poniedziałek, 18 września 2017

Banda Michałka powraca - Ewa Karwan-Jastrzębska



wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 6 czerwca 2017

Kochani, kto z nas choć przez chwilę nie chciałby stać się znowu dzieckiem? Myślę, że większość, albo zaryzykuję i powiem, że każdy. Choć na kilka godzin stać się beztroskim berbeciem, który ma tysiąc pomysłów, lato w głowie, kumpli z podwórka i głowę pełną marzeń. Wiadomo czasu cofnąć się nie da (a szkoda), ale można sięgnąć po książkę, która trochę nam to dzieciństwo przybliży. Jeśli jesteś rodzicem, który chce wciągnąć swoje dziecko do świata literatury, bądź sprawić mu radość, bo książki pochłania, to również proponuję przeczytać do końca moją recenzję. Tym razem kilka słów o książce Ewy Karwan – Jastrzębskiej - „Banda Michałka powraca”.

Zdarza mi się czytać książki nie po kolei – zaczynam od drugiego tomu, albo od któregoś tam ze środka. Tym razem było tak samo. Domyśliłam się, że skoro ta banda powraca to już musiała raz gdzieś się pojawić, mało tego, ja musiałam ją przegapić i to bardzo. Nie zrażona tym skusiłam się na pozycję dla dzieci. Nie zaczynając od pierwszego tomu. Nie mając choćby tych dwunastu lat (i to od dość dawna).
Krótkie, skrzące się dowcipem, świetnie oddające współczesne realia opowiadania w stylu "miało być dobrze, a wyszło jak zawsze". Walentynki i związane z nimi miłosne podchody! Nocne polowanie na Minotaura! Uchodźcy w szałasie! Żałosne skutki pogadanek, czyli banda na tropie Pedobera! Oczy Róży i spotkanie z Błotnym Misiem…A w tle stara warszawska kamienica w sercu Żoliborza i jej barwni mieszkańcy, kochająca się rodzina Michałka, szkoła z jej nietuzinkową dyrekcją (gotową nawet wystartować w szkolnym konkursie talentów). A w rolach głównych oczywiście – Michałek i jego przyjaciele!
Michałek i jego banda pojawili się w 2013 roku, nie tylko na półkach w księgarni i tych domowych w pokojach dzieciaków. Zagościli również na antenie radiowej Trójki, a dzieciaki, które były pierwowzorami bohaterów udzielały podobno wywiadów. Tym razem powraca wraz ze swoją bandą, aby łapać złodziei, podejrzanych obywateli, pomagać sąsiadce, szpiegować i pojechać do Grecji, gdzie wypada zapolować na Minotaura. To tylko kilka przygód, o których wspominam, aby nie psuć nikomu dobrej zabawy z odkrywania reszty. Wydawałoby się, że jest to książka dla chłopaków, nic jednak bardziej mylnego. Oczywiście w bandzie przeważa płeć męska, jednak jest jedna dziewczyna – kumpel. Zresztą całość jest lekka, przyjemna, dowcipna, barwna i pouczająca, więc nawet z samymi chłopakami nie byłoby źle. Książkę się czyta się ekspresowo. Rozdziały nie są długie, a każdy rozpoczyna ilustracja. Przygody Michałkowej bandy także uczą empatii, pomocy innym, przyjaźni, a także języka polskiego, w tym różnych pojęć, które na co dzień dzieci słyszą tu czy tam. Oczywiście autorka robi to w sposób czytelny, tak aby każdy zrozumiał i się nie zanudził. Uważam, że to świetny sposób, aby nasze dzieci nie tylko dobrze się bawiły, ale również czegoś się dowiedziały. Niektórzy zapewne się doczepią, że ma to formę „słownika”, ale nic z tych rzeczy.

Przyznam się, że jako dziecko nie przeczytałam „Dzieci z Bulerbyn”, a teraz na stare lata mnie wzięło na czytanie książek o bandzie dzieciaków. Mój świat, a w zasadzie nasz dorosłych różni się od tego opisanego przez Ewę Karwan – Jastrzębską. I to właśnie jest fajne, że nie tylko dzieciaki mogą korzystać z takiego świata, ale również i rodzice podkradając im książkę lub czytając z nimi. Dlaczego naszło mnie akurat na taką literaturę i wyskakuję z nią skoro zazwyczaj u mnie znajdziecie książki z zupełnie innej półki? Powody są dwa, a w sumie nawet trzy. Jestem w takim miejscu, gdzie trudno się czasem skupić, zmęczenie, stres czy choćby brak czasu uniemożliwiają czytanie czegoś innego kalibru. Chce się zwyczajnie uciec myślami i przez chwilę dobrze się bawić nie wysilając mózgu. Zakosztować beztroski itp. Drugi powód – jestem matką, co prawda mojemu synowi daleko do tak rozwiniętych książek i do stworzenia takiej bandy, ale dobrze powoli wchodzić na grunt przyjazny dzieciom. To wiąże się z trzecim powodem, a mianowicie planami na przyszłość, w których uwzględniam recenzje książek dla dzieci. Te trzy powody sprawiły, że przeglądając pozycje na czytniku bez wahania wybrałam właśnie tę pozycję. Nie żałuję i mam w planach nadrobić kiedyś zaległości z pierwszym tomem. Mam nadzieję, że on również przypadnie mi do gustu. Dorośli z tej książki również mogą wyciągnąć to i owo, choćby bezinteresowność, którą warto okazywać osobom w naszym otoczeniu, troska czy też wyobraźnia, którą czasem upychamy za żelaznymi drzwiami po to, aby odciąć się od tego dziecka, które w nas drzemie. Nie pozostaje mi nic innego jak na koniec zaproponować abyście zakumplowali się z Michałkiem i resztą i przy okazji dobrze się bawili (WASZYM DZIECIOM RÓWNIEŻ).

Za możliwość przeczytania ebooka dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka

sobota, 16 września 2017

Strzały w Stonygates - Agatha Christie


wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
data wydania: 9 lutego 2017
liczba stron: 208

„(...) ludzie rzadko – rzadziej nie można by się tego spodziewać – wyglądają na to, czym są w rzeczywistości.” 

Po ostatnim literackim rozczarowaniu, tym razem wolałam sięgnąć po pewniaka, który nie zawodzi, a przynajmniej do tej pory mi się to nie zdarzyło z twórczością Agathy Christie. Jednak teraz moim książkowym doznaniom nie towarzyszy mój ulubieniec Poirot, a błyskotliwa panna Marple. Dlaczego ona a nie on? Filmy z pedantycznym Poirotem nadal świeżo mam w pamięci i czytanie opowieści z nim nie miałoby w sobie tyle frajdy, dlatego wybrałam coś nowego, ale zarazem pewnego. Do powieści z jego udziałem chętnie wrócę, gdy tylko moją pamięć pokryje cieniutka warstewka kurzu. To mój debiut z postacią panny Marple. Raz miałam okazję oglądać film i przyznam, że zrobił na mnie pozytywne wrażenie, jednak po książkę sięgnęłam dopiero teraz. Mój wybór padł na tytuł „Strzały w Stonygates”. Nic mi on nie mówił, więc wnioskowałam, że będzie ciekawie.
Panna Marple na prośbę przyjaciółki jedzie odwiedzić jej siostrę milionerkę i sprawdzić, kto czyha na spadek. Ginie pasierb pani domu, a ją samą ktoś próbuje otruć. Szekspirowska atmosfera, pękające lustra i zamknięty krąg podejrzanych. Każdy z siedmiorga domowników miał motyw, by zabić. Sprawę utrudnia fakt, że do rezydencji przylega dom poprawczy, w którym mieszka dwustu młodocianych przestępców.
Autorka przenosi nas i swoją bohaterkę do zaniedbanej aczkolwiek imponującej posiadłości, gdzie obecnie mieszka przyjaciółka z młodości panny Marple. Zostajemy wrzuceni do grona ludzi, którzy są normalni i nienormalni zarazem. Dziwna atmosfera komplikuje się jeszcze bardziej, gdy nagle padają strzały i na horyzoncie pojawia się oczywiście trup. Zaczyna się śledztwo, podejrzanych jest kilkoro, a ktoś ewidentnie coś kombinuje by zmylić trop policji. Jaką rolę odgrywa w tym wszystkim Panna Marple? Z pewnością nie odgrywa tutaj takiej roli jak Poirot, nie jest wynajętym detektywem, tylko przyjaciółką pani domu, która w międzyczasie dostrzega to i owo, łączy fakty i w konsekwencji pomaga znaleźć sprawcę całego zamieszania. Jest to niewątpliwie postać, która na pierwszy rzut oka się nie wyróżnia, wtapia w tłum i wygląda na zwyczajną staruszkę.

„ […] obraz na scenie jest zbudowany z prawdziwych materiałów. Z płótna, drewna, farby, tektury. Złudzenie powstaje w oku patrzącego, a nie na samej scenie. To znaczy, że naprawdę wszystko jest rzeczywiste, zarówno gdy popatrzymy na to od strony widowni, jak i od strony kulis.”

„Strzały w Stonygates” to subtelny kryminał, który ma w sobie zagadkę, drugie dno i spore grono podejrzanych, a do tego szczyptę dramaturgii. Mamy tutaj spokojne tempo, klimat tamtych czasów i oczywiście dedukcje, którą uwielbiam. Sama panna Marple to ciekawa postać, niby staruszka, a z umysłem bystrym i młodzieńczym. Swoje widziała i zwykły nieboszczyk nie jest jej straszny. Prawie od samego początku miałam wrażenie, że oglądam jakiś spektakl teatralny. Jakbym patrzyła na scenę i widziała wchodzących i schodzących z niej aktorów. Nawet się za bardzo nie pomyliłam, gdyż bohaterowie nakierowują czytelnika, aby wraz z nimi spojrzał na dane miejsce w taki właśnie sposób. Autorka w swojej książce porusza takie tematy jak pokora czy też dobro. Bawi się przy tym portretami bohaterów i skomplikowanymi relacjami jakie je łączą. To co z pozoru jest czarne może okazać się białe i na odwrót. Kontrasty, idee, zranione uczucia, iluzja i natura człowieka. Wszystko połączone ze smakiem i naprawdę wciąga. Jest to powieść, którą można się spokojnie delektować. Aha i jeszcze jedno… po raz kolejny trafiłam kulą w płot podczas typowania mordercy. Chyba nigdy nie nauczę się jakim schematem posługiwać się podczas dedukcji...szczególnie w książkach tego kalibru.

„(…) gdy ktoś jest dobry, powinien także być pokorny.”

niedziela, 10 września 2017

Przeszłość - Tessa Hadley


wydawnictwo: W.A.B.
data wydania: 17 sierpnia 2017
liczba stron: 352

„Bo tutaj życie jest życiem, mogę znaleźć miejsce dla siebie gdziekolwiek.”

Podobno z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Jak wiadomo, każda ma swoje sekrety, więzi łączące jej członków i pozory, którymi się otacza by prezentować się lepiej w oczach innych, szczególnie obcych spoza kręgu wtajemniczonych. Jest też oczywiście i dom, który nasiąknięty jest sentymentem, a czasami straszy tym i owym z przeszłości. Mnie przeszłość fascynuje. Jestem sentymentalna i lubię wracać do tych i owych dni. Szczególnie ta tematyka korci mnie w literaturze, gdzie poznajemy sekrety rodzinne, czasem zakurzone, a innym razem głęboko ukryte w starym kufrze. To taki rodzaj zagadki, która ma swój specyficzny zapach. Dlatego, gdy tylko dostałam propozycję zrecenzowania książki o trafnym tytule „Przeszłość”, którą napisała Tessa Hadley, nie wahałam się ani chwili. Oczywiście po zapoznaniu się z opisem i oczarowana okładką, która pobudza wyobraźnię. Korytarze, pokoje, uchylone drzwi… Pustka, wspomnienia zatopione w żółci ścian, echo głosów z przeszłości, przyczajone w szparach przy oknach. I tyle do odkrycia. Kto się zgodzi?
Czwórka rodzeństwa postanawia spędzić wspólnie urlop na angielskiej wsi. To ich ostatni pobyt w urokliwym domku odziedziczonym po dziadkach i ma być wyjątkowy: tylko rodzina, żadnych obcych. Fran przyjeżdża z dwójką dzieci, Roland z córką i nową żoną, Harriet jak zwykle jest sama. Wyłamuje się tylko Alice, która przywozi syna swoje byłego partnera. Dom pełen jest bolesnych wspomnień, lecz choć przeszłość przypomina o sobie na każdym kroku, bliskim trudno się z nią rozstać. Czas, który nie oszczędził niszczejącego budynku, odcisnął także piętno na wzajemnych relacjach rodzeństwa. Atmosfera gęstnieje z dnia na dzień.
Jeszcze jak do opisu dołożymy taką zachętę, że autorka po mistrzowsku kreśli intymny portret rodziny, która pod płaszczem pozorów dobrego pochodzenia, statusu materialnego itp. ukrywa tajemnicę pożerające wręcz od środka, to nie można przejść obojętnie obok tego tytułu. Tak sobie właśnie myślałam i wyobrażałam super ciekawą literaturę. No i na tym się skończyło, bo kompletnie dostałam co innego niż oczekiwałam. Liczyłam na przyjemną, klimatyczną powieść, która poniesie mnie po meandrach ludzkich emocji, sekretów i więzi rodzinnych. Dostałam grupkę ludzi, którzy mają mniej lub bardziej skomplikowane życie osobiste. Nie wyczułam więzi rodzinnych. Powiem więcej, przez pierwsze 150 stron nudziłam się jak mops. Czekałam sama nie wiem na co. Być może na nagły zwrot akcji, tym bardziej, że czasami była zapowiedź czegoś co mogło ciekawie się rozwinąć. Gdy już myślałam, że nasi bohaterowie odkryją to i owo z listów ukrytych w starym sekretarzyku okazywało się, że niestety nie tędy droga i dalej kluczmy sobie koło wakacji chaotycznej rodzinki. Młodociany romans, ciekawskie dzieciaki, rodzeństwo, które nie ma w sobie za grosz ciepłych uczuć wobec siebie. Nad całym tym niby sielankowym spektaklem unosi się lekki sentyment i tęsknota. Dom dziadków stanowi symbol tego co minione, bezpieczne i tragiczne zarazem. Taki wehikuł czasu, który przyciąga i jednocześnie odstrasza. Ostatnia nić trzymająca rodzinę w jako takiej więzi.

Tessa Hadley za książkę „Przeszłość” otrzymała nagrody Windham – Campbell Literature Prize for fiction i Hawthornden Prize. Jak widać nie zawsze wybitne nagrody przekładają się na opinię zwykłych czytelników, którzy pragną wciągającej literatury.

„Przeszłość” tak naprawdę nie ma w sobie zbyt dużej dawki przeszłości. Bohaterowie do mnie nie przemawiają, gdyż są sztuczni i nie mamy okazji ich za bardzo poznać. Więcej przeczytamy opisów choćby otoczenia niż o tym co w nich tak naprawdę siedzi. Jak dla mnie chaotyczna powieść z niewykorzystanym potencjałem. Urwana w ciekawych momentach, pozbawiona głębszego klimatu. Zazwyczaj staram się wycisnąć z książek to co się da, doszukać się czegoś ciekawego, tutaj nie bardzo jest co wyciskać. Szkoda, że autorka poszła na skróty i historię owianej sentymentem zmarłej matki głównych bohaterów opowiedziała w takim skrócie. Mogła z tego wyjść naprawdę dobra powieść. Taka na jaką zaprasza nas ciepła i obiecująca okładka.

„[…] im mniej jesteś skomplikowana, tym lepszym jesteś materiałem na matkę”

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki

sobota, 2 września 2017

Zatrzymać Dzień - Wioletta Szczepańska, Ireneusz Słupski


wydawnictwo: Fundacja Podaj Dalej
data wydania: wrzesień 2016
liczba stron: 276

„Gdyby naszymi lekturami były właśnie takie książki, po których bardzo chce się żyć.”

Są książki, które czasami omijamy świadomie, bądź nie. Dlaczego? Uciekamy od pewnych trudnych tematów, udajemy, że ich nie ma, albo po prostu nie chcemy sobie psuć dobrego humoru. Ja powiem Wam, że ci co tak robią popełniają straszny błąd. Kolejne dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Nie każda z nich jest pesymistyczna, nawet jeśli temat trudny, bolesny i faktycznie niejeden raz chce się płakać. Jest też drugi powód. One dają do myślenia i przypominają co w życiu jest ważne i jak wielką siłę ma w sobie człowiek. Można poszerzyć ten wątek i dodać sens życia czy też wiary. Przede wszystkim czytając poznajemy bohaterów, realnych bądź fikcyjnych – zresztą za tymi najprawdopodobniej kryją się prawdziwi ludzie z prawdziwymi historiami. Taką książką jest „Zatrzymać dzień”, zresztą wspominałam o niej na swoim profilu facebookowym (najpierw zamawiasz, potem czytasz i w końcu płacisz).

Pewnego dnia na świat przyszedł uroczy chłopczyk, wyczekiwany przez mamę i kochany odkąd przybrał formę fasolki, a nawet jeszcze wcześniej. Prawda, że sielankowo? Bajka zmienia się w koszmar, gdy u niego w wieku trzech miesięcy zdiagnozowano raka oczka. Zaczęła się walka z trudnym przeciwnikiem. Walka, która trwa dość długo. Odbiera siły i niejednokrotnie odbiera wiarę. Walka o życie, zdrowie...tutaj też jest toczona walka o oczko Kubusia. Autorką książki jest mama chłopca, która opowiada krok po kroku jak wyglądała ta walka, ale i to kim była wcześniej nim stała się żoną, matką i wojowniczką, która zrobi dosłownie wszystko. Ta książka to również podziękowanie i hołd dla ludzi dobrego serca, którzy pomogli i trwali przy nich do końca bitwy i zapewne jeszcze dłużej. Być może ktoś z was słyszał kiedyś o Kubusiu. Może zaglądał na stronę www.OkoKuby.pl, być może również pomógł – więc wie to co ja odkryłam czytając tę książkę.

Powiem więcej, podobno nikt tej książki nie chciał wydać, dlatego zrobili to sami i powiem szczerze, że jak dla mnie jest ona wydana rewelacyjnie. Uzupełniona o zdjęcia, komentarze, dawne posty mamy Kubusia. A co ważne płynie z niej szczerość, bezradność, ból, gniew, ale i miłość. Miłość nie tylko rodziców do dziecka, ale także obcych ludzi do zupełnie obcego dziecka. Nie jest to powieść z zaplanowaną z góry fabułą, to życie, a jak wiemy ono pisze najlepsze scenariusze, choć czasami bolesne. Książka wciąga, przywraca wiarę w ludzi i zachęca do pomocy. Najważniejsze jest w niej to, że kipi z niej siła i mimo wszystko optymizm.

Ja odkryłam ją dzięki mężowi. To on ją zamówił, ja przeczytałam, a zapłacimy wspólnie. Dla mnie (dla nas) ma ona tym większe znaczenie, że sami od 13 miesięcy walczymy o życie naszego malutkiego synka i nawet teraz czytając tę książkę jesteśmy w szpitalu. Powiecie, że jestem totalnie nieobiektywna – bardziej niż oczywiście zazwyczaj, bo przecież oceniam książki subiektywnie. Okej. Zgodzę się, jednak wiem jak cenne jest zdrowie, jak trudno znaleźć siłę i jak wielką miłość człowiek jest w stanie okazać innym. Wiem też ile można dostać od innych i nie chodzi tu tylko o pomoc finansową, a o wsparcie. Mimo, że walczymy z zupełnie inną chorobą to doskonale rozumiem to, co autorka miała do przekazania. Z pewnością to pozycja godna polecenia dla rodziców chorych dzieci. Jednak polecam ją też innym...zdrowym ludziom, rodzicom zdrowych dzieci, dziadkom, babciom, wujkom, ciociom...Nie uciekajcie od trudnych tematów, bo one są gdzieś obok.

„Ściany szpitalnych sal słyszały więcej gorliwych modlitw, niż niejeden kościół.”

Dla wszystkich, których ta książka zainteresowała, podaję link, pod którym można ją zamówić www.zatrzymacdzien.pl