niedziela, 23 kwietnia 2017

Luonto - Melissa Darwood

wydawnictwo: Filia
data wydania: kwiecień 2017
liczba stron: 320

„Jesteś zwierzęciem, tylko wtedy, gdy zachowujesz się jak zwierzę.”

Dziś książka, na którą czekałam z wielką niecierpliwością. Odłożyłam dla niej na bok inne zaczęte pozycje i pochłonęłam ją tak szybko jak tylko było to możliwe. Mowa o najnowszej powieści Melissy Darwood - „Luonto”. Moja przygoda z twórczością autorki zaczęła się kilka lat temu, gdy w moje ręce trafiła „Larista”. Swoją wyobraźnią, stylem i lekkością pióra kupiła mnie od razu. Później była jej kolejna książka, „Pryncypium”. Wiedziałam, że mnie wciągnie i się nie pomyliłam. Tak więc sami widzicie, że nie mogłam nie czekać na najnowszą z nutą ciekawości i głodu literatury – Jej literatury.
"Podczas trzęsienia ziemi siedemnastoletnia Chloris zostaje uratowana przez monstrualne ptaszysko. Orzeł jest Homanilem, dwudziestoletnim chłopakiem o imieniu Gratus. Zabiera dziewczynę do Luonto – osady będącej odpowiednikiem biblijnej arki. Homanile żyją pod ludzką postacią, lecz gdy zaczynają nimi targać silne emocje, przemieniają się w zwierzęta. Między Chloris a Gratusem rodzi się zakazane uczucie. Jaką misję mają do spełnienia Homanile? Czy związek ludzkiej dziewczyny z Homanilem ma szansę na przetrwanie? Nadchodzi koniec świata. Żywioły pragną zemsty. A może nic nie jest takie, jakim się wydaje... Wolisz poznać gorzką prawdę, czy upajać się słodkim kłamstwem?"
Wiecie czego brakuje mi odkąd mieszkam w mieście? Przestrzeni, spokoju, zapachów poranków, ciemnych nocy z jej tylko znanymi odgłosami. Rześkości, które przynosi po upale dnia letniego. Koncertu żab, w pobliskim stawie i zapachu skoszonej trawy, lucerny czy czego tam jeszcze. Co powiecie na zapach akacji? Miałam ich kilka pod domem...zapach obłędny! A lipa i jej pszczela gwardia? Też cudne zjawisko, szczególnie, gdy tworzy aleję przypominającą zielony tunel nad twoją głową! Pola, aleje, dzikie kwiaty… Tyle lat czerpałam z tego garściami, wychowałam się na wsi i lepszego dzieciństwa sobie nie wyobrażam! Wiedziałam co mam pod nosem, a jednak zapragnęłam wygody i dostępu do wszystkiego. A teraz? Uciekam do lasu, na polne ścieżki, na łąki… szkoda tylko, że moje „dzikie” miejsca przestają być dzikie. Tam, gdzie jeszcze dwa lata temu było pole i cisza, tam wyrastają płoty, domy, osiedla… W sumie się nie dziwię, bo sama chętnie bym zamieszkała pod lasem, a jednak gdzieś tam mi przykro. Przyroda dookoła nas jest zadziwiająca, jednak coraz rzadziej ją zauważamy… Nie czerpiemy z niej tak jak powinniśmy... Bywa i tak, że niszczymy… Autorka w swojej książce porusza temat ekologii, tego co jest dookoła i tego co stworzyła Matka Natura, a co my sami marnotrawimy. Pokazuje w sposób obrazowy do czego zdolny jest człowiek. Zabiera w podróż, która ma pokazać egoizm człowieka, pazerność i krótkowzroczność. Jednak wyczarowuje też piękniejsze widoki niż smętna lala z jednym okiem pośrodku niczego. Wyczarowuje świat idealny, czysty, pachnący życiem… Sama chętnie wdrapałabym się na pewne wzniesienie i usiadła na ławce, by popatrzeć na cudne widoki. Nacieszyć oczy. Dotlenić płuca i się wyciszyć.


„ - Po co mi to mówisz, skoro i tak nigdy nie będziemy razem?
- A po co oddychasz, skoro i tak kiedyś umrzesz?”

Wbrew tematyce, o której właśnie wspomniałam, „Luonto” nie jest podręcznikiem o ekologii. To kolejna dawka rozwiniętej i bogatej wyobraźni autorki. Czytelnik może jej skosztować, wniknąć do świata utkanego z fantazji Melissy Darwood. Początek wydał mi się bardzo przyjemny, stworzony na szkicu dobrze znanego mi schematu, który ma tak wiele książek tego typu. Jednak w ogóle nie czułam zniechęcenia. Wiedziałam, ze popłynę z nurtem i byłam pewna, że wiem co będzie dalej. Jednak w pewnym momencie akcja totalnie zmieniła swój tor. To było pierwsze zaskoczenie. Drugim było zakończenie, którego w ogóle się nie spodziewałam. Z jednej strony było „Ej no!”, a z drugiej brawa za taki właśnie krok. Wiem, że ta historia inaczej zakończyć się nie mogła. Autorka zwinnie odbiegła od tego co zapowiadał początek jej powieści. Nie było schematycznie i mdło. Była nastoletnia miłość, nuta fantastyki, lekcja ekologii i dramaturgia.

Podsumowując: „Luonto” to jeden żywioł. To słodko – gorzka historia, która ma odważne moim zdaniem zakończenie jeśli chodzi o tego typu książki. To opowieść, która oderwała mnie od mojej rzeczywistości na kilka godzin. Pobudziła wyobraźnię i pozwoliła znów zakosztować przyjemności, bo dawno już nie miałam w rękach powieści z tego gatunku. Jednak różni się ona od „Laristy” i „Pryncypium” …uderza w ciut inne tony, choć zarazem podobne. Mimo, że dwie poprzednie skradły moje serce,to jednak z tej książki jestem czytelniczo bardzo zadowolona. Jestem również autorce wdzięczna, za zakończenie! Jeśli macie ochotę na małą podróż do „Luonto” i przy okazji stanąć na drodze żywiołów to zapraszam do lektury! Myślę, że ci, którzy styl Melissy Darwood uwielbiają nie będą rozczarowani jej najnowszą powieścią. A ja już z niecierpliwością, czekam na kolejne książki autorki!


„Pieprzyć życie! Po co o nim czytać, skoro ma się je na co dzień? Książka powinna dawać wytchnienie od cierpienia, nieść nadzieję, że pomimo przeszkód wszystko się dobrze skończy...”

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorce oraz wydawnictwu Filia

czwartek, 13 kwietnia 2017

Prosty gest - Ángeles Doñate


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 28 marca 2017
liczba stron: 440

„Jednym z uroków starych listów jest to, że nie wymagają odpowiedzi.”
Lord Byron

Ten cytat przywodzi mi na myśl stertę listów, które do dnia dzisiejszego ma moja mama. Pożółkłe już koperty skrywające tajemnice jej młodości. Więzi łączące ją z przyjaciółmi. Być może gdzieś tam ukryta jest czyjaś fotografia, jakieś przeprosiny lub opisy ważnych przeżyć, sekrety albo wyznania. Tego nie wiem. Mogę snuć domysły, bawić się tą tajemnicą przewiązaną błękitną wstążeczką, która zapadła mi w pamięci jeszcze kiedy byłam dziewczynką z kucykiem na głowie. Przypomina mi on coś jeszcze. Moje listy, które dawno temu zostawiłam za sobą przy przeprowadzce. Teraz tego żałuję, bo ja tak bardzo lubię listy! Obrazy utkane z myśli przeistaczały się w słowa spływające na papier. Sunący szybko bądź leniwie długopis. I zdania, zdania, zdania, które miały umilić czas adresatowi danego listu. Słowo pisane jest takie plastyczne i barwne. Można się nim bawić. Można czarować, krytykować, oskarżać, obrażać, szokować lub wyznawać miłość. Można wszystko. Jednak ta forma komunikacji międzyludzkiej przechodzi do lamusa. Jeszcze trochę i mało kto będzie wiedział co to jest list. Takie czasy, powiecie. Może i tak, ale czy naprawdę w dobie maili, komunikatorów, czatów, sms-ów nie znajdzie się chwila na list?

„Nigdy kropla łzy nie zrosi maila.”
Książka, której akcja toczy się w miasteczku Porvenir, gdzie z powodu drastycznego spadku liczby wysyłanych listów miejscowa poczta zostaje zamknięta. Tym samym jej pracownicy, w tym główna bohaterka Sara, zostają zmuszeni do przeniesienia się do innego miejsca. Kobieta, która do tej pory była jedyną listonoszką w Porvenir, przyjaźni się z wątła staruszką Rosą. Osiemdziesięciolatka pragnie, by Sara i jej trzej synowie mieli szczęśliwe życie bez zmartwień. Wydawać by się mogło, że ta krucha kobieta nie może jednak zrobić nic, by wpłynąć na los samotnej matki z dziećmi. Rosa pisze jednak list, którego treść powstaje już od 60 lat i może on diametralnie zmienić toczące się losy bohaterów. To książka dla kobiet, która pokazuje, jaką potęgę mogą mieć zwykłe słowa.
A pamięta ktoś jeszcze to przyjemne oczekiwanie na listonosza? Na odpowiedź, która powinna już nadejść, a jeszcze jej nie ma? Ciekawość przy otwieraniu koperty, przyśpieszone bicie serca podczas czytania i tęsknotę za kolejnym rytuałem oczekiwania, otwierania i czytania? Ja jeszcze pamiętam. Może i ta forma jest przestarzała, retro, niemodna, wolniejsza od maila, ale ma w sobie magię. Magię, której nie ma elektroniczna podróba. Nie ma łzy, zapachu, pocałunku i ciepła dłoni nadawcy. Dzisiejsza korespondencja jest wybebeszona. Wstęp do dzisiejszej recenzji jest nieco długi, ale tak mnie naszło i inaczej się nie dało. Dlaczego? Ponieważ książka, którą dzisiaj chcę wam pokazać, uświadomiła mi jak wiele tracimy nie pisząc listów.

„Prosty gest” to debiutancka powieść Angeles Donate, kobiety, która ceni sobie odręczne pismo i nadal przechowuje wszelką korespondencję, włącznie z kartkami bożonarodzeniowymi. Stworzyła historię z pozoru prostą. Płynącą powoli swoim nurtem i wciągającą swoich czytelników do miasteczka Porvenir, gdzie domy z kamienia mają swój czar. Gdzie wszyscy się znają, gdzie skrywają swoje sekrety, demony i marzenia. Miasteczko spokojne, otoczone lasami i górami, gdzie czas płynie po swojemu. Jest tam też pewna ruda kobieta, Sara, matka, rozwódka, listonoszka. To ona ma kłopoty i ktoś jej bliski wpada na pomysł jak uratować ją, jej posadę i pocztę w miasteczku. Od tego momentu jesteśmy świadkami owego prostego gestu. Ogniwa, które łączy się z następnym i kolejnym. Kilka zdań. Myśli. Tajemnic. Przypadkowych osób i ważna sprawa, która jednoczy mieszkańców miasteczka i zmienia ich życie.

Wyobraźcie sobie, że macie napisać do kogoś przypadkowego z waszego miasteczka. Zrobić malutki gest dla czyjegoś dobra. Anonimowo, ale szczerze. Co wy na to? Przyznam, że sam pomysł jest nawet ciekawy, gorzej pewnie z wykonaniem w naszych realiach. A szkoda, bo to zapewne ciekawe doświadczenie. Wracając jednak do książki. Lekka, przyjemna i z przesłaniem. Nie tylko przypomina nam jak fajne jest słowo pisane i ile przyjemności można czerpać z pisania i otrzymywania listów, ale przede wszystkim, że czasem wystarczy drobny gest, aby komuś pomóc, lub zmienić życie kilku osób. Niby zwyczajna opowieść z kilkoma bohaterami, a jednak potrafi wciągnąć i zainteresować. A przy okazji czytania, można też trafić na całkiem smaczne cytaty, choć co za dużo to niezdrowo i w pewnym miejscu trochę autorka zaszalała. Jednak jeśli szukacie czegoś w tym klimacie czyli coś ciepłego i ze smakiem to polecam. Tylko pamiętajcie to nie jest książka, po której oczekuje się zaskakującego zakończenia czy szaleńczego tempa akcji. Tu warto się skupić na gatunku epistolarnym, na słowie pisanym, na listach i ich przekazie. A i może przy okazji złapać bakcyla do pisania listów. Ja sama dostałam ochotę do napisania kilku słów. A na koniec mała przestroga…

„Niewypowiedziane słowa są jak kotwice, które ciągną nas na dno.”

Za ebooka dziękuję wydawnictwu Prószyński i Sk-a

sobota, 1 kwietnia 2017

Co kryją jej oczy - Sarah Pinborough #cozazakonczenie


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
tytuł oryginału: Behind Her Eyes
data wydania: 14 marca 2017
liczba stron: 400

„Drogi prawdziwej miłości nigdy nie są proste.”

Poznając drugiego człowieka nigdy nie poznamy go w 100%. Zawsze są tajemnice, pozory, maski… Gdzieś tam w środku czai się cień. Nawet w tak bliskiej relacji jak małżeństwo nie może być mowy o pełnym poznaniu współmałżonka. Człowiek to tak naprawdę chaos z komórek, narządów, zapachu, emocji i psychiki. Człowiek to po prostu chodząca zagadka… niebezpieczna, nieobliczalna, zdolna do wszystkiego, a szczególnie do manipulacji, zbrodni i… O tym jak szalony i bystry zarazem może być człowiek przekonałam się podczas czytania kolejnego w minionym już miesiącu thrillera. „Co kryją jej oczy” autorstwa Sarah Pinborough to książka, którą pożegnałam marzec. I od razu lecę do was z początkiem kwietnia, by swoje zdanie na jej temat wyrazić.

Jednego dnia nasze życie bywa szare, nudne i bez fajerwerków, a kolejnego zaczyna nabierać rumieńców, by z czasem wystrzelić całą gamą fajerwerków. Dotychczasowa nuda ucieka do kąta a na jej miejsce przychodzą pytania, zagadki, dziwne wydarzenia. Zwyczajna kobieta, matka, rozwódka, sekretarka… Osoba złakniona miłości, wplątuje się w dziwny trójkąt. Sama nawet nie wie, że jest marionetką w pewnej chorej grze. Niebezpiecznej i szalonej. Jak groźnej o tym dowiedziałam się na samym końcu. Sama nie wiem czy doznałam tylko szoku czy jeszcze ciarek na plecach na myśl o tym co się wydarzyło. I nie mam tu na myśli zwyczajnej zbrodni. Tak więc… Komu zaufać? Kto kłamie? Kto jest groźny? Kto jest ofiarą? Odpowiedź na to pytanie zna tylko jedna osoba...

Ostatnio gustuję w tych bardziej „mrocznych” klimatach. Jedne książki są lepsze inne ciut słabiej wyglądają w blasku tych pierwszych. Dość mocno zaskoczył mnie ostatnimi czasy Harlan Coben w swojej książce, jednak tym razem moja szczęka uszła ledwo z życiem po zderzeniu z podłogą. Wiedziałam, że książka tej autorki zapowiada się ciekawie i potrafi wciągnąć, jednak takiego obrotu spraw się nie spodziewałam. Powiem więcej, autorka zrobiła mnie w konia (w sumie to nawet pasuje do dzisiejszego prima aprilis) i gdy już byłam z siebie dumna, że wyprzedzę fakty i znam zakończenie, to nagle na głowę spadł mi strumień zimnej wody. Guzik wiedziałam, albo raczej pół guzika. A to bardzo duży plus. W sumie książka Sarah Pinborough ma same plusy. Jedynym minusem jest tutaj Louise. Serio, dawno już żadna postać nie działała mi na nerwy tak bardzo. Ja wiem, że musiała spełnić swoją rolę i tak się zachowywać, ale na litość Boską jak można być tak naiwnym?! Tak wnerwiać czytelnika?! Chociaż po chwili, sama zaczęłam się zastanawiać co ja zrobiłabym na jej miejscu. Komu bym uwierzyła? Co zrobiła? Jak połączyła fragmenty układanki? Być może podobnie.

„Co kryją jej oczy” to obsesyjna gra pozorów i kłamstw. Zabawa w kotka i myszkę. Obraz ludzkiej psychiki i to pokazany od tej ciemniejszej strony. To wreszcie kawał dobrej literatury, który wciąga z każdą stroną bardziej. Czytelnik dołącza do tej dziwnej gry i jest ciekawy zakończenia. A ono wręcz nokautuje. Autorka udowadnia nie tylko to, jak bardzo ludzie potrafią być skomplikowani, zagadkowi i niebezpieczni, ale również to jak są fałszywi i ubrani w pozory. Tak naprawdę od początku do końca czytelnik nie może odetchnąć i powiedzieć, że wie na czym stoi. Tu nic nie jest czarne i białe. Aż do finału. Fabuła naprawdę wciąga, całość pochłania się ekspresowo, a im bliżej końca tym trudniej się oderwać. Bohaterowie nie są idealni. Są brzydko mówiąc popieprzeni (jedni bardziej a inni mniej). Ubrani w tajemnice, wyrzuty sumienia, czy zaplątani w sieć manipulacji. Wszystko misternie połączone. Czytelnik wnika do fabuły do tego stopnia, że chciałby wpłynąć na rozwój wydarzeń i choćby nawrzeszczeć na Louise. Niestety, możemy tylko stać i się przyglądać. Jest to jedna z lepszych książek jakie ostatnio miałam okazję czytać. Tak więc nie pozostaje mi nic innego jak zachęcić was do jej przeczytania. Wejdźcie do gry… zakosztujcie manipulacji i tego co na pierwszy rzut oka wydaje się szaleństwem...czymś niemożliwym!

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Prószyński i Sk-a