poniedziałek, 12 listopada 2018

A ja żem jej powiedziała... - Katarzyna Nosowska


wydawnictwo: Wielka Litera
data wydania: 18 maja 2018
liczba stron: 208

„Szczęścia nie poudajesz. Zdradzi Cię mgiełka tęsknoty za nim obecna na tęczówce oka. Zdradzą cię łzy, które niekontrolowanym strumieniem popłyną, gdy w filmie obraz szczęścia pokażą aktorzy. O braku szczęścia przypomną ci te samotne, ciche minuty przed zaśnięciem, gdy będziesz starała się wymodlić o szczęściu sen.”

Katarzyna Nosowska, przez jednych kojarzona z zespołem Hey, przez drugich z książką „A ja żem jej powiedziała”, ale to nie wszystko z czym można ją łączyć. Do tej listy wypada jeszcze dodać, że jest autorką tekstów, laureatką pierwszej edycji Paszportów „Polityki”, zdobywczynią –uwaga- aż 22 Fryderyków i felietonistką. Mało? Dorzucę więc do tego autorską audycję „Tranzytem do niebytu” w radiu Foxy FM i robi się jeszcze ciekawiej. To tak w skrócie, bo tak naprawdę na swoim zawodowym koncie ma jeszcze sporo osiągnięć, a teraz wypada jeszcze do tej listy dodać, że swoją książką poruszyła runek wydawniczy, a wcześniej „internety”.

środa, 7 listopada 2018

Tajemnice Mille - Dagmara Andryka


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 23 października 2018
liczba stron: 360

„To miasto nigdy się nie uwolni od swoich tajemnic, przenosimy je z pokolenia na pokolenie. I ciągle pojawiają się nowe, jakby pączkowały. Taka prawda.”

Zło czai się wszędzie, nawet w tych małych i z pozoru bezpiecznych miasteczkach takich jak Mille, które ma na swoim koncie polowanie na czarownice i klątwę. W takich mieścinach wszyscy znają swoje sekrety, dbają o wewnętrzną politykę i łączą siły, gdy wymaga tego dobro miasta. Mieszkańcy są z pozoru mili i życzliwi jednak, gdy ktoś zacznie węszyć w przeszłości może stać się wrogiem. W takim miejscu nikt nie może być bezpieczny… To właśnie w Mille miałam okazję przebywać przez kilka ostatnich wieczorów podczas mojej literackiej podróży, do której zaprosiła mnie Dagmara Andryka w swojej najnowszej książce, „Tajemnice Mille”. Jaka to była wyprawa? Momentami przyprawiająca o ciarki, wciągająca i wywołująca sprzeczne sygnały. Chciałam poznać rozwiązanie tej historii, ale były też momenty, gdy najchętniej nie otwierałabym książki. Powód? Bynajmniej nie to, że książka jest kiepska, bo wręcz przeciwnie, powodem była moja sympatia do głównej bohaterki, a rozwój wydarzeń po prostu podnosił mi ciśnienie.

poniedziałek, 5 listopada 2018

Nowości i zapowiedzi w listopadzie

Macie już książkowe plany na listopad? Ja już mniej więcej wiem, po co sięgnę w ten jesienny miesiąc. Przeglądając zapowiedzi można zauważyć już wysyp pozycji ze świątecznym klimatem w tle. Oprócz tych "gwiazdkowych" nowości, jest też kilka interesujących zapowiedzi:


poniedziałek, 29 października 2018

Lissy - Luca D’Andrea


wydawnictwo: W.A.B.
data wydania: 3 października 2018
liczba stron: 434

„Wierzysz albo nie. Nie istniały półśrodki.”


„Lissy” autorstwa Luca D’Andrea, to podobno wstrząsająca powieść o poczuciu winy, miłości i poświęceniu, ale dla mnie jest to po prostu geneza zła i szaleństwa, która trzyma w napięciu do ostatniej postawionej kropki. Sam początek obiecuje nam niezły thriller, z bezwzględnymi bohaterami, gotowymi na wszystko, a im dalej w głąb tej historii tym ciemniej, zimniej i groźniej. Szaleństwo nas otacza, a to co z pozoru wydawało się wybawieniem zamienia się w koszmar. To właściwie wystarczy żebym dalej kontynuowała literacką przygodę z autorem tej książki. „Lissy” to mój debiut z twórczością tego pana, a przecież to niejedyna książka jaką Luca D’Andrea napisał, jest jeszcze „Istota zła”, która już ląduje na mojej liście...

środa, 24 października 2018

Guerra - Melissa Darwood


cykl: Wysłannicy (tom 2)
PREMIERA: 26 październik 2018
wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
liczba stron: 240

Już za chwilę, a dokładnie 26 października na rynku wydawniczym pojawi się kolejna książka królowej polskiego Young adult, Melissy Darwood. „Guerra” bo o niej mowa, to kontynuacja losów guardianów, których poznaliśmy w pierwszym tomie serii Wysłannicy. Dlatego domyślam się, że dzisiejsza recenzja zainteresuje szczególnie osoby, które przeczytały „Laristę”. Choć nie ukrywam, że liczę na to, iż do zapoznania się z twórczością autorki skuszę również całkiem nowe osoby, bo warto i jest w czym wybierać.

piątek, 19 października 2018

Cykl biograficzny - Charlotte Bronte

Uwaga idzie nowe!

Całkiem niedawno w mojej głowie narodził się pewien pomysł, aby stworzyć cykl biograficzny i bliżej przyjrzeć się postaciom ludzi, których książki czytamy, cenimy i być może uznajemy je za ponadczasowe. Zazwyczaj znamy tylko nazwiska czy też pseudonim, którym posługują się autorzy. Bywa i tak, że przeczytamy krótką wzmiankę na ich temat i na tym nasza ciekawość się kończy, gdyż wolimy nasze zainteresowanie skierować ku dziełu artysty niż na jego osobę. A często bywa i tak, że życie autora jest równie, albo nawet bardziej interesujące niż to, co sam stworzył. Może nie macie czasu, żeby szperać w internecie czy też tonąć w biografiach, żeby dokopać się do ciekawostek z życia swojego ulubionego twórcy i ja to rozumiem, bo sama mam go niewiele, ale trochę dobę rozciągnę i od czasu do czasu wrzucę na bloga ciekawostki na temat pisarzy i ich kobiecego odpowiednika. Jeśli chcielibyście jakiegoś konkretnego autora bliżej poznać to podawajcie swoje propozycje – wtedy być może i o nim się coś pojawi.

wtorek, 16 października 2018

Byle do przodu - Olga Rudnicka


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 2 października 2018
liczba stron: 448

Uwielbiam kryminały i to w każdej postaci. Współczesne, retro a nawet te, które całokształtem bardziej przypominają komedię niż rasowy kryminał. Tak więc, na moich półkach nie może zabraknąć takich autorek jak Joanna Chmielewska, Konstancja Nowicka czy Olga Rudnicka. Tym razem będzie mowa o tej ostatniej i jej najnowszej książce „Byle do przodu”, która całkiem niedawno miała swoją premierę. Jest to pierwszy tom otwierający cykl o detektyw Matyldzie Dominiczak, o której jeszcze usłyszycie w przyszłym roku, więc jeśli ją polubicie, a myślę, że raczej tak, to z pewnością kolejny tom wpadnie w wasze czytelnicze łapki. W moje trafi na pewno.

wtorek, 9 października 2018

W samym środku zimy - Isabel Allende [RECENZJA PRZEDPREMIEROWA]


wydawnictwo: Muza
PREMIERA: 17 października 2018
liczba stron: 352

„Życie zawsze dochodzi do głosu,ale idzie mu to lepiej, jeśli je przyjmujemy bez oporów.”

Już niedługo, a konkretnie 17 października swoją premierę będzie mieć „W samym środku zimy”, najnowsza książka królowej literatury iberoamerykańskiej, Isabel Allende. Autorka należy do grona najpopularniejszych współczesnych pisarzy hiszpańskojęzycznych i jest laureatką prestiżowych nagród. Na swoim koncie ma już sporo książek, a co interesujące, jest spokrewniona z prezydentem Salvadorem Allende. Jednak pokrewieństwo z prezydentem przysporzyło jej nie lada kłopotów, gdy do władzy doszedł Augusto Pinocheta. Jej nazwisko stało się wówczas niewygodne i to na tyle, że była inwigilowana, śledzona, straciła pracę, aż w końcu podjęła decyzję o emigracji. Jak twierdziła, swoją karierę pisarską zawdzięcza właśnie Pinochetowi, bo to właśnie po przymusowym wyjeździe zaczęła opisywać przygody swoje, swojej rodziny i swojego kraju by zagłuszyć tęsknotę za prawdziwym domem. Ja po raz pierwszy z twórczością autorki spotkałam się w 2014 roku, gdy w moje ręce trafił „Dziennik Mai”. Zrobił na mnie spore wrażenie, co zaowocowało zapoznaniem się z innymi jej książkami.

wtorek, 2 października 2018

Kirke - Madeline Miller


wydawnictwo: Albatros
data wydania: 13 czerwca 2018
liczba stron: 416

„Jeśli chcesz wiedzieć, kim jesteś, zawalcz o swoje miejsce w świecie.”

Nie ma co ukrywać, że książka Madeline Miller kusi swoim złotym blaskiem potencjalnego czytelnika już od pierwszego wejrzenia. Trudno przejść obok obojętnie i nie dotknąć jej, nie zapoznać się z opisem i nie zastanowić nad jej przeczytaniem chociaż przez chwilę. Za opracowanie graficzne dla polskiego wydania odpowiada Katarzyna Meszka – Magdziarz i to jej zawdzięczamy to okładkowe cudo, które można podziwiać zarówno dotykiem jak i wzrokiem. Obwoluta tej książki to taka przystawka, przed tym co zobaczycie i poczujecie, gdy „rozbierzecie” tę książkę i odsłonicie dziewiczą twardą oprawę – klasa, wdzięk i uciecha dla wzrokowców, którzy cenią sobie wyjątkowe okładki. Rzadko się zdarza, a przynajmniej ja nie trafiam na szaty graficzne tak doskonale zaprojektowane i wykonane, takie które są idealnym chwytem reklamowym danej opowieści. Pozwoliłam sobie na takie zachwyty we wstępie ponieważ to właśnie od zachwytu zaczęła się moja fascynacja „Kirke”. Najpierw zobaczyłam książkę i szczęka mi opadła, a dopiero później zapoznałam się z opisem. Jak widać jedno i drugie mnie zachęciło do przeczytania książki, co zdziwiło mojego męża, bo ja rzadko sięgam po takie klimaty, a z mitologią ostatni raz miałam styczność w szkole średniej – czyli dosyć dawno.

środa, 26 września 2018

Milaczek - Magdalena Witkiewicz


cykl: Milaczek (tom 1)
wydawnictwo: Filia
data wydania: 18 września 2013
liczba stron: 300

Nikt tak zgrabnie i na luzie nie potrafi pisać o ludziach komplikujących sobie życie jak Magdalena Witkiewicz. Ta kobieta nawet z banalnego pomysłu bądź szczypty prozy życia potrafi stworzyć historię, którą pochłania się w kilka lub kilkanaście godzin. Otwierasz książkę i przepadasz, płyniesz z nurtem opowieści, a bohaterów znasz jak własnych znajomych z sąsiedztwa. Zawsze swojsko, klimatycznie, wesoło i z dobrym słowem. Tym razem w moje ręce trafił „Milaczek”, książka, która oczarowała mnie już od początkowego „coś pierdykło” i od której nie mogłam się oderwać do samego końca. Zresztą każda książka autorki działa na mnie jak narkotyk, jest taką literacką słodkością, którą delektuje się do ostatniej strony. Co ciekawe w książkach Magdaleny Witkiewicz, każda kobieta znajdzie swoje odbicie i to niezależnie od wieku, wagi, czy też stanu cywilnego. Bohaterki jej książek są po prostu zwyczajnymi kobietami jak ja czy Ty.

sobota, 22 września 2018

Maigret się bawi - Georges Simenon


cykl: Komisarz Maigret (tom 50)
wydawnictwo: C&T Crime & Thriller
liczba stron: 136

„Niektóre trywialne zbrodnie, popełnione przez jakiegoś włóczęgę lub szaleńca pozostają bezkarne. Zbrodnia intelektualisty – nigdy. Tacy chcą wszystko przewidzieć, wykorzystać dla siebie najmniejszą szansę. Wygładzają plan. I właśnie ten jeden „wygładzony” szczegół gubi ich w ostatecznym rachunku.”

Maigret. Mówi wam coś to nazwisko? Mnie do niedawna nie mówiło kompletnie nic. Zmieniło się to za sprawą jednego z wieczorów filmowych. Francuski komisarz był mi do tamtego czasu totalnie obcy, zarówno w wersji filmowej jak i literackiej. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie na wiadomość, że gra go nie kto inny jak sam Rowan Atkinson, który raczej słynie z ról komediowych. Tu moja ciekawość sięgnęła już zenitu. Długo nie musiałam oglądać, żeby polubić tego faceta. Na jednym filmie się też nie skończyło, a i zaczęło się polowanie na książkową wersję francuskiego komisarza, który potrafi niejedną zbrodnię rozwiązać, pykając fajkę, popijając koniak i tropiąc po mieście zbrodniarzy. Tak też w moje ręce wpadła cieniutka książeczka autorstwa Georgesa Simeona - „Maigret się bawi”. Jak nie trudno się domyślić pokusa przeczytania była tak ogromna, że ne kazałam jej długo czekać.

poniedziałek, 17 września 2018

Dziewczyna z Brooklynu - Guillaume Musso


wydawnictwo: Albatros
tytuł oryginału: La fille de Brooklyn
data wydania: 2 sierpnia 2017
liczba stron: 400

O gustach się nie dyskutuje, ale jak wiadomo one z biegiem lat mogą ewoluować i nagle to co kiedyś nas zniechęcało, zaczyna fascynować. Dotyczy to również literatury. Szukamy czegoś nowego, trafiamy na zupełnie nowe gatunki, a tym samym na twórczość autorów, których dotąd nie znaliśmy, albo znać nie chcieliśmy. Aż tu pewnego dnia trafiają do grona ulubionych pisarzy. Pytanie czy odrzucając wcześniej ich twórczość robiliśmy błąd, czy też po prostu do takiego gatunku trzeba było dorosnąć. Obstawiam drugą wersję. Kilka lat temu, jakoś w 2014 roku znudziło mnie czytanie młodzieżówek, wampirów czy też samej obyczajówki i zaczęłam poszukiwania czegoś innego. Chciałam poszerzyć swoje literackie horyzonty i zakosztować innych gatunków. Zaczęło się chyba od kryminałów retro i później już poszło dalej. Zafascynowana zupełnie innym światem, sięgałam głębiej, aż pewnego dnia do mojej biblioteczki trafiła książka Guillaume Musso, a było to „Jutro”. I w momencie rozpoczęcia tej książki, już wiedziałam, że na jednej to na pewno się nie skończy. Pamiętam, że nie mogłam oderwać się od czytania, więc kontynuowałam swoja przygodę z bohaterami tej książki nawet w kąpieli. Od tamtej lektury minęło już sporo czasu, a ja nadal uwielbiam zagłębiać się w losy bohaterów wymyślonych przez tego francuskiego pisarza. Książek przybywa, a każdą pochłaniam z prędkością światła. Tym razem nadrabiam zaległości wydawnicze wybierając „Dziewczynę z Brooklynu”.

„Niektóre wspomnienia są jak rak: poprawa nie zawsze oznacza wyzdrowienie.”

Czy paląca chęć poznania przeszłości bliskiej nam osoby może zburzyć szczęśliwą teraźniejszość? Czy warto ryzykować miłość i burzyć plany, żeby zaspokoić ciekawość? Czy otwierając puszkę pandory jesteśmy gotowi na to, co przyniesie nam jutro? Odpowiedzi na te pytania poznał Raphael Barthelemy, pisarz, ojciec i zakochany facet, który tak bardzo chciał wiedzieć…
Doskonale pamiętam ten moment: stoimy nad brzegiem morza, patrząc, jak zachodzące słońce rozświetla horyzont. Wtedy Anna zapytała: „Czy wciąż byś mnie kochał, gdybym zrobiła coś naprawdę złego?”. Co mogłem odpowiedzieć? Anna była kobietą mojego życia. Za trzy miesiące mieliśmy się pobrać. Oczywiście, że ją kochałem, niezależnie od tego, co zrobiła. Tak przynajmniej myślałem, gdy ona gorączkowo szperała w  torebce i wręczała mi zdjęcie, mówiąc: „Oto, co zrobiłam”. Patrzyłem oszołomiony na jej sekret i wiedziałem, że nasz los odmienił się bezpowrotnie. Zszokowany, odszedłem bez słowa. Kiedy wróciłem, było już za późno – Anna zniknęła. Od tamtej chwili wciąż jej szukam.
Sześc miesięcy, tyle trwa szczęśliwy związek Raphaela i Anny. Wszystko układa się wręcz idealnie, a ślub coraz bliżej, jednak jego nachodzą dziwne myśli. Ma wrażenie, ze ukochana coś ukrywa. Tak bardzo go to męczy, że podczas romantycznej wyprawy na Lazurowe Wybrzeże postanowił przycisnąć ją do muru. Wystarczyło jedno wstrząsające zdjęcie w połączeniu z jednym zdaniem, by zachwiało się szczęście. On wychodzi wzburzony, ona w tym czasie znika. Chcąc naprawić błąd Raphael rusza w ślad za ukochaną… Okazuje się, że Anna zniknęła, pisarz przeistacza się w detektywa i wraz ze swoim przyjacielem, emerytowanym policjantem próbuje ją odnaleźć. Sprawa sięga zdecydowanie głębiej niż oboje zakładali. Dokąd zaprowadzi ich śledztwo? Kto czyha na życie Anny? Kim tak naprawdę jest ta młoda kobieta?

„Wszyscy coś ukrywamy, prawda?”

„Dziewczyna z Brooklynu” to intrygujący, dynamiczny, poplątany i genialny thriller, który trzyma w napięciu do samego końca. Zagadka godni zagadkę, a tajemnica tkwi w przeszłości. Wielowątkowa fabuła nie pozwala się nudzić, a na akcję nie trzeba długo czekać. Autor od początku nadaje tempa swojej historii, burzy poukładany świat swoich bohaterów i wrzuca ich w wir niebezpiecznych rozgrywek. Guillaume Musso jak zwykle spisał się na medal. Zgrabnie połączył wątek miłosny z kryminalnym doprawiając to szczyptą przeszłości oraz ciekawych portretów psychologicznych. Zaprosił czytelników w trzydniową podróż po dwóch krajach, aby rozwikłać tajemnicę jednej kobiety. Niebezpieczna polityka, psychopata, tajemnica sprzed lat, fałszywe tożsamości i tragiczne losy bohaterów, to znajdziecie na ponad 360 stronach tej książki. Znajdziecie nawet więcej, ale nie będę psuć zabawy zdradzając zbyt wiele. To książka, którą warto przeczytać i z czystym sumieniem polecam zarówno ten tytuł jak i inne książki autora. Facet po prostu potrafi tworzyć fascynujące historie, czasem dodając nawet nutkę fantastyki i robi to w fenomenalnym stylu. Dla kogo ta książka? Dla miłośników niebanalnych, trzymających w napięciu thrillerów, napisanych w ciekawym stylu. Czytając książki Musso nawet nie zauważycie jak dojechaliście do końca.

„Z każdej sytuacji jest jakieś wyjście i jak to często bywa, ma się je pod nosem, tylko się go nie widzi. „

wtorek, 11 września 2018

Tysiąc Dni w Orvieto - Marlena de Blasi


wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
data wydania: 24 lutego 2010
liczba stron: 408

„Trzeba dużo zmienić, aby wszystko zostało po staremu.”

Miłośniczką włoskich klimatów w literaturze zostałam dzięki twórczości Marleny de Blasi i jej „Wieczorom w Umbrii”. Kolejną książką , która podbiła moje serce jest „Tamtego lata na Sycylii” i te dwie wędrówki po tym niesamowitym kraju sprawiły, że przepadłam z kretesem. Autorka oczarowała mnie totalnie, włącznie z moimi kubkami smakowymi, które podczas czytania wręcz oszalały. Od tamtej pory, każdą jej książkę czytam z przyjemnością, nawet jeśli opinie na jej temat są podzielone, a ogólna ocena nie wypada powalająco. Ja i tak wiem, że w twórczości tej kobiety znajdę coś dla siebie. „Tysiąc dni w Orvieto” to trzecia książka autorki na mojej półce i zapewne nie ostatnia bo wiem, że mam do nadrobienia to i owo z jej dorobku. Po tym, czego miałam okazję zakosztować czytając te trzy, wiem już czego mogę się spodziewać i z chęcią oraz rozbudzoną ciekawością wyruszę jeszcze w niejedną literacką podróż, będąc cieniem Marleny de Blasi.
Orvieto - malownicze średniowieczne miasteczko w Umbrii, nazywanej "zielonym sercem Italii". To właśnie tam postanawiają przeprowadzić się Marlena i Fernando, by znaleźć dla siebie nowy dom. Jeden z zabytkowych pałacyków z imponującą salą balową mógłby okazać się wygodnym mieszkaniem. Problem w tym, że pałacyk wymaga generalnego remontu, co dla sympatycznego małżeństwa oznacza mnóstwo kłopotów, ale i przygód. Marlena zakochuje się w atmosferze Orvieto, w odkrywaniu lokalnych tajemnic, w smakowitych potrawach i w mieszkańcach miasteczka - grupce barwnych postaci, wśród których znajdą się artyści, arystokraci, pasterze i pewien samotny wiolonczelista...
  „Nie ma co doszukiwać się wielkich tajemnic dotyczących radości. Zwyczajnie trzeba dostrzegać, to co daje nam szczęście. Przede wszystkim właśnie to należy wiedzieć na swój temat.”

Co powiecie na wędrowny tryb życia z zakochanym po uszy wenecjaninem? Wyobraźcie sobie, że możecie pozwolić sobie na luksus mieszkania w różnych miejscach. Dwa lata tu, trzy tam, następnie kolejne dwa zupełnie gdzie indziej... Jeśli dorzucić do tego podróż po zakątkach Italii, wtapianie się w zwyczaje danego regionu i jego mieszkańców, a także smakowanie tradycyjnej kuchni wraz z nowo zdobytymi przyjaciółmi, to całość brzmi naprawdę kusząco. Każda nowo poznana osoba może stać się przyjacielem posiadającym niezwykle ciekawą historię, która nie tylko fascynuje, ale również uczy. Każda chwila spędzona przy wspólnym stole może być magiczna i wcale nie chodzi o to, co na tym stole się znajduje, a o to kto przy nim siedzi. Oczywiste, prawda? A jednak, tak często o tym zapominamy. Dlatego tak bardzo cenię sobie twórczość autorki gdyż w każdej ze swoich książek prócz miłości do jedzenia, pokazuje miłość i otwartość do ludzi. Z wyczuciem i prostotą opisuje ich historie, ale także przypomina to, co w życiu najważniejsze. Jeśli lubicie eksperymentować w kuchni to znajdziecie tutaj garść przepisów, dzięki którym będziecie mogli zrobić sobie równie wykwintną ucztę we własnym domu.

Marlena de Blasi - Dziennikarka i krytyk kulinarny. Z pochodzenia Amerykanka, od kilkunastu lat mieszka we Włoszech. Napisała książki wspomnieniowe o Wenecji, Toskanii, Sycylii. Obecnie wraz z mężem zajmuje się organizacją wycieczek kulinarnych po Toskanii i Umbrii.

„Miłość powstaje jak perła i składa się z wielu warstw cierpienia.”

„Tysiąc dni w Orvieto” to książka, w której próżno szukać dynamicznej akcji, bądź trzymającej w napięciu fabuły. To po prostu leniwie płynąca z własnym nurtem opowieść o miasteczku na skale i urokach Umbryjskich okolic. To także ludzie i ich losy, często splecione w jeden warkocz urazów pielęgnowanych od lat i miłości, które miały w sobie iskrę, ale także wiele warstw cierpienia. Autorka w swoich wspomnieniach próbuje przekonać nas do zaakceptowania tego co przynosi życie i płynięciu z jego nurtem. Marlena de Blasi po raz kolejny czaruje tym co Włoskie, zaczynając od jedzenia poprzez krajobrazy, zwyczaje, a na ludziach kończąc. Czytając książki tej autorki mam wrażenie, że bohaterów jej wspomnień znam osobiście, jestem świadkiem rozmów, spacerów, wspólnego gotowania czy picia wina. Dla wielu ta książka może okazać się zwyczajnym niewypałem, bo nic się w niej nie dzieje, ja jednak znalazłam to czego szukałam. Strony tej książki przesycone są zapachami kuchni tradycyjnej. Ona jest w połowie o jedzeniu i o uwielbieniu do prostoty posiłków, ale przede wszystkim pachnie ziołami, gorącym chlebem, aromatycznym mięsem i winem. Czytając te pachnące wspomnienia pozwoliłam sobie na odpoczynek i podróż po Orvieto – taka nieśpieszna wędrówka podczas, której nie muszę ruszać się z fotela. Komu poleciłabym książkę Marleny de Blasi? Miłośnikom Italii, dobrego jedzenia i powieści wspomnieniowych.

„Niech życie układa się samo.”

niedziela, 2 września 2018

Detektyw Arrowood - Mick Finlay


cykl: Arrowood Mystery (tom 1)
wydawnictwo: HarperCollins Polska
tytuł oryginału: Arrowood
data wydania: 2 marca 2018
liczba stron: 336

Kolejna już książka z detektywem w roli głównej. Powiecie, że to staje się już nudne? Dla wielu może to faktycznie być już monotonne, takich tytułów znajdziecie mnóstwo, każdy z nich to następca Holmesa, Poirota bądź innego słynnego detektywa. Jak wiadomo owo grono stale się powiększa i to także o kobiety. Nie tylko w księgarniach czy bibliotekach znajdziecie sporo takich tytułów, na moich półkach też zbiera się coraz pokaźniejsza kolekcja, z czego bardzo się cieszę. Uwielbiam te książki i ta tematyka wcale mnie nie nudzi. Szczególnie jeśli idzie o kryminały retro. Powiem więcej, już mam w planach zakup kolejnych książek tego typu, tym razem z francuskim detektywem, którego poznałam w odsłonie telewizyjnej, a znajomość chętnie pogłębię przez wersję papierową. Przejdźmy jednak do samego Arrowooda. Ten facet to kompletne przeciwieństwo Holmesa, łączy ich co prawda „dedukcja”, czy też zainteresowanie ludzką psychiką, jednak dzieli sporo. Wizerunek, osiągnięcia, status materialny, a nawet stan cywilny. Bohater, którego wymyślił Mick Finlay to detektyw niższej rangi, do którego przychodzi ten, którego nie stać na sławę Londynu, czyli Holmesa. Facet po przejściach, którego zostawiła żona. Nie może też poszczycić się takim dorobkiem jak jego konkurent, którego zresztą krytykuje przy każdej okazji, skrycie zazdroszcząc mu sławy.
Londyn w 1895 roku to miłe miejsce dla bogatych i przedsionek piekła dla biedaków. W brudnych zaułkach kwitnie handel narkotykami i prostytucja. Policja ma pełne ręce roboty, ale z braku środków większość spraw odkłada na półkę. Bogaci w razie potrzeby wynajmują Sherlocka Holmesa, biedni stukają do drzwi Arrowooda. Arrowood czasami za dużo pije i za często zażywa laudanum, ale zna się na ludziach i na kilometr wyczuwa kłamstwo. Holmes to według niego bogaty pozer, bezradny, gdy w sprawie brakuje wyraźnych tropów. Gdy Arrowood przyjmuje zlecenie od panny Cousture, spodziewa się banalnego śledztwa. Znajdzie jej zaginionego brata, zainkasuje honorarium i zapomni o sprawie. Dzieje się inaczej, ta historia ma drugie, a może nawet trzecie dno, a Arrowood nadepnie na odcisk bardzo niebezpiecznym ludziom.
„Detektyw Arrowood” chodzi w za ciasnych i o rozmiar mniejszych butach, nie przeszkadza mu to jednak nadepnąć na odcisk niebezpiecznym ludziom z Londynu. Musi rozwiązać sprawę, która z pozoru wydaje się łatwa, jednak wraz z upływającym czasem i przybywającą ilością kłamstw, staje się naprawdę niebezpieczna, a na szali postawione zostaje życie w tym zupełnie niewinnych osób. Nasz detektyw nie tylko przemierza mało eleganckie ulice jednego z najsłynniejszych miast, on przedziera się wręcz przez gęstwinę poszlak i niedomówień swojej klientki. Sprawa, która miała być banalna nagle prowadzi do zadziwiających odkryć i staje się wielowątkowa. Tak jak Sherlock Holmes ma swojego wiernego kompana i sekretarza, tak Arrowood ma swojego pracownika od zadań specjalnych.Nie są co prawda na takiej stopie przyjacielskiej jak Watson i Holmes, ale dogadują się nieźle. Książka sama w sobie jest niezła, chyba nawet bardziej dynamiczna niż te opisujące przygody bohatera wymyślonego przez Arthura Conana Doyle’a. Narratorem jest Barnett, który w lekki i przyjemny sposób prowadzi czytelnika w ślad za swoim pracodawcą. Jeśli lubicie klimaty starego Londynu i kryminalne zagadki z prywatnymi detektywami, to polecam wam serdecznie. Czytanie nie sprawi wam żadnych trudności, nie obciąży szarych komórek, ani nie powieje nudą (ja się nie nudziłam). Mick Finlay napisał książkę, która potrafi wciągnąć, stworzył fabułę, która nabiera tempa z każdym kolejnym tropem, a śledztwo tak naprawdę prowadzi na inne tory niż początkowo na to wyglądało. Tak więc kochani, zapraszam na fajną przygodę opisaną w trzydziestu siedmiu rozdziałach, bo jest ona naprawdę warta uwagi.

czwartek, 23 sierpnia 2018

Prowadź swój pług przez kości umarłych - Olga Tokarczuk


wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
data wydania: 16 lutego 2017
liczba stron: 323

„Trzeba mieć oczy i uszy otwarte, kojarzyć fakty. Widzieć podobieństwo tam, gdzie inni widzą całkowitą odmienność, pamiętać, że pewne wydarzenia dzieją się na różnych poziomach lub, mówiąc innymi słowy, wiele zdarzeń jest aspektami tego samego, I że świat jest wielką siecią, że jest całością i nie ma żądnej rzeczy, która byłaby osobna. Że każdy, najmniejszy nawet fragment świata związany jest z innymi skomplikowanym Kosmosem korespondencji, które trudno jest przeniknąć zwykłemu umysłowi . Tak to działa. Niczym japońskie auto.”

Któregoś dnia natrafiłam na jedno bardzo piękne i jakże trafne zdanie dotyczące książek, utkwiło mi w pamięci i teraz podczas pisania musiałam je koniecznie odszukać. Autorka bloga Lustro Rzeczywistości w jednej ze swoich recenzji napisała : „[…] są też takie książki, które powinny być wydawane na pancernym papierze, by przetrwały ponowne czytanie, nerwowe przewracanie stron, moczenie potokiem łez i wściekłe rzucanie o ścianę.” Zgadzam się z tym, a od siebie dodałabym jeszcze to, że druk na takim papierze zapewniłby przetrwanie bogatemu, barwnemu językowi, którym dana historia została napisana. W moje ręce trafiła właśnie książka, która wpisuje się w ramy tej reguły. Konkretnie mowa o książce Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, która oczarowała mnie od pierwszych stron.
W oddalonej od reszty świata górskiej osadzie w pięknej Kotlinie Kłodzkiej mieszka ze swoimi psami Janina Duszejko – nieco ekscentryczna starsza pani, miłośniczka astrologii, która w wolnych chwilach dogląda domów nieobecnych sąsiadów i tłumaczy poezję Williama Blake’a. Niespodziewanie przez tę spokojną okolicę przetacza się fala morderstw, których ofiarą padają miejscowi myśliwi. Czy to możliwe, by to zwierzęta – jak sugeruje Duszejko – zaczęły czyhać na życie swych oprawców? Wszak Blake pisał: „Błąkająca się Sarna po lesie / Ludzkiej Duszy niepokój niesie”…
„Czasem myślę, że tylko chory jest naprawdę zdrowy.” 

„Prowadź swój pług przez kości umarłych” nie należy do grona lekkich i przyjemnych lektur, jakie zabiera się na plażę, żeby urozmaicić sobie opalanie i nie przemęczyć się intelektualnie. Książka Olgi Tokarczuk to gruby kaliber literacki, który daje do myślenia, zachwyca bogactwem językowym i treścią, która potrafi zaskoczyć tym, co teoretycznie jest do przewidzenia. Thriller moralny, w który została wpleciona zagadka kryminalna, gdzie główną rolę odgrywają zwierzęta. Janina Duszejko to ekscentryczna kobieta, której na sercu lezy dobro zwierząt. Jest wyśmiewana przez otoczenie i często nazywana wariatką. Mieszka na odludziu, a zimą rzuca okiem na pobliskie posesje. W wolnych chwilach układa tarota, prowadzi wojnę z myśliwymi i walczy z powracającymi dolegliwościami. To bardzo ciekawa postać literacka, która swoim zachowaniem ma coś do przekazania. Autorka w swojej książce porusza temat kłusownictwa, tego jak traktujemy braci mniejszych i jak bardzo nasze życie się zmienia. W książce Tokarczuk nie tylko znajdziecie niesamowicie surowy i zarazem zachwycający obraz Kotliny Kłodzkiej, ale również świetnie odzwierciedlony portret ludzkiej natury. Ta książka to skarbnica cytatów, zilustrowana fotografiami z planu filmowego „Pokot”, a także nie zabraknie w niej fragmentów poezji Blake’a. Podsumowując: są takie książki przy których warto się zatrzymać dłużej, po prostu pozwolić się oczarować porządnej literaturze. „Prowadź swój pług przez kości umarłych” lektura warta uwagi, ale z pewnością nie dla każdego.

„Dzieci są giętkie i miękkie, otwarte i bezpretensjonalne. Nie prowadzą small-talków, którymi każdy dorosły potrafi zamamrotać swoje życie. Niestety, im starsze, tym bardziej poddają się władzy rozumu, stają się, jakby to powiedział Blake, obywatelami Ulro i już nie tak łatwo i naturalnie dają się naprowadzić na własną drogę.”

sobota, 18 sierpnia 2018

Rozdarta zasłona - Maryla Szymiczkowa


cykl: Profesorowa Szczupaczyńska Zofia (tom 2)
wydawnictwo: Znak Literanova
data wydania: 12 października 2016
liczba stron: 304

„Przez rozdartą zasłonę pozorów uderza nas widok błotnej kałuży.”

Raz posmakowała prawdziwej zagadki, zbrodni i roli detektywa w spódnicy i wraca by rozwikłać kolejne śledztwo. Profesorowa Szczupaczyńska ponownie przemierza ulice Krakowa by sprawiedliwości stało się zadość. Skoro policja sobie nie radzi, to ona musi coś z tym niezwłocznie zrobić, tym bardziej, że ofiara zbrodni mieszkała pod jej dachem. Skoro jest profesorowa to znaczy, że Maryla Szymiczkowa nie poprzestała na „Tajemnicy Domu Helclów” i raczy swoich czytelników kolejną interesującą zagadką kryminalną w stylu retro.
Pod willą Rożnowskich wielkie zbiegowisko - Wisła wyrzuciła na brzeg zwłoki młodej dziewczyny. W domu profesorostwa Szczupaczyńskich nie mniejsza tragedia: Karolcia - dopiero co przyuczona do służby - niespodziewanie złożyła wymówienie. A tu zbliża się Wielkanoc i Zofia Szczupaczyńska musi się zająć całym domem, mając do dyspozycji zaledwie jedną służącą! Wie jednak, że jej obywatelskim obowiązkiem jest pomóc w znalezieniu sprawcy morderstwa nad Wisłą. Nawet jeśli będzie zmuszona złamać większość zasad statecznej matrony. Czy uda jej się zedrzeć zasłonę skrywającą mroczne oblicze Krakowa 1895 roku?
„Rozdarta zasłona” to literacki kąsek, którym można delektować się do samego końca, tak jak w przypadku debiutanckiej „Tajemnicy Domu Helclów” tak i tutaj możemy spokojnie mówić o kryminale z wysokiej półki. Tym razem fabuła przenosi nas do roku 1895, do momentu, w którym Wisła wyrzuca na brzeg ciało młodej dziewczyny. Tą dziewczyną jak się okazuje była służąca profesorstwa Szczupaczyńskich, Karolcia. Urodziwa młoda osóbka, która nagle porzuciła pracę by ruszyć za miłością. Pytanie tylko, dlaczego ruszyła aż na tamten świat i kto jej w tym pomógł? Jak się domyślacie Zofia Szczupaczyńska nie spocznie póki nie dowie się kto zamordował jej podwładną i co tak naprawdę kryje się za całą tą historią. A kryje się oj kryje i to sporo… Tym razem nasz detektyw na obcasikach trafi na trop brudny, odrażający i taki, który powinien być obcy damie z towarzystwa. Jeśli ktoś sądzi, że kobiety to słaba płeć, która od wszystkich straszności dostają zawrotów głowy i mdleją to się grubo myli, szczególnie w przypadku Zofii Szczupaczyńskiej. Można by ją opisywać na różne sposoby, jednak idealną charakterystykę znalazłam w tekście i mogę sobie darować snucie swoich wersji. Oto jak autorka opisuje swoją bohaterkę:

„Ekscytacja z powodu awanturniczych poszukiwań mordercy dalece przewyższała radość statecznego dbania o ognisko domowe; wertowanie czasopism w bibliotece cieszyło ją o wiele bardziej niż studiowanie książeczki do nabożeństwa, a zbieranie datków na renowację katedry nie mogło się równać z gromadzeniem tropów i z próbami ułożenia z nich mozaiki, która wyjawiłaby sekret zabójstwa Karolci.”

Maryla Szymiczkowa to wdowa po prenumeratorze „Przekroju” w twardej oprawie, królowa pischingera, niegdysiejsza gwiazda Piwnicy pod Baranami i korektorka w „Tygodniku Powszechnym”. Kobieta powołana do życia przez dwóch mężczyzn… Jacka Dehnela oraz Piotra Tarczyńskiego. Pierwszy z tej dwójki jest pisarzem, poetą, tłumaczem i autorem bloga poświęconego tabloidowi kryminalnemu „Tajny Detektyw”. Drugi zaś jest historykiem, tłumaczem oraz amerykanistą.

Zapewne się powtórzę, ale „Rozdarta zasłona” Maryli Szymiczkowej to również kryminał z charakterem, w którym górą jest kobieta. Powiem więcej, ta kobieta wykazała się większym zaangażowaniem i dedukcją niż policja. Jej spryt, logika i odwaga pozwoliły nie tylko zdemaskować zabójcę, ale również odkryć szereg licznych powiązań z bezlitosną szajką przestępców i skorumpowaną władzą. Nagle Kraków stał się miastem z podwójną tożsamością, miastem pozorów, w którym każda kamienica kryje swoje sekrety i ciemne sprawki. Jest to dowód na to, że nie tylko mężczyzna może być mistrzem na polu dedukcji, co więcej kobieta radzi sobie równie dobrze i to pod nosem niczego niepodejrzewającego męża. Podsumowując: książka godna polecenia wszystkim miłośnikom tego gatunku. Przyznam szczerze, że obawiałam się rozczarowania, szczególnie po pierwszej połowie książki, jednak później lawinowo akcja się rozkręciła, nabrała rumieńców i to dosłownie… nie zabraknie przekrętów, makabrycznej zemsty, morderstwa z zimną krwią i międzynarodową aferą z handlarzami żywym towarem. Najlepsze i tym samym najsmaczniejsze jest zakończenie, gdy po raz kolejny profesorowa Szczupaczyńska zamienia się jakby w Poirota i krok po kroku zgromadzonym uczestnikom spotkania opowiada jak doszła do rozwiązania sprawy. Arcydzieło polskiego kryminału. Już wiem, że najnowsza książka autorki trafi w moje ręce i nie pozwolę jej czekać tak długo jak jej poprzedniczce. To nie przypadek, że autorce (autorom) po raz kolejny udała się tak dobra książka, którą można się wręcz delektować i polecać znajomym. Polecam gorąco!

„Czasami nie ma innego sposobu, jak zgrzeszyć mniej, by większego grzechu uniknąć.”

czwartek, 16 sierpnia 2018

Będziesz na to patrzył - Magda Rem


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 3 lipca 2018
liczba stron: 408

Czerwona koperta może zawierać list miłosny, albo anonim, który zamieni życie adresata w piekło na ziemi. Wraz z nowym biegiem wydarzeń, pojawią się pytania. Grzebanie w przeszłości, szukanie wrogów i zranionych przyjaciół. Magda Rem napisała książkę, w której trup ściele się gęsto, a psychopata jest zdolny do wszystkiego. Jednak poza trupami na drugim planie jest siatka powiązań ludzkich. Przez całe swoje życie spotykamy mnóstwo osób, nawet przelotne znajomości odciskają „ślad” w czasoprzestrzeni i to, co dziś wydaje się błahym epizodem, za kilkanaście lat będzie powodem do zemsty. Kolejne na co można zwrócić uwagę to metamorfoza człowieka pod wpływem tragedii, cierpienia… Czasem nawet nie dostrzegamy tej kruchej cieniutkiej granicy między dobrem, a złem.
Rodzina Barczów – zwyczajni ludzie, zwyczajne życie. Marek – lekarz, Elwira – tłumaczka, i ich piętnastoletnia córka Marta – ładna, zdolna, dobrze wychowana. Jeśli ktoś ma swoje słabości, bez problemu ukrywa je przed innymi, bo nie są to grzechy śmiertelne. Romans, zdrada… Z czasem takie problemy rozwiązują się same. Więc dlaczego z jasnego nieba uderza nagle grom? Początkiem koszmaru jest anonimowy list do Marka: "Będziesz na to patrzył!". Szczęśliwe życie zamienia się w zły sen – i rozpoczyna się wyścig z czasem. Skąd pojawiło się zagrożenie, stawiające pod znakiem zapytania byt rodziny? Co kieruje sadystycznym prześladowcą? Jak daleko się on posunie? Marek staje do nierównej walki. Szuka przyczyn swego upadku. Nie wie, czy ma za przeciwnika psychopatę czy ostatniego sprawiedliwego. Nie wie, kto zawinił, komu i w czym. Niczego nie wiadomo, a tymczasem jakby wszystko się sprzysięgło przeciw niemu. Brak odpowiedzi, brak sposobu i czasu, żeby je znaleźć, a tymczasem wali się cały świat! Prześladowca cierpi, nie zna więc litości.
„Będziesz na to patrzył” to dobrze napisany, trzymający w napięciu thriller, który potrafi zaskoczyć czytelnika jeszcze przed dotarciem do ostatniej kropki. Fabuła niesamowicie wciąga. Między rozwojem współczesnej akcji podróżujemy w przeszłość, by zbierać elementy rozsypanej układanki i dzięki temu dość szybko dowiadujemy się, kto jest prześladowcą głównego bohatera. Jednak ostateczna zagadka – co ich łączy i czym zawinił mu Marek- pozostanie wyjaśniona dopiero na końcu. Objętościowo też jest w sam raz, nie za obszernie ani nie za licho. Jak dla mnie nudą nie wiało ani przez chwilę! To opowieść o idealnej rodzinie, która może się wydawać aż za szczęśliwa i książkowa. Może jednak autorce chodziło właśnie o to, żeby pokazać, że nawet tych żyjących w sielankowych klimatach może dosięgnąć koszmar. Książkę czyta się ekspresowo, powiedziałabym że przyjemnie, choć to co spotyka głównego bohatera przyjemne nie jest. Jednak mimo napięcia brakuje mi tu tego dreszczyku grozy, który miał sprawić, że „przeczytam i nie zmrużę oka” jak to obiecuje tekst na okładce. Jeśli szukacie wnikliwej analizy psychologicznej to raczej jej nie dostaniecie, a niektóre wątki mogą wydać się naciągane, ale to już zależy od gustów, guścików i wymagań. Ja osobiście jestem zadowolona i z pewnością jeszcze kiedyś sięgnę po twórczość autorki.

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Ogarnij się! - Sarah Knight


wydawnictwo: MUZA SA
tytuł oryginału: Get Your Sh*t Together! 
data wydania: 18 kwietnia 2018 
liczba stron: 256

„Ogarnij się!” to książka, która krótko mówiąc miała mi podpowiedzieć jak tu się w szale dnia codziennego ogarnąć. Okazało się, że przydanych dla mnie informacji jest tak naprawdę niewiele, a większość jest po prostu przegadana.
Jest książką dla tych wszystkich, którzy dążą do uporządkowania umysłowego rozgardiaszu - czyli takich spraw, jak praca zawodowa, finanse, kreatywność, związki i zdrowie. Pozwoli wyrwać się z kolein rutyny, aby wieść życie, jakiego pragniemy. Dzięki tej książce dowiesz się, jak obierać cele, jak je realizować wbrew drobnym trudnościom, a także poważnym przeszkodom, a potem - jak sobie wyobrażać i osiągać cele jeszcze większe, które być może dotąd nie wydawały ci się nawet możliwe. Pomoże ci przestać wchodzić sobie samemu w drogę - i to raz na zawsze. A na dodatek uwolnić się od rzeczy, które we własnym mniemaniu powinieneś robić, aby móc załatwić to, co naprawdę musi być zrobione i zająć się tym, co robić chcesz.
„I wiecie co, dziewczynki i chłopcy? Im więcej macie na głowie i mniej (w swoim przekonaniu) macie na to czasu, tym bardziej potrzebujecie w swoim życiu listy rzeczy, które muszą być zrobione. […] Rzecz w tym, że wcale nie musisz robić wszystkiego.”

Sarah Knight zadebiutowała na rynku wydawniczym książką „Magia olewania”, której nie miałam okazji czytać. Zdecydowanie bardziej trafiał do mnie tytuł jej kolejnej książki. Bo wiecie, będąc matką, żoną, panią domu, blogerką i miłośniczką książek trzeba to wszystko pogodzić, a tym bardziej, że życie na tym się nie kończy, gdyż w głowie już kotłują się kolejne plany czy też marzenia. Stąd zainteresowanie takim, a nie innym tytułem, zwyczajnie chciałam sobie poukładać wszystko sprawniej. Sama autorka twierdzi, że nie jest to typowy poradnik – nie bardzo wiem czym on ma się różnić od typowego, ale niech będzie. Miało być na luzie i jest, tylko momentami miałam wrażenie, że autorka kręci się w kółko. Powtarza się i sili na lekkość – szkoda papieru na powtarzanie i lanie wody, lepiej krótko i na temat. Oczywiście humoru nigdy za wiele, ale nie musi on wręcz przytłaczać. Nie jest to obszerna książka, a i tak jej nie skończyłam (co jest naprawdę rzadkością!). Przejrzałam spis treści i wybrałam to, co mnie najbardziej interesuje. Przeczytanie wybranych rozdziałów skutecznie zniechęciło mnie jednak do czytania reszty i marnowania mojego cennego czasu. Jak się domyślacie nie polecam!

środa, 8 sierpnia 2018

Maybe Someday - Colleen Hoover


cykl: Maybe (tom 1)
wydawnictwo: Otwarte
data wydania: 13 maja 2015
liczba stron: 440

Są takie książki, które z niewiadomych przyczyn odkłada się na później. Dotyczy to także książek, które zbierają pozytywne opinie, a twórczość danego autora już zdążyło się poznać wcześniej. Na mojej liście książek do przeczytania i odkładanych w czasie znajduje się między innymi książka Colleen Hoover „Maybe someday”. Na pytanie dlaczego z przeczytaniem tej historii czekałam kilka lat nie znam odpowiedzi i sama się nad tym dzisiaj zastanawiam.
On, Ridge, gra na gitarze tak, że porusza każdego. Ale jego utworom brakuje jednego: tekstów. Gdy zauważa dziewczynę z sąsiedztwa śpiewającą do jego muzyki, postanawia ją bliżej poznać. Ona, Sydney, ma poukładane życie: studiuje, pracuje, jest w stabilnym związku. Wszystko to rozpada się na kawałki w ciągu kilku godzin. Wkrótce tych dwoje odkryje, że razem mogą stworzyć coś wyjątkowego. Dowiedzą się także, jak łatwo złamać czyjeś serce… "Maybe Someday" to opowieść o ludziach rozdartych między „może kiedyś” a „właśnie teraz”, o emocjach ukrytych między słowami i o muzyce, którą czuje się całym ciałem.
„Mierne życie jest zmarnowanym życiem.”

„Maybe someday” polecały mi inne czytelniczki, podobno na tej książce nie można się zawieźć i wciąga od pierwszych stron. I wiecie co? Przeczytałam kilka stron i wiedziałam, że przepadłam! Pamiętam, że żeby ją skończyć siedziałam do pierwszej w nocy i nie przeszkadzał mi nawet katar! Ta powieść nie opowiada o zwyczajnej historii miłosnej, w której znajdziecie różne emocje. Ta książka sama w sobie jest jedną wielką emocją, którą będziecie przeżywać nawet po ostatniej stronie. To opowieść o miłości, która nie miała prawa się narodzić, o uczuciu, z którym walczy Ridge i Sydney. To muzyka, przekraczanie barier i namiętność, która pali od środka. To jedna z tych historii o miłości, o jakiej każdy marzy i jaką każdy powinien w swoim życiu przeżyć. Zapewniam, że przeczytacie ją w tempie ekspresowym i będziecie mieć jeszcze mało. Colleen Hoover po raz kolejny udowodniła mi, że potrafi pisać i pociągać za odpowiednie sznurki emocji. Myślę, że nawet tym razem przeszła samą siebie, a kilka jej książek już przeczytałam, więc mam jakieś porównanie. Jeżeli macie okazję przeczytać „Maybe someday”, a jeszcze tego nie robiliście to nie zwlekajcie. Ja gorąco polecam!

  „[…] ludzie nie wybierają, w kim się zakochują. Mogą jedynie wybrać, kogo dalej będą kochać.”

piątek, 27 lipca 2018

Zawsze będziemy mieli Paryż - Emma Beddington


wydawnictwo: W.A.B.
data wydania: 23 maja 2018
liczba stron: 320

Po długiej przerwie wracam do was z recenzją książki, którą podobno powinien przeczytać każdy, kto jest zafascynowany stolicą Francji. Czyli jeśli jesteś mój drogi czytelniku w tym gronie to wiedz, że to podobno książka dla ciebie. To też książka, którą powinnam przeczytać i ja…bo Paryż to jedno z marzeń na mojej liście.
Gdy w bibliotece kwakierskiej szkoły z tradycjami na regale pojawia się francuskie Elle, życie Emmy zmienia się raz na zawsze. Choć umiłowanie przyjemności, które głosi się na łamach tego magazynu, nie jest czymś, co pochwaliliby ojcowie założyciele kwakryzmu, dziewczyna już wie, że tak właśnie chce żyć. Pragnie zostać Francuzką. W Paryżu swoich marzeń siedzi z pieskiem przed Cafe Flore samotna, wolna i szykowna. W rzeczywistości sprowadza się do miasta zakochanych po śmierci matki ze swoim francuskim partnerem i dwójką dzieci. Jest zaniedbana (przynajmniej w porównaniu z Francuzkami), nieszczęśliwa i o wiele mniej francuska, niż zawsze się jej wydawało. Emma powoli zdaje sobie sprawę, że to, czego szukała całe życie, to niekoniecznie eleganckie mieszkanie we francuskiej stolicy mody, lecz prawdziwy, ciepły dom.
„Zawsze będziemy mieli Paryż” to opowieść o marzeniu z czasów dzieciństwa, o fascynacji nieznanym, aczkolwiek kuszącym i odważnym. To poszukiwanie swojej tożsamości i miejsca na świecie. A tak konkretnie to meandry życia pewnej kobiety, która musiała pokonać w swoim życiu niejeden zakręt, spalić most, by wreszcie znaleźć szczęście i przejrzeć na oczy. To słodko – gorzka autobiograficzna opowieść o żałobie, miłości do Paryża, rodziny, o tęsknocie za tym co minęło, za domem, za językiem, za prawdziwą sobą. To historia matki, zmęczonej, nieprzystosowanej, przerażonej i zmagającej się z podjęciem najtrudniejszej decyzji w życiu.

Emma Beddington napisała książkę z którą można się zaprzyjaźnić, ale ta przyjaźń nie zawsze jest łatwa i przyjemna. Potrzeba czasu, aby ją docenić, zrozumieć i pozwolić by losy głównej bohaterki nas wciągnęły. Jak to w życiu bywa nie każdemu ta przyjaźń jest pisana. Opowieść Emmy nie należy do cukierkowych, bywa cierpko, a osłodą dla duszy są słodkości o których wspomina, a które pobudzają kubki smakowe czytelnika. Niestety nie jest to książka, która od samego początku powala na kolana, nad którą można piać z zachwytu i w ciemno polecać. Nie, to nie jest książka dla każdego. Mnie samą początek tak denerwował, a wręcz zniechęcał do dalszego czytania, że byłam bliska rzucenia jej w kąt. Jednak w pewnym momencie nadszedł przełom, coś drgnęło i czytanie nie było już męczarnią. Choć na samą myśl o początku i tych rozważaniach literackich bądź filmowych dostaję mdłości.

To brutalnie szczera, odważna i zarazem ciepła opowieść, która potrafi pobudzić do refleksji. To taki „przewodnik” po mieście miłości, który nie idealizuje go, a pokazuje jego dwa oblicza. Co więc z tym Paryżem? Autorka pokazała go na różne sposoby, być może trafiła w swoje wymarzone miejsce w niewłaściwym momencie, a jej ponowne spotkanie z miastem miłości choć wypadło w lepszym świetle nie zamazało pierwszego wrażenia. Myślę, że najlepiej przekonać się na własnej skórze czy jego urok na nas działa czy też jest przereklamowany. Co do książki… jeśli nie lubicie tego typu książek, które mimo trudności zaskakują i mogą zaoferować to i owo to nawet po nią nie sięgajcie. Zwyczajnie szkoda waszego czasu...

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki

sobota, 16 czerwca 2018

Moje serce w dwóch światach - Jojo Moyes


cykl: Lou Clark (tom 3)
wydawnictwo: Znak Literanova
data wydania: 6 czerwca 2018
liczba stron: 512

„To bzdura, że my kobiety, możemy mieć wszystko. Nigdy nie miałyśmy i nigdy nie będziemy mieć. Zawsze musimy dokonywać trudnych wyborów. Ale istnieje jakieś pocieszenie w tym, że robi się to, co się kocha.”

„Moje serce w dwóch światach” autorstwa Jojo Moyes to nowa, jeszcze ciepła bo kilka dni temu wydana powieść o losach Lou Clark. Dziewczynie znanej nam z książek „Zanim się pojawiłeś” oraz „Kiedy odszedłeś”. Przedostatnia recenzja na moim blogu była poświęcona drugiemu tomowi tej serii (znajdziecie ją tutaj) i jak wiecie moje odczucia były mieszane, a konkretnie to byłam trochę rozczarowana i zmęczona czytaniem. Tak więc, do trzeciego tomu podeszłam z dystansem, ale i ciekawością w jakim świetle tym razem autorka zaprezentuje Lou. Jakby nie patrzeć nasza główna bohaterka zaczynała nowy etap i wyruszyła do Nowego Jorku, czyli miasta bogaczy, żółtych taksówek i otwierających się przed nią nowych możliwości.
Josh ma spojrzenie zupełnie jak Will. Ten sam uśmiech, ten sam kolor włosów. Lou zaniemówiła, kiedy zobaczyła go po raz pierwszy. Czy to możliwe, że istnieje mężczyzna aż tak podobny do miłości jej życia? Miłości, która, jak się zdawało, bezpowrotnie odeszła? Nowy Jork, miasto drapaczy chmur, urokliwych restauracji, rozświetlonych alei i ludzi w ciągłym biegu. Miasto, które spełnia marzenia. Lou przyjeżdża tam, by nauczyć się nowych rzeczy. Wie, jak wiele kilometrów dzieli ją od Londynu, w którym mieszka Sam, jej nowy chłopak. Wie, że świeży związek może nie przetrwać próby odległości. Właśnie wtedy poznaje Josha. Jasne staje się, że każda decyzja, którą podejmie w kwestii swojej przyszłości, całkowicie zmieni jej życie.
Ci z was, którzy przeczytali poprzednie losy Lou wiedzą, że ostatecznie wyjechała do pracy w Nowym Jorku. W Anglii zostawiła nie tylko rodzinę, mieszkanie i przyjaciół, ale również swojego ukochanego. Dziewczyna pozbierała się po śmierci Willa na tyle, żeby zaryzykować i otworzyć się na wyzwania, jednak nie zdawała sobie sprawy z tego jak trudne decyzje przyjdzie jej podejmować, jak tysiące kilometrów rozłąki może wpłynąć na relacje z ukochanym i jak samemu można się w czasie kilku miesięcy zmienić. Sprawa robi się jeszcze ciekawsza, gdy na jej drodze pojawia się klon Willa. Czy on skradnie jej serce? A może ratownik Sam będzie tym jedynym? A może żaden z nich tak naprawdę nie da jej szczęścia. Kto wyciągnie pomocną dłoń?

„Moje serce w dwóch światach” to książka nie tyle dla kobiet co o kobietach, to one są siłą napędową, pokazują swoje możliwości, siłę, kreatywność, metamorfozy i szczęście. Bywają w ich życiu zakręty, kataklizmy, ale przez to są one bardziej prawdziwe, niezwykle barwne i charyzmatyczne. W tej książce mocną stroną są ewidentnie kobiety. To kolejna książka o zrzucaniu kokonu, zbroi poczwarki i rozwinięciu skrzydeł. Każda z tych trzech książek w jakiś sposób pokazuje jak na nasze życie mają wpływ osoby, okoliczności czy wydarzenia. Poprzedni tom to było pozbycie się żałoby, poskładanie w całość siebie po stracie, a tutaj metamorfoza idzie dalej. Jojo Moyes rzuca swojej bohaterce kłody pod nogi, które wprowadzą zamęt, przyprawią o łzy, ale ostatecznie dodadzą siły. To samo z ludźmi, których spotka na swojej drodze. Dziewczyna pozna świat pieniędzy, pseudo przyjaźni, zauroczenia, walki o cel, sekrety i ich brzemię. Autorka pokazuje też, że nie zawsze poznajemy się na ludziach z szybkością światła, ba czasem zbyt szybko kogoś ocenimy – negatywie bądź pozytywnie- a tak naprawdę potrzeba czasu i chęci, aby przekonać się jaka ta osoba jest. To właśnie relacja Lou z pewną staruszką tak mnie urzekła i nawet wywołała wzruszenie. Co tu dużo gadać, na jej życie też miała ogromny wpływ ta znajomość. O ile poprzednia część była dla mnie lekką torturą i czytało mi się ją opornie, tak ta jest dynamiczna i czyta się ją z prędkością światła. Ma w sobie barwy, emocje i ważne przesłanie. Ważne jest, aby poznać samego siebie, odkrywać nowe możliwości, robić to co się kocha i nie dać się nikomu stłamsić. Życie ma się jedno i warto być asertywnym, żeby zawalczyć o swoje życie. Żyć w zgodzie ze sobą i być otwartym na ludzi i na to co przyniesie los.

Podsumowując: zdecydowanie lepsza od poprzedniej części. Pozytywna, dynamiczna i momentami zaskakująca. To nie kolejne romansidło, nie wyciskacz łez, to zachęta do poszukiwania własnej drogi, to opowieść o przyjaźni, której nie straszna różnica pokoleń, to zamiłowanie do mody, kolorów, a dopiero w tle jest miłość, która jak wiadomo ma różne odcienie. To po prostu książka, którą warto przeczytać, szczególnie jeśli przeczytało się dwie poprzednie części.

„Mamy tyle wersji samych siebie, spośród których możemy wybierać. […] Najważniejsze, żeby nikt, kto ci towarzyszy, nie decydował, kim masz być, i nie przyszpilał cię jak motyle w gablotce. Najważniejsze to wiedzieć, że zawsze możesz znaleźć sposób, by wymyślić się na nowo.”

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki.

czwartek, 14 czerwca 2018

Larista - Melissa Darwood [RECENZJA PRZEDPREMIEROWA]


wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
data premiery: 21 czerwca 2018

„Dwa serca, jedno bicie, niech mnie odnajdzie miłość na całe życie .”

On – dziewiętnastoletni chłopak lubiący wyzwanie, adrenalinę, muzykę i swój motocykl. Ona – szara myszka spod trzynastki. Trzy lata młodsza, wzorowa uczennica z dobrego domu, która skrzycie marzy o chłopaku mieszkającym na końcu ulicy w starym, drewnianym domu po swojej babci. Tych młodych łączą przelotne spojrzenia, ciche „Cześć”, spacer w alei lipowej, pierwszy dotyk, skradziony pocałunek, ryzyko… Dzieli za to… nie ważne co, ważne jest uczucie, bo to przecież miłość, przeznaczenie...(to nie fabuła tej książki to tylko moja wyobraźnia!). Miłość na całe życie – która z nas o tym nie marzyła będąc nastolatką? Stawiam dobre piwo, że większość dziewczyn śniła o swoim księciu na białym koniu, liczyła na miłość od pierwszego wejrzenia - wiecie te motyle trzepoczące w brzuchu, a kiedy zasypiała miała przed oczami pokaz romantycznych scen. Nie każda musiała się do tego przyznawać, ale złożę się, że skrycie chciała właśnie przeżyć taką prawdziwą miłość. Jakby nie patrzeć takimi historiami o miłości raczyły nas baśnie, bajki, książki oraz filmy. Z biegiem lat zapewne obraz księcia wyblakł, a pierwsza miłość została tylko wspomnieniem i naiwną mrzonką – choć i tu zdarzają się wyjątki. Być może jest taka ONA i ON. Być może im się udało. Zazwyczaj jednak życie przesiewa przez drobne sito te miłości i nie tylko. Z dawnych lat, naiwności czy romantyzmu zostaje tylko wspomnienie, do którego można wrócić przy okazji czytania książki, czy też oglądania filmu, a i czasem znajdzie się zawieruszony w czasie list. Jedno jest pewne, każda choć przez chwilę chce poczuć się znów tamtą dziewczyną, której serce wariuje. Ja także i dlatego kolejny raz zatopiłam się w lekturze „Laristy”. Tak, to nie jest moja pierwsza przygoda z twórczością Melissy Darwood, a pierwsze spotkanie miało miejsce pięć lat temu. To nie jest również pierwsza recenzja tej powieści na moim blogu – prawdę mówiąc tamtej lepiej nie czytać.
Larysa przez całe swoje życie marzyła o miłości od pierwszego wejrzenia. I to takiej, która nigdy nie przeminie. Kiedy na swojej drodze spotyka Gabriela, tajemniczego Nieznajomego z jej sennego koszmaru, jeszcze nie wie, że całe jej życie niedługo się zmieni. Zarówno on, jak i niedawno poznany Daniel, mają plany względem dziewczyny. Jednak tylko jeden z nich ma przyjazne zamiary. Czy dziewczyna wybierze mądrze? Życie Larysy całkowicie się zmienia, kiedy pojawia się w nim Gabriel. Ten mężczyzna coś ukrywa, coś, co sprawia, że dziewczyna czuje się śledzona. Kim są tajemniczy Guardianie i Tentatorzy? Dlaczego życie Larysy jest w niebezpieczeństwie? Czy w dzisiejszych czasach jest miejsce na miłość od pierwszego wejrzenia?
„Larista”, która za kilka dni pojawi się w księgarniach po pięciu latach przeszła metamorfozę. I nie, nie chodzi tylko o okładkę i nowe wydawnictwo, a o treść. Autorka postanowiła jeszcze raz popracować nad losami bohaterów i zrobić mały lifting, a co najważniejsze postanowiła dodać punkt widzenia Gabriela, co jest znaczące dla lepszego wczucia się w fabułę. Choć już pierwsza wersja sprawiła, że moje serce zabiło szybciej to z ciekawością i sentymentem czekałam na pojawienie się tej historii w nowej odsłonie. Wiecie, tym razem nie przeżyłam szoku, że akcja dzieje się u nas, a nie w Ameryce – no bo przecież wydawało mnie się, że Melissa Darwood to nie Polka (tak, dałam się nabrać pseudonimowi) – za to pozwoliłam sobie na odświeżenie pamięci, rozkoszowanie romantyczną historią i zapoznanie z tym co w duszy gra temu tajemniczemu, seksownemu facetowi, którego kiedyś porównałam ze słynnym Edwardem i wyszło mi, że ten nasz jest o wiele lepszą wersją (łączy ich staroświeckie zachowanie, przez co obie te historie gdzieś tam się do siebie zbliżają). Nadal uważam, że jest to książka, która trafi w serce niejednej romantyczki, a może i romantyka. Do tego jest lekka i przyjemna. Fabuła zbudowana została na dobrze znanym szablonie, walki dobra ze złem, oraz miłości, która jest wręcz idealna, ale uwaga – nie jest przesłodzona, choć bywa słodko i nieracjonalnie (ale to nie jest przecież literatura faktu żeby twardo stąpać po ziemi!). Z pewnością umili leniwe wieczory i sprawi, że na te mniej więcej trzysta stron staniecie się znów osiemnastolatkami, którym szybciej zabije serce. Tak naprawdę jest to historia o przeznaczeniu, prawdziwej miłości, gorącej i romantycznej, ale także o tajemnicy, którą skrywa Gabriel. Autorka zabiera nas do niewielkiej miejscowości, do szkoły, do wędrówki po lesie, buduje swoją opowieść na prostocie, ale z każdą kolejną stroną zachęca coraz bardziej. To taka bajka dla współczesnych dziewcząt i kobiet, to wehikuł czasu, który odejmuje lat, wyostrza zmysły i bawi się naszą wyobraźnią. To książka, przy której będziecie się dobrze bawić, a dobra wiadomość jest taka, że za jakiś czas ma pojawić się kolejny tom. Tak sobie myślę, że jeszcze kiedyś dam się porwać tej historii, bo chcę sobie przypomnieć to, o czym znów mogę zapomnieć biegając po meandrach codzienności.

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki

wtorek, 5 czerwca 2018

Kiedy odszedłeś - Jojo Moyes


cykl: Lou Clark (tom 2) 
wydawnictwo: Znak Literanova
data wydania: 6 czerwca 2016
liczba stron: 496

„Trzeba żyć. Angażować się we wszystko i starać się nie myśleć o siniakach.”

Muszę przyznać, że Jojo Moyes ma talent do trafnych cytatów, na które warto zwrócić uwagę. Ten powyższy idealnie pokazuje jak powinno się żyć, jak z tego życia czerpać to co nam oferuje, bo przecież nigdy nie wiadomo co nas jutro może spotkać. Jednak nie wszystkim to przychodzi tak łatwo jak brzmi to w teorii, szczególnie po traumatycznych przeżyciach, takich choćby jak śmierć bliskiej nam osoby. Autorka idealnie obrazuje to w swojej kolejnej powieści „Kiedy odszedłeś”.
Nie myśl o mnie za często… Po prostu żyj dobrze. Po prostu żyj. Tyle że Lou nie ma pojęcia, jak to zrobić. I trudno jej się dziwić.
Jojo Moyes podbiła serca czytelników powieścią „Zanim się pojawiłeś” i przyznaje od razu, że moje serce ta powieść również skradła. Czytałam ją kilka lat temu i do dziś pamiętam z jaką łapczywością pochłaniałam kolejne strony by na końcu zużyć paczkę chusteczek (recenzje znajdziecie tutaj). Autorka niewątpliwie ma dar do snucia wciągających historii, które zapadają w pamięci o czym przekonałam się również podczas lektury „Razem będzie lepiej” (recenzja tutaj). Nie tylko ja cenię sobie lekkie pióro autorki, humor, barwne postacie czy też wciągające losy bohaterów, co zresztą widać po ilości sprzedawanych książek i liczbie fanów, która stale się powiększa.

„Znacznie łatwiej jest tkwić w swojej dołującej robocie i na nią narzekać. Znacznie łatwiej jest nie ruszać się z miejsca, nic nie ryzykować i zachowywać się tak, jakbyś nie mogła nic poradzić na to, co ci się przydarza. […] Twoje życie jest w twoich rękach, Lou. A ty zachowujesz się tak, jakbyś wiecznie zmagała się z wydarzeniami, na które nie masz żadnego wpływu.”

„Kiedy odszedłeś” to opowieść o dziewczynie, która próbuje pozbierać się po śmierci ukochanego. Co samo w sobie nie jest łatwe, a obietnica, którą mu złożyła dodatkowo ciąży na jej barkach. Jej życie przypomina wegetacje, w środku czuje pustkę, a codzienność przestała mieć jakiekolwiek jaskrawe barwy. Spokojnie można porównać ją do larwy, która musi przejść wreszcie proces przepoczwarczenia, aby mogła żyć jak dawniej, a może i lepiej. To historia o zmianach, nowych początkach i żałobie, którą w końcu za sobą zostawiamy by iść dalej przez życie. Tak naprawdę to opowieść o Lou, która towarzyszyła Willowi do ostatniego oddechu. Dziewczynie, która boi się zaangażować. Zrobić prawdziwy krok nie myśląc o siniakach. Jednak los sprowadza na jej dach pewną dziewczynę, która wywróci wszystko do góry nogami. Pojawia się z przytupem co nasza bohaterka poczuje w kościach i to dosłownie. To jest pierwszy impuls, który sprawi, że w jej życiu coś się zacznie się dziać. Nie będzie może lekko i wiele decyzji będzie musiała podjąć, jednak zawalczy o życie i jak zwykle będzie chciała kogoś „ocalić”

„Zanim się pojawiłeś” to książka, która mnie znokautowała, to jedna z lepszych książek jakie miałam okazje czytać. Poruszała temat tabu, który wywołuje kontrowersje i towarzyszy mu cała paleta emocji. Autorka stworzyła opowieść, która sama w sobie była jedną wielką emocją oraz trzymała w napięciu i pochłaniała z każdą kolejną stroną. Byłam pewna, że kontynuacja losów Lou znajdzie się na mojej półce i znalazła zaraz po premierze. Tylko nie mogłam się przełamać, żeby zacząć czytać. To trochę przez opinie innych czytelników, którzy twierdzili, że ta część nie jest tak dobra jak poprzednia. Tak więc, postanowiłam do niej dojrzeć i tak sobie czekała do teraz. Zaraz w księgarniach pojawi się już trzecia powieść z udziałem Lou i nadszedł, czas aby nadrobić zaległości. Zaległości nadrobione, ale powiem wam, że męczyłam się dość mocno przy czytaniu tej książki. Autorka nadal ma swój styl, ale czytanie szło mi opornie, nad fabuła unosiły się ciężkie ołowiane chmury, które przytłaczały nie tylko główną bohaterkę, ale i mnie. Lou walczyła z żałobą, ja walczyłam ze sobą, żeby tę książką w ogóle skończyć. Akcja była powolna, można powiedzieć, że za dużo to się nie działo, a już na pewno przez ¾ książki, na szczęście później było już ciekawiej i przyjemniej. Być może czytelnik miał odczuć jak czuje się Lou, jednak utrudniało to czytanie. Nie zmienia to jednak faktu, że książka ma ważne przesłanie, pokazuje, że warto otworzyć się na nowe doświadczenia, na to co przynosi los i iść na przód. Czytelnik jest świadkiem przemiany głównej bohaterki, a także innych postaci, które również borykają się ze stratą kogoś bliskiego. Właśnie zabieram się za trzecią część „Moje serce w dwóch światach” i mam nadzieję, że tutaj nie spotkają mnie czytelnicze tortury i całość połknę o wiele szybciej.

sobota, 12 maja 2018

Nora - Katarzyna Puzyńska


cykl: Lipowo (tom 9)
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 17 kwietnia 2018
liczba stron: 816

O przeczytaniu tej książki zadecydował za mnie los, tak metaforycznie rzez jasna, bo tak całkiem przyziemnie to stoi za tym człowiek. Tak czy siak ja tej powieści wcale nie zamierzałam czytać i to nie dlatego, że nie lubię tego gatunku, autorki czy też przerażała mnie objętość, bo nawet nie wiedziałam, że to takie grube tomisko. Stop. Ale! Może od początku i do rzeczy. Katarzynę Puzyńską, a konkretnie jej książki kojarzę, kilkakrotnie miałam okazję sięgnąć po jej twórczość, ale jakoś nigdy się za to nie zabrałam. Nie pytajcie dlaczego po prostu nie wiem. Gdy dostałam propozycję, żeby przeczytać „Norę” nawet bym się zgodziła, gdyby nie to, że zdążyłam przeczytać, że jest to dziewiąty tom. To mnie skutecznie zniechęciło. Zdarzyło mi się w swojej czytelniczej karierze przeczytać coś ze środka serii i powiem szczerze nie bardzo miałam ochotę na powtórkę. No bo jak to tak być do tyłu z tym co wydarzyło się wcześniej?! Aż tu pewnego dnia dotarła do mnie przesyłka i jakież było moje zdziwienie, że to właśnie „Nora” z dodatkiem w postaci tajemniczej maski. No to sobie teraz wyobraźcie jak moja ciekawość rośnie. Oczywiście od razu, gdy tylko miałam wolną chwilę, zabrałam się za czytanie.
Berenika jest zbuntowana i lubi chadzać własnymi ścieżkami. Po raz kolejny znika z domu. Jednak tym razem wszystko wydaje się być nie tak, jak zazwyczaj. Co gorsza w sprawę zaangażowany jest ojciec jednego z policjantów. Tymczasem w odległym o kilkadziesiąt kilometrów szpitalu psychiatrycznym zostaje zabita pacjentka. Na kilka godzin przed śmiercią wysyła enigmatyczną wiadomość z prośbą o pomoc. Czyżby wiedziała, że ktoś targnie się na jej życie? Jaki ma z tym wszystkim związek brutalnie okaleczone ciało odnalezione obok niedziałającej już dawno karuzeli? Co kryje studnia w zagajniku wśród pól? Czy aspirant Daniel Podgórski uporządkuje wreszcie swoje życie prywatne i zdoła powstrzymać mordercę zanim zginie ktoś jeszcze?
Tajemnicze zniknięcie młodej dziewczyny, trup za trupem, szerokie grono podejrzanych, a do tego zbrodnia sprzed dwudziestu lat. Już samo to brzmi obiecująco. Wiemy, że coś się dzieje, a to dobrze dla szarych komórek, nie tylko policji, ale także czytelnika. Jednak czytając „Norę” dostajemy więcej. Mamy tutaj wielowątkową opowieść, barwne postacie, które żyją własnym życiem, nie są tylko szkicem na papierze, mają wyraziste portrety psychologiczne, do tego warto wspomnieć o nietuzinkowej narracji, która sprawia, że czytanie staje się czystą frajdą. Kolejnym atutem tej książki, ale także podobno charakterystyczne jest to w stylu autorki, że świetnie łączy wątki obyczajowe z kryminalnymi, dzięki czemu każdy znajdzie coś dla siebie i nie ma mowy o nudzie. No właśnie, jeśli już mowa o bohaterach… rzadko się zdarza, żebym ot tak zapałała sympatią do jakiegokolwiek bohatera, a tutaj proszę… Od początku polubiłam Klementynę Kopp i im dalej zagłębiałam się w fabułę tym bardziej babkę lubiłam. Kurczę ja ją uwielbiam!

-(...) Czasem warto powalczyć o uczucia. Nawet jeśli to oznacza, że ryzykujesz, że się zbłaźnisz albo poczujesz się zraniona. W przeciwnym razie skończysz jak ja. (...)
-Pomarszczona i wydziarana? - próbowała chyba żartować Strzałkowska.
-Samotna.

Lubicie tajemnice? Sekrety, które powoli wychodzą na jaw wraz z prawdziwym obliczem bohaterów? Ja lubię. Tak samo jak napięcie, które autor potrafi stworzyć, by zaciekawić czytelnika jeszcze bardziej i nie podać na tacy za dużo. Katarzyna Puzyńska jest w tym mistrzynią. Wyobraźcie sobie, że ta książka ma ponad osiemset stron, a czyta się ją błyskawicznie (mi przeczytanie trochę zajęło, ale to z braku czasu na czytanie, ale jeśli ktoś ma czas to pójdzie mu to szybciej), a fabuła wciąga jak gąbka wodę. Książka została podzielona na akty i sceny, a także antrakt, teraźniejszość miesza się z przeszłością.

„Nora” to moje pierwsze spotkanie z twórczością i stylem pisarskim Katarzyny Puzyńskiej, więc nie mogę porównać tej historii z innymi. Nie mogę też powiedzieć, że wylądowałam na dobrze znanym terenie z bohaterami, których znam, bo tak nie jest. To dla mnie nowość, niby dziewiąty tom, a jakby pierwszy. Prawdę mówiąc nie przeszkadza to w niczym, a więc myliłam się, myśląc, że przeczytanie tej historii byłoby stratą czasu. Teraz już wiem, że marnowałam swój cenny czas nie czytając nigdy książek tej autorki, a „Nora” otworzyła mi oczy i narobiła mi apetytu na więcej. Tak więc, ja w przeciwieństwie do stałych czytelników powieści Puzyńskiej pojadę od końca do początku, ale i tak z czasem będę na bieżąco ze wszystkimi wydarzeniami. Jeśli jeszcze ktoś, kto tak jak ja, nie czytał to śmiało może zacząć nawet i od końca, choć myślę, że obojętnie, który tytuł by się wybrało i tak człowiek nie czułby się jakiś zagubiony. Nie pozostaje mi na koniec nic innego jak tylko podziękować, tej osobie, która zaadresowała przesyłkę na mój adres, gdyby nie ona, to nadal pewnie nie zdecydowałabym się na czytanie książek Puzyńskiej, a to byłby ogromny błąd. Moja biblioteczka powiększy się o kolejną imponującą serię.

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki

wtorek, 8 maja 2018

Apostrof. Międzynarodowy Festiwal Literatury - pełny program



Apostrof. Międzynarodowy Festiwal Literatury ogłasza pełny program

W maju dzięki Apostrofowi cała Polska będzie żyć literaturą. Siedem dni, siedem miast, dziesiątki spotkań i dyskusji, premiery oczekiwanych książek, teatr improwizowany oraz najlepsze literackie brzmienia podczas koncertów. Oprócz najważniejszych polskich twórców, na Międzynarodowym Festiwalu Literatury pojawią się autorzy z wielu zakątków świata. Literacko festiwal skupi się na tłumaczeniu, ideowo na naturze, a kulinarnie na trendzie zero waste. Znamy już pełny program wydarzenia, które odbędzie się w dniach 14-20 maja w siedmiu miastach Polski. Festiwal organizowany przez Empik to prawdziwa uczta dla miłośników literatury.


Pełny program:

wtorek, 1 maja 2018

Wszystkie dziewczyny Wertera - Jakub Łaszkiewicz


wydawnictwo: Wydawnictwo WasPos
data wydania: 8 marca 2018
liczba stron: 184

Książka, nad którą dzisiaj będę się rozwodzić jest dla mnie totalnym zaskoczeniem i nie będę owijać w bawełnę tylko na wstępie to zaznaczę. Nie spodziewałam się takiego poziomu literackiego po szesnastolatku, mowa oczywiście o Jakubie Łaszkiewiczu, który ma już na swoim koncie dwie powieści (Serio? Ja mam „trochę” więcej na karku latek, a nie napisałam ani jednej! Odkładam to wiecznie na potem…). Pisząc o wybitności jego talentu pisarskiego nie będę go mierzyła skalą jaką mierzy się klasyków czy też wybitnych sław literatury, chodzi mi bardziej o przedział debiutantów i to w tak młodym wieku.
Jak to jest z tymi dziewczynami? Czy Kazik Staszewski miał rację, śpiewając, że “to nic więcej jak tylko kłopoty”?  Czy warto zadzierać z miejscowymi dresiarzami? Czy matematyka jest tak niezbędna do życia, jak wszyscy twierdzą? Tomek, uczeń liceum, na własnej skórze przekonuje się, że życie z kobietami nie jest łatwe. Zwłaszcza jeśli na horyzoncie pojawia się ideał, który może być znakomitą odskocznią od zaborczej i zadufanej w sobie drugiej połówki. Idealna książka dla wszystkich, którzy cenią sobie poczucie humoru, mają dystans do siebie oraz chcą się dowiedzieć, jak NIE postępować z kobietami… i są ciekawi, jakie zastosowania może mieć kostium Batmana.
Macie siedemnaście lat, chodzicie do liceum, macie dziewczynę, fajnych znajomych i kilka pał z matmy. Pewnego dnia paradujecie po mieście w przebraniu Batmana, później poznajecie świetną laskę i świat staje na głowie. Z matmą gorzej, dziewczyna coraz bardziej problemowa, nowa panna intryguje, a w domu pojawia się babcia, jakby i bez niej było różowo. Życie nastolatka jak wiadomo łatwe nie jest… Młody chłopak, nasz główny bohater musi ogarnąć swój prywatny armagedon, a przy okazji nie zanudzić czytelnika.

„Wszystkie dziewczyny Wertera” to książka, którą powinnam przeczytać jakieś trzynaście lat temu. Niestety, w tamtym czasie autor miał dopiero trzy latka, więc nie był wstanie oświecić mnie w temacie funkcjonowania psychiki młodego chłopaka i jej wpływu na zachowanie przeciętnego nastolatka. Serio, ta książka mogłaby być swojego rodzaju poradnikiem zarówno dla płci męskiej jak i żeńskiej. Jedni mogli by czerpać wiedzę jak postępować z młodymi kobietami, a one mogłyby z kolei mieć ściągę co takiemu jeszcze nie mężczyźnie siedzi w głowie. Jakby nie patrzeć i jedni i drugie mają się za dojrzalszych niż są w rzeczywistości, co prawda ja już dawno do szkoły nie chodzę i do grona młodych gniewnych się nie zaliczam, ale myślę, że aż tak wiele się nie zmieniło. Swoją drogą ta książka idealnie nakreśla czasy szkolne i można sobie to i owo przypomnieć, choćby strach przed lekcją matematyki. Oczywiście nie o samej szkole będzie mowa. Mamy dawkę nastoletnich związków, a jak wiadomo te bywają skomplikowane, szybko się zaczynają, a potrafią skończyć jeszcze szybciej. Spora dawka koleżeństwa i zachowania ówczesnej młodzieży. Perypetie współczesnego Wertera zostały opisane lekko, przyjemnie i z humorem. Ze stylu autora przebija się dystans, młodzieńcza krew, dowcip, ironia, ale także cięższy kaliber tematyczny się tutaj znajdzie. Płynnie przeskakujemy z akcji na akcję, nie wieje nudą i przyznam, że chwilami autor może nawet zaskoczyć dynamiką w rozkręcającej się fabule. Jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona i dostałam więcej niż oczekiwałam, od tak młodego autora. Ma on do przekazania to i owo, myślę, że zarówno czytelnikom jego pokolenia jak i tym starszym. Im dalej w las tym bawiłam się lepiej i nie mogłam się oderwać od lektury. Wiecie co? Chętnie przeczytałabym ciąg dalszy! Częściej chciałabym być tak zaskakiwana przez autorów.

Podsumowując: „Wszystkie dziewczyny Wertera” to cieniutka książeczka, która przywróci wam młodość i czasy szkolne. Poczujecie smak pierwszych miłości, zazdrości, koleżeństwa, strachu przed kolejną pałą z matmy. Będą momenty, gdzie naprawdę parskniecie śmiechem albo zdziwi to do czego zdolna jest dzisiejsza młodzież. To lektura idealna żeby się zrelaksować. Na koniec powiem tylko tyle, chłopak ma talent i jeśli będzie go rozwijał, to niejeden raz może nas w przyszłości zaskoczyć.

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Czas mumii, czyli serce w bandażach - Ezra Fox, Alex Falcone


wydawnictwo: dziwny pomysł
tytuł oryginału: Unwrap My Heart: or It's Time For Mummies
data wydania: 21 kwietnia 2018
liczba stron: 164

Były wampiry, wilkołaki, upadłe anioły, a teraz nadszedł czas na… MUMIĘ! Skoro można zakochać się w wymienionych wcześniej istotach, to dlaczego by nie w gościu w bandażach? Facet zamiast oczu ma czarne dziury, żwawym krokiem raczej nie podąża, a jeśli już to szura nogami, zapach ma egzotyczny, wygląda jak hipster i jeździ niezłym wozem. W sumie dobre auto nie jest złe, szczególnie gdy ma się swoje lata i o energicznym kroku mowy nie ma. Jak wiadomo o gustach i guścikach się nie dyskutuje, serce nie sługa, a i trzeba być tolerancyjnym. W literaturze mnie już nie zdziwi nic, w końcu od tego ona jest, żeby naszą wyobraźnię pobudzać w każdy możliwy sposób. Tym bardziej jeśli mowa o miłości nastolatek do wszelkich bytów przybierających seksowną postać. Nastolatką to ja już dawno nie jestem, ale od zawsze ciągnęło mnie w stronę chociażby wampirów, więc gdy dostałam propozycję zapoznania się bliżej z mumią, to nie mogłam nie skorzystać. Tak więc, w moje ręce trafił „Czas mumii czyli serce w bandażach”, cieniutka książeczka, której przeczytanie nie zajmuje dużo czasu.
Sofia jest zwyczajną licealistką, która martwi się o zadania domowe i opinię innych uczniów, kiedy pojawia się ON: szalenie przystojny nowy uczeń, skryty za warstwą rozkładających się bandaży, wpatrujący się w nią pustymi oczodołami. Sofia bierze go za zwykłego hipstera, ale może ten zagadkowy nieznajomy skrywa coś więcej?Tak. On jest mumią. Naprawdę nie trzymamy tego w tajemnicy. Okazuje się, że to mumia. To książka o dziewczynie, która zakochuje się w mumii.
„Czas mumii...” to książka, która swoim tytułem wskazuje od razu kierunek, w którym fabuła będzie podążać. Jednak to nie takie zwyczajne romansidło dla nastolatek, to bardziej parodia tego co jest nam już znane z tego typu książek. Autorzy, Alex Falcone i Ezra Fox to komicy, więc strategia jaką obrali pisząc tę książkę nie dziwi. Ma być na luzie, na wesoło, trochę prześmiewczo, a najlepiej podejść do niej z dystansem. Co można w niej znaleźć prócz wątku miłosnego z żywym trupem? Oczywiście nie może zabraknąć nieodwzajemnionej miłości, nastolatki wychowywanej przez jednego rodzica oraz czarnego charakteru, który chce opanować świat. Zapomniałabym o tajemnicy jaką skrywa matka naszej głównej bohaterki. Serio nic co byłoby jakieś nowe, aczkolwiek na parodię może się nadać. Będę z wami szczera, najsłabszym ogniwem tej książki jest narracja, czyli to co Sofia ma nam do powiedzenia. Mało, który bohater książki potrafił mnie zniechęcić do siebie tak jak ta dziewczyna. Jej spojrzenie na różne sytuacje było wręcz żałosne, gdybym czytała na głos chyba tekst zgrzytałby mi między zębami. Dawno nie czytałam takiego bełkotu. Na początku próbowałam przełknąć ślinę i zaakceptować fakt, że w końcu to ma być takie „głupiutkie”, jednak po dłuższej chwili traciłam ochotę na znajomość z tą dziewczyną. Nie rzuciłam jej w kąt tylko dlatego, że staram się zawsze czytać do końca, być może gdzieś coś mnie jeszcze zaskoczy, tutaj nie zaskoczyło mnie nic. Poza narracją, pomysł na fabułę jest naprawdę dobry i byłam ciekawa jak rozwinie się sytuacja. I teraz pytanie: czy ja mam coś nie tak z poczuciem humoru, czy to tamtejsi komicy robią to w dziwny sposób? Jaka by nie była odpowiedź to wiem, że drugi raz z Sofią się „nie dogadam”. Nie znaczy to, że wy będziecie mieć z nią ten sam problem co ja. A może problem leży w samym gatunku i lepiej idzie czytanie mi oryginalnych choć mdlących od nastoletniej miłości po grób (hola hola, jaki grób, tam zazwyczaj żyje się wiecznie!) historii niż tych subtelnych i krótkich parodii. Jeśli lubicie tego typu książki to warto spróbować, być może będziecie czerpać więcej przyjemności z czytania, bo może wam narracja Sofii nie będzie przeszkadzać. Ja jestem trochę rozczarowana, bo naprawdę miałam ogromną ochotę na tę książkę, na parodie tego co czytałam będąc nastolatką i byłoby przyjemnie, gdyby nie ten minus, o którym wspomniałam. Plusem jest natomiast wydanie, prosto, ale z klasą i charakterem.

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki

czwartek, 19 kwietnia 2018

Tryjon - Melissa Darwood


wydawnictwo: Sine Qua Non
liczba stron: 304
data wydania: 18 kwietnia 2018

„Nie sztuką jest uciekać od emocji, sztuką jest umieć je przeżywać.” 

Emocje można przeżywać i można również o nich pisać. Robi to świetnie Melissa Darwood, co udowodniła mi już kilkakrotnie pisząc swoje niesamowite książki. Moja przygoda z jej twórczością zaczęła się od „Laristy” i to dobrych kilka lat temu, to książka, do której mam sentyment. Później pojawiło się „Pryncypium”, które jest w moim sercu do dziś. Nie jest mi obce również „Luonto”, a teraz naszedł czas na „Tryjon”, który jest świeżo po premierze.
Jak udowodnić swoją niewinność, kiedy nie pamiętasz ostatnich pięciu lat? Nic nie ochroni nas przed bólem wspomnień. Sami musimy się z nim uporać. Mila jest inna niż wszyscy. Często traci świadomość, przebywa w jednym miejscu, by po kilku godzinach znaleźć się w zupełnie innym. Pewnego dnia budzi się w zaświatach, zwanych Tryjonem. Dowiaduje się, że nie żyje, a przed śmiercią dopuściła się zbrodni. Czy zdoła dowieść swojej niewinności? Czy kiedykolwiek jest za późno na miłość? I najważniejsze – co skrywa Tryjon? Wciągająca historia o życiu po śmierci i poszukiwaniu własnej tożsamości.
  „[…] śmierć to część życia, przypomina oddech, tylko że bardzo długi.”

„Tryjon” to jedna wielka emocja i tak podsumowałabym najnowszą książkę autorki. Tak naprawdę to różnymi odcieniami zmieszanymi w jedno, co pozwala czerpać z książki pełnymi garściami. Emocje to taki rollercoaster, dają kopa, wzbogacają nas jako ludzi, a dzięki nim nie jesteśmy jedynie skórą, kośćmi i czymś co przypomina żywego robota, albo trupa, co kto woli. Można je też porównać do dzikiego konia, wiadomo mustangi zachwycają, ale są dzikie i nieprzewidywalne. To co w nas siedzi tak naprawdę urzeka, ale bywa nieokiełznane, a nie wszystkim udaje się nad tym zapanować ot tak z łatwością. Osobą, która sobie z nimi nie radzi jest Mila, dziewczyna, która nagle znika, a na jej miejscu, choć w tym samym ciele pojawia się ktoś inny. Sprawa komplikuje się o tyle, że takich osobowości jest zdecydowanie więcej. To zaprowadziło naszą bohaterkę do Tryjonu, miejsca, do którego trafiasz po śmierci. I tu zaczyna się cała zabawa dla wyobraźni czytelnika.

Dziewczyna musi udowodnić swoją niewinność, musi również wyruszyć w podróż po nieznanej krainie i to nie sama. Pozna różne odcienie miejsca, do którego trafiła, ale dowie się także sporo o sobie samej. Historia wymyślona przez Melissę pokazuje czym są albo czym mogą być emocje, które w nas drzemią. Pokazuje jak ważna jest wewnętrzna harmonia i akceptacja wszystkich swoich osobowości, bo tak naprawdę nikt z nas nie jest przejrzysty. Nasza prawdziwa tożsamość składa się z różnych elementów, które mogłyby nosić swoje własne imiona. Autorka sprawnie rozkłada je na czynniki pierwsze. Mimo, że gatunek, który reprezentuje można włożyć między bajki, to pokazuje jak cenne i zarazem trudne jest nasze życie. Musimy podejmować wybory i czerpać lekcje z każdej wędrówki. Ta książka to skarbnica cytatów!

„Gdy dostrzegasz w oddali cel wędrówki, droga staje się lżejsza, czas mknie jak błyskawica.”

Melissa Darwood kolejny raz udowodniła moc swojej wyobraźni, siłę swojego pióra, którym tworzy coraz to lepsze historie. Nie ściemniam. Jestem z nią od początku i naprawdę widzę różnicę. Jej opowieści są odważniejsze, bardziej barwne, dynamiczne i jeszcze bardziej pobudzające wyobraźnię. Świat, który stworzyła tym razem, w mojej pamięci utworzył surrealistyczny obraz, który jest ni to koszmarem, ni to niezłą fantastyką z dobrymi portretami psychologicznymi. Bohaterowie nie należą do nudnych osobników, którzy mogli się wam już znudzić, nie są idealne, mają swoje za uszami, a na rękach krew. Chcecie miłosnych uniesień, dobrych wątków nadprzyrodzonych, fantastyki, ciekawej fabuły, która nie wlecze się w ślimaczym tempie? To sięgajcie po „Tryjon” Ja nie nudziłam się ani przez chwilę. Akcja rozkręca się z każdą stroną, lekki styl autorki pozwala cieszyć się tą wciągającą historią bez jakichkolwiek problemów. No i jeszcze okładka… Ta to dopiero cieszy oko!

„To, co się dzieje teraz jest jedynie chwilą, sumą oddechów, które przeminą, tak jak życie. To, co nas spotyka, nie jest czarne ani białe. Kolorów jest nieskończenie wiele, tak jak odcieni szarości. Trzeba tylko potrafić je dostrzec.”