niedziela, 27 sierpnia 2017

Doskonała - Cecelia Ahern


cykl: Skaza (tom 2)
wydawnictwo: Akurat
data wydania: 19 lipca 2017
liczba stron: 480

„Jest osoba, którą wydaje ci się, że powinieneś być, i osoba, którą naprawdę jesteś.”

Cecelia Ahern zmieniła trochę kierunek swojej twórczości na bardziej młodzieżowy powieścią „Skaza”, która ukazała się w ubiegłym roku (recenzja tutaj). Całkiem niedawno na rynku wydawniczym pojawiła się kontynuacja tej książki, tym razem nosi ona tytuł „Doskonała”. Fani książek autorki doskonale wiedzą do czego jest ona zdolna, jak potrafi czarować i dawać do myślenia. Nierzadko jej książki przepełnia energia, optymizm i pewnego rodzaju czar, który chętnie chłoniemy czytając kolejne strony. Jej książki można czytać i czytać i kończyć się nie chce. Spokojnie mogłabym porównać Cecelię Ahern do naszej Magdaleny Witkiewicz, gdyż obie porywają lekkością pióra i czarują magią ukrytą w słowach. Powiem więcej, potrafią uzależniać. Czy tytuł kontynuacji „Skazy” odzwierciedla jakość najnowszej powieści? Czy możemy liczyć na doskonałą literaturę, która pomoże nam wcielić się w 18 - letnią tym razem Celestine i poczuć dreszczyk emocji?
Celestine żyje w społeczeństwie opanowanym obsesją doskonałości. Napiętnowana Skazą, decyduje się na bunt przeciwko nieludzkiemu systemowi. Jedyną osobą, której może zaufać, jest Carrick. Czy dwoje młodych, kochających się ludzi ma jakiekolwiek szanse w walce z bezdusznym, skostniałym porządkiem? Czy zapał i gorąca miłość wystarczą, by skierować świat na nowe tory?
„Nie ma nic złego w popełnianiu błędów. One uczą nas brać odpowiedzialność. Pokazują, co się udaje, a co nie. Przekonujemy się, że następnym razem postąpilibyśmy inaczej, jak będziemy inni, lepsi i mądrzejsi w przyszłości. Nie jesteśmy jedynie chodzącymi pomyłkami. Błądzić to rzecz ludzka. Człowiek uczy się na swoich błędach.”

Nie ma ludzi krystalicznych, każdy nosi jakąś skazę na charakterze. Świat oparty na ludzkiej doskonałości istnieje tylko w wyobraźni choćby Ceceli Ahern. I całe szczęście, gdyż sama pokazuje jak bardzo byłby to chory system. System podziałów na lepszych i gorszych, manipulacji, władzy i prowadzący do buntu wśród społeczeństwa. Każda nasza skaza, błąd popełniony czyni nas prawdziwymi, nie jakimiś sztucznymi istotami. Autorka w swojej książce pokazuje, że warto zaakceptować siebie, oswoić swoje błędy, swój charakter i nie dążyć do przesadnej doskonałości, gdyż nie ma czegoś takiego. Każdy z nas na swój sposób jest doskonały i wyjątkowy. Ciekawy temat, ukazany w naprawdę interesujący sposób. Co ciekawe kontynuacja pierwszej części historii Celestine jest o wiele bardziej wciągająca od poprzedniej. Bardziej dynamiczna, skupiona na konkretnym celu i pokazująca spryt i inteligencje naszej młodej bohaterki. Oczywiście nie brakuje optymistycznego przekazu i pewnej dozy dramaturgii.

„Aby ktoś mógł wygrać, ktoś musi przegrać. A żeby ta osoba mogła wygrać, najpierw musi coś stracić. Ironia sprawiedliwości jest taka, że uczucia, które ją poprzedzają, i te, które z niej powstają, nigdy nie są w pełni uczciwe i zrównoważone. Nawet sama sprawiedliwość nie jest idealna.”

Czytanie „Skazy” sprawiało mi przyjemność, jednak nie wywołała ona we mnie takich uczuć i takiego zachwytu jak choćby „Pora na szczęście”, którą z sentymentem wspominam do dziś. Z "Doskonałą" już jest ciut lepiej. Wiadomo jedne książki nas porywają mniej, a inne bardziej. Są takie, które uwielbiamy, lubimy, tolerujemy bądź takie, które nas rozczarowały. Ja cenię sobie twórczość Ceceli Ahern za przekaz, lekkość i wspomniany czar. W tych „nowych” książkach też jest przekaz i lekkość. Fabuła jest interesująca i wszystko jest w porządku, ale nie oczarowały mnie tak jak jej poprzednie tytuły. Być może jestem już za stara, życie dało mi w kość i mimo, że chętnie odrywam się od dorosłości i wcielam w cień nastolatki, to jednak nie czuję tego klimatu co dawniej. Założę się, że gdyby „Skaza” i „Doskonała” trafiły w moje ręce z dziesięć lat temu, to odebrałabym je inaczej i byłabym zachwycona. Jednak nie zmienia to faktu, że książki są naprawdę dobre i czyta się je świetnie. Potwierdza to tylko fakt, że Cecelia Ahern zna się na tym co robi i potrafi pisać dla tych dojrzałych kobiet jak i tych młodszych. Wiecie tak dobrze jak ja, że potrafi naprawdę cudnie pisać o uczuciach i problemach. Tworzy historie, które żal zostawiać za sobą na półce, a bohaterów można potraktować jak kumpli. Nie będę się rozpisywać na temat fabuły, nie chce przypadkiem za dużo zdradzić, szczególnie jeśli ktoś jeszcze nie czytał pierwszej części. Tym bardziej radzę nadrobić zaległości, bo „Doskonała” jest jakby dojrzalsza i trzymająca w większym napięciu.

„Czasem potrzeba całego życia, żeby zbudować przyjaźń, i sekundy, żeby ktoś stał się wrogiem.”

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Akurat

czwartek, 24 sierpnia 2017

Pan Holmes - Mitch Cullin


wydawnictwo: Czarna Owca
data wydania: 6 maja 2015
liczba stron: 272

„Obawiam się, że każda istota ma wewnętrzne życie z własnymi powikłaniami, które czasem nie dają się wypowiedzieć, choćby nie wiem jak się starała.”

Jak zapewne wiecie mam ogromną słabość do Sherlocka Holmesa. Zawsze powtarzam, że jego nigdy za wiele, tak więc prędzej czy później w moje ręce musiała wpaść kolejna książka z jego osobą w roli głównej. Tym razem padło na „Pana Holmesa” autorstwa Mitcha Cullina. Jest to książka, która zachęca osoby po nią sięgające bardzo pozytywnymi opiniami na okładce. Jeśli jednak poszpera się w sieci, to trafi się na znacznie gorsze opinie, że rozczarowuje, że brak w niej zagadek, a także że to totalna nuda. Ja z książką Mitcha Cullina mam tylko ten problem, że widziałam dużo wcześniej film nakręcony na podstawie tej książki (który osobiście mi się bardzo podobał). Tak więc wiedziałam czego się spodziewać. Nie zostałam jakoś znokautowana przez brak zagadek. Myślę jednak, że jeśli ktoś uważnie przeczytał opis, to również nie powinien mieć z tym problemu, a tym bardziej oczekiwać spektakularnej zagadki w typie Artura Conana Doylea.
Jest rok 1947, dziewięćdziesięciotrzyletni Sherlock Holmes mieszka z gospodynią i jej nastoletnim synem w hrabstwie Sussex. Wiedzie spokojne życie, dogląda pszczół i pisze wspomnienia. Powoli godzi się z tym, że jego umysł nie jest już tak sprawny jak kiedyś. Ludzie nie przestają jednak szukać u niego pomocy w rozwiązaniu tajemniczych zagadek. Holmes powraca do jednej z nich, sprawy z przeszłości, która u kresu życia może dostarczyć mu odpowiedzi na najważniejsze pytania o sens życia, miłość i granice wiedzy dostępnej człowiekowi
Mitch Cullin w swojej powieści naszkicował dla nas trochę innego Holmesa. Nie towarzyszy mu już Watson, nie ma również znanych nam dobrze innych postaci, choćby słynnej gospodyni pani Hudson. Na głównym planie jest nadal słynny detektyw, ale już na emeryturze z towarzysząca mu starością. Przysparza mu ona niemało kłopotów. Pamięć szwankuje, a ciało też już nie to. Widzimy starca, który jest samolubny i szorstki. Jedyną największą zagadką są zakamarki jego pamięci, a przy okazji spisywania wspomnień jednej ze spraw będzie chciał poznać odpowiedzi na pytania dotyczące sensu życia, przemijalności i oczywiście miłości, która towarzyszy ludziom. Czy i jemu jest znane to pojęcie? Czym dla Holmesa jest miłość i otaczający go ludzie (ci z dawnych lat i ci obecni przy nim w Sussex)?


„Odczuwanie tęsknoty za kimś jest także w pewien sposób odczuwaniem jego bliskości.”

„Pan Holmes” Cullina od Holmesa Artura Conana Doylea różni się naprawdę znacznie. I nie chodzi już tylko o starość, która jak wiadomo zmienia człowieka. Tutaj Mitch Cullin chce jakby podważyć trochę dobrze nam znany obraz słynnego detektywa. Autor za pomocą głównego bohatera opowiada jak to cała jego słynna postać to tylko karykatura wykreowana przez prasę i jego kompana Watsona. Nie zrobił wiernej kopii, ale stworzył jakby nową postać na unoszących się oparach dobrze znanej wszystkim osobie. Czy to dobrze? Myślę, że pozwala to spojrzeć na tę postać inaczej, zwolnić tempo i dostosować się do staruszka. Sam pomysł na fabułę jest bardzo ciekawy. Skupiamy się na przemijaniu, zagadnieniu sensu życia, starości i tym podobnych. Nie znajdziemy tutaj zapierających dech akcji, gdyż podążamy wolnym krokiem od początku do końca. Trochę chaotycznie – raz Holmes podróżuje po Japonii, za chwilę budzi się w swoim gabinecie by następnie przejść do wspomnień sprawy Damy ze szklaną harmoniką . Nad treścią unosi się jakby zapach naftaliny, dymu tytoniowego, czar wspomnień, tęsknoty i spokojnej egzystencji wśród wiejskiej i jakże urokliwej okolicy. Dialogów w książce nie znajdziecie zbyt dużo. Jeśli już to więcej opisów, bądź wynurzeń Sherlocka Holmesa. Jest to powieść, którą należy poczuć. Zagłębić się w treść i wczuć w klimat. Ma w sobie pewną głębie, którą warto odkryć. Jeśli dobrze się wczytamy to zobaczymy skrawek wnętrza Holmesa. Nie warto oczekiwać oryginalnego Sherlocka Holmesa, żadnych zagadek kryminalnych i odstawić na bok nasze skojarzenia. Warto pamiętać, że tę książkę napisał ktoś inny, a Holmes jest taki jakim go sobie autor wyobraził. Myślę, że to jak odbierzemy tę książkę zależy w dużej mierze od tego jak się do niej nastawimy. Nie patrzmy więc przez pryzmat oryginału. Też uwielbiam utwory Artura Conana Doyla, a także serial, który powstał na podstawie jego twórczości, gdzie główną rolę gra Jerremy Brett. To właśnie moje odzwierciedlenie Sherlocka, postać stworzona przez tego aktora pasuje mi idealnie do wersji książkowej, tak samo ma się sprawa z Watsonem. A mimo to nie razi mnie to co napisał Cullin. Wręcz przeciwnie, jest to ciekawe doświadczenie. Jakieś wyobrażenie o późniejszym życiu mojego ulubionego bohatera. Skupienie się bardziej na osobie naszego bohatera niż na jego sprawach. Jeśli jednak nie lubicie tego typu książek, bądź oczekujecie zagadek i pędzącej fabuły to odradzam.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Światło, które utraciliśmy - Jill Santopolo

wydawnictwo: Otwarte
data wydania: 5 lipca 2017
liczba stron: 304

„To właśnie miłość. Sprawia, że człowiek czuje się nieskończony i niezwyciężony, jakby cały świat stanął przed nim otworem. Niestraszne mu żadne przeszkody, a każdy dzień jest pełen cudów. Może dzieje się tak wtedy, kiedy otwieramy się na innych i wpuszczamy ich do naszego wnętrza. A może głęboka troska o ukochaną osobę sprawia, że serce się rozrasta.”

„Światło, które utraciliśmy” autorstwa Jill Santopolo kusi od samego początku okładką, która jest ciepła, urocza, pełna uczucia i obiecująca wyjątkową historię, szczególnie w połączeniu z opisem i pozytywnymi opiniami, które możemy o niej przeczytać. Jest to książka, która faktycznie zbiera dobre noty, dlatego grzechem byłoby wręcz nie skorzystać z okazji i jej nie przeczytać. Ja takich grzechów staram się nie popełniać, więc długo na mojej półce nie czekała.
Nauczyłeś mnie, że zawsze trzeba szukać piękna. W ciemności, w ruinach potrafiłeś odnaleźć światło. Nie wiem, jakie piękno i jakie światło teraz odnajdę. Ale spróbuję. Zrobię to dla ciebie. Bo wiem, że ty zrobiłbyś dla mnie to samo. Lucy i Gabe poznali się 11 września 2001 roku. Gdy wieże WTC runęły, a pył przykrył Nowy Jork, zrozumieli, że życie jest zbyt kruche, by przeżyć je bez pasji i emocji. I zbyt krótkie, by nie być razem. Wkrótce jednak Gabe postanawia przyjąć pracę reportera na Bliskim Wschodzie i wtedy wszystko się zmienia. Lucy dowiaduje się o jego decyzji w dniu, w którym produkowany przez nią program telewizyjny zdobywa nagrodę Emmy. Dzień jej triumfu staje się też dniem, w którym coś nieodwracalnie się kończy. W kolejnych latach Lucy będzie musiała podjąć niejedną rozdzierającą serce decyzję. Czy pierwsza miłość okaże się też ostatnią?
„Niekiedy podejmujemy decyzje, które wydają się nam słuszne, ale później, z perspektywy czasu, uznajemy je za błędne. Inne nawet po wielu latach wciąż uważamy za trafne.”

Jill Santopolo stworzyła historię dwojga bohaterów, których więź narodziła się wraz z upadkiem wież WTC. Połączyło ich uczucie niezwykłe. Miłość, jak wiadomo wpleciona bywa w zbrodnie, przyjaźń, codzienność, a także każdy z etapów życia człowieka. Może przypominać pożar, stabilny ogień w palenisku, fajerwerki, zimne ognie...może dawać rozkosz, ale i sprawiać ból. Każdy o niej marzy… Każdego dnia ocieramy się o miłość ludzi których mijamy, czytamy o niej w książkach, oglądamy w filmach, a także dostajemy w różnych formach od bliskich nam osób. Jednak chyba każdy z nas chciałby doznać takiej prawdziwej, pełnej pasji, namiętności, sprawiającej, że jesteśmy szczęśliwi choć przez chwilę. Takie uczucie zdarzyło się naszym bohaterom. Dzięki nim możemy dostrzec jak ważne w naszym życiu jest to uczucie. Tak naprawdę ono stanowi fundament naszej egzystencji, daje siłę napędową do walki z przeciwnościami losu.

Narratorką tej historii jest Lucy. Snuje opowieść dla Gabe’a, monolog, w którym padają pytania bez odpowiedzi. Utrwalane zostają wspomnienia, padają wyjaśnienia i tworzy się niesamowicie klimatyczna powieść.

O miłości można napisać dużo i w różny sposób. Można to zrobić na przykład tak jak zrobiła to Jill Santopol. W sposób przykuwający uwagę, a zarazem lekki i nie banalny. Ta książka to hołd złożony miłości, nie zawsze idealnej i łatwej, ale takiej, która trwa mimo upływu lat i która potrafi spalać oraz dać poczucie nieskończoności. Wiecie takiej, która rozdziera serce, ale gdzieś tam trwa ukryta w jednym z kawałków. Przetrwa mimo przeciwności losu, wytrzyma nasze wybory, nawet te nie zawsze słuszne, bądź te słuszne i trudne.„Światło, które utraciliśmy” to pouczająca lekcja o miłości i jej sile. Poznamy jej odcienie, smaki, zapachy… Nie jest to jakieś tam romansidło, które przyprawia o motylki w brzuchu i sprawia, że amorki zaczynają krążyć nad naszą głową z mini łukami. To opowieść o konsekwencjach wyborów, których dokonaliśmy, o cenie jaką przychodzi człowiekowi zapłacić za podążanie wymarzoną ścieżką. To także posmak odpowiedzialności, zaufania, bądź jego braku. Codzienności pełnej wyzwań, niebezpieczeństw i cieni, które chowają się w człowieku przez kilka lat. Historia, która stworzyła autorka jest warta zapamiętania i myślę, że na jakiś czas na pewno pozostanie w mojej pamięci. Jest wzruszająca, ciepła, szczera i niełatwa. Dodaje jednak nadziei i otuchy, a zakończenie jest naprawdę wzruszające. Ta książka jest naprawdę warta przeczytania, szczególnie jeśli chcecie poznać różne odcienie miłości.

„Patrzymy na świat przez pryzmat naszych pragnień, żalów, nadziei i lęków.”

sobota, 5 sierpnia 2017

Miasteczko kłamców - Megan Miranda


wydawnictwo: Znak
data wydania: 19 lipca 2017
liczba stron: 400

„Czas potrafi się wić i pokazywać różne rzeczy, jeśli mu na to pozwolisz. Może właśnie w ten sposób Cooley Ridge próbowało mi coś pokazać. Czas próbował mi coś wyjaśnić.”

Friedrich Nietzsche napisał kiedyś, że „Człowiek (…) nie umie nauczyć się zapominania i wciąż ogląda się na przeszłość: choćby podążał najdalej i najszybciej, łańcuch podąża wraz z nim”. Przez kilka ostatnich dni, kiedy tylko miałam okazję, czyli chwile wolnego w pędzie zwanym macierzyństwem, siadałam i czytałam „Miasteczko kłamców” autorstwa Megan Mirandy. W jej powieści bardzo wyraźnie widać ciągnącą się za człowiekiem przeszłość. Ten łańcuch dzwoni przy każdym ruchu. Nie można się oderwać i w konsekwencji człowiek zawsze wraca. Nie ważne ile czasu upłynie, czy rok, dwa, a nawet dziesięć, człowiek i tak zerknie przez ramię w przeszłość. ”Miasteczko kłamców” jest debiutem literackim Megan Mirandy. To thriller, którego misterna fabuła oceniana jest dość wysoko. I faktycznie opis zachęca, okładka pobudza wyobraźnię i współgra z tym co przeczytaliśmy na odwrocie książki, a teksty typu : „Ten thriller to test dla Twojego umysłu…” tylko jeszcze bardziej pobudzają apetyt. Chwyt reklamowy dla zmysłów czytelnika spełnia swoją rolę. Jak to jest z tą trzymającą w napięciu do końca fabułą?
Byliśmy miasteczkiem pełnym strachu.  Ale byliśmy również miasteczkiem pełnym kłamców. Przed dziesięcioma laty, kiedy zaginęła jej najlepsza przyjaciółka, Nicolette wyjechała z Cooley Ridge. W rodzinnym miasteczku pozostawiła bliskich, ukochanego z liceum i mroczną tajemnicę. Kiedy wydaje jej się, że cały tamten świat ma już za sobą dostaje list: „Muszę z tobą porozmawiać. Ta dziewczyna. Widziałem tę dziewczynę”. Tyle wystarczy, by wróciła do domu. Wkrótce po jej przyjeździe do miasteczka znika bez śladu kolejna dziewczyna. Ostatni raz widziano ją, kiedy wchodziła do lasu, tego samego, który Nicolette zna od dziecka. Tajemnica z przeszłości wraca ze zdwojoną siłą, nakręcając spiralę strachu i oskarżeń. Atmosfera w Cooley Ridge się zagęszcza, podejrzani są wszyscy, choć każdy ma alibi. Czy kłamstwa wystarczą, by ukryć tajemnice?
Cooley Ridge miasteczko otoczone lasem, gdzie wszyscy dobrze się znają. Pełne tajemnic, które żyją podsycane przez domysły i plotki. Tu się niczego nie zapomina, tu się wraca...Tak też zrobiła nasza główna bohaterka. Wróciła, aby pomóc przy sprzedaży domu, jednak to był początek walki z przeszłością, pamięcią i nowymi okolicznościami. Akcja ruszyła niczym szalona rundka na rollercoasterze, który raz na jakiś czas pojawia się w miasteczku. Nico musi odkopać z meandrów pamięci to, co głęboko zakopała i przed czym próbowała uciec. Stawić czoła prawdzie, która kryje się tuż obok, za zasłoną z iluzji i kłamstw. Czeka ją jeszcze jedno, wyzwanie (czyli coś, co lubi) odkrywanie wewnętrznych warstw otaczających ją ludzi i swoich własnych. Cooley Ridge to miasteczko, w którym mieszka niejeden kłamca. To miejsce, w którym na posterunku leży metaforyczne pudełko pełne poszlak, które oblepione kłamstwami, zaprowadzą ich w końcu do prawdy, a w tym i nas czytelników.

„Ludzie są jak ruskie matrioszki – na zewnątrz widać tylko najnowszą wersję, a wszystkie pozostałe nadal żyją w środku, nie zmienione, tyle że już poza zasięgiem wzroku.”

„Miasteczko kłamców” to trzyczęściowy thriller, a każda część rozpoczyna się cytatami związanymi ze zrozumieniem życia. Przez zaglądanie do przeszłości, która i tak gdzieś tam nas w swoich szponach trzyma. Analiza tego co było pozwoli iść naprzód. Każdy z tych trzech cytatów pasuje idealnie do fabuły. Fabuły, która rzeczywiście jest wciągająca, zagadkowa i rozstrzygająca dopiero pod koniec. Bywa mroczno. Czasami odnosimy wrażenie, że nasz umysł pracuje jakoś inaczej, niby normalnie,a jednak coś tu nie gra. Otacza nas mgła faktów i poszczególnych fragmentów tej układanki. Tym bardziej, że przez większość czasu czytelnik poznaje prawdę, ale nie podążając naprzód a wstecz. Dni w kalendarzu się cofają, a my musimy przestawić się na odpowiedni tryb. To na początku trochę mąci w głowie, jednak fajnie skleja fakty. Ciekawy zabieg, który pozawala nam poznać wydarzenia poszczególnych dni pędząc do przodu, czyli jesteśmy na wydarzeniach dzisiejszych, a wiemy co wydarzyło się jutro i pojutrze i jeszcze kilka dalej. Jednak nie wiemy co było wcześniej. Poznajemy wydarzenia od tyłu. Początek jest rozwikłaniem części naszej zagadki. Narratorem w tej historii jest Nicolette. My zaś obserwujemy to, co się z nią dzieje, w jakim jest stanie psychicznym bądź emocjonalnym. Ona rzuca nam fragmenty puzzli, a my grzecznie je składamy. Całość naprawdę jest wciągająca. Bywa zaskakująca.
„Miasteczko kłamców” nie rozczarowuje absolutnie. Jest to thriller na wysokim poziomie, który ma swój klimat, a czytelnika wsysa w atmosferę tajemniczości, kłamstw, poszlak i pytań o to, kto za tym wszystkim stoi. Po przeczytaniu tej książki, nie dziwią mnie wysokie noty czytelników.

„Czas jest tylko czymś, co sami stworzyliśmy. Miarą odległości. Narzędziem zrozumienia. Sposobem wyjaśnienia rzeczywistości. Może docierać w dowolne miejsca i pokazywać ci różne rzeczy, jeśli mu pozwolisz. Pozwól mu.”