sobota, 25 lutego 2017

Pracownia dobrych myśli - Magdalena Witkiewicz


wydawnictwo: Filia
data wydania: 26 października 2016
liczba stron: 312

„ I pamiętaj: o życie się nie martw. O życie się trzeba troszczyć. „Martwić” to złe słowo. Martwić – martwy. A troszczenie jest pozytywne.”

Moja imienniczka. Mistrzyni w czarowaniu słowami. Kobieta, która wyciąga mnie z dołka choć na chwilę, lub wpędzi w kąt z garścią refleksji w ręce. O kim mowa? Oczywiście o Magdalenie Witkiewicz. Autorce, którą uwielbiają setki, ba! tysiące czytelniczek (czytelników?!). Na mojej półce znajduje się kilka jej książek i żadna mnie nie rozczarowała. Przekonałam się, że po twórczość Magdaleny Witkiewicz mogę sięgać w ciemno. Niezależnie od humoru. Tym razem uratowała mi skórę przed smutkiem… W moje ręce wpadła „Pracowania dobrych myśli”. Sam tytuł, mnie już niesamowicie przyciągał. To chyba nagła potrzeba pozytywnych myśli i emocji, a okładka jest również bardzo klimatyczna...Musiałam ją mieć do kolekcji! Do podreperowania siebie. Potrzebowałam pozytywnego kopa (zresztą potrzebuje nadal, ale do tego celu musiałabym chyba kupić wszystkie książki Pani Magdy). Tak więc moja radość na zatopienie się w lekturze była porównywalna do radości dziecka, które dostaje wymarzoną zabawkę! Serio.
Szczęście można uszyć z kawałków, jak patchwork, wtedy stworzą nowy wzór. Ale trzeba o tym wiedzieć. Mała przytulna pracownia, w której oknach zawsze stoją kwiaty, to miejsce pełne czarów. Można tam przymierzyć szczęście, przynajmniej tak brzmi jej slogan reklamowy. To tutaj, na ulicy Przytulnej 26, Pelagia, krawcowa, prowadziła przed wieloma laty pracownię krawiecką. Po jej śmierci to właśnie tu jej wnuk, Florian, postanowił otworzyć kwiaciarnię. Miejsce to dzieli z matką, Grażyną, ekscentryczną artystką. Otaczają ich przypadkowi ludzie, którzy z czasem stają się przyjaciółmi. Wielu z nich układa swoje życie na nowo. Siła tkwiąca w rodzinie, babce, matce i wnuku jest bardzo duża. Każde z nich ma w sobie pierwiastek dobrych myśli, każde z nich ma piękną moc, by obdarowywać nimi innych. Pomimo tego, że Pelagia dawno temu odeszła, w przytulnej pracowni nadal zszywane są ludzkie losy. Tworzą wspaniały patchwork, nową całość, z pozornie niepasujących do siebie kawałków, tkanych nicią dobrych myśli.
W codziennej bieganinie zapominamy o najważniejszym… o ludziach i o sobie samych. Omijamy sąsiadów, ze znajomymi rozmawiamy, ale tak by nie rozmawiać. Czasem nawet w związku nie ma prawdziwej rozmowy czy zażyłości. Siebie samych również czasami nie słuchamy i zamykamy się przed światem. A wystarczy tak niewiele, aby zakosztować przyjaźni, wspólnoty, szczęścia i życia. Idealnie pokazuje to Magdalena Witkiewicz w swojej książce. Wystarczy trochę dobrej energii, życzliwości i otwartości...do ludzi, do życia i na zmiany. Młody chłopak, któremu zamarzyła się kwiaciarnia, jego mama artystka, młoda wdowa z córeczką, jeszcze młodsza dziennikarka, para staruszków, jeden były mąż i pewien motocyklista… To główni bohaterowie tek książki. Jedna kamienica i pracownia, która się w niej znajduje. Do tego klątwa rzucona przez babcię Pelagię i tajemnice z przeszłości. Wszystko to otoczone nutką dobrej energii, optymizmu i humoru. A postacie? Barwne. Pozytywne. Najlepsza Pani Wiesia co gazety czyta, telewizję ogląda, a i internet powoli obczaja. Dobry duch w ciele staruszki, a tym samym dowód na to, że starsi ludzie są warci naszego zainteresowania. Nie można i nie warto skreślać ich z naszej listy czy też spychać na bok. Autorka zebrała w jednym miejscu różne osoby, z różnymi problemami i w różnym wieku. Każdej brakuje pełni szczęścia, dopiero gdy Fabian zabiera się za swój biznes w pracowni swojej zmarłej babci i zaczyna jednoczyć sąsiadów kamienicy, wszystko zaczyna iść w dobrym kierunku.

„ - Siadaj, Zbychu, i patrz. Oni nawet bzykalnię mają.
- Co mają?
-Bzykalnię! - Powiedziała Wiesia głośniej bez cienia rumieńca. - Seksują się tam w tej bzykalni. - Zmarszczyła brwi. - To lepsze niż ta twoja rehabilitacja – mruknęła. - Okulary zakładaj i patrz.”

Historia napisana przez Magdalenę Witkiewicz jest barwna, zabawna, lekka, optymistyczna, energetyczna i wciągająca. Umila czas i pochłania czytelnika. Autorka czaruje, zresztą jak zwykle. Za każdym razem, gdy mój synek zasypiał w szpitalnym łóżeczku, ja sięgałam po książkę i w mig przenosiłam się do „Pracowni dobrych myśli”, wchodziłam do nieskończonej najpierw, a później działającej już kwiaciarni. Przechodziłam do pracowni jego matki, słuchałam kobiet, piłam z nimi nalewkę dla zdrowotności od Pani Wiesi i zbierałam energię. Obcowałam z mieszkańcami kamienicy przy ulicy Przytulnej 26. Obserwowałam jak sprytnie rozgrywa wszystko Pani Wiesia, widziałam jak rodzi się przyjaźń, miłość i szczęście. Jak tworzy się patchwork z ludzkich losów. Mój los, niedolę i problemy (we fragmentach) też zostawiłam gdzieś tam na progu pracowni, a może zostawiłam na płótnie w pracowni Graży. Chyba tylko dzięki, krótkim drzemkom mojego syna ta książka starczyła mi na tak długo, w przeciwnym razie skończyłabym ją o wiele szybciej. Moje czytanie to też taki patchwork. Tak więc jeśli potrzebujecie pozytywnej energii to polecam „Pracownię dobrych myśli” - historię o przyjaźni, miłości, otwarciu się na życie i ludzi. I po raz kolejny chylę czoła nad talentem autorki.

Wszystko przychodzi z czasem. Gdy na to czekasz, czekasz całe życie. A gdy przestajesz czekać, los robi ci niespodziankę i to, na co wcześniej czekałaś, po prostu się dzieje. Trochę skomplikowane.

sobota, 4 lutego 2017

Królestwo za mgłą - Michał Wójcik, Zofia Posmysz


wydawnictwo: Znak Literanova
data wydania: 30 stycznia 2017
liczba stron: 320

„Bo nawet kat ma słabości. A ofiara nie zawsze jest bezbronna.”

Są książki, po które jeszcze dobrych kilka lat temu bym zwyczajnie nie sięgnęła. Taki tematycznie ciężki kaliber, który może przytłoczyć, zniechęcić itp. Do tej ciężkiej kategorii zaliczyłabym „Królestwo za mgłą”, książkę, w której znajdziecie efekt piętnastu spotkań Michała Wójcika z Zofią Posmysz, więźniarką Auschwitz, Ravensbruck i Neustadt – Glewe. Wtedy powiedziałabym – nuda – a dziś?
Trafiła do Auschwitz, mając niespełna dziewiętnaście lat. Ponad siedemdziesiąt lat po wojnie zdecydowała się po raz pierwszy opowiedzieć całą swoją historię. Zofia Posmysz mówi o tym, skąd czerpała wewnętrzną siłę, choć była świadkiem niewyobrażalnego. I jak to się stało, że ponownie zaufała życiu.
Dziś nie tylko przeczytałam z zainteresowaniem, ale dodatkowo z szokiem wymalowanym na twarzy! Każda strona i pytanie wywoływało zainteresowanie, żywą ciekawość, a czasem niedowierzanie. Nie tyle samym okrucieństwem katów, bo nasłuchało się i naczytało już trochę na ten temat, a wyobrazić sobie to raczej trudno. Wszystko to brzmi jak z koszmaru czy najgorszego horroru, aż trudno sobie uzmysłowić, że człowiek jest zdolny do takich czynów. Chyba żadne słowa nie są w stanie dokładnie opisać tych makabryczności...choć podobno malarstwo Beksińskiego dobrze obrazuje klimat (według Zofii Posmysz). Mój szok wywołały słowa rozmówczyni Michała Wójcika, to jak ona potrafi postrzegać te mroczne lata. To miejsce, które było zwyczajnie piekłem na ziemi. Pani Zofia dostrzega smugę piękna, tam gdzie inni widzą tylko grozę. Zadziwiające jest jej podejście do tego koszmaru, do wspomnień...jej siła, wola wolności i wiara...a także jej relacje z innymi więźniami, a szczególnie z oprawczynią Franz. Nigdy jeszcze nie spotkałam się z takim podejściem, z taką analizą tematu Auschwitz czy też jakiegokolwiek innego obozu. Oczywiście relacja pani Zofii również przyprawia o dreszczyk grozy, ona również przeżyła koszmar i nie miała sielankowego życia. A mimo to, widzi to czego zwykle nie da się zobaczyć czy poczuć. Po raz któryś dochodzę do wniosku, że to wyjątkowa osoba, ciekawa postać, kobieta która ma dużo do powiedzenia.

Opowiada to nie tylko w tym wywiadzie, ale również w swojej twórczości. Jej „Pasażerkę” sfilmował Andrzej Munk a konkretnie zaczął nad nią pracować, bo w międzyczasie zmarł. Co ciekawe klimat obozu został również wystawiony jako opera, która zdecydowanie bardziej przemówiła do Zofii Posmysz niż wspomniany wcześniej film. Z jej punktem widzenia nie każdy się zgadza...jej literackie obrazy są w pewien sposób przełomowe. A ja przyznaję, że nie kojarzę nic co wyszło spod pióra naszej głównej bohaterki ani nie kojarzę filmu.


„Najważniejszy jest głód, trzeba go zaspokoić. Czasami się to udawało. A gdy już można było go zaspokajać […] to człowiek zaczynał dostrzegać więcej. Na przykład piękno. Wiem, to dziwnie brzmi. Ale tak było. Pamiętam pewien poranny apel. Nad linią horyzontu wstawało słońce, budził się dzień, budziła się przyroda. Dostrzegłam to. Zatopiłam się w kontemplacji. Nie przeszkadzało mi szczekanie psów, wrzaski anwajzerek, krzyki popychanych czy bitych. Nie w tym momencie. Inna sprawa, że wyższe uczucia były dostępne tylko w sytuacji oswojenia. Gdy człowiek uświadomił sobie, że tu i teraz jest moje życie. Nie wiem, kiedy stąd wyjdę, ale póki żyję, to muszę tak żyć, jakby to była norma. Gdy więzień przyjął to wiadomości i się z tym pogodził – otwierał się. Nie od razu… Musiało minąć sporo czasu. Gdy minął szok i zmieniły się warunki życia. U niektórych to były dwa, trzy tygodnie. U innych kilka miesięcy. A jeszcze inne kobiety nigdy się z tym nie pogodziły”


„Królestwo za mgłą” to 15 spotkań, w których możemy uczestniczyć zagłębiając się w lekturę. To mnóstwo pytań i satysfakcjonujących odpowiedzi. Z tej rozmowy dowiemy się o życiu w obozie, o zagrożeniu, głodzie, próbie przetrwania, a także o ludziach. O imionach i nazwiskach, które miały twarze. Oczami wyobraźni zobaczycie bród, poczujecie smród, będziecie taplać się w błocie a przed oczami staną wychudzone postacie w pasiakach. W dziwnej mgle zatoniecie jak więźniarki obozu, jak Zofia Posmysz. Książka została wzbogacona o zdjęcia, wiersze obozowe Zofii Posmysz, a także tekst, który ukazał się w „Głosie Ludu”, a który został podpisany numerem obozowym pani Zofii. Ktoś może powiedzieć, że to kolejna książka na ten sam temat, ale nigdy za dużo książek, które są ciekawe i mogą coś wnieść do naszego życia. Każda taka zostawia coś w naszej pamięci – ta również. Ta książka to dowód na to, że o piekle można mówić na wiele sposobów. Każdy ma swoje subiektywne odczucia. Moje spotkanie z Zofią Posmysz uznaję za owocne i jeśli lubicie książki tego typu to polecam. Jednak, jeśli ktoś nie preferuje takiej tematyki i tego typu książek to nie zabierajcie się za moją dzisiejszą propozycję.

Obraz Zdzisława Beksińskiego
Obraz Zdzisława Beksińskiego
Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak Literanova