszych marzeń,ale odwlekamy te chwile. Na potem, na za godzinę, za miesiąc. Na moment, kiedy będziemy do tego perfekcyjnie przygotowani. A czasem trzeba żyć chwilą. Łapać szczęście szybko szybko w dłonie. Nie ważne, że nie mamy na sobie fraka i sukienki balowej, drugi raz życie może nie dać nam szansy. A nasze marzenie, które było w zasięgu ręki, może ulecieć niczym motyl.”

poniedziałek, 8 maja 2017

Życie na wynos - Olga Rudnicka


cykl: Emilia Przecinek (tom 2)
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 9 maja 2017
liczba stron: 368

„Wielkie umysły nie potrzebują słów, by dojść do porozumienia...”

Olgi Rudnickiej zapewne nie muszę nikomu przedstawiać, gdyż albo mieliście już okazję czytać którąś z jej powieści, albo czytaliście moje recenzje na ich temat. Nie? W takim razie proponuję nadrobić zaległości w obu czynnościach. Dzisiaj będzie słów kilka o jej najnowszej książce -”Życie na wynos”- która w księgarniach pojawi się 9 maja.
Emilia Przecinek znana autorka powieści dla kobiet, w wieku czterdziestu lat zostaje rozwódką z dwójką nastoletnich dzieci, kredytem hipotecznym do spłacenia oraz matką i teściową na karku. Dzieci nalegają, żeby chodziła ma randki, obie starsze panie, no cóż, jak to one, włażą z butami, gdzie się da. W takiej sytuacji można albo załamać się nerwowo, albo popełnić morderstwo. Mimo niesprzyjających okoliczności Emilia postanawia odmienić swoje życie. Nie jest to łatwe, gdyż mężczyźni, których spotyka, absolutnie nie przypominają wspaniałych bohaterów jej powieści. Pech chce, że teściowa pisarki łamię nogę. Unieruchomiona na wózku, zaczyna obserwować sąsiadów, co okazuje się zajęciem na pełen etat, a nawet dwa, gdyż nie wszystko można zobaczyć przez okno, niektóre rzeczy trzeba podsłuchać. Przed wścibskimi staruszkami nic się nie ukryje. Ani kochanka o czerwonych włosach, ani skłonna do awantur żona,ani lezący w piwnicy trup, którego znajduje Emilia.
Tak oto po raz kolejny na naszej czytelniczej drodze pojawia się Emilia Przecinek, Kropka, Kropek i dwa pterodaktyle. Nie może również zabraknąć barwnej Wieśki i policjantów, których zapewne pamiętamy z poprzedniej książki. Emilia to chyba jedna z najbardziej zakręconych bohaterek na jakie trafiłam do tej pory. Zastanawiam się jakim cudem kobieta tej czterdziestki w tym świecie dożyła. Jednak do rzeczy… Tym razem pisarka nie jest już załamaną żoną, rozwiodła się z byłym mężem, spłaca kredyt i przeszła metamorfozę. Jednak nadal nad głową fruwają jej wiekowe pterodaktyle, które życia nie ułatwiają, a dzięki temu czytelnik ma niezły ubaw. Tajemniczy trup, osiedlowe dochodzenie, randki w ciemno i cała masa plotek. To znajdziecie w tej powieści.

„Co lepsza partia to zajęta i nic dziwnego, bo jak już kobieta trafi na przyzwoitego mężczyznę, którego nie ma ochoty zabić po tygodniu wspólnego mieszkania, to strzeże go jak skarb – i trzyma pod kluczem.”

„Życie na wynos” to kontynuacja przygód pisarki Emilii Przecinek i jej zakręconej rodzinki (znanej nam doskonale z „Granat poproszę!”). Jest to kolejna lekka i przyjemna książka z wątkiem kryminalnym w tle. Nieskomplikowana, a wręcz przewidywalna. Samo morderstwo jest tutaj epizodem i zarazem bodźcem, który ma rozruszać fabułę. Taki sobie szkielet, na którym opiera się ta historia. Jednak nie spodziewajcie się żadnych wielkich zagadek, wytrawnego śledztwa czy dreszczyku grozy, bo tego zwyczajnie w tej książce nie ma. Jest za to humor. Czarny humor, który składa się z komedii pomyłek, które idealnie tworzy Olga Rudnicka. Przeczytałam kilka książek autorki i jestem tą lekkością pióra i barwnością postaci urzeczona. Każda jej książka idealnie mnie odpręża i wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Szczerze mówiąc czasem nawet nawet parsknięcie. Czym ta historia różni się od poprzednich? Chyba niczym. Autorka stworzyła powieść na dobrze nam znanym i wypracowanym przez siebie schemacie. Plusem dla mnie jest kontynuacja wątku z rodziną Przecinków, bo to grupa postaci, której nie przebije chyba nic. Mieszanka wybuchowa, która ubarwia życie czytelnika i wprowadza dawkę pozytywnego chaosu – choć w realnym życiu chyba nie wytrzymałabym z taką gromadą. Szkoda tylko, że wątek kryminalny jest taki okrojony. Fajnie byłoby dostać więcej typowego kryminału w połączeniu z taką dawką ciekawych dialogów, barwnych osobowości i tego czarnego humoru. Samo rozwiązanie zagadkowego morderstwa też jest raczej wzmianką w tekście niż rozbudowanym szerzej wątkiem. Choć w sumie może i nie ma co się rozpisywać, bo czytelnik i tak już od dłuższej chwili sam morderce odkrył. Jeśli liczycie na to, że w najnowszej powieści znajdziecie „starą, dobrze znaną Olgę” to się nie zawiedziecie. Ta kobieta to wulkan pozytywnej energii mimo tego, ze zawsze uśmierca kogoś po drodze i bawi czytelników jego pechem, Nie mniej trzeba mieć naprawdę niezły talent, aby wszystko smacznie i barwnie opisać. Uwielbiam książki autorki i mimo tego, że wszystkie (które do tej pory przeczytałam) wydają się podobne to jednak nie przestanę się w nich zaczytywać. Bo jak wiadomo w czytaniu chodzi też o dobrą zabawę, a ta jest gwarantowana z twórczością Olgi Rudnickiej.

- Tak jak myślałam. Emilia, ty w naszym dochodzeniu będziesz zupełnie bezużyteczna! - stwierdziła Adela.
- Niekoniecznie… - zaprotestowała słabo jej córka. - Zależy co miałabym robić.
-Myśleć! - wysyczała Jadwiga.
- Z tym rzeczywiście może być problem – przyznała się dzielnie Emilia.- Moje umiejętności dedukcji nie są na najwyższym poziomie. Jestem raczej typem kreatywnym.
- Jakim? - zdumiała się teściowa.
- Ona żyje z wymyślania, a nie z myślenia. […]

Podsumowując: jeśli potrzebujecie lekkiej fabuły, która umili wam czas, a nie obciąży umysłu to polecam wybrać się do księgarni i nabyć książkę tej autorki. Najpierw jednak proponuję zacząć (kto jeszcze tego oczywiście nie zrobił) od poprzedniej części „Granat poproszę!”, wtedy zdecydowanie łatwiej będzie się wam wczuć w klimat. Jeszcze jedna moja rada… Dystans przy lekturach Olgi Rudnickiej jest wskazany! Pisze na wesoło, a z typowym kryminałem ma to raczej niewiele wspólnego, jednak trupa zawsze się gdzieś znajdzie!

Za możliwość przeczytania ebooka dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka

niedziela, 23 kwietnia 2017

Luonto - Melissa Darwood

wydawnictwo: Filia
data wydania: kwiecień 2017
liczba stron: 320

„Jesteś zwierzęciem, tylko wtedy, gdy zachowujesz się jak zwierzę.”

Dziś książka, na którą czekałam z wielką niecierpliwością. Odłożyłam dla niej na bok inne zaczęte pozycje i pochłonęłam ją tak szybko jak tylko było to możliwe. Mowa o najnowszej powieści Melissy Darwood - „Luonto”. Moja przygoda z twórczością autorki zaczęła się kilka lat temu, gdy w moje ręce trafiła „Larista”. Swoją wyobraźnią, stylem i lekkością pióra kupiła mnie od razu. Później była jej kolejna książka, „Pryncypium”. Wiedziałam, że mnie wciągnie i się nie pomyliłam. Tak więc sami widzicie, że nie mogłam nie czekać na najnowszą z nutą ciekawości i głodu literatury – Jej literatury.
"Podczas trzęsienia ziemi siedemnastoletnia Chloris zostaje uratowana przez monstrualne ptaszysko. Orzeł jest Homanilem, dwudziestoletnim chłopakiem o imieniu Gratus. Zabiera dziewczynę do Luonto – osady będącej odpowiednikiem biblijnej arki. Homanile żyją pod ludzką postacią, lecz gdy zaczynają nimi targać silne emocje, przemieniają się w zwierzęta. Między Chloris a Gratusem rodzi się zakazane uczucie. Jaką misję mają do spełnienia Homanile? Czy związek ludzkiej dziewczyny z Homanilem ma szansę na przetrwanie? Nadchodzi koniec świata. Żywioły pragną zemsty. A może nic nie jest takie, jakim się wydaje... Wolisz poznać gorzką prawdę, czy upajać się słodkim kłamstwem?"
Wiecie czego brakuje mi odkąd mieszkam w mieście? Przestrzeni, spokoju, zapachów poranków, ciemnych nocy z jej tylko znanymi odgłosami. Rześkości, które przynosi po upale dnia letniego. Koncertu żab, w pobliskim stawie i zapachu skoszonej trawy, lucerny czy czego tam jeszcze. Co powiecie na zapach akacji? Miałam ich kilka pod domem...zapach obłędny! A lipa i jej pszczela gwardia? Też cudne zjawisko, szczególnie, gdy tworzy aleję przypominającą zielony tunel nad twoją głową! Pola, aleje, dzikie kwiaty… Tyle lat czerpałam z tego garściami, wychowałam się na wsi i lepszego dzieciństwa sobie nie wyobrażam! Wiedziałam co mam pod nosem, a jednak zapragnęłam wygody i dostępu do wszystkiego. A teraz? Uciekam do lasu, na polne ścieżki, na łąki… szkoda tylko, że moje „dzikie” miejsca przestają być dzikie. Tam, gdzie jeszcze dwa lata temu było pole i cisza, tam wyrastają płoty, domy, osiedla… W sumie się nie dziwię, bo sama chętnie bym zamieszkała pod lasem, a jednak gdzieś tam mi przykro. Przyroda dookoła nas jest zadziwiająca, jednak coraz rzadziej ją zauważamy… Nie czerpiemy z niej tak jak powinniśmy... Bywa i tak, że niszczymy… Autorka w swojej książce porusza temat ekologii, tego co jest dookoła i tego co stworzyła Matka Natura, a co my sami marnotrawimy. Pokazuje w sposób obrazowy do czego zdolny jest człowiek. Zabiera w podróż, która ma pokazać egoizm człowieka, pazerność i krótkowzroczność. Jednak wyczarowuje też piękniejsze widoki niż smętna lala z jednym okiem pośrodku niczego. Wyczarowuje świat idealny, czysty, pachnący życiem… Sama chętnie wdrapałabym się na pewne wzniesienie i usiadła na ławce, by popatrzeć na cudne widoki. Nacieszyć oczy. Dotlenić płuca i się wyciszyć.


„ - Po co mi to mówisz, skoro i tak nigdy nie będziemy razem?
- A po co oddychasz, skoro i tak kiedyś umrzesz?”

Wbrew tematyce, o której właśnie wspomniałam, „Luonto” nie jest podręcznikiem o ekologii. To kolejna dawka rozwiniętej i bogatej wyobraźni autorki. Czytelnik może jej skosztować, wniknąć do świata utkanego z fantazji Melissy Darwood. Początek wydał mi się bardzo przyjemny, stworzony na szkicu dobrze znanego mi schematu, który ma tak wiele książek tego typu. Jednak w ogóle nie czułam zniechęcenia. Wiedziałam, ze popłynę z nurtem i byłam pewna, że wiem co będzie dalej. Jednak w pewnym momencie akcja totalnie zmieniła swój tor. To było pierwsze zaskoczenie. Drugim było zakończenie, którego w ogóle się nie spodziewałam. Z jednej strony było „Ej no!”, a z drugiej brawa za taki właśnie krok. Wiem, że ta historia inaczej zakończyć się nie mogła. Autorka zwinnie odbiegła od tego co zapowiadał początek jej powieści. Nie było schematycznie i mdło. Była nastoletnia miłość, nuta fantastyki, lekcja ekologii i dramaturgia.

Podsumowując: „Luonto” to jeden żywioł. To słodko – gorzka historia, która ma odważne moim zdaniem zakończenie jeśli chodzi o tego typu książki. To opowieść, która oderwała mnie od mojej rzeczywistości na kilka godzin. Pobudziła wyobraźnię i pozwoliła znów zakosztować przyjemności, bo dawno już nie miałam w rękach powieści z tego gatunku. Jednak różni się ona od „Laristy” i „Pryncypium” …uderza w ciut inne tony, choć zarazem podobne. Mimo, że dwie poprzednie skradły moje serce,to jednak z tej książki jestem czytelniczo bardzo zadowolona. Jestem również autorce wdzięczna, za zakończenie! Jeśli macie ochotę na małą podróż do „Luonto” i przy okazji stanąć na drodze żywiołów to zapraszam do lektury! Myślę, że ci, którzy styl Melissy Darwood uwielbiają nie będą rozczarowani jej najnowszą powieścią. A ja już z niecierpliwością, czekam na kolejne książki autorki!


„Pieprzyć życie! Po co o nim czytać, skoro ma się je na co dzień? Książka powinna dawać wytchnienie od cierpienia, nieść nadzieję, że pomimo przeszkód wszystko się dobrze skończy...”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorce oraz wydawnictwu Filia

czwartek, 13 kwietnia 2017

Prosty gest - Ángeles Doñate


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 28 marca 2017
liczba stron: 440

„Jednym z uroków starych listów jest to, że nie wymagają odpowiedzi.”
Lord Byron

Ten cytat przywodzi mi na myśl stertę listów, które do dnia dzisiejszego ma moja mama. Pożółkłe już koperty skrywające tajemnice jej młodości. Więzi łączące ją z przyjaciółmi. Być może gdzieś tam ukryta jest czyjaś fotografia, jakieś przeprosiny lub opisy ważnych przeżyć, sekrety albo wyznania. Tego nie wiem. Mogę snuć domysły, bawić się tą tajemnicą przewiązaną błękitną wstążeczką, która zapadła mi w pamięci jeszcze kiedy byłam dziewczynką z kucykiem na głowie. Przypomina mi on coś jeszcze. Moje listy, które dawno temu zostawiłam za sobą przy przeprowadzce. Teraz tego żałuję, bo ja tak bardzo lubię listy! Obrazy utkane z myśli przeistaczały się w słowa spływające na papier. Sunący szybko bądź leniwie długopis. I zdania, zdania, zdania, które miały umilić czas adresatowi danego listu. Słowo pisane jest takie plastyczne i barwne. Można się nim bawić. Można czarować, krytykować, oskarżać, obrażać, szokować lub wyznawać miłość. Można wszystko. Jednak ta forma komunikacji międzyludzkiej przechodzi do lamusa. Jeszcze trochę i mało kto będzie wiedział co to jest list. Takie czasy, powiecie. Może i tak, ale czy naprawdę w dobie maili, komunikatorów, czatów, sms-ów nie znajdzie się chwila na list?

„Nigdy kropla łzy nie zrosi maila.”
Książka, której akcja toczy się w miasteczku Porvenir, gdzie z powodu drastycznego spadku liczby wysyłanych listów miejscowa poczta zostaje zamknięta. Tym samym jej pracownicy, w tym główna bohaterka Sara, zostają zmuszeni do przeniesienia się do innego miejsca. Kobieta, która do tej pory była jedyną listonoszką w Porvenir, przyjaźni się z wątła staruszką Rosą. Osiemdziesięciolatka pragnie, by Sara i jej trzej synowie mieli szczęśliwe życie bez zmartwień. Wydawać by się mogło, że ta krucha kobieta nie może jednak zrobić nic, by wpłynąć na los samotnej matki z dziećmi. Rosa pisze jednak list, którego treść powstaje już od 60 lat i może on diametralnie zmienić toczące się losy bohaterów. To książka dla kobiet, która pokazuje, jaką potęgę mogą mieć zwykłe słowa.
A pamięta ktoś jeszcze to przyjemne oczekiwanie na listonosza? Na odpowiedź, która powinna już nadejść, a jeszcze jej nie ma? Ciekawość przy otwieraniu koperty, przyśpieszone bicie serca podczas czytania i tęsknotę za kolejnym rytuałem oczekiwania, otwierania i czytania? Ja jeszcze pamiętam. Może i ta forma jest przestarzała, retro, niemodna, wolniejsza od maila, ale ma w sobie magię. Magię, której nie ma elektroniczna podróba. Nie ma łzy, zapachu, pocałunku i ciepła dłoni nadawcy. Dzisiejsza korespondencja jest wybebeszona. Wstęp do dzisiejszej recenzji jest nieco długi, ale tak mnie naszło i inaczej się nie dało. Dlaczego? Ponieważ książka, którą dzisiaj chcę wam pokazać, uświadomiła mi jak wiele tracimy nie pisząc listów.

„Prosty gest” to debiutancka powieść Angeles Donate, kobiety, która ceni sobie odręczne pismo i nadal przechowuje wszelką korespondencję, włącznie z kartkami bożonarodzeniowymi. Stworzyła historię z pozoru prostą. Płynącą powoli swoim nurtem i wciągającą swoich czytelników do miasteczka Porvenir, gdzie domy z kamienia mają swój czar. Gdzie wszyscy się znają, gdzie skrywają swoje sekrety, demony i marzenia. Miasteczko spokojne, otoczone lasami i górami, gdzie czas płynie po swojemu. Jest tam też pewna ruda kobieta, Sara, matka, rozwódka, listonoszka. To ona ma kłopoty i ktoś jej bliski wpada na pomysł jak uratować ją, jej posadę i pocztę w miasteczku. Od tego momentu jesteśmy świadkami owego prostego gestu. Ogniwa, które łączy się z następnym i kolejnym. Kilka zdań. Myśli. Tajemnic. Przypadkowych osób i ważna sprawa, która jednoczy mieszkańców miasteczka i zmienia ich życie.

Wyobraźcie sobie, że macie napisać do kogoś przypadkowego z waszego miasteczka. Zrobić malutki gest dla czyjegoś dobra. Anonimowo, ale szczerze. Co wy na to? Przyznam, że sam pomysł jest nawet ciekawy, gorzej pewnie z wykonaniem w naszych realiach. A szkoda, bo to zapewne ciekawe doświadczenie. Wracając jednak do książki. Lekka, przyjemna i z przesłaniem. Nie tylko przypomina nam jak fajne jest słowo pisane i ile przyjemności można czerpać z pisania i otrzymywania listów, ale przede wszystkim, że czasem wystarczy drobny gest, aby komuś pomóc, lub zmienić życie kilku osób. Niby zwyczajna opowieść z kilkoma bohaterami, a jednak potrafi wciągnąć i zainteresować. A przy okazji czytania, można też trafić na całkiem smaczne cytaty, choć co za dużo to niezdrowo i w pewnym miejscu trochę autorka zaszalała. Jednak jeśli szukacie czegoś w tym klimacie czyli coś ciepłego i ze smakiem to polecam. Tylko pamiętajcie to nie jest książka, po której oczekuje się zaskakującego zakończenia czy szaleńczego tempa akcji. Tu warto się skupić na gatunku epistolarnym, na słowie pisanym, na listach i ich przekazie. A i może przy okazji złapać bakcyla do pisania listów. Ja sama dostałam ochotę do napisania kilku słów. A na koniec mała przestroga…

„Niewypowiedziane słowa są jak kotwice, które ciągną nas na dno.”

Za ebooka dziękuję wydawnictwu Prószyński i Sk-a

sobota, 1 kwietnia 2017

Co kryją jej oczy - Sarah Pinborough #cozazakonczenie


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
tytuł oryginału: Behind Her Eyes
data wydania: 14 marca 2017
liczba stron: 400

„Drogi prawdziwej miłości nigdy nie są proste.”

Poznając drugiego człowieka nigdy nie poznamy go w 100%. Zawsze są tajemnice, pozory, maski… Gdzieś tam w środku czai się cień. Nawet w tak bliskiej relacji jak małżeństwo nie może być mowy o pełnym poznaniu współmałżonka. Człowiek to tak naprawdę chaos z komórek, narządów, zapachu, emocji i psychiki. Człowiek to po prostu chodząca zagadka… niebezpieczna, nieobliczalna, zdolna do wszystkiego, a szczególnie do manipulacji, zbrodni i… O tym jak szalony i bystry zarazem może być człowiek przekonałam się podczas czytania kolejnego w minionym już miesiącu thrillera. „Co kryją jej oczy” autorstwa Sarah Pinborough to książka, którą pożegnałam marzec. I od razu lecę do was z początkiem kwietnia, by swoje zdanie na jej temat wyrazić.

Jednego dnia nasze życie bywa szare, nudne i bez fajerwerków, a kolejnego zaczyna nabierać rumieńców, by z czasem wystrzelić całą gamą fajerwerków. Dotychczasowa nuda ucieka do kąta a na jej miejsce przychodzą pytania, zagadki, dziwne wydarzenia. Zwyczajna kobieta, matka, rozwódka, sekretarka… Osoba złakniona miłości, wplątuje się w dziwny trójkąt. Sama nawet nie wie, że jest marionetką w pewnej chorej grze. Niebezpiecznej i szalonej. Jak groźnej o tym dowiedziałam się na samym końcu. Sama nie wiem czy doznałam tylko szoku czy jeszcze ciarek na plecach na myśl o tym co się wydarzyło. I nie mam tu na myśli zwyczajnej zbrodni. Tak więc… Komu zaufać? Kto kłamie? Kto jest groźny? Kto jest ofiarą? Odpowiedź na to pytanie zna tylko jedna osoba...

Ostatnio gustuję w tych bardziej „mrocznych” klimatach. Jedne książki są lepsze inne ciut słabiej wyglądają w blasku tych pierwszych. Dość mocno zaskoczył mnie ostatnimi czasy Harlan Coben w swojej książce, jednak tym razem moja szczęka uszła ledwo z życiem po zderzeniu z podłogą. Wiedziałam, że książka tej autorki zapowiada się ciekawie i potrafi wciągnąć, jednak takiego obrotu spraw się nie spodziewałam. Powiem więcej, autorka zrobiła mnie w konia (w sumie to nawet pasuje do dzisiejszego prima aprilis) i gdy już byłam z siebie dumna, że wyprzedzę fakty i znam zakończenie, to nagle na głowę spadł mi strumień zimnej wody. Guzik wiedziałam, albo raczej pół guzika. A to bardzo duży plus. W sumie książka Sarah Pinborough ma same plusy. Jedynym minusem jest tutaj Louise. Serio, dawno już żadna postać nie działała mi na nerwy tak bardzo. Ja wiem, że musiała spełnić swoją rolę i tak się zachowywać, ale na litość Boską jak można być tak naiwnym?! Tak wnerwiać czytelnika?! Chociaż po chwili, sama zaczęłam się zastanawiać co ja zrobiłabym na jej miejscu. Komu bym uwierzyła? Co zrobiła? Jak połączyła fragmenty układanki? Być może podobnie.

„Co kryją jej oczy” to obsesyjna gra pozorów i kłamstw. Zabawa w kotka i myszkę. Obraz ludzkiej psychiki i to pokazany od tej ciemniejszej strony. To wreszcie kawał dobrej literatury, który wciąga z każdą stroną bardziej. Czytelnik dołącza do tej dziwnej gry i jest ciekawy zakończenia. A ono wręcz nokautuje. Autorka udowadnia nie tylko to, jak bardzo ludzie potrafią być skomplikowani, zagadkowi i niebezpieczni, ale również to jak są fałszywi i ubrani w pozory. Tak naprawdę od początku do końca czytelnik nie może odetchnąć i powiedzieć, że wie na czym stoi. Tu nic nie jest czarne i białe. Aż do finału. Fabuła naprawdę wciąga, całość pochłania się ekspresowo, a im bliżej końca tym trudniej się oderwać. Bohaterowie nie są idealni. Są brzydko mówiąc popieprzeni (jedni bardziej a inni mniej). Ubrani w tajemnice, wyrzuty sumienia, czy zaplątani w sieć manipulacji. Wszystko misternie połączone. Czytelnik wnika do fabuły do tego stopnia, że chciałby wpłynąć na rozwój wydarzeń i choćby nawrzeszczeć na Louise. Niestety, możemy tylko stać i się przyglądać. Jest to jedna z lepszych książek jakie ostatnio miałam okazję czytać. Tak więc nie pozostaje mi nic innego jak zachęcić was do jej przeczytania. Wejdźcie do gry… zakosztujcie manipulacji i tego co na pierwszy rzut oka wydaje się szaleństwem...czymś niemożliwym!

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Prószyński i Sk-a

czwartek, 30 marca 2017

Morderstwo w pociągu - Kerry Greenwood


cykl: Zagadki kryminalne panny Fisher
wydawnictwo: Albatros
data wydania: 30 października 2015
liczba stron: 224

Całkiem przypadkiem odkryłam nową serię kryminałów i to w moim ulubionym stylu retro. Miałam okazję poznać nowe nazwisko w świecie detektywów – Fisher. Tylko, że tym razem detektyw jest kobietą, a jej imię to Phryne. Oczywiście kobiety, które bawią się w te klocki to żadna nowość w literaturze kryminalnej i to nawet retro. Znamy przecież chyba wszyscy miłośnicy tego gatunku, słynną Pannę Marple, którą stworzyła Agatha Christie. Nowością jest dla mnie tutaj cała ta seria oraz nazwisko autorki. Jakoś nigdy wcześniej nie wpadło mi ona w oko ani też ucho. Jednak już wiem, że to nadrobię i wtedy wszystkie Zagadki Kryminalne Panny Fisher będą moje i będą dumnie prezentować się na kolejnej białej półce. Zapewne nowej, bo już kończy mi się miejsce na obecnych. Ale do rzeczy!
Podróż pociągiem w latach 20-tych XX wieku nie należy do przyjemności. Można się nieźle poobijać, zmęczyć i nadenerwować. Trzeba być przygotowanym na całkiem nieeleganckie zachowania i nudne rozmowy ze starszymi paniami w kapeluszach, Ale zdarza się również, że cały wagon pasażerów zostaje uśpiony chloroformem. Nie mówiąc o tym, że niektórzy zostają… zamordowani. A to już stanowi pewne urozmaicenie. Nikt nie spodziewał się zabójczego towarzysza podróży. Nikt tez niczego nie widział i nikt nie ma pomysłu, co dokładnie mogło się stać i kiedy. Tylko starsza pani mogłaby coś powiedzieć na ten temat, ale niestety, to właśnie ona nie żyje. Zabójca źle się jednak przygotował do swojego zadania. Nie wziął pod uwagę, że wśród pasażerów będzie Phryne Fisher, najbardziej wyzwolona, pyskata i nieustraszona ze wszystkich australijskich detektywów! Panna Fisher, i jej niezawodna beretta kaliber .32 i pokojówka Dot dołożą wszelkich starań, aby mordercę spotkała zasłużona kara. A śledztwo poprowadzą z właściwą sobie elegancją, humorem i bezczelnością.
Faktycznie, morderstwo w pociągu to pewne urozmaicenie podróży, ale trochę oklepany temat, taki odgrzewany kotlet. Wszystkim od razu kojarzy się morderstwo w słynnym Orient Expressie, którym również przypadkowo podróżował słynny i znakomity detektyw Poirot. Mój mąż określił książkę Kerry Greenwood jako podróbę. A to za sprawą skojarzenia właśnie tych tytułów. Jednak coś w tym faktycznie jest. Zresztą mój luby ponownie powtórzył swoją opinię, gdy usłyszał, że znalazłam kolejne podobieństwo tylko, że tym razem do innego słynnego detektywa. Owym nowym tropem autorka nakierowała mnie na uwielbianego przeze mnie Sherlocka Holmesa, a to za sprawą adresu pod którym mieszka wspaniała pani detektyw – 221B Esplande, St Kilda (Sherlock mieszkał na Backer Street 221B). Mam rację? No chyba, że jestem tak zafiksowana Holmesem, co też może być prawdą. W każdym razie czytając dalej doszłam do wniosku, że jest to połączenie eleganckiego i zamożnego Poirota ze sprytnym, inteligentnym aczkolwiek czasem aroganckim i pewnym siebie Holmesem, który obraca się w różnym towarzystwie. Panna Fisher jest bogata, piękna, zadbana, ubiera się szykownie, ma różnych znajomych, jest pyskata, wyzwolona, odważna… Potrafi okazywać dobre serce sierotkom, jest zacięta i również potrafi się bać. Posiada sportowy samochód, którym sama jeździ jak rajdowiec i wplątuje się w romanse. Tu też moje skojarzenie z Poirotem (nie o romansach mowa, lecz o samochodach). On nie przepadał za nimi, a jego przyjaciel Arthur Hastings uwielbiał i fascynowały go wyścigi. W powieści Kerry Greenwood jest odwrotnie, to Dot nie lubi podróżować autem. Co jeszcze łączy słynnych męskich detektywów złotego wieku i pannę Fisher? Stan wolny. Romanse romansami, ale partnera na stałe nie ma. Na tym zakończę porównanie.

Akcja powieści toczy się w Australii. Na początku podróżujemy pociągiem, gdzie dochodzi do zagadkowej zbrodni. Z pociągu znika starsza pani, a podróżująca z nią córka, tak jak i reszta pasażerów została uśpiona. Jednak ciało matki zniknęło z przedziału. Zniknęło z pociągu. Znajduje się jakiś czas później, ileś kilometrów wstecz. Wszystko wygląda tak jakby staruszka spadła z nieba i coś ją stratowało. Gdzie ślady? Gdzie morderca? Zagadka robi się jeszcze ciekawsza, gdy nagle pojawia się samotna dziewczynka, która straciła pamięć. Czy obie sprawy mają coś ze sobą wspólnego? A może jedna naprowadzi na trop drugiej. Oczywiście panna Fisher wraz z policją postara się rozwiązać zagadkę, a w zasadzie dwie. Między czasie wda się w romans z pewnym młodym przystojniakiem.

Podsumowując „Morderstwo w pociągu” to kryminał w stylu retro. Główną bohaterką jest bogata i wyzwolona pani detektyw, która w tamtych czasach onieśmielała i intrygowała. Książka sama w sobie nie jest obszerna, czyta się szybko i przyjemnie. Niewątpliwie ma swój klimat, a sama panna Fisher wzbudza sympatię. Połączenie Holmesa z Poirotem w wydaniu żeńskim. Fabuła z pozoru banalna, jednak z czasem staje się ciekawiej. Nie zmieni to jednak faktu, że mordercę można dość łatwo wytropić, a także jego motyw, tak więc tutaj nie ma co spodziewać się jakiegoś zaskoczenia. Nie ma też jakiegoś błądzenia w zagadkach, ani spektakularnego połączenia faktów na końcu jak to miał w zwyczaju robić Holmes czy też Poirot. Z jednej strony trochę to zawodzi bo uwielbiam ten moment, gdy detektyw mądrala uświadamia wszystkich w tym czytelnika jak doszedł do rozwiązania. Mam wrażenie, że pani detektyw zbyt mało angażuje się w akcję i ma od tego ludzi. Jednak całość jest smaczna, taka trochę bardziej kobieca i z pazurem. Lekka i przyjemna powieść kryminalna, która z pewnością umili czas. Jestem bardzo ciekawa innych części. Być może będą się różnić od tej i bardziej mnie zaskoczą zakończeniem. W każdym razie jeśli lubicie takie klimaty to polecam. Panna Fisher zaprasza do swojej willi i swojego kryminalnego świata.

poniedziałek, 27 marca 2017

Szkoła żon - Magdalena Witkiewicz

cykl: Szkoła żon (tom 1) | seria: Seria z Tulipanem
wydawnictwo: Filia
data wydania: 17 kwietnia 2013
liczba stron: 256

„[...]to prawda, że kobiety są zdumiewające. Kobiety maja siłę, która zdumiewa mężczyzn. Mają dzieci, przezwyciężają trudności, dźwigają ciężary, ale obstają przy szczęściu, miłości i radości. Uśmiechają się, kiedy chcą krzyczeć, śpiewają, kiedy chcą płakać, plączą, kiedy są szczęśliwe i śmieją się, kiedy są zdenerwowane.  Kobiety są różnych wielkości, kolorów i kształtów.  Prowadzą, latają, chodzą lub wysyłają ci maile żeby powiedzieć ci, że cię kochają. Serce kobiety jest tym, co powoduje, że świat się kręci. Kobiety robią więcej niż to, że rodzą. Przynoszą radość i nadzieję, współczucie i ideały. Kobiety maja wiele do powiedzenia i do dania. Tak, serce kobiety jest zadziwiające.”

Zaczęłam z przytupem, czyli obszernym cytatem (znalezionym nie gdzie indziej jak na Facebooku), z porcyjką komplementów pod adresem kobiet. Wstęp nie bez powodu jest taki a nie inny, bo dzisiaj będzie o kobietach,a wszystko za sprawą kolejnej już książki Magdaleny Witkiewicz. Tym razem w moje ręce trafiła „Szkoła żon”, nie tam żadna nowinka wydawnicza, ale tej jeszcze nie miałam okazji czytać. Mam w planach stworzyć sobie półeczkę z twórczością tej autorki (mówiłam już, że ją uwielbiam? ;p) Żoną jestem, tak więc lektura w sam raz…
Julia jest świeżo po rozwodzie. Bardzo świeżo. Dokładnie pięć godzin i dwadzieścia siedem minut. Właśnie opija w klubie z przyjaciółkami imprezę rozwodową, kiedy w loterii wizytówkowej wygrywa tajemnicze zaproszenie do luksusowego spa o nietuzinkowej nazwie… Lista rzeczy, które ma ze sobą zabrać do „Szkoły żon” ogranicza się do szczoteczki do zębów i jednej pary bielizny. Julia, która porzuciła wiarę w miłość i w ogóle we wszystko, nie ma już nic więcej do stracenia, decyduje się jechać. W niesamowitym luksusowym spa, ona i kilka innych, zwyczajnych kobiet, przeżywają przygodę życia. Zostają tam przez 3 tygodnie a po powrocie nic nie jest już takie samo… Już nigdy żaden facet ich nie zostawi.
Kobiety niby wyjątkowe, często o tej wyjątkowości swojej zapominają. Skupiają się nie na mankamentach, a obowiązkach i często wpadają w objęcia upływającego czasu i rutyny. Mało, która akceptuje siebie w całości i jest wolna od kompleksów. Tu się chyba zgodzicie. Młode kobiety nagle stają się matkami, które na pierwszym miejscu stawiają dzieciaki i to pod każdym względem, a dla siebie nie starcza im już czasu i siły. Seksowne narzeczone, zmieniają się w żony, które zazwyczaj skupiają się na mężu, domu… a w oczach mężów tracą ten blask, a czasem nawet stają się zołzami. Zmienia się punkt widzenia, ciało, garderoba, nawyki i wymówki...kompleksy też, bo zazwyczaj ich przybywa. I takie właśnie kobiety znajdziemy w „Szkole żon”.


„Z ekranu telewizora patrzyła na nich Ewelina i mówiła, że piękno jest w oczach. Że nieważne, jak kobieta wygląda, ważne jest to, jak się zachowuje.
- Liczy się spojrzenie – mówiła. - Czasem wystarczy jedno. To kim jesteście, zależy tylko od was!”

Magdalena Witkiewicz ulepiła z literek kobiety zwyczajne. Takie jak ja, Ty czy twoja sąsiadka. Niezależnie od tego w jakim wieku jesteśmy, zajdziemy w nich cząstkę siebie. Taki autoportret stworzony z kawałeczków. Każda z bohaterek boryka się z czymś innym, a jednak łączy je jedno – nie dostrzegają w sobie kobiety… Kobiety, która jest wyjątkowa, która ma prawo do szczęścia i życia bez cienia kompleksów. Tym samym daje możliwość swoim czytelniczkom, aby spojrzały na siebie i swoje życie. Taka tam chwila refleksji...

„Szkoła żon” to lekka i przyjemna powieść z przesłaniem dla płci pięknej. Nie żaden poradnik perfekcyjnej żoneczki co to mężowi wszystko poda pod nos i jeszcze będzie na każde wezwanie. Nic z tych rzeczy, drogie panie...i panowie. To raczej kop w tyłek od dobrej ciotki, która chce nam przypomnieć, że każda z nas może być gwiazdą jeśli tylko ze chce i spojrzy w lustro. Autorka chce nam tym razem pokazać, że każda z nas jest wyjątkowa i może tak się czuć. Wystarczy zaakceptować siebie i popracować nad tym i owym. Uwierzyć w siebie, swoje możliwości i dążyć do realizacji marzeń. Do czarowania słowami i mądrości ukrytej między wierszami przyzwyczaiła nas autorka w swoich książkach. Jednak tym razem mamy jeszcze trochę pikanterii, a mianowicie sceny erotyczne, które pobudzają kobiecą wyobraźnię. Wszystko oczywiście ze smakiem i z nutą romantyzmu. Luksus, relaks, przystojni panowie, kobiety, które odkrywają swoją wewnętrzną siłę… Powiedziałabym na bogato! Bogato i nierealnie…wręcz sielankowo i słodko. Nie uważam tego jednak za minus, a dobry materiał do pełnego relaksu podczas czytania. Totalne oderwanie od szarości dnia codziennego. Typowa babska literatura, która umili nie jedno popołudnie, albo i nie, jedno tylko jedno. Bo jeśli nic wam nie będzie przeszkadzać w czytaniu to przeczytacie ją błyskawicznie. To także lektura w sam raz na wiosnę… na wiosenne zmiany… Tak sobie myślę, że każdej z nas taki turnus w Szkole Żon dobrze by zrobił. Kochane Kobietki wraz z powiewem wiosny pokochajcie siebie, bo każda z nas jest wyjątkowa i silna. Podobno! Myślę, że miłośniczek twórczości Magdaleny Witkiewicz nie muszę długo namawiać, aby sięgnęły po ten tytuł (jeśli jeszcze tego nie zrobiły). Natomiast całą resztę gorąco namawiam do rozpoczęcia przygody z czarodziejskim piórem tej autorki, kochani wybór jest szeroki, w tytułach można wybierać i przebierać. Ja już swoich faworytów mam! A teraz na sam koniec zapraszam was do babińca w Szkole Żon!

„Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie.”


H. Jackson Brown Jr

czwartek, 16 marca 2017

Książę Mgły - Carlos Ruiz Zafón


wydawnictwo: Muza
cykl: Trylogia mgły (tom 1)
tytuł oryginału: El príncipe de la niebla
data wydania: 10 listopada 2010
liczba stron: 200

(...) czasem, niezwykle rzadko, może raz na milion, trafia się ktoś bardzo młody, kto pojmuje, że życie jest drogą, z której nie ma powrotu, i uznaje, że to gra nie dla niego.

Carlos Ruiz Zafon, nazwisko tego pisarza jest chyba znane każdemu miłośnikowi książek. Nawet jeśli taki Kowalski nie czytał ani jednej jego książki, to i tak wie o kogo chodzi. Swego czasu było głośno o jego powieści „Cień wiatru” i stąd też kojarzę jego nazwisko. Powiem więcej, ta książka znajduje się na mojej półce. Jednak - tu z żalem i wstydem oznajmiam – nie przeczytałam jej do tej pory. Stoi sobie tak od dłuższego czasu i czeka na swoją kolei. Zawsze były inne książki pod ręką, egzemplarze recenzenckie itp. Zapewne dalej byłabym w tyle z twórczością autora , gdyby nie to, że teraz mieszkam praktycznie w szpitalu, a moją jedyną ucieczką od problemów są książki. Teraz przydają się nawet bardziej niż kiedyś. Mąż co chwilę funduje niespodzianki i dostaje od niego książki. Na jednym z takich stosików znalazłam właśnie powieści Zafona. Już miałam zabrać się za kolejny thriller, ale w ostatniej chwili stwierdziłam, że może dla odmiany przeczytam coś zupełnie innego i przy okazji poznam wreszcie coś pióra tego właśnie autora. Fartem trafiłam na jego debiutancką powieść, „Książę mgły”. Cieszy mnie to ogromnie, gdyż dowiem się jak tworzył od samego początku...można powiedzieć, że z czasem będę mogła porównać „jak rozwijał pisarskie skrzydła”. Tak więc w chwilach spokoju, gdy synek spał uciekałam do świata stworzonego przez Zafona. Ekspresowo zabrałam się za czytanie i równie ekspresowo skończyłam.
Rodzina Carverów (trójka dzieci, Max, Alicja, Irina, i ich rodzice) przeprowadza się w roku 1943 do małej osady rybackiej na wybrzeżu Atlantyku. Zamieszkuje w domu niegdyś należącym do rodziny Fleishmanów, których dziewięcioletni syn Jacob utonął w morzu. Od pierwszych dni dzieją się tutaj dziwne rzeczy; nocą w ogrodzie Max widzi posągi artystów cyrkowych. Dzieci poznają kilkunastoletniego Rolanda, od którego dowiadują się różnych ciekawostek o miasteczku i o zatopionym pod koniec pierwszej wojny statku. Poznają także dziadka Rolanda, latarnika Victora Kraya. To on opowie im o złym czarowniku, Księciu Mgły, który gotów jest spełnić każdą prośbę lub życzenie, ale w zamian żąda bardzo wiele. Coś, co dzieciom wydaje się jeszcze jedną miejscową legendą, szybko okazuje się zatrważającą prawdą. Musiało upłynąć wiele lat, by Max zdołał wreszcie zapomnieć owe letnie dni, podczas których odkrył, niemal przypadkiem, istnienie magii.
„Książę mgły” to jedna z czterech powieści autora, które zostały stworzone z myślą o młodzieży, jednak autor pisząc je miał nadzieję, że trafią także do starszych czytelników. Podobno chciał stworzyć taką książkę, którą sam chciałby pochłonąć będąc już staruszkiem. Czy mu się udało? Jeśli w tak zaawansowanym wieku ma się ochotę na lekką literaturę, wypełnioną magią, mroczną zagadką, która odbiega od monotonii życia codziennego to chyba tak. Od razu zostajemy wrzuceni do domu zegarmistrza, Maximilana Carvera. Jesteśmy świadkami jak ojciec informuje rodzinę o wyprowadzce, która ma odbyć się już następnego dnia. Od tego momentu akcja rusza, a my wyruszamy za rodziną do nowego miejsca. Do domku przy plaży, gdzie mieli wieść spokojne życie, z dala od wojny. Jednak to lato nie było spokojne, a nastoletni Max i jego siostra stoczyli własną bitwę z magią. W konsekwencji wydarzeń dzieci poznały co to zauroczenie, przyjaźń, niebezpieczeństwo i śmierć. Momentalnie zostały obdarte z dzieciństwa, a beztroskie lato zamieniło się w koszmar.

Spójrzmy na książkę oczami młodych czytelników. Niewinnie zaczynająca się fabuła, która nie przytłacza, a wręcz zachęca do czytania. Gabarytowo też nie jest obszerna, co też nie zniechęci dzieciaków, które rozpoczynają swoją przygodę z książkami, tym gatunkiem czy też twórczością autora. Akcja toczy się szybko i płynnie. Nie musimy długo czekać na rozwój wydarzeń, szybko wyczuwamy, że coś jest na rzeczy. Mamy napięcie, tajemnicę, rówieśników ( Max – 13 - latek, Alicja niedługo miała wkroczyć w „dorosłość” i najmłodsza Irina), dziwne wydarzenia, dreszczyk, mroczną otoczkę, a do tego wspomniane już czary. Nie może się obyć bez młodzieńczych emocji i gonitwy myśli. Niebezpieczeństwo czai się tuż za rogiem, a dzieciakom rodzice nie stają na drodze. Jak to zwykle bywa dzieciaki na pierwszym planie, a rodzice to tło.

Teraz nasz punkt widzenia, czyli dorosłych, którzy przeczytali niejedno i niejedno już widzieli (nie mówię o czarach, choć kto wie co kto z nas widział ;p). Przyjemna lektura, którą naprawdę szybko się czyta. Żadne tam wymyśle cuda na kiju, smaczny kąsek, z mrocznym klimatem i tajemnicą, którą chcą rozwikłać dzieciaki. Kluczem do zagadki jest latarnik, który nie chce wyjawić całej prawdy. Myślę, że dla nas mogłoby być więcej akcji, więcej stron i więcej tego dreszczyku. Jesteśmy chyba przyzwyczajeni do mocniejszego uderzenia i większego szoku. Tutaj mamy trochę okrojoną wersję, no ale wiadomo dzieciom nie zafunduje się mega mocnych wrażeń.

Podsumowując… „Książę mgły” narobił mi smaczku na inne książki autora. Miło spędziłam czas, oderwałam się od codzienności i przeniosłam się nie tylko do miasteczka rybackiego, ale również do dzieciństwa. Przez chwilę poczułam się jak te dzieci, które drążą temat, aby odkryć mroczny sekret. Jednak jest to wersja light jak na mój wiek. Jednak wiadomo, gdzieś tam w środku dzieckiem się jest zawsze i serce otwarte jest na magię, głosy, otwierające się szafy i dziwne zjawiska. Szczególnie smaczne są tajemnice. Po przeczytaniu człowiek przypomina sobie, że lepiej uważać na to, co komu się obiecuje. Ważne jest też to, że wystarczy moment i nagle życie się zmienia i wchodzimy na inny etap.

niedziela, 12 marca 2017

Już mnie nie oszukasz - Harlan Coben


wydawnictwo: Albatros
data wydania: 15 lutego 2017
tytuł oryginału: Fool me once
liczba stron: 416

„Kiedy wykluczymy niemożliwe,to, co pozostaje, choćby najbardziej nieprawdopodobne, musi być prawdą.” sir Arthur Conan Doyle - „Sherlock Holmes”

Dzisiaj zaczynam błyskotliwą myślą Sherlocka Holmesa, a powodem nie jest tylko moje wielkie uwielbienie, żeby nie było. Tą jakże trafną myśl, docenił również Harlan Coben i umieścił ten cytat (i to nie raz!) w swojej książce - „Już mnie nie oszukasz”.

Co zrobisz, kiedy nie będziesz mógł zaufać nawet samemu sobie?

Niełatwo złamać żołnierza, ale Maya Stern jest pewna, że popada w szaleństwo. Jej życie rozsypało się w gruzy wraz ze śmiercią ukochanej siostry Clarie i męża, Joego. W snach krzyki zabijanych z jej rozkazu cywilów mieszają się z krzykami zamordowanego na jej oczach Joego. Na jawie Maya stara się pozszywać strzępki rodzinnego życia, ale jedyne co robi to niszczy wszystko, co pozostało. Kiedy więc dwa tygodnie po pogrzebie na nagraniu z domowej kamery widzi Joego bawiącego się z ich córką, nie wie, czy może wierzyć własnym oczom. Zawsze ufała mężowi. Teraz nie może ufać nawet sobie. Ale przecież była świadkiem jego morderstwa… Jak ma wytłumaczyć to, co widzi?
„Już mnie nie oszukasz” to świetny thriller, który przeniesie czytelnika do rzeczywistości Mai Stern. Do demonów wojny, które zamieniają noce w koszmar. Do wątpliwości we własną ocenę sytuacji. Do śmierci, która czai się za plecami, a czasem stoi ramię w ramię. Do przerażającej prawdy i całej sterty sekretów. Bogactwo, przeszłość, miłość, strach o życie córki… Główna bohaterka zostaje wdową, samotną matką, która musi poradzić sobie z paroma tajemnicami i dziwnymi śladami. Coraz więcej zagadek. Poszlak. To co się wokół niej dzieje, jest co najmniej dziwne. Podejmuje ona ryzyko i na własną rękę próbuje dojść do tego o co w tym wszystkim chodzi. Które zgodny mają ze sobą powiązania. Co skrywa przeszłość. A co ważne, czy aby na pewno nie zwariowała... Od samego początku czytelnik nie może narzekać na nudę. Im dalej zagłębiamy się w treść tym więcej poszlak i więcej tajemnic do odkrycia. Autor udowadnia, że jest mistrzem w swoim fachu. Przenosi czytelnika w mroczne klimaty, daje pożywkę jego wyobraźni i pozwala rozsmakować się w doskonale wyczarowanej fabule.

Myślisz, że znasz prawdę. A prawda jest taka, że nie wiesz nic.

Do odkrycia prawdy ukrytej pod grubą stertą sekretów, kłamstw i podejrzeń potrzebne są zdolności Sherlocka Holmesa. Chyba wszyscy wiedzą, że słynie on z doskonałej dedukcji i jak widać błyskotliwych myśli, które sprawdzają się nawet w thrillerze Cobena. Autor tym cytatem nakierowuje nas na właściwy trop. Podpowiada czytelnikowi, że to co wydaje się najbardziej nieprawdopodobne może okazać się prawdziwe. Na tą genialną myśl wpadłam dopiero po przeczytaniu książki. Dopiero po tym, jak Harlan Coben wywiódł mnie w pole. Pozwolił się zachłysnąć ciekawą fabułą, tajemnicą, tropami i namiastką dedukcji, która w zderzeniu z mistrzem tego gatunku po prostu kuleje, o czym się właśnie przekonałam. Nawet obcowanie z Sherlockiem Holmesem i podglądanie możliwości dedukcji nie nauczyło mnie, że nie można wykluczyć tego co z pozoru wydaje się niemożliwe. Tak o to szczęka mi opadła, gdy autor za pomocą swoich bohaterów wyłożył karty na stół. Takiego obrotu spraw się nie spodziewałam. Poczułam się oszukana (o ironio w połączeniu z tytułem!). Przez autora? Nie, przez bohaterów. A konkretnie jedna postać zawiodła mnie w ślepą uliczkę. Przez chwilę miałam w głowie chaos… Jak? Gdzie? Czemu? Dlaczego? Po co? Eeee? Jednak po chwili poczułam ogromne zadowolenie… Zadowolenie z lektury. Z wrażeń. Czas spędzony z tą książką nie był czasem stracony ani przez sekundkę. Cóż mogę jeszcze dodać? Mroczna okładka, zagadkowa treść i jakże zaskakujące zakończenie, to mieszanka wybuchowa. Idealnie dopracowana powieść, która zadowoli miłośników tych klimatów. Po raz kolejny przekonałam się jaką siłę rażenie ma dobra literatura. Ile daje frajdy i jak doskonale odrywa od rzeczywistości. Macie ochotę na wyścig z pozorami? W takim razie zapraszam do lektury!