niedziela, 22 stycznia 2017

Książka do... napisania - moje wypociny


Dzisiaj przychodzę do Was z postem, który powinien na blogu pojawić się dawno temu, a piszę go w przerwach między jednym, a drugim przebudzeniem mojego synka. Czasu mało a i baterii w laptopie niewiele więcej.

„Książka do... napisania” trafiła w moje ręce już jakiś czas temu. Zaprezentowałam ją również na blogu (TUTAJ) i mam nadzieję, że potrafiłam kogoś do niej zachęcić. Zobowiązałam się też do jej zapełnienia. Miało to nastąpić już jakiś czas temu, jednak ze względu na sytuację, z którą obecnie się zmagam, trwało to trochę dłużej niż powinno. W moim egzemplarzu jak na razie znajduje się kilka wierszy, początek opowiadania i moje matczyne zapiski wzbogacone zdjęciami. Pomysłów na opowiadania mam mnóstwo i z pewnością kiedyś zostaną one przelane na papier tej książki. Zapełnianie stron to niezła frajda i ma się świadomość, że tworzy się coś na dłużej i w każdej chwili można do tych zapisków wrócić. Można też poczuć się jak prawdziwy pisarz. Nikt, ani nic na nie ogranicza. W książce może znaleźć się dosłownie wszystko co tylko chcemy, a po zapełnieniu wystarczy tylko odłożyć ją na honorowym miejscu na naszej półce i już mamy swoją własną, autorską książkę, a jak już wspomniałam w poprzednim poście, w twardej oprawie prezentuje się ona wyśmienicie. Ja już wiem, że na tym jednym egzemplarzu z pewnością się nie skończy.

Poniżej kilka zdjęć prezentujących moją pracę:









Za książkę dziękuję:
Zapraszam również na oficjalną stronę książki:


wtorek, 17 stycznia 2017

Nietypowy post ... prośba o pomoc

Witajcie kochani!

Dawno mnie tutaj nie było, a dziś wpadam z niecodziennym postem i jedynym takim na moim blogu. Ci z was, którzy zaglądają lub zaglądali regularnie to wiedzą, że nic nie związanego z książkami się tutaj nie pojawiało. Było konkretnie i na temat. Tym razem jednak naginam swoje reguły blogowe, a robię to dla dobra mojego synka. Jak wiadomo dzieci najważniejsze.

Jak wiecie kilka miesięcy temu urodziłam synka. Teraz ma już 5 i pół miesiąca i jest totalnym słodziakiem. Energia go rozpiera, sen mógłby dla niego nie istnieć (szczególnie w ciągu dnia) a i charakterek ma niczego sobie (nerwus jak się patrzy no i uparciuch – jedno po mamusi, drugie po tatusiu, czyli równowaga w przyrodzie). Niestety okazało się, że mamy z Filipem problemy. Od samego początku jeździmy po szpitalach, Poznań – Warszawa i na odwrót, a za chwilę dojdzie jeszcze Wrocław. Nasz synek choruje na bardzo rzadką chorobę genetyczną – Zespół Wiskotta – Aldricha – i jedynym lekarstwem na normalne życie i dzieciństwo jest przeszczep szpiku. Obecnie mamy dwóch potencjalnych dawców, a w przyszłym tygodniu mamy jechać na spotkanie z profesorem do Wrocławia.

Do tej pory taką dawkę problemów spotykałam jedynie w książkach a tu proszę, one dogoniły mnie w codziennym życiu. Nie powiem bo nieraz przeżywałam trudy związane z chorobą najbliższych i jest to trudne, jednak gdy choroba dopada własne dziecko jest jeszcze trudniej.

Nowy Rok się zaczął i powoli ruszyła machina zwana PIT-em. Rozliczenia i rozliczenia, często widzicie prośby o przekazanie jednego 1% na jakiś cel bądź osobę. Ja w tym roku też muszę się do Was zgłosić z taką właśnie prośbą… Jeśli zastanawiacie się komu przekazać swój 1% to proszę pomyślcie o nas, a szczególnie o Filipie.

Tak więc mój dzisiejszy post to taki trochę apel i prośba o pomoc. Jakąkolwiek, choćby o udostępnienie… Za każdą pomoc będziemy wdzięczni!