poniedziałek, 8 maja 2017

Życie na wynos - Olga Rudnicka


cykl: Emilia Przecinek (tom 2)
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 9 maja 2017
liczba stron: 368

„Wielkie umysły nie potrzebują słów, by dojść do porozumienia...”

Olgi Rudnickiej zapewne nie muszę nikomu przedstawiać, gdyż albo mieliście już okazję czytać którąś z jej powieści, albo czytaliście moje recenzje na ich temat. Nie? W takim razie proponuję nadrobić zaległości w obu czynnościach. Dzisiaj będzie słów kilka o jej najnowszej książce -”Życie na wynos”- która w księgarniach pojawi się 9 maja.
Emilia Przecinek znana autorka powieści dla kobiet, w wieku czterdziestu lat zostaje rozwódką z dwójką nastoletnich dzieci, kredytem hipotecznym do spłacenia oraz matką i teściową na karku. Dzieci nalegają, żeby chodziła ma randki, obie starsze panie, no cóż, jak to one, włażą z butami, gdzie się da. W takiej sytuacji można albo załamać się nerwowo, albo popełnić morderstwo. Mimo niesprzyjających okoliczności Emilia postanawia odmienić swoje życie. Nie jest to łatwe, gdyż mężczyźni, których spotyka, absolutnie nie przypominają wspaniałych bohaterów jej powieści. Pech chce, że teściowa pisarki łamię nogę. Unieruchomiona na wózku, zaczyna obserwować sąsiadów, co okazuje się zajęciem na pełen etat, a nawet dwa, gdyż nie wszystko można zobaczyć przez okno, niektóre rzeczy trzeba podsłuchać. Przed wścibskimi staruszkami nic się nie ukryje. Ani kochanka o czerwonych włosach, ani skłonna do awantur żona,ani lezący w piwnicy trup, którego znajduje Emilia.
Tak oto po raz kolejny na naszej czytelniczej drodze pojawia się Emilia Przecinek, Kropka, Kropek i dwa pterodaktyle. Nie może również zabraknąć barwnej Wieśki i policjantów, których zapewne pamiętamy z poprzedniej książki. Emilia to chyba jedna z najbardziej zakręconych bohaterek na jakie trafiłam do tej pory. Zastanawiam się jakim cudem kobieta tej czterdziestki w tym świecie dożyła. Jednak do rzeczy… Tym razem pisarka nie jest już załamaną żoną, rozwiodła się z byłym mężem, spłaca kredyt i przeszła metamorfozę. Jednak nadal nad głową fruwają jej wiekowe pterodaktyle, które życia nie ułatwiają, a dzięki temu czytelnik ma niezły ubaw. Tajemniczy trup, osiedlowe dochodzenie, randki w ciemno i cała masa plotek. To znajdziecie w tej powieści.

„Co lepsza partia to zajęta i nic dziwnego, bo jak już kobieta trafi na przyzwoitego mężczyznę, którego nie ma ochoty zabić po tygodniu wspólnego mieszkania, to strzeże go jak skarb – i trzyma pod kluczem.”

„Życie na wynos” to kontynuacja przygód pisarki Emilii Przecinek i jej zakręconej rodzinki (znanej nam doskonale z „Granat poproszę!”). Jest to kolejna lekka i przyjemna książka z wątkiem kryminalnym w tle. Nieskomplikowana, a wręcz przewidywalna. Samo morderstwo jest tutaj epizodem i zarazem bodźcem, który ma rozruszać fabułę. Taki sobie szkielet, na którym opiera się ta historia. Jednak nie spodziewajcie się żadnych wielkich zagadek, wytrawnego śledztwa czy dreszczyku grozy, bo tego zwyczajnie w tej książce nie ma. Jest za to humor. Czarny humor, który składa się z komedii pomyłek, które idealnie tworzy Olga Rudnicka. Przeczytałam kilka książek autorki i jestem tą lekkością pióra i barwnością postaci urzeczona. Każda jej książka idealnie mnie odpręża i wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Szczerze mówiąc czasem nawet nawet parsknięcie. Czym ta historia różni się od poprzednich? Chyba niczym. Autorka stworzyła powieść na dobrze nam znanym i wypracowanym przez siebie schemacie. Plusem dla mnie jest kontynuacja wątku z rodziną Przecinków, bo to grupa postaci, której nie przebije chyba nic. Mieszanka wybuchowa, która ubarwia życie czytelnika i wprowadza dawkę pozytywnego chaosu – choć w realnym życiu chyba nie wytrzymałabym z taką gromadą. Szkoda tylko, że wątek kryminalny jest taki okrojony. Fajnie byłoby dostać więcej typowego kryminału w połączeniu z taką dawką ciekawych dialogów, barwnych osobowości i tego czarnego humoru. Samo rozwiązanie zagadkowego morderstwa też jest raczej wzmianką w tekście niż rozbudowanym szerzej wątkiem. Choć w sumie może i nie ma co się rozpisywać, bo czytelnik i tak już od dłuższej chwili sam morderce odkrył. Jeśli liczycie na to, że w najnowszej powieści znajdziecie „starą, dobrze znaną Olgę” to się nie zawiedziecie. Ta kobieta to wulkan pozytywnej energii mimo tego, ze zawsze uśmierca kogoś po drodze i bawi czytelników jego pechem, Nie mniej trzeba mieć naprawdę niezły talent, aby wszystko smacznie i barwnie opisać. Uwielbiam książki autorki i mimo tego, że wszystkie (które do tej pory przeczytałam) wydają się podobne to jednak nie przestanę się w nich zaczytywać. Bo jak wiadomo w czytaniu chodzi też o dobrą zabawę, a ta jest gwarantowana z twórczością Olgi Rudnickiej.

- Tak jak myślałam. Emilia, ty w naszym dochodzeniu będziesz zupełnie bezużyteczna! - stwierdziła Adela.
- Niekoniecznie… - zaprotestowała słabo jej córka. - Zależy co miałabym robić.
-Myśleć! - wysyczała Jadwiga.
- Z tym rzeczywiście może być problem – przyznała się dzielnie Emilia.- Moje umiejętności dedukcji nie są na najwyższym poziomie. Jestem raczej typem kreatywnym.
- Jakim? - zdumiała się teściowa.
- Ona żyje z wymyślania, a nie z myślenia. […]

Podsumowując: jeśli potrzebujecie lekkiej fabuły, która umili wam czas, a nie obciąży umysłu to polecam wybrać się do księgarni i nabyć książkę tej autorki. Najpierw jednak proponuję zacząć (kto jeszcze tego oczywiście nie zrobił) od poprzedniej części „Granat poproszę!”, wtedy zdecydowanie łatwiej będzie się wam wczuć w klimat. Jeszcze jedna moja rada… Dystans przy lekturach Olgi Rudnickiej jest wskazany! Pisze na wesoło, a z typowym kryminałem ma to raczej niewiele wspólnego, jednak trupa zawsze się gdzieś znajdzie!

Za możliwość przeczytania ebooka dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka

niedziela, 23 kwietnia 2017

Luonto - Melissa Darwood

wydawnictwo: Filia
data wydania: kwiecień 2017
liczba stron: 320

„Jesteś zwierzęciem, tylko wtedy, gdy zachowujesz się jak zwierzę.”

Dziś książka, na którą czekałam z wielką niecierpliwością. Odłożyłam dla niej na bok inne zaczęte pozycje i pochłonęłam ją tak szybko jak tylko było to możliwe. Mowa o najnowszej powieści Melissy Darwood - „Luonto”. Moja przygoda z twórczością autorki zaczęła się kilka lat temu, gdy w moje ręce trafiła „Larista”. Swoją wyobraźnią, stylem i lekkością pióra kupiła mnie od razu. Później była jej kolejna książka, „Pryncypium”. Wiedziałam, że mnie wciągnie i się nie pomyliłam. Tak więc sami widzicie, że nie mogłam nie czekać na najnowszą z nutą ciekawości i głodu literatury – Jej literatury.
"Podczas trzęsienia ziemi siedemnastoletnia Chloris zostaje uratowana przez monstrualne ptaszysko. Orzeł jest Homanilem, dwudziestoletnim chłopakiem o imieniu Gratus. Zabiera dziewczynę do Luonto – osady będącej odpowiednikiem biblijnej arki. Homanile żyją pod ludzką postacią, lecz gdy zaczynają nimi targać silne emocje, przemieniają się w zwierzęta. Między Chloris a Gratusem rodzi się zakazane uczucie. Jaką misję mają do spełnienia Homanile? Czy związek ludzkiej dziewczyny z Homanilem ma szansę na przetrwanie? Nadchodzi koniec świata. Żywioły pragną zemsty. A może nic nie jest takie, jakim się wydaje... Wolisz poznać gorzką prawdę, czy upajać się słodkim kłamstwem?"
Wiecie czego brakuje mi odkąd mieszkam w mieście? Przestrzeni, spokoju, zapachów poranków, ciemnych nocy z jej tylko znanymi odgłosami. Rześkości, które przynosi po upale dnia letniego. Koncertu żab, w pobliskim stawie i zapachu skoszonej trawy, lucerny czy czego tam jeszcze. Co powiecie na zapach akacji? Miałam ich kilka pod domem...zapach obłędny! A lipa i jej pszczela gwardia? Też cudne zjawisko, szczególnie, gdy tworzy aleję przypominającą zielony tunel nad twoją głową! Pola, aleje, dzikie kwiaty… Tyle lat czerpałam z tego garściami, wychowałam się na wsi i lepszego dzieciństwa sobie nie wyobrażam! Wiedziałam co mam pod nosem, a jednak zapragnęłam wygody i dostępu do wszystkiego. A teraz? Uciekam do lasu, na polne ścieżki, na łąki… szkoda tylko, że moje „dzikie” miejsca przestają być dzikie. Tam, gdzie jeszcze dwa lata temu było pole i cisza, tam wyrastają płoty, domy, osiedla… W sumie się nie dziwię, bo sama chętnie bym zamieszkała pod lasem, a jednak gdzieś tam mi przykro. Przyroda dookoła nas jest zadziwiająca, jednak coraz rzadziej ją zauważamy… Nie czerpiemy z niej tak jak powinniśmy... Bywa i tak, że niszczymy… Autorka w swojej książce porusza temat ekologii, tego co jest dookoła i tego co stworzyła Matka Natura, a co my sami marnotrawimy. Pokazuje w sposób obrazowy do czego zdolny jest człowiek. Zabiera w podróż, która ma pokazać egoizm człowieka, pazerność i krótkowzroczność. Jednak wyczarowuje też piękniejsze widoki niż smętna lala z jednym okiem pośrodku niczego. Wyczarowuje świat idealny, czysty, pachnący życiem… Sama chętnie wdrapałabym się na pewne wzniesienie i usiadła na ławce, by popatrzeć na cudne widoki. Nacieszyć oczy. Dotlenić płuca i się wyciszyć.


„ - Po co mi to mówisz, skoro i tak nigdy nie będziemy razem?
- A po co oddychasz, skoro i tak kiedyś umrzesz?”

Wbrew tematyce, o której właśnie wspomniałam, „Luonto” nie jest podręcznikiem o ekologii. To kolejna dawka rozwiniętej i bogatej wyobraźni autorki. Czytelnik może jej skosztować, wniknąć do świata utkanego z fantazji Melissy Darwood. Początek wydał mi się bardzo przyjemny, stworzony na szkicu dobrze znanego mi schematu, który ma tak wiele książek tego typu. Jednak w ogóle nie czułam zniechęcenia. Wiedziałam, ze popłynę z nurtem i byłam pewna, że wiem co będzie dalej. Jednak w pewnym momencie akcja totalnie zmieniła swój tor. To było pierwsze zaskoczenie. Drugim było zakończenie, którego w ogóle się nie spodziewałam. Z jednej strony było „Ej no!”, a z drugiej brawa za taki właśnie krok. Wiem, że ta historia inaczej zakończyć się nie mogła. Autorka zwinnie odbiegła od tego co zapowiadał początek jej powieści. Nie było schematycznie i mdło. Była nastoletnia miłość, nuta fantastyki, lekcja ekologii i dramaturgia.

Podsumowując: „Luonto” to jeden żywioł. To słodko – gorzka historia, która ma odważne moim zdaniem zakończenie jeśli chodzi o tego typu książki. To opowieść, która oderwała mnie od mojej rzeczywistości na kilka godzin. Pobudziła wyobraźnię i pozwoliła znów zakosztować przyjemności, bo dawno już nie miałam w rękach powieści z tego gatunku. Jednak różni się ona od „Laristy” i „Pryncypium” …uderza w ciut inne tony, choć zarazem podobne. Mimo, że dwie poprzednie skradły moje serce,to jednak z tej książki jestem czytelniczo bardzo zadowolona. Jestem również autorce wdzięczna, za zakończenie! Jeśli macie ochotę na małą podróż do „Luonto” i przy okazji stanąć na drodze żywiołów to zapraszam do lektury! Myślę, że ci, którzy styl Melissy Darwood uwielbiają nie będą rozczarowani jej najnowszą powieścią. A ja już z niecierpliwością, czekam na kolejne książki autorki!


„Pieprzyć życie! Po co o nim czytać, skoro ma się je na co dzień? Książka powinna dawać wytchnienie od cierpienia, nieść nadzieję, że pomimo przeszkód wszystko się dobrze skończy...”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorce oraz wydawnictwu Filia

czwartek, 13 kwietnia 2017

Prosty gest - Ángeles Doñate


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 28 marca 2017
liczba stron: 440

„Jednym z uroków starych listów jest to, że nie wymagają odpowiedzi.”
Lord Byron

Ten cytat przywodzi mi na myśl stertę listów, które do dnia dzisiejszego ma moja mama. Pożółkłe już koperty skrywające tajemnice jej młodości. Więzi łączące ją z przyjaciółmi. Być może gdzieś tam ukryta jest czyjaś fotografia, jakieś przeprosiny lub opisy ważnych przeżyć, sekrety albo wyznania. Tego nie wiem. Mogę snuć domysły, bawić się tą tajemnicą przewiązaną błękitną wstążeczką, która zapadła mi w pamięci jeszcze kiedy byłam dziewczynką z kucykiem na głowie. Przypomina mi on coś jeszcze. Moje listy, które dawno temu zostawiłam za sobą przy przeprowadzce. Teraz tego żałuję, bo ja tak bardzo lubię listy! Obrazy utkane z myśli przeistaczały się w słowa spływające na papier. Sunący szybko bądź leniwie długopis. I zdania, zdania, zdania, które miały umilić czas adresatowi danego listu. Słowo pisane jest takie plastyczne i barwne. Można się nim bawić. Można czarować, krytykować, oskarżać, obrażać, szokować lub wyznawać miłość. Można wszystko. Jednak ta forma komunikacji międzyludzkiej przechodzi do lamusa. Jeszcze trochę i mało kto będzie wiedział co to jest list. Takie czasy, powiecie. Może i tak, ale czy naprawdę w dobie maili, komunikatorów, czatów, sms-ów nie znajdzie się chwila na list?

„Nigdy kropla łzy nie zrosi maila.”
Książka, której akcja toczy się w miasteczku Porvenir, gdzie z powodu drastycznego spadku liczby wysyłanych listów miejscowa poczta zostaje zamknięta. Tym samym jej pracownicy, w tym główna bohaterka Sara, zostają zmuszeni do przeniesienia się do innego miejsca. Kobieta, która do tej pory była jedyną listonoszką w Porvenir, przyjaźni się z wątła staruszką Rosą. Osiemdziesięciolatka pragnie, by Sara i jej trzej synowie mieli szczęśliwe życie bez zmartwień. Wydawać by się mogło, że ta krucha kobieta nie może jednak zrobić nic, by wpłynąć na los samotnej matki z dziećmi. Rosa pisze jednak list, którego treść powstaje już od 60 lat i może on diametralnie zmienić toczące się losy bohaterów. To książka dla kobiet, która pokazuje, jaką potęgę mogą mieć zwykłe słowa.
A pamięta ktoś jeszcze to przyjemne oczekiwanie na listonosza? Na odpowiedź, która powinna już nadejść, a jeszcze jej nie ma? Ciekawość przy otwieraniu koperty, przyśpieszone bicie serca podczas czytania i tęsknotę za kolejnym rytuałem oczekiwania, otwierania i czytania? Ja jeszcze pamiętam. Może i ta forma jest przestarzała, retro, niemodna, wolniejsza od maila, ale ma w sobie magię. Magię, której nie ma elektroniczna podróba. Nie ma łzy, zapachu, pocałunku i ciepła dłoni nadawcy. Dzisiejsza korespondencja jest wybebeszona. Wstęp do dzisiejszej recenzji jest nieco długi, ale tak mnie naszło i inaczej się nie dało. Dlaczego? Ponieważ książka, którą dzisiaj chcę wam pokazać, uświadomiła mi jak wiele tracimy nie pisząc listów.

„Prosty gest” to debiutancka powieść Angeles Donate, kobiety, która ceni sobie odręczne pismo i nadal przechowuje wszelką korespondencję, włącznie z kartkami bożonarodzeniowymi. Stworzyła historię z pozoru prostą. Płynącą powoli swoim nurtem i wciągającą swoich czytelników do miasteczka Porvenir, gdzie domy z kamienia mają swój czar. Gdzie wszyscy się znają, gdzie skrywają swoje sekrety, demony i marzenia. Miasteczko spokojne, otoczone lasami i górami, gdzie czas płynie po swojemu. Jest tam też pewna ruda kobieta, Sara, matka, rozwódka, listonoszka. To ona ma kłopoty i ktoś jej bliski wpada na pomysł jak uratować ją, jej posadę i pocztę w miasteczku. Od tego momentu jesteśmy świadkami owego prostego gestu. Ogniwa, które łączy się z następnym i kolejnym. Kilka zdań. Myśli. Tajemnic. Przypadkowych osób i ważna sprawa, która jednoczy mieszkańców miasteczka i zmienia ich życie.

Wyobraźcie sobie, że macie napisać do kogoś przypadkowego z waszego miasteczka. Zrobić malutki gest dla czyjegoś dobra. Anonimowo, ale szczerze. Co wy na to? Przyznam, że sam pomysł jest nawet ciekawy, gorzej pewnie z wykonaniem w naszych realiach. A szkoda, bo to zapewne ciekawe doświadczenie. Wracając jednak do książki. Lekka, przyjemna i z przesłaniem. Nie tylko przypomina nam jak fajne jest słowo pisane i ile przyjemności można czerpać z pisania i otrzymywania listów, ale przede wszystkim, że czasem wystarczy drobny gest, aby komuś pomóc, lub zmienić życie kilku osób. Niby zwyczajna opowieść z kilkoma bohaterami, a jednak potrafi wciągnąć i zainteresować. A przy okazji czytania, można też trafić na całkiem smaczne cytaty, choć co za dużo to niezdrowo i w pewnym miejscu trochę autorka zaszalała. Jednak jeśli szukacie czegoś w tym klimacie czyli coś ciepłego i ze smakiem to polecam. Tylko pamiętajcie to nie jest książka, po której oczekuje się zaskakującego zakończenia czy szaleńczego tempa akcji. Tu warto się skupić na gatunku epistolarnym, na słowie pisanym, na listach i ich przekazie. A i może przy okazji złapać bakcyla do pisania listów. Ja sama dostałam ochotę do napisania kilku słów. A na koniec mała przestroga…

„Niewypowiedziane słowa są jak kotwice, które ciągną nas na dno.”

Za ebooka dziękuję wydawnictwu Prószyński i Sk-a

sobota, 1 kwietnia 2017

Co kryją jej oczy - Sarah Pinborough #cozazakonczenie


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
tytuł oryginału: Behind Her Eyes
data wydania: 14 marca 2017
liczba stron: 400

„Drogi prawdziwej miłości nigdy nie są proste.”

Poznając drugiego człowieka nigdy nie poznamy go w 100%. Zawsze są tajemnice, pozory, maski… Gdzieś tam w środku czai się cień. Nawet w tak bliskiej relacji jak małżeństwo nie może być mowy o pełnym poznaniu współmałżonka. Człowiek to tak naprawdę chaos z komórek, narządów, zapachu, emocji i psychiki. Człowiek to po prostu chodząca zagadka… niebezpieczna, nieobliczalna, zdolna do wszystkiego, a szczególnie do manipulacji, zbrodni i… O tym jak szalony i bystry zarazem może być człowiek przekonałam się podczas czytania kolejnego w minionym już miesiącu thrillera. „Co kryją jej oczy” autorstwa Sarah Pinborough to książka, którą pożegnałam marzec. I od razu lecę do was z początkiem kwietnia, by swoje zdanie na jej temat wyrazić.

Jednego dnia nasze życie bywa szare, nudne i bez fajerwerków, a kolejnego zaczyna nabierać rumieńców, by z czasem wystrzelić całą gamą fajerwerków. Dotychczasowa nuda ucieka do kąta a na jej miejsce przychodzą pytania, zagadki, dziwne wydarzenia. Zwyczajna kobieta, matka, rozwódka, sekretarka… Osoba złakniona miłości, wplątuje się w dziwny trójkąt. Sama nawet nie wie, że jest marionetką w pewnej chorej grze. Niebezpiecznej i szalonej. Jak groźnej o tym dowiedziałam się na samym końcu. Sama nie wiem czy doznałam tylko szoku czy jeszcze ciarek na plecach na myśl o tym co się wydarzyło. I nie mam tu na myśli zwyczajnej zbrodni. Tak więc… Komu zaufać? Kto kłamie? Kto jest groźny? Kto jest ofiarą? Odpowiedź na to pytanie zna tylko jedna osoba...

Ostatnio gustuję w tych bardziej „mrocznych” klimatach. Jedne książki są lepsze inne ciut słabiej wyglądają w blasku tych pierwszych. Dość mocno zaskoczył mnie ostatnimi czasy Harlan Coben w swojej książce, jednak tym razem moja szczęka uszła ledwo z życiem po zderzeniu z podłogą. Wiedziałam, że książka tej autorki zapowiada się ciekawie i potrafi wciągnąć, jednak takiego obrotu spraw się nie spodziewałam. Powiem więcej, autorka zrobiła mnie w konia (w sumie to nawet pasuje do dzisiejszego prima aprilis) i gdy już byłam z siebie dumna, że wyprzedzę fakty i znam zakończenie, to nagle na głowę spadł mi strumień zimnej wody. Guzik wiedziałam, albo raczej pół guzika. A to bardzo duży plus. W sumie książka Sarah Pinborough ma same plusy. Jedynym minusem jest tutaj Louise. Serio, dawno już żadna postać nie działała mi na nerwy tak bardzo. Ja wiem, że musiała spełnić swoją rolę i tak się zachowywać, ale na litość Boską jak można być tak naiwnym?! Tak wnerwiać czytelnika?! Chociaż po chwili, sama zaczęłam się zastanawiać co ja zrobiłabym na jej miejscu. Komu bym uwierzyła? Co zrobiła? Jak połączyła fragmenty układanki? Być może podobnie.

„Co kryją jej oczy” to obsesyjna gra pozorów i kłamstw. Zabawa w kotka i myszkę. Obraz ludzkiej psychiki i to pokazany od tej ciemniejszej strony. To wreszcie kawał dobrej literatury, który wciąga z każdą stroną bardziej. Czytelnik dołącza do tej dziwnej gry i jest ciekawy zakończenia. A ono wręcz nokautuje. Autorka udowadnia nie tylko to, jak bardzo ludzie potrafią być skomplikowani, zagadkowi i niebezpieczni, ale również to jak są fałszywi i ubrani w pozory. Tak naprawdę od początku do końca czytelnik nie może odetchnąć i powiedzieć, że wie na czym stoi. Tu nic nie jest czarne i białe. Aż do finału. Fabuła naprawdę wciąga, całość pochłania się ekspresowo, a im bliżej końca tym trudniej się oderwać. Bohaterowie nie są idealni. Są brzydko mówiąc popieprzeni (jedni bardziej a inni mniej). Ubrani w tajemnice, wyrzuty sumienia, czy zaplątani w sieć manipulacji. Wszystko misternie połączone. Czytelnik wnika do fabuły do tego stopnia, że chciałby wpłynąć na rozwój wydarzeń i choćby nawrzeszczeć na Louise. Niestety, możemy tylko stać i się przyglądać. Jest to jedna z lepszych książek jakie ostatnio miałam okazję czytać. Tak więc nie pozostaje mi nic innego jak zachęcić was do jej przeczytania. Wejdźcie do gry… zakosztujcie manipulacji i tego co na pierwszy rzut oka wydaje się szaleństwem...czymś niemożliwym!

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Prószyński i Sk-a

czwartek, 30 marca 2017

Morderstwo w pociągu - Kerry Greenwood


cykl: Zagadki kryminalne panny Fisher
wydawnictwo: Albatros
data wydania: 30 października 2015
liczba stron: 224

Całkiem przypadkiem odkryłam nową serię kryminałów i to w moim ulubionym stylu retro. Miałam okazję poznać nowe nazwisko w świecie detektywów – Fisher. Tylko, że tym razem detektyw jest kobietą, a jej imię to Phryne. Oczywiście kobiety, które bawią się w te klocki to żadna nowość w literaturze kryminalnej i to nawet retro. Znamy przecież chyba wszyscy miłośnicy tego gatunku, słynną Pannę Marple, którą stworzyła Agatha Christie. Nowością jest dla mnie tutaj cała ta seria oraz nazwisko autorki. Jakoś nigdy wcześniej nie wpadło mi ona w oko ani też ucho. Jednak już wiem, że to nadrobię i wtedy wszystkie Zagadki Kryminalne Panny Fisher będą moje i będą dumnie prezentować się na kolejnej białej półce. Zapewne nowej, bo już kończy mi się miejsce na obecnych. Ale do rzeczy!
Podróż pociągiem w latach 20-tych XX wieku nie należy do przyjemności. Można się nieźle poobijać, zmęczyć i nadenerwować. Trzeba być przygotowanym na całkiem nieeleganckie zachowania i nudne rozmowy ze starszymi paniami w kapeluszach, Ale zdarza się również, że cały wagon pasażerów zostaje uśpiony chloroformem. Nie mówiąc o tym, że niektórzy zostają… zamordowani. A to już stanowi pewne urozmaicenie. Nikt nie spodziewał się zabójczego towarzysza podróży. Nikt tez niczego nie widział i nikt nie ma pomysłu, co dokładnie mogło się stać i kiedy. Tylko starsza pani mogłaby coś powiedzieć na ten temat, ale niestety, to właśnie ona nie żyje. Zabójca źle się jednak przygotował do swojego zadania. Nie wziął pod uwagę, że wśród pasażerów będzie Phryne Fisher, najbardziej wyzwolona, pyskata i nieustraszona ze wszystkich australijskich detektywów! Panna Fisher, i jej niezawodna beretta kaliber .32 i pokojówka Dot dołożą wszelkich starań, aby mordercę spotkała zasłużona kara. A śledztwo poprowadzą z właściwą sobie elegancją, humorem i bezczelnością.
Faktycznie, morderstwo w pociągu to pewne urozmaicenie podróży, ale trochę oklepany temat, taki odgrzewany kotlet. Wszystkim od razu kojarzy się morderstwo w słynnym Orient Expressie, którym również przypadkowo podróżował słynny i znakomity detektyw Poirot. Mój mąż określił książkę Kerry Greenwood jako podróbę. A to za sprawą skojarzenia właśnie tych tytułów. Jednak coś w tym faktycznie jest. Zresztą mój luby ponownie powtórzył swoją opinię, gdy usłyszał, że znalazłam kolejne podobieństwo tylko, że tym razem do innego słynnego detektywa. Owym nowym tropem autorka nakierowała mnie na uwielbianego przeze mnie Sherlocka Holmesa, a to za sprawą adresu pod którym mieszka wspaniała pani detektyw – 221B Esplande, St Kilda (Sherlock mieszkał na Backer Street 221B). Mam rację? No chyba, że jestem tak zafiksowana Holmesem, co też może być prawdą. W każdym razie czytając dalej doszłam do wniosku, że jest to połączenie eleganckiego i zamożnego Poirota ze sprytnym, inteligentnym aczkolwiek czasem aroganckim i pewnym siebie Holmesem, który obraca się w różnym towarzystwie. Panna Fisher jest bogata, piękna, zadbana, ubiera się szykownie, ma różnych znajomych, jest pyskata, wyzwolona, odważna… Potrafi okazywać dobre serce sierotkom, jest zacięta i również potrafi się bać. Posiada sportowy samochód, którym sama jeździ jak rajdowiec i wplątuje się w romanse. Tu też moje skojarzenie z Poirotem (nie o romansach mowa, lecz o samochodach). On nie przepadał za nimi, a jego przyjaciel Arthur Hastings uwielbiał i fascynowały go wyścigi. W powieści Kerry Greenwood jest odwrotnie, to Dot nie lubi podróżować autem. Co jeszcze łączy słynnych męskich detektywów złotego wieku i pannę Fisher? Stan wolny. Romanse romansami, ale partnera na stałe nie ma. Na tym zakończę porównanie.

Akcja powieści toczy się w Australii. Na początku podróżujemy pociągiem, gdzie dochodzi do zagadkowej zbrodni. Z pociągu znika starsza pani, a podróżująca z nią córka, tak jak i reszta pasażerów została uśpiona. Jednak ciało matki zniknęło z przedziału. Zniknęło z pociągu. Znajduje się jakiś czas później, ileś kilometrów wstecz. Wszystko wygląda tak jakby staruszka spadła z nieba i coś ją stratowało. Gdzie ślady? Gdzie morderca? Zagadka robi się jeszcze ciekawsza, gdy nagle pojawia się samotna dziewczynka, która straciła pamięć. Czy obie sprawy mają coś ze sobą wspólnego? A może jedna naprowadzi na trop drugiej. Oczywiście panna Fisher wraz z policją postara się rozwiązać zagadkę, a w zasadzie dwie. Między czasie wda się w romans z pewnym młodym przystojniakiem.

Podsumowując „Morderstwo w pociągu” to kryminał w stylu retro. Główną bohaterką jest bogata i wyzwolona pani detektyw, która w tamtych czasach onieśmielała i intrygowała. Książka sama w sobie nie jest obszerna, czyta się szybko i przyjemnie. Niewątpliwie ma swój klimat, a sama panna Fisher wzbudza sympatię. Połączenie Holmesa z Poirotem w wydaniu żeńskim. Fabuła z pozoru banalna, jednak z czasem staje się ciekawiej. Nie zmieni to jednak faktu, że mordercę można dość łatwo wytropić, a także jego motyw, tak więc tutaj nie ma co spodziewać się jakiegoś zaskoczenia. Nie ma też jakiegoś błądzenia w zagadkach, ani spektakularnego połączenia faktów na końcu jak to miał w zwyczaju robić Holmes czy też Poirot. Z jednej strony trochę to zawodzi bo uwielbiam ten moment, gdy detektyw mądrala uświadamia wszystkich w tym czytelnika jak doszedł do rozwiązania. Mam wrażenie, że pani detektyw zbyt mało angażuje się w akcję i ma od tego ludzi. Jednak całość jest smaczna, taka trochę bardziej kobieca i z pazurem. Lekka i przyjemna powieść kryminalna, która z pewnością umili czas. Jestem bardzo ciekawa innych części. Być może będą się różnić od tej i bardziej mnie zaskoczą zakończeniem. W każdym razie jeśli lubicie takie klimaty to polecam. Panna Fisher zaprasza do swojej willi i swojego kryminalnego świata.

poniedziałek, 27 marca 2017

Szkoła żon - Magdalena Witkiewicz

cykl: Szkoła żon (tom 1) | seria: Seria z Tulipanem
wydawnictwo: Filia
data wydania: 17 kwietnia 2013
liczba stron: 256

„[...]to prawda, że kobiety są zdumiewające. Kobiety maja siłę, która zdumiewa mężczyzn. Mają dzieci, przezwyciężają trudności, dźwigają ciężary, ale obstają przy szczęściu, miłości i radości. Uśmiechają się, kiedy chcą krzyczeć, śpiewają, kiedy chcą płakać, plączą, kiedy są szczęśliwe i śmieją się, kiedy są zdenerwowane.  Kobiety są różnych wielkości, kolorów i kształtów.  Prowadzą, latają, chodzą lub wysyłają ci maile żeby powiedzieć ci, że cię kochają. Serce kobiety jest tym, co powoduje, że świat się kręci. Kobiety robią więcej niż to, że rodzą. Przynoszą radość i nadzieję, współczucie i ideały. Kobiety maja wiele do powiedzenia i do dania. Tak, serce kobiety jest zadziwiające.”

Zaczęłam z przytupem, czyli obszernym cytatem (znalezionym nie gdzie indziej jak na Facebooku), z porcyjką komplementów pod adresem kobiet. Wstęp nie bez powodu jest taki a nie inny, bo dzisiaj będzie o kobietach,a wszystko za sprawą kolejnej już książki Magdaleny Witkiewicz. Tym razem w moje ręce trafiła „Szkoła żon”, nie tam żadna nowinka wydawnicza, ale tej jeszcze nie miałam okazji czytać. Mam w planach stworzyć sobie półeczkę z twórczością tej autorki (mówiłam już, że ją uwielbiam? ;p) Żoną jestem, tak więc lektura w sam raz…
Julia jest świeżo po rozwodzie. Bardzo świeżo. Dokładnie pięć godzin i dwadzieścia siedem minut. Właśnie opija w klubie z przyjaciółkami imprezę rozwodową, kiedy w loterii wizytówkowej wygrywa tajemnicze zaproszenie do luksusowego spa o nietuzinkowej nazwie… Lista rzeczy, które ma ze sobą zabrać do „Szkoły żon” ogranicza się do szczoteczki do zębów i jednej pary bielizny. Julia, która porzuciła wiarę w miłość i w ogóle we wszystko, nie ma już nic więcej do stracenia, decyduje się jechać. W niesamowitym luksusowym spa, ona i kilka innych, zwyczajnych kobiet, przeżywają przygodę życia. Zostają tam przez 3 tygodnie a po powrocie nic nie jest już takie samo… Już nigdy żaden facet ich nie zostawi.
Kobiety niby wyjątkowe, często o tej wyjątkowości swojej zapominają. Skupiają się nie na mankamentach, a obowiązkach i często wpadają w objęcia upływającego czasu i rutyny. Mało, która akceptuje siebie w całości i jest wolna od kompleksów. Tu się chyba zgodzicie. Młode kobiety nagle stają się matkami, które na pierwszym miejscu stawiają dzieciaki i to pod każdym względem, a dla siebie nie starcza im już czasu i siły. Seksowne narzeczone, zmieniają się w żony, które zazwyczaj skupiają się na mężu, domu… a w oczach mężów tracą ten blask, a czasem nawet stają się zołzami. Zmienia się punkt widzenia, ciało, garderoba, nawyki i wymówki...kompleksy też, bo zazwyczaj ich przybywa. I takie właśnie kobiety znajdziemy w „Szkole żon”.


„Z ekranu telewizora patrzyła na nich Ewelina i mówiła, że piękno jest w oczach. Że nieważne, jak kobieta wygląda, ważne jest to, jak się zachowuje.
- Liczy się spojrzenie – mówiła. - Czasem wystarczy jedno. To kim jesteście, zależy tylko od was!”

Magdalena Witkiewicz ulepiła z literek kobiety zwyczajne. Takie jak ja, Ty czy twoja sąsiadka. Niezależnie od tego w jakim wieku jesteśmy, zajdziemy w nich cząstkę siebie. Taki autoportret stworzony z kawałeczków. Każda z bohaterek boryka się z czymś innym, a jednak łączy je jedno – nie dostrzegają w sobie kobiety… Kobiety, która jest wyjątkowa, która ma prawo do szczęścia i życia bez cienia kompleksów. Tym samym daje możliwość swoim czytelniczkom, aby spojrzały na siebie i swoje życie. Taka tam chwila refleksji...

„Szkoła żon” to lekka i przyjemna powieść z przesłaniem dla płci pięknej. Nie żaden poradnik perfekcyjnej żoneczki co to mężowi wszystko poda pod nos i jeszcze będzie na każde wezwanie. Nic z tych rzeczy, drogie panie...i panowie. To raczej kop w tyłek od dobrej ciotki, która chce nam przypomnieć, że każda z nas może być gwiazdą jeśli tylko ze chce i spojrzy w lustro. Autorka chce nam tym razem pokazać, że każda z nas jest wyjątkowa i może tak się czuć. Wystarczy zaakceptować siebie i popracować nad tym i owym. Uwierzyć w siebie, swoje możliwości i dążyć do realizacji marzeń. Do czarowania słowami i mądrości ukrytej między wierszami przyzwyczaiła nas autorka w swoich książkach. Jednak tym razem mamy jeszcze trochę pikanterii, a mianowicie sceny erotyczne, które pobudzają kobiecą wyobraźnię. Wszystko oczywiście ze smakiem i z nutą romantyzmu. Luksus, relaks, przystojni panowie, kobiety, które odkrywają swoją wewnętrzną siłę… Powiedziałabym na bogato! Bogato i nierealnie…wręcz sielankowo i słodko. Nie uważam tego jednak za minus, a dobry materiał do pełnego relaksu podczas czytania. Totalne oderwanie od szarości dnia codziennego. Typowa babska literatura, która umili nie jedno popołudnie, albo i nie, jedno tylko jedno. Bo jeśli nic wam nie będzie przeszkadzać w czytaniu to przeczytacie ją błyskawicznie. To także lektura w sam raz na wiosnę… na wiosenne zmiany… Tak sobie myślę, że każdej z nas taki turnus w Szkole Żon dobrze by zrobił. Kochane Kobietki wraz z powiewem wiosny pokochajcie siebie, bo każda z nas jest wyjątkowa i silna. Podobno! Myślę, że miłośniczek twórczości Magdaleny Witkiewicz nie muszę długo namawiać, aby sięgnęły po ten tytuł (jeśli jeszcze tego nie zrobiły). Natomiast całą resztę gorąco namawiam do rozpoczęcia przygody z czarodziejskim piórem tej autorki, kochani wybór jest szeroki, w tytułach można wybierać i przebierać. Ja już swoich faworytów mam! A teraz na sam koniec zapraszam was do babińca w Szkole Żon!

„Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie.”


H. Jackson Brown Jr

czwartek, 16 marca 2017

Książę Mgły - Carlos Ruiz Zafón


wydawnictwo: Muza
cykl: Trylogia mgły (tom 1)
tytuł oryginału: El príncipe de la niebla
data wydania: 10 listopada 2010
liczba stron: 200

(...) czasem, niezwykle rzadko, może raz na milion, trafia się ktoś bardzo młody, kto pojmuje, że życie jest drogą, z której nie ma powrotu, i uznaje, że to gra nie dla niego.

Carlos Ruiz Zafon, nazwisko tego pisarza jest chyba znane każdemu miłośnikowi książek. Nawet jeśli taki Kowalski nie czytał ani jednej jego książki, to i tak wie o kogo chodzi. Swego czasu było głośno o jego powieści „Cień wiatru” i stąd też kojarzę jego nazwisko. Powiem więcej, ta książka znajduje się na mojej półce. Jednak - tu z żalem i wstydem oznajmiam – nie przeczytałam jej do tej pory. Stoi sobie tak od dłuższego czasu i czeka na swoją kolei. Zawsze były inne książki pod ręką, egzemplarze recenzenckie itp. Zapewne dalej byłabym w tyle z twórczością autora , gdyby nie to, że teraz mieszkam praktycznie w szpitalu, a moją jedyną ucieczką od problemów są książki. Teraz przydają się nawet bardziej niż kiedyś. Mąż co chwilę funduje niespodzianki i dostaje od niego książki. Na jednym z takich stosików znalazłam właśnie powieści Zafona. Już miałam zabrać się za kolejny thriller, ale w ostatniej chwili stwierdziłam, że może dla odmiany przeczytam coś zupełnie innego i przy okazji poznam wreszcie coś pióra tego właśnie autora. Fartem trafiłam na jego debiutancką powieść, „Książę mgły”. Cieszy mnie to ogromnie, gdyż dowiem się jak tworzył od samego początku...można powiedzieć, że z czasem będę mogła porównać „jak rozwijał pisarskie skrzydła”. Tak więc w chwilach spokoju, gdy synek spał uciekałam do świata stworzonego przez Zafona. Ekspresowo zabrałam się za czytanie i równie ekspresowo skończyłam.
Rodzina Carverów (trójka dzieci, Max, Alicja, Irina, i ich rodzice) przeprowadza się w roku 1943 do małej osady rybackiej na wybrzeżu Atlantyku. Zamieszkuje w domu niegdyś należącym do rodziny Fleishmanów, których dziewięcioletni syn Jacob utonął w morzu. Od pierwszych dni dzieją się tutaj dziwne rzeczy; nocą w ogrodzie Max widzi posągi artystów cyrkowych. Dzieci poznają kilkunastoletniego Rolanda, od którego dowiadują się różnych ciekawostek o miasteczku i o zatopionym pod koniec pierwszej wojny statku. Poznają także dziadka Rolanda, latarnika Victora Kraya. To on opowie im o złym czarowniku, Księciu Mgły, który gotów jest spełnić każdą prośbę lub życzenie, ale w zamian żąda bardzo wiele. Coś, co dzieciom wydaje się jeszcze jedną miejscową legendą, szybko okazuje się zatrważającą prawdą. Musiało upłynąć wiele lat, by Max zdołał wreszcie zapomnieć owe letnie dni, podczas których odkrył, niemal przypadkiem, istnienie magii.
„Książę mgły” to jedna z czterech powieści autora, które zostały stworzone z myślą o młodzieży, jednak autor pisząc je miał nadzieję, że trafią także do starszych czytelników. Podobno chciał stworzyć taką książkę, którą sam chciałby pochłonąć będąc już staruszkiem. Czy mu się udało? Jeśli w tak zaawansowanym wieku ma się ochotę na lekką literaturę, wypełnioną magią, mroczną zagadką, która odbiega od monotonii życia codziennego to chyba tak. Od razu zostajemy wrzuceni do domu zegarmistrza, Maximilana Carvera. Jesteśmy świadkami jak ojciec informuje rodzinę o wyprowadzce, która ma odbyć się już następnego dnia. Od tego momentu akcja rusza, a my wyruszamy za rodziną do nowego miejsca. Do domku przy plaży, gdzie mieli wieść spokojne życie, z dala od wojny. Jednak to lato nie było spokojne, a nastoletni Max i jego siostra stoczyli własną bitwę z magią. W konsekwencji wydarzeń dzieci poznały co to zauroczenie, przyjaźń, niebezpieczeństwo i śmierć. Momentalnie zostały obdarte z dzieciństwa, a beztroskie lato zamieniło się w koszmar.

Spójrzmy na książkę oczami młodych czytelników. Niewinnie zaczynająca się fabuła, która nie przytłacza, a wręcz zachęca do czytania. Gabarytowo też nie jest obszerna, co też nie zniechęci dzieciaków, które rozpoczynają swoją przygodę z książkami, tym gatunkiem czy też twórczością autora. Akcja toczy się szybko i płynnie. Nie musimy długo czekać na rozwój wydarzeń, szybko wyczuwamy, że coś jest na rzeczy. Mamy napięcie, tajemnicę, rówieśników ( Max – 13 - latek, Alicja niedługo miała wkroczyć w „dorosłość” i najmłodsza Irina), dziwne wydarzenia, dreszczyk, mroczną otoczkę, a do tego wspomniane już czary. Nie może się obyć bez młodzieńczych emocji i gonitwy myśli. Niebezpieczeństwo czai się tuż za rogiem, a dzieciakom rodzice nie stają na drodze. Jak to zwykle bywa dzieciaki na pierwszym planie, a rodzice to tło.

Teraz nasz punkt widzenia, czyli dorosłych, którzy przeczytali niejedno i niejedno już widzieli (nie mówię o czarach, choć kto wie co kto z nas widział ;p). Przyjemna lektura, którą naprawdę szybko się czyta. Żadne tam wymyśle cuda na kiju, smaczny kąsek, z mrocznym klimatem i tajemnicą, którą chcą rozwikłać dzieciaki. Kluczem do zagadki jest latarnik, który nie chce wyjawić całej prawdy. Myślę, że dla nas mogłoby być więcej akcji, więcej stron i więcej tego dreszczyku. Jesteśmy chyba przyzwyczajeni do mocniejszego uderzenia i większego szoku. Tutaj mamy trochę okrojoną wersję, no ale wiadomo dzieciom nie zafunduje się mega mocnych wrażeń.

Podsumowując… „Książę mgły” narobił mi smaczku na inne książki autora. Miło spędziłam czas, oderwałam się od codzienności i przeniosłam się nie tylko do miasteczka rybackiego, ale również do dzieciństwa. Przez chwilę poczułam się jak te dzieci, które drążą temat, aby odkryć mroczny sekret. Jednak jest to wersja light jak na mój wiek. Jednak wiadomo, gdzieś tam w środku dzieckiem się jest zawsze i serce otwarte jest na magię, głosy, otwierające się szafy i dziwne zjawiska. Szczególnie smaczne są tajemnice. Po przeczytaniu człowiek przypomina sobie, że lepiej uważać na to, co komu się obiecuje. Ważne jest też to, że wystarczy moment i nagle życie się zmienia i wchodzimy na inny etap.

niedziela, 12 marca 2017

Już mnie nie oszukasz - Harlan Coben


wydawnictwo: Albatros
data wydania: 15 lutego 2017
tytuł oryginału: Fool me once
liczba stron: 416

„Kiedy wykluczymy niemożliwe,to, co pozostaje, choćby najbardziej nieprawdopodobne, musi być prawdą.” sir Arthur Conan Doyle - „Sherlock Holmes”

Dzisiaj zaczynam błyskotliwą myślą Sherlocka Holmesa, a powodem nie jest tylko moje wielkie uwielbienie, żeby nie było. Tą jakże trafną myśl, docenił również Harlan Coben i umieścił ten cytat (i to nie raz!) w swojej książce - „Już mnie nie oszukasz”.

Co zrobisz, kiedy nie będziesz mógł zaufać nawet samemu sobie?

Niełatwo złamać żołnierza, ale Maya Stern jest pewna, że popada w szaleństwo. Jej życie rozsypało się w gruzy wraz ze śmiercią ukochanej siostry Clarie i męża, Joego. W snach krzyki zabijanych z jej rozkazu cywilów mieszają się z krzykami zamordowanego na jej oczach Joego. Na jawie Maya stara się pozszywać strzępki rodzinnego życia, ale jedyne co robi to niszczy wszystko, co pozostało. Kiedy więc dwa tygodnie po pogrzebie na nagraniu z domowej kamery widzi Joego bawiącego się z ich córką, nie wie, czy może wierzyć własnym oczom. Zawsze ufała mężowi. Teraz nie może ufać nawet sobie. Ale przecież była świadkiem jego morderstwa… Jak ma wytłumaczyć to, co widzi?
„Już mnie nie oszukasz” to świetny thriller, który przeniesie czytelnika do rzeczywistości Mai Stern. Do demonów wojny, które zamieniają noce w koszmar. Do wątpliwości we własną ocenę sytuacji. Do śmierci, która czai się za plecami, a czasem stoi ramię w ramię. Do przerażającej prawdy i całej sterty sekretów. Bogactwo, przeszłość, miłość, strach o życie córki… Główna bohaterka zostaje wdową, samotną matką, która musi poradzić sobie z paroma tajemnicami i dziwnymi śladami. Coraz więcej zagadek. Poszlak. To co się wokół niej dzieje, jest co najmniej dziwne. Podejmuje ona ryzyko i na własną rękę próbuje dojść do tego o co w tym wszystkim chodzi. Które zgodny mają ze sobą powiązania. Co skrywa przeszłość. A co ważne, czy aby na pewno nie zwariowała... Od samego początku czytelnik nie może narzekać na nudę. Im dalej zagłębiamy się w treść tym więcej poszlak i więcej tajemnic do odkrycia. Autor udowadnia, że jest mistrzem w swoim fachu. Przenosi czytelnika w mroczne klimaty, daje pożywkę jego wyobraźni i pozwala rozsmakować się w doskonale wyczarowanej fabule.

Myślisz, że znasz prawdę. A prawda jest taka, że nie wiesz nic.

Do odkrycia prawdy ukrytej pod grubą stertą sekretów, kłamstw i podejrzeń potrzebne są zdolności Sherlocka Holmesa. Chyba wszyscy wiedzą, że słynie on z doskonałej dedukcji i jak widać błyskotliwych myśli, które sprawdzają się nawet w thrillerze Cobena. Autor tym cytatem nakierowuje nas na właściwy trop. Podpowiada czytelnikowi, że to co wydaje się najbardziej nieprawdopodobne może okazać się prawdziwe. Na tą genialną myśl wpadłam dopiero po przeczytaniu książki. Dopiero po tym, jak Harlan Coben wywiódł mnie w pole. Pozwolił się zachłysnąć ciekawą fabułą, tajemnicą, tropami i namiastką dedukcji, która w zderzeniu z mistrzem tego gatunku po prostu kuleje, o czym się właśnie przekonałam. Nawet obcowanie z Sherlockiem Holmesem i podglądanie możliwości dedukcji nie nauczyło mnie, że nie można wykluczyć tego co z pozoru wydaje się niemożliwe. Tak o to szczęka mi opadła, gdy autor za pomocą swoich bohaterów wyłożył karty na stół. Takiego obrotu spraw się nie spodziewałam. Poczułam się oszukana (o ironio w połączeniu z tytułem!). Przez autora? Nie, przez bohaterów. A konkretnie jedna postać zawiodła mnie w ślepą uliczkę. Przez chwilę miałam w głowie chaos… Jak? Gdzie? Czemu? Dlaczego? Po co? Eeee? Jednak po chwili poczułam ogromne zadowolenie… Zadowolenie z lektury. Z wrażeń. Czas spędzony z tą książką nie był czasem stracony ani przez sekundkę. Cóż mogę jeszcze dodać? Mroczna okładka, zagadkowa treść i jakże zaskakujące zakończenie, to mieszanka wybuchowa. Idealnie dopracowana powieść, która zadowoli miłośników tych klimatów. Po raz kolejny przekonałam się jaką siłę rażenie ma dobra literatura. Ile daje frajdy i jak doskonale odrywa od rzeczywistości. Macie ochotę na wyścig z pozorami? W takim razie zapraszam do lektury!

czwartek, 9 marca 2017

Rodzina O. Sezon I. 1968/69 - Ewa Madeyska


wydawnictwo: Znak Literanova
data wydania: 2 marca 2017
liczba stron: 544

„Śmierć ją bzyknie we właściwym momencie. Ciebie bzyknęło życie.”

Życie bywa brutalne, długie, krótkie, średniej długości, szare, kolorowe, ale także przewrotne. Zaskakuje w najmniej oczekiwanym momencie. Życie lubi zbiegi okoliczności i zaskoczenie wymalowane na ludzkich twarzach. Życie jak to życie, potrafi brzydko mówiąc bzyknąć i „zostawić”. Podobnie zresztą śmierć… Cytat, którym rozpoczęłam dzisiejszą recenzję, spodobał mi się od razu. Trafnie opisuje treść książki, z której pochodzi. Ostatnio połakomiłam się na pierwszy polski serial literacki, czyli „Rodzinę O”. Moje łakomstwo wywołał jej opis. Krótki, ale intrygujący. Nie mogłam oprzeć się pragnieniu posiadania tej książki i poznania członków tej rodziny. Moja ciekawość została szybko zaspokojona, dzięki mężowi, który książkę w ekspresowym tempie kupił. Czego się spodziewałam? To mogę od razu zdradzić… komedii. No, dobra czegoś co pod komedię podchodzi i wniesie w moją codzienność dawkę humoru. Chyba ten opis tak mnie nakierował…

Rodzina rzecz święta, choć czasem przeklęta.
Helena, jednooka głowa rodziny O.
Tadeusz, syn Heleny, psychiatra czy wariat?
Barbara, żona Tadeusza, kochanka czy prostytutka?
Paweł, starszy syn, ofiara czy zdrajca?
Andrzej, młodszy syn, rozrabiaka czy morderca?
Nieślubne dziecko, zdrada, zagadkowa śmierć. Ta rodzina wciągnie cię w swoje kłamstwa i półprawdy, uczucia i natręctwa. Między rok ‘68 a ‘69. Między wielką historię a codzienność małego miasteczka.
Nie oderwiesz się.
Na szczęście to dopiero pierwszy sezon.
A ciąg dalszy nastąpi...


I jak się okazuje błędnie. Komedii nie ma tu zupełnie wcale. Autorka chciała co prawda wpleść w treść i dialogi coś humorystycznego, ale bardziej to przypomina czarny humor niż typową lekką komedię. Nie powiem teksty ciekawe i czasem wywołujące parsknięcie przypominające śmiech, ale giną w ponurej atmosferze jaką zafundowała swoim czytelnikom Ewa Madeyska. Historia ciekawa, a akcja rozwija się z każdą następną przerzuconą stroną. Bohaterowie i ich losy są ze sobą splecione jak się z czasem okaże. Każdy z bohaterów ma jakby swój odrębny świat, swój mały ogródek myśli, emocji, strachów, pragnień a nawet demonów, które próbują okiełznać. Każde z nich podejmuje decyzje, które mają swoje konsekwencje i nawet nie spodziewają się jak życie może się potoczyć… 

Szukacie postaci idealnych, bez żadnej skazy, przesłodzonych, lukrowatych i nierzeczywistych? Tutaj ich nie znajdziecie!

A co do samej rodziny? Wiadomo, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach… choć bywa i tak, ze w sytuacjach kryzysowych jednoczą się wszyscy.

Jaka jest ta tajemnicza rodzina O?
Nieidealna. Członkowie rodziny zazwyczaj się omijają i chyba nawet żyją pozorami. Pod dywanem znajdziemy okruchy tajemnic i niedomówień. Przeszłość czai się po kątach i czeka na odpowiedni moment.

„Rodzina O” to kawał dobrej literatury, napisanej niezłym stylem, który co prawda nie jest komedią, ale nie jest też topornym tomiszczem, które trudno przełknąć. Mimo tej szarości jaka unosi się nad tą książką i niełatwą tematyką można wyczuć pewną lekkość, która porwie swoim nurtem do samego końca. Wciągająca i wyostrzająca apetyt w miarę upływu treści. Co prawda na początku musiałam przywyknąć do dość licznych retrospekcji, aby poznać głębiej naszych bohaterów, ale szybko się przyzwyczaiłam i nie przeszkadzało mi to w czytaniu. Czytelnik jest tutaj świadkiem kilku dni z życia rodziny Opolskich. Życia, które zostaje wywrócone do góry nogami. Co zresztą autorka doskonale opisała i połączyła w całość. Największe wrażenie zrobiło na mnie zakończenie, które wyjaśnia nam przeszłość owianą mgiełką tajemnicy i niedomówień. Autorka stworzyła historię posiadającą kilka wątków i opowiedzianą kilkoma głosami. Dała swoim czytelnikom dawkę życia. Życia trudnego i przypisanego do poszczególnych postaci. Postaci, które mimo różnic łączy jedna scena i wzajemne powiązania. Co jeszcze znajdziecie w tej książce? Młodość, naiwność, wyrzuty sumienia, bunt, miłość, rozczarowanie…A także idealny portret tamtych czasów (nasi bohaterowie są wpisani w przełom lat 1968 /69) , w których liczyły się znajomości, a władza dawała szerokie pole do popisu. Tak więc niech nie przeraża was liczba stron – 533- bo zapewniam, że książkę połkniecie i szybko wnikniecie do życia rodziny Opolskich. Może i nie dostałam lekkiej historyjki, z której tryska sam humor, ale i tak jestem zadowolona. Dostałam chyba nawet coś lepszego, a na pewno bardziej treściwszego.

„Ktoś Musi trzymać sumienie na smyczy. Zakładać kaganiec na pysk wątpliwości. Otwierać lokatę na życie wieczne. Ubezpieczać na wypadek grzechu śmiertelnego.”

niedziela, 5 marca 2017

Kolejny rozdział - Agata Kołakowska


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 2 lutego 2017
liczba stron: 390

„Do bycia szczęśliwym potrzeba przecież odwagi...”

Szczęście. Towar deficytowy, wielkie pragnienie, złudzenie i wywoływacz zazdrości u innych. Każdy z nas chce być szczęśliwy, ale różnie to bywa. Jedni są i można im szczerze zazdrościć, inni tylko na takich wyglądają. Są i tacy, którzy swojego szczęścia nie dostrzegają do czasu, aż coś się wydarzy. Nie można pominąć tych, którzy wiedzą co im da szczęście, albo co im nie pozwala na taki stan, ale nie mogą się przełamać, aby coś zmienić. Jak widać odwaga wspomniana w cytacie jest niezbędna! Do czego? A choćby po to, żeby ruszyć tyłek i coś ze sobą zrobić, albo zastanowić się nad własnym życiem. Jednak czasami musi być jakiś impuls, który nas do tego zmusi. Tak też się stało w przypadku bohaterów książki Agaty Kołakowskiej „Kolejny rozdział”.
Jak czuje się człowiek, który otrzymuje na skrzynkę mejlową powieść w odcinkach, która z rozdziału na rozdział coraz bardziej przypomina jego życie? Maciej Tarski, redaktor w uznanym wydawnictwie, przychodzi do pracy i jak co dzień odbiera pocztę. Otwiera wiadomość, która na pierwszy rzut oka nie różni się niczym od dziesiątek innych. Jednak w załączniku, zamiast książki, znajduje wyłącznie pojedynczy rozdział, wysłany przez anonimowego autora o pseudonimie XYZ. Opowieść wciąga go od pierwszego zdania. I wydaje się niepokojąco znajoma. Kalina Milewska, popularna autorka thrillerów, cierpi na kryzys twórczy. Jej ostatnia powieść zebrała niepochlebne recenzje, o czym redaktor Tarski nie pozwala jej zapomnieć. Wydzwania do niej nieustannie, aby dowiedzieć się, jak postępują prace nad kolejną, nie kryjąc, że spodziewa się bestsellera na miarę poprzednich.  Redaktor Tarski podejrzewa, że intrygująca korespondencja to sprawka Kaliny, wkrótce jednak wychodzi na jaw, że jest w błędzie.  Kalina i Maciej zaczynają się niepokoić. Kto bawi się ich kosztem? Kto wie tak wiele o ich dotychczasowym życiu? I o tym, co w nim nastąpi wkrótce…  Podejrzewają wszystkich, znajomych i członków rodzin. Wraz z kolejnymi rozdziałami powieści dociera do nich, jak niewiele wiedzą o sobie i jak bardzo zapętlili się w rzeczywistości. Czy książka anonimowego autora pomoże im rozwiązać życiowe problemy? Czy poznają tożsamość tajemniczego XYZ-a?
Jak to jest, gdy ktoś wie więcej o Tobie niż Ty sam? Zapewne to przerażające uczucie, ale równie wywołuje impuls. Taki tam sygnał do naszego mózgu, aby pomyśleć co jest nie tak. Oczywiście w pierwszej kolejności można zastanawiać się, kto jest na tyle bezczelny, cwany i przebiegły? Kto z otoczenia śmie robić nam takie żarty? Podejrzenia, niepewność i nieufność. To czuł zarówno Tarski jak i Kalina. Oboje również nie potrafili żyć pełnią życia. Od środka gryzło ich coś powoli, ale skutecznie. Zarówno ona i on walczyli z własnymi demonami. Co z kolei wywoływało brak zrozumienia bądź zazdrość wśród otoczenia.

„Kolejny rozdział” to historia lekka i wciągająca od początku. Czyta się naprawdę szybko i przyjemnie. Wraz z rozwinięciem akcji wkraczamy w klimat z dreszczykiem, tak jakbyśmy czytali jakiś kryminał, a może i nawet thriller. Kombinujemy, żeby rozwiązać zagadkę i spodziewamy się, że coś się wydarzy. Przynajmniej ja czekałam na jakieś mega zakończenie, jakieś mocniejsze uderzenie, które będzie kulminacją. Im bliżej byłam zakończenia tym bardziej na to czekałam. Niestety koniec się zbliżał, a mojego mocnego uderzenia nie było. Tak też dobrnęłam do końca. Końca, który mnie totalnie rozczarował. Tak jak całość była w miarę apetyczna i nawet wciągająca, a sam pomysł na fabułę bardzo dobry, tak zakończenie jest dla mnie porażką. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale raczej nie tego. Dwa ostatnie rozdziały to jakby dwa odrębne zakończenia. Jedno bym nawet zaakceptowała, drugie już wprowadziło zamęt w mojej głowie. Coś typu: „Halo, co jest grane?”To ostudziło nieco mój entuzjazm jeśli chodzi o powieść Agaty Kołakowskiej. Jest co prawda lekko i przyjemnie i nawet przewidywalność nie raziłaby mnie jakoś szczególnie, ale to zakończenie już tak. A szkoda…

Podsumowując książka Agaty Kołakowskiej to taka analiza psychologiczna głównych bohaterów. Rozłożenie na czynniki pierwsze ich emocji i życia. Autorka porusza tutaj temat ludzkich wyborów i tego jaki mają one wpływ na nasze życie. Pokazuje jak nas i nasze wybory postrzega otoczenie, w jakim się obracamy. A także, że szczęście bywa złudne… Można je również przegapić. Na doświadczeniach głównych bohaterów widzimy, że warto wsłuchać się w siebie i ruszyć z miejsca, warto jednak pamiętać, że za nasze wybory przyjdzie nam też płacić jakąś tam cenę. To moja pierwsza powieść tek autorki więc nie mam porównania z innymi jej książkami, tę pochłonęłam szybko jednak niestety nie obyło się bez rozczarowania. Czy sięgnę po inne tytuły? Jeszcze nie wiem. Czy mogę z czystym sumieniem polecić tę książkę? Myślę, że tak. Ma na swoje atuty, a i może Wam zakończenie się bardziej spodoba.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka

środa, 1 marca 2017

Ta chwila - Guillaume Musso


wydawnictwo: Albatros
tytuł oryginału: L'instant présent
data wydania: 3 sierpnia 2016

„Po wichurze, w której zawieją dwadzieścia cztery wiatry, nic się nie ostanie.”

Spadek. To słowo, które u wielu wywołuje ślinotok i wodospad marzeń. Oczami wyobraźni widzisz jakiś domek po babci, kaskę po dziadku, autko albo inne cenne rzeczy. Czasami jednak dostaje się długi. Bywa też i tak, że dostanie się… latarnie morską. Super, co nie? Tu znowu zaczynasz zacierać rączki bo można na niej i zarobić i z niej korzystać. Jeszcze ciekawiej się robi, kiedy ktoś Ci mówi, że w piwnicy jest ściana, a za ścianą metalowe drzwi, których w żadnym wypadku otworzyć nie możesz. A czemu, dlaczego, po co, a kto mi zabroni? Odpowiedź, że kryje się tam coś niedobrego, cię nie odstrasza, a wręcz przeciwnie. Zgadza się? Pewnie tak. Spoko, sam nie jesteś drogi czytelniku, główny bohater książki, którą zaraz będę Ci polecać miał identycznie. Powiem Ci więcej, on te drzwi otworzył! Trochę się co prawda napocił, ale dopiął swego. Co tam znalazł? Potwora? Trupa? Pustkę? To już musisz odkryć sam, jednak niewątpliwie dosięgnęło go coś, co można nazwać klątwą.

Moja dzisiejsza propozycja to „Ta chwila” autorstwa jednego z poczytniejszych autorów naszych czasów. Mowa oczywiście o Guillaume Musso, który zadebiutował w 2001 roku powieścią „Skidamarink” i od tamtej pory funduje swoim czytelnikom literackie doznania. Wróży mu się dużą karierę, a w 2008 roku na ekrany kin wszedł film na podstawie jednej z jego powieści. Nie ma co ukrywać, że facet pisze z potencjałem, umie zaintrygować czytelnika i w międzyczasie udaje mu się go nie zanudzić, a wręcz wywieźć w pole. Mnie również urzekł. Pamiętam dzień, w którym od męża dostałam „Jutro” - pierwsza książka tego autora w moim dorobku. Tak mnie wciągnęła fabuła, że nie mogłam się oderwać, czytałam nawet w wannie. Od tamtej pory co jakiś czas na mojej półce pojawia się Musso, a ja wiem, że się nie zawiodę.
Lisa marzy o tym, by zostać aktorką. Żeby opłacić zajęcia w szkole teatralnej, pracuje w barze na Manhattanie. Pewnego wieczoru poznaje Arthura Costello, młodego lekarza-ratownika. Od razu coś między nimi iskrzy. Żeby go oczarować, Lisa jest gotowa na wszystko. W mieście-labiryncie, które nie daje ani chwili wytchnienia, Lisa jest w stanie podjąć każde ryzyko. Ale Arthur nie jest taki, jak inni. Już wkrótce ujawni Lisie przerażającą prawdę, która sprawia, że nie może odwzajemnić jej uczucia: "To, co się ze mną dzieje jest niewyobrażalne, a jednak jest jak najbardziej realne... ". W Nowym Jorku, mieście pełnym niespodzianek, Arthur i Lisa wspólnie będą unikać pułapek, które zastawia na nich nieubłagany przeciwnik, jakim jest czas.
„...bardzo rzadko dwie osoby pragną tej samej rzeczy w tym samym momencie.„

Jak już wiadomo w fabule chodzi o spadek, ale taki trefny, przeklęty co to tylko problemy są z nim. Nad tym spadkiem unosi się klątwa, która zmieni życie Arthura w piekiełko. Życie wywróci mu się do góry nogami, a czas zacznie płynąć zdecydowanie za szybko. Od samego początku robi się ciekawie, tajemniczo, a nawet magicznie… Nasz bohater przeżyje przygodę życia, oderwie się od szarej codzienności i wyruszy w podróż, zgubną, niebezpieczną fascynującą...w podróż do przyszłości. Życiem bohaterów kieruje przeznaczenie, która czasem daje pstryczka w nos… W tej historii nie zabraknie wątku miłosnego, szaleństwa, pożądania i tragedii życia codziennego. Bohaterowie zmagają się nie tylko z przeznaczeniem, ale również z własnymi emocjami.

"Nie zapomnij, że mamy dwa życia. Drugie zaczyna się, gdy uświadomisz sobie, że żyje się tylko raz.”

Guillaume Musso jak zwykle doskonale bawi się fabułą, postaciami i czasem, który mija, Przeskakuje i tworzy doskonałe tło do wymyślonych przez niego historii. Autor od samego początku buduje napięcie, akcja z czasem przyśpiesza i gdy czytelnik już myśli, że wszystko wie następuje nagle bum… Zakończenie go totalnie zaskakuje! W twórczości autora podoba mi się ten powiew świeżości, napięcie i to zaskoczenie na samym końcu, gdy wszystko zgrabnie układa mi się w całość. Nie mogę zapomnieć również o idealnie dobranych cytatach, które rozpoczynają każdą z pięciu części książki. „Ta chwila” to książka idealna, którą pochłania się w ekspresowym tempie. Nawet nie wiem, kiedy te strony minęły...kiedy podróż Arthura dobiegła końca. Myślę, że nam , czytelnikom autor również daje pstryczka w nos, szczególnie tym, którzy myślą, że nic nie jest w stanie ich zaskoczyć. Chciałbyś taki spadek drogi czytelniku? Masz ochotę na podróże w czasie? A może na koktajl z dwudziestu czterech wiatrów?

„Doświadczenie to nie to, co się człowiekowi przydarza, lecz to, co człowiek z tym zrobi.”

sobota, 25 lutego 2017

Pracownia dobrych myśli - Magdalena Witkiewicz


wydawnictwo: Filia
data wydania: 26 października 2016
liczba stron: 312

„ I pamiętaj: o życie się nie martw. O życie się trzeba troszczyć. „Martwić” to złe słowo. Martwić – martwy. A troszczenie jest pozytywne.”

Moja imienniczka. Mistrzyni w czarowaniu słowami. Kobieta, która wyciąga mnie z dołka choć na chwilę, lub wpędzi w kąt z garścią refleksji w ręce. O kim mowa? Oczywiście o Magdalenie Witkiewicz. Autorce, którą uwielbiają setki, ba! tysiące czytelniczek (czytelników?!). Na mojej półce znajduje się kilka jej książek i żadna mnie nie rozczarowała. Przekonałam się, że po twórczość Magdaleny Witkiewicz mogę sięgać w ciemno. Niezależnie od humoru. Tym razem uratowała mi skórę przed smutkiem… W moje ręce wpadła „Pracowania dobrych myśli”. Sam tytuł, mnie już niesamowicie przyciągał. To chyba nagła potrzeba pozytywnych myśli i emocji, a okładka jest również bardzo klimatyczna...Musiałam ją mieć do kolekcji! Do podreperowania siebie. Potrzebowałam pozytywnego kopa (zresztą potrzebuje nadal, ale do tego celu musiałabym chyba kupić wszystkie książki Pani Magdy). Tak więc moja radość na zatopienie się w lekturze była porównywalna do radości dziecka, które dostaje wymarzoną zabawkę! Serio.
Szczęście można uszyć z kawałków, jak patchwork, wtedy stworzą nowy wzór. Ale trzeba o tym wiedzieć. Mała przytulna pracownia, w której oknach zawsze stoją kwiaty, to miejsce pełne czarów. Można tam przymierzyć szczęście, przynajmniej tak brzmi jej slogan reklamowy. To tutaj, na ulicy Przytulnej 26, Pelagia, krawcowa, prowadziła przed wieloma laty pracownię krawiecką. Po jej śmierci to właśnie tu jej wnuk, Florian, postanowił otworzyć kwiaciarnię. Miejsce to dzieli z matką, Grażyną, ekscentryczną artystką. Otaczają ich przypadkowi ludzie, którzy z czasem stają się przyjaciółmi. Wielu z nich układa swoje życie na nowo. Siła tkwiąca w rodzinie, babce, matce i wnuku jest bardzo duża. Każde z nich ma w sobie pierwiastek dobrych myśli, każde z nich ma piękną moc, by obdarowywać nimi innych. Pomimo tego, że Pelagia dawno temu odeszła, w przytulnej pracowni nadal zszywane są ludzkie losy. Tworzą wspaniały patchwork, nową całość, z pozornie niepasujących do siebie kawałków, tkanych nicią dobrych myśli.
W codziennej bieganinie zapominamy o najważniejszym… o ludziach i o sobie samych. Omijamy sąsiadów, ze znajomymi rozmawiamy, ale tak by nie rozmawiać. Czasem nawet w związku nie ma prawdziwej rozmowy czy zażyłości. Siebie samych również czasami nie słuchamy i zamykamy się przed światem. A wystarczy tak niewiele, aby zakosztować przyjaźni, wspólnoty, szczęścia i życia. Idealnie pokazuje to Magdalena Witkiewicz w swojej książce. Wystarczy trochę dobrej energii, życzliwości i otwartości...do ludzi, do życia i na zmiany. Młody chłopak, któremu zamarzyła się kwiaciarnia, jego mama artystka, młoda wdowa z córeczką, jeszcze młodsza dziennikarka, para staruszków, jeden były mąż i pewien motocyklista… To główni bohaterowie tek książki. Jedna kamienica i pracownia, która się w niej znajduje. Do tego klątwa rzucona przez babcię Pelagię i tajemnice z przeszłości. Wszystko to otoczone nutką dobrej energii, optymizmu i humoru. A postacie? Barwne. Pozytywne. Najlepsza Pani Wiesia co gazety czyta, telewizję ogląda, a i internet powoli obczaja. Dobry duch w ciele staruszki, a tym samym dowód na to, że starsi ludzie są warci naszego zainteresowania. Nie można i nie warto skreślać ich z naszej listy czy też spychać na bok. Autorka zebrała w jednym miejscu różne osoby, z różnymi problemami i w różnym wieku. Każdej brakuje pełni szczęścia, dopiero gdy Fabian zabiera się za swój biznes w pracowni swojej zmarłej babci i zaczyna jednoczyć sąsiadów kamienicy, wszystko zaczyna iść w dobrym kierunku.

„ - Siadaj, Zbychu, i patrz. Oni nawet bzykalnię mają.
- Co mają?
-Bzykalnię! - Powiedziała Wiesia głośniej bez cienia rumieńca. - Seksują się tam w tej bzykalni. - Zmarszczyła brwi. - To lepsze niż ta twoja rehabilitacja – mruknęła. - Okulary zakładaj i patrz.”

Historia napisana przez Magdalenę Witkiewicz jest barwna, zabawna, lekka, optymistyczna, energetyczna i wciągająca. Umila czas i pochłania czytelnika. Autorka czaruje, zresztą jak zwykle. Za każdym razem, gdy mój synek zasypiał w szpitalnym łóżeczku, ja sięgałam po książkę i w mig przenosiłam się do „Pracowni dobrych myśli”, wchodziłam do nieskończonej najpierw, a później działającej już kwiaciarni. Przechodziłam do pracowni jego matki, słuchałam kobiet, piłam z nimi nalewkę dla zdrowotności od Pani Wiesi i zbierałam energię. Obcowałam z mieszkańcami kamienicy przy ulicy Przytulnej 26. Obserwowałam jak sprytnie rozgrywa wszystko Pani Wiesia, widziałam jak rodzi się przyjaźń, miłość i szczęście. Jak tworzy się patchwork z ludzkich losów. Mój los, niedolę i problemy (we fragmentach) też zostawiłam gdzieś tam na progu pracowni, a może zostawiłam na płótnie w pracowni Graży. Chyba tylko dzięki, krótkim drzemkom mojego syna ta książka starczyła mi na tak długo, w przeciwnym razie skończyłabym ją o wiele szybciej. Moje czytanie to też taki patchwork. Tak więc jeśli potrzebujecie pozytywnej energii to polecam „Pracownię dobrych myśli” - historię o przyjaźni, miłości, otwarciu się na życie i ludzi. I po raz kolejny chylę czoła nad talentem autorki.

Wszystko przychodzi z czasem. Gdy na to czekasz, czekasz całe życie. A gdy przestajesz czekać, los robi ci niespodziankę i to, na co wcześniej czekałaś, po prostu się dzieje. Trochę skomplikowane.

sobota, 4 lutego 2017

Królestwo za mgłą - Michał Wójcik, Zofia Posmysz


wydawnictwo: Znak Literanova
data wydania: 30 stycznia 2017
liczba stron: 320

„Bo nawet kat ma słabości. A ofiara nie zawsze jest bezbronna.”

Są książki, po które jeszcze dobrych kilka lat temu bym zwyczajnie nie sięgnęła. Taki tematycznie ciężki kaliber, który może przytłoczyć, zniechęcić itp. Do tej ciężkiej kategorii zaliczyłabym „Królestwo za mgłą”, książkę, w której znajdziecie efekt piętnastu spotkań Michała Wójcika z Zofią Posmysz, więźniarką Auschwitz, Ravensbruck i Neustadt – Glewe. Wtedy powiedziałabym – nuda – a dziś?
Trafiła do Auschwitz, mając niespełna dziewiętnaście lat. Ponad siedemdziesiąt lat po wojnie zdecydowała się po raz pierwszy opowiedzieć całą swoją historię. Zofia Posmysz mówi o tym, skąd czerpała wewnętrzną siłę, choć była świadkiem niewyobrażalnego. I jak to się stało, że ponownie zaufała życiu.
Dziś nie tylko przeczytałam z zainteresowaniem, ale dodatkowo z szokiem wymalowanym na twarzy! Każda strona i pytanie wywoływało zainteresowanie, żywą ciekawość, a czasem niedowierzanie. Nie tyle samym okrucieństwem katów, bo nasłuchało się i naczytało już trochę na ten temat, a wyobrazić sobie to raczej trudno. Wszystko to brzmi jak z koszmaru czy najgorszego horroru, aż trudno sobie uzmysłowić, że człowiek jest zdolny do takich czynów. Chyba żadne słowa nie są w stanie dokładnie opisać tych makabryczności...choć podobno malarstwo Beksińskiego dobrze obrazuje klimat (według Zofii Posmysz). Mój szok wywołały słowa rozmówczyni Michała Wójcika, to jak ona potrafi postrzegać te mroczne lata. To miejsce, które było zwyczajnie piekłem na ziemi. Pani Zofia dostrzega smugę piękna, tam gdzie inni widzą tylko grozę. Zadziwiające jest jej podejście do tego koszmaru, do wspomnień...jej siła, wola wolności i wiara...a także jej relacje z innymi więźniami, a szczególnie z oprawczynią Franz. Nigdy jeszcze nie spotkałam się z takim podejściem, z taką analizą tematu Auschwitz czy też jakiegokolwiek innego obozu. Oczywiście relacja pani Zofii również przyprawia o dreszczyk grozy, ona również przeżyła koszmar i nie miała sielankowego życia. A mimo to, widzi to czego zwykle nie da się zobaczyć czy poczuć. Po raz któryś dochodzę do wniosku, że to wyjątkowa osoba, ciekawa postać, kobieta która ma dużo do powiedzenia.

Opowiada to nie tylko w tym wywiadzie, ale również w swojej twórczości. Jej „Pasażerkę” sfilmował Andrzej Munk a konkretnie zaczął nad nią pracować, bo w międzyczasie zmarł. Co ciekawe klimat obozu został również wystawiony jako opera, która zdecydowanie bardziej przemówiła do Zofii Posmysz niż wspomniany wcześniej film. Z jej punktem widzenia nie każdy się zgadza...jej literackie obrazy są w pewien sposób przełomowe. A ja przyznaję, że nie kojarzę nic co wyszło spod pióra naszej głównej bohaterki ani nie kojarzę filmu.


„Najważniejszy jest głód, trzeba go zaspokoić. Czasami się to udawało. A gdy już można było go zaspokajać […] to człowiek zaczynał dostrzegać więcej. Na przykład piękno. Wiem, to dziwnie brzmi. Ale tak było. Pamiętam pewien poranny apel. Nad linią horyzontu wstawało słońce, budził się dzień, budziła się przyroda. Dostrzegłam to. Zatopiłam się w kontemplacji. Nie przeszkadzało mi szczekanie psów, wrzaski anwajzerek, krzyki popychanych czy bitych. Nie w tym momencie. Inna sprawa, że wyższe uczucia były dostępne tylko w sytuacji oswojenia. Gdy człowiek uświadomił sobie, że tu i teraz jest moje życie. Nie wiem, kiedy stąd wyjdę, ale póki żyję, to muszę tak żyć, jakby to była norma. Gdy więzień przyjął to wiadomości i się z tym pogodził – otwierał się. Nie od razu… Musiało minąć sporo czasu. Gdy minął szok i zmieniły się warunki życia. U niektórych to były dwa, trzy tygodnie. U innych kilka miesięcy. A jeszcze inne kobiety nigdy się z tym nie pogodziły”


„Królestwo za mgłą” to 15 spotkań, w których możemy uczestniczyć zagłębiając się w lekturę. To mnóstwo pytań i satysfakcjonujących odpowiedzi. Z tej rozmowy dowiemy się o życiu w obozie, o zagrożeniu, głodzie, próbie przetrwania, a także o ludziach. O imionach i nazwiskach, które miały twarze. Oczami wyobraźni zobaczycie bród, poczujecie smród, będziecie taplać się w błocie a przed oczami staną wychudzone postacie w pasiakach. W dziwnej mgle zatoniecie jak więźniarki obozu, jak Zofia Posmysz. Książka została wzbogacona o zdjęcia, wiersze obozowe Zofii Posmysz, a także tekst, który ukazał się w „Głosie Ludu”, a który został podpisany numerem obozowym pani Zofii. Ktoś może powiedzieć, że to kolejna książka na ten sam temat, ale nigdy za dużo książek, które są ciekawe i mogą coś wnieść do naszego życia. Każda taka zostawia coś w naszej pamięci – ta również. Ta książka to dowód na to, że o piekle można mówić na wiele sposobów. Każdy ma swoje subiektywne odczucia. Moje spotkanie z Zofią Posmysz uznaję za owocne i jeśli lubicie książki tego typu to polecam. Jednak, jeśli ktoś nie preferuje takiej tematyki i tego typu książek to nie zabierajcie się za moją dzisiejszą propozycję.

Obraz Zdzisława Beksińskiego
Obraz Zdzisława Beksińskiego
Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak Literanova

niedziela, 22 stycznia 2017

Książka do... napisania - moje wypociny


Dzisiaj przychodzę do Was z postem, który powinien na blogu pojawić się dawno temu, a piszę go w przerwach między jednym, a drugim przebudzeniem mojego synka. Czasu mało a i baterii w laptopie niewiele więcej.

„Książka do... napisania” trafiła w moje ręce już jakiś czas temu. Zaprezentowałam ją również na blogu (TUTAJ) i mam nadzieję, że potrafiłam kogoś do niej zachęcić. Zobowiązałam się też do jej zapełnienia. Miało to nastąpić już jakiś czas temu, jednak ze względu na sytuację, z którą obecnie się zmagam, trwało to trochę dłużej niż powinno. W moim egzemplarzu jak na razie znajduje się kilka wierszy, początek opowiadania i moje matczyne zapiski wzbogacone zdjęciami. Pomysłów na opowiadania mam mnóstwo i z pewnością kiedyś zostaną one przelane na papier tej książki. Zapełnianie stron to niezła frajda i ma się świadomość, że tworzy się coś na dłużej i w każdej chwili można do tych zapisków wrócić. Można też poczuć się jak prawdziwy pisarz. Nikt, ani nic na nie ogranicza. W książce może znaleźć się dosłownie wszystko co tylko chcemy, a po zapełnieniu wystarczy tylko odłożyć ją na honorowym miejscu na naszej półce i już mamy swoją własną, autorską książkę, a jak już wspomniałam w poprzednim poście, w twardej oprawie prezentuje się ona wyśmienicie. Ja już wiem, że na tym jednym egzemplarzu z pewnością się nie skończy.

Poniżej kilka zdjęć prezentujących moją pracę:









Za książkę dziękuję:
Zapraszam również na oficjalną stronę książki:


wtorek, 17 stycznia 2017

Nietypowy post ... prośba o pomoc

Witajcie kochani!

Dawno mnie tutaj nie było, a dziś wpadam z niecodziennym postem i jedynym takim na moim blogu. Ci z was, którzy zaglądają lub zaglądali regularnie to wiedzą, że nic nie związanego z książkami się tutaj nie pojawiało. Było konkretnie i na temat. Tym razem jednak naginam swoje reguły blogowe, a robię to dla dobra mojego synka. Jak wiadomo dzieci najważniejsze.

Jak wiecie kilka miesięcy temu urodziłam synka. Teraz ma już 5 i pół miesiąca i jest totalnym słodziakiem. Energia go rozpiera, sen mógłby dla niego nie istnieć (szczególnie w ciągu dnia) a i charakterek ma niczego sobie (nerwus jak się patrzy no i uparciuch – jedno po mamusi, drugie po tatusiu, czyli równowaga w przyrodzie). Niestety okazało się, że mamy z Filipem problemy. Od samego początku jeździmy po szpitalach, Poznań – Warszawa i na odwrót, a za chwilę dojdzie jeszcze Wrocław. Nasz synek choruje na bardzo rzadką chorobę genetyczną – Zespół Wiskotta – Aldricha – i jedynym lekarstwem na normalne życie i dzieciństwo jest przeszczep szpiku. Obecnie mamy dwóch potencjalnych dawców, a w przyszłym tygodniu mamy jechać na spotkanie z profesorem do Wrocławia.

Do tej pory taką dawkę problemów spotykałam jedynie w książkach a tu proszę, one dogoniły mnie w codziennym życiu. Nie powiem bo nieraz przeżywałam trudy związane z chorobą najbliższych i jest to trudne, jednak gdy choroba dopada własne dziecko jest jeszcze trudniej.

Nowy Rok się zaczął i powoli ruszyła machina zwana PIT-em. Rozliczenia i rozliczenia, często widzicie prośby o przekazanie jednego 1% na jakiś cel bądź osobę. Ja w tym roku też muszę się do Was zgłosić z taką właśnie prośbą… Jeśli zastanawiacie się komu przekazać swój 1% to proszę pomyślcie o nas, a szczególnie o Filipie.

Tak więc mój dzisiejszy post to taki trochę apel i prośba o pomoc. Jakąkolwiek, choćby o udostępnienie… Za każdą pomoc będziemy wdzięczni!