sobota, 4 listopada 2017

Saga czyli filiżanka, której nie ma - Cezary Harasimowicz


wydawnictwo: W.A.B.
liczba stron: 464
PREMIERA: 8 listopada 2017

„Trochę to skomplikowane,ale czyż nici naszych powinowactw nie są pajęczą siecią, tajemniczą plątaniną?”

Kolejny raz doświadczam magii przeszłości i tego, że babranie się w kurzu, datach i osobach może mieć swój urok. Historia jest naprawdę piękna, nawet jeśli jej bohaterowie żyją w czasach grozy, których my dzisiaj nie jesteśmy w pełni pojąć. Bywa i tak, że oni przezywają największy koszmar swojego życia, ból, głód, tragedie, zdrady, strach, wojny i tortury, a my jesteśmy ich cieniem. Cieniem, który może sobie tylko to wszystko wyobrazić i próbować choć trochę zrozumieć. Jednak to wszystko nas do siebie zbliża i to w tym jest piękne. A kurz? Pajęczyny czy mysie bobki? To tylko nic nieznaczące atrybuty przeszłości. Pisząc „historia” nie mam tutaj na myśli takiej wersji ogólnej, a tej prywatnej. Dotyczącej konkretnych osób. Niesamowite jest poznawanie nowych ludzi, nawet jeśli znamy ich tylko i wyłącznie z opowieści przelanej na kartki książki. Jeszcze ciekawiej zapewne jest jeśli szukamy swoich własnych przodków i tym samym wzbogacamy samych siebie i swoją własną historię. Bo przecież przeszłość i jej duchy są kruche i zarazem cenne jak ostatnia porcelanowa filiżanka, ta z zastawy po prapraprababci. Ano właśnie, jeśli o filiżance mowa… Wiecie są książki, na których widok oczy zaczynają mi błyszczeć i wiem, że muszę je prędzej czy później przeczytać. Tak też było i tym razem, tylko, że przeczytałam ją raczej zdecydowanie „wcześniej” niż „później” bo przedpremierowo. Mowa o książce Cezarego Harasimowicza „Saga czyli filiżanka, której nie ma”. Jak się domyślacie jest to książka pachnąca przeszłością i kurzem, czyli coś,, co mnie kręci.
To coś, co każdy z nas chciałby wreszcie zrobić. Usiąść i spisać rodzinną historię. Cezary Harasimowicz wybrał się w taką podróż. Zebrał wspomnienia przodków, obejrzał stare fotografie i wydobył na kartach książki zapomnianą rzeczywistość.
„Saga czyli filiżanka, której nie ma” to rodzinna opowieść, która ma przybliżyć czytelnikowi obraz wielonarodowej Polski i trudnych czasów pod naciskiem okupantów, a także koszmarów, jakie musiała znieść rodzina Królikiewiczów podczas II wojny światowej. To taki wehikuł czasu, do którego wsiadamy wraz z autorem i przenosimy się w przeszłość, choćby do końca dziewiętnastego stulecia. Mamy okazję poznać przodków autora, dziadka, który był jednym z najlepszych jeźdźców naszego kraju, a do tego nie wyrzekł się Polskiego munduru w chwilach największego zagrożenia, babcię Muszkę, czy też prababcię Funię. Możemy być świadkami pierwszych pocałunków, zmagań wojennych, wytrwałości w dążeniu do celu, mierzenia pierwszej błękitnej sukni balowej, odwagi, miłości, siły i przyjaźni oraz co ważne honoru i patriotyzmu.

Autor za tę podróż w czasie bierze się w bardzo ciekawy sposób, zarówno spisując fakty z ówczesnej pracy jak i korzystając z zapisków matki jak i samego dziadka. Pobudza do wspomnień swoją pamięć, gdzie zostały głęboko ukryte anegdoty rodzinne i sam wyostrza wyobraźnię by dopełnić luki. Jak to robi? W prosty sposób. Odwiedza swoją matkę i przygląda się zdjęciom wiszącym na ścianie. Mruży oczy i przenosi nas do skradzionego upływowi czasu kadrowi. Sam autor zdaje sobie sprawę z choroby matki oraz z upływu czasu, który zabiera jej pamięć i wspomnienia, ale dostrzega w tym pewne piękno, mianowicie postacie wychodzące ze zdjęć czy też ścian zbudowanych z cegieł pozostałych po gettcie, aby jeszcze chwilę „porozmawiać” z matką.

„Cóż, jeszcze sześć lat temu kolebał się w siodle jak dziwka na szczerbatym nocniku, ale teraz był już całkiem sprawnym jeźdźcem.”

„Saga czyli filiżanka,której nie ma” to tak naprawdę wyjątkowy portret rodzinny, wielopokoleniowy i ciepły zarazem. To ukryta w słowach wartość przeszłości, którą każdy z nas powinien poznać, a przynajmniej spróbować. Jak na dobrą sagę rodzinną przystało, zawiera w sobie zdjęcia przodków Cezarego Harasimowicza, które jeszcze bardziej przybliżą czytelnikowi obraz głównych postaci. Nie jest to książka z grona łatwych, przyjemnych i dla każdego. Jednak jeśli ktoś lubi takie klimaty to z pewnością znajdzie w niej cudowną towarzyszkę wolnych chwil, a przy okazji pozna nowe osobistości z naszego ojczystego światka historycznego. Tym bardziej, że autor pisze w ciekawy sposób, niezwykle obrazowy i plastyczny. Nie dawkuje tylko surowych faktów, a próbuje odczarować to, co mogło pozostać nieznane i tajemnicze. Swoją książkę dedykuje matce, która zmarła na początku sierpnia tego roku. O kim więc jest ta książka? O Adamie i Muszce Królikiewiczach. O ich przodkach i znajomych. Nie znacie? A znacie może Krystynę Królikiewicz aktorkę? Nie? To poznajcie. Też nie znałam, a zaintrygowała mnie notka o książce jak i obietnica poznania przeszłości i nic nie szkodzi, że to nie moi przodkowie. Na odkrycie moich własnych korzeni przyjdzie czas.

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki

sobota, 28 października 2017

Gra Geralda - Stephen King


wydawnictwo: Albatros, Ringier Axel Springer Polska, Pruszyński i s-ka 
data wydania: 6 września 2017
liczba stron: 330

„Jej oczy, błądzące bez celu po mrocznym pokoju, spoczęły na dalekim kącie, gdzie w srebrzystym świetle wpadającym przez świetlik tańczyły dziko cienie sosen kołysanych przez wiatr. Stał tam mężczyzna. […] Widziała wpatrzone w siebie hipnotyzujące, bezmyślne spojrzenie ciemnych oczu. Widziała woskową bladość zapadniętych policzków i wysokie czoło, choć rysy intruza były zniekształcone przez ruchome cienie. Widziała przygarbione plecy i długie małpie ramiona zakończone szczupłymi dłońmi; gdzieś w czarnym trójkącie cienia rzucanego przez komodę musiały się kryć nogi, lecz pozostawały niewidoczne.[…] wzrok Jessie podążył na moment w dół i wydało jej się, że widzi jakiś ciemny przedmiot stojący na podłodze. Nie mogła się zorientować, co to takiego, bo przedmiot znajdował się w gęstym cieniu rzucanym przez komodę, gdy wtem przypomniała sobie wczorajsze popołudnie…[…] Między nogami intruza stałą piła łańcuchowa. Nie wątpiła w to an przez chwilę. Nieznajomy używał jej wcześniej, lecz nie do cięcia drewna. Mordował nią ludzi, a pies uciekł, bo wyczuł zbliżanie się szaleńca, który nadszedł ścieżką wzdłuż jeziora, niosąc zakrwawioną piłę...” No ten tego, wiecie, że zbliża się Halloween i można sobie ten mroczny klimat wzmocnić dobrą literaturą z dreszczykiem. Można się wtedy spokojnie zaszyć w domu, pod kocykiem z kubkiem herbaty bądź kieliszkiem dobrego wina i się bać, tzn czytać. Czy przy lampce nocnej, czy jasnym jak słońce żyrandolu, czy przy świecach, które mogą łatwo zostać zdmuchnięte – wybór dowolny – nawet latarka i głowa pod kocem jest akceptowalna. Teraz już tylko można słuchać szeptów, skrzypiących desek, a nawet widzieć to czego się nie chciało. Talent autora do klimatycznego pisania, plus dobra wyobraźnia czytelnika mogą tutaj naprawdę zdziałać naprawdę dużo. Idealna książka na ten czas powinna trzymać w niezłym napięciu i to cały czas. Domyślam się, że wielu sięgnie po mistrza grozy Stephena Kinga. Ja też tak zrobiłam, co prawda nie w halloween, a wcześniej, jednak literacka dawka grozy przyda się i zwykły dzień.
Perwersyjna gra erotyczna zmienia się w wielogodzinny koszmar. Gerald Burlingham, chcąc dodać trochę pieprzu do małżeńskiego seksu, zabiera swoją żonę Jessie na odludzie w Maine. Kiedy Jessie przestaje się podobać brutalna zabawa, postanawia ją przerwać. A wtedy domek letniskowy staje się sceną grozy. Przykuta kajdankami do łóżka kobieta zostaje sama. Nie licząc trupa męża. Tego, co czyha w mroku. I tego co czai się w niej samej.
Opis mnie totalnie zaintrygował. Spodziewałam się historii, która będzie trzymać w napięciu, pobudzi moją wyobraźnię. Zacierałam ręce na samą myśl i nie mogłam się doczekać, aż znajdę chwilę spokoju żeby móc przeczytać to, co ma do opowiedzenia mistrz grozy. Początek niezły, nawet można powiedzieć, że śmieszny. Czekałam na akcje, na grozę i ciarki. Czytam, czytam i zastanawiam się, kiedy zacznę drżeć na myśl o przewróceniu następnej strony, albo zacznę jeszcze szybciej przerzucać w zachwycie. I kiszka. Nic, żadnych dreszczy czy entuzjazmu. Przeczytałam coś około połowy i zaczęły się pojawiać jakieś tam obawy, ale raczej natury czytelniczego zawodu niż przed czyhającym złem. Coraz częściej zadawałam sobie też pytanie ile można pisać o kobiecie przykutej do łóżka? Zamiast napięcia zaczynałam czuć znużenie jak bohaterka książki. Nawet jeśli w tym czasie poznajemy lepiej główną bohaterkę i demony, które tkwią w jej przeszłości i jej głowie to i tak akcja jest raczej średnia. Dobrze, że „podróżujemy w przeszłość” bo inaczej bym sobie darowała dalsze czytanie, a tak jeszcze iskierkę nadziei na coś ciekawego miałam. I się w pewnym momencie doczekałam zwrotu akcji. Pojawia się groza, pojawia się ktoś, kto nie jest królewiczem na białym koniu, który ratuje niewiasty z tarapatów. Już zacierałam ręce i dziękowałam autorowi za tego mrocznego gościa, gdy okazało się, że pełni funkcję raczej straszaka i pobudzacza do działania. Jednak nasz gość miał się jeszcze pokazać na końcu i tutaj autor pokazał swój talent do wymyślania akcji przechodzących ludzkie pojęcie. Pech chciał, bo akurat jadłam śniadanio – obiad, a fragmenty raczej zachęcały do tego, żebym jedzenie zwróciła, a nie je połykała. 

Tak więc, kolejna książka mistrza za mną, tylko nie jestem pewna czy to był dobry wybór. Tyle słyszy się o jego talencie do tworzenia grozy, ma tylu fanów, a ja póki co nie czuję tego zachwytu. Fenomen bzika na punkcie twórczości Kinga jest mi obcy. Choć nie powiem, nawet ten zawód intryguje i zachęca do szukania książek, które mnie jednak powalą na kolana. Na trzy przeczytane książki jedna mi się podobała tak naprawdę. Mam na półce sporo jego książek, niektóre opisy naprawdę mnie zachęcają, tylko czy sytuacja się nie powtórzy i mój rozbudzony opisem apetyt szlag nie trafi. Być może mam zbyt kiepską wyobraźnię jak na mistrza, albo po prostu trafiam na mniej interesujące tytuły? Domyślam się, że cała akcja, która autor opisał w „Grze...” mogłaby zadziałać na mnie lepiej, gdybym zobaczyła ją na szklanym ekranie. Tej książki nie polecam na Halloween, jednak niewątpliwie autor ma lepsze, skoro tyle osób go chwali, więc może wybierzecie coś ciekawego. Mimo kilku ciekawych momentów nie jestem zachwycona tą pozycją, męczyłam się przez większą część czytania. Nie pozostaje mi więc nic innego jak szukać dalej, zarówno w dorobku autora jak i odpowiedniej książki na Halloween. 

 „To adrenalina, dziewczyno, hormon wydzielany przez twój organizm, gdy zaczynasz krzyczeć i drapać pazurami. Jeśli ktokolwiek cię zapyta, czym jest panika, teraz już wiesz: to amnezja emocjonalna, po której czujesz się tak, jakbyś ssała garść miedziaków.”

środa, 25 października 2017

Wojny żywiołów. Przebudzenie Ziemi: Powstania - Michał Podbielski


cykl: Wojny żywiołów (tom 1.2)
wydawnictwo: Wydawnictwo Żywioły
data wydania: 10 marca 2017
liczba stron: 728

„Nikt nie dba o dobro państwa, dla którego rozwoju teoretycznie pracuje. Każdy chce jak najwięcej dla siebie.”

Coraz rzadziej zdarza mi się sięgać po fantastykę, bądź pochodne tego gatunku. Wybieram zupełnie inne książki, które za bardzo mojej wyobraźni nie pobudzają. Jednak jakiś czas temu dostałam propozycję zrecenzowania kontynuacji Wojny żywiołów i od razu się zgodziłam. Dlaczego, skoro nie ciągnie mnie na co dzień w tym kierunku? Odpowiedź jest prosta, pierwsza część była rewelacyjna i niesamowicie rozbudziła moją wyobraźnię. Po skończeniu miałam ochotę na więcej, niestety wtedy nie było to możliwe, teraz jednak już tak. Zresztą staram się nie ograniczać jeśli chodzi o książki i próbować różnych gatunków. Nigdy przecież nie wiadomo, co może nas zainteresować. Nie warto więc zamykać się na coś nowego. Jeśli interesują Was moje wrażenia po lekturze pierwszej części - „Wojny żywiołów. Przebudzenie ziemi: Udręczeni” to recenzje znajdziecie tutaj – serdecznie zapraszam.
Oblubieniec bogini ziemi poszukuje obiecanego w proroctwach Naczynia, które ma odmienić życie ludów Kontynentu Prerii. Będąc daleko od domu, nie zdaje sobie sprawy z tego, że zeszłoroczne wtargnięcie do Epicentrum właśnie rodzi daleko idące konsekwencje. W tym samym czasie Kamiennoręki zbiera armię mającą wyrwać Wysokie Stepy z rąk Imperium Koralu. Podczas swych działań szybko przekonuje się, że wróg nie stanowi jedynych przeciwności, a natura ludzka potrafi przysporzyć problemów nawet wśród sprzymierzeńców. Jaką rolę odegrają tu Szare Płaszcze? Czy bogini Wody zainterweniuje? Jakie siły zetrą się ze sobą i jaki będzie finał pierwszego tomu serii „Wojny żywiołów”?
Michał Podbielski to facet o naprawdę niezłej wyobraźni. Można nawet powiedzieć, że rewelacyjnej. Pokazał Nam to pisząc pierwszy tom swojej wielowątkowej historii. Tym razem potwierdził, że naprawdę na wiele go stać i wie co robi pisząc tego typu książki. Stworzyć tak nierzeczywisty świat i jeszcze się w nim nie poplątać, a do tego po drodze nie zanudzić czytelnika to naprawdę coś. Czytając nie możemy narzekać na nudę, czy też monotonię. Tu z każdą zmieniającą się kolejno postacią i miejscem coś się dzieje. Czytelnik w łatwy sposób może sobie to wszystko po swojemu przetworzyć w swojej głowie i czerpać z tego przyjemność. Książki Michała Podbielskiego czyta się nie tylko przyjemnie, ale jeszcze szybko, choć warto rozpoczynać lekturę z „przewietrzoną” głową, żeby w pełni móc połapać się kto z kim i po co. Szczególnie jeśli nie czytacie jednej książki zaraz po drugiej. To nie jest książka, którą można zabić czas i zbytnio nie skupiać się na treści. Obie części pokazały talent i potencjał twórczy autora, w przygotowaniu podobno „Wojny żywiołów. Zemsta Golema: Narodziny”, a więc zapowiada się smakowity kąsek literacki dla fanów twórczości autora i tego gatunku.

Często bywa tak, że pierwszy tom potrafi zawładnąć czytelnikiem, a drugi wręcz odwrotnie, wywołuje niesmak i rozczarowuje, gdyż wcześniej wyhodowaliśmy sobie spore oczekiwania. Z takim zjawiskiem spotkałam się już kilkakrotnie, nawet niekoniecznie w literaturze tego typu. Po prostu z czasem, z kolejnymi tomami, opowiadane nam historie tracą barwy i są zwyczajnie gorsze, a może i wręcz do kitu. W przypadku „Wojny żywiołów. Przebudzenie ziemi: Powstania” tego po prostu nie ma. Samo w sobie to jest już ogromnym plusem w oczach czytelnika. Bo przecież nie ma nic gorszego niż męczarnia podczas czytania ponad 700 stron, szczególnie jeśli za takie opasłe tomisko zapłaciło się ponad cztery dyszki, wtedy rozczarowanie lekturą jest jeszcze bardziej frustrujące.

„Z jeńcami się nie negocjuje, więźniów się nie przekonuje, a z trupami nie rozmawia się wcale. […] A to znaczy, że nie jesteś ani naszym jeńcem, ani więźniem, ani trupem, którego łatwiej i taniej byłoby dostarczyć do kogoś, kto i tak chce cię widzieć martwego.”

Druga część identycznie jak pierwsza wita się z czytelnikiem mapkami (również autorstwa Marcina Burmińskiego), które mają mu zobrazować gdzie mniej więcej akcja się toczy, oraz obszernym spisem postaci, bo jest ich naprawdę tutaj sporo. Dalszy ciąg historii zaczynamy od rozdziału 11 czyli po skończonym 10 w części pierwszej. Ciekawe pomyślane, widać spójność już od samego początku. Dlatego najlepszy efekt będzie, gdy będziecie czytać jedną część po drugiej, bez długich odstępów czasu (jeśli chcecie komuś zrobić prezent w formie książek, a lubi fantastykę to podarujcie mu dwie części od razu, nie powinien być zawiedziony, tym bardziej, że sama miałam ochotę na dalszy ciąg, a przecież bzika na punkcie tego gatunku nie mam). Historia jest barwna, dynamiczna, zaskakująca i momentami wręcz śmieszna do łez, szczególnie dialogi mieszkańców wyspy Ortis- Kai. Nie będę wspominać o tym, czego możecie się tym razem spodziewać ze strony naszych barwnych postaci, wiadomo jeśli w grę wchodzą żywioły, to niczego pewnym do końca być nie można i wiele może się zdarzyć. Nie będę nikomu psuła przyjemności z czytania i w tym temacie nie zdradzę nic, powiem tylko, że dzieje się oj dzieje. Tak więc jeśli do tej pory się wahaliście czy sięgnąć kiedyś po kontynuację czy też po twórczość tego autora to radzę przestać i skosztować tego co oferuje nam autor. A ja no cóż, czekam z niecierpliwością na dalszy ciąg…

„Im cięższe decyzje, tym większa cena, aby wyrównać szale na wadze...”

Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania książki i jej zrecenzowania.

niedziela, 22 października 2017

Byłem geniuszem czyli z tego co pamięta Winston Smith - Artur Kosiorowski


wydawnictwo: Artur Kosiorowski 
wydania: 4 września 2014

„Niby koszmar, a jednak żyłem wtedy prawdziwie umysłowym życiem. Moje myśli krążyły po najwyższych piętrach i dotykały boskości. Wiele osób deprecjonuje szaleństwo, widząc w nim to, co namacalne (ból, nieskładność i niepraktyczność), a jednocześnie ci ludzie nie zdają sobie sprawy, że oto Święty Geniusz ma bezpośrednie połączenie z boską częścią swojego jestestwa, tłumionego co krok.”

Człowiek i jego psychika to naprawdę skomplikowana machina, którą trudno rozgryźć. W pojedynkę czasami trudno okiełznać potwora, który może przybierać postać szaleństwa bądź Świętego Geniuszu. Podobno są specjaliści, którzy twierdzą, że są dobrymi fachowcami i mechanizm takiej maszyny jaką jest psychika mają w małym palcu. Są też tacy, którzy próbują pomóc i zrozumieć, czy dobrać odpowiednią dawkę leków. Jednak zablokować jedno z kół zębatych, bądź odkręcenie jednej ze śrubek na pewien czas nie zawsze rozwiązuje problem. Żaden z tych specjalistów nie żyje na co dzień, w czterech ścianach swojej głowy z taką trzaskającą maszynerią, która płata figle i może eksplodować. Czym więc jest tak naprawdę szaleństwo? To wie tylko szaleniec, czyli osoba borykająca się z zaburzeniami psychicznymi. Myślę, że idealną osobą do tego, żeby nakreślić obraz szaleństwa i owego geniuszu w jednym jest autor, którego książkę miałam okazje ostatnio czytać, Artur Kosiorowski. Powiem więcej, zna on sprawę od kuchni, od podszewki, od każdej palącej myśli. Kilka lat temu miałam okazję czytać jego pierwszą książkę „Wiosnę życia” (recenzja TUTAJ), w której opisywał swoją niełatwą, pełną schiz i walki z nałogami podróż w dorosłość. Tym razem poszedł o krok dalej i wprowadził nas głębiej do swojej głowy, swojego życia i swojego świata „wariata”.

„Byłem Geniuszem” to druga autobiograficzna książka Artura Kosiorowskiego. Cieniutka nowela, która ma nas przybliżyć do sedna szaleństwa. Czytając możemy wcielić się w słuchacza, który poznaje losy głównego bohatera i zarazem autora. Widzimy jak sam szarpie się ze sobą, walczy z systemem, czuje się Wielkim Poetą przeżywającym zmiany, szukającym miłości, zrozumienia, wolności i spełnienia. Wiemy też co stało się dalej z bohaterem „Wiosny życia”, o jego pobycie w szpitalu, stwierdzonej schizofrenii i ciągłej walce, która wyniszcza i przybiera różne formy.

  „Wszystko odrzuciłem. Wszystko do ostatka i zacząłem budowanie nowego światopoglądu. Budowałem go na krytycyzmie, umiłowaniu, wolności i kilku jeszcze innych sprawach, do których dochodziłem samemu drogą żmudnej pracy moich myśli.”

Ta nowela aż kipi od emocji, bólu, lęków, schiz, szaleństwa, pogardy do pewnych środowisk jak i uwielbieniem do kultury i wiary we własny geniusz literacki. To szczypta psychiki samego autora, to obraz, który przepełniają żywe barwy, rażące w oczy, fascynujące, aczkolwiek męczące. Czytając można poczuć zmęczenie ciężarem tego, co przeżywa bohater. Czujemy szaleństwo i chaos, który momentami przebija się z treści. Książka jest cieniutka, krótsza chyba od poprzedniej, którą napisał autor, jednak dla fanów ludzkiej psychiki interesującą. Myślę sobie, że autor naszkicował swój autoportret utkany ze słów. Niekoniecznie korzystny, przejrzysty i zachwalający jego osobę tylko po to by się przypodobać. To taki literacki ekshibicjonizm pełen skrajności. Godny pochwały czy może jednak pożałowania? Trudno określić, gdyż czytelnik wraz z bohaterem/ autorem przeżywa całą paletę emocji, która pędzi i pędzi od początku do końca. Swoją książką przybliża nas do osób borykających się z zaburzeniami psychicznymi. Otwiera nam furtkę, byśmy zasmakowali całej gamy odczuć i stanów towarzyszącym ludziom chorym psychicznie. Niewątpliwie jest to lektura dla nielicznych. Nie każdy preferuje tego typu literaturę, gdyż ma ona swój ciężar i klimat. Jednak jeśli ktoś lubi tego typu książki, to polecam.

A na sam koniec zostawiam wam z pytaniem wprost od autora.


„Czy dwie skrajności nie są sobie bliższe niż to co pośrodku?”

Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania książki

piątek, 20 października 2017

Rozważna i romantyczna - Jane Austen


seria: Angielski ogród
wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 19 listopada 2014
liczba stron: 352

„Człowiek, który nie wie, co robić ze swoim czasem, nie zdaje sobie sprawy, że zabiera czas innym."
Jakiś czas temu postanowiłam sobie, że zapoznam się bliżej z klasyką literatury. Z bólem przyznaję, że wielu dobrych, znanych i wartych przeczytania powieści po prostu nie czytałam. Dziw nad dziwy bierze szczególnie, że miałam je cały czas pod ręką w rodzinnym domu (a przynajmniej niektóre z tych perełek). Dlaczego więc nie zabrałam się za nie ileś lat wstecz? Odpowiedź jest prosta. Nie posłuchałam głosu swojej mamy, która mówiła co jest ciekawe. Jeszcze gorzej – jeśli już zaczynałam to nie kończyłam. Dlaczego? Przerastała mnie forma, treść, bądź obszerność danej książki. Inny powód? Chyba zwyczajnie chciało mi się romansideł, następnie wampirów w połączeniu z mdlącym romansem. Przyznaję byłam romantyczną i monotematyczną nastolatką. Gusta się zmieniają o czym przekonałam się z upływem lat. Od jakiegoś czasu powtarzam, że do pewnych książek trzeba dojrzeć i tak też stało się ze mną. Na moich półkach chyba jakieś dwa, trzy lata temu zawitała klasyka. Zaczęło się chyba od „Przeminęło z wiatrem” potem pojawiło się kilka powieści z serii Angielski Ogród i czekały na swoją kolej. Jak wiecie losy Scarlet O’Hary zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Po upływie długiego czasu wybrałam z kiełkującego zbioru „Rozważną i romantyczną” autorstwa Jane Austen. Jakie wrażenie zrobiła na mnie ta powieść?
Po śmierci męża pani Dashwood wraz z dziećmi opuściła ukochany dom i zamieszkała w posiadłości Barton. Dwie z jej córek - panny na wydaniu - choć różne pod względem charakterów, tak samo szukają szczęścia i miłości. Uczuciowa, impulsywna Marianna marzy o mężczyźnie szarmanckim, wrażliwym, lubiącym te same lektury co ona. Łagodna i rozważna Eleonora odda serce jedynie człowiekowi spokojnemu i odpowiedzialnemu. Niestety świat, którym - zamiast prawdziwych uczuć - rządzi pozycja społeczna i pieniądz, może boleśnie rozczarować te pełne uroku, ufne kobiety…
„Są ludzie, którym i siedem lat nie wystarczy, żeby się nawzajem poznać, dla innych siedem dni to za wiele.”

Czytając powieść Jane Austen nie przestawałam się dziwić ile w tamtych czasach można było ukryć pod pozorami dobrego wychowania. Miłe słówka były przykrywką dla kłamstwa, przytyków czy też braku charakteru. Obłuda pachnąca perfumami… myślę jedno, powiem drugie. Nie znaczy to jednak, że dla czytelnika dobrze zakamuflowana ironia jest niesmaczna i pozbawiona wdzięku. Jednak jeśli miałabym żyć tak jak bohaterki naszej powieści to chyba bym zwariowała. Gdzie tu autentyczność naszego rozmówcy, choćby brata? Nie żebym myślała, że dzisiaj jest słodko, przyjemnie, życzliwie i szczerze na każdym kroku. Dziś zazwyczaj wali się prosto z mostu. Szczególnie w internecie, ale tam to już jest jad, który ktoś wylewa pod przykrywką ‘Anonimowości w sieci’ . Oczywiście nie każdy w swojej szarej codzienności potrafi komuś powiedzieć co leży mu na sercu, zazwyczaj staramy się uważać, jednak gdy już zbierzemy się na szczerość robimy to zupełnie inaczej niż bohaterowie Jane Austen. W tej powieści dominują kobiety. Nie zawsze są to postacie pozytywne. Myślę, że dzisiaj większość nazwała by je pustakami, którym zależy na kasie czy też prestiżu. Nie mają nic do powiedzenia, lubią zachwyty i pieniądze. Mimo sporej ilości bohaterów główne postacie są dwie. Pana rozważna i panna romantyczna. Do tego dołożymy kawalerów, do których wzdychają. A do tego jeszcze całą resztę, bez której oczywiście powieści by nie mogło być. Najważniejsze są jednak nasze dwie damy. Dwie siostry, jakże różne od siebie. Jedna opanowana, przeżywająca swoje emocje w środku i kierująca się rozumem. Druga pełna romantyzmu, namiętności, z której emocje się aż wylewają. Ma skłonności do przesady i odważnych sądów. Można by rzec, że jedna jest chłodna, a druga zaś w gorącej wodzie kąpana. Różnica ta szczególnie jest widoczna, gdy spotyka je podobny zawód. Wtedy czytelnik dostrzega jeszcze bardziej różnicę między siostrami.

"Rozważna i romantyczna" to powieść, którą warto się delektować jak dobrym trunkiem, bądź ulubionym daniem, na które rzadko możemy sobie pozwolić. To historia z ‘innej planety’ w porównaniu z obecnymi czasami, jednak łatwo i szybko możemy poczuć urok jaki swoim stylem rozsiewa autorka. Subtelny romansik z nutką ironii i kontrastu ludzkich charakterów. Lekka i przyjemna książka raczej dla kobiet. Klasa sama w sobie choć wypada dużo słabiej w porównaniu z „Przeminęło z wiatrem”, które jest wręcz rewelacyjne, choć zdecydowanie dłuższe.


„Nie potrzeba słów tam, gdzie czyny świadczą same za siebie.”

sobota, 14 października 2017

Skrajnie Mylne Sygnały - Federica Bosco


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 5 lipca 2016
liczba stron: 152

„Zamiast silić się na perfekcję, powinniśmy pokazać wszystko to, co najgorsze: jacy jesteśmy niesympatyczni, źle wychowani i roztargnieni. Jeśli ktoś nas takimi pokocha, to reszta przy tym to bułka z masłem!”

Bywają dni, kiedy mamy ochotę na lekką lekturę, przy której nie musimy zbyt wiele myśleć, a chcemy dobrze się bawić. Ostatnio miałam właśnie taką potrzebę i sięgnęłam po książkę „Skrajnie Mylne Sygnały”, którą napisała Frederica Bosco. Nazwisko nie było mi obce i wszystkimi drogami prowadziło do przeczytanej jakiś czas temu innej powieści tej autorki, a chodzi o „Nie tacy oni straszni”. Pamiętam, że dobrze się bawiłam podczas czytania (recenzja tutaj) i miałam ochotę na więcej. Chciałam i mam. Jak wrażenia?
W życiu Brigitty, bohaterki powieści, nie brakuje namiętności… ani absurdu! Jest w związku z Lucą (choć niektórzy twierdzą, że raczej z jego komórką) – mężczyzną, którego można opisać za pomocą trzech Z: Zaskakujący, Zniewalający, a przede wszystkim – Zajęty! Śnił mi się taki koszmar: jego żona owinęła go całego wstążką do pakowania prezentów i mógł oddychać tylko przez dwie słomki, które wystawały mu z dziurek nosa. A kiedy zjawiłam się tam, aby go uratować, dyrektor banku oznajmił mi, że jeśli chcę go uwolnić, to muszę zapłacić 150 tysięcy euro, żeby spłacić jego kredyt.
Moje oczekiwania wobec tej książki były naprawdę duże, szczególnie jeśli chodzi o dawkę ironii, poczucia humoru oraz ciekawej historii, która miała być komedią pomyłek. Pamiętając poprzednią książkę autorki, którą byłam oczarowana. Na dowód mojego zachwytu i moich wygórowanych oczekiwań przytoczę mały fragment z mojej recenzji: książka, którą warto mieć i przeczytać. Nie tylko przyjemna, lecz na swój sposób pouczająca. Opowieść o przeciwnościach losu, pechu i chaosie…o miłości, przyjaźni, rodzinie i upokorzeniach. O potrzebie spokoju… Całość jest rewelacyjna. W tej książce znajdziecie dużą dawkę dobrego humoru i zakochacie się w niej od pierwszego zdania. To pigułka rozweselająca w formie książkowej. Taka tragikomedia i bajka w jednym. Lekarstwo na jesienno – zimową chandrę (która niestety już coraz bliżej). Lubicie testować wytrzymałość bohaterów? W takim razie tutaj znajdziecie to, co trzeba. Ja ją uwielbiam… 

Niestety tym razem nie obyło się bez rozczarowania. Historia była przewidywalna, mało oryginalna, błyskotliwego humoru niewiele, a bohaterka mnie irytowała swoją naiwnością i zachowaniem. Ja rozumiem, że ona taka miała być, ale Bri to już jak dla mnie szablonowa idiotka (zakochana z klapkami na oczach). Tak wiem, miłość bywa ślepa. Sama niejeden raz miałam podobne klapki na moich patrzałkach, może nawet byłam naiwną idiotką, pisywałam sms-y i to dużo, ale romansu z żonatym facetem jeszcze nie zaliczyłam (jeden błąd mniej). Patrząc w przeszłość można być ze sobą szczerym, albo chociaż próbować i spokojnie można doliczyć się kilku błędów z czystym sumieniem, być może to dlatego tak drażni mnie główna bohaterka. Naczytało się i naoglądało sporo, romanse żadną nowością nie są, słodkie słówka bywają dwuznaczne i dość często bywają też śmieszne, krótko mówiąc wszystko razem bywa oklepane i pachnie tanimi kłamstwami na kilometr. Szczególnie jeśli od początku do końca wszystko wydaje się szablonowe i raczej mało zaskakujące.

Ta książka broni się tylko tym, że faktycznie można się przy niej odprężyć. Jest bardzo krótka bo można ją spokojnie połknąć w dwie godzinki może nawet mniej jeśli ktoś szybko czyta. To takie babskie czytadełko – romansidełko. Oczywiście nie ma w tym nic złego, gdyż sama lubię sięgnąć po tego typu książki, jednak tym razem autorka poszła totalnie na łatwiznę. Może i chciała zwrócić uwagę czytelnika na problem jakim jest zniewolenie przez technologię, w tym wypadku w grę wchodzą sms-y. Uzależnienie od tej formy komunikacji, choć to też żadna nowość i ludzie od dawna flirtują ze sobą w ten sposób, nawet żyją w związkach na odległość i tak się codziennie komunikują. Nawet jeśli całość miała za zadanie śmieszyć to i tak wypadła blado w porównaniu z tym co Frederica Bosco pokazała w „Nie tacy...”. Mam mieszane uczucia do tej książki, bo z jednej strony jestem rozczarowana, a z drugiej dostałam to co chciałam, czyli odmóżdżacz. Proponuję przeczytać, zrelaksować się i zapomnieć. Przetrawić nie ma co, no może tylko prawdę życiową, że romanse są średnio fascynujące. Czy polecam? I tak i nie. Tak, jeśli masz ochotę na coś w tym stylu – ma być lekko i szybko. Nie, jeśli szukasz ambitniejszej literatury. A jeśli masz ochotę na naprawdę dobrą dawkę ironii i chcesz się nieźle pośmiać to proponuję sięgnąć po wspomnianą w tekście książkę autorki, która jest naprawdę dużo lepsza.

Za możliwość przeczytania ebooka dziękuję wydawnictwu Prószyński i Sk-a

poniedziałek, 18 września 2017

Banda Michałka powraca - Ewa Karwan-Jastrzębska



wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 6 czerwca 2017

Kochani, kto z nas choć przez chwilę nie chciałby stać się znowu dzieckiem? Myślę, że większość, albo zaryzykuję i powiem, że każdy. Choć na kilka godzin stać się beztroskim berbeciem, który ma tysiąc pomysłów, lato w głowie, kumpli z podwórka i głowę pełną marzeń. Wiadomo czasu cofnąć się nie da (a szkoda), ale można sięgnąć po książkę, która trochę nam to dzieciństwo przybliży. Jeśli jesteś rodzicem, który chce wciągnąć swoje dziecko do świata literatury, bądź sprawić mu radość, bo książki pochłania, to również proponuję przeczytać do końca moją recenzję. Tym razem kilka słów o książce Ewy Karwan – Jastrzębskiej - „Banda Michałka powraca”.

Zdarza mi się czytać książki nie po kolei – zaczynam od drugiego tomu, albo od któregoś tam ze środka. Tym razem było tak samo. Domyśliłam się, że skoro ta banda powraca to już musiała raz gdzieś się pojawić, mało tego, ja musiałam ją przegapić i to bardzo. Nie zrażona tym skusiłam się na pozycję dla dzieci. Nie zaczynając od pierwszego tomu. Nie mając choćby tych dwunastu lat (i to od dość dawna).
Krótkie, skrzące się dowcipem, świetnie oddające współczesne realia opowiadania w stylu "miało być dobrze, a wyszło jak zawsze". Walentynki i związane z nimi miłosne podchody! Nocne polowanie na Minotaura! Uchodźcy w szałasie! Żałosne skutki pogadanek, czyli banda na tropie Pedobera! Oczy Róży i spotkanie z Błotnym Misiem…A w tle stara warszawska kamienica w sercu Żoliborza i jej barwni mieszkańcy, kochająca się rodzina Michałka, szkoła z jej nietuzinkową dyrekcją (gotową nawet wystartować w szkolnym konkursie talentów). A w rolach głównych oczywiście – Michałek i jego przyjaciele!
Michałek i jego banda pojawili się w 2013 roku, nie tylko na półkach w księgarni i tych domowych w pokojach dzieciaków. Zagościli również na antenie radiowej Trójki, a dzieciaki, które były pierwowzorami bohaterów udzielały podobno wywiadów. Tym razem powraca wraz ze swoją bandą, aby łapać złodziei, podejrzanych obywateli, pomagać sąsiadce, szpiegować i pojechać do Grecji, gdzie wypada zapolować na Minotaura. To tylko kilka przygód, o których wspominam, aby nie psuć nikomu dobrej zabawy z odkrywania reszty. Wydawałoby się, że jest to książka dla chłopaków, nic jednak bardziej mylnego. Oczywiście w bandzie przeważa płeć męska, jednak jest jedna dziewczyna – kumpel. Zresztą całość jest lekka, przyjemna, dowcipna, barwna i pouczająca, więc nawet z samymi chłopakami nie byłoby źle. Książkę się czyta się ekspresowo. Rozdziały nie są długie, a każdy rozpoczyna ilustracja. Przygody Michałkowej bandy także uczą empatii, pomocy innym, przyjaźni, a także języka polskiego, w tym różnych pojęć, które na co dzień dzieci słyszą tu czy tam. Oczywiście autorka robi to w sposób czytelny, tak aby każdy zrozumiał i się nie zanudził. Uważam, że to świetny sposób, aby nasze dzieci nie tylko dobrze się bawiły, ale również czegoś się dowiedziały. Niektórzy zapewne się doczepią, że ma to formę „słownika”, ale nic z tych rzeczy.

Przyznam się, że jako dziecko nie przeczytałam „Dzieci z Bulerbyn”, a teraz na stare lata mnie wzięło na czytanie książek o bandzie dzieciaków. Mój świat, a w zasadzie nasz dorosłych różni się od tego opisanego przez Ewę Karwan – Jastrzębską. I to właśnie jest fajne, że nie tylko dzieciaki mogą korzystać z takiego świata, ale również i rodzice podkradając im książkę lub czytając z nimi. Dlaczego naszło mnie akurat na taką literaturę i wyskakuję z nią skoro zazwyczaj u mnie znajdziecie książki z zupełnie innej półki? Powody są dwa, a w sumie nawet trzy. Jestem w takim miejscu, gdzie trudno się czasem skupić, zmęczenie, stres czy choćby brak czasu uniemożliwiają czytanie czegoś innego kalibru. Chce się zwyczajnie uciec myślami i przez chwilę dobrze się bawić nie wysilając mózgu. Zakosztować beztroski itp. Drugi powód – jestem matką, co prawda mojemu synowi daleko do tak rozwiniętych książek i do stworzenia takiej bandy, ale dobrze powoli wchodzić na grunt przyjazny dzieciom. To wiąże się z trzecim powodem, a mianowicie planami na przyszłość, w których uwzględniam recenzje książek dla dzieci. Te trzy powody sprawiły, że przeglądając pozycje na czytniku bez wahania wybrałam właśnie tę pozycję. Nie żałuję i mam w planach nadrobić kiedyś zaległości z pierwszym tomem. Mam nadzieję, że on również przypadnie mi do gustu. Dorośli z tej książki również mogą wyciągnąć to i owo, choćby bezinteresowność, którą warto okazywać osobom w naszym otoczeniu, troska czy też wyobraźnia, którą czasem upychamy za żelaznymi drzwiami po to, aby odciąć się od tego dziecka, które w nas drzemie. Nie pozostaje mi nic innego jak na koniec zaproponować abyście zakumplowali się z Michałkiem i resztą i przy okazji dobrze się bawili (WASZYM DZIECIOM RÓWNIEŻ).

Za możliwość przeczytania ebooka dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka

sobota, 16 września 2017

Strzały w Stonygates - Agatha Christie


wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
data wydania: 9 lutego 2017
liczba stron: 208

„(...) ludzie rzadko – rzadziej nie można by się tego spodziewać – wyglądają na to, czym są w rzeczywistości.” 

Po ostatnim literackim rozczarowaniu, tym razem wolałam sięgnąć po pewniaka, który nie zawodzi, a przynajmniej do tej pory mi się to nie zdarzyło z twórczością Agathy Christie. Jednak teraz moim książkowym doznaniom nie towarzyszy mój ulubieniec Poirot, a błyskotliwa panna Marple. Dlaczego ona a nie on? Filmy z pedantycznym Poirotem nadal świeżo mam w pamięci i czytanie opowieści z nim nie miałoby w sobie tyle frajdy, dlatego wybrałam coś nowego, ale zarazem pewnego. Do powieści z jego udziałem chętnie wrócę, gdy tylko moją pamięć pokryje cieniutka warstewka kurzu. To mój debiut z postacią panny Marple. Raz miałam okazję oglądać film i przyznam, że zrobił na mnie pozytywne wrażenie, jednak po książkę sięgnęłam dopiero teraz. Mój wybór padł na tytuł „Strzały w Stonygates”. Nic mi on nie mówił, więc wnioskowałam, że będzie ciekawie.
Panna Marple na prośbę przyjaciółki jedzie odwiedzić jej siostrę milionerkę i sprawdzić, kto czyha na spadek. Ginie pasierb pani domu, a ją samą ktoś próbuje otruć. Szekspirowska atmosfera, pękające lustra i zamknięty krąg podejrzanych. Każdy z siedmiorga domowników miał motyw, by zabić. Sprawę utrudnia fakt, że do rezydencji przylega dom poprawczy, w którym mieszka dwustu młodocianych przestępców.
Autorka przenosi nas i swoją bohaterkę do zaniedbanej aczkolwiek imponującej posiadłości, gdzie obecnie mieszka przyjaciółka z młodości panny Marple. Zostajemy wrzuceni do grona ludzi, którzy są normalni i nienormalni zarazem. Dziwna atmosfera komplikuje się jeszcze bardziej, gdy nagle padają strzały i na horyzoncie pojawia się oczywiście trup. Zaczyna się śledztwo, podejrzanych jest kilkoro, a ktoś ewidentnie coś kombinuje by zmylić trop policji. Jaką rolę odgrywa w tym wszystkim Panna Marple? Z pewnością nie odgrywa tutaj takiej roli jak Poirot, nie jest wynajętym detektywem, tylko przyjaciółką pani domu, która w międzyczasie dostrzega to i owo, łączy fakty i w konsekwencji pomaga znaleźć sprawcę całego zamieszania. Jest to niewątpliwie postać, która na pierwszy rzut oka się nie wyróżnia, wtapia w tłum i wygląda na zwyczajną staruszkę.

„ […] obraz na scenie jest zbudowany z prawdziwych materiałów. Z płótna, drewna, farby, tektury. Złudzenie powstaje w oku patrzącego, a nie na samej scenie. To znaczy, że naprawdę wszystko jest rzeczywiste, zarówno gdy popatrzymy na to od strony widowni, jak i od strony kulis.”

„Strzały w Stonygates” to subtelny kryminał, który ma w sobie zagadkę, drugie dno i spore grono podejrzanych, a do tego szczyptę dramaturgii. Mamy tutaj spokojne tempo, klimat tamtych czasów i oczywiście dedukcje, którą uwielbiam. Sama panna Marple to ciekawa postać, niby staruszka, a z umysłem bystrym i młodzieńczym. Swoje widziała i zwykły nieboszczyk nie jest jej straszny. Prawie od samego początku miałam wrażenie, że oglądam jakiś spektakl teatralny. Jakbym patrzyła na scenę i widziała wchodzących i schodzących z niej aktorów. Nawet się za bardzo nie pomyliłam, gdyż bohaterowie nakierowują czytelnika, aby wraz z nimi spojrzał na dane miejsce w taki właśnie sposób. Autorka w swojej książce porusza takie tematy jak pokora czy też dobro. Bawi się przy tym portretami bohaterów i skomplikowanymi relacjami jakie je łączą. To co z pozoru jest czarne może okazać się białe i na odwrót. Kontrasty, idee, zranione uczucia, iluzja i natura człowieka. Wszystko połączone ze smakiem i naprawdę wciąga. Jest to powieść, którą można się spokojnie delektować. Aha i jeszcze jedno… po raz kolejny trafiłam kulą w płot podczas typowania mordercy. Chyba nigdy nie nauczę się jakim schematem posługiwać się podczas dedukcji...szczególnie w książkach tego kalibru.

„(…) gdy ktoś jest dobry, powinien także być pokorny.”

niedziela, 10 września 2017

Przeszłość - Tessa Hadley


wydawnictwo: W.A.B.
data wydania: 17 sierpnia 2017
liczba stron: 352

„Bo tutaj życie jest życiem, mogę znaleźć miejsce dla siebie gdziekolwiek.”

Podobno z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Jak wiadomo, każda ma swoje sekrety, więzi łączące jej członków i pozory, którymi się otacza by prezentować się lepiej w oczach innych, szczególnie obcych spoza kręgu wtajemniczonych. Jest też oczywiście i dom, który nasiąknięty jest sentymentem, a czasami straszy tym i owym z przeszłości. Mnie przeszłość fascynuje. Jestem sentymentalna i lubię wracać do tych i owych dni. Szczególnie ta tematyka korci mnie w literaturze, gdzie poznajemy sekrety rodzinne, czasem zakurzone, a innym razem głęboko ukryte w starym kufrze. To taki rodzaj zagadki, która ma swój specyficzny zapach. Dlatego, gdy tylko dostałam propozycję zrecenzowania książki o trafnym tytule „Przeszłość”, którą napisała Tessa Hadley, nie wahałam się ani chwili. Oczywiście po zapoznaniu się z opisem i oczarowana okładką, która pobudza wyobraźnię. Korytarze, pokoje, uchylone drzwi… Pustka, wspomnienia zatopione w żółci ścian, echo głosów z przeszłości, przyczajone w szparach przy oknach. I tyle do odkrycia. Kto się zgodzi?
Czwórka rodzeństwa postanawia spędzić wspólnie urlop na angielskiej wsi. To ich ostatni pobyt w urokliwym domku odziedziczonym po dziadkach i ma być wyjątkowy: tylko rodzina, żadnych obcych. Fran przyjeżdża z dwójką dzieci, Roland z córką i nową żoną, Harriet jak zwykle jest sama. Wyłamuje się tylko Alice, która przywozi syna swoje byłego partnera. Dom pełen jest bolesnych wspomnień, lecz choć przeszłość przypomina o sobie na każdym kroku, bliskim trudno się z nią rozstać. Czas, który nie oszczędził niszczejącego budynku, odcisnął także piętno na wzajemnych relacjach rodzeństwa. Atmosfera gęstnieje z dnia na dzień.
Jeszcze jak do opisu dołożymy taką zachętę, że autorka po mistrzowsku kreśli intymny portret rodziny, która pod płaszczem pozorów dobrego pochodzenia, statusu materialnego itp. ukrywa tajemnicę pożerające wręcz od środka, to nie można przejść obojętnie obok tego tytułu. Tak sobie właśnie myślałam i wyobrażałam super ciekawą literaturę. No i na tym się skończyło, bo kompletnie dostałam co innego niż oczekiwałam. Liczyłam na przyjemną, klimatyczną powieść, która poniesie mnie po meandrach ludzkich emocji, sekretów i więzi rodzinnych. Dostałam grupkę ludzi, którzy mają mniej lub bardziej skomplikowane życie osobiste. Nie wyczułam więzi rodzinnych. Powiem więcej, przez pierwsze 150 stron nudziłam się jak mops. Czekałam sama nie wiem na co. Być może na nagły zwrot akcji, tym bardziej, że czasami była zapowiedź czegoś co mogło ciekawie się rozwinąć. Gdy już myślałam, że nasi bohaterowie odkryją to i owo z listów ukrytych w starym sekretarzyku okazywało się, że niestety nie tędy droga i dalej kluczmy sobie koło wakacji chaotycznej rodzinki. Młodociany romans, ciekawskie dzieciaki, rodzeństwo, które nie ma w sobie za grosz ciepłych uczuć wobec siebie. Nad całym tym niby sielankowym spektaklem unosi się lekki sentyment i tęsknota. Dom dziadków stanowi symbol tego co minione, bezpieczne i tragiczne zarazem. Taki wehikuł czasu, który przyciąga i jednocześnie odstrasza. Ostatnia nić trzymająca rodzinę w jako takiej więzi.

Tessa Hadley za książkę „Przeszłość” otrzymała nagrody Windham – Campbell Literature Prize for fiction i Hawthornden Prize. Jak widać nie zawsze wybitne nagrody przekładają się na opinię zwykłych czytelników, którzy pragną wciągającej literatury.

„Przeszłość” tak naprawdę nie ma w sobie zbyt dużej dawki przeszłości. Bohaterowie do mnie nie przemawiają, gdyż są sztuczni i nie mamy okazji ich za bardzo poznać. Więcej przeczytamy opisów choćby otoczenia niż o tym co w nich tak naprawdę siedzi. Jak dla mnie chaotyczna powieść z niewykorzystanym potencjałem. Urwana w ciekawych momentach, pozbawiona głębszego klimatu. Zazwyczaj staram się wycisnąć z książek to co się da, doszukać się czegoś ciekawego, tutaj nie bardzo jest co wyciskać. Szkoda, że autorka poszła na skróty i historię owianej sentymentem zmarłej matki głównych bohaterów opowiedziała w takim skrócie. Mogła z tego wyjść naprawdę dobra powieść. Taka na jaką zaprasza nas ciepła i obiecująca okładka.

„[…] im mniej jesteś skomplikowana, tym lepszym jesteś materiałem na matkę”

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki

sobota, 2 września 2017

Zatrzymać Dzień - Wioletta Szczepańska, Ireneusz Słupski


wydawnictwo: Fundacja Podaj Dalej
data wydania: wrzesień 2016
liczba stron: 276

„Gdyby naszymi lekturami były właśnie takie książki, po których bardzo chce się żyć.”

Są książki, które czasami omijamy świadomie, bądź nie. Dlaczego? Uciekamy od pewnych trudnych tematów, udajemy, że ich nie ma, albo po prostu nie chcemy sobie psuć dobrego humoru. Ja powiem Wam, że ci co tak robią popełniają straszny błąd. Kolejne dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Nie każda z nich jest pesymistyczna, nawet jeśli temat trudny, bolesny i faktycznie niejeden raz chce się płakać. Jest też drugi powód. One dają do myślenia i przypominają co w życiu jest ważne i jak wielką siłę ma w sobie człowiek. Można poszerzyć ten wątek i dodać sens życia czy też wiary. Przede wszystkim czytając poznajemy bohaterów, realnych bądź fikcyjnych – zresztą za tymi najprawdopodobniej kryją się prawdziwi ludzie z prawdziwymi historiami. Taką książką jest „Zatrzymać dzień”, zresztą wspominałam o niej na swoim profilu facebookowym (najpierw zamawiasz, potem czytasz i w końcu płacisz).

Pewnego dnia na świat przyszedł uroczy chłopczyk, wyczekiwany przez mamę i kochany odkąd przybrał formę fasolki, a nawet jeszcze wcześniej. Prawda, że sielankowo? Bajka zmienia się w koszmar, gdy u niego w wieku trzech miesięcy zdiagnozowano raka oczka. Zaczęła się walka z trudnym przeciwnikiem. Walka, która trwa dość długo. Odbiera siły i niejednokrotnie odbiera wiarę. Walka o życie, zdrowie...tutaj też jest toczona walka o oczko Kubusia. Autorką książki jest mama chłopca, która opowiada krok po kroku jak wyglądała ta walka, ale i to kim była wcześniej nim stała się żoną, matką i wojowniczką, która zrobi dosłownie wszystko. Ta książka to również podziękowanie i hołd dla ludzi dobrego serca, którzy pomogli i trwali przy nich do końca bitwy i zapewne jeszcze dłużej. Być może ktoś z was słyszał kiedyś o Kubusiu. Może zaglądał na stronę www.OkoKuby.pl, być może również pomógł – więc wie to co ja odkryłam czytając tę książkę.

Powiem więcej, podobno nikt tej książki nie chciał wydać, dlatego zrobili to sami i powiem szczerze, że jak dla mnie jest ona wydana rewelacyjnie. Uzupełniona o zdjęcia, komentarze, dawne posty mamy Kubusia. A co ważne płynie z niej szczerość, bezradność, ból, gniew, ale i miłość. Miłość nie tylko rodziców do dziecka, ale także obcych ludzi do zupełnie obcego dziecka. Nie jest to powieść z zaplanowaną z góry fabułą, to życie, a jak wiemy ono pisze najlepsze scenariusze, choć czasami bolesne. Książka wciąga, przywraca wiarę w ludzi i zachęca do pomocy. Najważniejsze jest w niej to, że kipi z niej siła i mimo wszystko optymizm.

Ja odkryłam ją dzięki mężowi. To on ją zamówił, ja przeczytałam, a zapłacimy wspólnie. Dla mnie (dla nas) ma ona tym większe znaczenie, że sami od 13 miesięcy walczymy o życie naszego malutkiego synka i nawet teraz czytając tę książkę jesteśmy w szpitalu. Powiecie, że jestem totalnie nieobiektywna – bardziej niż oczywiście zazwyczaj, bo przecież oceniam książki subiektywnie. Okej. Zgodzę się, jednak wiem jak cenne jest zdrowie, jak trudno znaleźć siłę i jak wielką miłość człowiek jest w stanie okazać innym. Wiem też ile można dostać od innych i nie chodzi tu tylko o pomoc finansową, a o wsparcie. Mimo, że walczymy z zupełnie inną chorobą to doskonale rozumiem to, co autorka miała do przekazania. Z pewnością to pozycja godna polecenia dla rodziców chorych dzieci. Jednak polecam ją też innym...zdrowym ludziom, rodzicom zdrowych dzieci, dziadkom, babciom, wujkom, ciociom...Nie uciekajcie od trudnych tematów, bo one są gdzieś obok.

„Ściany szpitalnych sal słyszały więcej gorliwych modlitw, niż niejeden kościół.”

Dla wszystkich, których ta książka zainteresowała, podaję link, pod którym można ją zamówić www.zatrzymacdzien.pl

niedziela, 27 sierpnia 2017

Doskonała - Cecelia Ahern


cykl: Skaza (tom 2)
wydawnictwo: Akurat
data wydania: 19 lipca 2017
liczba stron: 480

„Jest osoba, którą wydaje ci się, że powinieneś być, i osoba, którą naprawdę jesteś.”

Cecelia Ahern zmieniła trochę kierunek swojej twórczości na bardziej młodzieżowy powieścią „Skaza”, która ukazała się w ubiegłym roku (recenzja tutaj). Całkiem niedawno na rynku wydawniczym pojawiła się kontynuacja tej książki, tym razem nosi ona tytuł „Doskonała”. Fani książek autorki doskonale wiedzą do czego jest ona zdolna, jak potrafi czarować i dawać do myślenia. Nierzadko jej książki przepełnia energia, optymizm i pewnego rodzaju czar, który chętnie chłoniemy czytając kolejne strony. Jej książki można czytać i czytać i kończyć się nie chce. Spokojnie mogłabym porównać Cecelię Ahern do naszej Magdaleny Witkiewicz, gdyż obie porywają lekkością pióra i czarują magią ukrytą w słowach. Powiem więcej, potrafią uzależniać. Czy tytuł kontynuacji „Skazy” odzwierciedla jakość najnowszej powieści? Czy możemy liczyć na doskonałą literaturę, która pomoże nam wcielić się w 18 - letnią tym razem Celestine i poczuć dreszczyk emocji?
Celestine żyje w społeczeństwie opanowanym obsesją doskonałości. Napiętnowana Skazą, decyduje się na bunt przeciwko nieludzkiemu systemowi. Jedyną osobą, której może zaufać, jest Carrick. Czy dwoje młodych, kochających się ludzi ma jakiekolwiek szanse w walce z bezdusznym, skostniałym porządkiem? Czy zapał i gorąca miłość wystarczą, by skierować świat na nowe tory?
„Nie ma nic złego w popełnianiu błędów. One uczą nas brać odpowiedzialność. Pokazują, co się udaje, a co nie. Przekonujemy się, że następnym razem postąpilibyśmy inaczej, jak będziemy inni, lepsi i mądrzejsi w przyszłości. Nie jesteśmy jedynie chodzącymi pomyłkami. Błądzić to rzecz ludzka. Człowiek uczy się na swoich błędach.”

Nie ma ludzi krystalicznych, każdy nosi jakąś skazę na charakterze. Świat oparty na ludzkiej doskonałości istnieje tylko w wyobraźni choćby Ceceli Ahern. I całe szczęście, gdyż sama pokazuje jak bardzo byłby to chory system. System podziałów na lepszych i gorszych, manipulacji, władzy i prowadzący do buntu wśród społeczeństwa. Każda nasza skaza, błąd popełniony czyni nas prawdziwymi, nie jakimiś sztucznymi istotami. Autorka w swojej książce pokazuje, że warto zaakceptować siebie, oswoić swoje błędy, swój charakter i nie dążyć do przesadnej doskonałości, gdyż nie ma czegoś takiego. Każdy z nas na swój sposób jest doskonały i wyjątkowy. Ciekawy temat, ukazany w naprawdę interesujący sposób. Co ciekawe kontynuacja pierwszej części historii Celestine jest o wiele bardziej wciągająca od poprzedniej. Bardziej dynamiczna, skupiona na konkretnym celu i pokazująca spryt i inteligencje naszej młodej bohaterki. Oczywiście nie brakuje optymistycznego przekazu i pewnej dozy dramaturgii.

„Aby ktoś mógł wygrać, ktoś musi przegrać. A żeby ta osoba mogła wygrać, najpierw musi coś stracić. Ironia sprawiedliwości jest taka, że uczucia, które ją poprzedzają, i te, które z niej powstają, nigdy nie są w pełni uczciwe i zrównoważone. Nawet sama sprawiedliwość nie jest idealna.”

Czytanie „Skazy” sprawiało mi przyjemność, jednak nie wywołała ona we mnie takich uczuć i takiego zachwytu jak choćby „Pora na szczęście”, którą z sentymentem wspominam do dziś. Z "Doskonałą" już jest ciut lepiej. Wiadomo jedne książki nas porywają mniej, a inne bardziej. Są takie, które uwielbiamy, lubimy, tolerujemy bądź takie, które nas rozczarowały. Ja cenię sobie twórczość Ceceli Ahern za przekaz, lekkość i wspomniany czar. W tych „nowych” książkach też jest przekaz i lekkość. Fabuła jest interesująca i wszystko jest w porządku, ale nie oczarowały mnie tak jak jej poprzednie tytuły. Być może jestem już za stara, życie dało mi w kość i mimo, że chętnie odrywam się od dorosłości i wcielam w cień nastolatki, to jednak nie czuję tego klimatu co dawniej. Założę się, że gdyby „Skaza” i „Doskonała” trafiły w moje ręce z dziesięć lat temu, to odebrałabym je inaczej i byłabym zachwycona. Jednak nie zmienia to faktu, że książki są naprawdę dobre i czyta się je świetnie. Potwierdza to tylko fakt, że Cecelia Ahern zna się na tym co robi i potrafi pisać dla tych dojrzałych kobiet jak i tych młodszych. Wiecie tak dobrze jak ja, że potrafi naprawdę cudnie pisać o uczuciach i problemach. Tworzy historie, które żal zostawiać za sobą na półce, a bohaterów można potraktować jak kumpli. Nie będę się rozpisywać na temat fabuły, nie chce przypadkiem za dużo zdradzić, szczególnie jeśli ktoś jeszcze nie czytał pierwszej części. Tym bardziej radzę nadrobić zaległości, bo „Doskonała” jest jakby dojrzalsza i trzymająca w większym napięciu.

„Czasem potrzeba całego życia, żeby zbudować przyjaźń, i sekundy, żeby ktoś stał się wrogiem.”

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Akurat

czwartek, 24 sierpnia 2017

Pan Holmes - Mitch Cullin


wydawnictwo: Czarna Owca
data wydania: 6 maja 2015
liczba stron: 272

„Obawiam się, że każda istota ma wewnętrzne życie z własnymi powikłaniami, które czasem nie dają się wypowiedzieć, choćby nie wiem jak się starała.”

Jak zapewne wiecie mam ogromną słabość do Sherlocka Holmesa. Zawsze powtarzam, że jego nigdy za wiele, tak więc prędzej czy później w moje ręce musiała wpaść kolejna książka z jego osobą w roli głównej. Tym razem padło na „Pana Holmesa” autorstwa Mitcha Cullina. Jest to książka, która zachęca osoby po nią sięgające bardzo pozytywnymi opiniami na okładce. Jeśli jednak poszpera się w sieci, to trafi się na znacznie gorsze opinie, że rozczarowuje, że brak w niej zagadek, a także że to totalna nuda. Ja z książką Mitcha Cullina mam tylko ten problem, że widziałam dużo wcześniej film nakręcony na podstawie tej książki (który osobiście mi się bardzo podobał). Tak więc wiedziałam czego się spodziewać. Nie zostałam jakoś znokautowana przez brak zagadek. Myślę jednak, że jeśli ktoś uważnie przeczytał opis, to również nie powinien mieć z tym problemu, a tym bardziej oczekiwać spektakularnej zagadki w typie Artura Conana Doylea.
Jest rok 1947, dziewięćdziesięciotrzyletni Sherlock Holmes mieszka z gospodynią i jej nastoletnim synem w hrabstwie Sussex. Wiedzie spokojne życie, dogląda pszczół i pisze wspomnienia. Powoli godzi się z tym, że jego umysł nie jest już tak sprawny jak kiedyś. Ludzie nie przestają jednak szukać u niego pomocy w rozwiązaniu tajemniczych zagadek. Holmes powraca do jednej z nich, sprawy z przeszłości, która u kresu życia może dostarczyć mu odpowiedzi na najważniejsze pytania o sens życia, miłość i granice wiedzy dostępnej człowiekowi
Mitch Cullin w swojej powieści naszkicował dla nas trochę innego Holmesa. Nie towarzyszy mu już Watson, nie ma również znanych nam dobrze innych postaci, choćby słynnej gospodyni pani Hudson. Na głównym planie jest nadal słynny detektyw, ale już na emeryturze z towarzysząca mu starością. Przysparza mu ona niemało kłopotów. Pamięć szwankuje, a ciało też już nie to. Widzimy starca, który jest samolubny i szorstki. Jedyną największą zagadką są zakamarki jego pamięci, a przy okazji spisywania wspomnień jednej ze spraw będzie chciał poznać odpowiedzi na pytania dotyczące sensu życia, przemijalności i oczywiście miłości, która towarzyszy ludziom. Czy i jemu jest znane to pojęcie? Czym dla Holmesa jest miłość i otaczający go ludzie (ci z dawnych lat i ci obecni przy nim w Sussex)?


„Odczuwanie tęsknoty za kimś jest także w pewien sposób odczuwaniem jego bliskości.”

„Pan Holmes” Cullina od Holmesa Artura Conana Doylea różni się naprawdę znacznie. I nie chodzi już tylko o starość, która jak wiadomo zmienia człowieka. Tutaj Mitch Cullin chce jakby podważyć trochę dobrze nam znany obraz słynnego detektywa. Autor za pomocą głównego bohatera opowiada jak to cała jego słynna postać to tylko karykatura wykreowana przez prasę i jego kompana Watsona. Nie zrobił wiernej kopii, ale stworzył jakby nową postać na unoszących się oparach dobrze znanej wszystkim osobie. Czy to dobrze? Myślę, że pozwala to spojrzeć na tę postać inaczej, zwolnić tempo i dostosować się do staruszka. Sam pomysł na fabułę jest bardzo ciekawy. Skupiamy się na przemijaniu, zagadnieniu sensu życia, starości i tym podobnych. Nie znajdziemy tutaj zapierających dech akcji, gdyż podążamy wolnym krokiem od początku do końca. Trochę chaotycznie – raz Holmes podróżuje po Japonii, za chwilę budzi się w swoim gabinecie by następnie przejść do wspomnień sprawy Damy ze szklaną harmoniką . Nad treścią unosi się jakby zapach naftaliny, dymu tytoniowego, czar wspomnień, tęsknoty i spokojnej egzystencji wśród wiejskiej i jakże urokliwej okolicy. Dialogów w książce nie znajdziecie zbyt dużo. Jeśli już to więcej opisów, bądź wynurzeń Sherlocka Holmesa. Jest to powieść, którą należy poczuć. Zagłębić się w treść i wczuć w klimat. Ma w sobie pewną głębie, którą warto odkryć. Jeśli dobrze się wczytamy to zobaczymy skrawek wnętrza Holmesa. Nie warto oczekiwać oryginalnego Sherlocka Holmesa, żadnych zagadek kryminalnych i odstawić na bok nasze skojarzenia. Warto pamiętać, że tę książkę napisał ktoś inny, a Holmes jest taki jakim go sobie autor wyobraził. Myślę, że to jak odbierzemy tę książkę zależy w dużej mierze od tego jak się do niej nastawimy. Nie patrzmy więc przez pryzmat oryginału. Też uwielbiam utwory Artura Conana Doyla, a także serial, który powstał na podstawie jego twórczości, gdzie główną rolę gra Jerremy Brett. To właśnie moje odzwierciedlenie Sherlocka, postać stworzona przez tego aktora pasuje mi idealnie do wersji książkowej, tak samo ma się sprawa z Watsonem. A mimo to nie razi mnie to co napisał Cullin. Wręcz przeciwnie, jest to ciekawe doświadczenie. Jakieś wyobrażenie o późniejszym życiu mojego ulubionego bohatera. Skupienie się bardziej na osobie naszego bohatera niż na jego sprawach. Jeśli jednak nie lubicie tego typu książek, bądź oczekujecie zagadek i pędzącej fabuły to odradzam.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Światło, które utraciliśmy - Jill Santopolo

wydawnictwo: Otwarte
data wydania: 5 lipca 2017
liczba stron: 304

„To właśnie miłość. Sprawia, że człowiek czuje się nieskończony i niezwyciężony, jakby cały świat stanął przed nim otworem. Niestraszne mu żadne przeszkody, a każdy dzień jest pełen cudów. Może dzieje się tak wtedy, kiedy otwieramy się na innych i wpuszczamy ich do naszego wnętrza. A może głęboka troska o ukochaną osobę sprawia, że serce się rozrasta.”

„Światło, które utraciliśmy” autorstwa Jill Santopolo kusi od samego początku okładką, która jest ciepła, urocza, pełna uczucia i obiecująca wyjątkową historię, szczególnie w połączeniu z opisem i pozytywnymi opiniami, które możemy o niej przeczytać. Jest to książka, która faktycznie zbiera dobre noty, dlatego grzechem byłoby wręcz nie skorzystać z okazji i jej nie przeczytać. Ja takich grzechów staram się nie popełniać, więc długo na mojej półce nie czekała.
Nauczyłeś mnie, że zawsze trzeba szukać piękna. W ciemności, w ruinach potrafiłeś odnaleźć światło. Nie wiem, jakie piękno i jakie światło teraz odnajdę. Ale spróbuję. Zrobię to dla ciebie. Bo wiem, że ty zrobiłbyś dla mnie to samo. Lucy i Gabe poznali się 11 września 2001 roku. Gdy wieże WTC runęły, a pył przykrył Nowy Jork, zrozumieli, że życie jest zbyt kruche, by przeżyć je bez pasji i emocji. I zbyt krótkie, by nie być razem. Wkrótce jednak Gabe postanawia przyjąć pracę reportera na Bliskim Wschodzie i wtedy wszystko się zmienia. Lucy dowiaduje się o jego decyzji w dniu, w którym produkowany przez nią program telewizyjny zdobywa nagrodę Emmy. Dzień jej triumfu staje się też dniem, w którym coś nieodwracalnie się kończy. W kolejnych latach Lucy będzie musiała podjąć niejedną rozdzierającą serce decyzję. Czy pierwsza miłość okaże się też ostatnią?
„Niekiedy podejmujemy decyzje, które wydają się nam słuszne, ale później, z perspektywy czasu, uznajemy je za błędne. Inne nawet po wielu latach wciąż uważamy za trafne.”

Jill Santopolo stworzyła historię dwojga bohaterów, których więź narodziła się wraz z upadkiem wież WTC. Połączyło ich uczucie niezwykłe. Miłość, jak wiadomo wpleciona bywa w zbrodnie, przyjaźń, codzienność, a także każdy z etapów życia człowieka. Może przypominać pożar, stabilny ogień w palenisku, fajerwerki, zimne ognie...może dawać rozkosz, ale i sprawiać ból. Każdy o niej marzy… Każdego dnia ocieramy się o miłość ludzi których mijamy, czytamy o niej w książkach, oglądamy w filmach, a także dostajemy w różnych formach od bliskich nam osób. Jednak chyba każdy z nas chciałby doznać takiej prawdziwej, pełnej pasji, namiętności, sprawiającej, że jesteśmy szczęśliwi choć przez chwilę. Takie uczucie zdarzyło się naszym bohaterom. Dzięki nim możemy dostrzec jak ważne w naszym życiu jest to uczucie. Tak naprawdę ono stanowi fundament naszej egzystencji, daje siłę napędową do walki z przeciwnościami losu.

Narratorką tej historii jest Lucy. Snuje opowieść dla Gabe’a, monolog, w którym padają pytania bez odpowiedzi. Utrwalane zostają wspomnienia, padają wyjaśnienia i tworzy się niesamowicie klimatyczna powieść.

O miłości można napisać dużo i w różny sposób. Można to zrobić na przykład tak jak zrobiła to Jill Santopol. W sposób przykuwający uwagę, a zarazem lekki i nie banalny. Ta książka to hołd złożony miłości, nie zawsze idealnej i łatwej, ale takiej, która trwa mimo upływu lat i która potrafi spalać oraz dać poczucie nieskończoności. Wiecie takiej, która rozdziera serce, ale gdzieś tam trwa ukryta w jednym z kawałków. Przetrwa mimo przeciwności losu, wytrzyma nasze wybory, nawet te nie zawsze słuszne, bądź te słuszne i trudne.„Światło, które utraciliśmy” to pouczająca lekcja o miłości i jej sile. Poznamy jej odcienie, smaki, zapachy… Nie jest to jakieś tam romansidło, które przyprawia o motylki w brzuchu i sprawia, że amorki zaczynają krążyć nad naszą głową z mini łukami. To opowieść o konsekwencjach wyborów, których dokonaliśmy, o cenie jaką przychodzi człowiekowi zapłacić za podążanie wymarzoną ścieżką. To także posmak odpowiedzialności, zaufania, bądź jego braku. Codzienności pełnej wyzwań, niebezpieczeństw i cieni, które chowają się w człowieku przez kilka lat. Historia, która stworzyła autorka jest warta zapamiętania i myślę, że na jakiś czas na pewno pozostanie w mojej pamięci. Jest wzruszająca, ciepła, szczera i niełatwa. Dodaje jednak nadziei i otuchy, a zakończenie jest naprawdę wzruszające. Ta książka jest naprawdę warta przeczytania, szczególnie jeśli chcecie poznać różne odcienie miłości.

„Patrzymy na świat przez pryzmat naszych pragnień, żalów, nadziei i lęków.”

sobota, 5 sierpnia 2017

Miasteczko kłamców - Megan Miranda


wydawnictwo: Znak
data wydania: 19 lipca 2017
liczba stron: 400

„Czas potrafi się wić i pokazywać różne rzeczy, jeśli mu na to pozwolisz. Może właśnie w ten sposób Cooley Ridge próbowało mi coś pokazać. Czas próbował mi coś wyjaśnić.”

Friedrich Nietzsche napisał kiedyś, że „Człowiek (…) nie umie nauczyć się zapominania i wciąż ogląda się na przeszłość: choćby podążał najdalej i najszybciej, łańcuch podąża wraz z nim”. Przez kilka ostatnich dni, kiedy tylko miałam okazję, czyli chwile wolnego w pędzie zwanym macierzyństwem, siadałam i czytałam „Miasteczko kłamców” autorstwa Megan Mirandy. W jej powieści bardzo wyraźnie widać ciągnącą się za człowiekiem przeszłość. Ten łańcuch dzwoni przy każdym ruchu. Nie można się oderwać i w konsekwencji człowiek zawsze wraca. Nie ważne ile czasu upłynie, czy rok, dwa, a nawet dziesięć, człowiek i tak zerknie przez ramię w przeszłość. ”Miasteczko kłamców” jest debiutem literackim Megan Mirandy. To thriller, którego misterna fabuła oceniana jest dość wysoko. I faktycznie opis zachęca, okładka pobudza wyobraźnię i współgra z tym co przeczytaliśmy na odwrocie książki, a teksty typu : „Ten thriller to test dla Twojego umysłu…” tylko jeszcze bardziej pobudzają apetyt. Chwyt reklamowy dla zmysłów czytelnika spełnia swoją rolę. Jak to jest z tą trzymającą w napięciu do końca fabułą?
Byliśmy miasteczkiem pełnym strachu.  Ale byliśmy również miasteczkiem pełnym kłamców. Przed dziesięcioma laty, kiedy zaginęła jej najlepsza przyjaciółka, Nicolette wyjechała z Cooley Ridge. W rodzinnym miasteczku pozostawiła bliskich, ukochanego z liceum i mroczną tajemnicę. Kiedy wydaje jej się, że cały tamten świat ma już za sobą dostaje list: „Muszę z tobą porozmawiać. Ta dziewczyna. Widziałem tę dziewczynę”. Tyle wystarczy, by wróciła do domu. Wkrótce po jej przyjeździe do miasteczka znika bez śladu kolejna dziewczyna. Ostatni raz widziano ją, kiedy wchodziła do lasu, tego samego, który Nicolette zna od dziecka. Tajemnica z przeszłości wraca ze zdwojoną siłą, nakręcając spiralę strachu i oskarżeń. Atmosfera w Cooley Ridge się zagęszcza, podejrzani są wszyscy, choć każdy ma alibi. Czy kłamstwa wystarczą, by ukryć tajemnice?
Cooley Ridge miasteczko otoczone lasem, gdzie wszyscy dobrze się znają. Pełne tajemnic, które żyją podsycane przez domysły i plotki. Tu się niczego nie zapomina, tu się wraca...Tak też zrobiła nasza główna bohaterka. Wróciła, aby pomóc przy sprzedaży domu, jednak to był początek walki z przeszłością, pamięcią i nowymi okolicznościami. Akcja ruszyła niczym szalona rundka na rollercoasterze, który raz na jakiś czas pojawia się w miasteczku. Nico musi odkopać z meandrów pamięci to, co głęboko zakopała i przed czym próbowała uciec. Stawić czoła prawdzie, która kryje się tuż obok, za zasłoną z iluzji i kłamstw. Czeka ją jeszcze jedno, wyzwanie (czyli coś, co lubi) odkrywanie wewnętrznych warstw otaczających ją ludzi i swoich własnych. Cooley Ridge to miasteczko, w którym mieszka niejeden kłamca. To miejsce, w którym na posterunku leży metaforyczne pudełko pełne poszlak, które oblepione kłamstwami, zaprowadzą ich w końcu do prawdy, a w tym i nas czytelników.

„Ludzie są jak ruskie matrioszki – na zewnątrz widać tylko najnowszą wersję, a wszystkie pozostałe nadal żyją w środku, nie zmienione, tyle że już poza zasięgiem wzroku.”

„Miasteczko kłamców” to trzyczęściowy thriller, a każda część rozpoczyna się cytatami związanymi ze zrozumieniem życia. Przez zaglądanie do przeszłości, która i tak gdzieś tam nas w swoich szponach trzyma. Analiza tego co było pozwoli iść naprzód. Każdy z tych trzech cytatów pasuje idealnie do fabuły. Fabuły, która rzeczywiście jest wciągająca, zagadkowa i rozstrzygająca dopiero pod koniec. Bywa mroczno. Czasami odnosimy wrażenie, że nasz umysł pracuje jakoś inaczej, niby normalnie,a jednak coś tu nie gra. Otacza nas mgła faktów i poszczególnych fragmentów tej układanki. Tym bardziej, że przez większość czasu czytelnik poznaje prawdę, ale nie podążając naprzód a wstecz. Dni w kalendarzu się cofają, a my musimy przestawić się na odpowiedni tryb. To na początku trochę mąci w głowie, jednak fajnie skleja fakty. Ciekawy zabieg, który pozawala nam poznać wydarzenia poszczególnych dni pędząc do przodu, czyli jesteśmy na wydarzeniach dzisiejszych, a wiemy co wydarzyło się jutro i pojutrze i jeszcze kilka dalej. Jednak nie wiemy co było wcześniej. Poznajemy wydarzenia od tyłu. Początek jest rozwikłaniem części naszej zagadki. Narratorem w tej historii jest Nicolette. My zaś obserwujemy to, co się z nią dzieje, w jakim jest stanie psychicznym bądź emocjonalnym. Ona rzuca nam fragmenty puzzli, a my grzecznie je składamy. Całość naprawdę jest wciągająca. Bywa zaskakująca.
„Miasteczko kłamców” nie rozczarowuje absolutnie. Jest to thriller na wysokim poziomie, który ma swój klimat, a czytelnika wsysa w atmosferę tajemniczości, kłamstw, poszlak i pytań o to, kto za tym wszystkim stoi. Po przeczytaniu tej książki, nie dziwią mnie wysokie noty czytelników.

„Czas jest tylko czymś, co sami stworzyliśmy. Miarą odległości. Narzędziem zrozumienia. Sposobem wyjaśnienia rzeczywistości. Może docierać w dowolne miejsca i pokazywać ci różne rzeczy, jeśli mu pozwolisz. Pozwól mu.”

piątek, 28 lipca 2017

Zimowe Panny - Cristina Sánchez-Andrade


wydawnictwo: Muza
data wydania: 24 lutego 2016
liczba stron: 320

„Twój kraj – mówią – oznacza, że nie jesteś sam, gdyż czujesz, że w drzewach, deszczu i ziemi jest coś z ciebie, coś podobnego do krwi, i to, choćbyś nawet wyjechał, czeka na ciebie.”

Ja poszłabym ciut inną drogą i uprościła trochę sprawę. Wymazałabym gumką „kraj”, a wpisała „miejsce, w którym się wychowałeś”. Kraj to takie górnolotne określenie. Nikt z nas całego kraju nie zna, nie w każdym miejscu czuje się dobrze i nie z każdym zakątkiem łączą go przecież więzi. A takie miasteczko czy wioska, gdzie przeżyliśmy tysiące emocji, gdzie to i owo nas spotkało jest gdzieś tam w nas głęboko odkryte. Wtedy i w owych drzewach jest coś z nas i ten deszcz pachnie tam dziwnie znajomo, ziemia jest bardziej plastyczna i bardziej „przytulna” naszym stopom. Takie miejsce na ziemi to skarb, jednak nie zawsze powrót do niego jest w pełni dobry. Bywa i tak, że w pewien sposób jest on przystankiem przed tym co niesie przyszłość i oczyszczeniem przed tym co było gdzieś tam w miejscu X. O takim powrocie do miejsca z czasów dzieciństwa, do dobrze znanego otoczenia, które ma być punktem zwrotnym przeczytacie w książce, którą miałam okazję czytać przez ostatnie dni. „Zimowe Panny” autorstwa Cristiny Sanchez – Andrade , bo to o nich mowa, zabiorą Was do galicyjskiej wioski, w której z pewnością będą działy się dziwne rzeczy.
W małej galicyjskiej wiosce zjawiają się po latach nieobecności dwie siostry, Saladina i Dolores. Zamieszkują w domu dziadka don Reinalda, z którego musiały uciekać jako małe dziewczynki. Ich powrót kładzie się cieniem na spokojnej egzystencji lokalnej społeczności. Po latach wracają wspomnienia o dziadku kobiet, a przede wszystkim o tajemniczych umowach, które spisał ze wszystkimi mieszkańcami. Zobowiązali się w nich za opłatą oddać don Reinaldowi swoje mózgi do badań naukowych. Z chwilą powrotu sióstr każdy z mieszkańców chce unieważnić swoją umowę. I ksiądz, nieokiełznany żarłok, i samozwańczy nauczyciel, i technik dentystyczny wstawiający zęby wyekstraktowane uprzednio zmarłym, i starucha, która codziennie wzywa księdza bo nadeszła właśnie jej godzina. Zanim Saladina i Dolores dowiedzą się, jaki jest powód nieufności sąsiadów, zajmują się gospodarstwem, krawiectwem, marzeniami o karierze aktorskiej i własnymi tajemnicami.
„Choćbyś nie wiem jak daleko pojechała, choćbyś nie wiem jak bardzo starała się szukać, życie jest, jakie jest. Takie, jakie przeżywasz je w tej chwili. Jakie masz w środku.”

Dwie kobiety. Dwie siostry. Jeszcze nie staruszki, ale też nie młodziutkie gąski. Skrajnie od siebie różne. Ładna i ta brzydka. Starsza i młodsza. Sierotki na emigracji. Starsza była chuda i koścista, bez cienia łagodności, zamknięta w swoim świecie i rutynie codziennych zajęć. Drugą wyróżniała uroda, kruczoczarne włosy, pełne usta, zielone oczy ze złotymi refleksami. Cierpliwa i uległa wobec rutynowej codzienności siostry. Obie łączyły tajemnice, które skrywały przed światem. Główne bohaterki w powieści Cristiny Sanchez – Andrade , które są zwiastunem nieszczęść a co najmniej głębokiego niepokoju mieszkańców Tierra de Cha, są totalnym przeciwieństwem.

„Nie bądź taka romantyczna. Nienawiść nie rośnie w sercu, ale w trzewiach.”

Ostatnio przoduje na moim blogu horror/thriller/kryminał, postanowiłam więc trochę urozmaicić repertuar i wpuścić lekki powiew świeżości, dlatego też wybrałam „Zimowe Panny”. Fabuła wydała mi się interesująca i nie mająca raczej nic wspólnego z mroczną literaturą. Miałam ochotę, na coś bardziej lekkiego, pachnącego klimatami Hiszpanii. Pachnieć pachniało, ale zdecydowanie figami, które dość często się pojawiały, a samo drzewo figowe było niczym scena w greckiej tragedii. Momentami miałam wręcz wrażenie, że jestem świadkiem takich scen, co to z jednej strony są z lekka przerysowane i cuchną sztucznym tragizmem, a z drugiej sam w sobie wydawał się wręcz śmieszny. Są marzenia, sekrety, jest nieufność mieszkańców, a nawet wrogość, ale nie ma porywającego tempa. Brakuje siły napędowej, jest za to leniwa wycieczka po meandrach przeszłości, która zatopiła wszystko w bezruchu i kwaśnym zapaszku uzależnienia od kogoś bądź czegoś. 

Powieści Cristiny Sanchez – Andrade podobno urzekają czytelnika, czarują i są oryginalne. Krążą opinie, że autorka potrafi czarować słowem i przenosić czytelnika w inny wymiar. Jej twórczość ma pobudzać zmysły. Ta powieść też podobno porywa i nawet porównywana jest do dzieł Marqueza. Ja osobiście tak bardzo porwana nie jestem. Fajerwerków nie widziałam, nie czułam nadmiernej ekscytacji, choć nie można tej książki nazwać bublem. Ma swój klimat, sam pomysł na fabułę jest naprawdę świetny, bohaterowie są ciekawi, nieidealni, wręcz wadliwi, a przez to ludzcy. Liczyłam jednak na coś trochę innego, bardziej żywszego z większym potencjałem. A tak dostajemy „zacofaną” wieś. Głównym miejscem akcji jest dom po dziadku, drzewo figowe i sporadycznie inne miejsca. Wątek z umowami kupna mózgów jest niczego sobie tak jak dziwna relacja sióstr, która pokazuje jak łącząca jest więź krwi i tajemnicy. Czegoś mi tutaj jednak zabrakło. Całość czyta się szybko, a zakończenie pozwala snuć domysły co by było dalej… Jeśli jeszcze kiedyś trafi w moje ręce jakaś książka autorki to z pewnością przeczytam, choćby po to, by przekonać się czy faktycznie potrafi tak dobrze czarować, opowiadać i powalać na kolana. Może w tym wypadku nie trafiła całkiem w mój gust, jednak nie jest tragicznie i chętnie dam się przekonać jeszcze raz.Jeśli wy nie chcecie ospałej historii pachnącej figami i nutką teatralnego tragizmu to spróbujcie od innej powieści tej autorki.

„Niektóre rzeczy mają posmak rozczarowania, zwłaszcza te, na które czekaliśmy od dawna.”

piątek, 21 lipca 2017

Trzeźwa furia - K.S. Rutkowski


liczba stron: 47
wydanie: ebook

„Normalność to rzecz względna. I dla każdego oznacza coś innego.”

K. S. Rutkowski. Mówi wam to coś? Nie, nie chodzi o słynnego detektywa z oryginalną fryzurą. Mi chodzi o zupełnie innego Rutkowskiego. Jeśli poszukacie znajdziecie u mnie na blogu to nazwisko i listę jego książek, które miałam okazję czytać. Nie jest to wybitnie znany autor, pewnie niewielu go kojarzy, a jeszcze mniej osób pewnie czytało to co napisał. Ja jednak miałam tego farta, a jego twórczością zaraził mnie „Chiński ekspres”, który rozbawił mnie do łez! Do dziś pamiętam minę mojego męża, patrzącego na mnie jak na wariatkę, która podczas czytania zaśmiewała się do łez nie wiadomo z czego. Tzn on nie wiedział, bo ja wiedziałam aż za dobrze. Pomyślicie sobie, że gość pisze komedie. Nic bardziej mylnego. Po prostu w prostocie swojego przekazu potrafi wywołać różne skrajne emocje. W jego książkach nie znajdziecie lukru bądź sztucznych bohaterów bez wad. Znajdziecie za to szarą rzeczywistość, ubraną w potoczny język, wulgarny nawet, ale jakże obrazowy. Gdyby trochę zmiękczyć całość, to ewidentnie opowiadania stałyby się sztuczne, nieprawdziwe i wybebeszone. Książka, którą tym razem autor mi zaproponował, nie ukaże się w wersji papierowej. Na dodatek to raczej ostatnia książka, którą napisał – sam tak twierdzi, choć ja jeszcze bym coś kiedyś przeczytała, więc liczę na to, że może zmieni zdanie. Żeby było jeszcze ciekawiej to udostępnił ją w sieci zupełnie za free.

„Trzeźwa furia” bo o tej książce dziś mowa to kolejny zbiór opowiadań. Dokładnie jest ich siedem i zajmują niecałe pięćdziesiąt stron. Prawda, że króciutkie? Na dobrą sprawę w niecałą godzinkę można połknąć całość. Każde z nich czyni nas obserwatorem krótkiej historii. Natomiast narratorem jest mężczyzna, bądź chłopiec. Jesteśmy świadkami tytułowej trzeźwej furii, która ostatecznie dotyka dziecko i matkę. Po chwili razem z naszym bohaterem przeżywamy katuszę w więzieniu i z niedowierzaniem patrzymy jak w chwil kilka jego życie z bogacza stoczyło się na zboczeńca i menela. Przed oczami stają nam wyświetlane przez autora historie, które pokazują jak ludzie potrafią ranić siebie nawzajem i do czego doprowadza zdrada bądź gniew. Po raz kolejny autor ukazuje rzeczywistość od kuchni. Wywraca osobowość swoich bohaterów na lewą stronę i pokazuje, że nie wszystko jest takie na jakie wygląda. Nikt nie jest idealny. Każdy dokonuje swoich wyborów, nie zawsze słusznych, ale zazwyczaj potem płaci swoją cenę za to czy tamto. Bywa i tak, że nie mamy wpływu na to co nas otacza. Jednak człowiek nigdy nie jest sam, zawsze obok jest ktoś, kto rani, podkłada kłody pod nogi, wykorzystuje bądź dla odmiany daje szczęście i szansę. Bohaterowie jego opowiadań nie są krystalicznie czyści. Potrafią krzywdzić, ale mają przebłyski poczucia winy. Są przykładnymi mężami, jednak gdy ich małżeństwo się sypie, potrafią sięgnąć po ostateczność. Mierzą się z własnymi lękami, ograniczeniami, wyzwaniami… Dostają boleśnie po tyłku często od innych ludzi z własnej winy lub nie.

K.S. Rutkowski wrzuca nas do świata, w którym królują odcienie szarości. Jego bohaterowie mierzą się z życiem i problemami. Nie zawsze robią to elegancko. Jego twórczość prowadzona jest twardą męską ręką. Boleśnie realna, gdzie atmosfera jest gorąca. Czytając możemy stać się dzieckiem na podwórku, który za czasów komuny zbierał papierki po czekoladzie i pragnął zostać członkiem osiedlowej bandy. Możemy taplać się w depresji bądź uciekać w świat fantazji przed trzeźwą furią. Poczujemy gniew, zemstę, strach, zdradę… 

Lubię czytać opowiadania Rutkowskiego, gdyż każde jest obdzierane z jakiegoś tabu, otoczki, która zakrywa to, co często jest ukrywane przed światem. Autor nie leje wody. Piszę krótko, zwięźle i na temat. Nie każdemu taka proza się będzie podobać, jednak autor przez cały czas jest wierny swojemu stylowi i nie robi nic pod publiczkę.

„Mieliśmy po dziewięć lat. Ale jak większość dzieci wtedy, byliśmy nad wiek rozwinięci i o wiele bardziej bystrzy niż dzisiejsi rówieśnicy. Praktycznie samodzielni, bawiliśmy się na dworze od rana do nosy, przez nikogo niepilnowani, wołani przez matki z okien tylko na obiad, lub aby pójść spać, kiedy robiło się już późno i ciemno. Nie mieliśmy smartfonów, komputerów, całodobowych kanałów z kreskówkami, za to kupę wolnego czasu, pomysłów na zabawę i masę przyjaciół, z którymi nie spotykaliśmy się na Fejsie, lecz pod trzepakiem. Na każdym podwórku w tamtych czasach było centrum dziecięcego życia. Tam umawiało się na spotkania, organizowało zabawy i wyrównywało rachunki.”

Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania ebooka. 
Dodatkowo można pobrać go z oficjalnego fanpage autora

czwartek, 20 lipca 2017

Przeczucie - Tetsuya Honda [PRZEDPREMIEROWO]


cykl: Reiko Himekawa (tom 1)
wydawnictwo: Znak Literanova
PREMIERA: 16 sierpnia 2017
liczba stron: 352

„Pomyśl tylko. W dzisiejszych czasach ludzie rodzą się i umierają w szpitalu. Nikt nie ma już szansy stanąć w obliczu śmierci, ale wszyscy tego pragniemy. Każdy chce zobaczyć i poczuć śmierć.”

Niedługo na rynku wydawniczym pojawi się kolejna świeżynka. Wydawnictwo Znak Literanova wypuści w świat moli książkowych nową serię japońskich kryminałów. Już 16 sierpnia będziecie mogli upolować w księgarniach „Przeczucie” T. Hondy. Jest to pierwsza część cyklu o pewnej młodej, pięknej, charakternej pani komisarz Reiko. W Japonii liczba sprzedanych egzemplarzy wynosi aż 4 miliony. Mało tego? Na podstawie tej książki powstały dwa seriale i filmy. Wnioskując z takich informacji, można stwierdzić, że fabuła ma potencjał. Pytanie tylko czy podbije serca naszych czytelników…
Zaczęło się od zwłok podrzuconych pod żywopłotem. Jak śmieci. I to w Tokio, gdzie nikt nie wyrzuci na ulicę nawet papierka. Szczelnie zawinięte w niebieską folię, obwiązane sznurkiem, z mnóstwem ran, z których największą zadano już po śmierci. Potem były kolejne ciała. Wszystkie koszmarnie zmasakrowane. Komisarz Reiko czuła, że to szczególna sprawa. Tym bardziej, że do śledztwa dołączył Katsumata. Jakże on jej nienawidził. Nie dość, że kobieta, to jeszcze młoda i piękna. I te jej przeczucia. Bardziej widział ją w roli gejszy niż komisarza w tokijskiej policji. Teraz muszą pracować razem. Reiko coraz częściej ma przeczucie, że tym razem stawką jest nie tylko odnalezienie mordercy, ale i jej przyszłość.
Śmierć. Jedni się jej boją, a inni traktują obojętnie. Są też i tacy, którzy jej pragną. Daje im ona poczucie władzy, spełnienia, oczyszczenia, zemsty… motywy są różne i jest ich wiele. Sama w sobie śmierć pod postacią trupa bywa zagadką, którą trzeba rozwikłać zanim pojawią się kolejne ofiary. To następne zagadki, które gdzieś tam mają ukryte tożsamości i swoje historie. W książce, którą dzisiaj dla was recenzuje będzie tej śmierci dość sporo. Będziemy jej się przyglądać z kilku stron i zobaczymy jaki ma wpływ na ludzi. Aby przyjrzeć się owej śmierci musimy wyruszyć do Tokio i towarzyszyć tamtejszej policji w badaniu tropów. Jednak najbardziej będziemy związani właśnie z młodą panią komisarz. Jest to bohaterka trochę nietypowa, bo zarówno ładna jak i inteligentna. Kieruje się ona swoim przeczuciem, które nie każdemu pasuje. Skrywa ona również epizod z przeszłości, który mimo, że bolesny to doprowadził ją do miejsca w którym się znajduje. Konkretnie do wysokiego stanowiska w policyjnej hierarchii – co w połączeniu z jej płcią stanowi w konserwatywnej Japonii zdziwienie, a wręcz szok. Niewątpliwie jest to postać ciekawa, która przy okazji tego śledztwa rozprawia się z tym co siedzi w jej wnętrzu. 

„Życie możesz przeżyć tylko w jeden sposób: patrząc przed siebie.”

„Przeczucie” nie zawiodło komisarz Reiko. Trup w krzakach żywopłotu w niebieskim worku to nie zwyczajne morderstwo. Lokalizacja zwłok sama w sobie wydała jej się już dziwna, a w połączeniu z obrażeniami i dokładnością zapakowania ciała już całkiem nie dawała jej spokoju. Kobieca intuicja chciałoby się powiedzieć. Możliwe. Grunt, że kobietka ma nosa… Tak czy siak czytelnik dostaje z pozoru zwyczajnego zapakowanego nieboszczyka. Jednak z czasem sytuacja nabiera rumieńców. Niebieskich pakunków jest więcej, a tropy prowadzą w niebezpieczne rejony, gdzie wtykanie za głęboko nosa w nie swoje sprawy prowadzi do śmierci. Tetsuya Honda – cesarz japońskiego kryminału – stworzył apetyczną dla czytelnika fabułę, w której nie małą rolę odkrywa psychika. Jeżeli do tego dołożymy liczne morderstwa, które są lekko mówiąc brutalne i zwyczaje panujące w tym kraju (hierarchia, podejście do tematu szacunku i reguł pracy w zespole) to mamy naprawdę ciekawą lekturę. Muszę przyznać, że sam pomysł jest dobry, a wykonanie także niczego sobie. Autor bawi się z czytelnikiem. Nakierowuje go na jeden trop i pozwala mu na radość z dobrze wykonanej roboty, by z kolejnym już trochę mieszać. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Książka składa się z pięciu części, które są jeszcze podzielone na rozdziały. Nie zabraknie tutaj japońskich gangów, życia ulicznego, powiązań policyjnych i różniących się od siebie bohaterów. Bywa, że taki choćby Katusmata szokuje i wkurza, a za chwilę wręcz bawi swoim zachowaniem. Czytelnik musi dobrze poznać postać i to co w niej siedzi. A trzeba przyznać, że jest tutaj kilka ciekawych portretów psychologicznych.

Podsumowując… „Przeczucie” to obiecujący kryminał, który może przekonać do siebie fanów klimatów skandynawskich. Ja z przyjemnością sięgnę po kolejną część, jeśli kiedyś pojawi się na naszym rynku wydawniczym i skubnę więcej z kultury i klimatu japońskich śledztw. Czy polecam? Jak najbardziej!

„- Mam kilka pytań do do Podłego Czarnoksiężnika z Krainy Oz czy jak się tam ,chuju, nazywasz w komputerlandii… […] -No już, gadaj, co wiesz. Potem ci kupię nowe gacie. W sumie miły ze mnie gość.”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Znak Literanova