poniedziałek, 18 września 2017

Banda Michałka powraca - Ewa Karwan-Jastrzębska



wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 6 czerwca 2017

Kochani, kto z nas choć przez chwilę nie chciałby stać się znowu dzieckiem? Myślę, że większość, albo zaryzykuję i powiem, że każdy. Choć na kilka godzin stać się beztroskim berbeciem, który ma tysiąc pomysłów, lato w głowie, kumpli z podwórka i głowę pełną marzeń. Wiadomo czasu cofnąć się nie da (a szkoda), ale można sięgnąć po książkę, która trochę nam to dzieciństwo przybliży. Jeśli jesteś rodzicem, który chce wciągnąć swoje dziecko do świata literatury, bądź sprawić mu radość, bo książki pochłania, to również proponuję przeczytać do końca moją recenzję. Tym razem kilka słów o książce Ewy Karwan – Jastrzębskiej - „Banda Michałka powraca”.

Zdarza mi się czytać książki nie po kolei – zaczynam od drugiego tomu, albo od któregoś tam ze środka. Tym razem było tak samo. Domyśliłam się, że skoro ta banda powraca to już musiała raz gdzieś się pojawić, mało tego, ja musiałam ją przegapić i to bardzo. Nie zrażona tym skusiłam się na pozycję dla dzieci. Nie zaczynając od pierwszego tomu. Nie mając choćby tych dwunastu lat (i to od dość dawna).
Krótkie, skrzące się dowcipem, świetnie oddające współczesne realia opowiadania w stylu "miało być dobrze, a wyszło jak zawsze". Walentynki i związane z nimi miłosne podchody! Nocne polowanie na Minotaura! Uchodźcy w szałasie! Żałosne skutki pogadanek, czyli banda na tropie Pedobera! Oczy Róży i spotkanie z Błotnym Misiem…A w tle stara warszawska kamienica w sercu Żoliborza i jej barwni mieszkańcy, kochająca się rodzina Michałka, szkoła z jej nietuzinkową dyrekcją (gotową nawet wystartować w szkolnym konkursie talentów). A w rolach głównych oczywiście – Michałek i jego przyjaciele!
Michałek i jego banda pojawili się w 2013 roku, nie tylko na półkach w księgarni i tych domowych w pokojach dzieciaków. Zagościli również na antenie radiowej Trójki, a dzieciaki, które były pierwowzorami bohaterów udzielały podobno wywiadów. Tym razem powraca wraz ze swoją bandą, aby łapać złodziei, podejrzanych obywateli, pomagać sąsiadce, szpiegować i pojechać do Grecji, gdzie wypada zapolować na Minotaura. To tylko kilka przygód, o których wspominam, aby nie psuć nikomu dobrej zabawy z odkrywania reszty. Wydawałoby się, że jest to książka dla chłopaków, nic jednak bardziej mylnego. Oczywiście w bandzie przeważa płeć męska, jednak jest jedna dziewczyna – kumpel. Zresztą całość jest lekka, przyjemna, dowcipna, barwna i pouczająca, więc nawet z samymi chłopakami nie byłoby źle. Książkę się czyta się ekspresowo. Rozdziały nie są długie, a każdy rozpoczyna ilustracja. Przygody Michałkowej bandy także uczą empatii, pomocy innym, przyjaźni, a także języka polskiego, w tym różnych pojęć, które na co dzień dzieci słyszą tu czy tam. Oczywiście autorka robi to w sposób czytelny, tak aby każdy zrozumiał i się nie zanudził. Uważam, że to świetny sposób, aby nasze dzieci nie tylko dobrze się bawiły, ale również czegoś się dowiedziały. Niektórzy zapewne się doczepią, że ma to formę „słownika”, ale nic z tych rzeczy.

Przyznam się, że jako dziecko nie przeczytałam „Dzieci z Bulerbyn”, a teraz na stare lata mnie wzięło na czytanie książek o bandzie dzieciaków. Mój świat, a w zasadzie nasz dorosłych różni się od tego opisanego przez Ewę Karwan – Jastrzębską. I to właśnie jest fajne, że nie tylko dzieciaki mogą korzystać z takiego świata, ale również i rodzice podkradając im książkę lub czytając z nimi. Dlaczego naszło mnie akurat na taką literaturę i wyskakuję z nią skoro zazwyczaj u mnie znajdziecie książki z zupełnie innej półki? Powody są dwa, a w sumie nawet trzy. Jestem w takim miejscu, gdzie trudno się czasem skupić, zmęczenie, stres czy choćby brak czasu uniemożliwiają czytanie czegoś innego kalibru. Chce się zwyczajnie uciec myślami i przez chwilę dobrze się bawić nie wysilając mózgu. Zakosztować beztroski itp. Drugi powód – jestem matką, co prawda mojemu synowi daleko do tak rozwiniętych książek i do stworzenia takiej bandy, ale dobrze powoli wchodzić na grunt przyjazny dzieciom. To wiąże się z trzecim powodem, a mianowicie planami na przyszłość, w których uwzględniam recenzje książek dla dzieci. Te trzy powody sprawiły, że przeglądając pozycje na czytniku bez wahania wybrałam właśnie tę pozycję. Nie żałuję i mam w planach nadrobić kiedyś zaległości z pierwszym tomem. Mam nadzieję, że on również przypadnie mi do gustu. Dorośli z tej książki również mogą wyciągnąć to i owo, choćby bezinteresowność, którą warto okazywać osobom w naszym otoczeniu, troska czy też wyobraźnia, którą czasem upychamy za żelaznymi drzwiami po to, aby odciąć się od tego dziecka, które w nas drzemie. Nie pozostaje mi nic innego jak na koniec zaproponować abyście zakumplowali się z Michałkiem i resztą i przy okazji dobrze się bawili (WASZYM DZIECIOM RÓWNIEŻ).

Za możliwość przeczytania ebooka dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka

sobota, 16 września 2017

Strzały w Stonygates - Agatha Christie


wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
data wydania: 9 lutego 2017
liczba stron: 208

„(...) ludzie rzadko – rzadziej nie można by się tego spodziewać – wyglądają na to, czym są w rzeczywistości.” 

Po ostatnim literackim rozczarowaniu, tym razem wolałam sięgnąć po pewniaka, który nie zawodzi, a przynajmniej do tej pory mi się to nie zdarzyło z twórczością Agathy Christie. Jednak teraz moim książkowym doznaniom nie towarzyszy mój ulubieniec Poirot, a błyskotliwa panna Marple. Dlaczego ona a nie on? Filmy z pedantycznym Poirotem nadal świeżo mam w pamięci i czytanie opowieści z nim nie miałoby w sobie tyle frajdy, dlatego wybrałam coś nowego, ale zarazem pewnego. Do powieści z jego udziałem chętnie wrócę, gdy tylko moją pamięć pokryje cieniutka warstewka kurzu. To mój debiut z postacią panny Marple. Raz miałam okazję oglądać film i przyznam, że zrobił na mnie pozytywne wrażenie, jednak po książkę sięgnęłam dopiero teraz. Mój wybór padł na tytuł „Strzały w Stonygates”. Nic mi on nie mówił, więc wnioskowałam, że będzie ciekawie.
Panna Marple na prośbę przyjaciółki jedzie odwiedzić jej siostrę milionerkę i sprawdzić, kto czyha na spadek. Ginie pasierb pani domu, a ją samą ktoś próbuje otruć. Szekspirowska atmosfera, pękające lustra i zamknięty krąg podejrzanych. Każdy z siedmiorga domowników miał motyw, by zabić. Sprawę utrudnia fakt, że do rezydencji przylega dom poprawczy, w którym mieszka dwustu młodocianych przestępców.
Autorka przenosi nas i swoją bohaterkę do zaniedbanej aczkolwiek imponującej posiadłości, gdzie obecnie mieszka przyjaciółka z młodości panny Marple. Zostajemy wrzuceni do grona ludzi, którzy są normalni i nienormalni zarazem. Dziwna atmosfera komplikuje się jeszcze bardziej, gdy nagle padają strzały i na horyzoncie pojawia się oczywiście trup. Zaczyna się śledztwo, podejrzanych jest kilkoro, a ktoś ewidentnie coś kombinuje by zmylić trop policji. Jaką rolę odgrywa w tym wszystkim Panna Marple? Z pewnością nie odgrywa tutaj takiej roli jak Poirot, nie jest wynajętym detektywem, tylko przyjaciółką pani domu, która w międzyczasie dostrzega to i owo, łączy fakty i w konsekwencji pomaga znaleźć sprawcę całego zamieszania. Jest to niewątpliwie postać, która na pierwszy rzut oka się nie wyróżnia, wtapia w tłum i wygląda na zwyczajną staruszkę.

„ […] obraz na scenie jest zbudowany z prawdziwych materiałów. Z płótna, drewna, farby, tektury. Złudzenie powstaje w oku patrzącego, a nie na samej scenie. To znaczy, że naprawdę wszystko jest rzeczywiste, zarówno gdy popatrzymy na to od strony widowni, jak i od strony kulis.”

„Strzały w Stonygates” to subtelny kryminał, który ma w sobie zagadkę, drugie dno i spore grono podejrzanych, a do tego szczyptę dramaturgii. Mamy tutaj spokojne tempo, klimat tamtych czasów i oczywiście dedukcje, którą uwielbiam. Sama panna Marple to ciekawa postać, niby staruszka, a z umysłem bystrym i młodzieńczym. Swoje widziała i zwykły nieboszczyk nie jest jej straszny. Prawie od samego początku miałam wrażenie, że oglądam jakiś spektakl teatralny. Jakbym patrzyła na scenę i widziała wchodzących i schodzących z niej aktorów. Nawet się za bardzo nie pomyliłam, gdyż bohaterowie nakierowują czytelnika, aby wraz z nimi spojrzał na dane miejsce w taki właśnie sposób. Autorka w swojej książce porusza takie tematy jak pokora czy też dobro. Bawi się przy tym portretami bohaterów i skomplikowanymi relacjami jakie je łączą. To co z pozoru jest czarne może okazać się białe i na odwrót. Kontrasty, idee, zranione uczucia, iluzja i natura człowieka. Wszystko połączone ze smakiem i naprawdę wciąga. Jest to powieść, którą można się spokojnie delektować. Aha i jeszcze jedno… po raz kolejny trafiłam kulą w płot podczas typowania mordercy. Chyba nigdy nie nauczę się jakim schematem posługiwać się podczas dedukcji...szczególnie w książkach tego kalibru.

„(…) gdy ktoś jest dobry, powinien także być pokorny.”

niedziela, 10 września 2017

Przeszłość - Tessa Hadley


wydawnictwo: W.A.B.
data wydania: 17 sierpnia 2017
liczba stron: 352

„Bo tutaj życie jest życiem, mogę znaleźć miejsce dla siebie gdziekolwiek.”

Podobno z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Jak wiadomo, każda ma swoje sekrety, więzi łączące jej członków i pozory, którymi się otacza by prezentować się lepiej w oczach innych, szczególnie obcych spoza kręgu wtajemniczonych. Jest też oczywiście i dom, który nasiąknięty jest sentymentem, a czasami straszy tym i owym z przeszłości. Mnie przeszłość fascynuje. Jestem sentymentalna i lubię wracać do tych i owych dni. Szczególnie ta tematyka korci mnie w literaturze, gdzie poznajemy sekrety rodzinne, czasem zakurzone, a innym razem głęboko ukryte w starym kufrze. To taki rodzaj zagadki, która ma swój specyficzny zapach. Dlatego, gdy tylko dostałam propozycję zrecenzowania książki o trafnym tytule „Przeszłość”, którą napisała Tessa Hadley, nie wahałam się ani chwili. Oczywiście po zapoznaniu się z opisem i oczarowana okładką, która pobudza wyobraźnię. Korytarze, pokoje, uchylone drzwi… Pustka, wspomnienia zatopione w żółci ścian, echo głosów z przeszłości, przyczajone w szparach przy oknach. I tyle do odkrycia. Kto się zgodzi?
Czwórka rodzeństwa postanawia spędzić wspólnie urlop na angielskiej wsi. To ich ostatni pobyt w urokliwym domku odziedziczonym po dziadkach i ma być wyjątkowy: tylko rodzina, żadnych obcych. Fran przyjeżdża z dwójką dzieci, Roland z córką i nową żoną, Harriet jak zwykle jest sama. Wyłamuje się tylko Alice, która przywozi syna swoje byłego partnera. Dom pełen jest bolesnych wspomnień, lecz choć przeszłość przypomina o sobie na każdym kroku, bliskim trudno się z nią rozstać. Czas, który nie oszczędził niszczejącego budynku, odcisnął także piętno na wzajemnych relacjach rodzeństwa. Atmosfera gęstnieje z dnia na dzień.
Jeszcze jak do opisu dołożymy taką zachętę, że autorka po mistrzowsku kreśli intymny portret rodziny, która pod płaszczem pozorów dobrego pochodzenia, statusu materialnego itp. ukrywa tajemnicę pożerające wręcz od środka, to nie można przejść obojętnie obok tego tytułu. Tak sobie właśnie myślałam i wyobrażałam super ciekawą literaturę. No i na tym się skończyło, bo kompletnie dostałam co innego niż oczekiwałam. Liczyłam na przyjemną, klimatyczną powieść, która poniesie mnie po meandrach ludzkich emocji, sekretów i więzi rodzinnych. Dostałam grupkę ludzi, którzy mają mniej lub bardziej skomplikowane życie osobiste. Nie wyczułam więzi rodzinnych. Powiem więcej, przez pierwsze 150 stron nudziłam się jak mops. Czekałam sama nie wiem na co. Być może na nagły zwrot akcji, tym bardziej, że czasami była zapowiedź czegoś co mogło ciekawie się rozwinąć. Gdy już myślałam, że nasi bohaterowie odkryją to i owo z listów ukrytych w starym sekretarzyku okazywało się, że niestety nie tędy droga i dalej kluczmy sobie koło wakacji chaotycznej rodzinki. Młodociany romans, ciekawskie dzieciaki, rodzeństwo, które nie ma w sobie za grosz ciepłych uczuć wobec siebie. Nad całym tym niby sielankowym spektaklem unosi się lekki sentyment i tęsknota. Dom dziadków stanowi symbol tego co minione, bezpieczne i tragiczne zarazem. Taki wehikuł czasu, który przyciąga i jednocześnie odstrasza. Ostatnia nić trzymająca rodzinę w jako takiej więzi.

Tessa Hadley za książkę „Przeszłość” otrzymała nagrody Windham – Campbell Literature Prize for fiction i Hawthornden Prize. Jak widać nie zawsze wybitne nagrody przekładają się na opinię zwykłych czytelników, którzy pragną wciągającej literatury.

„Przeszłość” tak naprawdę nie ma w sobie zbyt dużej dawki przeszłości. Bohaterowie do mnie nie przemawiają, gdyż są sztuczni i nie mamy okazji ich za bardzo poznać. Więcej przeczytamy opisów choćby otoczenia niż o tym co w nich tak naprawdę siedzi. Jak dla mnie chaotyczna powieść z niewykorzystanym potencjałem. Urwana w ciekawych momentach, pozbawiona głębszego klimatu. Zazwyczaj staram się wycisnąć z książek to co się da, doszukać się czegoś ciekawego, tutaj nie bardzo jest co wyciskać. Szkoda, że autorka poszła na skróty i historię owianej sentymentem zmarłej matki głównych bohaterów opowiedziała w takim skrócie. Mogła z tego wyjść naprawdę dobra powieść. Taka na jaką zaprasza nas ciepła i obiecująca okładka.

„[…] im mniej jesteś skomplikowana, tym lepszym jesteś materiałem na matkę”

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki

sobota, 2 września 2017

Zatrzymać Dzień - Wioletta Szczepańska, Ireneusz Słupski


wydawnictwo: Fundacja Podaj Dalej
data wydania: wrzesień 2016
liczba stron: 276

„Gdyby naszymi lekturami były właśnie takie książki, po których bardzo chce się żyć.”

Są książki, które czasami omijamy świadomie, bądź nie. Dlaczego? Uciekamy od pewnych trudnych tematów, udajemy, że ich nie ma, albo po prostu nie chcemy sobie psuć dobrego humoru. Ja powiem Wam, że ci co tak robią popełniają straszny błąd. Kolejne dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Nie każda z nich jest pesymistyczna, nawet jeśli temat trudny, bolesny i faktycznie niejeden raz chce się płakać. Jest też drugi powód. One dają do myślenia i przypominają co w życiu jest ważne i jak wielką siłę ma w sobie człowiek. Można poszerzyć ten wątek i dodać sens życia czy też wiary. Przede wszystkim czytając poznajemy bohaterów, realnych bądź fikcyjnych – zresztą za tymi najprawdopodobniej kryją się prawdziwi ludzie z prawdziwymi historiami. Taką książką jest „Zatrzymać dzień”, zresztą wspominałam o niej na swoim profilu facebookowym (najpierw zamawiasz, potem czytasz i w końcu płacisz).

Pewnego dnia na świat przyszedł uroczy chłopczyk, wyczekiwany przez mamę i kochany odkąd przybrał formę fasolki, a nawet jeszcze wcześniej. Prawda, że sielankowo? Bajka zmienia się w koszmar, gdy u niego w wieku trzech miesięcy zdiagnozowano raka oczka. Zaczęła się walka z trudnym przeciwnikiem. Walka, która trwa dość długo. Odbiera siły i niejednokrotnie odbiera wiarę. Walka o życie, zdrowie...tutaj też jest toczona walka o oczko Kubusia. Autorką książki jest mama chłopca, która opowiada krok po kroku jak wyglądała ta walka, ale i to kim była wcześniej nim stała się żoną, matką i wojowniczką, która zrobi dosłownie wszystko. Ta książka to również podziękowanie i hołd dla ludzi dobrego serca, którzy pomogli i trwali przy nich do końca bitwy i zapewne jeszcze dłużej. Być może ktoś z was słyszał kiedyś o Kubusiu. Może zaglądał na stronę www.OkoKuby.pl, być może również pomógł – więc wie to co ja odkryłam czytając tę książkę.

Powiem więcej, podobno nikt tej książki nie chciał wydać, dlatego zrobili to sami i powiem szczerze, że jak dla mnie jest ona wydana rewelacyjnie. Uzupełniona o zdjęcia, komentarze, dawne posty mamy Kubusia. A co ważne płynie z niej szczerość, bezradność, ból, gniew, ale i miłość. Miłość nie tylko rodziców do dziecka, ale także obcych ludzi do zupełnie obcego dziecka. Nie jest to powieść z zaplanowaną z góry fabułą, to życie, a jak wiemy ono pisze najlepsze scenariusze, choć czasami bolesne. Książka wciąga, przywraca wiarę w ludzi i zachęca do pomocy. Najważniejsze jest w niej to, że kipi z niej siła i mimo wszystko optymizm.

Ja odkryłam ją dzięki mężowi. To on ją zamówił, ja przeczytałam, a zapłacimy wspólnie. Dla mnie (dla nas) ma ona tym większe znaczenie, że sami od 13 miesięcy walczymy o życie naszego malutkiego synka i nawet teraz czytając tę książkę jesteśmy w szpitalu. Powiecie, że jestem totalnie nieobiektywna – bardziej niż oczywiście zazwyczaj, bo przecież oceniam książki subiektywnie. Okej. Zgodzę się, jednak wiem jak cenne jest zdrowie, jak trudno znaleźć siłę i jak wielką miłość człowiek jest w stanie okazać innym. Wiem też ile można dostać od innych i nie chodzi tu tylko o pomoc finansową, a o wsparcie. Mimo, że walczymy z zupełnie inną chorobą to doskonale rozumiem to, co autorka miała do przekazania. Z pewnością to pozycja godna polecenia dla rodziców chorych dzieci. Jednak polecam ją też innym...zdrowym ludziom, rodzicom zdrowych dzieci, dziadkom, babciom, wujkom, ciociom...Nie uciekajcie od trudnych tematów, bo one są gdzieś obok.

„Ściany szpitalnych sal słyszały więcej gorliwych modlitw, niż niejeden kościół.”

Dla wszystkich, których ta książka zainteresowała, podaję link, pod którym można ją zamówić www.zatrzymacdzien.pl

niedziela, 27 sierpnia 2017

Doskonała - Cecelia Ahern


cykl: Skaza (tom 2)
wydawnictwo: Akurat
data wydania: 19 lipca 2017
liczba stron: 480

„Jest osoba, którą wydaje ci się, że powinieneś być, i osoba, którą naprawdę jesteś.”

Cecelia Ahern zmieniła trochę kierunek swojej twórczości na bardziej młodzieżowy powieścią „Skaza”, która ukazała się w ubiegłym roku (recenzja tutaj). Całkiem niedawno na rynku wydawniczym pojawiła się kontynuacja tej książki, tym razem nosi ona tytuł „Doskonała”. Fani książek autorki doskonale wiedzą do czego jest ona zdolna, jak potrafi czarować i dawać do myślenia. Nierzadko jej książki przepełnia energia, optymizm i pewnego rodzaju czar, który chętnie chłoniemy czytając kolejne strony. Jej książki można czytać i czytać i kończyć się nie chce. Spokojnie mogłabym porównać Cecelię Ahern do naszej Magdaleny Witkiewicz, gdyż obie porywają lekkością pióra i czarują magią ukrytą w słowach. Powiem więcej, potrafią uzależniać. Czy tytuł kontynuacji „Skazy” odzwierciedla jakość najnowszej powieści? Czy możemy liczyć na doskonałą literaturę, która pomoże nam wcielić się w 18 - letnią tym razem Celestine i poczuć dreszczyk emocji?
Celestine żyje w społeczeństwie opanowanym obsesją doskonałości. Napiętnowana Skazą, decyduje się na bunt przeciwko nieludzkiemu systemowi. Jedyną osobą, której może zaufać, jest Carrick. Czy dwoje młodych, kochających się ludzi ma jakiekolwiek szanse w walce z bezdusznym, skostniałym porządkiem? Czy zapał i gorąca miłość wystarczą, by skierować świat na nowe tory?
„Nie ma nic złego w popełnianiu błędów. One uczą nas brać odpowiedzialność. Pokazują, co się udaje, a co nie. Przekonujemy się, że następnym razem postąpilibyśmy inaczej, jak będziemy inni, lepsi i mądrzejsi w przyszłości. Nie jesteśmy jedynie chodzącymi pomyłkami. Błądzić to rzecz ludzka. Człowiek uczy się na swoich błędach.”

Nie ma ludzi krystalicznych, każdy nosi jakąś skazę na charakterze. Świat oparty na ludzkiej doskonałości istnieje tylko w wyobraźni choćby Ceceli Ahern. I całe szczęście, gdyż sama pokazuje jak bardzo byłby to chory system. System podziałów na lepszych i gorszych, manipulacji, władzy i prowadzący do buntu wśród społeczeństwa. Każda nasza skaza, błąd popełniony czyni nas prawdziwymi, nie jakimiś sztucznymi istotami. Autorka w swojej książce pokazuje, że warto zaakceptować siebie, oswoić swoje błędy, swój charakter i nie dążyć do przesadnej doskonałości, gdyż nie ma czegoś takiego. Każdy z nas na swój sposób jest doskonały i wyjątkowy. Ciekawy temat, ukazany w naprawdę interesujący sposób. Co ciekawe kontynuacja pierwszej części historii Celestine jest o wiele bardziej wciągająca od poprzedniej. Bardziej dynamiczna, skupiona na konkretnym celu i pokazująca spryt i inteligencje naszej młodej bohaterki. Oczywiście nie brakuje optymistycznego przekazu i pewnej dozy dramaturgii.

„Aby ktoś mógł wygrać, ktoś musi przegrać. A żeby ta osoba mogła wygrać, najpierw musi coś stracić. Ironia sprawiedliwości jest taka, że uczucia, które ją poprzedzają, i te, które z niej powstają, nigdy nie są w pełni uczciwe i zrównoważone. Nawet sama sprawiedliwość nie jest idealna.”

Czytanie „Skazy” sprawiało mi przyjemność, jednak nie wywołała ona we mnie takich uczuć i takiego zachwytu jak choćby „Pora na szczęście”, którą z sentymentem wspominam do dziś. Z "Doskonałą" już jest ciut lepiej. Wiadomo jedne książki nas porywają mniej, a inne bardziej. Są takie, które uwielbiamy, lubimy, tolerujemy bądź takie, które nas rozczarowały. Ja cenię sobie twórczość Ceceli Ahern za przekaz, lekkość i wspomniany czar. W tych „nowych” książkach też jest przekaz i lekkość. Fabuła jest interesująca i wszystko jest w porządku, ale nie oczarowały mnie tak jak jej poprzednie tytuły. Być może jestem już za stara, życie dało mi w kość i mimo, że chętnie odrywam się od dorosłości i wcielam w cień nastolatki, to jednak nie czuję tego klimatu co dawniej. Założę się, że gdyby „Skaza” i „Doskonała” trafiły w moje ręce z dziesięć lat temu, to odebrałabym je inaczej i byłabym zachwycona. Jednak nie zmienia to faktu, że książki są naprawdę dobre i czyta się je świetnie. Potwierdza to tylko fakt, że Cecelia Ahern zna się na tym co robi i potrafi pisać dla tych dojrzałych kobiet jak i tych młodszych. Wiecie tak dobrze jak ja, że potrafi naprawdę cudnie pisać o uczuciach i problemach. Tworzy historie, które żal zostawiać za sobą na półce, a bohaterów można potraktować jak kumpli. Nie będę się rozpisywać na temat fabuły, nie chce przypadkiem za dużo zdradzić, szczególnie jeśli ktoś jeszcze nie czytał pierwszej części. Tym bardziej radzę nadrobić zaległości, bo „Doskonała” jest jakby dojrzalsza i trzymająca w większym napięciu.

„Czasem potrzeba całego życia, żeby zbudować przyjaźń, i sekundy, żeby ktoś stał się wrogiem.”

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Akurat

czwartek, 24 sierpnia 2017

Pan Holmes - Mitch Cullin


wydawnictwo: Czarna Owca
data wydania: 6 maja 2015
liczba stron: 272

„Obawiam się, że każda istota ma wewnętrzne życie z własnymi powikłaniami, które czasem nie dają się wypowiedzieć, choćby nie wiem jak się starała.”

Jak zapewne wiecie mam ogromną słabość do Sherlocka Holmesa. Zawsze powtarzam, że jego nigdy za wiele, tak więc prędzej czy później w moje ręce musiała wpaść kolejna książka z jego osobą w roli głównej. Tym razem padło na „Pana Holmesa” autorstwa Mitcha Cullina. Jest to książka, która zachęca osoby po nią sięgające bardzo pozytywnymi opiniami na okładce. Jeśli jednak poszpera się w sieci, to trafi się na znacznie gorsze opinie, że rozczarowuje, że brak w niej zagadek, a także że to totalna nuda. Ja z książką Mitcha Cullina mam tylko ten problem, że widziałam dużo wcześniej film nakręcony na podstawie tej książki (który osobiście mi się bardzo podobał). Tak więc wiedziałam czego się spodziewać. Nie zostałam jakoś znokautowana przez brak zagadek. Myślę jednak, że jeśli ktoś uważnie przeczytał opis, to również nie powinien mieć z tym problemu, a tym bardziej oczekiwać spektakularnej zagadki w typie Artura Conana Doylea.
Jest rok 1947, dziewięćdziesięciotrzyletni Sherlock Holmes mieszka z gospodynią i jej nastoletnim synem w hrabstwie Sussex. Wiedzie spokojne życie, dogląda pszczół i pisze wspomnienia. Powoli godzi się z tym, że jego umysł nie jest już tak sprawny jak kiedyś. Ludzie nie przestają jednak szukać u niego pomocy w rozwiązaniu tajemniczych zagadek. Holmes powraca do jednej z nich, sprawy z przeszłości, która u kresu życia może dostarczyć mu odpowiedzi na najważniejsze pytania o sens życia, miłość i granice wiedzy dostępnej człowiekowi
Mitch Cullin w swojej powieści naszkicował dla nas trochę innego Holmesa. Nie towarzyszy mu już Watson, nie ma również znanych nam dobrze innych postaci, choćby słynnej gospodyni pani Hudson. Na głównym planie jest nadal słynny detektyw, ale już na emeryturze z towarzysząca mu starością. Przysparza mu ona niemało kłopotów. Pamięć szwankuje, a ciało też już nie to. Widzimy starca, który jest samolubny i szorstki. Jedyną największą zagadką są zakamarki jego pamięci, a przy okazji spisywania wspomnień jednej ze spraw będzie chciał poznać odpowiedzi na pytania dotyczące sensu życia, przemijalności i oczywiście miłości, która towarzyszy ludziom. Czy i jemu jest znane to pojęcie? Czym dla Holmesa jest miłość i otaczający go ludzie (ci z dawnych lat i ci obecni przy nim w Sussex)?


„Odczuwanie tęsknoty za kimś jest także w pewien sposób odczuwaniem jego bliskości.”

„Pan Holmes” Cullina od Holmesa Artura Conana Doylea różni się naprawdę znacznie. I nie chodzi już tylko o starość, która jak wiadomo zmienia człowieka. Tutaj Mitch Cullin chce jakby podważyć trochę dobrze nam znany obraz słynnego detektywa. Autor za pomocą głównego bohatera opowiada jak to cała jego słynna postać to tylko karykatura wykreowana przez prasę i jego kompana Watsona. Nie zrobił wiernej kopii, ale stworzył jakby nową postać na unoszących się oparach dobrze znanej wszystkim osobie. Czy to dobrze? Myślę, że pozwala to spojrzeć na tę postać inaczej, zwolnić tempo i dostosować się do staruszka. Sam pomysł na fabułę jest bardzo ciekawy. Skupiamy się na przemijaniu, zagadnieniu sensu życia, starości i tym podobnych. Nie znajdziemy tutaj zapierających dech akcji, gdyż podążamy wolnym krokiem od początku do końca. Trochę chaotycznie – raz Holmes podróżuje po Japonii, za chwilę budzi się w swoim gabinecie by następnie przejść do wspomnień sprawy Damy ze szklaną harmoniką . Nad treścią unosi się jakby zapach naftaliny, dymu tytoniowego, czar wspomnień, tęsknoty i spokojnej egzystencji wśród wiejskiej i jakże urokliwej okolicy. Dialogów w książce nie znajdziecie zbyt dużo. Jeśli już to więcej opisów, bądź wynurzeń Sherlocka Holmesa. Jest to powieść, którą należy poczuć. Zagłębić się w treść i wczuć w klimat. Ma w sobie pewną głębie, którą warto odkryć. Jeśli dobrze się wczytamy to zobaczymy skrawek wnętrza Holmesa. Nie warto oczekiwać oryginalnego Sherlocka Holmesa, żadnych zagadek kryminalnych i odstawić na bok nasze skojarzenia. Warto pamiętać, że tę książkę napisał ktoś inny, a Holmes jest taki jakim go sobie autor wyobraził. Myślę, że to jak odbierzemy tę książkę zależy w dużej mierze od tego jak się do niej nastawimy. Nie patrzmy więc przez pryzmat oryginału. Też uwielbiam utwory Artura Conana Doyla, a także serial, który powstał na podstawie jego twórczości, gdzie główną rolę gra Jerremy Brett. To właśnie moje odzwierciedlenie Sherlocka, postać stworzona przez tego aktora pasuje mi idealnie do wersji książkowej, tak samo ma się sprawa z Watsonem. A mimo to nie razi mnie to co napisał Cullin. Wręcz przeciwnie, jest to ciekawe doświadczenie. Jakieś wyobrażenie o późniejszym życiu mojego ulubionego bohatera. Skupienie się bardziej na osobie naszego bohatera niż na jego sprawach. Jeśli jednak nie lubicie tego typu książek, bądź oczekujecie zagadek i pędzącej fabuły to odradzam.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Światło, które utraciliśmy - Jill Santopolo

wydawnictwo: Otwarte
data wydania: 5 lipca 2017
liczba stron: 304

„To właśnie miłość. Sprawia, że człowiek czuje się nieskończony i niezwyciężony, jakby cały świat stanął przed nim otworem. Niestraszne mu żadne przeszkody, a każdy dzień jest pełen cudów. Może dzieje się tak wtedy, kiedy otwieramy się na innych i wpuszczamy ich do naszego wnętrza. A może głęboka troska o ukochaną osobę sprawia, że serce się rozrasta.”

„Światło, które utraciliśmy” autorstwa Jill Santopolo kusi od samego początku okładką, która jest ciepła, urocza, pełna uczucia i obiecująca wyjątkową historię, szczególnie w połączeniu z opisem i pozytywnymi opiniami, które możemy o niej przeczytać. Jest to książka, która faktycznie zbiera dobre noty, dlatego grzechem byłoby wręcz nie skorzystać z okazji i jej nie przeczytać. Ja takich grzechów staram się nie popełniać, więc długo na mojej półce nie czekała.
Nauczyłeś mnie, że zawsze trzeba szukać piękna. W ciemności, w ruinach potrafiłeś odnaleźć światło. Nie wiem, jakie piękno i jakie światło teraz odnajdę. Ale spróbuję. Zrobię to dla ciebie. Bo wiem, że ty zrobiłbyś dla mnie to samo. Lucy i Gabe poznali się 11 września 2001 roku. Gdy wieże WTC runęły, a pył przykrył Nowy Jork, zrozumieli, że życie jest zbyt kruche, by przeżyć je bez pasji i emocji. I zbyt krótkie, by nie być razem. Wkrótce jednak Gabe postanawia przyjąć pracę reportera na Bliskim Wschodzie i wtedy wszystko się zmienia. Lucy dowiaduje się o jego decyzji w dniu, w którym produkowany przez nią program telewizyjny zdobywa nagrodę Emmy. Dzień jej triumfu staje się też dniem, w którym coś nieodwracalnie się kończy. W kolejnych latach Lucy będzie musiała podjąć niejedną rozdzierającą serce decyzję. Czy pierwsza miłość okaże się też ostatnią?
„Niekiedy podejmujemy decyzje, które wydają się nam słuszne, ale później, z perspektywy czasu, uznajemy je za błędne. Inne nawet po wielu latach wciąż uważamy za trafne.”

Jill Santopolo stworzyła historię dwojga bohaterów, których więź narodziła się wraz z upadkiem wież WTC. Połączyło ich uczucie niezwykłe. Miłość, jak wiadomo wpleciona bywa w zbrodnie, przyjaźń, codzienność, a także każdy z etapów życia człowieka. Może przypominać pożar, stabilny ogień w palenisku, fajerwerki, zimne ognie...może dawać rozkosz, ale i sprawiać ból. Każdy o niej marzy… Każdego dnia ocieramy się o miłość ludzi których mijamy, czytamy o niej w książkach, oglądamy w filmach, a także dostajemy w różnych formach od bliskich nam osób. Jednak chyba każdy z nas chciałby doznać takiej prawdziwej, pełnej pasji, namiętności, sprawiającej, że jesteśmy szczęśliwi choć przez chwilę. Takie uczucie zdarzyło się naszym bohaterom. Dzięki nim możemy dostrzec jak ważne w naszym życiu jest to uczucie. Tak naprawdę ono stanowi fundament naszej egzystencji, daje siłę napędową do walki z przeciwnościami losu.

Narratorką tej historii jest Lucy. Snuje opowieść dla Gabe’a, monolog, w którym padają pytania bez odpowiedzi. Utrwalane zostają wspomnienia, padają wyjaśnienia i tworzy się niesamowicie klimatyczna powieść.

O miłości można napisać dużo i w różny sposób. Można to zrobić na przykład tak jak zrobiła to Jill Santopol. W sposób przykuwający uwagę, a zarazem lekki i nie banalny. Ta książka to hołd złożony miłości, nie zawsze idealnej i łatwej, ale takiej, która trwa mimo upływu lat i która potrafi spalać oraz dać poczucie nieskończoności. Wiecie takiej, która rozdziera serce, ale gdzieś tam trwa ukryta w jednym z kawałków. Przetrwa mimo przeciwności losu, wytrzyma nasze wybory, nawet te nie zawsze słuszne, bądź te słuszne i trudne.„Światło, które utraciliśmy” to pouczająca lekcja o miłości i jej sile. Poznamy jej odcienie, smaki, zapachy… Nie jest to jakieś tam romansidło, które przyprawia o motylki w brzuchu i sprawia, że amorki zaczynają krążyć nad naszą głową z mini łukami. To opowieść o konsekwencjach wyborów, których dokonaliśmy, o cenie jaką przychodzi człowiekowi zapłacić za podążanie wymarzoną ścieżką. To także posmak odpowiedzialności, zaufania, bądź jego braku. Codzienności pełnej wyzwań, niebezpieczeństw i cieni, które chowają się w człowieku przez kilka lat. Historia, która stworzyła autorka jest warta zapamiętania i myślę, że na jakiś czas na pewno pozostanie w mojej pamięci. Jest wzruszająca, ciepła, szczera i niełatwa. Dodaje jednak nadziei i otuchy, a zakończenie jest naprawdę wzruszające. Ta książka jest naprawdę warta przeczytania, szczególnie jeśli chcecie poznać różne odcienie miłości.

„Patrzymy na świat przez pryzmat naszych pragnień, żalów, nadziei i lęków.”

sobota, 5 sierpnia 2017

Miasteczko kłamców - Megan Miranda


wydawnictwo: Znak
data wydania: 19 lipca 2017
liczba stron: 400

„Czas potrafi się wić i pokazywać różne rzeczy, jeśli mu na to pozwolisz. Może właśnie w ten sposób Cooley Ridge próbowało mi coś pokazać. Czas próbował mi coś wyjaśnić.”

Friedrich Nietzsche napisał kiedyś, że „Człowiek (…) nie umie nauczyć się zapominania i wciąż ogląda się na przeszłość: choćby podążał najdalej i najszybciej, łańcuch podąża wraz z nim”. Przez kilka ostatnich dni, kiedy tylko miałam okazję, czyli chwile wolnego w pędzie zwanym macierzyństwem, siadałam i czytałam „Miasteczko kłamców” autorstwa Megan Mirandy. W jej powieści bardzo wyraźnie widać ciągnącą się za człowiekiem przeszłość. Ten łańcuch dzwoni przy każdym ruchu. Nie można się oderwać i w konsekwencji człowiek zawsze wraca. Nie ważne ile czasu upłynie, czy rok, dwa, a nawet dziesięć, człowiek i tak zerknie przez ramię w przeszłość. ”Miasteczko kłamców” jest debiutem literackim Megan Mirandy. To thriller, którego misterna fabuła oceniana jest dość wysoko. I faktycznie opis zachęca, okładka pobudza wyobraźnię i współgra z tym co przeczytaliśmy na odwrocie książki, a teksty typu : „Ten thriller to test dla Twojego umysłu…” tylko jeszcze bardziej pobudzają apetyt. Chwyt reklamowy dla zmysłów czytelnika spełnia swoją rolę. Jak to jest z tą trzymającą w napięciu do końca fabułą?
Byliśmy miasteczkiem pełnym strachu.  Ale byliśmy również miasteczkiem pełnym kłamców. Przed dziesięcioma laty, kiedy zaginęła jej najlepsza przyjaciółka, Nicolette wyjechała z Cooley Ridge. W rodzinnym miasteczku pozostawiła bliskich, ukochanego z liceum i mroczną tajemnicę. Kiedy wydaje jej się, że cały tamten świat ma już za sobą dostaje list: „Muszę z tobą porozmawiać. Ta dziewczyna. Widziałem tę dziewczynę”. Tyle wystarczy, by wróciła do domu. Wkrótce po jej przyjeździe do miasteczka znika bez śladu kolejna dziewczyna. Ostatni raz widziano ją, kiedy wchodziła do lasu, tego samego, który Nicolette zna od dziecka. Tajemnica z przeszłości wraca ze zdwojoną siłą, nakręcając spiralę strachu i oskarżeń. Atmosfera w Cooley Ridge się zagęszcza, podejrzani są wszyscy, choć każdy ma alibi. Czy kłamstwa wystarczą, by ukryć tajemnice?
Cooley Ridge miasteczko otoczone lasem, gdzie wszyscy dobrze się znają. Pełne tajemnic, które żyją podsycane przez domysły i plotki. Tu się niczego nie zapomina, tu się wraca...Tak też zrobiła nasza główna bohaterka. Wróciła, aby pomóc przy sprzedaży domu, jednak to był początek walki z przeszłością, pamięcią i nowymi okolicznościami. Akcja ruszyła niczym szalona rundka na rollercoasterze, który raz na jakiś czas pojawia się w miasteczku. Nico musi odkopać z meandrów pamięci to, co głęboko zakopała i przed czym próbowała uciec. Stawić czoła prawdzie, która kryje się tuż obok, za zasłoną z iluzji i kłamstw. Czeka ją jeszcze jedno, wyzwanie (czyli coś, co lubi) odkrywanie wewnętrznych warstw otaczających ją ludzi i swoich własnych. Cooley Ridge to miasteczko, w którym mieszka niejeden kłamca. To miejsce, w którym na posterunku leży metaforyczne pudełko pełne poszlak, które oblepione kłamstwami, zaprowadzą ich w końcu do prawdy, a w tym i nas czytelników.

„Ludzie są jak ruskie matrioszki – na zewnątrz widać tylko najnowszą wersję, a wszystkie pozostałe nadal żyją w środku, nie zmienione, tyle że już poza zasięgiem wzroku.”

„Miasteczko kłamców” to trzyczęściowy thriller, a każda część rozpoczyna się cytatami związanymi ze zrozumieniem życia. Przez zaglądanie do przeszłości, która i tak gdzieś tam nas w swoich szponach trzyma. Analiza tego co było pozwoli iść naprzód. Każdy z tych trzech cytatów pasuje idealnie do fabuły. Fabuły, która rzeczywiście jest wciągająca, zagadkowa i rozstrzygająca dopiero pod koniec. Bywa mroczno. Czasami odnosimy wrażenie, że nasz umysł pracuje jakoś inaczej, niby normalnie,a jednak coś tu nie gra. Otacza nas mgła faktów i poszczególnych fragmentów tej układanki. Tym bardziej, że przez większość czasu czytelnik poznaje prawdę, ale nie podążając naprzód a wstecz. Dni w kalendarzu się cofają, a my musimy przestawić się na odpowiedni tryb. To na początku trochę mąci w głowie, jednak fajnie skleja fakty. Ciekawy zabieg, który pozawala nam poznać wydarzenia poszczególnych dni pędząc do przodu, czyli jesteśmy na wydarzeniach dzisiejszych, a wiemy co wydarzyło się jutro i pojutrze i jeszcze kilka dalej. Jednak nie wiemy co było wcześniej. Poznajemy wydarzenia od tyłu. Początek jest rozwikłaniem części naszej zagadki. Narratorem w tej historii jest Nicolette. My zaś obserwujemy to, co się z nią dzieje, w jakim jest stanie psychicznym bądź emocjonalnym. Ona rzuca nam fragmenty puzzli, a my grzecznie je składamy. Całość naprawdę jest wciągająca. Bywa zaskakująca.
„Miasteczko kłamców” nie rozczarowuje absolutnie. Jest to thriller na wysokim poziomie, który ma swój klimat, a czytelnika wsysa w atmosferę tajemniczości, kłamstw, poszlak i pytań o to, kto za tym wszystkim stoi. Po przeczytaniu tej książki, nie dziwią mnie wysokie noty czytelników.

„Czas jest tylko czymś, co sami stworzyliśmy. Miarą odległości. Narzędziem zrozumienia. Sposobem wyjaśnienia rzeczywistości. Może docierać w dowolne miejsca i pokazywać ci różne rzeczy, jeśli mu pozwolisz. Pozwól mu.”

piątek, 28 lipca 2017

Zimowe Panny - Cristina Sánchez-Andrade


wydawnictwo: Muza
data wydania: 24 lutego 2016
liczba stron: 320

„Twój kraj – mówią – oznacza, że nie jesteś sam, gdyż czujesz, że w drzewach, deszczu i ziemi jest coś z ciebie, coś podobnego do krwi, i to, choćbyś nawet wyjechał, czeka na ciebie.”

Ja poszłabym ciut inną drogą i uprościła trochę sprawę. Wymazałabym gumką „kraj”, a wpisała „miejsce, w którym się wychowałeś”. Kraj to takie górnolotne określenie. Nikt z nas całego kraju nie zna, nie w każdym miejscu czuje się dobrze i nie z każdym zakątkiem łączą go przecież więzi. A takie miasteczko czy wioska, gdzie przeżyliśmy tysiące emocji, gdzie to i owo nas spotkało jest gdzieś tam w nas głęboko odkryte. Wtedy i w owych drzewach jest coś z nas i ten deszcz pachnie tam dziwnie znajomo, ziemia jest bardziej plastyczna i bardziej „przytulna” naszym stopom. Takie miejsce na ziemi to skarb, jednak nie zawsze powrót do niego jest w pełni dobry. Bywa i tak, że w pewien sposób jest on przystankiem przed tym co niesie przyszłość i oczyszczeniem przed tym co było gdzieś tam w miejscu X. O takim powrocie do miejsca z czasów dzieciństwa, do dobrze znanego otoczenia, które ma być punktem zwrotnym przeczytacie w książce, którą miałam okazję czytać przez ostatnie dni. „Zimowe Panny” autorstwa Cristiny Sanchez – Andrade , bo to o nich mowa, zabiorą Was do galicyjskiej wioski, w której z pewnością będą działy się dziwne rzeczy.
W małej galicyjskiej wiosce zjawiają się po latach nieobecności dwie siostry, Saladina i Dolores. Zamieszkują w domu dziadka don Reinalda, z którego musiały uciekać jako małe dziewczynki. Ich powrót kładzie się cieniem na spokojnej egzystencji lokalnej społeczności. Po latach wracają wspomnienia o dziadku kobiet, a przede wszystkim o tajemniczych umowach, które spisał ze wszystkimi mieszkańcami. Zobowiązali się w nich za opłatą oddać don Reinaldowi swoje mózgi do badań naukowych. Z chwilą powrotu sióstr każdy z mieszkańców chce unieważnić swoją umowę. I ksiądz, nieokiełznany żarłok, i samozwańczy nauczyciel, i technik dentystyczny wstawiający zęby wyekstraktowane uprzednio zmarłym, i starucha, która codziennie wzywa księdza bo nadeszła właśnie jej godzina. Zanim Saladina i Dolores dowiedzą się, jaki jest powód nieufności sąsiadów, zajmują się gospodarstwem, krawiectwem, marzeniami o karierze aktorskiej i własnymi tajemnicami.
„Choćbyś nie wiem jak daleko pojechała, choćbyś nie wiem jak bardzo starała się szukać, życie jest, jakie jest. Takie, jakie przeżywasz je w tej chwili. Jakie masz w środku.”

Dwie kobiety. Dwie siostry. Jeszcze nie staruszki, ale też nie młodziutkie gąski. Skrajnie od siebie różne. Ładna i ta brzydka. Starsza i młodsza. Sierotki na emigracji. Starsza była chuda i koścista, bez cienia łagodności, zamknięta w swoim świecie i rutynie codziennych zajęć. Drugą wyróżniała uroda, kruczoczarne włosy, pełne usta, zielone oczy ze złotymi refleksami. Cierpliwa i uległa wobec rutynowej codzienności siostry. Obie łączyły tajemnice, które skrywały przed światem. Główne bohaterki w powieści Cristiny Sanchez – Andrade , które są zwiastunem nieszczęść a co najmniej głębokiego niepokoju mieszkańców Tierra de Cha, są totalnym przeciwieństwem.

„Nie bądź taka romantyczna. Nienawiść nie rośnie w sercu, ale w trzewiach.”

Ostatnio przoduje na moim blogu horror/thriller/kryminał, postanowiłam więc trochę urozmaicić repertuar i wpuścić lekki powiew świeżości, dlatego też wybrałam „Zimowe Panny”. Fabuła wydała mi się interesująca i nie mająca raczej nic wspólnego z mroczną literaturą. Miałam ochotę, na coś bardziej lekkiego, pachnącego klimatami Hiszpanii. Pachnieć pachniało, ale zdecydowanie figami, które dość często się pojawiały, a samo drzewo figowe było niczym scena w greckiej tragedii. Momentami miałam wręcz wrażenie, że jestem świadkiem takich scen, co to z jednej strony są z lekka przerysowane i cuchną sztucznym tragizmem, a z drugiej sam w sobie wydawał się wręcz śmieszny. Są marzenia, sekrety, jest nieufność mieszkańców, a nawet wrogość, ale nie ma porywającego tempa. Brakuje siły napędowej, jest za to leniwa wycieczka po meandrach przeszłości, która zatopiła wszystko w bezruchu i kwaśnym zapaszku uzależnienia od kogoś bądź czegoś. 

Powieści Cristiny Sanchez – Andrade podobno urzekają czytelnika, czarują i są oryginalne. Krążą opinie, że autorka potrafi czarować słowem i przenosić czytelnika w inny wymiar. Jej twórczość ma pobudzać zmysły. Ta powieść też podobno porywa i nawet porównywana jest do dzieł Marqueza. Ja osobiście tak bardzo porwana nie jestem. Fajerwerków nie widziałam, nie czułam nadmiernej ekscytacji, choć nie można tej książki nazwać bublem. Ma swój klimat, sam pomysł na fabułę jest naprawdę świetny, bohaterowie są ciekawi, nieidealni, wręcz wadliwi, a przez to ludzcy. Liczyłam jednak na coś trochę innego, bardziej żywszego z większym potencjałem. A tak dostajemy „zacofaną” wieś. Głównym miejscem akcji jest dom po dziadku, drzewo figowe i sporadycznie inne miejsca. Wątek z umowami kupna mózgów jest niczego sobie tak jak dziwna relacja sióstr, która pokazuje jak łącząca jest więź krwi i tajemnicy. Czegoś mi tutaj jednak zabrakło. Całość czyta się szybko, a zakończenie pozwala snuć domysły co by było dalej… Jeśli jeszcze kiedyś trafi w moje ręce jakaś książka autorki to z pewnością przeczytam, choćby po to, by przekonać się czy faktycznie potrafi tak dobrze czarować, opowiadać i powalać na kolana. Może w tym wypadku nie trafiła całkiem w mój gust, jednak nie jest tragicznie i chętnie dam się przekonać jeszcze raz.Jeśli wy nie chcecie ospałej historii pachnącej figami i nutką teatralnego tragizmu to spróbujcie od innej powieści tej autorki.

„Niektóre rzeczy mają posmak rozczarowania, zwłaszcza te, na które czekaliśmy od dawna.”

piątek, 21 lipca 2017

Trzeźwa furia - K.S. Rutkowski


liczba stron: 47
wydanie: ebook

„Normalność to rzecz względna. I dla każdego oznacza coś innego.”

K. S. Rutkowski. Mówi wam to coś? Nie, nie chodzi o słynnego detektywa z oryginalną fryzurą. Mi chodzi o zupełnie innego Rutkowskiego. Jeśli poszukacie znajdziecie u mnie na blogu to nazwisko i listę jego książek, które miałam okazję czytać. Nie jest to wybitnie znany autor, pewnie niewielu go kojarzy, a jeszcze mniej osób pewnie czytało to co napisał. Ja jednak miałam tego farta, a jego twórczością zaraził mnie „Chiński ekspres”, który rozbawił mnie do łez! Do dziś pamiętam minę mojego męża, patrzącego na mnie jak na wariatkę, która podczas czytania zaśmiewała się do łez nie wiadomo z czego. Tzn on nie wiedział, bo ja wiedziałam aż za dobrze. Pomyślicie sobie, że gość pisze komedie. Nic bardziej mylnego. Po prostu w prostocie swojego przekazu potrafi wywołać różne skrajne emocje. W jego książkach nie znajdziecie lukru bądź sztucznych bohaterów bez wad. Znajdziecie za to szarą rzeczywistość, ubraną w potoczny język, wulgarny nawet, ale jakże obrazowy. Gdyby trochę zmiękczyć całość, to ewidentnie opowiadania stałyby się sztuczne, nieprawdziwe i wybebeszone. Książka, którą tym razem autor mi zaproponował, nie ukaże się w wersji papierowej. Na dodatek to raczej ostatnia książka, którą napisał – sam tak twierdzi, choć ja jeszcze bym coś kiedyś przeczytała, więc liczę na to, że może zmieni zdanie. Żeby było jeszcze ciekawiej to udostępnił ją w sieci zupełnie za free.

„Trzeźwa furia” bo o tej książce dziś mowa to kolejny zbiór opowiadań. Dokładnie jest ich siedem i zajmują niecałe pięćdziesiąt stron. Prawda, że króciutkie? Na dobrą sprawę w niecałą godzinkę można połknąć całość. Każde z nich czyni nas obserwatorem krótkiej historii. Natomiast narratorem jest mężczyzna, bądź chłopiec. Jesteśmy świadkami tytułowej trzeźwej furii, która ostatecznie dotyka dziecko i matkę. Po chwili razem z naszym bohaterem przeżywamy katuszę w więzieniu i z niedowierzaniem patrzymy jak w chwil kilka jego życie z bogacza stoczyło się na zboczeńca i menela. Przed oczami stają nam wyświetlane przez autora historie, które pokazują jak ludzie potrafią ranić siebie nawzajem i do czego doprowadza zdrada bądź gniew. Po raz kolejny autor ukazuje rzeczywistość od kuchni. Wywraca osobowość swoich bohaterów na lewą stronę i pokazuje, że nie wszystko jest takie na jakie wygląda. Nikt nie jest idealny. Każdy dokonuje swoich wyborów, nie zawsze słusznych, ale zazwyczaj potem płaci swoją cenę za to czy tamto. Bywa i tak, że nie mamy wpływu na to co nas otacza. Jednak człowiek nigdy nie jest sam, zawsze obok jest ktoś, kto rani, podkłada kłody pod nogi, wykorzystuje bądź dla odmiany daje szczęście i szansę. Bohaterowie jego opowiadań nie są krystalicznie czyści. Potrafią krzywdzić, ale mają przebłyski poczucia winy. Są przykładnymi mężami, jednak gdy ich małżeństwo się sypie, potrafią sięgnąć po ostateczność. Mierzą się z własnymi lękami, ograniczeniami, wyzwaniami… Dostają boleśnie po tyłku często od innych ludzi z własnej winy lub nie.

K.S. Rutkowski wrzuca nas do świata, w którym królują odcienie szarości. Jego bohaterowie mierzą się z życiem i problemami. Nie zawsze robią to elegancko. Jego twórczość prowadzona jest twardą męską ręką. Boleśnie realna, gdzie atmosfera jest gorąca. Czytając możemy stać się dzieckiem na podwórku, który za czasów komuny zbierał papierki po czekoladzie i pragnął zostać członkiem osiedlowej bandy. Możemy taplać się w depresji bądź uciekać w świat fantazji przed trzeźwą furią. Poczujemy gniew, zemstę, strach, zdradę… 

Lubię czytać opowiadania Rutkowskiego, gdyż każde jest obdzierane z jakiegoś tabu, otoczki, która zakrywa to, co często jest ukrywane przed światem. Autor nie leje wody. Piszę krótko, zwięźle i na temat. Nie każdemu taka proza się będzie podobać, jednak autor przez cały czas jest wierny swojemu stylowi i nie robi nic pod publiczkę.

„Mieliśmy po dziewięć lat. Ale jak większość dzieci wtedy, byliśmy nad wiek rozwinięci i o wiele bardziej bystrzy niż dzisiejsi rówieśnicy. Praktycznie samodzielni, bawiliśmy się na dworze od rana do nosy, przez nikogo niepilnowani, wołani przez matki z okien tylko na obiad, lub aby pójść spać, kiedy robiło się już późno i ciemno. Nie mieliśmy smartfonów, komputerów, całodobowych kanałów z kreskówkami, za to kupę wolnego czasu, pomysłów na zabawę i masę przyjaciół, z którymi nie spotykaliśmy się na Fejsie, lecz pod trzepakiem. Na każdym podwórku w tamtych czasach było centrum dziecięcego życia. Tam umawiało się na spotkania, organizowało zabawy i wyrównywało rachunki.”

Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania ebooka. 
Dodatkowo można pobrać go z oficjalnego fanpage autora

czwartek, 20 lipca 2017

Przeczucie - Tetsuya Honda [PRZEDPREMIEROWO]


cykl: Reiko Himekawa (tom 1)
wydawnictwo: Znak Literanova
PREMIERA: 16 sierpnia 2017
liczba stron: 352

„Pomyśl tylko. W dzisiejszych czasach ludzie rodzą się i umierają w szpitalu. Nikt nie ma już szansy stanąć w obliczu śmierci, ale wszyscy tego pragniemy. Każdy chce zobaczyć i poczuć śmierć.”

Niedługo na rynku wydawniczym pojawi się kolejna świeżynka. Wydawnictwo Znak Literanova wypuści w świat moli książkowych nową serię japońskich kryminałów. Już 16 sierpnia będziecie mogli upolować w księgarniach „Przeczucie” T. Hondy. Jest to pierwsza część cyklu o pewnej młodej, pięknej, charakternej pani komisarz Reiko. W Japonii liczba sprzedanych egzemplarzy wynosi aż 4 miliony. Mało tego? Na podstawie tej książki powstały dwa seriale i filmy. Wnioskując z takich informacji, można stwierdzić, że fabuła ma potencjał. Pytanie tylko czy podbije serca naszych czytelników…
Zaczęło się od zwłok podrzuconych pod żywopłotem. Jak śmieci. I to w Tokio, gdzie nikt nie wyrzuci na ulicę nawet papierka. Szczelnie zawinięte w niebieską folię, obwiązane sznurkiem, z mnóstwem ran, z których największą zadano już po śmierci. Potem były kolejne ciała. Wszystkie koszmarnie zmasakrowane. Komisarz Reiko czuła, że to szczególna sprawa. Tym bardziej, że do śledztwa dołączył Katsumata. Jakże on jej nienawidził. Nie dość, że kobieta, to jeszcze młoda i piękna. I te jej przeczucia. Bardziej widział ją w roli gejszy niż komisarza w tokijskiej policji. Teraz muszą pracować razem. Reiko coraz częściej ma przeczucie, że tym razem stawką jest nie tylko odnalezienie mordercy, ale i jej przyszłość.
Śmierć. Jedni się jej boją, a inni traktują obojętnie. Są też i tacy, którzy jej pragną. Daje im ona poczucie władzy, spełnienia, oczyszczenia, zemsty… motywy są różne i jest ich wiele. Sama w sobie śmierć pod postacią trupa bywa zagadką, którą trzeba rozwikłać zanim pojawią się kolejne ofiary. To następne zagadki, które gdzieś tam mają ukryte tożsamości i swoje historie. W książce, którą dzisiaj dla was recenzuje będzie tej śmierci dość sporo. Będziemy jej się przyglądać z kilku stron i zobaczymy jaki ma wpływ na ludzi. Aby przyjrzeć się owej śmierci musimy wyruszyć do Tokio i towarzyszyć tamtejszej policji w badaniu tropów. Jednak najbardziej będziemy związani właśnie z młodą panią komisarz. Jest to bohaterka trochę nietypowa, bo zarówno ładna jak i inteligentna. Kieruje się ona swoim przeczuciem, które nie każdemu pasuje. Skrywa ona również epizod z przeszłości, który mimo, że bolesny to doprowadził ją do miejsca w którym się znajduje. Konkretnie do wysokiego stanowiska w policyjnej hierarchii – co w połączeniu z jej płcią stanowi w konserwatywnej Japonii zdziwienie, a wręcz szok. Niewątpliwie jest to postać ciekawa, która przy okazji tego śledztwa rozprawia się z tym co siedzi w jej wnętrzu. 

„Życie możesz przeżyć tylko w jeden sposób: patrząc przed siebie.”

„Przeczucie” nie zawiodło komisarz Reiko. Trup w krzakach żywopłotu w niebieskim worku to nie zwyczajne morderstwo. Lokalizacja zwłok sama w sobie wydała jej się już dziwna, a w połączeniu z obrażeniami i dokładnością zapakowania ciała już całkiem nie dawała jej spokoju. Kobieca intuicja chciałoby się powiedzieć. Możliwe. Grunt, że kobietka ma nosa… Tak czy siak czytelnik dostaje z pozoru zwyczajnego zapakowanego nieboszczyka. Jednak z czasem sytuacja nabiera rumieńców. Niebieskich pakunków jest więcej, a tropy prowadzą w niebezpieczne rejony, gdzie wtykanie za głęboko nosa w nie swoje sprawy prowadzi do śmierci. Tetsuya Honda – cesarz japońskiego kryminału – stworzył apetyczną dla czytelnika fabułę, w której nie małą rolę odkrywa psychika. Jeżeli do tego dołożymy liczne morderstwa, które są lekko mówiąc brutalne i zwyczaje panujące w tym kraju (hierarchia, podejście do tematu szacunku i reguł pracy w zespole) to mamy naprawdę ciekawą lekturę. Muszę przyznać, że sam pomysł jest dobry, a wykonanie także niczego sobie. Autor bawi się z czytelnikiem. Nakierowuje go na jeden trop i pozwala mu na radość z dobrze wykonanej roboty, by z kolejnym już trochę mieszać. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Książka składa się z pięciu części, które są jeszcze podzielone na rozdziały. Nie zabraknie tutaj japońskich gangów, życia ulicznego, powiązań policyjnych i różniących się od siebie bohaterów. Bywa, że taki choćby Katusmata szokuje i wkurza, a za chwilę wręcz bawi swoim zachowaniem. Czytelnik musi dobrze poznać postać i to co w niej siedzi. A trzeba przyznać, że jest tutaj kilka ciekawych portretów psychologicznych.

Podsumowując… „Przeczucie” to obiecujący kryminał, który może przekonać do siebie fanów klimatów skandynawskich. Ja z przyjemnością sięgnę po kolejną część, jeśli kiedyś pojawi się na naszym rynku wydawniczym i skubnę więcej z kultury i klimatu japońskich śledztw. Czy polecam? Jak najbardziej!

„- Mam kilka pytań do do Podłego Czarnoksiężnika z Krainy Oz czy jak się tam ,chuju, nazywasz w komputerlandii… […] -No już, gadaj, co wiesz. Potem ci kupię nowe gacie. W sumie miły ze mnie gość.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Znak Literanova

czwartek, 13 lipca 2017

Anka Mrówczyńska - Borderline: Autoterapia, czyli o sprawach poważnych z solidną dawką autoironii


wydawnictwo: Psychoskok
data wydania: 3 kwietnia 2017
liczba stron: 212

„Ty po prostu tak bardzo tak bardzo boisz się życia, że pragniesz śmierci. Ze strachu.”

Po ostatnich mrocznych klimatach rodem z horroru bądź thrillera czas na coś z zupełnie innej beczki. Choć z drugiej strony można by stwierdzić, że w jakimś sensie wpasujemy się choć trochę w tamte klimaty, bo przecież psychika ludzka to mroczna strefa, której sami nie potrafimy do końca odkryć. Jak dobrze wiemy w naszych głowach potrafią dziać się (nie)złe cuda… Dzisiaj mam dla Was recenzję autobiograficznej książki Anny Mrówczyńskiej - „Borderline: Autoterapia, czyli o sprawach poważnych z solidną dawką autoironii”. Nie jest to pierwsza książka autorki, którą znajdziecie na rynku wydawniczym, w 2015 roku zadebiutowała dziennikiem „Młody bóg z pętlą na szyi”, w którym opisuje swój sześciotygodniowy pobyt w szpitalu psychiatrycznym. Książka okazała się dużym sukcesem, jak widać Anna Mrówczyńska nie spoczęła na laurach i postanowiła napisać kolejną książkę, a tym samym w jakiś sposób rozprawić się ze swoimi demonami.
Po sukcesie debiutanckiej powieści, Mrówczyńska wraca z kolejną autobiograficzną książką. Tym razem podzieliła swój dialog i życie wewnętrzne na role - przydzielone trzem głównym bohaterkom, które uczestniczą w czternastu sesjach autoterapeutycznych. Pani Psycholog – zdrowa część osobowości Anki, mająca świadomość istoty pogranicznego zaburzenia osobowości. Prowadzi autoterapię, by pokazać Mrówczyńskiej-pacjentce, jak wiele ma problemów i jak ważne jest podjęcie przez nią leczenia. Mrówczyńska-pacjentka – chora część osobowości Anki, kwintesencja jej zaburzeń. Autorka – zdrowa część osobowości Anki, wyrażająca jej złość na samą siebie poprzez ironiczne komentarze i prowokacyjne odzywki do Mrówczyńskiej-pacjentki.
Hola! Hola! – powiecie – ale co to takiego jest w ogóle to Borderline? W skrócie:

Osobowość borderline charakteryzuje się wahaniami nastroju, napadami gniewu w tym autoagresji. Zaburzone jest postrzeganie otaczającej rzeczywistości jak i również samego siebie. Charakterystycznym objawem jest niestabilność myśli, zachowań, emocji. Osoba borykająca się z tym zaburzeniem boi się odrzucenia, ma niską samoocenę i często odczuwa uczucie pustki, bezsensu istnienia na tym świecie.

„Borderline: Autoterapia, czyli o sprawach poważnych z solidną dawką autoironii” to tak naprawdę jeden wielki dialog, który w rzeczywistości jest monologiem, ponieważ trzy główne postacie (pani psycholog, Mrówczyńska i autorka) składają się na jedną Mrówczyńską. Bierzemy tutaj udział w chwilowym rozszczepieniu świadomości w celu przeprowadzenia autoterapii składającej się z 14 sesji, które mają na celu rozłożenie na czynniki pierwsze „wnętrza” owej Mrówczyńskiej. Ma to jej wskazać drogę, spojrzeć racjonalnie i szczerze na swoje podejście do wielu spraw i przekonać ją do dalszego leczenia pod okiem specjalisty. O czym jest mowa podczas sesji w tym trzyosobowym gronie? O autoagresji w tym samookaleczeniach, nałogach, lękach choćby przed bliskością, odczuwalnej pustce, relacjach z najbliższymi, marzeniach i o brakach w wierze we własne możliwości. Pomysł na książkę jest bardzo ciekawy choć wydaje się banalnie prosty.

Anna Mrówczyńska w swojej drugiej książce pokazuje jak duży dystans potrafi mieć do samej siebie i tego co odczuwa, choć piszę o sprawach trudnych i bolesnych. Robi to jednak z przymrużeniem oka, nutką ironii, sarkazmu i lekkości. Nie zabraknie tutaj konstruktywnego gniewu, co tylko dodaje autentyczności i smaczku całej reszcie. To właśnie kwestie wypowiadane przez autorkę są ciekawe i dynamiczne. Sama książka jest pouczająca. Myślę, że większość z nas mogłaby wziąć z autorki przykład i pogadać przez chwile z samym sobą. Przerobić problemy i spróbować je rozwiązać, a nie kumulować w sobie, bądź zamykać się na liczne rozwiązania. Ta książka to taka psychologiczna prowokacja… Można poprowadzić wewnętrzny dialog konstruktywnie? Ano można. Można samemu sobie dać kopa w tyłek? Można. Tylko trzeba się odważyć i przyznać do błędów, słabości i lęków. Domyślam się, że nie każdemu ta książka wpadnie w oko, w końcu nie każdego interesuje ludzka psychika, ani różne odcienie jej portretów. Jednak jeśli ktoś lubi odkrywać coś nowego w literaturze i przy tym się czegoś dowiedzieć się to szczerze polecam. Autoterapia autorki nie jest obszernym tomiszczem i można ją spokojnie pochłonąć w około dwie godzinki – zależy kto w jakim tempie czyta i ile może czasu na to poświęcić.

„Podjęłam decyzję. Chcę się zmienić! A właściwie - chcę chcieć się zmienić. Bo ile można żyć z taką zadymiarą emocjonalną? No właśnie. A ja żyję z nią już 29 lat! I tak sobie siedziałam i myślałam, aż wymyśliłam. A gdyby tak... terapią szokową zastosowaną na sobie samej, przez siebie samą, zmienić swój sposób myślenia? I dawaj się besztać! I dawaj siebie wyśmiewać! Aż do skutku. I wiecie co? W tym szaleństwie jest metoda!”

Dziękuję autorce za możliwość przeczytania ebooka

środa, 12 lipca 2017

Cmętarz zwieżąt - Stephen King


seria: Kolekcja Mistrza Grozy
wydawnictwo: Albatros, Ringier Axel Springer Polska
tytuł oryginału: Pet Sematary
data wydania: 14 czerwca 2017
liczba stron: 400

„Nie należy wierzyć, że istnieją granice grozy, którą zdolny jest przyjąć ludzki umysł. Wręcz przeciwnie, wszystko wskazuje na to, iż w miarę jak ciemność staje się coraz głębsza, głębia owa zaczyna rosnąć wykładniczo – i choć nie chcemy tego przyznać, to doświadczenie podpowiada nam, iż kiedy koszmar staje się dość czarny, groza zaczyna rodzić grozę, a jedno przypadkowe zło płodzi następne, często rozmyślne złe czyny, póki w końcu wszystkiego nie pochłonie ciemność. Najstraszniejszym zaś pytaniem pozostaje to, ile dokładnie grozy może znieść ludzki umysł i wciąż zachować niezłomną, nieugiętą łączność z rzeczywistością. Trudno ukryć, że podobne wydarzenia mają w sobie coś z absurdu. W pewnym momencie wszystko staje się zabawne.”

Skoro już jesteśmy w temacie grozy, to dzisiaj mam dla was kolejną recenzje książki samego mistrza tego gatunku. Tym razem mój wybór padł na „Cmętarz zwieżąt”. Osobom, które cenią sobie grozę na ekranie jest zapewne znana ta historia, tylko pod nazwą „Smętarz dla zwierzaków”, który powstał w 1989 roku. Ostatnio nie byłam w pełni zachwycona tym co przeczytałam, brakowało mi dreszczyku, mrocznego klimatu itp. Postanowiłam więc iść za ciosem i wybrać akurat ten tytuł, bo kojarzy mi się z horrorem, o którym wspomniałam, a który kilka lat temu miałam okazję oglądać. Oczywiście znane mi są również inne filmy na podstawie twórczości autora, jednak ten mgliście krążył gdzieś tam po orbicie moich myśli. Piąte przez dziesiąte kojarzyłam o co mniej więcej chodziło w fabule, postanowiłam więc przypomnieć sobie wszystko i sprawdzić czy książka, również zaspokoi moje oczekiwania. A dodatkowo spodobała mi się okładka i ten mroczny kiciuś.
Zazwyczaj przeprowadzka to początek nowego życia, ale dla rodziny Creedów stała się początkiem ich końca. Mistrz horroru Stephen King zaprasza czytelników na wycieczkę do piekła i z powrotem! Na świecie istnieją dobre i złe miejsca. Nowy dom rodziny Creedów w Ludlow był niewątpliwie dobrym miejscem - przytulną, przyjazną wiejską przystanią po zgiełku i chaosie Chicago. Cudowne otoczenie Nowej Anglii, łąki, las; idealna siedziba dla młodego lekarza, jego żony, dwójki dzieci i kota. Wspaniała praca, mili sąsiedzi - i droga, po której nieustannie przetaczają się ciężarówki. Droga i miejsce za domem, w lesie, pełne wzniesionych dziecięcymi rękami nagrobków, z napisem na bramie: CMĘTARZ ZWIEŻĄT (cóż, nie wszystkie dzieci znają dobrze ortografię...).
  „Nie ma zysku bez ryzyka, ani ryzyka bez miłości.”

Wyobraźcie sobie rodzinę, która przeprowadza się w nowe miejsce, by zacząć coś nowego. Wszystko ma być dobrze i oczywiście do pewnego dnia tak jest… jednak po drodze dzieją się dziwne rzeczy. Śmierć, ostrzeżenie, spacer w nocy do miejsca, które z pozoru jest nieszkodliwe, jednak to od niego promieniuje dziwna moc przyciągania. Machina zła nabiera rozpędu z chwilą śmierci kociego ulubieńca domu rodziny Creedów. Do czego można się posunąć z miłości? Ze strachu? Z bólu, który rozdziera na pół? Czy jedno szaleństwo napędza drugie? Główny bohater pokazuje, że można podjąć wręcz diabelskie ryzyko… i to nie raz…!

„Co kupisz, to twoje, a to, co twoje, wcześniej czy później do ciebie wróci.”

Inspiracją do napisania „Cmętarza zwieżąt” był pobyt autora w pewnym domu w stanie Maine i takowy właśnie cmentarz, który znajdował się za owym domem. Sam pomysł na taką właśnie fabułę wydaje się interesujący i posiada w sobie sporo potencjału, szczególnie dla autora z wyobraźnią, której z pewnością Kingowi nie brakuje. Zresztą na odpowiedni klimat i próbkę fantazji autora nie trzeba wcale długo czekać. Akcja rozwija się stopniowo i nabiera tempa. Napięcie rośnie, a owa groza przybiera na silę by na końcu się skumulować. I to jest to co mi się podoba! Atrakcje pojawiają się i przybierają na silę, a nie czeka się i czeka aż do końca na coś, co praktycznie nie powala nas na kolana czy nie doprowadza do „siwizny” Tak smaczne książki wręcz uwielbiam. Są ciekawe postacie, które mają w sobie coś ze zwykłego człowieka, nie są zbyt idealne, kolorowe, a wręcz wadliwe. Mają swoje słabości, rysy na psychice, fobie… Do tego fabuła ze wspomnianym potencjałem i tematyka grozy z cmentarzami i dziwnymi stworami w tle. Są opowieści z przeszłości, które mają dodać pikanterii i wprowadzić czytelnika w klimat, a przy tym doskonale uzupełniają historię. Sam cmentarz nocą budzi w wielu dreszczyk grozy, albo zwyczajnego podskórnego strachu, jeśli do tego dołożymy podkolorowaną historię to nasza wyobraźnia działa. Pamiętam, ze film przypadł mi do gustu, pamiętam jakieś sceny jak za mgłą, ale wiem, że klimat był. W książce też jest i jest nawet lepiej, bo można wypróbować własną wyobraźnię. Teraz po przeczytaniu powieści, mam zamiar obejrzeć po raz kolejny film i sobie go dobrze porównać. Znów poczuć klimat z dawnych czasów. Tym razem jestem zadowolona z tego co wyszło spod pióra słynnego mistrza grozy. Nie mogę się do niczego przyczepić. Autor nie pisze swoich książek „na skróty” i możemy ze szczegółami poznać daną akcję, choć czasami chciałoby się przejść już do momentu kulminacyjnego. Jednak nie ma tak dobrze, autor chce, żeby czytelnik poczuł klimat i wciągnął się w daną historię mimo iż czasem wydaje mu się coś zbyt szczegółowe. Końcówka jest genialna, a szczególnie epilog, który tworzy w naszej wyobraźni kadr jak z horroru.

„Ziemia serca mężczyzny jest kamienista... Mężczyzna hoduje, co może… opiekuje się tym.”

wtorek, 4 lipca 2017

Statek śmierci - Yrsa Sigurdardóttir


cykl: Thora
wydawnictwo: Muza
data wydania: 12 czerwca 2013
liczba stron: 336

„Kto nie boi się o siebie samego, ma zwycięstwo w kieszeni.”

Twórczość jednych autorów zostawiamy sobie na „później” innych zaś bierzemy w ciemno, bo „kupili nas” dawno temu jedną przeczytaną książką. Mnie ta zasada dotyczy w stu procentach. Ostatnio wspominałam o twórczości Kinga, którą wiecznie odkładałam na kiedyś, a teraz muszę wspomnieć o innej autorce, której twórczość zrobiła na mnie wrażenie jakiś czas temu. Oboje tworzą historię z tego samego gatunku – zarówno On jak i Ona mają za zadanie przestraszyć swojego czytelnika i przyprawić o gęsią skórkę, a już na pewno muszą tworzyć napięcie, które czytelnika wciągnie w opisywaną historię. Ma być ciekawie, a najlepiej ciekawie i przerażająco. Jakie emocje wywołała we mnie twórczość mistrza grozy przeczytacie recenzję wstecz (oczywiście ten kto jeszcze tego nie zrobił), a jak się ma sprawa z grozą spływającą spod pióra kobiety? Yrsa Sigurdardottir zrobiła na mnie piorunujące wrażenie książką „Niechciani” (recenzja tutaj). To była moja pierwsza książka tej autorki. Pamiętam, że potrafiła stworzyć naprawdę niezły klimat, a ciarki oblazły mnie niczym mrówki i to niejeden raz. To sprawiło, że po kolejną książkę autorki „Pamiętam Cię” sięgnęłam bez oporów i z jeszcze większą ciekawością. Ona również mnie nie zawiodła, a jej recenzję znajdziecie tutaj. Dwie doskonałe książki jednej autorki w moich rękach, trzeba więc próbować kolejnych. Kolejna trafiła się całkiem niedawno. Wyobraźcie sobie mój entuzjazm i dreszczyk emocji, który towarzyszył podczas rozpoczynania lektury „Statku śmierci”. Nadzieje i oczekiwania były ogromne. Czy zostały zaspokojone? Czy tak jak w przypadku mistrza grozy poczułam lekki zawód?
Luksusowy jacht rozbija się przy wejściu do portu w Reykjawiku. Na jego pokładzie nie ma nikogo. Jacht jest własnością Banku Islandzkiego, odkąd poprzedni właściciel popadł w długi. Co stało się z trzema członkami załogi i czteroosobową rodziną, która weszła na pokład w Lizbonie? Turyści, którzy zaginęli wykupili, przed podróżą, bardzo wysoką polisę na życie. Firma ubezpieczeniowa chce mieć pewność, że nie doszło do oszustwa. Do akcji wkracza Thora. Musi ustalić, co wydarzyło się na jachcie pomiędzy Lizboną a Reykjawikiem. To nie horror. Lub może raczej horror innego rodzaju. Jeśli znalazłeś się na pokładzie jachtu na środku oceanu i nie wiesz, komu możesz zaufać, to horror o którym mówimy.
Siedem osób plus jeden trup gratis, to od niego zaczynają się kłopoty. Pasażerowie znikają jeden po drugim. Nie wiadomo komu ufać, bo przecież każdy z dorosłych może być mordercą. Tak więc pięć osób może zasługiwać na miano podejrzanego. Luksus, ocean, z pozoru fajna wyprawa… a w rzeczywistości to koszmar pachnący pieniędzmi. To godziny, które zlewają się ze sobą i dryfują w oczekiwaniu na najgorsze. To worek ostateczności i strachu. Kilka ostatnich dni spokoju pewnej rodziny, która wracała do domu. Do dziadków, rodziców, dziecka… Taka migawka, która ma pomóc odpowiedzieć na pytania, które nasuwają się między rozdziałami. W tle majaczą długi, bogactwo, sława...Znajdziemy też dawkę rozpaczy i oczekiwania na cud.

„Statek śmierci” zabiera nas w kurs po oceanie. Dryfujemy z początku beztrosko i niewinnie, oczekując jednak nadchodzącego piekiełka. Całą przygodę jednak zaczynamy z zupełnie innego źródła, albowiem patrzymy oczyma strażnika portowego, a nie głównych bohaterów bezpośrednich wydarzeń. To wprowadza czytelnika w wir tej dziwnej i zagadkowej historii, którą ma okazję poznawać krok po kroku. Tak też sobie przeskakujemy z luksusowego jachtu do chwili obecnej, czyli do Thory, prawniczki, a tym samym pełnomocniczki rodziny zaginionych. Autorka bawi się z nami w kotka i myszkę, dawkując nam w kratkę całą opowieść. Jest to naprawdę wciągające i znane mi z poprzednich książek autorki. Opis narobił mi apetytu, zresztą początek również, jednak z każdym mijającym rozdziałem czułam narastający zawód. Cała historia ma naprawdę niezły potencjał (gdzie znajdziemy lepsze miejsce do morderstwa niż sam środek oceanu?), a i mnie nie udało się wszystkiego rozgryźć, a to akurat ogromny plus dla autorki. Jest zagadka, są trupy, ktoś jest mordercą i jest jakiś motyw. Jednak brakowało mi tego konkretnego dreszczyku emocji. Tego klimatu jak z horroru, gdzie napięcie jest wyczuwane z daleka. W poprzednich książkach, było to wyczuwalne zdecydowanie bardziej. Końcówka jest trochę zaskakująca, ale jednak oczekiwałam czegoś mocniejszego. Choć nie powiem, są momenty warte uwagi, jednak mogło być ich zdecydowanie więcej. Po nitce do kłębka, a wyjdzie misterna intryga i prawdziwa natura człowieka. Mimo iż ta pozycja nie powaliła mnie na kolana jak poprzednie, to jednak nie zamierzam zrezygnować z książek autorki. Wiadomo, autor ma różne pomysły i w różny sposób wciela je w życie, a tym samym nie każdemu dogodzi. Na pewno w najbliższym czasie poszukam innej jej książki i mam nadzieję, że przerażę się tak jak kiedyś. Jej twórczość jest naprawdę godna polecenia i jeśli tylko lubicie klimaty tego typu… islandzkie, mroczne i zagadkowe, to zdecydowanie polecam!


„Zbyt piękni ludzie często wyglądają na nudnych i nikt się nie zastanawia, jacy są w środku.”

czwartek, 29 czerwca 2017

Przebudzenie - Stephen King


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
tytuł oryginału: Revival
data wydania: 13 listopada 2014
liczba stron: 536
„Chyba właśnie po tym człowiek poznaje, że jest w domu, bez względu na to, jak bardzo się od niego oddalił i jak długo przebywał gdzie indziej. Dom jest tam, gdzie chcą, żebyś został dłużej.”
Są takie książki, bądź tacy autorzy, którzy nas intrygują. Wiemy, że kiedyś sięgniemy po daną książkę lecz odkładamy to w nieskończoność. Mnie to też nie ominęło. Od dłuższego już czasu korciło mnie, żeby zabrać się za twórczość Stephena Kinga i jakoś nie było nam szczególnie po drodze. Gromadziłam swoje zapasy literackie na potem i czekałam na impuls do rozpoczęcia lektury. Ba! Jedną nawet udało mi się zacząć, jednak w końcu została odłożona z powrotem na półkę. Dlaczego? Już nie pamiętam czy to przez małą zbitą czcionkę, która utrudnia mi czytanie (wydanie kieszonkowe) czy przez problemy, które zaprzątały moją głowę czy też przez inne pozycje, które musiały być szybciej przeczytane. Jedno jest pewne, wrócę do niej na pewno. Gdy jednak wylądowaliśmy z moim synkiem na totalne dłużej w szpitalu, mąż oczywiście obkupił mnie książkami, wśród kilku powieści znalazła się jedna Kinga, a konkretnie „Przebudzenie”. Wiedziałam, że tym razem już muszę dowiedzieć się o co tyle hałasu jeśli chodzi o literaturę grozy, która wręcz wypływa spod pióra słynnego Stephena Kinga. No wiadomo przecież, że chyba każdy wie kto to taki i wymieni choć jeden bądź dwa tytuły z jego dorobku.
Ponad półwieku temu do niedużej miejscowości w Nowej Anglii przyjeżdża nowy pastor, Charles Jacobs. Wraz ze swoją piękną żoną odmieni miejscowy kościół. Mężczyźni i chłopcy skrycie podkochują się w pani Jacobs; kobiety i dziewczęta tym samym uczuciem darzą wielebnego Jacobsa. Jednak kiedy rodzinę pastor spotyka tragedia, a charyzmatyczny kaznodzieja wyklina Boga i szydzi z wiary, zostaje wygnany przez zszokowanych parafian. Jamie Morton ma własne demony. O d wielu lat wiedzie tułaczy żywot rockandrollowego muzyka, uciekając od rodzinnego dramatu. Uzależniony od heroiny, pozostawiony na pastwę losu, zdesperowany ponownie spotyka Charlesa Jacobsa. Ich więź przeradza się w pakt, o jakim nawet diabłu się nie śniło, a Jamie odkrywa, że słowo „przebudzenie” ma wiele znaczeń.
Już sam opis wydał mi się ciekawy, a początek wydał się równie intrygujący. Spodobał mi się styl opowieści autora. To jak narrator zapoznaje nas ze swoją historią. Razem z nim przechodziliśmy przez różne etapy jego życia. Narrator był szczery, a język prosty i nie męczący. Całość miała swój klimat, a ja czekałam z niecierpliwością na mocne uderzenie. Swoją przygodę z głównym bohaterem zaczynamy w okresie jego dzieciństwa. Mały dzieciak spotyka na swojej drodze dorosłego. Wiecie takiego, który to potrafi zagadać do dzieciaka i go zainteresować. Okazuje się, że to nowy pastor. Wszyscy są zachwyceni. Do pewnego momentu, do pewnej tragedii i pewnego kazania. Tutaj następuje zwrot. Nagle lubiany przez wszystkich człowiek oceniany jest w zupełnie innym świetle, a jego dotychczasowa pasja przeradza się w obsesję.

„Przebudzenie” to opowieść o naturze człowieka, o tym do czego jest zdolny pod wpływem chwili, impulsu i tragedii. O tym jak zwykła pasja może przerodzić się w coś groźnego nie tylko dla nas samych, ale również dla innych, których wciągamy do swojego otoczenia. Igranie z mocami, które przerastają ludzkie pojęcie jest niebezpieczne. Tak samo jak otwieranie drzwi do drugiego świata...tego obok...z pozoru niewidzialnego...tajemniczego… Autor porusza tutaj także siłę naszej wiary w Boga, albo raczej jej kruchość.

Jakie są moje wrażenia po pierwszej przeczytanej powieści sławnego Kinga? Czy obgryzłam paznokcie ze strachu? Nie, nie obgryzłam i mimo tych plusów, o których wspomniałam czuję się zawiedziona. Po prostu nie poczułam grozy. Może i narracja była wciągająca, jednak im bliżej końca tym miałam wrażenie, że tępo zwalnia. Coraz bliżej miejsca kulminacyjnego, a mnie nic nie wciska w fotel. Nie powiem, bo autor wyobraźnię ma, co szczególnie widać na końcu, jednak to nie jest to czego oczekiwałam… Ta historia choć zapowiadająca się ciekawie nie porwała mnie w stu procentach. Nie dostałam tego czego oczekiwałam. Liczyłam na naprawdę mocne wrażenia… Gdzie one są? Czy sławny król literatury grozy potrafi mnie przerazić? O tym zapewne się przekonam. W swoim dorobku mam już osiem książek autora i mam wielką nadzieję, że coś dla siebie znajdę i trafię w swój czuły punkt. No nic, jak widać nie zrażam się i poluję dalej. Nie myślcie jednak, że uważam tę książkę za totalną porażkę czy stratę czasu. O nie! Teraz już wiem, że autor potrafi zwrócić uwagę czytelnika z pozoru zwykle zapowiadającą się historią. Tworzy naprawdę fajny (grunt) klimat do meritum swojej opowieści. A co ważne nie idealizuje bohaterów. Mam nadzieję, że inne książki autora zrobią na mnie jeszcze wrażenie. Gdzie leży granica między naszym światem, a tym drugim? Tym tak zwanym „zaświatem”? Okazuje się, że jest ona tuż obok, i wcale nie jest gruba. A to co znajduje się za drzwiami, przypomina mroczny obraz namalowany przez szaleńca. Chcecie się przekonać co można spotkać za drzwiami? I co czeka śmiałków, którzy odważą się igrać z potężną mocą, którą ciężko pojąć? W takim razie zapraszam do lektury.

„Niezdrowo jest wiedzieć za dużo.”

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Tajemnica dziesiątej wsi - Agnieszka Olszanowska


cykl: Saga z dziesiątej wsi (tom 2)
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 16 marca 2017
liczba stron: 304

„Kochali się. Nawet bardzo. Po prostu za szybko się poddali. Nie potrafili zrozumieć, że miłość jest też w szarej prozie życia. Tylko trzeba ją odnaleźć.”

Pamiętacie może „Listy z dziesiątej wsi” (jeśli nie to recenzje znajdziecie tutaj). To książka, która zrobiła na mnie dość dobre wrażenie. Urzekła mnie kontrastem pomiędzy bohaterkami, a szczególnie tajemnicą zawartą w listach z przeszłości. Kto czytał moje recenzje dość regularnie ten wie, że w tego typu tematy uwielbiam się zagłębiać. Dzisiaj mam dla was moi mili kontynuację tamtej książki, choć bardziej trafnym określeniem będzie, uzupełnienie braków tamtej historii i dopełnienie zakończenia. Zakończenia, które pozostawiło niedosyt i lekkie rozczarowanie.
Na początku dwudziestego wieku kilkuletni Zefiryn Zarządca, zmuszony przez swojego wuja, bierze udział we włamaniu do kościoła. Ma za zadanie ukraść słynny na całą okolicę Cudowny Obraz. Samotna noc w pustym kościele w oczekiwaniu na dogodny moment wywiera wpływ na jego dalsze losy. Ponad sto lat później do Starszego Folwarku przyjeżdża Paweł, życiowy bankrut, wnuk Zefiryna. Młody mężczyzna nigdy nie mieszkał na wsi i nie wyobraża sobie przyszłości wśród pól i lasów. Z pomocą przychodzi mu stary sąsiad, syn wielkiej i niespełnionej miłości Zefiryna. Krok po kroku uczy Pawła pracy na roli. Jednak nie robi tego całkiem bezinteresownie.
Poprzednim razem mieliśmy okazję poznać losy dwóch kobiet, babci i wnuczki – Barbary i Beaty. Tym razem schemat jest podobny, tylko skupiamy się na mężczyznach. Pawle i jego dziadku Zefirynie. Mężczyźni nigdy się nie poznali, jednak łączy ich pewna tajemnica rodzinna, którą poznajemy krok po kroku. Można by powiedzieć, że zapowiada się równie ciekawie jak przy poprzedniej książce, jednak nie. Tak jak tam urzekała mnie subtelność i fragmenty listów, tak tutaj drażniło mnie odkrywanie tej tajemnicy. To, że aby odkryć sedno sprawy musiałam nieźle się cofnąć i nie mam na myśli historii sprzed stu lat, bo to akurat jest najciekawsze w tej części, tylko spojrzenie Pawła na całą sytuację mnie razi. Strasznie nie lubię czytać kontynuacji i przeżywać jeszcze raz danej historii tylko z innego punktu widzenia.

Książka Agnieszki Olszanowskiej to powrót do przeszłości. Ukazanie dawnych czasów, oraz natury człowieka, który potrafi być bezwzględny i nie cofnie się przed niczym, aby osiągnąć to, czego pragnie. Mroczna przeszłość, zagmatwana teraźniejszość. Miłość do ziemi kontra miłość do kobiety. Autorka pokazuje w swojej książce, że nie wszystko jest czarne i białe, są różne odcienie szarości, o których nawet nie wiemy. Pokazuje również siłę człowieka, który potrafi walczyć o swoje życie i odbić się od dna. W połączeniu z poprzednią częścią tworzy spójną całość, jednak nie do końca jestem przekonana. Czegoś mi tutaj brakowało, być może kolejnych listów? O subtelności nie ma mowy, bo obserwujemy wszystko oczami faceta, jednak mam wrażenie, że autorka trochę poszła na skróty. Czytanie nie sprawiało mi takiej przyjemności jak poprzednim razem. Oczywiście, fajnie jest poznać całą historię, smutną, mroczną i trochę dziwaczną (mowa o Zefirynie) jednak to nie jest to, czego się tutaj spodziewałam. A szkoda. Druga część spowodowała, że przestałam darzyć sympatią Pawła, którą zyskał w „Listach...”. Zdecydowanie bardziej interesowała mnie też historia z przeszłości niż losy Pawła. Autorka chyba bardziej zagłębiła się tutaj w jego życie niż życie Beaty w poprzednim tomie. A przecież tu też mamy do czynienia z zestawieniem losów bohatera z przeszłości (przodka) z tym z teraźniejszości. Tak więc tym razem mój entuzjazm jest jeszcze słabszy niż ostatnio. Tam mogłam doczepić się tylko to zakończenia, tutaj niestety większa część mnie nie przekonała. Za to podoba mi się okładka! No, ale jak wiadomo, nie po okładce ocenia się daną książkę. Tak więc jeśli chcecie poznać całą historię z czasów Barbary i Zefiryna, a także dowiedzieć się też jak potoczyły się losy Beaty i Pawła to czytajcie. W końcu nie każdego drażni to co mnie.

Za możliwość przeczytania ebooka dziękuję wydawnictwu Prószyński i Sk-a

środa, 14 czerwca 2017

Czereśnie zawsze muszą być dwie - Magdalena Witkiewicz


wydawnictwo: Filia
data wydania: 10 maja 2017
liczba stron: 496

„Wszyscy chodzimy w labiryncie poplątanych życiowych dróg. W zależności od tego, w którą ścieżkę skręcimy, nasza droga zakończy się w tym lub w innym miejscu. Niezależnie od tego, czy wybór drogi życiowej będzie naszą decyzją, czy podejmiemy ją pod wpływem wiatru napędzanego przez los.”

Labirynty mają to do siebie, że kuszą potencjalnych zwiedzających… Ludzie chcą się zmierzyć z wyzwaniem i włażą na własną odpowiedzialność w krzaki i ścieżki, które czasem prowadzą donikąd. Z życiem bywa podobnie. Szczególnie jeśli nasze życie ma związek z cudzym. Nie ważne czy to nasi przodkowie, czy losy kogoś znajomego, albo nawet obcego, z którym nasze ścieżki się przecinają. Człowieka po prostu kusi, by odkryć prawdę, sekrety, rozwiązać zagadkę czy oczyścić atmosferę z kurzu nagromadzonego przez lata. Czasami wchodzimy do takiego labiryntu i błądzimy, szukamy wyjścia, wkurzamy się, boimy, ale czujemy fascynację. Bo odkrywamy przeszłość, coś co ktoś już przeżył. Inaczej trochę jest z naszym własnym życiem. Z tymi poplątanymi przez wiatr losu badylami, które dziś potrafią podciąć nogi najsilniejszym, a z biegiem lat wydają się zupełnie inne. Tak sobie myślę, że te nasze ludzkie wybory smakują różnie, w zależności od tego na jakim etapie aktualnie się znajdujemy. Tak czy inaczej los, przeszłość i ludzie są po prostu fascynujący. Mnie od jakiegoś czasu kuszą książki, w których odkrywana jest przeszłość, tajemnice i ludzkie losy. Stare dzieje, które dostają nowych barw. A jeśli jeszcze całość została zgrabnie i apetycznie napisana to połykam od razu. No dobra, czasami się delektuję, tak jak przy najnowszej książce Magdaleny Witkiewicz, „Czereśnie zawsze muszą być dwie”.
Zosia Krasnopolska otrzymuje w spadku od pani Stefanii zrujnowaną willę w Rudzie Pabianickiej. Rudera okazuje się domem z duszą uwięzioną w dalekiej przeszłości. Stary dom otoczony sadem – niegdyś bardzo piękny – kryje sekrety swoich mieszkańców. Zosia powoli zgłębia jego tajemnice. Kiedy na jej drodze pojawi się Szymon, odkryje najważniejszy sekret: dowie się, czym są prawdziwa przyjaźń oraz miłość. Zrozumie, że tak jak drzewa czereśni muszą rosnąć obok siebie, by wydać owoce, tak ludzie muszą się kochać, by ich spólna droga przez życie miała sens.
Gdy tylko dowiedziałam się, że książka „się pisze”, uśmiech zagościł na mojej twarzy. Wiedziałam, że prędzej czy później ją dostanę w swoje łapki. Byłam pewna, że mój kochający małżonek mi ją po prostu sprezentuje, bo doskonale wie, jak uwielbiam twórczość Pani Witkiewicz. Moja euforia się jeszcze bardziej pogłębiła, gdy dowiedziałam się, że do cieniutkich powieści ta książka nie będzie się zaliczać. Bo wiecie, wychodzę z założenia, że im więcej czarów tej autorki tym lepiej. A o tym, że czaruje piórem wspominałam już chyba w kilku swoich recenzjach. Te magiczne sztuczki ratują mi ostatnio tyłek na zakrętach mojego życia, w tych krzakach z labiryntu i „prezencie” od losu…

Od zawsze pociągały mnie stare domy i opuszczone pałacyki, tym bardziej, że w pobliżu mojego rodzinnego domu znajdowało się ich kilka. Zastanawiałam się kiedyś, co kryją ściany tych budynków. Co miałby do powiedzenia, gdyby umiały mówić. Fajne było wyobrażać sobie postacie czy też sytuacje, które mogły kiedyś mieć tam miejsce. Może też dlatego historia opisana przez Magdalenę Witkiewicz tak mnie zafascynowała. Historia pewnej młodej kobiety, która dzięki spadkowi po swojej „wiekowej” przyjaciółce odnalazła swoje miejsce na ziemi i historię ukrytą w przeszłości. Całość pachnie magią, nutką eteryczną, stęchlizną przeszłości, melancholią, zapachem kwiatów czereśni i miłością. Miłością szczęśliwą, zgubną, krótką, naiwną, tragiczną i nieszczęśliwą. Losem, który zwyczajnie płata figle, a pomagają mu w tym ludzkie wybory. Jest to powieść o przeszłości, która może mieć zbawienny wypływ na teraźniejszość, a nawet przyszłość. Autorka przypomina swoim czytelnikom, że warto czerpać szczęście z każdego dnia, bo nigdy nie wiadomo co będzie jutro. Nie można również bagatelizować podejmowanych przez nas decyzji, gdyż każda najmniejsza może mieć kolosalny wpływ na naszą przyszłość. To kolejna lekcja życia, ubrana w ciekawą i niezwykle ciepłą historię. Nosząca imiona bohaterów. Dojrzała, ale lekka i uzależniająca. 

Opowieść Magdaleny Witkiewicz jest ciepła, wzruszająca, dodająca otuchy i niesamowicie klimatyczna. Porywa czytelnika i nie puszcza do samego końca. Trudno się od niej oderwać, bo po chwili rozłąki z losami Zofii i przodków rodziny Pani Stefanii, zwyczajnie się za nimi tęskni. Chciałoby się wcisnąć magiczny przycisk pauzy i zatrzymać czas, ruch dookoła i delektować się w spokoju opowieścią. I w tym miejscu czytelnicy książek Magdaleny Witkiewicz mają duży dylemat...Czytać i zaspokoić swój głód jej opowieści czy też dawkować sobie przyjemność, która dzięki temu będzie trwać dłużej? Im więcej książek autorki czytam, tym bardziej się od nich uzależniam. Błagam niech ta kobieta piszę do końca świata i jeden dzień dłużej! Niech czaruje. Niech kusi. Przenosi czytelnika do niesamowitych miejsc i ludzi. Niech dodaje otuchy. A najlepiej to niech pisze książki jeszcze grubsze niż „Czereśnie...”. Na koniec dodam, że jest to książka, która ma niezwykle piękną okładkę...Chyba najpiękniejszą w dorobku autorki!

„Czasem życie daje nam szansę,a my za późno ją dostrzegamy. Czasem możemy dotknąć naszych marzeń,ale odwlekamy te chwile. Na potem, na za godzinę, za miesiąc. Na moment, kiedy będziemy do tego perfekcyjnie przygotowani. A czasem trzeba żyć chwilą. Łapać szczęście szybko szybko w dłonie. Nie ważne, że nie mamy na sobie fraka i sukienki balowej, drugi raz życie może nie dać nam szansy. A nasze marzenie, które było w zasięgu ręki, może ulecieć niczym motyl.”