środa, 29 listopada 2017

Lunatycy - Jan Favre



wydawnictwo: self Publishing
data wydania: 26 października 2017
liczba stron: 372

„Wszyscy musimy mieć jakieś marzenia. I nadzieję, że możemy osiągnąć coś więcej, niż mamy.” W taki oto sposób zachęca nas do snucia marzeń Cecelia Ahern w jednej ze swoich książek natomiast w innej Magdalena Witkiewicz radzi „Nie bójcie się marzyć. Marzenia się spełniają. Wystarczy tylko zrobić pierwszy, najtrudniejszy krok. Potem być może trudny drugi i trzeci...” Pozwoliłam sobie dzisiejszą recenzję zacząć od cytatów nie pochodzących z książki, którą recenzuje. Oba pasują jednak idealnie i pochodzą z dorobku moich ulubionych autorek. Wiecie z tymi marzeniami to jest często tak, jak z przysłowiowym kijem z marchewką na sznurku. Podążamy za tym patykiem każdego dnia, nawet jeśli tylko siedzimy i obserwujemy dyndającą świeżutką, pomarańczową marchewkę, to i tak nadaje ona sens naszej egzystencji. Daje nadzieję, że pewnego dnia ją po prostu schrupiemy i będziemy szczęśliwie najedzeni. Gapimy się w to warzywo jak sroka w gnat, próbujemy dosięgnąć, a gdy to się nam udaje to okazuje się, że nie była wcale tak smaczna i świeża na jaką wyglądała. Więcej mieliśmy już radochy z patrzenia na nią niż z pożarcia jej. Nie, marzenia nie są wcale złe. Nadają sens, wlewają w nas nadzieję, kolory, barwy...mamy cel do osiągnięcia. Tylko nie zawsze ten wymarzony cel jest taki jak oczekiwaliśmy. Książka, którą tym razem chcę wam zaproponować jest właśnie o marzeniach. O podróży w celu pożarcia marchewki. O tym co daje oczekiwanie na spełnienie wymarzonego celu. I o smaku jaki często posiada.

„Lunatycy” o mały włos nie trafili by w moje ręce. Gdy dostałam propozycję zrecenzowania tej książki to w pierwszym odruchu chciałam ją sobie odpuścić. Powodem był brak czasu, a tym samym ograniczona ilość „miejsc” w kolejce książek do przeczytania. Zaległości i tak mam już spore, szczególnie jeśli chodzi o książki prywatne nie tyle o egzemplarze recenzenckie, bo tu choć propozycji jest wiele to muszę niestety wybierać tylko kilka z tych, które mnie kuszą i którymi ja jestem kuszona. Tak więc, już miałam sobie darować książkę Jana Favre, ale opis mnie po prostu zaintrygował. Tym razem sam opis, bez zachwytu do okładki. Stwierdziłam, że ma potencjał na naprawdę dobrą historię i ciekawe spojrzenie na temat marzeń. Autor chce czytelnikowi pokazać, że nie zawsze to, o czym marzymy sprawia nam przyjemność gdy już się to spełni, szczególnie jeśli nie jesteś przygotowany na taki rozwój wypadków.
Jest tylko jedna rzecz gorsza od porażki… …sukces, na który nie jesteś gotowy. „Lunatycy” to bezkompromisowa powieść o tym, co się dzieje, gdy nasze największe marzenie się spełnia, a my zaczynamy żałować, że w ogóle o nim pomyśleliśmy. Główny bohater, wychowywany przez samotną matkę w szarym bloku na jednym z osiedli Polski B, żyje nadzieją, że jego wielki sen się spełni. Będzie nagrywał płyty i grał koncerty, a muzyka będzie płacić mu rachunki. Odurza się tą myślą, tracąc kontakt z rzeczywistością, aż życzenie staje się faktem. A on przekonuje się na własnej skórze, co znaczy amerykańskie „be careful what you wish for”.
Dobrze zrobiłam, że nie odrzuciłam tej książki. Miałabym czego żałować w przyszłości. Jan Favre opowiada nam ciekawą historię, mimo że nie jest ona lekka i wiszą nad nią szare chmury rzeczywistości, to czytając płyniemy z nurtem szybko i lekko. Unosimy się na powierzchni, dryfując do brzegu zwanym końcem i nie czujemy zmęczenia. „Lunatycy” to fragmenty z życia zwykłego Michała, który chce osiągnąć coś więcej niż oferuje mu życie. Chce zamienić szarą rzeczywistość z blokowiskiem zamieszkiwanym przez żywe trupy, na życie pełne przygód, w którym pierwsze skrzypce gra muzyka. Chce zostać raperem i mieć po co żyć. Nie siedzi na kanapie i nie buja tylko w obłokach, wręcz przeciwnie, razem z kumplami w piwnicznym „studiu” starają się tworzyć kawałki, które podbiją świat i wyniosą ich na wyżyny. W międzyczasie chodzą do szkoły i mierzą się z realizmem życia w gronie rodzinnym i tym społecznym małego miasteczka, w którym nawet autobusom w niedzielę nie chce się kursować na wyznaczonych trasach. Z każdym dniem ich marzenie nabiera tempa i zaczyna się realizować. Droga ta usłana jest jednak wybojami, które utrudniają drogę i powodują nie jedną kolizję z brutalnym światem. Historia ta to nie jest pesymistyczna wizja jak spełnić marzenie i być z niego niezadowolonym. To przykład jak można się zachłysnąć szybkim skokiem na wyższy poziom naszej egzystencji. To także ważne przesłanie, marzyć warto, warto robić to co się kocha i i nie poddawać się, nawet jeśli coś z początku wydaje się ciężkie, szpetne czy też przerażające, to warto dalej robić swoje. Tak jak napisała Magdalena Witkiewicz. jeden krok, potem może i kolejne równie trudne, jednak jeśli komuś naprawdę zależy to pokona wszystko. Czasami może się zdarzyć, że na swojej drodze spotkamy mur, na który jesteśmy nieprzygotowani, zderzymy się z nim, będziemy walić pięściami i najdzie nas ochota na to by odwrócić się i iść w diabły. Czy aby na pewno warto? I na takie pytanie każdy musi sobie sam odpowiedzieć pod tym murem, bo tylko my sami wiemy czy jesteśmy gotowi na sukces, czy uniesiemy na swoich barkach porażki, czy wytrwamy w postanowieniu, aby osiągnąć swoje marzenie. Historia Michała pokazuje, że nie warto mierzyć się samemu z całym światem, że siła tkwi w ludziach, w grupie.

„Dusza boli najmocniej, bo jej rany nie goją się nigdy. Kości się zrastają, rozcięta skóra zabliźnia, krwiaki schodzą, ale roztarte butem o chodnik poczucie własnej wartości nie regeneruje się. Jeśli ktoś raz napluje ci w serce, zgasi na tobie papierosa, złamie cię na pół i da ci odczuć, że jesteś tylko kawałkiem mięsa, rzeczą, której nie trzeba szanować, przedmiotem, z którym można zrobić ,co się zechce – to tego bólu nie uśmierzy nic.”

Jan Favre rocznik ‘88, mieszka w Krakowie, chodzi z głową w chmurach, jesienią 2011 roku zaczął pisać bloga i robi to z dużym powodzeniem. Jedno z największych marzeń spełnił, kolejnym było napisanie książki i to także ma za sobą. Po co to robi? „Bo zawsze chciałem zrobić sobie pracę z hobby i ziścić amerykański sen w Polsce. Nie mieć szefa nad sobą, ani sekretarki pod. Jeździć po świecie, poznawać ludzi, chłonąć rzeczywistość i dostawać hajs za to, że żyję, a nie żyć tylko po to, żeby dostawać hajs.” Jak sam twierdzi, lubi bawić się słowem. Co jeszcze lubi? Ciekawych ludzi, dobre jedzenie, głośną muzykę i jazdę na rowerze. Podsumowując: młody gość, bloger, ambitny człowiek, który debiutancką książkę napisał naprawdę dobrze.

„Czuję, jak zaczyna ssać moją wargę, kiedy po omacku szukam na jej plecach zapięcia od stanika,a gdy je znajduję, znowu nie mogę go rozpiąć. Kurwaaa! Ktoś, kto wymyślił to jebane gówno, musiał być zdrowo popierdolony! To musiał być ten psychopata, który wpadł na pomysł umieszczenia opisów czekoladek na ich spodzie, tak że musisz wypierdolić całą bombonierkę na ziemię, jeśli chcesz przeczytać, która jest która.” 

Właśnie, „Lunatycy” powinni przypaść do gustu młodzieży, język skierowany jest bardziej do osób młodych, przekleństwa nie będą nikogo też razić, a i klimat jakby swój. Razić mogą za to błędy, które spotykamy w tekście, ale to nic wielkiego, jednak kilka kwiatków można wyłapać. Jeśli chodzi o treść, to ma przekaz, nie jest też sztuczna i przesłodzona, a autor udowodnił, że faktycznie lubi bawić się słowem. Nie brakuje dawki sarkastycznego humoru – przynajmniej ja to tak odbieram. A nasz główny bohater? Postać wrażliwa, odsłonięta przed czytelnikiem. Jakie emocje wywołuje? Warto sprawdzić samemu. Jak dla mnie książka godna polecenia i ciekawie napisana.

Dziękuje autorowi za możliwość przeczytania książki.

wtorek, 21 listopada 2017

Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie - Janusz Leon Wiśniewski


wydawnictwo: Znak Literanova
data wydania: 8 listopada 2017
liczba stron: 576

„Nie ma chyba smutniejszej rzeczy, niż nagle zdać sobie sprawę, że nawet własne wspomnienia o kimś kiedyś najbliższym mogą być tak naprawdę odarte z nostalgii.”

Dawno temu miałam okazję spotkać się literacko z twórczością Janusza Leona Wiśniewskiego, wtedy byłam cieniem hotelowym, konkretnie takim duszkiem Grandowym, który obserwuje i podsłuchuje co się dookoła dzieje. Autor zabrał mnie w klimatyczną podróż po hotelowych pokojach, pozwolił posłuchać rozmów, które miały w sobie nie inaczej tylko nutę nostalgii. Idealnie wpasowała się klimatem w czas, w którym ją czytałam. To był wrzesień, więc czuć można było zbliżającą się jesień i towarzyszącą jej właśnie nostalgię. Autor urzekł mnie swoim talentem do opowiadania tych swoich historii, choć nie wszystko było wtedy w pełni satysfakcjonujące. Ogólne wrażenie wystarczyło jednak bym nabrała ochoty na inną książkę w jego literackim dorobku i faktycznie, po ponad dwóch latach w moje ręce trafia inna pozycja Wiśniewskiego. Znowu mamy porę jesienną, teraz nawet bardziej niż wtedy i najchętniej siedziałoby się pod kocem z dobrą książką. Wybierając „Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie” kierowała mną ochota na kolejną dawkę klimatu i nostalgii. Jednak to nie wszystko, po raz kolejny moją uwagę przykuwa okładka, a następnie opis, obiecujący z pozoru banalną fabułę, która mimo wszystko może mieć w sobie potencjał. I faktycznie ma.
Wszystko da się wyjaśnić. Zapisać w liczbach i równaniach. Życiem rządzą prawdopodobieństwo, logika i udowadnialne twierdzenia. Przynajmniej jemu, naukowcowi, tak się wydawało, dopóki nie spędził wielu miesięcy w klinice w Amsterdamie i nie otarł się o śmierć, co całkowicie zburzyło konstrukcję jego świata. Były przy nim w chwili największej tragedii, mimo że je zawiódł, skrzywdził, zdradzał, upokorzył. Dlaczego? Wszystkie jego kobiety. Milena, niesforna, uderzająco piękna i wyuzdana femme fatale. Daria, jego była studentka, „kruche, naiwne dziewczę w wieku jego córki”, o oczach jak niezapominajki. Tajemnicza Ludmiła, z którą rzekomo łączył go tylko seks. Natalia, fascynująca, bezpruderyjna artystka, niezastąpiona partnerka do filozoficznych dysput. Justyna - miała być jedynie lekiem na jego depresję po rozstaniu z żoną. Ewa, tak samo charyzmatyczna, jak eteryczna, zachwycająco mądra nauczycielka, która na nowo buduje jego świat... Kim był dla nich? Kim one były dla niego? Której był coś winien, której kiedyś podarował za mało, a która była mu wdzięczna?
Tym razem trafiamy nie do hotelu, a do sali w pewnej holenderskiej klinice, gdzie po sześciu miesiącach śpiączki budzi się nasz główny bohater. Budzi się i zaczyna się nasza podróż po meandrach życia naukowca matematyka, dla którego kariera była ważniejsza niż żona i córka. Z tych dwóch kobiet potrafiła mu tak naprawdę wybaczyć tylko córka i to z nią utrzymuje kontakt. Oczywiście w jego życiu jak tytuł wskazuje pojawiło się kilka kobiet, które potraktował jak na męskiego dupka przystało, raczej źle. Nie tylko zdradzał, ale przede wszystkim skrzywdził, a nawet i upokorzył. Nasz rekonwalescent był typem faceta, który nie wchodzi w związki, on jak to sam zgrabnie określał tworzył krótkotrwałe relacje z kobietami. One snuły wizje wspólnego życia, a on ich nie wyprowadzał z błędu. Tłumaczył sobie te relacje równie zgrabnie jako zachłyśnięcie się wolnością po rozwodzie. Gdy robiło się za poważnie po prostu znikał. Jeśli zaś myślał o stabilizacji, ta zaczynała go męczyć i mu powszednieć. Tak naprawdę to jego przebudzenie ze śpiączki jest taką metaforą bo nasz pacjent, doznał olśnienia i wręcz wewnętrznej przemiany. Na wiele rzeczy spojrzał inaczej, wiele sobie przypomniał, a przy tym poznał wyjątkowych ludzi i ich historie. Poznał co to dobro i to od obcych ludzi.

„Seks wyzwala i ujawnia ogromne i demonicznie niebezpieczne emocje. Możemy kogoś do siebie za pomocą seksu przywiązać. Ten ktoś może odczuwać zazdrość i lęk i bardzo. Seksualnie można się oddzielić, rozdwoić, roztroić, ale emocjonalnie bywa to bardzo trudne.”

Janusz Leon Wiśniewski napisał książkę w sam raz na długie jesienne wieczory. Akcja toczy się powoli, a nasz bohater jakby się nam spowiadał ze swojego życia, przez co oczyszcza się wewnętrznie. On przeżywa jeszcze raz swoje życie i relacje z kobietami, choć nie tylko, a my poznajemy jego. Możecie sobie wyobrazić, że siedzicie w szpitalnej sali i słuchacie co wam pacjent opowiada, czasem możecie posłuchać innych, w tym cudnej Laurencji, która skradła moje serce. Jest to moja ulubiona postać w tej książce, a to jej „No stress, Polones...” dźwięczy mi w uszach i chyba zostanie ze mną już na zawsze. Nie żeby naszego „Polones” nie dało się lubić, bo się da i aż sama się sobie dziwię, bo facet wad ma sporo, a ja jestem kobietą, więc powinnam solidaryzować się z bohaterkami, które poznajemy oczyma naszego bohatera. Książka Wiśniewskiego ma swój klimat, czyli to na co liczyłam decydując się na jej przeczytanie. Ma też jednak i wady. Niekiedy przypomina jakiś wykład naukowy na temat seksu. Ja rozumiem, że facet nie spotykał się z tymi kobietami, żeby tylko dyskutować, ale ile można czytać wywodów na temat seksualności i wcale nie chodzi tutaj o to, że książka zawiera sceny jak z Greya, a raczej o obszerne rozwodzenie się nad tym tematem ogólnie. Czasami bywało to wręcz męczące i nudne. Wtedy miałam ochotę rzucić książkę w kąt, jednak po kilku kolejnych stronach wracaliśmy na utarte tory historii i dowiadywaliśmy się co nieco o kobietach naszego bohatera i o tym jak się poznali. Te momenty przenosiły nas ze szpitalnej sali w różne miejsca i urozmaicały akcję, bo trzeba przypomnieć, że nasz bohater cały czas jest w szpitalnym łóżku. Książka ma ponad 500 stron i aż kipi w niej od cytatów, które warto sobie zapamiętać. Ta książka to nie tylko hołd kobiecości, ale także prawda o człowieku. O sobie samym, o tej prawdzie nie zawsze łatwej do zaakceptowania. Już po raz drugi Wiśniewski zaskoczył mnie pozytywnie, więc poszukam kolejnej jego książki, aby zatrzymać się na chwilę i zatopić w nostalgii, w tym co człowiekowi nie jest obce.

„Prawda o sobie często jest nie do zniesienia . Szczególnie, gdy jest to prawda nie do podważania.”

Dziękuję wydawnictwu Znak Literanova za możliwość przeczytania książki

sobota, 4 listopada 2017

Saga czyli filiżanka, której nie ma - Cezary Harasimowicz


wydawnictwo: W.A.B.
liczba stron: 464
PREMIERA: 8 listopada 2017

„Trochę to skomplikowane,ale czyż nici naszych powinowactw nie są pajęczą siecią, tajemniczą plątaniną?”

Kolejny raz doświadczam magii przeszłości i tego, że babranie się w kurzu, datach i osobach może mieć swój urok. Historia jest naprawdę piękna, nawet jeśli jej bohaterowie żyją w czasach grozy, których my dzisiaj nie jesteśmy w pełni pojąć. Bywa i tak, że oni przezywają największy koszmar swojego życia, ból, głód, tragedie, zdrady, strach, wojny i tortury, a my jesteśmy ich cieniem. Cieniem, który może sobie tylko to wszystko wyobrazić i próbować choć trochę zrozumieć. Jednak to wszystko nas do siebie zbliża i to w tym jest piękne. A kurz? Pajęczyny czy mysie bobki? To tylko nic nieznaczące atrybuty przeszłości. Pisząc „historia” nie mam tutaj na myśli takiej wersji ogólnej, a tej prywatnej. Dotyczącej konkretnych osób. Niesamowite jest poznawanie nowych ludzi, nawet jeśli znamy ich tylko i wyłącznie z opowieści przelanej na kartki książki. Jeszcze ciekawiej zapewne jest jeśli szukamy swoich własnych przodków i tym samym wzbogacamy samych siebie i swoją własną historię. Bo przecież przeszłość i jej duchy są kruche i zarazem cenne jak ostatnia porcelanowa filiżanka, ta z zastawy po prapraprababci. Ano właśnie, jeśli o filiżance mowa… Wiecie są książki, na których widok oczy zaczynają mi błyszczeć i wiem, że muszę je prędzej czy później przeczytać. Tak też było i tym razem, tylko, że przeczytałam ją raczej zdecydowanie „wcześniej” niż „później” bo przedpremierowo. Mowa o książce Cezarego Harasimowicza „Saga czyli filiżanka, której nie ma”. Jak się domyślacie jest to książka pachnąca przeszłością i kurzem, czyli coś,, co mnie kręci.
To coś, co każdy z nas chciałby wreszcie zrobić. Usiąść i spisać rodzinną historię. Cezary Harasimowicz wybrał się w taką podróż. Zebrał wspomnienia przodków, obejrzał stare fotografie i wydobył na kartach książki zapomnianą rzeczywistość.
„Saga czyli filiżanka, której nie ma” to rodzinna opowieść, która ma przybliżyć czytelnikowi obraz wielonarodowej Polski i trudnych czasów pod naciskiem okupantów, a także koszmarów, jakie musiała znieść rodzina Królikiewiczów podczas II wojny światowej. To taki wehikuł czasu, do którego wsiadamy wraz z autorem i przenosimy się w przeszłość, choćby do końca dziewiętnastego stulecia. Mamy okazję poznać przodków autora, dziadka, który był jednym z najlepszych jeźdźców naszego kraju, a do tego nie wyrzekł się Polskiego munduru w chwilach największego zagrożenia, babcię Muszkę, czy też prababcię Funię. Możemy być świadkami pierwszych pocałunków, zmagań wojennych, wytrwałości w dążeniu do celu, mierzenia pierwszej błękitnej sukni balowej, odwagi, miłości, siły i przyjaźni oraz co ważne honoru i patriotyzmu.

Autor za tę podróż w czasie bierze się w bardzo ciekawy sposób, zarówno spisując fakty z ówczesnej pracy jak i korzystając z zapisków matki jak i samego dziadka. Pobudza do wspomnień swoją pamięć, gdzie zostały głęboko ukryte anegdoty rodzinne i sam wyostrza wyobraźnię by dopełnić luki. Jak to robi? W prosty sposób. Odwiedza swoją matkę i przygląda się zdjęciom wiszącym na ścianie. Mruży oczy i przenosi nas do skradzionego upływowi czasu kadrowi. Sam autor zdaje sobie sprawę z choroby matki oraz z upływu czasu, który zabiera jej pamięć i wspomnienia, ale dostrzega w tym pewne piękno, mianowicie postacie wychodzące ze zdjęć czy też ścian zbudowanych z cegieł pozostałych po gettcie, aby jeszcze chwilę „porozmawiać” z matką.

„Cóż, jeszcze sześć lat temu kolebał się w siodle jak dziwka na szczerbatym nocniku, ale teraz był już całkiem sprawnym jeźdźcem.”

„Saga czyli filiżanka,której nie ma” to tak naprawdę wyjątkowy portret rodzinny, wielopokoleniowy i ciepły zarazem. To ukryta w słowach wartość przeszłości, którą każdy z nas powinien poznać, a przynajmniej spróbować. Jak na dobrą sagę rodzinną przystało, zawiera w sobie zdjęcia przodków Cezarego Harasimowicza, które jeszcze bardziej przybliżą czytelnikowi obraz głównych postaci. Nie jest to książka z grona łatwych, przyjemnych i dla każdego. Jednak jeśli ktoś lubi takie klimaty to z pewnością znajdzie w niej cudowną towarzyszkę wolnych chwil, a przy okazji pozna nowe osobistości z naszego ojczystego światka historycznego. Tym bardziej, że autor pisze w ciekawy sposób, niezwykle obrazowy i plastyczny. Nie dawkuje tylko surowych faktów, a próbuje odczarować to, co mogło pozostać nieznane i tajemnicze. Swoją książkę dedykuje matce, która zmarła na początku sierpnia tego roku. O kim więc jest ta książka? O Adamie i Muszce Królikiewiczach. O ich przodkach i znajomych. Nie znacie? A znacie może Krystynę Królikiewicz aktorkę? Nie? To poznajcie. Też nie znałam, a zaintrygowała mnie notka o książce jak i obietnica poznania przeszłości i nic nie szkodzi, że to nie moi przodkowie. Na odkrycie moich własnych korzeni przyjdzie czas.

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki