niedziela, 28 stycznia 2018

Rozważania psa Mafa i jego przyjaciółki Marilyn Monroe - Andrew O'Hagan


wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: 23 lutego 2011
liczba stron: 288

„Marilyn była dziwnym i nieszczęsnym stworzeniem, ale miała zarazem więcej wrodzonej komiczności niż wszyscy inni znani mi ludzie. Więcej komiczności i więcej artyzmu. Nie dla niej ponura mina i przymykanie oczu na absurdy, jakie niesie ze sobą życie. Wrażliwość Marilyn na żarty i moralne rozterki zachwyciłaby najtęższe psychoanalityczne umysły Wiednia. Nie minęło dużo czasu, gdy została moim najbliższym przyjacielem.”

Marilyn Monroe to postać intrygująca i kontrowersyjna i chyba nie ma osoby, która nie kojarzy tego nazwiska ze zdjęciem zmysłowej seksbomby lat 50 i 60. Najbardziej znane zdjęcie to chyba to z planu filmowego „Słomiany wdowiec”, wiecie to w białej sukni, która unosi się, gdy Marilyn stoi na klatce wentylacyjnej metra. Ikona kultury, kina. Z tego co wiadomo jej życie do nudnych nie należało, a spekulacji na ten temat można znaleźć dość dużo. Jaki obraz można z nich stworzyć? Czy będzie pasował do cytatu powyżej?
Maf jest maltańczykiem. Marilyn Monroe dostała go od Franka Sinatry. Maf ma skłonność do filozofowania i nosi obrożę po słynnym psie Virginii Woolf. Towarzyszy swej coraz bardziej sfrustrowanej pani w ostatnich latach jej życia. Uczestniczy w seansach terapeutycznych,w przyjęciach dla filmowców i literatów,w lekcjach gry aktorskiej i wspólnie z nią czyta listy Freuda… Zaskakująca powieść, pełna znanych postaci i ich… psów, jest tyleż pomysłową biografią Marilyn, co pełną ciekawych spostrzeżeń panoramą artystycznego i intelektualnego życia Ameryki początku lat 60-tych: kraju, w którym nikt nie jest tym, za kogo się podaje.  
Kupiłam tę książkę pod wpływem impulsu podczas zakupów w markecie. Sama tylko nie wiem co mnie skłoniło, że wybrałam akurat ją. Czy było to nazwisko Marilyn Monroe, czy to, że miała psa? A być może kolor okładki? Opis też czytałam jednym okiem, więc może to on mnie skusił? Cena zapewne też, bo jakaś kosmiczna nie była. Przyjmijmy, że wszystko po trochu z przewagą koloru, nazwiska i psa. Przyznam się, że nigdy szczególnie nie interesowałam się życiem Marilyn Monroe. Raz nadszedł mnie impuls żeby bardziej tej postaci się przyjrzeć, ale skończyło się na obejrzeniu „Słomianego wdowca”. Moja przygoda z pogłębianiu wiedzy na jej temat nie zakończyła się z powodu zawodu jaki wywołał we mnie film, bo ten akurat zrobił na mnie całkiem dobre wrażenie. Po prostu nie zależało mi na tym chyba aż tak bardzo i inne obowiązki przyćmiły choćby innych produkcji z jej udziałem. Dlatego pewnie skusiłam się na książkę Andrew O’Hagana. Czy to była dobra decyzja? „Rozważania psa Mafa i jego przyjaciółki Marilyn Monroe” to podobno zaskakująca powieść ze znanymi postaciami, przynajmniej tyle obiecuje druga połowa opisu. Wiecie jak to jest, obiecanki cacanki, a głupiemu radość. Dawno chyba nie czytałam tak kiepskiej książki. Niedawno męczyłam się przy opowiadaniach Toma Hanksa, jednak w porównaniu z książką Andrew O’Hagana to Hanks spisał się naprawdę dobrze. Zacznijmy od tego, że zanim poznamy Marilyn Monroe musimy przeczytać mniej więcej 50 stron. Tam znajdziecie losy psa, jego przodków, to w jakie ręce trafiał oraz jego i napotkanych zwierząt wywody na temat filozofów i ich teorii. Tak więc, już od początku poznajemy trochę postaci, później robi się jeszcze więcej. Rozważań inteligentnego psa też będzie sporo i momentami było to męczące. Jak dla mnie zbyt mało Marilyn w tej książce, a za dużo psa filozofa, mimo iż on w tej historii jak i w tytule pełni ważną funkcję. To właśnie jego oczami poznajemy słynną Monroe, która jest w trakcie rozwodu ze swoim mężem. Nie do końca może się z tym uporać, a także ze swoją przeszłością i rolą ojca w swoim życiu. Razem z dwójką bohaterów uczestniczymy w imprezach, terapiach, a nawet jesteśmy zamknięci. 

Dla tej książki odłożyłam „Dziwne losy Jane Eyre” i to był duży błąd, bo w porównaniu z takim kalibrem literackim to już całkiem efekt jest marny. Szczerze mówiąc czytanie tej książki nie można zaliczyć do przyjemności, miałam wręcz ochotę wyrzucić ją kąt i wybrać coś innego. Myślałam, że gadający pies (którego ludzie i tak nie słyszą) to ciekawy pomysł na narrację i fabułę jednak się myliłam. Nie da się tego przeczytać od deski o deski nie pomijają niektórych fragmentów. Gniot jakich na moich półkach mało. Jedyny plus to okładka, ona jedynie zaspokaja moje oczekiwania i lepszej sobie nie mogę jakoś wyobrazić.

„Powieść musi być tym, czym tylko powieść może być; musi budzić marzenia, otwierać umysł.”

sobota, 20 stycznia 2018

Zbyt piękne - Olga Rudnicka [PRZEDPREMIEROWO]


PREMIERA: 13 lutego 2018
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
liczba stron: 376

„Jeśli coś jest zbyt piękne, by było prawdziwe, to zwykle jest tylko piękne.”

Już w lutym nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka ukaże się najnowsza książka Olgi Rudnickiej - „Zbyt piękne”. To świetna wiadomość dla fanów twórczości autorki, choć pewnie większość wie o tym już od jakiegoś czasu choćby z facebooka, gdzie taka informacja wraz z projektem okładki pojawiła się na jej Fanpage’u. Sama nie mogłam się już doczekać, kiedy po raz kolejny będę mogła pośmiać się z cudzych kłopotów, a konkretnie z reakcji bohaterów na zaistniałe okoliczności. Oj, a te reakcje bywają naprawdę barwne… U Rudnickiej panuje zasada: niby poważnie, ale nie do końca i za to ją cenię, a nawet uwielbiam jej książki. Nikt inny nie potrafi rozbawić mnie do łez tak jak ona. Zastanawia mnie jak to robi, że z każdą wydaną książką – a nie jest ich wcale aż tak mało – jej styl, lekkość pióra i przede wszystkim poczucie humoru mają wciąż tą samą świeżość. Wydawać by się mogło, że skoro wydaje książki dość często (a może to mi tylko tak czas pędzi do przodu i mam mylny osąd) to jej pomysły stają się odgrzewanymi kotletami, a doceniany przez czytelników czarny humor osłabnie i spowszednieje, a jednak tak nie jest.
Zuzanna kupuje dom po okazyjnej cenie. Wie, że wymaga on sporych nakładów, ale na marzeniach się nie oszczędza. Nowy dom, nowa praca, nowe życie. Wreszcie będzie mogła mieć kota, psa i różanecznik w ogrodzie. Tymoteusz kupuje stare mieszkania, remontuje je i sprzedaje po wyższej cenie. Jakież jest jego zdziwienie, gdy na progu niedawno nabytego domu pojawia się nieznajoma młoda kobieta i twierdzi, że to jej własność.  Oboje padli ofiarą oszusta, który sprzedał nieruchomość dwóm osobom, a następnie zniknął wraz z pieniędzmi. Tymoteusz nie zamierza ustąpić i wyprowadzić się ze swojego nabytku. Zuza zaciągnęła kredyt, więc również nie zamierza zrezygnować. Jedyne, co im pozostaje, to zawiązać sojusz, znaleźć oszusta i odzyskać pieniądze.
Ona i On. Wspólne kłopoty i przy okazji wojna płci. Z tym dwojgiem na nudę narzekać absolutnie się nie da. Takiego udanego i barwnego duetu już dawno nie spotkałam na kartkach żadnej książki. Oczywiście Rudnicka słynie z tego, ze jej bohaterowie zaliczają się do nietuzinkowych postaci i mają wpadające w oko i ucho imiona i nazwiska, a osobowości potrafią powalić, ale tych dwoje to petarda. Jedno uzupełnia drugie, pyskówki są non stop, wymiany poglądów i oczywiście nie obejdzie się bez mylnej interpretacji. W tej książce nie mogło oczywiście zabraknąć komedii pomyłek, i kryminalnego wątku- bo jak wiadomo Rudnicka = kryminał i sensacja na wesoło. Co tu dużo mówić, fabuła jest wciągająca i niebanalna. Znajdzie się również coś dla miłośników dwóch poprzednich powieści autorki. Na nudę nie mogą również narzekać nasi bohaterowie. Ich życie zamieniło się w jeden wielki kłopot pachnący długami, nieporozumieniami, a nawet kryminalistami. Oboje są dla siebie obcymi ludźmi, wspólny dom czyni ich współlokatorami, a ten sam wróg sojusznikami w walce o odzyskanie pieniędzy. Jeśli jesteście ciekawi co się wydarzy z udziałem tych dwojga to zapraszam do Kłopotowa.

„Tak to już jest z kobietami. Dobrze wiesz, że manipulują tobą i kręcą, byle postawić na swoim, a i tak robisz, co chcą. I nawet nie masz seksu.”

Olga Rudnicka ma na swoim koncie książki bardzo dobre, ale i świetne. „Zbyt piękne” należy do tego drugiego grona, jest naprawdę świetna. Do premiery zostało jeszcze trochę czasu, więc jeśli jeszcze ktoś nie wie o istnieniu Olgi Rudnickiej, albo nie planował zakupu jej najnowszej książki to ma czas do namysłu, bo naprawdę warto. To idealna propozycja na zimowe wieczory. Lekka, przyjemna i jeszcze poprawia humor. Jak dla mnie to chyba jej najlepsza książka, zaraz po „Zaciszu 13” (oczywiście z tych przeczytanych do tej pory). Myślę, że jej twórczość przypadnie do gustu fanom Joanny Chmielewskiej – podobny klimat. Na koniec jeszcze mała uwaga, albo przestroga…lepiej jej nie czytajcie w pobliżu śpiącego dziecka. No chyba, że ma twardy sen. Atak śmiechu może nadejść w każdej chwili!

„W przypadku mężczyzn trudno odróżnić wykręty od niezrozumienia problemu, bo albo jesteście idiotami,albo ich udajecie.”

Za możliwość przeczytania ebooka dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka

czwartek, 18 stycznia 2018

Pudełko z guzikami Gwendy - Stephen King, Richard Chizmar


wydawnictwo: Albatros
data wydania: 22 listopada 2017
liczba stron: 176

„ […] sekrety to kłopot, może największy kłopot ze wszystkich.”

Sekrety to fajna sprawa, prawda? Szczególnie te, które chcemy poznać i to z wypiekami na twarzy. Cudze sekrety są najciekawsze, a te nasze uwierają jak za mały but. Cisną, gniotą i obcierają. Najpierw czujemy tylko dyskomfort, następnie robi się pęcherz, a później to już zdarty naskórek. Oczywiście wszystko zależy od wagi tego sekretu, ale nie zmienia to faktu, że są one pociągające tylko na początku. Czyjeś za to pachną przyjemnie i kusząco. Nawet jeśli nie należy człowiek do tego wścibskiego grona to i tak tajemnice go intrygują. Jednak są i tacy, którzy nie tylko potrafią sekret ukrywać bardzo długo, ale jeszcze powstrzymać się przed zrobieniem głupot, mimo że kuszą. Szczególnie te, których konsekwencje nie do końca są nam znane, a więc są trochę zagadkowe. Jakby nie patrzeć cytat w pełni trafny. Sekrety bywają kłopotliwe. Pozwoliłam sobie na taką małą dygresje ponieważ książka, którą dziś recenzuje o sekrecie opowiada. Z nim wiąże się nie tylko zagadka, ale i odpowiedzialność, która ciąży naszej bohaterce.
Miasteczko Castle Rock przez lata widziało niejedno mrożące krew w żyłach zdarzenie. Ale pewna historia nigdy nie została opowiedziana...aż do dziś. Wszystko zaczęło się na Schodach Samobójców w letni dzień 1974 roku. Dwunastoletnia Gwendy Peterson jak co dzień z trudnością wbiegła po wiszących schodach na szczyt wzgórza. Kiedy gorączkowo łapała oddech, usłyszała nieznajomy głos: - Hej dziewczyno! Podejdź no tu na chwilę. Musimy pogadać, ty i ja. Na pogrążonej w cieniu ławce siedział mężczyzna w czarnym kapeluszu, z tajemniczym pudełkiem na kolanach. Przyjdzie czas, kiedy Gwendy będzie widziała go w każdym koszmarze...
„Pudełko z guzikami Gwendy” autorstwa Stephena Kinga i Richarda Chizmara to książka, która uwiodła mnie okładką. Serio. Wyobraźcie sobie, że do tego stopnia mną zawładnęła, że nawet nie sprawdziłam kto jest autorem. Chociaż to chyba autor powinien przyciągnąć moją uwagę, skoro kilkakrotnie już zmierzyłam się z jego twórczością i stopniowo powiększam swoją kolekcję. Drugiego nazwiska nie kojarzę – przyznaje się uczciwie na samym początku. Jak już jestem przy temacie wizualnym to dodam, że całość jest naprawdę dobrze wydana i cieszy oko. Obwoluta, twarda oprawa, ilustracje, które wzbogacają treść. Przyszedł czas na kilka słów o treści. Zapowiadało się całkiem ciekawie, a nawet bardzo. Szkoda tylko, że im dalej końca tym było gorzej. Samo zakończenie też raczej nie zyskuje zbyt wysokich not. A może to ja mam jakiś problem z twórczością Kinga i nie trafia do mnie w pełni to co pisze ten facet, nawet w duecie z kimś innym? Bo raczej nie chodzi tutaj o sam gatunek, czytałam innych autorów i potrafiłam mieć ciarki. Jest jeszcze inne wytłumaczenie… po Kingu oczekuje się czegoś naprawdę mocnego i być może już na starcie mam za duże oczekiwania. Jakie by nie były wytłumaczenia problem jest taki, że przeczytałam, odłożyłam i mogę skupić się na podziwianiu okładki, bo jak już wspomniałam zrobiła na mnie największe wrażenie.

Co do treści to już moje zachwyty są zdecydowanie mniejsze. Serio. Sam pomysł na fabułę jest ciekawy. Odpowiedzialność, ludzkie wybory, słabości, sekrety, magiczne pudełko i dziwne wydarzenia… Książka jest krótka i można ją spokojnie przeczytać w dwie godzinki. Nie powiem, że nie wciąga, bo na pewnym etapie naprawdę mnie zaintrygowała, ale niestety fajerwerków nie było. Niewątpliwie autorzy stworzyli klimatyczną opowieść o małym miasteczku, w którym dzieją się dziwne rzeczy, a w zasadzie w którym znajduje się dziwna rzecz. Posiada je mała dziewczynka, która jest zafascynowana i zarazem przerażona. Lata mijają… a ona zaczyna to pudełko przeklinać. Czy owy niebezpieczny guzik zostanie wciśnięty? Na koniec dodam, że zabrakło mi mrocznego klimatu w większej dawce, a i samo zakończenie mogłoby być trochę inne. Moje rozczarowanie rekompensuje okładka i za samo to, jak została wydana zyskuje kilka punktów wyżej.

wtorek, 16 stycznia 2018

Lektor z pociągu 6:27 - Jean-Paul Didierlaurent


wydawnictwo: W.A.B.
data wydania: 6 maja 2015
liczba stron: 160

„Cokolwiek bowiem sądzić, nic w życiu nie jest ustalone raz na zawsze.”

Dla wielu atutem tej książki jest okładka, która faktycznie robi wrażenie, jednak na mnie wrażenie zrobiła treść. Wyobraźcie sobie historię wręcz genialną w swej prostocie, trochę dziwną, a jednak świeżą z punktu widzenia czytelnika, który często i gęsto czyta powieści o podobnym schemacie. „Lektor z pociągu 6.27” to powieść, którą trzeba poczuć. Zdaję sobie sprawę, że nie do każdego ona w pełni dotrze i wielu pozostanie zachwyt nad okładką.

Ta książka roztacza pewien czar i ma w sobie sporo uroku, który być może tkwi w prostocie przekazu, romantyzmie albo zwyczajnie w świeżości tej historii. Niby zwyczajna opowieść o szarej codzienności faceta, który pragnie wtopić się w tłum, który z niechęcią idzie do pracy i patrzy jak bezlitosne, groźne i obrzydliwe ONO pożera i trawi to, co on kocha – czyli książki (a zdolne jest nawet do upolowania mięsa i kości.) Jego świat to małe mieszkanko, złota rybka, dwóch przyjaciół: strażnik poeta i staruszek na wózku, który poszukuje swoich nóg. Codzienna rutyna, codzienne czytanie w pociągu uratowanych kartek przed zębiskami ONEGO, aż tu nagle pewnego dnia coś w tej rutynie się zmienia…
Dobiegający czterdziestki Guylain Vignolles prowadzi samotne życie. Pracuje w zakładzie utylizacji książek, a za jedynych przyjaciół ma złotą rybkę i dwóch kolegów z pracy. Codziennie Guylain wykrada kilka luźnych kartek z przeznaczonych na przemiał książek, by nazajutrz przeczytać je współpasażerom pociągu, którym dojeżdża do pracy. Tę monotonię przerywa nieoczekiwana propozycja dwóch fanek jego kolejowych lektur, by wystąpił w pobliskim domu starców.
Esencją tej powieści jest słowo pisane, które dla bohaterów ma bardzo duże znaczenie. Można pokusić się, że odmienia ono ich życie i to bez znaczenia czy są to kartki uratowane przez zniszczeniem, prywatne zapiski czy poezja. Pisząc nie tylko wyrzucamy z siebie to co jest w nas ukryte, ale również zostawiamy po sobie ślad. Czytając innym fragmenty pozostałe po zniszczonych książkach pozwalamy im nadal żyć jako dźwięki wpadające do uszu, jako fragmenty pobudzające wyobraźnię. Czyjeś teksty mogą ożywić i pobudzić do dyskusji, czy też działania. Ta powieść to taki hołd dla słowa pisanego. Poza tym znajdziecie tutaj przyjaźń, pogoń za marzeniami, tęsknota za miłością, romantyzm i potrzeba zmian. Jednak zupełnie inny niż ten dobrze wam znany.

Plusy

Nietuzinkowi bohaterowie. Zaczynając od nudnawego głównego bohatera, który mieszka ze złotą rybką i ma codzienne rytuały, po strażnika, który komunikuje się za pomocą aleksandrynu, warto też pamiętać o Giuseppe, który energii ma więcej niż niejeden młodzieniec posiadający obie nogi, do tego cel, który może wydawać się szalony. Nie można zapomnieć o postaciach kobiecych… Pewnej babci klozetowej szukającej miłości zaklętej w kafelkach. Zwariowanej ciotce, która zjada ciągle tą samą liczbę ptysi, które smakują najlepiej tylko w toalecie, czy też pewnej fryzjerce, na którą można zawsze liczyć. FCiekawie jest nie tylko czytać książki, ale również czytać o nich, a konkretnie o miłości do nich, jak i obojętności wobec ich losu. A także ten wspomniany romantyzm, który pokazany jest tutaj ciut inaczej, bardziej „platonicznie”. Zazwyczaj w książkach są namiętności, zdrady i intrygi. Tutaj mamy zauroczenie poprzez myśli przelane na papier. To właśnie one pozwalają poznać damską część tej opowieści. Humor subtelny, delikatny i specyficzny.

Minusy

Ja się do niczego nie mogę doczepić, jednak domyślam się, że niektórym może przeszkadzać główny bohater oraz brak akcji. Fabuła toczy się powoli, niektórych może nudzić. To po prostu klimat nie dla każdego.

Słowa mają wielką moc, jednak mogą ulec masowej zagładzie szybciej niż możemy sobie wyobrazić, o czym przekonał mnie Jean – Paul Didierlaurent w swojej książce. Jednak to nie jedyna lekcja jaką dał mi ten francuski pisarz, autor debiutanckiej powieści, której recenzje właśnie czytacie oraz nagradzanych wcześniej opowiadań, o których istnieniu nie miałam zielonego pojęcia (niestety). W swojej książce przekonuje, że wszystko może się zdarzyć, nie warto też patrzeć przez pryzmat pozorów, a także warto pamiętać, że czytanie pozwala otworzyć się na innych. Podsumowując: Książka nie należy do najgrubszych, ale za to ma bogatą treść, która być może zadowoli też miłośników „Amelii”, gdyż podobno mają co nieco wspólnego.

„Uśmiech nic nie kosztuje, a pozwala wiele zarobić.”

piątek, 12 stycznia 2018

13 minut - Sarah Pinborough



wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 16 stycznia 2018
liczba stron: 424

Moja przygoda z twórczością Sarah Pinborough zaczęła się od książki „Co kryją jej oczy” i prawdę mówiąc to była jedna z najlepszych książek w moim życiu. Tym razem miałam okazję przeczytać jej najnowszą książkę, która pojawi się w księgarniach już 16 stycznia, a nosi ona tytuł „13 minut”. Do jej przeczytania namówił mnie opis. Tak, nie nazwisko autorki, czy wspomnienie poprzedniej historii, a właśnie opis. W połączeniu z tak dobrymi i kuszącymi rekomendacjami to po prostu petarda dla mola książkowego. Zresztą sam Stephen King pisze o niej tak : „Poruszający i wciągający. Wprost nie mogłem się oderwać.” Inna kusząca opinia (Liz Loves Books) brzmi : „Typowe dla autorki upiorne zakończenie, a całość powiedzmy to wprost, świetna jak cholera. Jedna z moich ulubionych książek tego roku.” To jak tu się nie skusić na dobry thriller psychologiczny i to jeszcze biorąc pod uwagę, że poprzednia książka autorki była na tak wysokim poziomie? Sami przyznacie, że się nie da.
Byłam martwa przez 13 minut… teraz chcę wiedzieć, dlaczego. Nie pamiętam, jak trafiłam do lodowatej rzeki, ale wiem jedno: to nie był wypadek. Podobno przyjaciół trzeba mieć blisko siebie, a wrogów jeszcze bliżej, ale czasem trudno ich rozróżnić. Moje przyjaciółki mnie kochają. Wiem to. Co nie znaczy, że nie chciały mnie zabić. "13 minut" to wciągający kryminał o ludzkich tajemnicach, lękach, manipulacji i potędze prawdy. Podważa to wszystko, co myślimy o swoich relacjach z innymi i budzi wątpliwości, czy naprawdę znamy naszych bliskich…
W fabułę wchodzimy z przytupem. Od razu coś się dzieje. Trafiamy na ciało dziewczyny w lodowatej wodzie. Jeśli zdradzę, że dziewczyna przeżyła i była martwa tylko, a może aż 13 minut to nie będzie to spoiler, bo tyle znajdziecie w opisie – jeśli go czytacie. Od tej chwili zaczyna się cała misternie zaplanowana gra, można powiedzieć, że jest to idealna rozgrywka szachowa. Poziom hard. Tutaj warto zadać sobie pytanie, kto pociąga za sznurki i jest zdolny nie tylko do stworzenia tak misternego planu, ale przede wszystkim do bezwzględności i okrucieństwa. Autorka przenosi nas do świata nastolatek, problemów szkolnych w dobie facebooka, twitera czy instagrama. Do czasów, gdy w szkole albo jesteś kimś, albo zerem. Nie trudno się domyślać, że dzisiejsza młodzież i życie codzienne w szkole różni się znacząco od tej choćby za moich czasów.

„13 minut” to thriller psychologiczny, który przez jakąś połowę mnie nudził. Czułam się rozczarowana, a postacie nie potrafiły mnie do siebie przekonać. Zwyczajnie drażniły mnie – jak nie sztuczność, dwulicowość i płytkość, to pogarda, przesada, kompleksy. Obojętnie, którą z dziewczyn bym wybrała to mi nie pasowała – może z wyjątkiem Hanah. W zamyśle autorki miały być sukami (określenie powtarzane wielokrotnie w książce) więc były. Do pewnego momentu byłam przekonana, że rozwiązanie mamy na tacy, jednak to byłoby za łatwe. Powinnam od razu wziąć pod uwagę drybling autorki z poprzedniej książki. Dotarło do mnie, że coś się musi jeszcze wydarzyć, że gdzieś musi być ta „świetna jak cholera” fabuła z mrocznym zakończeniem. I faktycznie zrobiło się ciekawie. Nie obyło się bez tragicznych wątków, bez zwrotu akcji, napięcia, które wzrastało im bliżej końca byliśmy. Czytając możemy zdać sobie sprawę, że dobrze zaplanowane kłamstwo może nas zwieść w pole, a bliskie nam osoby, okażą się tak naprawdę kimś innym, a nam przypadnie w udziale rola pionków na cudzej szachownicy. Tak więc, im dalej w fabułę tym lepiej, nawet postacie nabrały charakteru. Manipulacja, żale z przeszłości, odsunięcie na dalszy plan, władza, uroda lub jej brak, pieniądze, narkotyki, sekrety, tragedia, kłamstwa, miłość. Tak można opisać fabułę w skrócie. To na pewno znajdziecie w świecie, do którego zabiorą Was te nastolatki. Jaki będzie finał? Komu zależy na pozbyciu się nastolatki? Jak to się stało, że jedna z bohaterek znalazła się w tej wodzie? Gdzie leży prawda? Kto kim manipuluje? Kogo należy się bać? Z takimi pytaniami zostawiam was na koniec…

Sarah Pinborough po raz kolejny udowodniła, że potrafi pisać książki z tego gatunku. Co prawda ta wydaje się dla mnie ciut słabsza niż „Co kryją jej oczy”, ale i tak jest dobra, a ja zwyczajnie zostałam przez autorkę zrobiona na szaro. Mimo początkowych rozczarowań i tak mogę ją polecić tym, którzy gustują w tym gatunku lub tym, którzy mają ochotę na mocniejszą akcję w gronie wrednych nastolatek.


„Łatwo jest kłamać, kiedy się stworzy odpowiednią sytuację, a najlepsze kłamstwa to półprawdy.”

Za możliwość przeczytania ebooka dziękuję wydawnictwo Prószyński i S-ka