sobota, 12 maja 2018

Nora - Katarzyna Puzyńska


cykl: Lipowo (tom 9)
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 17 kwietnia 2018
liczba stron: 816

O przeczytaniu tej książki zadecydował za mnie los, tak metaforycznie rzez jasna, bo tak całkiem przyziemnie to stoi za tym człowiek. Tak czy siak ja tej powieści wcale nie zamierzałam czytać i to nie dlatego, że nie lubię tego gatunku, autorki czy też przerażała mnie objętość, bo nawet nie wiedziałam, że to takie grube tomisko. Stop. Ale! Może od początku i do rzeczy. Katarzynę Puzyńską, a konkretnie jej książki kojarzę, kilkakrotnie miałam okazję sięgnąć po jej twórczość, ale jakoś nigdy się za to nie zabrałam. Nie pytajcie dlaczego po prostu nie wiem. Gdy dostałam propozycję, żeby przeczytać „Norę” nawet bym się zgodziła, gdyby nie to, że zdążyłam przeczytać, że jest to dziewiąty tom. To mnie skutecznie zniechęciło. Zdarzyło mi się w swojej czytelniczej karierze przeczytać coś ze środka serii i powiem szczerze nie bardzo miałam ochotę na powtórkę. No bo jak to tak być do tyłu z tym co wydarzyło się wcześniej?! Aż tu pewnego dnia dotarła do mnie przesyłka i jakież było moje zdziwienie, że to właśnie „Nora” z dodatkiem w postaci tajemniczej maski. No to sobie teraz wyobraźcie jak moja ciekawość rośnie. Oczywiście od razu, gdy tylko miałam wolną chwilę, zabrałam się za czytanie.
Berenika jest zbuntowana i lubi chadzać własnymi ścieżkami. Po raz kolejny znika z domu. Jednak tym razem wszystko wydaje się być nie tak, jak zazwyczaj. Co gorsza w sprawę zaangażowany jest ojciec jednego z policjantów. Tymczasem w odległym o kilkadziesiąt kilometrów szpitalu psychiatrycznym zostaje zabita pacjentka. Na kilka godzin przed śmiercią wysyła enigmatyczną wiadomość z prośbą o pomoc. Czyżby wiedziała, że ktoś targnie się na jej życie? Jaki ma z tym wszystkim związek brutalnie okaleczone ciało odnalezione obok niedziałającej już dawno karuzeli? Co kryje studnia w zagajniku wśród pól? Czy aspirant Daniel Podgórski uporządkuje wreszcie swoje życie prywatne i zdoła powstrzymać mordercę zanim zginie ktoś jeszcze?
Tajemnicze zniknięcie młodej dziewczyny, trup za trupem, szerokie grono podejrzanych, a do tego zbrodnia sprzed dwudziestu lat. Już samo to brzmi obiecująco. Wiemy, że coś się dzieje, a to dobrze dla szarych komórek, nie tylko policji, ale także czytelnika. Jednak czytając „Norę” dostajemy więcej. Mamy tutaj wielowątkową opowieść, barwne postacie, które żyją własnym życiem, nie są tylko szkicem na papierze, mają wyraziste portrety psychologiczne, do tego warto wspomnieć o nietuzinkowej narracji, która sprawia, że czytanie staje się czystą frajdą. Kolejnym atutem tej książki, ale także podobno charakterystyczne jest to w stylu autorki, że świetnie łączy wątki obyczajowe z kryminalnymi, dzięki czemu każdy znajdzie coś dla siebie i nie ma mowy o nudzie. No właśnie, jeśli już mowa o bohaterach… rzadko się zdarza, żebym ot tak zapałała sympatią do jakiegokolwiek bohatera, a tutaj proszę… Od początku polubiłam Klementynę Kopp i im dalej zagłębiałam się w fabułę tym bardziej babkę lubiłam. Kurczę ja ją uwielbiam!

-(...) Czasem warto powalczyć o uczucia. Nawet jeśli to oznacza, że ryzykujesz, że się zbłaźnisz albo poczujesz się zraniona. W przeciwnym razie skończysz jak ja. (...)
-Pomarszczona i wydziarana? - próbowała chyba żartować Strzałkowska.
-Samotna.

Lubicie tajemnice? Sekrety, które powoli wychodzą na jaw wraz z prawdziwym obliczem bohaterów? Ja lubię. Tak samo jak napięcie, które autor potrafi stworzyć, by zaciekawić czytelnika jeszcze bardziej i nie podać na tacy za dużo. Katarzyna Puzyńska jest w tym mistrzynią. Wyobraźcie sobie, że ta książka ma ponad osiemset stron, a czyta się ją błyskawicznie (mi przeczytanie trochę zajęło, ale to z braku czasu na czytanie, ale jeśli ktoś ma czas to pójdzie mu to szybciej), a fabuła wciąga jak gąbka wodę. Książka została podzielona na akty i sceny, a także antrakt, teraźniejszość miesza się z przeszłością.

„Nora” to moje pierwsze spotkanie z twórczością i stylem pisarskim Katarzyny Puzyńskiej, więc nie mogę porównać tej historii z innymi. Nie mogę też powiedzieć, że wylądowałam na dobrze znanym terenie z bohaterami, których znam, bo tak nie jest. To dla mnie nowość, niby dziewiąty tom, a jakby pierwszy. Prawdę mówiąc nie przeszkadza to w niczym, a więc myliłam się, myśląc, że przeczytanie tej historii byłoby stratą czasu. Teraz już wiem, że marnowałam swój cenny czas nie czytając nigdy książek tej autorki, a „Nora” otworzyła mi oczy i narobiła mi apetytu na więcej. Tak więc, ja w przeciwieństwie do stałych czytelników powieści Puzyńskiej pojadę od końca do początku, ale i tak z czasem będę na bieżąco ze wszystkimi wydarzeniami. Jeśli jeszcze ktoś, kto tak jak ja, nie czytał to śmiało może zacząć nawet i od końca, choć myślę, że obojętnie, który tytuł by się wybrało i tak człowiek nie czułby się jakiś zagubiony. Nie pozostaje mi na koniec nic innego jak tylko podziękować, tej osobie, która zaadresowała przesyłkę na mój adres, gdyby nie ona, to nadal pewnie nie zdecydowałabym się na czytanie książek Puzyńskiej, a to byłby ogromny błąd. Moja biblioteczka powiększy się o kolejną imponującą serię.

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki

wtorek, 8 maja 2018

Apostrof. Międzynarodowy Festiwal Literatury - pełny program



Apostrof. Międzynarodowy Festiwal Literatury ogłasza pełny program

W maju dzięki Apostrofowi cała Polska będzie żyć literaturą. Siedem dni, siedem miast, dziesiątki spotkań i dyskusji, premiery oczekiwanych książek, teatr improwizowany oraz najlepsze literackie brzmienia podczas koncertów. Oprócz najważniejszych polskich twórców, na Międzynarodowym Festiwalu Literatury pojawią się autorzy z wielu zakątków świata. Literacko festiwal skupi się na tłumaczeniu, ideowo na naturze, a kulinarnie na trendzie zero waste. Znamy już pełny program wydarzenia, które odbędzie się w dniach 14-20 maja w siedmiu miastach Polski. Festiwal organizowany przez Empik to prawdziwa uczta dla miłośników literatury.


Pełny program:

wtorek, 1 maja 2018

Wszystkie dziewczyny Wertera - Jakub Łaszkiewicz


wydawnictwo: Wydawnictwo WasPos
data wydania: 8 marca 2018
liczba stron: 184

Książka, nad którą dzisiaj będę się rozwodzić jest dla mnie totalnym zaskoczeniem i nie będę owijać w bawełnę tylko na wstępie to zaznaczę. Nie spodziewałam się takiego poziomu literackiego po szesnastolatku, mowa oczywiście o Jakubie Łaszkiewiczu, który ma już na swoim koncie dwie powieści (Serio? Ja mam „trochę” więcej na karku latek, a nie napisałam ani jednej! Odkładam to wiecznie na potem…). Pisząc o wybitności jego talentu pisarskiego nie będę go mierzyła skalą jaką mierzy się klasyków czy też wybitnych sław literatury, chodzi mi bardziej o przedział debiutantów i to w tak młodym wieku.
Jak to jest z tymi dziewczynami? Czy Kazik Staszewski miał rację, śpiewając, że “to nic więcej jak tylko kłopoty”?  Czy warto zadzierać z miejscowymi dresiarzami? Czy matematyka jest tak niezbędna do życia, jak wszyscy twierdzą? Tomek, uczeń liceum, na własnej skórze przekonuje się, że życie z kobietami nie jest łatwe. Zwłaszcza jeśli na horyzoncie pojawia się ideał, który może być znakomitą odskocznią od zaborczej i zadufanej w sobie drugiej połówki. Idealna książka dla wszystkich, którzy cenią sobie poczucie humoru, mają dystans do siebie oraz chcą się dowiedzieć, jak NIE postępować z kobietami… i są ciekawi, jakie zastosowania może mieć kostium Batmana.
Macie siedemnaście lat, chodzicie do liceum, macie dziewczynę, fajnych znajomych i kilka pał z matmy. Pewnego dnia paradujecie po mieście w przebraniu Batmana, później poznajecie świetną laskę i świat staje na głowie. Z matmą gorzej, dziewczyna coraz bardziej problemowa, nowa panna intryguje, a w domu pojawia się babcia, jakby i bez niej było różowo. Życie nastolatka jak wiadomo łatwe nie jest… Młody chłopak, nasz główny bohater musi ogarnąć swój prywatny armagedon, a przy okazji nie zanudzić czytelnika.

„Wszystkie dziewczyny Wertera” to książka, którą powinnam przeczytać jakieś trzynaście lat temu. Niestety, w tamtym czasie autor miał dopiero trzy latka, więc nie był wstanie oświecić mnie w temacie funkcjonowania psychiki młodego chłopaka i jej wpływu na zachowanie przeciętnego nastolatka. Serio, ta książka mogłaby być swojego rodzaju poradnikiem zarówno dla płci męskiej jak i żeńskiej. Jedni mogli by czerpać wiedzę jak postępować z młodymi kobietami, a one mogłyby z kolei mieć ściągę co takiemu jeszcze nie mężczyźnie siedzi w głowie. Jakby nie patrzeć i jedni i drugie mają się za dojrzalszych niż są w rzeczywistości, co prawda ja już dawno do szkoły nie chodzę i do grona młodych gniewnych się nie zaliczam, ale myślę, że aż tak wiele się nie zmieniło. Swoją drogą ta książka idealnie nakreśla czasy szkolne i można sobie to i owo przypomnieć, choćby strach przed lekcją matematyki. Oczywiście nie o samej szkole będzie mowa. Mamy dawkę nastoletnich związków, a jak wiadomo te bywają skomplikowane, szybko się zaczynają, a potrafią skończyć jeszcze szybciej. Spora dawka koleżeństwa i zachowania ówczesnej młodzieży. Perypetie współczesnego Wertera zostały opisane lekko, przyjemnie i z humorem. Ze stylu autora przebija się dystans, młodzieńcza krew, dowcip, ironia, ale także cięższy kaliber tematyczny się tutaj znajdzie. Płynnie przeskakujemy z akcji na akcję, nie wieje nudą i przyznam, że chwilami autor może nawet zaskoczyć dynamiką w rozkręcającej się fabule. Jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona i dostałam więcej niż oczekiwałam, od tak młodego autora. Ma on do przekazania to i owo, myślę, że zarówno czytelnikom jego pokolenia jak i tym starszym. Im dalej w las tym bawiłam się lepiej i nie mogłam się oderwać od lektury. Wiecie co? Chętnie przeczytałabym ciąg dalszy! Częściej chciałabym być tak zaskakiwana przez autorów.

Podsumowując: „Wszystkie dziewczyny Wertera” to cieniutka książeczka, która przywróci wam młodość i czasy szkolne. Poczujecie smak pierwszych miłości, zazdrości, koleżeństwa, strachu przed kolejną pałą z matmy. Będą momenty, gdzie naprawdę parskniecie śmiechem albo zdziwi to do czego zdolna jest dzisiejsza młodzież. To lektura idealna żeby się zrelaksować. Na koniec powiem tylko tyle, chłopak ma talent i jeśli będzie go rozwijał, to niejeden raz może nas w przyszłości zaskoczyć.

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Czas mumii, czyli serce w bandażach - Ezra Fox, Alex Falcone


wydawnictwo: dziwny pomysł
tytuł oryginału: Unwrap My Heart: or It's Time For Mummies
data wydania: 21 kwietnia 2018
liczba stron: 164

Były wampiry, wilkołaki, upadłe anioły, a teraz nadszedł czas na… MUMIĘ! Skoro można zakochać się w wymienionych wcześniej istotach, to dlaczego by nie w gościu w bandażach? Facet zamiast oczu ma czarne dziury, żwawym krokiem raczej nie podąża, a jeśli już to szura nogami, zapach ma egzotyczny, wygląda jak hipster i jeździ niezłym wozem. W sumie dobre auto nie jest złe, szczególnie gdy ma się swoje lata i o energicznym kroku mowy nie ma. Jak wiadomo o gustach i guścikach się nie dyskutuje, serce nie sługa, a i trzeba być tolerancyjnym. W literaturze mnie już nie zdziwi nic, w końcu od tego ona jest, żeby naszą wyobraźnię pobudzać w każdy możliwy sposób. Tym bardziej jeśli mowa o miłości nastolatek do wszelkich bytów przybierających seksowną postać. Nastolatką to ja już dawno nie jestem, ale od zawsze ciągnęło mnie w stronę chociażby wampirów, więc gdy dostałam propozycję zapoznania się bliżej z mumią, to nie mogłam nie skorzystać. Tak więc, w moje ręce trafił „Czas mumii czyli serce w bandażach”, cieniutka książeczka, której przeczytanie nie zajmuje dużo czasu.
Sofia jest zwyczajną licealistką, która martwi się o zadania domowe i opinię innych uczniów, kiedy pojawia się ON: szalenie przystojny nowy uczeń, skryty za warstwą rozkładających się bandaży, wpatrujący się w nią pustymi oczodołami. Sofia bierze go za zwykłego hipstera, ale może ten zagadkowy nieznajomy skrywa coś więcej?Tak. On jest mumią. Naprawdę nie trzymamy tego w tajemnicy. Okazuje się, że to mumia. To książka o dziewczynie, która zakochuje się w mumii.
„Czas mumii...” to książka, która swoim tytułem wskazuje od razu kierunek, w którym fabuła będzie podążać. Jednak to nie takie zwyczajne romansidło dla nastolatek, to bardziej parodia tego co jest nam już znane z tego typu książek. Autorzy, Alex Falcone i Ezra Fox to komicy, więc strategia jaką obrali pisząc tę książkę nie dziwi. Ma być na luzie, na wesoło, trochę prześmiewczo, a najlepiej podejść do niej z dystansem. Co można w niej znaleźć prócz wątku miłosnego z żywym trupem? Oczywiście nie może zabraknąć nieodwzajemnionej miłości, nastolatki wychowywanej przez jednego rodzica oraz czarnego charakteru, który chce opanować świat. Zapomniałabym o tajemnicy jaką skrywa matka naszej głównej bohaterki. Serio nic co byłoby jakieś nowe, aczkolwiek na parodię może się nadać. Będę z wami szczera, najsłabszym ogniwem tej książki jest narracja, czyli to co Sofia ma nam do powiedzenia. Mało, który bohater książki potrafił mnie zniechęcić do siebie tak jak ta dziewczyna. Jej spojrzenie na różne sytuacje było wręcz żałosne, gdybym czytała na głos chyba tekst zgrzytałby mi między zębami. Dawno nie czytałam takiego bełkotu. Na początku próbowałam przełknąć ślinę i zaakceptować fakt, że w końcu to ma być takie „głupiutkie”, jednak po dłuższej chwili traciłam ochotę na znajomość z tą dziewczyną. Nie rzuciłam jej w kąt tylko dlatego, że staram się zawsze czytać do końca, być może gdzieś coś mnie jeszcze zaskoczy, tutaj nie zaskoczyło mnie nic. Poza narracją, pomysł na fabułę jest naprawdę dobry i byłam ciekawa jak rozwinie się sytuacja. I teraz pytanie: czy ja mam coś nie tak z poczuciem humoru, czy to tamtejsi komicy robią to w dziwny sposób? Jaka by nie była odpowiedź to wiem, że drugi raz z Sofią się „nie dogadam”. Nie znaczy to, że wy będziecie mieć z nią ten sam problem co ja. A może problem leży w samym gatunku i lepiej idzie czytanie mi oryginalnych choć mdlących od nastoletniej miłości po grób (hola hola, jaki grób, tam zazwyczaj żyje się wiecznie!) historii niż tych subtelnych i krótkich parodii. Jeśli lubicie tego typu książki to warto spróbować, być może będziecie czerpać więcej przyjemności z czytania, bo może wam narracja Sofii nie będzie przeszkadzać. Ja jestem trochę rozczarowana, bo naprawdę miałam ogromną ochotę na tę książkę, na parodie tego co czytałam będąc nastolatką i byłoby przyjemnie, gdyby nie ten minus, o którym wspomniałam. Plusem jest natomiast wydanie, prosto, ale z klasą i charakterem.

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki

czwartek, 19 kwietnia 2018

Tryjon - Melissa Darwood


wydawnictwo: Sine Qua Non
liczba stron: 304
data wydania: 18 kwietnia 2018

„Nie sztuką jest uciekać od emocji, sztuką jest umieć je przeżywać.” 

Emocje można przeżywać i można również o nich pisać. Robi to świetnie Melissa Darwood, co udowodniła mi już kilkakrotnie pisząc swoje niesamowite książki. Moja przygoda z jej twórczością zaczęła się od „Laristy” i to dobrych kilka lat temu, to książka, do której mam sentyment. Później pojawiło się „Pryncypium”, które jest w moim sercu do dziś. Nie jest mi obce również „Luonto”, a teraz naszedł czas na „Tryjon”, który jest świeżo po premierze.
Jak udowodnić swoją niewinność, kiedy nie pamiętasz ostatnich pięciu lat? Nic nie ochroni nas przed bólem wspomnień. Sami musimy się z nim uporać. Mila jest inna niż wszyscy. Często traci świadomość, przebywa w jednym miejscu, by po kilku godzinach znaleźć się w zupełnie innym. Pewnego dnia budzi się w zaświatach, zwanych Tryjonem. Dowiaduje się, że nie żyje, a przed śmiercią dopuściła się zbrodni. Czy zdoła dowieść swojej niewinności? Czy kiedykolwiek jest za późno na miłość? I najważniejsze – co skrywa Tryjon? Wciągająca historia o życiu po śmierci i poszukiwaniu własnej tożsamości.
  „[…] śmierć to część życia, przypomina oddech, tylko że bardzo długi.”

„Tryjon” to jedna wielka emocja i tak podsumowałabym najnowszą książkę autorki. Tak naprawdę to różnymi odcieniami zmieszanymi w jedno, co pozwala czerpać z książki pełnymi garściami. Emocje to taki rollercoaster, dają kopa, wzbogacają nas jako ludzi, a dzięki nim nie jesteśmy jedynie skórą, kośćmi i czymś co przypomina żywego robota, albo trupa, co kto woli. Można je też porównać do dzikiego konia, wiadomo mustangi zachwycają, ale są dzikie i nieprzewidywalne. To co w nas siedzi tak naprawdę urzeka, ale bywa nieokiełznane, a nie wszystkim udaje się nad tym zapanować ot tak z łatwością. Osobą, która sobie z nimi nie radzi jest Mila, dziewczyna, która nagle znika, a na jej miejscu, choć w tym samym ciele pojawia się ktoś inny. Sprawa komplikuje się o tyle, że takich osobowości jest zdecydowanie więcej. To zaprowadziło naszą bohaterkę do Tryjonu, miejsca, do którego trafiasz po śmierci. I tu zaczyna się cała zabawa dla wyobraźni czytelnika.

Dziewczyna musi udowodnić swoją niewinność, musi również wyruszyć w podróż po nieznanej krainie i to nie sama. Pozna różne odcienie miejsca, do którego trafiła, ale dowie się także sporo o sobie samej. Historia wymyślona przez Melissę pokazuje czym są albo czym mogą być emocje, które w nas drzemią. Pokazuje jak ważna jest wewnętrzna harmonia i akceptacja wszystkich swoich osobowości, bo tak naprawdę nikt z nas nie jest przejrzysty. Nasza prawdziwa tożsamość składa się z różnych elementów, które mogłyby nosić swoje własne imiona. Autorka sprawnie rozkłada je na czynniki pierwsze. Mimo, że gatunek, który reprezentuje można włożyć między bajki, to pokazuje jak cenne i zarazem trudne jest nasze życie. Musimy podejmować wybory i czerpać lekcje z każdej wędrówki. Ta książka to skarbnica cytatów!

„Gdy dostrzegasz w oddali cel wędrówki, droga staje się lżejsza, czas mknie jak błyskawica.”

Melissa Darwood kolejny raz udowodniła moc swojej wyobraźni, siłę swojego pióra, którym tworzy coraz to lepsze historie. Nie ściemniam. Jestem z nią od początku i naprawdę widzę różnicę. Jej opowieści są odważniejsze, bardziej barwne, dynamiczne i jeszcze bardziej pobudzające wyobraźnię. Świat, który stworzyła tym razem, w mojej pamięci utworzył surrealistyczny obraz, który jest ni to koszmarem, ni to niezłą fantastyką z dobrymi portretami psychologicznymi. Bohaterowie nie należą do nudnych osobników, którzy mogli się wam już znudzić, nie są idealne, mają swoje za uszami, a na rękach krew. Chcecie miłosnych uniesień, dobrych wątków nadprzyrodzonych, fantastyki, ciekawej fabuły, która nie wlecze się w ślimaczym tempie? To sięgajcie po „Tryjon” Ja nie nudziłam się ani przez chwilę. Akcja rozkręca się z każdą stroną, lekki styl autorki pozwala cieszyć się tą wciągającą historią bez jakichkolwiek problemów. No i jeszcze okładka… Ta to dopiero cieszy oko!

„To, co się dzieje teraz jest jedynie chwilą, sumą oddechów, które przeminą, tak jak życie. To, co nas spotyka, nie jest czarne ani białe. Kolorów jest nieskończenie wiele, tak jak odcieni szarości. Trzeba tylko potrafić je dostrzec.”

środa, 18 kwietnia 2018

GPS Szczęścia, czyli jak wydostać się z Czarnej D. - Magdalena Witkiewicz, Marzena Grochowska


wydawnictwo: Od deski do deski
data wydania: 18 kwietnia 2018
liczba stron: 220

„Bo ze szczęściem jest jak z zasięgiem. Czasem hula pełną parą, czasem je gubimy i wtedy jesteśmy bardzo nerwowi, czasem myślimy, że je mamy,a jednak je tracimy.”

Trafny cytat, prawda? Każdy z nas chce być szczęśliwy i robi czasem wszystko, żeby było idealnie, żeby osiągnąć stan szczęścia, a wtedy okazuje się, że jednak to nie jest to o co nam chodziło. Wtedy zazwyczaj lądujemy w takiej Czarnej D. Najgorsze jest to, że często sami się tam pakujemy na własną prośbę, za bardzo chcemy idealnego życia. Nie ważne czy mowa tu o kobiecie czy o mężczyźnie. Mechaniku czy prezesie dużej firmy, bizneswomen czy matce i żonie. Jedni i drudzy o czymś marzą, a w skrócie każdy pragnie szczęścia. Książka, którą właśnie mam pod nosem, ma pomóc wydostać się z tej szarej, nieszczęśliwej miejscowości czyli Czarnej D.

Czym jest Czarna D.? Gdzie leży na mapie? Jak ją omijać? Odpowiedź jest prosta, to stan naszego umysłu. Na mapie więc go nie znajdziesz, jednak przypomina ponurą miejscowość/ miasteczko, które mogłoby stanowić tło dla horroru czy dreszczowca. Ludzie nieszczęśliwi, takie chodzące zombie bez optymizmu i siły do walki o lepsze jutro. Raczej każdy tam trafia, prędzej czy później… Ten pobyt ma swoje zalety, a jakie to o tym dowiecie się od ekspertek, które napisały tę książkę. Jak omijać, albo bywać tam tak rzadko jak się da? Zmienić podejście do życia i zabrać sobie do serca to co znajdziecie w tej książce.

Magdalena Witkiewicz z zawodu analityk marketingowy, specjalista od modeli ekonometrycznych, z pasji pisarka. I to nie byle jaka! Jej książki wzruszają, bawią, dają nadzieję i odrywają od codzienności setki czytelników. Pisze o sprawach ważnych, ale nienachalnie, wręcz lekko i przyjemnie. Podobno specjalistka od szczęśliwych zakończeń, swój optymizm przelewa również do książek dla dzieci.

Marzena Grochowska z wykształcenia oraz pasji jest trenerem biznesu, wiceprezeska Polskiego Stowarzyszenia Kobiet Biznesu, autorka wielu projektów rozwojowych dedykowanych dla kobiet: Ploty, Papiloty, Szminki… Na co dzień pracuje w środowisku biznesu, jest też wolontariuszką Fundacji Hospicyjnej. Obszary szczególnie jej bliskie to motywacja i psychologia pozytywna, co zresztą można zauważyć po przeczytaniu tej książki.

Za każdym razem, gdy trafiam na informację, że Magdalena Witkiewicz wydaje nową książkę, bądź dopiero nad taką pracuje, wpadam w stan uniesienia. Wiem, że prędzej czy później będzie moja. Książek wychodzących spod jej pióra nie da się nie lubić, a każda zawiera w sobie to coś co trafia do wnętrza czytelnika i zostaje na długo. Nie twierdzę, że wszystkie powieści skradły moje serce tak samo, bo tak nie jest, jednak żadna nie okazała się bublem, który chce się wyrzucić do kosza. „GPS Szczęścia czyli jak wydostać się z Czarnej D.” nie jest powieścią do jakich przywykłam. Nie oznacza to jednak, że jestem rozczarowana. Po pierwsze wiedziałam co w trawie piszczy zanim się za nią zabrałam, po drugie lekki styl, humor i to co Magdalena Witkiewicz robi najlepiej – czyli pozytywny kopniak w stronę swojego wnętrza oraz drugiego człowieka też tutaj się znajduje. Jej rola w tej książce polega na stworzeniu odpowiedniej historii z udziałem bohaterów, którzy swoje odzwierciedlenie mają w zwykłych prawdziwych ludziach. Bo przecież Ty czy ja możemy być Mieczysławem Fochem, bądź Katarzyna Nonajron. Jednak tym razem autorka połączyła swoje siły z Marzeną Grochowską, coachem od wychodzenia z Czarnej D. Jej zadaniem jest podejście praktyczne do tego co wcześniej zaprezentowała nam Magdalena Witkiewicz. Kilka poradników tego typu w moje ręce wpadło i tak naprawdę po lekturze tej książki nie jestem zaskoczona, nic nowego się tam nie pojawiło, jeśli chodzi o sedno treści. Jednak całość prezentuje się naprawdę dobrze, zarówno jeśli chodzi o grafikę jak i pozytywny przekaz. Zresztą ten kto zna twórczość Magdaleny Witkiewicz ten wie na co ją stać. Natomiast Marzena Grochowska dotrzymuje jej kroku na swoim podwórku mentora. Tak więc, jeśli ktoś aktualnie znajduje się w Czarnej D. i chce się wydostać, lub po prostu dodać szczyptę optymizmu swojej codzienności to polecam ten tytuł. Jeśli jesteś tym szczęśliwcem, który nigdy tam nie trafił i mu to w przyszłości (tej bliższej, bo tej dalszej nikt nie zna) nie grozi to polecam tę książkę ot tak zwyczajnie dla relaksu, być może coś dla siebie w niej znajdziesz. To taki nietypowy poradnik, babskie spojrzenie na życie, atmosfera panuje tutaj koleżeńska, a ilustracje, które zawdzięczamy Joannie Zagner – Kołat cieszą nasze oko na każdej stronie. Filip Chajzer napisał o niej : „Przydałaby się prosta recepta na szczęście… Bardzo proszę, trzymasz ją w rękach.” i ja się z nim zgadzam. Daj sobie szansę na lepsze jutro… no i więcej dystansu każdego dnia, dla siebie i innych!

sobota, 7 kwietnia 2018

Wielki Gatsby - F. Scott Fitzgerald


wydawnictwo: Bellona
data wydania: 2013
liczba stron: 190

„Tak oto dążymy naprzód, kierując łodzie pod prąd, który nieustannie znosi nas w przeszłość.”

Są książki, które stają się popularne dopiero po śmierci autora, a ponowne ich wydanie po latach, zyskuje w oczach czytelników. Bywają też takie, których tytuł jest tak sławny, że wpada w oko kompletnie zielonemu w temacie fabuły jegomościowi w księgarni. Po prostu tytuł wyprzedza treść już na starcie. Założę się, że każdy jest w stanie podać tytuł takiej książki, która jest legendą samą w sobie, a nawet jej nie czytał. W moje ręce ostatnimi czasy trafiła taka właśnie powieść, która sławą zaczęła się cieszyć długo po premierze, za to z sukcesów swojego dzieła nie mógł się cieszyć za życia autor. „Wielki Gatsby”, bo o tej powieści mowa, został wydany w 1925 roku w USA, jednak został doceniony został w 1953 roku. Na ekranach kin również się pojawiał i to aż pięć razy. Może nie uwierzycie, ale tytuł legenda i na mnie zarzucił swoje sieci jakiś rok, dwa, a może nawet trzy lata temu. Nie dałam się skusić, co nie znaczy, że zapomniałam o tej książce. Wróciła do mnie teraz i mogłam delektować się najpierw podziwiając ją na swojej półce, a później czytając wieczorami.

Francis Scott Fitzgerald stworzył swoją powieść na tle czasów powojennych, lata 20 XX wieku, okres prohibicji, wzrost przestępczości, a i człowiek moralnie nie bardzo miał czym się chwalić. Pozory i pieniądze ukrywały prawdziwe wcielenie młodych i tych trochę starszych ludzi w tamtym okresie. Autor stworzył niesamowity obraz społeczeństwa mieszkającego w Nowym Jorku i jego okolicach. Romanse, układy, światło fleszy, przepych, kłamstwa, dwulicowość, długo pielęgnowane marzenia i nadzieje, miłość, przyjaźń i siła charakteru. Żadna z postaci w tej książce nie jest idealna, każda ma jakąś rysę, większą bądź mniejszą, jednak w ostatecznym podsumowaniu dostrzegamy, która z postaci najbardziej zagubiona, zdesperowana czy też zepsuta.


„Każdy człowiek ma o sobie mniemanie lepsze, niż mają o nim inni i przypisuje sobie przynajmniej jedną z głównych cnót.”

Wyobraźcie sobie, że mieszkacie w zwykłym, nierzucającym się w oczy domku. Obok stoi willa, praktycznie każdej nocy u sąsiada jest impreza i to nie byle jaka. Przychodzi kto chce, przepych, alkohol, sławne towarzystwo. Jednak gospodarz imprezy jest chodzącą tajemnicą. Pewnego dnia dostajecie zaproszenie na jedną z takich imprez. Idziecie i po jakimś czasie przelotnie poznajecie sąsiada. Odtąd wasze życie się zmienia… Narratorem tej powieści jest właśnie ów człowiek mieszkający w zwykłym domku, Nick Carraway. Akcja powieści rozpoczyna się latem 1922 i trwa do jesieni. W tym czasie Gatsby przestaje być dla nas zagadką, a życie i ludzie pokazują swe prawdziwe oblicze. Patrząc z boku na postać Gatsby’ego mamy lepszą ocenę jego osoby, nie patrzymy jego oczami na całą historię, tylko mamy pod nosem przefiltrowany obraz z drugiej ręki. 

Czym więc „Wielki Gatsby” zasłużył sobie na rangę literackiej legendy? Co czyni tę powieść intrygującą i ponadczasową? Zdecydowanie klimat panujący w tej powieści. Jest to naprawdę barwna opowieść o czasach, gdzie można było szybko dojść do pieniędzy niekoniecznie legalnie, nie brakuje w niej miłości i tragedii, a jak wiadomo to przyciąga czytelnika. Tajemniczy i wielki Gatsby też jest tutaj mocnym punktem, plotki krążą, a otwarte przyjęcia dla wszystkich bez wyjątku kuszą. Kim tak naprawdę jest ten bogacz? Czy kogoś zabił? A może prowadzi lewe interesy? Jaką tajemnicę skrywa? Książka nie jest długa, treść nie jest męcząca ani skomplikowana, bohaterowie no cóż – różni. Na pierwszy rzut oka zwyczajna powieść o pieniądzach, ludziach i ich charakterach, jednak czytelnik płynie z nurtem historii. Przenosi się do tamtego okresu i jest uczestnikiem wydarzeń. Autor w swojej książce nie idealizuje miłości, a przynajmniej nie do końca, bo pokazuje jak ważnym przeciwnikiem tego pięknego uczucia są pieniądze. A przyjaźń? Czy to słowo, aby na pewno ma jakąś głębię? Kim jest przyjaciel? Kto nim tak naprawdę jest w tragicznych okolicznościach? Czy pieniądze dają szczęście? Jedno jest pewne, dają możliwości, ale i zgubę. Tak samo jak miłość. To wnioski jakie wyniosłam z tej powieści. Wiecie co? To będzie jedna z ważniejszych pozycji na mojej półce.


„- Przecież nie można przeżyć na nowo czasu, który się już przeżyło!
 - Jak to: nie można! Oczywiście, że można!”

piątek, 23 marca 2018

Alice i Oliver - Charles Bock


wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Foksal
data wydania: 14 marca 2018
liczba stron: 384

„Zanim się odezwiesz, zapytaj siebie: czy to lepsze od milczenia?”

Moja dzisiejsza propozycja skierowana jest do osób, które lubią zagłębiać się w tematy niełatwe, a wręcz boleśnie życiowe. Podobno jest tak przejmująca jak love story, a do tego zachwyca prostotą graficzną okładki. Ostatnio usłyszałam, że nie powinnam czytać takich książek. Powinnam raczej wybierać książki, które są lekkie i przyjemne, a nie psuć sobie humor poważnymi historiami, gdzie bohaterowie zmagają się z poważną chorobą. Po co, skoro lepiej omijać taki temat szerokim łukiem, bo przecież choroba to wyrok. Serio? Do teraz na wspomnienie tej dyskusji, krew mi bulgocze w żyłach. Oczywiście, że mogę wybierać tylko te książki przy których pękam ze śmiechu, bądź jest tak słodko, że aż mnie może zemdlić. I czasem takie czytam – to fajna alternatywa do poprawy humoru i oderwania się od codzienności. Co do wyboru książek, to jest to mój świadomy wybór i przecież nikt nade mną z kijem nie stoi, a ja nie jestem masochistką, żeby sobie psuć humor na zawołanie. Poza tym choroba nie zawsze oznacza przegraną i nie ważne o jakiej chorobie tu mowa. Dlaczego więc czytam historie takie jak ta „Alice i Olivera”? Ponieważ mają swoją wartość, głębię przekazu i dają kopa. I nie, nie psują mi nastroju, mimo tego, że bywa naprawdę gorzko. Po prostu mimo wszystko je lubię. To nie pierwsza książka na mojej półce o podobnej tematyce, gdzie choroba jest tematem wiodącym. Zapewniam też, że nie ostatnia. Jedno tylko się zmieniło jeśli chodzi o odbiór przeze mnie tych książek – teraz po zetknięciu się z procedurami, badaniami, chemioterapią, szpitalami i ogromną ilością chorych, szczególnie dzieci, ich treść trafia do mnie bardziej świadomie niż te kilka lat temu, choć i wtedy miałam za sobą bolesne przeżycia z chorobami, które zmieniają życie moje i moich najbliższych.
Alice Culvert ma w sobie prawdziwą moc: jest pełna pasji, niezależna, bystra i prześliczna. Przyciąga uwagę wszędzie, gdzie tylko się pojawi, nawet w gwarnym Nowym Jorku lat 90. – i jest tym zachwycona. Żyje bardzo intensywnie – tym trudniej uwierzyć, kiedy poznaje lekarską diagnozę swego stanu... Tak pełna energii osoba nie może przecież po prostu zniknąć. Życie Alice i jej męża Olivera nagle sprowadza się do jednego: walki o przetrwanie. Para walczy z chorobą, stawiając również czoła meandrom systemu opieki zdrowotnej, dobrym intencjom bliskim i głębokiemu, niebezpiecznemu stresowi, który odpycha od siebie małżonków. 
Alice ma wszystko – tak może się wydawać – męża, elegancki loft, malutką córeczkę, przyjaciół… ma też raka. Zaczęło się od zwykłych przeziębień, a potem nagle świat, ten dobrze znany i bezpieczny nagle się zawalił, skurczył do rozmiarów szpitalnego łóżka, leków, wyników, kroplówek, chemii, bólu, strachu, niepewności i przeszczepu. Nagle z młodej intrygującej kobiety, która zakochana jest w swoim dziecku, z żony, stała się pacjentką walczącą z trudnym przeciwnikiem. Stała się cieniem samej siebie, medytującym, słuchającym nauk buddy. Wychowywanie córeczki nagle stało się epizodem, w którym czasami uczestniczyła, momentami, które kradła do serca, aby w trudach walki sobie je przypomnieć. Były łzy, ból, gniew bezsilność, ale także czułość, miłość, przyjaźń i nadzieja.

Akcja toczy się w latach ‘90, gdy przeszczep szpiku był bardziej nowością, która ratowała życie. Jednak był on równie niebezpieczną i nie dającą gwarancji metodą jak dziś. Zapewne dużo się zmieniło na tym polu, ale wtedy i dziś priorytetem był i jest zgodny dawca.

„Alice i Oliver” to opowieść zainspirowana wydarzeniami z życia autora, ale to także świadectwo siły i miłości. Miłości, która przechodzi poważną próbę czasu, choroby, zmęczenia, nerwów, nadwątlonego zaufania i obcowania z czającą się za rogiem śmiercią, która próbuje wedrzeć się w życie tych młodych ludzi. To niewątpliwie trudna książka, która nie do każdego trafi i nie wszystkich poniesie z nurtem. Jednak ci, którzy zaryzykują spotkanie z Alice i Oliverem będą światkami nie tylko wyniszczającej walki z białaczką, chemioterapiami, przeszczepem, ryzykiem i powikłaniami, ale będą mogli zobaczyć chęć do życia, nadzieję, przyjaźń oraz wspomnianą miłość. Jeśli wam za mało, to w zanadrzu jest jeszcze macierzyństwo, które odbija się w oczach chorej kobiety jak w zamglonym lustrze. Pragnie się ujrzeć czystość obrazu i chłonąć odbicie nieskazitelne, a jednak nie można. Do tego jest rysa, albo nawet pęknięcie, które się pogłębia. Historia opisana przez Charlesa Bocka momentami jest chaotyczna, przeskakujemy w czasie i trzeba się skupić. Autor mógł bardziej przejrzyście przedstawić swoją opowieść, ale myślę, że chwila skupienia nad wątkami czytelnikowi nie zaszkodzi.

Podsumowując: to książka o trudnej tematyce, każde słowo jest jak walka o przetrwanie, o życie, które chce bohaterce wyrwać białaczka. Jednak można zaliczyć ją do wartościowych i mądrze napisanych, a przy tym pozostających w pamięci na długo. Wracając jeszcze do tej rozmowy ze znajomym, którą przytoczyłam… On twierdzi, że książki tego typu powinny czytać osoby, które szukają porady, a inni czytelnicy powinni sobie odpuścić. Ja się z tym nie zgadzam. Takie książki dają kopa do życia. Przypominają, że codzienność choć szara i męcząca, to tylko mała nierówność na drodze naszej egzystencji, którą z łatwością pokonamy. Szczególnie patrząc na to jakie szczyty muszą zdobyć inni. Tak więc, nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Was do świata Alice i jej rodziny.

„Wierz mi, że puste dni rosną i rosną, aż stają się upiorne. U-pior-ne! Wiem wszystko o ciszy, która jest tak wielka, że nigdy się nie kończy. Przełyka się każdy pisk i trzask i chce się wrzeszczeć...”

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki.

czwartek, 15 marca 2018

Mediatorka - Ewa Zdunek


wydawnictwo: W.A.B.
data wydania: 4 kwietnia 2018
liczba stron: 400

„Praca mediatora uczy dystansu. Ciągła styczność z emocjami na najwyższym poziomie, agresją ze strony klientów [...]zderzenie z bezradnością oraz niedojrzałością wielu osób powoduje, że ci którzy dłużej wykonują ten zawód, nie są już tak podatni na wysyłane przez otoczenie impulsy. [...]Mediatorzy z czasem obojętnieją, a ich wewnętrzny spokój, mylony z cierpliwością, stanowi syndrom zawodowego wypalenia.”

Mediator to raczej mało znany zawód, oczywiście tu i tam słyszy się o przeprowadzonych mediacjach, albo możliwości jej przeprowadzenia, aby dojść do porozumienia w danej sprawie. Jednak, gdy zada nam ktoś pytanie o najbardziej popularne i znane zawody, to na naszej liście z pewnością się on nie pojawi. Już prędzej do głowy wpadnie nam negocjator niż mediator. Dlaczego? Dlatego, że mediator nie stoi w pierwszym szeregu tak jak sędziowie, prokuratorzy czy też adwokaci. Choć bywa i tak, ze mylony jest z „kolegami” z pierwszego rzędu. Jak każdy zawód ma swoje plusy i minusy i jak można się domyślać nie każdy się do tej pracy nadaje. Musi on mieć coś w sobie z psychologa, stratega i negocjatora. Czego w tej pracy nie może zabraknąć? Cierpliwości, bo ta wystawiana jest niejeden raz na ciężką próbę. A tak serio to ludzie często wywlekają wszystkie możliwe brudy przed taką osobą, bądź szukają pomocy (porady), albo zwyczajnie wygadają się jak przed barmanem, albo fryzjerem. O tym jak barwne jest życie mediatora, a konkretnie mediatorki opisuje w swojej książce Ewa Zdunek. Autorka z wykształcenia jest prawnikiem, jest również wykładowcą na Uniwersytecie im. kard. Stefana Wyszyńskiego. Ponadto jest zawodowym mediatorem i negocjatorem, a w 2011 roku otrzymała wyróżnienie Złota Mediana jako wyróżniający się mediator.
Marta Kołodziej jest mediatorką. Zawodowo zajmuje się rozwiązywaniem cudzych problemów. Tymczasem jej małżeństwo legło w gruzach, były mąż chce odebrać jej córki – Basię i Laurę, posuwając się do niegodziwych metod, matka sączy swój despotyzm niczym jad, a ojciec jest bujającym w chmurach wynalazcą. Na szczęście bohaterka może liczyć na pomoc zakompleksionej przyjaciółki Betki, kominiarza Zbigniewa, który nie ma szczęścia w miłości, oraz dosyć nieporadnego lekarza Roberta. Życie nieustannie Martę zaskakuje i nie jest tak proste jak godzenie zwaśnionych stron podczas mediacji.
Marta jest już po rozwodzie, jej małżeństwo poniosło klęskę, ale ona chce zacząć od nowa. Jest pewna, że jej życie wejdzie wreszcie na odpowiednie, spokojne tory. Wiadomo jak to w życiu jest, zawsze musi być jakieś „ale” w tych naszych idealnych planach. U Marty też nie mogło być inaczej… A wszystko zaczęło się od wyjścia do cukierni po tort… Od tamtej pory życie naszej bohaterki było coraz bardziej zwariowane, a zagadek i kłopotów przybywało. Wszystkie wydarzenia spowodowały lawinę refleksji nad sobą, swoim życiem i tym co jest tak naprawdę ważne. Jednak nadal nurtuje ją to dlaczego matka zachowuje się tak jakby jej nienawidziła? Skąd chłód? Skąd wrogość? Nasza bohaterka będzie musiała zmierzyć się z ogromnym stresem, podejrzanymi typami, wynająć detektywa i ruszyć w podróż za granicę, która nadałaby się do filmu z wątkiem sensacyjnym. Oczywiście w międzyczasie musi „godzić” skłóconych ludzi, a przynajmniej pomóc im dojść do jakiegoś kompromisu. W tej historii dzieje się sporo, więc raczej na nudę narzekać nie można.


„A może szczęście to rzadki skarb, który zdobyć mogą i potrafią tylko nieliczni, obdarzeni nadzwyczajnymi umiejętnościami? […] A może ze szczęściem jest tak, że należy go długo i wytrwale szukać, wciąż zmieniając otoczenie, ludzi wokół siebie, świat? Ale jak znaleźć szczęście? To jak opisywać światło temu, kto całe życie spędził w ciemnościach.”

„Mediatorka” to nie jest zwykła opowieść, to po prostu życie w różnych odcieniach. To książka o problemach, a te raczej nikomu z nas obce nie są. Dzięki Marcie Kołodziej, głównej bohaterce, jej przyjaciołom i opowiedzianych przez nią spraw, którymi się zajmowała mamy w pigułce całą esencję ludzkiej egzystencji. Ta pigułka najpierw ma słodkawy posmak, który wywołuje uśmiech na ustach i pozwala się delektować poczuciem humoru, którego zakosztujecie już od samego początku. Ja czytałam i się śmiałam, a mąż patrzył na mnie jak na wariatkę. Po prostu pewne sceny (szczególnie Zbyszkowe) wywoływały we mnie rechot do łez. Od słodkości przechodzimy do cierpkości, która szczypie w język i przypomina, że nie zawsze jest różowo. Kolejnym etapem jest goryczka, która ujawni się wraz z ludzkim obliczem, obojętnością, wrogością, nienawiścią, pazernością i chęcią zniszczenia drugiego człowieka. Podczas lektury nagle do głowy przychodzą refleksje, chwila otrzeźwienia na to co w życiu ważne i jak łatwo wszystko można zepsuć. Autorka w sposób obrazowy pokazuje relacje łączące ludzi, to jak traktują siebie, swoje dzieci, rodziców, teściów. To jakich tajemnic, konfliktów, a nawet zbrodni dochodzi w zwyczajnej rodzinie. Trochę zwariowana i dynamiczna historia o pechu w miłości, problemach, przed którymi musimy stanąć, sile, którą musimy w sobie odnaleźć, kompromisach, na które warto czasem pójść oraz o chciwości i głupocie ludzkiej. Mnie perypetie życiowe Marty i jej znajomych po prostu wciągnęły od początku. Nie żałuję, że skusiłam się na przeczytanie tej książki i będę z niecierpliwością czekać na ciąg dalszy, tym bardziej, że zakończenie jest otwarte, a czytelnik nie dostaje upragnionej, brakującej odpowiedzi co też znajduje się w tym tajemniczym liście.

Podsumowując: książkę warto przeczytać, choćby po to, aby bliżej poznać zawód mediatora. Myślę jednak, że gdy zaczniecie ją czytać to popłyniecie z nurtem tej historii tak jak ja. Znajdziecie w niej o wiele więcej niż tylko tajniki pracy mediatora, a szczególnie przyjemność z lektury i chwile refleksji… i śmiech oczywiście.

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki

czwartek, 8 marca 2018

Pan Przypadek i trzynastka - Jacek Getner


cykl: Pan Przypadek i... (tom 1)
wydawnictwo: Poligraf 
data wydania: luty 2013 (data przybliżona)
liczba stron: 202

Wszyscy pewnie znają słynnego detektywa Sherlocka Holmesa, ale niewielu zna detektywa Jacka Przypadka. Detektywa z przypadku, amatora, który ma bystre oko, dobrze łączy fakty i potrafi zajść niejednemu za skórę. Być może wreszcie doczekaliśmy się swojej sławy detektywistycznej?
Jacek Przypadek, mimo swoich blisko trzydziestu lat, nie ma konkretnych planów na życie i cieszy się z tego, że nie musi ich robić. Ale któregoś dnia prosi go o pomoc ulubiona sąsiadka, pani Irmina Bamber, której skradziono obrazy. Tak zaczyna się jego detektywistyczna kariera, która z każdą rozwiązaną sprawą coraz bardziej irytuje różne ważne osoby. Jacek Przypadek łączy w sobie przenikliwość Sherlocka Holmesa z łobuzerskim wdziękiem porucznika Borewicza i irytującym charakterem doktora House'a. Ta wybuchowa mieszanka powoduje, że może liczyć na sympatię wielu kobiet i szczerą nienawiść rosnącej rzeszy swoich wrogów, którzy za jego sprawą trafili za kratki. 
Warszawska stara kamienica swoje widziała i słyszała… Tym razem też jest świadkiem nie byle czego! Nie tylko w jednym z mieszkań dochodzi do kradzieży dzieł sztuki, ale jeszcze narodził się detektywistyczny geniusz w postaci pewnego młodego człowieka. Wielu określiłoby go mianem obiboka, który chce zarobić i nic nie robić. Studia przerwał, wiecznie trenuje do maratonu, nie pracuje, a jego dochód stanowią czynsze z wynajmowanych mieszkań. Singiel z przeszłością, trudny do usidlenia. Jego zdaniem ludzie są banalnie przewidywalni. Ja osobiście mam mieszane uczucia co do Jacka. Jako bohatera trudno go nie lubić, jednak w realnym świecie zapewne niejeden raz podniósłby mi ciśnienie. Zresztą tak samo jak to robi pewnemu stróżowi prawa.

Jacek Getner – pisarz, scenarzysta, dramaturg. Laureat licznych konkursów pisarskich i dramaturgicznych. Autor scenariuszy do kilkuset odcinków różnych seriali telewizyjnych i dialogów do fabularnych gier komputerowych.

„Pan Przypadek i trzynastka” to pierwszy z czternastu tomów opowiadań o młodym detektywie amatorze. Lekka i przyjemna książka, która bardziej przypomina komedię z wątkiem kryminalnym niż kryminał z domieszką komedii. Mimo to autor nie próbuje nikogo rozbawiać na siłę, a poczucie humoru jest idealnie wyważone – ma być dowcipnie, ale nie męcząco. Zagadki nie są jakieś skomplikowane, jednak potrafią zainteresować i nie wieje nudą. Jeśli lubicie barwne postacie, to z pewnością te wykreowane przez Jacka Getnera trafią w wasz gust, jeśli nie wszystkie to jakaś na pewno.

Podsumowując: „Pan Przypadek i trzynastka” to typowa lektura, która ma umilić czas czytającemu i nie zamęczyć go nadmiernie skomplikowaną fabułą. Z racji tego, że ma być na wesoło, to nie spodziewajcie się kryminału z prawdziwego zdarzenia, skomplikowanego śledztwa, czy też zbytniej powagi u bohaterów. Do głównego bohatera jak i zresztą wszystkich trzech opowiadań, bo tyle znajdziecie w tej książce, proponuję podejść z dystansem i przymrużeniem oka. Jak wiadomo genialni detektywi zaliczali się do ekstrawaganckich osobników, więc i tutaj inaczej być nie może. Tak więc, jeśli lubicie tego typu klimaty i chcecie się zrelaksować przy nie obciążającej szarych komórek książce to polecam. Jeśli nie gustujecie w takim połączeniu to proponuję sobie całkowicie odpuścić detektywa Przypadka. Choć moje serce już dawno skradł Holmes, Poirot oraz Cormoran Strike i tego nie jest w stanie zmienić nic, to wiem, że z przyjemnością przeczytam jeszcze inne tomy o przygodach detektywa Przypadka. Dlaczego? Choćby dlatego, że ze mnie taki czytelniczy przypadek co lubi detektywów!

Dziękuję autorowi za możliwość przeczytania książki

sobota, 3 marca 2018

Za stare grzechy - Izabella Frączyk


cykl: Śnieżna grań (tom 1)
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 27 lutego 2018
liczba stron: 400

Wraz z końcówką lutego (dokładnie 27 ) nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka ukazała się książka Izabelli Frączyk nosząca tytuł „Za stare grzechy”, która jest pierwszym tomem sagi o Śnieżnej Grani. Wraz z wyborem tej propozycji sama siebie zadziwiłam, bo już nie pamiętam kiedy dałam się uwikłać w jakąś sagę, a już na pewno w takich obyczajowych klimatach. Coś mnie podkusiło i nie żałuje. Już na wstępie mogę zdradzić, że na pewno skuszę się w przyszłości również na drugi tom. Izabella Frączyk wydała już dziesięć książek, które zostały ciepło przyjęte, jednak na mojej półce zagościła dopiero teraz.
Rodzina Stachowiaków od wielu lat zarządza stacją narciarską na Podhalu. Rozległe interesy idą świetnie do chwili rodzinnego nieszczęścia. Rodzina musi stawić czoła nowej rzeczywistości, ponadto każdemu jej członkowi mocno komplikuje się życie osobiste. A wszystko to na tle wymagającego troski biznesu – czyli ukochanego pensjonatu Szarotka i popularnej stacji narciarskiej Śnieżna Grań. Jak od kuchni wygląda prowadzenie dużego pensjonatu? Czy młodym i niedoświadczonym dzieciom powiedzie się kontynuacja interesu rodziców? I czy wśród codziennych obowiązków uda się im zatrzymać, żeby dostrzec to, co naprawdę ważne?
Urokliwe miejsce, gdzie każdy miałby ochotę spędzić urlop, albo wyprawić sobie huczne weselisko i to niezależnie od pory roku. Jedna rodzina, która trzyma piecze nad rodzinnym biznesem, który nabiera jeszcze większego rozpędu mimo tragedii jaka ją dotknęła. Ilu jej członków, tyle mini historii, cały worek emocji, rozterek i planów. Każdy dzień niesie ze sobą obowiązki, ale i wyzwania jakie rzuca im pod nogi życie. Aniela po śmierci męża stała się głową rodziny, na głowie ma nie tylko dzieci i ich życiowe problemy, ale również pensjonat i karczmę. Dwie córki dzieli od siebie znaczna różnica wieku. Starsza samotnie wychowuje córkę zamykając się na szczęście. Młodsza co rusz podkochuje się w kimś innym i nie gardzi znajomościami z internetu. Edek to wizjoner z głową pełną planów, a i prywatnie życie nabierze u niego rozpędu.

„Wiesz, córciu, u facetów czasem ciężko o wyczucie. Nieraz sama miewam wrażenie, że oni nie myślą. Że to jakaś ślepa gałąź ewolucji. Ciężko liczyć na to, że wpadną sami z siebie na to, o co nam, kobietom, chodzi. Im trzeba to po prostu powiedzieć. Tak prosto z mostu. Łopatą do głowy. Inaczej żaden się nie połapie. [...]Wiesz oni naprawdę tak mają. Im trzeba zawsze otwartym tekstem. A i to bez pewności, że pojmą. A nawet jeśli pojmą, bez pewności, że zrobią z tym cokolwiek.”

„Za stare grzechy” to ciepła i optymistyczna opowieść o rodzinnej więzi, sile, odwadze w podejmowaniu życiowych wyzwań i osiąganiu zamierzonych celów. Autorka pokazuje też, że na miłość i na szczęście nigdy nie jest za późno. Swoich bohaterów stawia przed licznymi wyzwaniami, aby mogli zdać sobie sprawę z tego co jest w życiu ważne. Już od pierwszej strony spodobał mi się styl autorki, który jest lekki i przyjemny. Nie brakuje humoru, refleksji oraz barwnych dialogów. Z upływem stron życie Loli, Edka i Anieli przechodzi rewolucje, a czytelnik jest świadkiem jak to się dokonuje. To wszystko w połączeniu z sielską górską scenerią tworzy naprawdę dobrą powieść. Wszystko ładnie, pięknie i relaksująco dla czytelnika, ale jakby mało życiowo, bo owszem są problemy, tylko one znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. A może to tylko takie odczucie, ponieważ akcja toczy się szybko i w życiu naszych bohaterów ciągle coś się dzieje i na nudę nie można absolutnie narzekać. Jeśli szukacie książki, przy której będziecie mogli się odprężyć i zakosztować luksusu to polecam. Nie byłabym sobą,gdybym nie zwróciła uwagi na okładkę, a jest ona kobieca, mroźna i urocza. Po prostu zachęca do lektury. Ja również zachęcam, gdyż na przykładzie głównych bohaterów, można nauczyć się jak zdobywa się swoje własne szczyty i wcale nie mam na myśli tych prawdziwych górskich, a te nasze codzienne życiowe.

Dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za możliwość przeczytania ebooka

poniedziałek, 26 lutego 2018

Kredziarz - C.J. Tudor


wydawnictwo: Czarna Owca
data wydania: 28 lutego 2018
liczba stron: 384

„Głowa dziewczyny spoczywała na niewielkiej stercie pomarańczowo – brązowych liści. Jej migdałowe oczy patrzyły na korony jaworów, buków i dębów, ale nie widziały nieśmiałych promyków światła, które przebijały się przez gałęzie i pozłacały leśną ściółkę. [ Oczy dziewczyny nie widziały już nic prócz ciemności. Nieopodal spod liści wystawała blada dłoń jakby szukała pomocy, jakiegoś znaku, że nie jest sama. Na próżno. Reszta ciała leżała poza jej zasięgiem, poszczególne fragmenty poukrywane w różnych zakamarkach lasu.”

Są takie książki, które od pierwszych stron przyciągają czytelnika i z każdą kolejną oplatają się wokół niego pnączami wciągającej fabuły. Wtedy staje się on więźniem danej historii aż do samego końca, a najgorsze są wtedy przerwy w czytaniu, kiedy to coś pilnego go odrywa od akcji, albo obowiązki nie dają spokoju, wtedy z niedosytem i powiększającym się zarazem apetytem odkładamy książkę i wyczekujemy czasu, kiedy znowu będziemy mogli zatopić się w lekturze. W moje ręce trafiła właśnie taka książka. „Kredziarz” autorstwa C.J Tudor zafascynował mnie już od pierwszej strony i puścił dopiero z chwilą dotarcia do ostatniej kropki.
W mrocznych zakamarkach umysłu kryją się najbardziej fascynujące koszmary i tajemnice. Najlepiej zacząć od początku. Sęk w tym, że nigdy nie doszliśmy do porozumienia, kiedy to wszystko się zaczęło. Może w dniu, w którym Gruby Gav dostał na urodziny wiadro z kredami? Czy jak zaczęliśmy nimi rysować tajemnicze symbole? Albo kiedy same zaczęły się pojawiać? A może wtedy, kiedy znaleziono pierwsze zwłoki? To Kredziarz podsunął dwunastoletniemu Eddiemu pomysł, by porozumiewać się z przyjaciółmi za pomocą rysunków kredą. To był ich kod, do czasu gdy symbole doprowadziły ich do ciała dziewczynki. Wtedy zabawa się skończyła. Trzydzieści lat później Ed dostaje kopertę. Znajduje w niej tylko kawałek kredy i rysunek człowieka z pętlą na szyi. Zdaje sobie sprawę, że gra sprzed lat nigdy się nie skończyła…
Anderbury to z pozoru spokojne miasteczko, a tak naprawdę kryje w sobie mroczne sekrety…

Narratorem tej opowieści jest dorosły Ed, który w 1986 roku był dwunastoletnim Eddim, chłopcem, który miał swoje sekrety, jednym z pięcioosobowej bandy dzieciaków, synem „barwnej pary”. To jego oczami widzimy wydarzenia, które miały miejsce w ‘86 by rozdział dalej znaleźć się w 2016 roku i towarzyszyć mu w dorosłości. Niezbyt udanej. Samotny facet, mieszkający z młodszą od niego lokatorką w swoim rodzinnym domu. Zawód: nauczyciel angielskiego. Hobby: zbieractwo. Lubi wypić, nie jest szczęśliwy i wbrew wszystkiemu ciążą mu na barkach wydarzenia z dzieciństwa. Jego monotonne życie znów nabiera tempa, gdy w jego ręce trafia list z wisielcem i kawałkiem kredy. Barw dodaje również spotkanie z dawno niewidzianym kumplem z bandy. Pewne pytania zyskają odpowiedzi. Znów pojawią się kredowe ludziki. Znów poleje się krew.

„Dorosłość jest zwykłą iluzją. Jeśli się nad tym zastanowić, to nikt z nas nigdy tak naprawdę nie dorasta. Po prostu robimy się wyżsi i bardziej włochaci. […] Po fasadą dorosłości i wszystkimi warstwami doświadczenia, które zdobywamy z cierpliwym biegiem lat, wszyscy jesteśmy zasmarkanymi dziećmi z obdartymi kolanami, nieradzącymi sobie zbyt dobrze bez rodziców i przyjaciół.”

Czytając książkę C. J. Tudor miałam skojarzenia z twórczością Kinga. Widząc scenę opowiadaną przez Eda, widziałam sceny z filmów nakręconych na podstawie powieści króla grozy. Nie wiem skąd takie skojarzenia, być może gdzieś w pamięci mocno zapisały mi się tamte sceny i pamięć do nich wraca przy podobnych fragmentach. Nie zmienia to jednak faktu, że książkę czyta się naprawdę bardzo dobrze, wręcz się ją pochłania. Stopniowo poznajemy co wydarzyło się w roku ‘86 i dodajemy do tego brakujące elementy, których dowiadujemy się też z teraźniejszości. Autorka w swojej książce pokazała jak wielką tajemnicę skrywa ludzka psychika, jak bardzo potrafi być mroczna i szalona.

„Kredziarz” to naprawdę bardzo dobrze napisany thriller, który pobudza wyobraźnię i daje zastrzyk adrenaliny już od samego początku. Niesamowicie klimatyczna, momentami spokojna opowieść o dzieciństwie, pierwszych zauroczeniach, sekretach oraz sile przyjaźni. Z czasem dochodzą koszmarne sny, zagadka zbrodni sprzed trzydziestu lat i obraz tego co nie całkiem pojęte w oczach dwunastolatka. W książce C. J. Tudor znajdziecie świetne portrety psychologiczne postaci, które są w jakiś sposób okaleczone, a także skomplikowane relacje międzyludzkie. Każda postać ma swój charakter, żyje własnym życiem. Im bliżej końca tym więcej napięcia. Ostatni element zagadkowej układanki z przeszłości wskakuje na swoje miejsce na samym końcu… Zakończenie dało mi wręcz w twarz, bo rozwiązanie tajemnicy z początku książki miałam pod nosem, ale to świadczy tylko o tym, jak dobrze autorka potrafi wodzić za nos swojego czytelnika. Jeżeli debiut wypadł tak dobrze to już zacieram ręce na myśl o kolejnych książkach autorki w przyszłości.

„Wydaje nam się, że chcemy poznać prawdę, ale w rzeczywistości interesuje nas tylko ta jej wersja, która nam pasuje. Taka jest już ludzka natura. Zadajemy pytania i mamy nadzieję, że usłyszymy odpowiedzi, które chcemy usłyszeć. Problem w tym, że prawdy nie można sobie wybrać. Prawda ma to do siebie, że po prostu jest. Można jedynie dokonać wyboru, czy w nią wierzyć czy nie.”

Dziękuję wydawnictwu Czarna Owca za możliwość przeczytania książki

środa, 21 lutego 2018

Ósmy cud świata - Magdalena Witkiewicz


wydawnictwo: Filia
data wydania: 13 września 2017
liczba stron: 340

„Dlaczego gdy dostajesz na tacy gotową do zjedzenia potrawę, szukasz innej? Wolisz coś bardziej pikantnego albo z zupełnie innymi dodatkami? Gdy jesteś głodny – zjesz ze smakiem, ale cały czas myślisz, że może lepsze byłoby coś innego? I co robisz, gdy nagle poczujesz zapach właśnie tego, za czym tęsknisz?Porzucisz mdłe życie na rzecz tego bardziej doprawionego? A może gdy będziesz siedzieć cicho w swojej kuchni, jedząc tylko mdłe posiłki, w końcu je polubisz? Bo nie będziesz mieć innego wyboru?”

Zaczynam obszernym cytatem, jednak genialnych myśli Magdaleny Witkiewicz nie wypada skracać. Absolutnie nie ma mowy o żadnym obcinaniu, nawet jednego wyrazu! Chyba zgodzicie się, że słowa zamieszczone jako wstęp do dzisiejszej recenzji są trafne i to bardzo. Nie jeden z nas zastanawia się nad tego typu zagwozdką i bynajmniej nie chodzi tu o jedzenie. Życie mamy jedno, często mamy wrażenie, że przecieka nam między palcami, zdajemy sobie sprawę, że to co mamy tu i teraz zadowala nas tylko w połowie, bo pragniemy więcej. Wtedy padają takie pytania. Oczywiście nie na głos. Tylko tam w środku, w duchu, w sercu, w głowie. Stajemy przed dylematem i czasami stoimy tak o kilka sekund życia za długo. Bywa też tak, że człowiek z opóźnieniem odnajduje swoją właściwą drogę, musi tylko trochę pobłądzić.
Kilka romantycznych chwil, przeżytych w czasie urlopu w Azji, budzi w Annie, trzydziestokilkuletniej singielce, dawno uśpione uczucia. Kobieta podejmuje decyzję, która na zawsze może zaważyć na życiu kilku osób. Jednak szczęście, będące pozornie w zasięgu jej ręki, rozsypuje się nagle niczym domek z kart. Ósmy cud świata to opowieść o tym, że czasami trzeba zbłądzić w ciemnym lesie, by wreszcie znaleźć się na rozświetlonej polanie.  A pierwszy promień słońca można niekiedy znaleźć ukryty w niepozornej, maleńkiej kopercie, zamkniętej w morskiej muszli przywiezionej z wakacji.
Czekałam na tę książkę z niecierpliwością, gdyż Magdalena Witkiewicz to jedna z moich ulubionych pisarek, a jej książki wręcz pochłaniam. Przeczytałam ją zaraz po premierze, jednak recenzja pojawia się dopiero teraz. Zastanawiacie się pewnie dlaczego...Sama się nad tym zastanawiam i bynajmniej nie mogę się wytłumaczyć powtórnym pobytem z synem w klinice przeszczepowej. Doszłam do wniosku, że musiałam ją przetrawić, gdyż każda próba ułożenia recenzji kończyła się fiaskiem. Książkę pochłonęłam. Zaznaczyłam cytaty. Jednak opisana historia była dla mnie jakby nieuchwytna. Odległa. Mało realna. Jednak to nie znaczy, że zła. Po prostu nie porwała mojego serducha tak jak choćby „Czereśnie...”, „Pierwsza na liście” czy też „Po prostu bądź”. Całość jest w stylu autorki, ciepła, optymistyczna i jak się okazuje pełna miłości. Spełnionej, niespełnionej, brakującej i tej otrzymanej. Jednak czegoś mi tutaj zabrakło i sama nie potrafię powiedzieć czego.

„Niestety, zdarza się, że podejmujemy niewłaściwe decyzje, których skutki odczuwamy przez całe życie.”

Historia Anny opowiada o spełnieniu zawodowym, niezależności, ale również o samotności. Zaspokajanie potrzeb seksualnych to jedna, a prawdziwa gorąca i niepowtarzana miłość to drugie. Zegar biologiczny tyka, a nasza główna bohaterka nie ma ani męża, ani dziecka. Matka ponagla. Matka układa sobie życie, a Anna wiecznie na huśtawce. Gdy zmęczenie samotnością wśród ludzi zaczyna ją przerastać, postanawia wyruszyć na urlop. Tam już tylko przypadek kieruje jej losem. Jej i pewnego faceta po przejściach. Ci dwoje spędzają razem czas i rodzi się między nimi coś o czym tak często opowiadają wszystkie filmy miłosne i bajki. Jednak czasem garść niedomówień i pozorów burzy to co miało być proste i piękne.

Lekki styl autorki, egzotyczny i romantyczny klimat, a także huśtawka egzystencjalna czyni tę powieść atrakcyjną. Jednak jak już wspomniałam nieuchwytną jak dla mnie. Jednak czas spędzony przy tej lekturze był czasem relaksu i oderwaniem od szarej codzienności szpitala.

„Ósmy cud świata” to taka współczesna bajka, w której wszystko jest możliwe. Jak na bajkę przystało musi być romantycznie, ale muszą i być kłody pod nogami. Bohaterowie muszą „błądzić po ciemnym lesie życia”, żeby ktoś ich odnalazł, albo odnaleźli samych siebie. Magdalena Witkiewicz w swoich książkach tworzy historie utkane z optymizmu, magii, ciepła i bajki wymieszanej z rzeczywistością. Bywa, że ta rzeczywistość jest bardziej brutalna lub mniej. Jednak, każda jej powieść wnosi powiew dobroci i garść przyjemnych myśli. Przypomina, że warto pomyśleć choćby o sobie czy dostrzegać dobre chwile. Czasem uczy pokory, bądź odwagi w szaleństwie. Jednak zawsze pokazuje drugiego człowieka i jego wartości. Każdą opowieść się wręcz pochłania i ciągle ma apetyt na więcej. Co tu dużo kryć, autorka jest stworzona do tego, żeby umilać życie innym swoimi książkami. Nie ważne czy stworzy opowieść o chorej kobiecie i przyjaźni z przeszłości, o ekskluzywnej szkole dla kobiet, o miłości zakazanej czy o pewnym domu z przeszłością i tak zawsze czyta się z rozkoszą. Jej książki są jak najlepsze pudełko czekoladek, albo ulubione słodycze z dzieciństwa...smakują nieziemsko i zbyt szybko się kończą.

„By z kimś być, trzeba umieć się z nim również nudzić .”

wtorek, 20 lutego 2018

Czerwone jak krew - Salla Simukka


wydawnictwo: YA!
data wydania: 2 kwietnia 2014
liczba stron: 256

Była sobie raz dziewczynka, która nauczyła się bać…

Tak nie zaczynają się bajki dla dzieci. Tak zaczynają się podrasowane bajki dla młodzieży i to w fińskim wydaniu. Mówiąc o podrasowanej bajce miałam na myśli młodzieżowy thriller oparty na szkicu bajki o Królewnie Śnieżce. Te kilka słów, potrafi zaintrygować i zadziałać na wyobraźnię lepiej niż rozwinięty opis fabuły. W połączeniu z niesamowitą okładką wręcz kusi do przeczytania tu i teraz.
Siedemnastoletnia Lumikki – uczennica liceum artystycznego w Tampere. Dewiza życiowa: trzymać się z daleka od rzeczy, które jej nie dotyczą. Pewnego dnia w szkolnej ciemni Lumikki znajduje dużą sumę pieniędzy. Na większości banknotów widnieją ślady krwi. Kto je tam zostawił? Co ma do ukrycia? Okazało się, że w sprawie maczało palce troje uczniów: córka policjanta Elisa , szkolny amant Tuukka i outsider Kasper. Wkrótce Lumikki zostaje wplątana w międzynarodową aferę, w którą zamieszani są rosyjscy gangsterzy i tajemniczy Bały Niedźwiedź. W grze pozorów prowadzonej przez Lumiki stawką jest dobre imię, a może nawet życie jej przyjaciół.
„Najlepiej nie wnikać. […] Nie wnikać, nie komplikować, nie wtykać nosa w cudze sprawy. Kto siedzi cicho i otwiera usta tylko wtedy, gdy naprawdę to konieczne, ten ma święty spokój.”

Niestety Lumikki niechcący trafiła w sam środek mafijnych interesów. Nie posłuchała swojej życiowej dewizy. Nie zapomniała co widziała, co usłyszała i co ważne nie trzymała się z daleka od trójki uczniów z jej szkoły. To co z początku wydawało się nawet intrygujące z czasem nabrało mocnego charakteru jakie niesie ze sobą śmiertelne niebezpieczeństwo. Siedemnastolatka, która próbowała stać się niezauważalna, nagle zwróciła na siebie uwagę elity świata przestępczego z Tampere. Czy pieniądze umazane krwią po wypraniu stają się zupełnie czyste w przeciwieństwie do sumienia?

Salla Simukka urodziła się i mieszka w Tampere. Zadebiutowała w 2002 roku, a międzynarodową sławę przyniosła jej właśnie seria o Lumikki. Oprócz tworzenia własnych fabuł autorka zajmuje się również przekładami na fiński skandynawskich książek dla dorosłych. Jej dwie powieści zostały docenione i uhonorowane Nagrodą Topeliusa, którą przyznaje się najlepszym twórcą literatury dziecięcej i młodzieżowej.

„Czerwone jak krew” to pierwsza część trylogii z cyklu o Lumikki Andersson. Nastolatce, która wie co to strach dziecka. Jej przeszłość pachnie strachem, tak jak pachniały nim szkole korytarze podstawówki, gdy przemykała przed swoimi oprawczyniami. Dziewczynka latami przyswajała wiedzę o tym jak być nie zauważalną dla otoczenia i nabytą wiedzę próbowała wykorzystać w liceum, w śledztwie w które zaangażowała się przez przypadek. A ten z kolei będzie próbował w jej życie wlać znów strach. Tym razem przed facetami z bronią, którzy nie tylko chcą ją porwać, ale jeszcze do niej strzelają. Książka może się podobać, jednak nie można tu piać zachwytem tak jak choćby w przypadku okładki. Mnie zaczynała wciągać dopiero pod koniec, gdy akcja nabierała rumieńców. Nie znaczy to jednak, że podczas czytania można narzekać na nudę,bo od samego początku coś się dzieje, a biały śnieg zmienia kolor na czerwony. Akcja jest dynamiczna, odkrywamy nie tylko tajemnicę ojca koleżanki z liceum, ale jeszcze przeszłość głównej bohaterki. Krok po kroku składamy sobie całość i nabieramy ochoty na więcej. A jednak czytanie szło mi opornie przez jakiś czas, nie mogłam wczuć się w klimat i czułam ewidentny niedosyt. Jednak pod koniec byłam zaintrygowana, zszokowana rozwojem akcji i w pełni zadowolona. Na plus można tutaj zaliczyć styl autorki, który jest lekki i przyjemny w odbiorze. Salla Simuka udowadnia w swojej książce, że młodzieżówka może mieć charakter, mrok, niebezpieczeństwo, ale nie musi mu towarzyszyć mdły wątek miłosny. Powiem więcej, nie znajdziecie go tutaj. Za to znajdziecie dobry portret psychologiczny głównej bohaterki, a trzeba przyznać, że to dość ciekawa postać, choć czasem mnie irytowała. Kolejna część jest już uwzględniona w moich panach i jest też już na mojej półce. Czy okaże się lepsza? Mam nadzieję, że autorka przekona mnie jeszcze bardziej do swojego stylu.

niedziela, 18 lutego 2018

#SięCzyta, czyli młodzieżowe inspiracje książkowe

W lutym Empik we współpracy z najpopularniejszymi wydawnictwami startuje z pierwszą edycją akcji #SięCzyta. To wyjątkowy program promocji literatury kierowany do młodzieży. Aż 95% nastolatków korzysta z internetu codziennie lub prawie codziennie, dlatego tego rodzaju akcja na poziomie komunikacji i profilu wydarzeń musi być idealnie dopasowana do potrzeb odbiorców. Serie spotkań autorskich, paneli dyskusyjnych i zlotów fanów zostaną zorganizowane w ciekawej formie, z wykorzystaniem mediów społecznościowych i przy zaangażowaniu popularnych influencerów. W Warszawie w salonie Empik Arkadia oraz Empik Junior już od 17 do 25 lutego odbędzie się łącznie sześć wydarzeń z cyklu #SięCzyta. To m.in. podróż do świata magii dla wszystkich fanów Harry'ego Pottera, spotkanie ze znanymi youtuberami i instagramerami, którzy opowiedzą o nieoczywistym łączeniu książek i internetu, a także prawdziwa gratka dla fanów literatury Young Adult, czyli spotkanie z najpoczytniejszymi twórcami z tego gatunku – z Adamem Faberem, Pauliną Hendel czy Aleksandrą Polak.

We need YA!
22 lutego, godz. 18:00


Tego spotkania nie może przegapić żaden fan książek Young Adult. Na scenie panelu wokół literatury młodzieżowej literaccy eksperci: Adam Faber – autor magicznych „Kronik Jaaru”, Paulina Hendel – znawczyni słowiańskich wierzeń i autorka „Żniwiarza”, Aleksandra Polak, która w serii „Circus Lumos” odkrywa mroczne oblicze świata i Martyna Senator – specjalistka od romantycznych powieści New Adult. 

Święto Colleen Hoover! 
24 lutego, godz. 13:00

Książka i Instagram? Analogowe i cyfrowe? Tak, to niezwykle modne połączenie! Wiedzą o tym najlepiej tzw. bookstagramerzy, czyli użytkownicy Instagrama, którzy na swoich kontach dzielą się opiniami na temat literatury. Już wkrótce będzie można poznać tajniki prowadzenia książkowego Instagrama na warsztatach organizowanych przez Empik i Grupę Wydawniczą Foksal. Pretekstem do warsztatów będzie premiera nowego wydania kultowego cyklu Colleen Hoover „Slammed”. Pisarka jest ulubienicą polskich bookstagramerów. Na fanów Colleen czekaż będą również prezenty-niespodzianki.

Ewa Mędrzecka, Maja Kłodawska, Paweł Dębowski, Robert Kołodziejczyk
25 lutego, godz. 15:00


Zapraszamy na spotkanie wokół pierwszej części bestsellerowej amerykańskiej serii „Świat Verity”, która zrobiła furorę w polskiej blogosferze. „Okrutna Pieśń” (Wydawnictwo Czwarta Strona) to niesamowita opowieść o post apokaliptycznym świecie, w którym z przemocy zaczęły rodzić się kreatury polujące na ludzi. Czy to właśnie najlepsza książka Young Adult tego roku? Tak! Na scenie czekać będą youtuberzy: Ewa Mędrzecka (Cat Vloguje), Maja Kłodawska (Maja K.), Paweł Dębowski (P42) oraz specjalny gość i ambasador serii: Robert Kołodziejczyk (Rob$on).

sobota, 10 lutego 2018

Dziwne losy Jane Eyre - Charlotte Brontë


wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
data wydania: 1976 (data przybliżona)
liczba stron: 302

„Prawa i zasady nie są stworzone na okresy wolne od pokus,ale na takie właśnie chwile jak obecna, gdy ciało i dusza buntują się przeciw ich surowości; są surowe, lecz nie będą pogwałcone.” 

Ostatnimi czasy miałam problem trafić na książkę idealną. Większość jest dobra, niektórym brakuje czegoś tam, aby być naprawdę super, a inne są po prostu słabe. Zatęskniłam za literaturą grubego kalibru, taką, która potrafi wzbogacić wnętrze, a po skończonej lekturze człowiek czuje niedosyt i sytość zarazem. Moja literacka zachcianka została spełniona, kiedy w moje ręce trafiła książka, która już swoje lata ma. Moje wydanie jest z roku 1976, a mowa tutaj o „Dziwnych losach Jane Eyre” autorstwa Charlotte Bronte.

„Piękność leży w oku patrzącego.”

Wiecie, że należę do grona wzrokowców, którzy lubią karmić swój wzrok pięknymi okładkami. Tutaj nie ma pięknej okładki. Nie ma cudnej grafiki, która powaliłaby mnie na kolana. Jest tylko skórzana, ciemnozielona okładka z tytułem i nazwiskiem autorki. A jednak za każdym razem, gdy patrzę na tą pospolitą oprawę, moje oczy się sycą. Jest w niej piękno, upływ czasu, a gdy przyjrzeć się jej z każdej strony to można ten miniony czas dojrzeć jeszcze bardziej. Kartki są pożółkłe, niektóre luźne, inne mają ślad taśmy czy zagięcia. Jest przez to nierówna, a jeśli zbliżyć do niej nos, to czuć niesamowity zapach. Taki jaki towarzyszy tylko starym książkom. Tak więc wzbudza mój zachwyt. Cieszy moje oko jak niejedna barwna i klimatyczna okładka. Jej urok tkwi w prostocie. I nasuwa mi się w tym momencie myśl jedna, ale jakże trafna, odzwierciedla główną bohaterkę.

„(...)tylko słaby i niemądry mówi, że nie może znieść tego, co los każe mu znieść.”

Powieść Charlotte Bronte opowiada losy biednej, osieroconej i niekochanej dziewczynki, która wyrasta na odpowiedzialną, skromną guwernantkę. Pochodzenie zmusiło ją do obrania takiej drogi życiowej, jednak jej życia nie można opisać mianem nudnego, a jej samej postacią nijaką i słabą. Wręcz przeciwnie. Ze stronic tej książki przebija portret kobiety niezależnej, odważnej i trzymającej się zasad. Nie boi się powiedzieć NIE i potraktować mężczyznę jak równego sobie. Nasza bohaterka stawia czoło wyzwaniom jakie pod jej nogi podsyłał los i robi to w sposób brawurowy. Znajdziecie tutaj także odcienie miłości, czystej, romantycznej, zakazanej. Miłości takiej, która trafia się raz w życiu…

*Charlotte Bronte urodziła się 21 kwietnia 1816 roku w Thornton, w hrabstwie York, w rodzinie pastora i całe życie spędziła w rodzinnych stronach na pograniczu Anglii i Szkocji. Żyła w epoce wielkiego urodzaju na znakomite powieści, swój smak literacki wykształciła na prostocie i jasności klasycznych stylistów XVIII wieku. Zaczęła pisać pod pseudonimem Currer Bell, obawiając się rozgłosu, a także pragnąc ukryć swą płeć, gdyż w owych czasach kobiety – pisarki rzadko spotykały się z przychylną oceną krytyki literackiej. Charlotte Bronte ogłosiła trzy powieści, wszystkie trzy oparte w dużej mierze na własnych przeżyciach autorki.

„Daleko lepiej jest cierpliwie znosić ból, którego nikt nie odczuwa prócz ciebie, niż popełnić czyn nierozważny, którego złe następstwa rozciągnęłyby się na wszystkich twoich bliskich.”

„Dziwne losy Jane Eyre” to niesamowita powieść, która potrafi porwać z nurtem melodramatycznej fabuły swojego czytelnika i nie puści aż do samego końca. Idealne połączenie barwnych, aczkolwiek nienużących opisów, dialogów w tym bogatego słownictwa tamtej epoki i jeszcze trafnej analizy psychologicznej bohaterów. Czytając koleje życia Jane Eyre nie można się nudzić, nie można czuć nic poza ciekawością dalszych wydarzeń. Całości dopełnia klimat, który nie tylko pachnie melodramatem, ale jeszcze nutą grozy i tajemnicy. Czytelnik może się się domyślać, odgadywać co zaraz nastąpi, ale nie dostaje od razu wszystkiego podanego na tacy. Przez te 301 stron przeżyłam więcej z bohaterką tej powieści niż z innymi bohaterami przez 500 w książkach współczesnych. I to bynajmniej nie dlatego, że akcja toczyła się lawinowo i na skróty, wręcz przeciwnie, każdy etap wędrówki Jane Eyre jest satysfakcjonujący. Jest to jedna z najlepszych, jak nie najlepsza książka jaką przeczytałam w swoim życiu, a trochę ich już mam na swoim czytelniczym koncie. Myślę nawet, że przewyższa „Przeminęło z wiatrem”, które samo w sobie jest świetne.

Podsumowując: chciałam dostać gruby kaliber literacki, to dostałam. Po skończonej lekturze czuje naprawdę wielką sytość jeśli chodzi o całokształt, ale jednocześnie głód za bohaterami i znajomym mi już światem. Wychodzi na to, że zżyłam się z postaciami tego hitu wydawniczego z epoki wiktoriańskiej, który w 1847 roku został wydany i doceniony, co wcale mnie nie dziwi. Tak się zastanawiam, skoro u mojej mamy na półce znajduje takie perełki to chyba muszę uważniej przyjrzeć się jej biblioteczce.

„Ludzie skryci często istotnie więcej potrzebują szczerego omówienia swoich uczuć i smutków niż ludzie wylani. Najsurowszy na pozór stoik jest ostatecznie człowiekiem i wdzierając się śmiało i życzliwie w taką milczącą duszę wyrządza się jej niekiedy pierwszorzędną przysługę.”

niedziela, 4 lutego 2018

Prawdziwe morderstwa - Charlaine Harris


wydawnictwo: Replika
data wydania: 10 lipca 2012
liczba stron: 284

Tym razem nici z nowości. „Prawdziwe morderstwa” to kryminał, który ma już swoje lata. Na naszym rynku wydawniczym pojawił się w 2012 roku i mówiąc tu o „metryce” tego tytułu mam na myśli zarówno datę polskiej premiery, jak i tej zagranicznej, która miała miejsce około dwadzieścia lat temu. Sami przyznacie, że to szmat czasu. W moje ręce trafiła już jakiś czas temu. Miałam nawet okazję zacząć ją czytać, ale odłożyłam z powrotem na półkę i o niej zapomniałam. Kilka dni temu przeglądając coś tam w internecie natrafiłam na tę serię, a w oczy rzuciły mi się okładki, które co tu dużo mówić trafiają w mój gust. Przy tej okazji przypomniałam sobie, że przecież gdzieś mam książkę z podobną okładką i tak oto po raz kolejny rozpoczęłam swoją przygodę z twórczością Charlaine Harris i stworzoną przez nią Aurorą Teagarden.
Lawrenceton w stanie Georgia, przedmieścia nieustannie rozwijającej się Atlanty, to de facto nadal małe miasteczko. Bibliotekarka Aurora „Roe” Teagarden wychowała się tutaj i wie więcej, niż trzeba, o mieszkańcach miasta, także o tych, którzy podobnie jak ona interesują się ciemniejszą stroną ludzkiej natury.  Wraz z tymi ludźmi Aurora należy do klubu nazywanego Prawdziwe Morderstwa, którego członkowie spotykają się raz w miesiącu, by analizować słynne sprawy kryminalne. To nieszkodliwe hobby przyjmuje całkiem inny obraz, gdy pewnego wieczoru Roe znajduje ciało członkini klubu, zamordowanej w sposób, przypominający zbrodnię, którą tego dnia klub miał omawiać. Po kolejnych przypadkach „kopiowanych” zabójstw, Roe będzie musiała się dowiedzieć, kto ukrywa się za tą przerażającą zabawą, w której wszyscy członkowie Prawdziwych Morderstw, z nią włącznie, są głównymi podejrzanymi… i potencjalnymi ofiarami.
Małe miasteczko, klub miłośników zbrodni no i oczywiście upragniona zbrodnia. Czy w realnym świecie jest równie intrygująca co na kartkach książek? Czy uczestnikom spotkań klubu „Prawdziwych morderstw” spodoba się eliminacja kolegów poprzez naśladowanie starych zbrodni? Kto jest mordercą? Kto następny będzie ofiarą? Co tu dużo mówić, niezła kabała. Wplątała się w nią młoda bibliotekarka (nomen omen taki kurdupel jak jak), której życie nagle się zmienia, gdy trafia na zwłoki koleżanki z grupy. Jej codzienność już nie jest rutyną, a wszystko nabiera tempa, rumieńców i uczucia strachu. W jej życiu wraz ze zwłokami pojawia się dwóch mężczyzn, co dodatkowo urozmaici życie młodej kobiety. Nikt nie może uwierzyć, że spokojne do tej pory miejsce staje się miasteczkiem strachu. Giną ludzie, a potencjalnych sprawców jest kilku.

Autorka znana jest z książek o wampirach, na podstawie jej powieści powstał serial „Czysta krew”. Nie miałam okazji go oglądać i książek z krwiopijcami też nie czytałam (choć chciałam kiedyś upolować w biedronce, ale nie było pierwszego tomu więc darowałam sobie zakup entego z kolei, wiecie również, że wampiry lubię, choć ostatnio rzadko w te towarzystwo się literacko mieszam). Jak widać Charlaine Harris ma na swoim koncie również kryminały, poza Aurorą Teagarden jest jeszcze cykl z Lily Bard. Rzuciłam okiem na dorobek autorki i widziałam, że ma na swoim koncie naprawdę niezłą liczbę książek więc jest w czym wybierać.

„Prawdziwe morderstwa” to kryminał, który da się lubić. Nie należy do opasłych książek, nie ma nawet 300 stron, liczba bohaterów jest proporcjonalna do objętości, a narracja jest pierwszoosobowa, czyli za rękę prowadzi czytelnika oczywiście Aurora. No właśnie, jeśli chodzi o główną bohaterkę to trochę irytowało mnie jej zachowanie, nie chce wnikać w szczegóły, żeby nie psuć zabawy i zdradzić przypadkiem zbyt wiele. W skrócie chodzi mi o jej brak zdecydowania. Fabuła wciąga, akcja momentami potrafi trzymać w napięciu, choć mogłoby być więcej tego dreszczyku, który powinien towarzyszyć literaturze tego typu. Co do samej akcji to na brak trupów narzekać nie możemy, praktycznie mamy jedno morderstwo za drugim. Szkoda, że autorka nie rozwinęła bardziej fabuły, nie pozwoliła, żeby morderca bawił się bardziej w kotka i myszkę z bohaterami. Byłoby jeszcze lepiej, a tak czujemy pewien niedosyt. Nie zmienia to jednak faktu, że przy tej lekturze spędziłam miło czas i zamierzam upolować inne książki tej autorki, szczególnie jeśli chodzi o kryminały. Tym bardziej, ze ostatnio rzuciły mi się w oczy okładki pozostałych książek i już wiem, że miło byłoby je mieć wszystkie na swojej półce. Jak na wstęp do serii to „Prawdziwe morderstwa” mają się naprawdę dobrze, a nasza bohaterka ma duże pole do popisu w kolejnych częściach i może wcieli się bardziej w rolę detektywa w spódnicy.

niedziela, 28 stycznia 2018

Rozważania psa Mafa i jego przyjaciółki Marilyn Monroe - Andrew O'Hagan


wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 23 lutego 2011
liczba stron: 288

„Marilyn była dziwnym i nieszczęsnym stworzeniem, ale miała zarazem więcej wrodzonej komiczności niż wszyscy inni znani mi ludzie. Więcej komiczności i więcej artyzmu. Nie dla niej ponura mina i przymykanie oczu na absurdy, jakie niesie ze sobą życie. Wrażliwość Marilyn na żarty i moralne rozterki zachwyciłaby najtęższe psychoanalityczne umysły Wiednia. Nie minęło dużo czasu, gdy została moim najbliższym przyjacielem.”

Marilyn Monroe to postać intrygująca i kontrowersyjna i chyba nie ma osoby, która nie kojarzy tego nazwiska ze zdjęciem zmysłowej seksbomby lat 50 i 60. Najbardziej znane zdjęcie to chyba to z planu filmowego „Słomiany wdowiec”, wiecie to w białej sukni, która unosi się, gdy Marilyn stoi na klatce wentylacyjnej metra. Ikona kultury, kina. Z tego co wiadomo jej życie do nudnych nie należało, a spekulacji na ten temat można znaleźć dość dużo. Jaki obraz można z nich stworzyć? Czy będzie pasował do cytatu powyżej?
Maf jest maltańczykiem. Marilyn Monroe dostała go od Franka Sinatry. Maf ma skłonność do filozofowania i nosi obrożę po słynnym psie Virginii Woolf. Towarzyszy swej coraz bardziej sfrustrowanej pani w ostatnich latach jej życia. Uczestniczy w seansach terapeutycznych,w przyjęciach dla filmowców i literatów,w lekcjach gry aktorskiej i wspólnie z nią czyta listy Freuda… Zaskakująca powieść, pełna znanych postaci i ich… psów, jest tyleż pomysłową biografią Marilyn, co pełną ciekawych spostrzeżeń panoramą artystycznego i intelektualnego życia Ameryki początku lat 60-tych: kraju, w którym nikt nie jest tym, za kogo się podaje.  
Kupiłam tę książkę pod wpływem impulsu podczas zakupów w markecie. Sama tylko nie wiem co mnie skłoniło, że wybrałam akurat ją. Czy było to nazwisko Marilyn Monroe, czy to, że miała psa? A być może kolor okładki? Opis też czytałam jednym okiem, więc może to on mnie skusił? Cena zapewne też, bo jakaś kosmiczna nie była. Przyjmijmy, że wszystko po trochu z przewagą koloru, nazwiska i psa. Przyznam się, że nigdy szczególnie nie interesowałam się życiem Marilyn Monroe. Raz nadszedł mnie impuls żeby bardziej tej postaci się przyjrzeć, ale skończyło się na obejrzeniu „Słomianego wdowca”. Moja przygoda z pogłębianiu wiedzy na jej temat nie zakończyła się z powodu zawodu jaki wywołał we mnie film, bo ten akurat zrobił na mnie całkiem dobre wrażenie. Po prostu nie zależało mi na tym chyba aż tak bardzo i inne obowiązki przyćmiły choćby innych produkcji z jej udziałem. Dlatego pewnie skusiłam się na książkę Andrew O’Hagana. Czy to była dobra decyzja? „Rozważania psa Mafa i jego przyjaciółki Marilyn Monroe” to podobno zaskakująca powieść ze znanymi postaciami, przynajmniej tyle obiecuje druga połowa opisu. Wiecie jak to jest, obiecanki cacanki, a głupiemu radość. Dawno chyba nie czytałam tak kiepskiej książki. Niedawno męczyłam się przy opowiadaniach Toma Hanksa, jednak w porównaniu z książką Andrew O’Hagana to Hanks spisał się naprawdę dobrze. Zacznijmy od tego, że zanim poznamy Marilyn Monroe musimy przeczytać mniej więcej 50 stron. Tam znajdziecie losy psa, jego przodków, to w jakie ręce trafiał oraz jego i napotkanych zwierząt wywody na temat filozofów i ich teorii. Tak więc, już od początku poznajemy trochę postaci, później robi się jeszcze więcej. Rozważań inteligentnego psa też będzie sporo i momentami było to męczące. Jak dla mnie zbyt mało Marilyn w tej książce, a za dużo psa filozofa, mimo iż on w tej historii jak i w tytule pełni ważną funkcję. To właśnie jego oczami poznajemy słynną Monroe, która jest w trakcie rozwodu ze swoim mężem. Nie do końca może się z tym uporać, a także ze swoją przeszłością i rolą ojca w swoim życiu. Razem z dwójką bohaterów uczestniczymy w imprezach, terapiach, a nawet jesteśmy zamknięci. 

Dla tej książki odłożyłam „Dziwne losy Jane Eyre” i to był duży błąd, bo w porównaniu z takim kalibrem literackim to już całkiem efekt jest marny. Szczerze mówiąc czytanie tej książki nie można zaliczyć do przyjemności, miałam wręcz ochotę wyrzucić ją kąt i wybrać coś innego. Myślałam, że gadający pies (którego ludzie i tak nie słyszą) to ciekawy pomysł na narrację i fabułę jednak się myliłam. Nie da się tego przeczytać od deski o deski nie pomijają niektórych fragmentów. Gniot jakich na moich półkach mało. Jedyny plus to okładka, ona jedynie zaspokaja moje oczekiwania i lepszej sobie nie mogę jakoś wyobrazić.

„Powieść musi być tym, czym tylko powieść może być; musi budzić marzenia, otwierać umysł.”