czwartek, 29 czerwca 2017

Przebudzenie - Stephen King


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
tytuł oryginału: Revival
data wydania: 13 listopada 2014
liczba stron: 536
„Chyba właśnie po tym człowiek poznaje, że jest w domu, bez względu na to, jak bardzo się od niego oddalił i jak długo przebywał gdzie indziej. Dom jest tam, gdzie chcą, żebyś został dłużej.”
Są takie książki, bądź tacy autorzy, którzy nas intrygują. Wiemy, że kiedyś sięgniemy po daną książkę lecz odkładamy to w nieskończoność. Mnie to też nie ominęło. Od dłuższego już czasu korciło mnie, żeby zabrać się za twórczość Stephena Kinga i jakoś nie było nam szczególnie po drodze. Gromadziłam swoje zapasy literackie na potem i czekałam na impuls do rozpoczęcia lektury. Ba! Jedną nawet udało mi się zacząć, jednak w końcu została odłożona z powrotem na półkę. Dlaczego? Już nie pamiętam czy to przez małą zbitą czcionkę, która utrudnia mi czytanie (wydanie kieszonkowe) czy przez problemy, które zaprzątały moją głowę czy też przez inne pozycje, które musiały być szybciej przeczytane. Jedno jest pewne, wrócę do niej na pewno. Gdy jednak wylądowaliśmy z moim synkiem na totalne dłużej w szpitalu, mąż oczywiście obkupił mnie książkami, wśród kilku powieści znalazła się jedna Kinga, a konkretnie „Przebudzenie”. Wiedziałam, że tym razem już muszę dowiedzieć się o co tyle hałasu jeśli chodzi o literaturę grozy, która wręcz wypływa spod pióra słynnego Stephena Kinga. No wiadomo przecież, że chyba każdy wie kto to taki i wymieni choć jeden bądź dwa tytuły z jego dorobku.
Ponad półwieku temu do niedużej miejscowości w Nowej Anglii przyjeżdża nowy pastor, Charles Jacobs. Wraz ze swoją piękną żoną odmieni miejscowy kościół. Mężczyźni i chłopcy skrycie podkochują się w pani Jacobs; kobiety i dziewczęta tym samym uczuciem darzą wielebnego Jacobsa. Jednak kiedy rodzinę pastor spotyka tragedia, a charyzmatyczny kaznodzieja wyklina Boga i szydzi z wiary, zostaje wygnany przez zszokowanych parafian. Jamie Morton ma własne demony. O d wielu lat wiedzie tułaczy żywot rockandrollowego muzyka, uciekając od rodzinnego dramatu. Uzależniony od heroiny, pozostawiony na pastwę losu, zdesperowany ponownie spotyka Charlesa Jacobsa. Ich więź przeradza się w pakt, o jakim nawet diabłu się nie śniło, a Jamie odkrywa, że słowo „przebudzenie” ma wiele znaczeń.
Już sam opis wydał mi się ciekawy, a początek wydał się równie intrygujący. Spodobał mi się styl opowieści autora. To jak narrator zapoznaje nas ze swoją historią. Razem z nim przechodziliśmy przez różne etapy jego życia. Narrator był szczery, a język prosty i nie męczący. Całość miała swój klimat, a ja czekałam z niecierpliwością na mocne uderzenie. Swoją przygodę z głównym bohaterem zaczynamy w okresie jego dzieciństwa. Mały dzieciak spotyka na swojej drodze dorosłego. Wiecie takiego, który to potrafi zagadać do dzieciaka i go zainteresować. Okazuje się, że to nowy pastor. Wszyscy są zachwyceni. Do pewnego momentu, do pewnej tragedii i pewnego kazania. Tutaj następuje zwrot. Nagle lubiany przez wszystkich człowiek oceniany jest w zupełnie innym świetle, a jego dotychczasowa pasja przeradza się w obsesję.

„Przebudzenie” to opowieść o naturze człowieka, o tym do czego jest zdolny pod wpływem chwili, impulsu i tragedii. O tym jak zwykła pasja może przerodzić się w coś groźnego nie tylko dla nas samych, ale również dla innych, których wciągamy do swojego otoczenia. Igranie z mocami, które przerastają ludzkie pojęcie jest niebezpieczne. Tak samo jak otwieranie drzwi do drugiego świata...tego obok...z pozoru niewidzialnego...tajemniczego… Autor porusza tutaj także siłę naszej wiary w Boga, albo raczej jej kruchość.

Jakie są moje wrażenia po pierwszej przeczytanej powieści sławnego Kinga? Czy obgryzłam paznokcie ze strachu? Nie, nie obgryzłam i mimo tych plusów, o których wspomniałam czuję się zawiedziona. Po prostu nie poczułam grozy. Może i narracja była wciągająca, jednak im bliżej końca tym miałam wrażenie, że tępo zwalnia. Coraz bliżej miejsca kulminacyjnego, a mnie nic nie wciska w fotel. Nie powiem, bo autor wyobraźnię ma, co szczególnie widać na końcu, jednak to nie jest to czego oczekiwałam… Ta historia choć zapowiadająca się ciekawie nie porwała mnie w stu procentach. Nie dostałam tego czego oczekiwałam. Liczyłam na naprawdę mocne wrażenia… Gdzie one są? Czy sławny król literatury grozy potrafi mnie przerazić? O tym zapewne się przekonam. W swoim dorobku mam już osiem książek autora i mam wielką nadzieję, że coś dla siebie znajdę i trafię w swój czuły punkt. No nic, jak widać nie zrażam się i poluję dalej. Nie myślcie jednak, że uważam tę książkę za totalną porażkę czy stratę czasu. O nie! Teraz już wiem, że autor potrafi zwrócić uwagę czytelnika z pozoru zwykle zapowiadającą się historią. Tworzy naprawdę fajny (grunt) klimat do meritum swojej opowieści. A co ważne nie idealizuje bohaterów. Mam nadzieję, że inne książki autora zrobią na mnie jeszcze wrażenie. Gdzie leży granica między naszym światem, a tym drugim? Tym tak zwanym „zaświatem”? Okazuje się, że jest ona tuż obok, i wcale nie jest gruba. A to co znajduje się za drzwiami, przypomina mroczny obraz namalowany przez szaleńca. Chcecie się przekonać co można spotkać za drzwiami? I co czeka śmiałków, którzy odważą się igrać z potężną mocą, którą ciężko pojąć? W takim razie zapraszam do lektury.

„Niezdrowo jest wiedzieć za dużo.”

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Tajemnica dziesiątej wsi - Agnieszka Olszanowska


cykl: Saga z dziesiątej wsi (tom 2)
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 16 marca 2017
liczba stron: 304

„Kochali się. Nawet bardzo. Po prostu za szybko się poddali. Nie potrafili zrozumieć, że miłość jest też w szarej prozie życia. Tylko trzeba ją odnaleźć.”

Pamiętacie może „Listy z dziesiątej wsi” (jeśli nie to recenzje znajdziecie tutaj). To książka, która zrobiła na mnie dość dobre wrażenie. Urzekła mnie kontrastem pomiędzy bohaterkami, a szczególnie tajemnicą zawartą w listach z przeszłości. Kto czytał moje recenzje dość regularnie ten wie, że w tego typu tematy uwielbiam się zagłębiać. Dzisiaj mam dla was moi mili kontynuację tamtej książki, choć bardziej trafnym określeniem będzie, uzupełnienie braków tamtej historii i dopełnienie zakończenia. Zakończenia, które pozostawiło niedosyt i lekkie rozczarowanie.
Na początku dwudziestego wieku kilkuletni Zefiryn Zarządca, zmuszony przez swojego wuja, bierze udział we włamaniu do kościoła. Ma za zadanie ukraść słynny na całą okolicę Cudowny Obraz. Samotna noc w pustym kościele w oczekiwaniu na dogodny moment wywiera wpływ na jego dalsze losy. Ponad sto lat później do Starszego Folwarku przyjeżdża Paweł, życiowy bankrut, wnuk Zefiryna. Młody mężczyzna nigdy nie mieszkał na wsi i nie wyobraża sobie przyszłości wśród pól i lasów. Z pomocą przychodzi mu stary sąsiad, syn wielkiej i niespełnionej miłości Zefiryna. Krok po kroku uczy Pawła pracy na roli. Jednak nie robi tego całkiem bezinteresownie.
Poprzednim razem mieliśmy okazję poznać losy dwóch kobiet, babci i wnuczki – Barbary i Beaty. Tym razem schemat jest podobny, tylko skupiamy się na mężczyznach. Pawle i jego dziadku Zefirynie. Mężczyźni nigdy się nie poznali, jednak łączy ich pewna tajemnica rodzinna, którą poznajemy krok po kroku. Można by powiedzieć, że zapowiada się równie ciekawie jak przy poprzedniej książce, jednak nie. Tak jak tam urzekała mnie subtelność i fragmenty listów, tak tutaj drażniło mnie odkrywanie tej tajemnicy. To, że aby odkryć sedno sprawy musiałam nieźle się cofnąć i nie mam na myśli historii sprzed stu lat, bo to akurat jest najciekawsze w tej części, tylko spojrzenie Pawła na całą sytuację mnie razi. Strasznie nie lubię czytać kontynuacji i przeżywać jeszcze raz danej historii tylko z innego punktu widzenia.

Książka Agnieszki Olszanowskiej to powrót do przeszłości. Ukazanie dawnych czasów, oraz natury człowieka, który potrafi być bezwzględny i nie cofnie się przed niczym, aby osiągnąć to, czego pragnie. Mroczna przeszłość, zagmatwana teraźniejszość. Miłość do ziemi kontra miłość do kobiety. Autorka pokazuje w swojej książce, że nie wszystko jest czarne i białe, są różne odcienie szarości, o których nawet nie wiemy. Pokazuje również siłę człowieka, który potrafi walczyć o swoje życie i odbić się od dna. W połączeniu z poprzednią częścią tworzy spójną całość, jednak nie do końca jestem przekonana. Czegoś mi tutaj brakowało, być może kolejnych listów? O subtelności nie ma mowy, bo obserwujemy wszystko oczami faceta, jednak mam wrażenie, że autorka trochę poszła na skróty. Czytanie nie sprawiało mi takiej przyjemności jak poprzednim razem. Oczywiście, fajnie jest poznać całą historię, smutną, mroczną i trochę dziwaczną (mowa o Zefirynie) jednak to nie jest to, czego się tutaj spodziewałam. A szkoda. Druga część spowodowała, że przestałam darzyć sympatią Pawła, którą zyskał w „Listach...”. Zdecydowanie bardziej interesowała mnie też historia z przeszłości niż losy Pawła. Autorka chyba bardziej zagłębiła się tutaj w jego życie niż życie Beaty w poprzednim tomie. A przecież tu też mamy do czynienia z zestawieniem losów bohatera z przeszłości (przodka) z tym z teraźniejszości. Tak więc tym razem mój entuzjazm jest jeszcze słabszy niż ostatnio. Tam mogłam doczepić się tylko to zakończenia, tutaj niestety większa część mnie nie przekonała. Za to podoba mi się okładka! No, ale jak wiadomo, nie po okładce ocenia się daną książkę. Tak więc jeśli chcecie poznać całą historię z czasów Barbary i Zefiryna, a także dowiedzieć się też jak potoczyły się losy Beaty i Pawła to czytajcie. W końcu nie każdego drażni to co mnie.

Za możliwość przeczytania ebooka dziękuję wydawnictwu Prószyński i Sk-a

środa, 14 czerwca 2017

Czereśnie zawsze muszą być dwie - Magdalena Witkiewicz


wydawnictwo: Filia
data wydania: 10 maja 2017
liczba stron: 496

„Wszyscy chodzimy w labiryncie poplątanych życiowych dróg. W zależności od tego, w którą ścieżkę skręcimy, nasza droga zakończy się w tym lub w innym miejscu. Niezależnie od tego, czy wybór drogi życiowej będzie naszą decyzją, czy podejmiemy ją pod wpływem wiatru napędzanego przez los.”

Labirynty mają to do siebie, że kuszą potencjalnych zwiedzających… Ludzie chcą się zmierzyć z wyzwaniem i włażą na własną odpowiedzialność w krzaki i ścieżki, które czasem prowadzą donikąd. Z życiem bywa podobnie. Szczególnie jeśli nasze życie ma związek z cudzym. Nie ważne czy to nasi przodkowie, czy losy kogoś znajomego, albo nawet obcego, z którym nasze ścieżki się przecinają. Człowieka po prostu kusi, by odkryć prawdę, sekrety, rozwiązać zagadkę czy oczyścić atmosferę z kurzu nagromadzonego przez lata. Czasami wchodzimy do takiego labiryntu i błądzimy, szukamy wyjścia, wkurzamy się, boimy, ale czujemy fascynację. Bo odkrywamy przeszłość, coś co ktoś już przeżył. Inaczej trochę jest z naszym własnym życiem. Z tymi poplątanymi przez wiatr losu badylami, które dziś potrafią podciąć nogi najsilniejszym, a z biegiem lat wydają się zupełnie inne. Tak sobie myślę, że te nasze ludzkie wybory smakują różnie, w zależności od tego na jakim etapie aktualnie się znajdujemy. Tak czy inaczej los, przeszłość i ludzie są po prostu fascynujący. Mnie od jakiegoś czasu kuszą książki, w których odkrywana jest przeszłość, tajemnice i ludzkie losy. Stare dzieje, które dostają nowych barw. A jeśli jeszcze całość została zgrabnie i apetycznie napisana to połykam od razu. No dobra, czasami się delektuję, tak jak przy najnowszej książce Magdaleny Witkiewicz, „Czereśnie zawsze muszą być dwie”.
Zosia Krasnopolska otrzymuje w spadku od pani Stefanii zrujnowaną willę w Rudzie Pabianickiej. Rudera okazuje się domem z duszą uwięzioną w dalekiej przeszłości. Stary dom otoczony sadem – niegdyś bardzo piękny – kryje sekrety swoich mieszkańców. Zosia powoli zgłębia jego tajemnice. Kiedy na jej drodze pojawi się Szymon, odkryje najważniejszy sekret: dowie się, czym są prawdziwa przyjaźń oraz miłość. Zrozumie, że tak jak drzewa czereśni muszą rosnąć obok siebie, by wydać owoce, tak ludzie muszą się kochać, by ich spólna droga przez życie miała sens.
Gdy tylko dowiedziałam się, że książka „się pisze”, uśmiech zagościł na mojej twarzy. Wiedziałam, że prędzej czy później ją dostanę w swoje łapki. Byłam pewna, że mój kochający małżonek mi ją po prostu sprezentuje, bo doskonale wie, jak uwielbiam twórczość Pani Witkiewicz. Moja euforia się jeszcze bardziej pogłębiła, gdy dowiedziałam się, że do cieniutkich powieści ta książka nie będzie się zaliczać. Bo wiecie, wychodzę z założenia, że im więcej czarów tej autorki tym lepiej. A o tym, że czaruje piórem wspominałam już chyba w kilku swoich recenzjach. Te magiczne sztuczki ratują mi ostatnio tyłek na zakrętach mojego życia, w tych krzakach z labiryntu i „prezencie” od losu…

Od zawsze pociągały mnie stare domy i opuszczone pałacyki, tym bardziej, że w pobliżu mojego rodzinnego domu znajdowało się ich kilka. Zastanawiałam się kiedyś, co kryją ściany tych budynków. Co miałby do powiedzenia, gdyby umiały mówić. Fajne było wyobrażać sobie postacie czy też sytuacje, które mogły kiedyś mieć tam miejsce. Może też dlatego historia opisana przez Magdalenę Witkiewicz tak mnie zafascynowała. Historia pewnej młodej kobiety, która dzięki spadkowi po swojej „wiekowej” przyjaciółce odnalazła swoje miejsce na ziemi i historię ukrytą w przeszłości. Całość pachnie magią, nutką eteryczną, stęchlizną przeszłości, melancholią, zapachem kwiatów czereśni i miłością. Miłością szczęśliwą, zgubną, krótką, naiwną, tragiczną i nieszczęśliwą. Losem, który zwyczajnie płata figle, a pomagają mu w tym ludzkie wybory. Jest to powieść o przeszłości, która może mieć zbawienny wypływ na teraźniejszość, a nawet przyszłość. Autorka przypomina swoim czytelnikom, że warto czerpać szczęście z każdego dnia, bo nigdy nie wiadomo co będzie jutro. Nie można również bagatelizować podejmowanych przez nas decyzji, gdyż każda najmniejsza może mieć kolosalny wpływ na naszą przyszłość. To kolejna lekcja życia, ubrana w ciekawą i niezwykle ciepłą historię. Nosząca imiona bohaterów. Dojrzała, ale lekka i uzależniająca. 

Opowieść Magdaleny Witkiewicz jest ciepła, wzruszająca, dodająca otuchy i niesamowicie klimatyczna. Porywa czytelnika i nie puszcza do samego końca. Trudno się od niej oderwać, bo po chwili rozłąki z losami Zofii i przodków rodziny Pani Stefanii, zwyczajnie się za nimi tęskni. Chciałoby się wcisnąć magiczny przycisk pauzy i zatrzymać czas, ruch dookoła i delektować się w spokoju opowieścią. I w tym miejscu czytelnicy książek Magdaleny Witkiewicz mają duży dylemat...Czytać i zaspokoić swój głód jej opowieści czy też dawkować sobie przyjemność, która dzięki temu będzie trwać dłużej? Im więcej książek autorki czytam, tym bardziej się od nich uzależniam. Błagam niech ta kobieta piszę do końca świata i jeden dzień dłużej! Niech czaruje. Niech kusi. Przenosi czytelnika do niesamowitych miejsc i ludzi. Niech dodaje otuchy. A najlepiej to niech pisze książki jeszcze grubsze niż „Czereśnie...”. Na koniec dodam, że jest to książka, która ma niezwykle piękną okładkę...Chyba najpiękniejszą w dorobku autorki!

„Czasem życie daje nam szansę,a my za późno ją dostrzegamy. Czasem możemy dotknąć naszych marzeń,ale odwlekamy te chwile. Na potem, na za godzinę, za miesiąc. Na moment, kiedy będziemy do tego perfekcyjnie przygotowani. A czasem trzeba żyć chwilą. Łapać szczęście szybko szybko w dłonie. Nie ważne, że nie mamy na sobie fraka i sukienki balowej, drugi raz życie może nie dać nam szansy. A nasze marzenie, które było w zasięgu ręki, może ulecieć niczym motyl.”