czwartek, 30 marca 2017

Morderstwo w pociągu - Kerry Greenwood


cykl: Zagadki kryminalne panny Fisher
wydawnictwo: Albatros
data wydania: 30 października 2015
liczba stron: 224

Całkiem przypadkiem odkryłam nową serię kryminałów i to w moim ulubionym stylu retro. Miałam okazję poznać nowe nazwisko w świecie detektywów – Fisher. Tylko, że tym razem detektyw jest kobietą, a jej imię to Phryne. Oczywiście kobiety, które bawią się w te klocki to żadna nowość w literaturze kryminalnej i to nawet retro. Znamy przecież chyba wszyscy miłośnicy tego gatunku, słynną Pannę Marple, którą stworzyła Agatha Christie. Nowością jest dla mnie tutaj cała ta seria oraz nazwisko autorki. Jakoś nigdy wcześniej nie wpadło mi ona w oko ani też ucho. Jednak już wiem, że to nadrobię i wtedy wszystkie Zagadki Kryminalne Panny Fisher będą moje i będą dumnie prezentować się na kolejnej białej półce. Zapewne nowej, bo już kończy mi się miejsce na obecnych. Ale do rzeczy!
Podróż pociągiem w latach 20-tych XX wieku nie należy do przyjemności. Można się nieźle poobijać, zmęczyć i nadenerwować. Trzeba być przygotowanym na całkiem nieeleganckie zachowania i nudne rozmowy ze starszymi paniami w kapeluszach, Ale zdarza się również, że cały wagon pasażerów zostaje uśpiony chloroformem. Nie mówiąc o tym, że niektórzy zostają… zamordowani. A to już stanowi pewne urozmaicenie. Nikt nie spodziewał się zabójczego towarzysza podróży. Nikt tez niczego nie widział i nikt nie ma pomysłu, co dokładnie mogło się stać i kiedy. Tylko starsza pani mogłaby coś powiedzieć na ten temat, ale niestety, to właśnie ona nie żyje. Zabójca źle się jednak przygotował do swojego zadania. Nie wziął pod uwagę, że wśród pasażerów będzie Phryne Fisher, najbardziej wyzwolona, pyskata i nieustraszona ze wszystkich australijskich detektywów! Panna Fisher, i jej niezawodna beretta kaliber .32 i pokojówka Dot dołożą wszelkich starań, aby mordercę spotkała zasłużona kara. A śledztwo poprowadzą z właściwą sobie elegancją, humorem i bezczelnością.
Faktycznie, morderstwo w pociągu to pewne urozmaicenie podróży, ale trochę oklepany temat, taki odgrzewany kotlet. Wszystkim od razu kojarzy się morderstwo w słynnym Orient Expressie, którym również przypadkowo podróżował słynny i znakomity detektyw Poirot. Mój mąż określił książkę Kerry Greenwood jako podróbę. A to za sprawą skojarzenia właśnie tych tytułów. Jednak coś w tym faktycznie jest. Zresztą mój luby ponownie powtórzył swoją opinię, gdy usłyszał, że znalazłam kolejne podobieństwo tylko, że tym razem do innego słynnego detektywa. Owym nowym tropem autorka nakierowała mnie na uwielbianego przeze mnie Sherlocka Holmesa, a to za sprawą adresu pod którym mieszka wspaniała pani detektyw – 221B Esplande, St Kilda (Sherlock mieszkał na Backer Street 221B). Mam rację? No chyba, że jestem tak zafiksowana Holmesem, co też może być prawdą. W każdym razie czytając dalej doszłam do wniosku, że jest to połączenie eleganckiego i zamożnego Poirota ze sprytnym, inteligentnym aczkolwiek czasem aroganckim i pewnym siebie Holmesem, który obraca się w różnym towarzystwie. Panna Fisher jest bogata, piękna, zadbana, ubiera się szykownie, ma różnych znajomych, jest pyskata, wyzwolona, odważna… Potrafi okazywać dobre serce sierotkom, jest zacięta i również potrafi się bać. Posiada sportowy samochód, którym sama jeździ jak rajdowiec i wplątuje się w romanse. Tu też moje skojarzenie z Poirotem (nie o romansach mowa, lecz o samochodach). On nie przepadał za nimi, a jego przyjaciel Arthur Hastings uwielbiał i fascynowały go wyścigi. W powieści Kerry Greenwood jest odwrotnie, to Dot nie lubi podróżować autem. Co jeszcze łączy słynnych męskich detektywów złotego wieku i pannę Fisher? Stan wolny. Romanse romansami, ale partnera na stałe nie ma. Na tym zakończę porównanie.

Akcja powieści toczy się w Australii. Na początku podróżujemy pociągiem, gdzie dochodzi do zagadkowej zbrodni. Z pociągu znika starsza pani, a podróżująca z nią córka, tak jak i reszta pasażerów została uśpiona. Jednak ciało matki zniknęło z przedziału. Zniknęło z pociągu. Znajduje się jakiś czas później, ileś kilometrów wstecz. Wszystko wygląda tak jakby staruszka spadła z nieba i coś ją stratowało. Gdzie ślady? Gdzie morderca? Zagadka robi się jeszcze ciekawsza, gdy nagle pojawia się samotna dziewczynka, która straciła pamięć. Czy obie sprawy mają coś ze sobą wspólnego? A może jedna naprowadzi na trop drugiej. Oczywiście panna Fisher wraz z policją postara się rozwiązać zagadkę, a w zasadzie dwie. Między czasie wda się w romans z pewnym młodym przystojniakiem.

Podsumowując „Morderstwo w pociągu” to kryminał w stylu retro. Główną bohaterką jest bogata i wyzwolona pani detektyw, która w tamtych czasach onieśmielała i intrygowała. Książka sama w sobie nie jest obszerna, czyta się szybko i przyjemnie. Niewątpliwie ma swój klimat, a sama panna Fisher wzbudza sympatię. Połączenie Holmesa z Poirotem w wydaniu żeńskim. Fabuła z pozoru banalna, jednak z czasem staje się ciekawiej. Nie zmieni to jednak faktu, że mordercę można dość łatwo wytropić, a także jego motyw, tak więc tutaj nie ma co spodziewać się jakiegoś zaskoczenia. Nie ma też jakiegoś błądzenia w zagadkach, ani spektakularnego połączenia faktów na końcu jak to miał w zwyczaju robić Holmes czy też Poirot. Z jednej strony trochę to zawodzi bo uwielbiam ten moment, gdy detektyw mądrala uświadamia wszystkich w tym czytelnika jak doszedł do rozwiązania. Mam wrażenie, że pani detektyw zbyt mało angażuje się w akcję i ma od tego ludzi. Jednak całość jest smaczna, taka trochę bardziej kobieca i z pazurem. Lekka i przyjemna powieść kryminalna, która z pewnością umili czas. Jestem bardzo ciekawa innych części. Być może będą się różnić od tej i bardziej mnie zaskoczą zakończeniem. W każdym razie jeśli lubicie takie klimaty to polecam. Panna Fisher zaprasza do swojej willi i swojego kryminalnego świata.

poniedziałek, 27 marca 2017

Szkoła żon - Magdalena Witkiewicz

cykl: Szkoła żon (tom 1) | seria: Seria z Tulipanem
wydawnictwo: Filia
data wydania: 17 kwietnia 2013
liczba stron: 256

„[...]to prawda, że kobiety są zdumiewające. Kobiety maja siłę, która zdumiewa mężczyzn. Mają dzieci, przezwyciężają trudności, dźwigają ciężary, ale obstają przy szczęściu, miłości i radości. Uśmiechają się, kiedy chcą krzyczeć, śpiewają, kiedy chcą płakać, plączą, kiedy są szczęśliwe i śmieją się, kiedy są zdenerwowane.  Kobiety są różnych wielkości, kolorów i kształtów.  Prowadzą, latają, chodzą lub wysyłają ci maile żeby powiedzieć ci, że cię kochają. Serce kobiety jest tym, co powoduje, że świat się kręci. Kobiety robią więcej niż to, że rodzą. Przynoszą radość i nadzieję, współczucie i ideały. Kobiety maja wiele do powiedzenia i do dania. Tak, serce kobiety jest zadziwiające.”

Zaczęłam z przytupem, czyli obszernym cytatem (znalezionym nie gdzie indziej jak na Facebooku), z porcyjką komplementów pod adresem kobiet. Wstęp nie bez powodu jest taki a nie inny, bo dzisiaj będzie o kobietach,a wszystko za sprawą kolejnej już książki Magdaleny Witkiewicz. Tym razem w moje ręce trafiła „Szkoła żon”, nie tam żadna nowinka wydawnicza, ale tej jeszcze nie miałam okazji czytać. Mam w planach stworzyć sobie półeczkę z twórczością tej autorki (mówiłam już, że ją uwielbiam? ;p) Żoną jestem, tak więc lektura w sam raz…
Julia jest świeżo po rozwodzie. Bardzo świeżo. Dokładnie pięć godzin i dwadzieścia siedem minut. Właśnie opija w klubie z przyjaciółkami imprezę rozwodową, kiedy w loterii wizytówkowej wygrywa tajemnicze zaproszenie do luksusowego spa o nietuzinkowej nazwie… Lista rzeczy, które ma ze sobą zabrać do „Szkoły żon” ogranicza się do szczoteczki do zębów i jednej pary bielizny. Julia, która porzuciła wiarę w miłość i w ogóle we wszystko, nie ma już nic więcej do stracenia, decyduje się jechać. W niesamowitym luksusowym spa, ona i kilka innych, zwyczajnych kobiet, przeżywają przygodę życia. Zostają tam przez 3 tygodnie a po powrocie nic nie jest już takie samo… Już nigdy żaden facet ich nie zostawi.
Kobiety niby wyjątkowe, często o tej wyjątkowości swojej zapominają. Skupiają się nie na mankamentach, a obowiązkach i często wpadają w objęcia upływającego czasu i rutyny. Mało, która akceptuje siebie w całości i jest wolna od kompleksów. Tu się chyba zgodzicie. Młode kobiety nagle stają się matkami, które na pierwszym miejscu stawiają dzieciaki i to pod każdym względem, a dla siebie nie starcza im już czasu i siły. Seksowne narzeczone, zmieniają się w żony, które zazwyczaj skupiają się na mężu, domu… a w oczach mężów tracą ten blask, a czasem nawet stają się zołzami. Zmienia się punkt widzenia, ciało, garderoba, nawyki i wymówki...kompleksy też, bo zazwyczaj ich przybywa. I takie właśnie kobiety znajdziemy w „Szkole żon”.


„Z ekranu telewizora patrzyła na nich Ewelina i mówiła, że piękno jest w oczach. Że nieważne, jak kobieta wygląda, ważne jest to, jak się zachowuje.
- Liczy się spojrzenie – mówiła. - Czasem wystarczy jedno. To kim jesteście, zależy tylko od was!”

Magdalena Witkiewicz ulepiła z literek kobiety zwyczajne. Takie jak ja, Ty czy twoja sąsiadka. Niezależnie od tego w jakim wieku jesteśmy, zajdziemy w nich cząstkę siebie. Taki autoportret stworzony z kawałeczków. Każda z bohaterek boryka się z czymś innym, a jednak łączy je jedno – nie dostrzegają w sobie kobiety… Kobiety, która jest wyjątkowa, która ma prawo do szczęścia i życia bez cienia kompleksów. Tym samym daje możliwość swoim czytelniczkom, aby spojrzały na siebie i swoje życie. Taka tam chwila refleksji...

„Szkoła żon” to lekka i przyjemna powieść z przesłaniem dla płci pięknej. Nie żaden poradnik perfekcyjnej żoneczki co to mężowi wszystko poda pod nos i jeszcze będzie na każde wezwanie. Nic z tych rzeczy, drogie panie...i panowie. To raczej kop w tyłek od dobrej ciotki, która chce nam przypomnieć, że każda z nas może być gwiazdą jeśli tylko ze chce i spojrzy w lustro. Autorka chce nam tym razem pokazać, że każda z nas jest wyjątkowa i może tak się czuć. Wystarczy zaakceptować siebie i popracować nad tym i owym. Uwierzyć w siebie, swoje możliwości i dążyć do realizacji marzeń. Do czarowania słowami i mądrości ukrytej między wierszami przyzwyczaiła nas autorka w swoich książkach. Jednak tym razem mamy jeszcze trochę pikanterii, a mianowicie sceny erotyczne, które pobudzają kobiecą wyobraźnię. Wszystko oczywiście ze smakiem i z nutą romantyzmu. Luksus, relaks, przystojni panowie, kobiety, które odkrywają swoją wewnętrzną siłę… Powiedziałabym na bogato! Bogato i nierealnie…wręcz sielankowo i słodko. Nie uważam tego jednak za minus, a dobry materiał do pełnego relaksu podczas czytania. Totalne oderwanie od szarości dnia codziennego. Typowa babska literatura, która umili nie jedno popołudnie, albo i nie, jedno tylko jedno. Bo jeśli nic wam nie będzie przeszkadzać w czytaniu to przeczytacie ją błyskawicznie. To także lektura w sam raz na wiosnę… na wiosenne zmiany… Tak sobie myślę, że każdej z nas taki turnus w Szkole Żon dobrze by zrobił. Kochane Kobietki wraz z powiewem wiosny pokochajcie siebie, bo każda z nas jest wyjątkowa i silna. Podobno! Myślę, że miłośniczek twórczości Magdaleny Witkiewicz nie muszę długo namawiać, aby sięgnęły po ten tytuł (jeśli jeszcze tego nie zrobiły). Natomiast całą resztę gorąco namawiam do rozpoczęcia przygody z czarodziejskim piórem tej autorki, kochani wybór jest szeroki, w tytułach można wybierać i przebierać. Ja już swoich faworytów mam! A teraz na sam koniec zapraszam was do babińca w Szkole Żon!

„Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie.”


H. Jackson Brown Jr

czwartek, 16 marca 2017

Książę Mgły - Carlos Ruiz Zafón


wydawnictwo: Muza
cykl: Trylogia mgły (tom 1)
tytuł oryginału: El príncipe de la niebla
data wydania: 10 listopada 2010
liczba stron: 200

(...) czasem, niezwykle rzadko, może raz na milion, trafia się ktoś bardzo młody, kto pojmuje, że życie jest drogą, z której nie ma powrotu, i uznaje, że to gra nie dla niego.

Carlos Ruiz Zafon, nazwisko tego pisarza jest chyba znane każdemu miłośnikowi książek. Nawet jeśli taki Kowalski nie czytał ani jednej jego książki, to i tak wie o kogo chodzi. Swego czasu było głośno o jego powieści „Cień wiatru” i stąd też kojarzę jego nazwisko. Powiem więcej, ta książka znajduje się na mojej półce. Jednak - tu z żalem i wstydem oznajmiam – nie przeczytałam jej do tej pory. Stoi sobie tak od dłuższego czasu i czeka na swoją kolei. Zawsze były inne książki pod ręką, egzemplarze recenzenckie itp. Zapewne dalej byłabym w tyle z twórczością autora , gdyby nie to, że teraz mieszkam praktycznie w szpitalu, a moją jedyną ucieczką od problemów są książki. Teraz przydają się nawet bardziej niż kiedyś. Mąż co chwilę funduje niespodzianki i dostaje od niego książki. Na jednym z takich stosików znalazłam właśnie powieści Zafona. Już miałam zabrać się za kolejny thriller, ale w ostatniej chwili stwierdziłam, że może dla odmiany przeczytam coś zupełnie innego i przy okazji poznam wreszcie coś pióra tego właśnie autora. Fartem trafiłam na jego debiutancką powieść, „Książę mgły”. Cieszy mnie to ogromnie, gdyż dowiem się jak tworzył od samego początku...można powiedzieć, że z czasem będę mogła porównać „jak rozwijał pisarskie skrzydła”. Tak więc w chwilach spokoju, gdy synek spał uciekałam do świata stworzonego przez Zafona. Ekspresowo zabrałam się za czytanie i równie ekspresowo skończyłam.
Rodzina Carverów (trójka dzieci, Max, Alicja, Irina, i ich rodzice) przeprowadza się w roku 1943 do małej osady rybackiej na wybrzeżu Atlantyku. Zamieszkuje w domu niegdyś należącym do rodziny Fleishmanów, których dziewięcioletni syn Jacob utonął w morzu. Od pierwszych dni dzieją się tutaj dziwne rzeczy; nocą w ogrodzie Max widzi posągi artystów cyrkowych. Dzieci poznają kilkunastoletniego Rolanda, od którego dowiadują się różnych ciekawostek o miasteczku i o zatopionym pod koniec pierwszej wojny statku. Poznają także dziadka Rolanda, latarnika Victora Kraya. To on opowie im o złym czarowniku, Księciu Mgły, który gotów jest spełnić każdą prośbę lub życzenie, ale w zamian żąda bardzo wiele. Coś, co dzieciom wydaje się jeszcze jedną miejscową legendą, szybko okazuje się zatrważającą prawdą. Musiało upłynąć wiele lat, by Max zdołał wreszcie zapomnieć owe letnie dni, podczas których odkrył, niemal przypadkiem, istnienie magii.
„Książę mgły” to jedna z czterech powieści autora, które zostały stworzone z myślą o młodzieży, jednak autor pisząc je miał nadzieję, że trafią także do starszych czytelników. Podobno chciał stworzyć taką książkę, którą sam chciałby pochłonąć będąc już staruszkiem. Czy mu się udało? Jeśli w tak zaawansowanym wieku ma się ochotę na lekką literaturę, wypełnioną magią, mroczną zagadką, która odbiega od monotonii życia codziennego to chyba tak. Od razu zostajemy wrzuceni do domu zegarmistrza, Maximilana Carvera. Jesteśmy świadkami jak ojciec informuje rodzinę o wyprowadzce, która ma odbyć się już następnego dnia. Od tego momentu akcja rusza, a my wyruszamy za rodziną do nowego miejsca. Do domku przy plaży, gdzie mieli wieść spokojne życie, z dala od wojny. Jednak to lato nie było spokojne, a nastoletni Max i jego siostra stoczyli własną bitwę z magią. W konsekwencji wydarzeń dzieci poznały co to zauroczenie, przyjaźń, niebezpieczeństwo i śmierć. Momentalnie zostały obdarte z dzieciństwa, a beztroskie lato zamieniło się w koszmar.

Spójrzmy na książkę oczami młodych czytelników. Niewinnie zaczynająca się fabuła, która nie przytłacza, a wręcz zachęca do czytania. Gabarytowo też nie jest obszerna, co też nie zniechęci dzieciaków, które rozpoczynają swoją przygodę z książkami, tym gatunkiem czy też twórczością autora. Akcja toczy się szybko i płynnie. Nie musimy długo czekać na rozwój wydarzeń, szybko wyczuwamy, że coś jest na rzeczy. Mamy napięcie, tajemnicę, rówieśników ( Max – 13 - latek, Alicja niedługo miała wkroczyć w „dorosłość” i najmłodsza Irina), dziwne wydarzenia, dreszczyk, mroczną otoczkę, a do tego wspomniane już czary. Nie może się obyć bez młodzieńczych emocji i gonitwy myśli. Niebezpieczeństwo czai się tuż za rogiem, a dzieciakom rodzice nie stają na drodze. Jak to zwykle bywa dzieciaki na pierwszym planie, a rodzice to tło.

Teraz nasz punkt widzenia, czyli dorosłych, którzy przeczytali niejedno i niejedno już widzieli (nie mówię o czarach, choć kto wie co kto z nas widział ;p). Przyjemna lektura, którą naprawdę szybko się czyta. Żadne tam wymyśle cuda na kiju, smaczny kąsek, z mrocznym klimatem i tajemnicą, którą chcą rozwikłać dzieciaki. Kluczem do zagadki jest latarnik, który nie chce wyjawić całej prawdy. Myślę, że dla nas mogłoby być więcej akcji, więcej stron i więcej tego dreszczyku. Jesteśmy chyba przyzwyczajeni do mocniejszego uderzenia i większego szoku. Tutaj mamy trochę okrojoną wersję, no ale wiadomo dzieciom nie zafunduje się mega mocnych wrażeń.

Podsumowując… „Książę mgły” narobił mi smaczku na inne książki autora. Miło spędziłam czas, oderwałam się od codzienności i przeniosłam się nie tylko do miasteczka rybackiego, ale również do dzieciństwa. Przez chwilę poczułam się jak te dzieci, które drążą temat, aby odkryć mroczny sekret. Jednak jest to wersja light jak na mój wiek. Jednak wiadomo, gdzieś tam w środku dzieckiem się jest zawsze i serce otwarte jest na magię, głosy, otwierające się szafy i dziwne zjawiska. Szczególnie smaczne są tajemnice. Po przeczytaniu człowiek przypomina sobie, że lepiej uważać na to, co komu się obiecuje. Ważne jest też to, że wystarczy moment i nagle życie się zmienia i wchodzimy na inny etap.

niedziela, 12 marca 2017

Już mnie nie oszukasz - Harlan Coben


wydawnictwo: Albatros
data wydania: 15 lutego 2017
tytuł oryginału: Fool me once
liczba stron: 416

„Kiedy wykluczymy niemożliwe,to, co pozostaje, choćby najbardziej nieprawdopodobne, musi być prawdą.” sir Arthur Conan Doyle - „Sherlock Holmes”

Dzisiaj zaczynam błyskotliwą myślą Sherlocka Holmesa, a powodem nie jest tylko moje wielkie uwielbienie, żeby nie było. Tą jakże trafną myśl, docenił również Harlan Coben i umieścił ten cytat (i to nie raz!) w swojej książce - „Już mnie nie oszukasz”.

Co zrobisz, kiedy nie będziesz mógł zaufać nawet samemu sobie?

Niełatwo złamać żołnierza, ale Maya Stern jest pewna, że popada w szaleństwo. Jej życie rozsypało się w gruzy wraz ze śmiercią ukochanej siostry Clarie i męża, Joego. W snach krzyki zabijanych z jej rozkazu cywilów mieszają się z krzykami zamordowanego na jej oczach Joego. Na jawie Maya stara się pozszywać strzępki rodzinnego życia, ale jedyne co robi to niszczy wszystko, co pozostało. Kiedy więc dwa tygodnie po pogrzebie na nagraniu z domowej kamery widzi Joego bawiącego się z ich córką, nie wie, czy może wierzyć własnym oczom. Zawsze ufała mężowi. Teraz nie może ufać nawet sobie. Ale przecież była świadkiem jego morderstwa… Jak ma wytłumaczyć to, co widzi?
„Już mnie nie oszukasz” to świetny thriller, który przeniesie czytelnika do rzeczywistości Mai Stern. Do demonów wojny, które zamieniają noce w koszmar. Do wątpliwości we własną ocenę sytuacji. Do śmierci, która czai się za plecami, a czasem stoi ramię w ramię. Do przerażającej prawdy i całej sterty sekretów. Bogactwo, przeszłość, miłość, strach o życie córki… Główna bohaterka zostaje wdową, samotną matką, która musi poradzić sobie z paroma tajemnicami i dziwnymi śladami. Coraz więcej zagadek. Poszlak. To co się wokół niej dzieje, jest co najmniej dziwne. Podejmuje ona ryzyko i na własną rękę próbuje dojść do tego o co w tym wszystkim chodzi. Które zgodny mają ze sobą powiązania. Co skrywa przeszłość. A co ważne, czy aby na pewno nie zwariowała... Od samego początku czytelnik nie może narzekać na nudę. Im dalej zagłębiamy się w treść tym więcej poszlak i więcej tajemnic do odkrycia. Autor udowadnia, że jest mistrzem w swoim fachu. Przenosi czytelnika w mroczne klimaty, daje pożywkę jego wyobraźni i pozwala rozsmakować się w doskonale wyczarowanej fabule.

Myślisz, że znasz prawdę. A prawda jest taka, że nie wiesz nic.

Do odkrycia prawdy ukrytej pod grubą stertą sekretów, kłamstw i podejrzeń potrzebne są zdolności Sherlocka Holmesa. Chyba wszyscy wiedzą, że słynie on z doskonałej dedukcji i jak widać błyskotliwych myśli, które sprawdzają się nawet w thrillerze Cobena. Autor tym cytatem nakierowuje nas na właściwy trop. Podpowiada czytelnikowi, że to co wydaje się najbardziej nieprawdopodobne może okazać się prawdziwe. Na tą genialną myśl wpadłam dopiero po przeczytaniu książki. Dopiero po tym, jak Harlan Coben wywiódł mnie w pole. Pozwolił się zachłysnąć ciekawą fabułą, tajemnicą, tropami i namiastką dedukcji, która w zderzeniu z mistrzem tego gatunku po prostu kuleje, o czym się właśnie przekonałam. Nawet obcowanie z Sherlockiem Holmesem i podglądanie możliwości dedukcji nie nauczyło mnie, że nie można wykluczyć tego co z pozoru wydaje się niemożliwe. Tak o to szczęka mi opadła, gdy autor za pomocą swoich bohaterów wyłożył karty na stół. Takiego obrotu spraw się nie spodziewałam. Poczułam się oszukana (o ironio w połączeniu z tytułem!). Przez autora? Nie, przez bohaterów. A konkretnie jedna postać zawiodła mnie w ślepą uliczkę. Przez chwilę miałam w głowie chaos… Jak? Gdzie? Czemu? Dlaczego? Po co? Eeee? Jednak po chwili poczułam ogromne zadowolenie… Zadowolenie z lektury. Z wrażeń. Czas spędzony z tą książką nie był czasem stracony ani przez sekundkę. Cóż mogę jeszcze dodać? Mroczna okładka, zagadkowa treść i jakże zaskakujące zakończenie, to mieszanka wybuchowa. Idealnie dopracowana powieść, która zadowoli miłośników tych klimatów. Po raz kolejny przekonałam się jaką siłę rażenie ma dobra literatura. Ile daje frajdy i jak doskonale odrywa od rzeczywistości. Macie ochotę na wyścig z pozorami? W takim razie zapraszam do lektury!

czwartek, 9 marca 2017

Rodzina O. Sezon I. 1968/69 - Ewa Madeyska


wydawnictwo: Znak Literanova
data wydania: 2 marca 2017
liczba stron: 544

„Śmierć ją bzyknie we właściwym momencie. Ciebie bzyknęło życie.”

Życie bywa brutalne, długie, krótkie, średniej długości, szare, kolorowe, ale także przewrotne. Zaskakuje w najmniej oczekiwanym momencie. Życie lubi zbiegi okoliczności i zaskoczenie wymalowane na ludzkich twarzach. Życie jak to życie, potrafi brzydko mówiąc bzyknąć i „zostawić”. Podobnie zresztą śmierć… Cytat, którym rozpoczęłam dzisiejszą recenzję, spodobał mi się od razu. Trafnie opisuje treść książki, z której pochodzi. Ostatnio połakomiłam się na pierwszy polski serial literacki, czyli „Rodzinę O”. Moje łakomstwo wywołał jej opis. Krótki, ale intrygujący. Nie mogłam oprzeć się pragnieniu posiadania tej książki i poznania członków tej rodziny. Moja ciekawość została szybko zaspokojona, dzięki mężowi, który książkę w ekspresowym tempie kupił. Czego się spodziewałam? To mogę od razu zdradzić… komedii. No, dobra czegoś co pod komedię podchodzi i wniesie w moją codzienność dawkę humoru. Chyba ten opis tak mnie nakierował…

Rodzina rzecz święta, choć czasem przeklęta.
Helena, jednooka głowa rodziny O.
Tadeusz, syn Heleny, psychiatra czy wariat?
Barbara, żona Tadeusza, kochanka czy prostytutka?
Paweł, starszy syn, ofiara czy zdrajca?
Andrzej, młodszy syn, rozrabiaka czy morderca?
Nieślubne dziecko, zdrada, zagadkowa śmierć. Ta rodzina wciągnie cię w swoje kłamstwa i półprawdy, uczucia i natręctwa. Między rok ‘68 a ‘69. Między wielką historię a codzienność małego miasteczka.
Nie oderwiesz się.
Na szczęście to dopiero pierwszy sezon.
A ciąg dalszy nastąpi...


I jak się okazuje błędnie. Komedii nie ma tu zupełnie wcale. Autorka chciała co prawda wpleść w treść i dialogi coś humorystycznego, ale bardziej to przypomina czarny humor niż typową lekką komedię. Nie powiem teksty ciekawe i czasem wywołujące parsknięcie przypominające śmiech, ale giną w ponurej atmosferze jaką zafundowała swoim czytelnikom Ewa Madeyska. Historia ciekawa, a akcja rozwija się z każdą następną przerzuconą stroną. Bohaterowie i ich losy są ze sobą splecione jak się z czasem okaże. Każdy z bohaterów ma jakby swój odrębny świat, swój mały ogródek myśli, emocji, strachów, pragnień a nawet demonów, które próbują okiełznać. Każde z nich podejmuje decyzje, które mają swoje konsekwencje i nawet nie spodziewają się jak życie może się potoczyć… 

Szukacie postaci idealnych, bez żadnej skazy, przesłodzonych, lukrowatych i nierzeczywistych? Tutaj ich nie znajdziecie!

A co do samej rodziny? Wiadomo, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach… choć bywa i tak, ze w sytuacjach kryzysowych jednoczą się wszyscy.

Jaka jest ta tajemnicza rodzina O?
Nieidealna. Członkowie rodziny zazwyczaj się omijają i chyba nawet żyją pozorami. Pod dywanem znajdziemy okruchy tajemnic i niedomówień. Przeszłość czai się po kątach i czeka na odpowiedni moment.

„Rodzina O” to kawał dobrej literatury, napisanej niezłym stylem, który co prawda nie jest komedią, ale nie jest też topornym tomiszczem, które trudno przełknąć. Mimo tej szarości jaka unosi się nad tą książką i niełatwą tematyką można wyczuć pewną lekkość, która porwie swoim nurtem do samego końca. Wciągająca i wyostrzająca apetyt w miarę upływu treści. Co prawda na początku musiałam przywyknąć do dość licznych retrospekcji, aby poznać głębiej naszych bohaterów, ale szybko się przyzwyczaiłam i nie przeszkadzało mi to w czytaniu. Czytelnik jest tutaj świadkiem kilku dni z życia rodziny Opolskich. Życia, które zostaje wywrócone do góry nogami. Co zresztą autorka doskonale opisała i połączyła w całość. Największe wrażenie zrobiło na mnie zakończenie, które wyjaśnia nam przeszłość owianą mgiełką tajemnicy i niedomówień. Autorka stworzyła historię posiadającą kilka wątków i opowiedzianą kilkoma głosami. Dała swoim czytelnikom dawkę życia. Życia trudnego i przypisanego do poszczególnych postaci. Postaci, które mimo różnic łączy jedna scena i wzajemne powiązania. Co jeszcze znajdziecie w tej książce? Młodość, naiwność, wyrzuty sumienia, bunt, miłość, rozczarowanie…A także idealny portret tamtych czasów (nasi bohaterowie są wpisani w przełom lat 1968 /69) , w których liczyły się znajomości, a władza dawała szerokie pole do popisu. Tak więc niech nie przeraża was liczba stron – 533- bo zapewniam, że książkę połkniecie i szybko wnikniecie do życia rodziny Opolskich. Może i nie dostałam lekkiej historyjki, z której tryska sam humor, ale i tak jestem zadowolona. Dostałam chyba nawet coś lepszego, a na pewno bardziej treściwszego.

„Ktoś Musi trzymać sumienie na smyczy. Zakładać kaganiec na pysk wątpliwości. Otwierać lokatę na życie wieczne. Ubezpieczać na wypadek grzechu śmiertelnego.”

niedziela, 5 marca 2017

Kolejny rozdział - Agata Kołakowska


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 2 lutego 2017
liczba stron: 390

„Do bycia szczęśliwym potrzeba przecież odwagi...”

Szczęście. Towar deficytowy, wielkie pragnienie, złudzenie i wywoływacz zazdrości u innych. Każdy z nas chce być szczęśliwy, ale różnie to bywa. Jedni są i można im szczerze zazdrościć, inni tylko na takich wyglądają. Są i tacy, którzy swojego szczęścia nie dostrzegają do czasu, aż coś się wydarzy. Nie można pominąć tych, którzy wiedzą co im da szczęście, albo co im nie pozwala na taki stan, ale nie mogą się przełamać, aby coś zmienić. Jak widać odwaga wspomniana w cytacie jest niezbędna! Do czego? A choćby po to, żeby ruszyć tyłek i coś ze sobą zrobić, albo zastanowić się nad własnym życiem. Jednak czasami musi być jakiś impuls, który nas do tego zmusi. Tak też się stało w przypadku bohaterów książki Agaty Kołakowskiej „Kolejny rozdział”.
Jak czuje się człowiek, który otrzymuje na skrzynkę mejlową powieść w odcinkach, która z rozdziału na rozdział coraz bardziej przypomina jego życie? Maciej Tarski, redaktor w uznanym wydawnictwie, przychodzi do pracy i jak co dzień odbiera pocztę. Otwiera wiadomość, która na pierwszy rzut oka nie różni się niczym od dziesiątek innych. Jednak w załączniku, zamiast książki, znajduje wyłącznie pojedynczy rozdział, wysłany przez anonimowego autora o pseudonimie XYZ. Opowieść wciąga go od pierwszego zdania. I wydaje się niepokojąco znajoma. Kalina Milewska, popularna autorka thrillerów, cierpi na kryzys twórczy. Jej ostatnia powieść zebrała niepochlebne recenzje, o czym redaktor Tarski nie pozwala jej zapomnieć. Wydzwania do niej nieustannie, aby dowiedzieć się, jak postępują prace nad kolejną, nie kryjąc, że spodziewa się bestsellera na miarę poprzednich.  Redaktor Tarski podejrzewa, że intrygująca korespondencja to sprawka Kaliny, wkrótce jednak wychodzi na jaw, że jest w błędzie.  Kalina i Maciej zaczynają się niepokoić. Kto bawi się ich kosztem? Kto wie tak wiele o ich dotychczasowym życiu? I o tym, co w nim nastąpi wkrótce…  Podejrzewają wszystkich, znajomych i członków rodzin. Wraz z kolejnymi rozdziałami powieści dociera do nich, jak niewiele wiedzą o sobie i jak bardzo zapętlili się w rzeczywistości. Czy książka anonimowego autora pomoże im rozwiązać życiowe problemy? Czy poznają tożsamość tajemniczego XYZ-a?
Jak to jest, gdy ktoś wie więcej o Tobie niż Ty sam? Zapewne to przerażające uczucie, ale równie wywołuje impuls. Taki tam sygnał do naszego mózgu, aby pomyśleć co jest nie tak. Oczywiście w pierwszej kolejności można zastanawiać się, kto jest na tyle bezczelny, cwany i przebiegły? Kto z otoczenia śmie robić nam takie żarty? Podejrzenia, niepewność i nieufność. To czuł zarówno Tarski jak i Kalina. Oboje również nie potrafili żyć pełnią życia. Od środka gryzło ich coś powoli, ale skutecznie. Zarówno ona i on walczyli z własnymi demonami. Co z kolei wywoływało brak zrozumienia bądź zazdrość wśród otoczenia.

„Kolejny rozdział” to historia lekka i wciągająca od początku. Czyta się naprawdę szybko i przyjemnie. Wraz z rozwinięciem akcji wkraczamy w klimat z dreszczykiem, tak jakbyśmy czytali jakiś kryminał, a może i nawet thriller. Kombinujemy, żeby rozwiązać zagadkę i spodziewamy się, że coś się wydarzy. Przynajmniej ja czekałam na jakieś mega zakończenie, jakieś mocniejsze uderzenie, które będzie kulminacją. Im bliżej byłam zakończenia tym bardziej na to czekałam. Niestety koniec się zbliżał, a mojego mocnego uderzenia nie było. Tak też dobrnęłam do końca. Końca, który mnie totalnie rozczarował. Tak jak całość była w miarę apetyczna i nawet wciągająca, a sam pomysł na fabułę bardzo dobry, tak zakończenie jest dla mnie porażką. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale raczej nie tego. Dwa ostatnie rozdziały to jakby dwa odrębne zakończenia. Jedno bym nawet zaakceptowała, drugie już wprowadziło zamęt w mojej głowie. Coś typu: „Halo, co jest grane?”To ostudziło nieco mój entuzjazm jeśli chodzi o powieść Agaty Kołakowskiej. Jest co prawda lekko i przyjemnie i nawet przewidywalność nie raziłaby mnie jakoś szczególnie, ale to zakończenie już tak. A szkoda…

Podsumowując książka Agaty Kołakowskiej to taka analiza psychologiczna głównych bohaterów. Rozłożenie na czynniki pierwsze ich emocji i życia. Autorka porusza tutaj temat ludzkich wyborów i tego jaki mają one wpływ na nasze życie. Pokazuje jak nas i nasze wybory postrzega otoczenie, w jakim się obracamy. A także, że szczęście bywa złudne… Można je również przegapić. Na doświadczeniach głównych bohaterów widzimy, że warto wsłuchać się w siebie i ruszyć z miejsca, warto jednak pamiętać, że za nasze wybory przyjdzie nam też płacić jakąś tam cenę. To moja pierwsza powieść tek autorki więc nie mam porównania z innymi jej książkami, tę pochłonęłam szybko jednak niestety nie obyło się bez rozczarowania. Czy sięgnę po inne tytuły? Jeszcze nie wiem. Czy mogę z czystym sumieniem polecić tę książkę? Myślę, że tak. Ma na swoje atuty, a i może Wam zakończenie się bardziej spodoba.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka

środa, 1 marca 2017

Ta chwila - Guillaume Musso


wydawnictwo: Albatros
tytuł oryginału: L'instant présent
data wydania: 3 sierpnia 2016

„Po wichurze, w której zawieją dwadzieścia cztery wiatry, nic się nie ostanie.”

Spadek. To słowo, które u wielu wywołuje ślinotok i wodospad marzeń. Oczami wyobraźni widzisz jakiś domek po babci, kaskę po dziadku, autko albo inne cenne rzeczy. Czasami jednak dostaje się długi. Bywa też i tak, że dostanie się… latarnie morską. Super, co nie? Tu znowu zaczynasz zacierać rączki bo można na niej i zarobić i z niej korzystać. Jeszcze ciekawiej się robi, kiedy ktoś Ci mówi, że w piwnicy jest ściana, a za ścianą metalowe drzwi, których w żadnym wypadku otworzyć nie możesz. A czemu, dlaczego, po co, a kto mi zabroni? Odpowiedź, że kryje się tam coś niedobrego, cię nie odstrasza, a wręcz przeciwnie. Zgadza się? Pewnie tak. Spoko, sam nie jesteś drogi czytelniku, główny bohater książki, którą zaraz będę Ci polecać miał identycznie. Powiem Ci więcej, on te drzwi otworzył! Trochę się co prawda napocił, ale dopiął swego. Co tam znalazł? Potwora? Trupa? Pustkę? To już musisz odkryć sam, jednak niewątpliwie dosięgnęło go coś, co można nazwać klątwą.

Moja dzisiejsza propozycja to „Ta chwila” autorstwa jednego z poczytniejszych autorów naszych czasów. Mowa oczywiście o Guillaume Musso, który zadebiutował w 2001 roku powieścią „Skidamarink” i od tamtej pory funduje swoim czytelnikom literackie doznania. Wróży mu się dużą karierę, a w 2008 roku na ekrany kin wszedł film na podstawie jednej z jego powieści. Nie ma co ukrywać, że facet pisze z potencjałem, umie zaintrygować czytelnika i w międzyczasie udaje mu się go nie zanudzić, a wręcz wywieźć w pole. Mnie również urzekł. Pamiętam dzień, w którym od męża dostałam „Jutro” - pierwsza książka tego autora w moim dorobku. Tak mnie wciągnęła fabuła, że nie mogłam się oderwać, czytałam nawet w wannie. Od tamtej pory co jakiś czas na mojej półce pojawia się Musso, a ja wiem, że się nie zawiodę.
Lisa marzy o tym, by zostać aktorką. Żeby opłacić zajęcia w szkole teatralnej, pracuje w barze na Manhattanie. Pewnego wieczoru poznaje Arthura Costello, młodego lekarza-ratownika. Od razu coś między nimi iskrzy. Żeby go oczarować, Lisa jest gotowa na wszystko. W mieście-labiryncie, które nie daje ani chwili wytchnienia, Lisa jest w stanie podjąć każde ryzyko. Ale Arthur nie jest taki, jak inni. Już wkrótce ujawni Lisie przerażającą prawdę, która sprawia, że nie może odwzajemnić jej uczucia: "To, co się ze mną dzieje jest niewyobrażalne, a jednak jest jak najbardziej realne... ". W Nowym Jorku, mieście pełnym niespodzianek, Arthur i Lisa wspólnie będą unikać pułapek, które zastawia na nich nieubłagany przeciwnik, jakim jest czas.
„...bardzo rzadko dwie osoby pragną tej samej rzeczy w tym samym momencie.„

Jak już wiadomo w fabule chodzi o spadek, ale taki trefny, przeklęty co to tylko problemy są z nim. Nad tym spadkiem unosi się klątwa, która zmieni życie Arthura w piekiełko. Życie wywróci mu się do góry nogami, a czas zacznie płynąć zdecydowanie za szybko. Od samego początku robi się ciekawie, tajemniczo, a nawet magicznie… Nasz bohater przeżyje przygodę życia, oderwie się od szarej codzienności i wyruszy w podróż, zgubną, niebezpieczną fascynującą...w podróż do przyszłości. Życiem bohaterów kieruje przeznaczenie, która czasem daje pstryczka w nos… W tej historii nie zabraknie wątku miłosnego, szaleństwa, pożądania i tragedii życia codziennego. Bohaterowie zmagają się nie tylko z przeznaczeniem, ale również z własnymi emocjami.

"Nie zapomnij, że mamy dwa życia. Drugie zaczyna się, gdy uświadomisz sobie, że żyje się tylko raz.”

Guillaume Musso jak zwykle doskonale bawi się fabułą, postaciami i czasem, który mija, Przeskakuje i tworzy doskonałe tło do wymyślonych przez niego historii. Autor od samego początku buduje napięcie, akcja z czasem przyśpiesza i gdy czytelnik już myśli, że wszystko wie następuje nagle bum… Zakończenie go totalnie zaskakuje! W twórczości autora podoba mi się ten powiew świeżości, napięcie i to zaskoczenie na samym końcu, gdy wszystko zgrabnie układa mi się w całość. Nie mogę zapomnieć również o idealnie dobranych cytatach, które rozpoczynają każdą z pięciu części książki. „Ta chwila” to książka idealna, którą pochłania się w ekspresowym tempie. Nawet nie wiem, kiedy te strony minęły...kiedy podróż Arthura dobiegła końca. Myślę, że nam , czytelnikom autor również daje pstryczka w nos, szczególnie tym, którzy myślą, że nic nie jest w stanie ich zaskoczyć. Chciałbyś taki spadek drogi czytelniku? Masz ochotę na podróże w czasie? A może na koktajl z dwudziestu czterech wiatrów?

„Doświadczenie to nie to, co się człowiekowi przydarza, lecz to, co człowiek z tym zrobi.”