poniedziałek, 26 lutego 2018

Kredziarz - C.J. Tudor


wydawnictwo: Czarna Owca
data wydania: 28 lutego 2018
liczba stron: 384

„Głowa dziewczyny spoczywała na niewielkiej stercie pomarańczowo – brązowych liści. Jej migdałowe oczy patrzyły na korony jaworów, buków i dębów, ale nie widziały nieśmiałych promyków światła, które przebijały się przez gałęzie i pozłacały leśną ściółkę. [ Oczy dziewczyny nie widziały już nic prócz ciemności. Nieopodal spod liści wystawała blada dłoń jakby szukała pomocy, jakiegoś znaku, że nie jest sama. Na próżno. Reszta ciała leżała poza jej zasięgiem, poszczególne fragmenty poukrywane w różnych zakamarkach lasu.”

Są takie książki, które od pierwszych stron przyciągają czytelnika i z każdą kolejną oplatają się wokół niego pnączami wciągającej fabuły. Wtedy staje się on więźniem danej historii aż do samego końca, a najgorsze są wtedy przerwy w czytaniu, kiedy to coś pilnego go odrywa od akcji, albo obowiązki nie dają spokoju, wtedy z niedosytem i powiększającym się zarazem apetytem odkładamy książkę i wyczekujemy czasu, kiedy znowu będziemy mogli zatopić się w lekturze. W moje ręce trafiła właśnie taka książka. „Kredziarz” autorstwa C.J Tudor zafascynował mnie już od pierwszej strony i puścił dopiero z chwilą dotarcia do ostatniej kropki.
W mrocznych zakamarkach umysłu kryją się najbardziej fascynujące koszmary i tajemnice. Najlepiej zacząć od początku. Sęk w tym, że nigdy nie doszliśmy do porozumienia, kiedy to wszystko się zaczęło. Może w dniu, w którym Gruby Gav dostał na urodziny wiadro z kredami? Czy jak zaczęliśmy nimi rysować tajemnicze symbole? Albo kiedy same zaczęły się pojawiać? A może wtedy, kiedy znaleziono pierwsze zwłoki? To Kredziarz podsunął dwunastoletniemu Eddiemu pomysł, by porozumiewać się z przyjaciółmi za pomocą rysunków kredą. To był ich kod, do czasu gdy symbole doprowadziły ich do ciała dziewczynki. Wtedy zabawa się skończyła. Trzydzieści lat później Ed dostaje kopertę. Znajduje w niej tylko kawałek kredy i rysunek człowieka z pętlą na szyi. Zdaje sobie sprawę, że gra sprzed lat nigdy się nie skończyła…
Anderbury to z pozoru spokojne miasteczko, a tak naprawdę kryje w sobie mroczne sekrety…

Narratorem tej opowieści jest dorosły Ed, który w 1986 roku był dwunastoletnim Eddim, chłopcem, który miał swoje sekrety, jednym z pięcioosobowej bandy dzieciaków, synem „barwnej pary”. To jego oczami widzimy wydarzenia, które miały miejsce w ‘86 by rozdział dalej znaleźć się w 2016 roku i towarzyszyć mu w dorosłości. Niezbyt udanej. Samotny facet, mieszkający z młodszą od niego lokatorką w swoim rodzinnym domu. Zawód: nauczyciel angielskiego. Hobby: zbieractwo. Lubi wypić, nie jest szczęśliwy i wbrew wszystkiemu ciążą mu na barkach wydarzenia z dzieciństwa. Jego monotonne życie znów nabiera tempa, gdy w jego ręce trafia list z wisielcem i kawałkiem kredy. Barw dodaje również spotkanie z dawno niewidzianym kumplem z bandy. Pewne pytania zyskają odpowiedzi. Znów pojawią się kredowe ludziki. Znów poleje się krew.

„Dorosłość jest zwykłą iluzją. Jeśli się nad tym zastanowić, to nikt z nas nigdy tak naprawdę nie dorasta. Po prostu robimy się wyżsi i bardziej włochaci. […] Po fasadą dorosłości i wszystkimi warstwami doświadczenia, które zdobywamy z cierpliwym biegiem lat, wszyscy jesteśmy zasmarkanymi dziećmi z obdartymi kolanami, nieradzącymi sobie zbyt dobrze bez rodziców i przyjaciół.”

Czytając książkę C. J. Tudor miałam skojarzenia z twórczością Kinga. Widząc scenę opowiadaną przez Eda, widziałam sceny z filmów nakręconych na podstawie powieści króla grozy. Nie wiem skąd takie skojarzenia, być może gdzieś w pamięci mocno zapisały mi się tamte sceny i pamięć do nich wraca przy podobnych fragmentach. Nie zmienia to jednak faktu, że książkę czyta się naprawdę bardzo dobrze, wręcz się ją pochłania. Stopniowo poznajemy co wydarzyło się w roku ‘86 i dodajemy do tego brakujące elementy, których dowiadujemy się też z teraźniejszości. Autorka w swojej książce pokazała jak wielką tajemnicę skrywa ludzka psychika, jak bardzo potrafi być mroczna i szalona.

„Kredziarz” to naprawdę bardzo dobrze napisany thriller, który pobudza wyobraźnię i daje zastrzyk adrenaliny już od samego początku. Niesamowicie klimatyczna, momentami spokojna opowieść o dzieciństwie, pierwszych zauroczeniach, sekretach oraz sile przyjaźni. Z czasem dochodzą koszmarne sny, zagadka zbrodni sprzed trzydziestu lat i obraz tego co nie całkiem pojęte w oczach dwunastolatka. W książce C. J. Tudor znajdziecie świetne portrety psychologiczne postaci, które są w jakiś sposób okaleczone, a także skomplikowane relacje międzyludzkie. Każda postać ma swój charakter, żyje własnym życiem. Im bliżej końca tym więcej napięcia. Ostatni element zagadkowej układanki z przeszłości wskakuje na swoje miejsce na samym końcu… Zakończenie dało mi wręcz w twarz, bo rozwiązanie tajemnicy z początku książki miałam pod nosem, ale to świadczy tylko o tym, jak dobrze autorka potrafi wodzić za nos swojego czytelnika. Jeżeli debiut wypadł tak dobrze to już zacieram ręce na myśl o kolejnych książkach autorki w przyszłości.

„Wydaje nam się, że chcemy poznać prawdę, ale w rzeczywistości interesuje nas tylko ta jej wersja, która nam pasuje. Taka jest już ludzka natura. Zadajemy pytania i mamy nadzieję, że usłyszymy odpowiedzi, które chcemy usłyszeć. Problem w tym, że prawdy nie można sobie wybrać. Prawda ma to do siebie, że po prostu jest. Można jedynie dokonać wyboru, czy w nią wierzyć czy nie.”

Dziękuję wydawnictwu Czarna Owca za możliwość przeczytania książki

środa, 21 lutego 2018

Ósmy cud świata - Magdalena Witkiewicz


wydawnictwo: Filia
data wydania: 13 września 2017
liczba stron: 340

„Dlaczego gdy dostajesz na tacy gotową do zjedzenia potrawę, szukasz innej? Wolisz coś bardziej pikantnego albo z zupełnie innymi dodatkami? Gdy jesteś głodny – zjesz ze smakiem, ale cały czas myślisz, że może lepsze byłoby coś innego? I co robisz, gdy nagle poczujesz zapach właśnie tego, za czym tęsknisz?Porzucisz mdłe życie na rzecz tego bardziej doprawionego? A może gdy będziesz siedzieć cicho w swojej kuchni, jedząc tylko mdłe posiłki, w końcu je polubisz? Bo nie będziesz mieć innego wyboru?”

Zaczynam obszernym cytatem, jednak genialnych myśli Magdaleny Witkiewicz nie wypada skracać. Absolutnie nie ma mowy o żadnym obcinaniu, nawet jednego wyrazu! Chyba zgodzicie się, że słowa zamieszczone jako wstęp do dzisiejszej recenzji są trafne i to bardzo. Nie jeden z nas zastanawia się nad tego typu zagwozdką i bynajmniej nie chodzi tu o jedzenie. Życie mamy jedno, często mamy wrażenie, że przecieka nam między palcami, zdajemy sobie sprawę, że to co mamy tu i teraz zadowala nas tylko w połowie, bo pragniemy więcej. Wtedy padają takie pytania. Oczywiście nie na głos. Tylko tam w środku, w duchu, w sercu, w głowie. Stajemy przed dylematem i czasami stoimy tak o kilka sekund życia za długo. Bywa też tak, że człowiek z opóźnieniem odnajduje swoją właściwą drogę, musi tylko trochę pobłądzić.
Kilka romantycznych chwil, przeżytych w czasie urlopu w Azji, budzi w Annie, trzydziestokilkuletniej singielce, dawno uśpione uczucia. Kobieta podejmuje decyzję, która na zawsze może zaważyć na życiu kilku osób. Jednak szczęście, będące pozornie w zasięgu jej ręki, rozsypuje się nagle niczym domek z kart. Ósmy cud świata to opowieść o tym, że czasami trzeba zbłądzić w ciemnym lesie, by wreszcie znaleźć się na rozświetlonej polanie.  A pierwszy promień słońca można niekiedy znaleźć ukryty w niepozornej, maleńkiej kopercie, zamkniętej w morskiej muszli przywiezionej z wakacji.
Czekałam na tę książkę z niecierpliwością, gdyż Magdalena Witkiewicz to jedna z moich ulubionych pisarek, a jej książki wręcz pochłaniam. Przeczytałam ją zaraz po premierze, jednak recenzja pojawia się dopiero teraz. Zastanawiacie się pewnie dlaczego...Sama się nad tym zastanawiam i bynajmniej nie mogę się wytłumaczyć powtórnym pobytem z synem w klinice przeszczepowej. Doszłam do wniosku, że musiałam ją przetrawić, gdyż każda próba ułożenia recenzji kończyła się fiaskiem. Książkę pochłonęłam. Zaznaczyłam cytaty. Jednak opisana historia była dla mnie jakby nieuchwytna. Odległa. Mało realna. Jednak to nie znaczy, że zła. Po prostu nie porwała mojego serducha tak jak choćby „Czereśnie...”, „Pierwsza na liście” czy też „Po prostu bądź”. Całość jest w stylu autorki, ciepła, optymistyczna i jak się okazuje pełna miłości. Spełnionej, niespełnionej, brakującej i tej otrzymanej. Jednak czegoś mi tutaj zabrakło i sama nie potrafię powiedzieć czego.

„Niestety, zdarza się, że podejmujemy niewłaściwe decyzje, których skutki odczuwamy przez całe życie.”

Historia Anny opowiada o spełnieniu zawodowym, niezależności, ale również o samotności. Zaspokajanie potrzeb seksualnych to jedna, a prawdziwa gorąca i niepowtarzana miłość to drugie. Zegar biologiczny tyka, a nasza główna bohaterka nie ma ani męża, ani dziecka. Matka ponagla. Matka układa sobie życie, a Anna wiecznie na huśtawce. Gdy zmęczenie samotnością wśród ludzi zaczyna ją przerastać, postanawia wyruszyć na urlop. Tam już tylko przypadek kieruje jej losem. Jej i pewnego faceta po przejściach. Ci dwoje spędzają razem czas i rodzi się między nimi coś o czym tak często opowiadają wszystkie filmy miłosne i bajki. Jednak czasem garść niedomówień i pozorów burzy to co miało być proste i piękne.

Lekki styl autorki, egzotyczny i romantyczny klimat, a także huśtawka egzystencjalna czyni tę powieść atrakcyjną. Jednak jak już wspomniałam nieuchwytną jak dla mnie. Jednak czas spędzony przy tej lekturze był czasem relaksu i oderwaniem od szarej codzienności szpitala.

„Ósmy cud świata” to taka współczesna bajka, w której wszystko jest możliwe. Jak na bajkę przystało musi być romantycznie, ale muszą i być kłody pod nogami. Bohaterowie muszą „błądzić po ciemnym lesie życia”, żeby ktoś ich odnalazł, albo odnaleźli samych siebie. Magdalena Witkiewicz w swoich książkach tworzy historie utkane z optymizmu, magii, ciepła i bajki wymieszanej z rzeczywistością. Bywa, że ta rzeczywistość jest bardziej brutalna lub mniej. Jednak, każda jej powieść wnosi powiew dobroci i garść przyjemnych myśli. Przypomina, że warto pomyśleć choćby o sobie czy dostrzegać dobre chwile. Czasem uczy pokory, bądź odwagi w szaleństwie. Jednak zawsze pokazuje drugiego człowieka i jego wartości. Każdą opowieść się wręcz pochłania i ciągle ma apetyt na więcej. Co tu dużo kryć, autorka jest stworzona do tego, żeby umilać życie innym swoimi książkami. Nie ważne czy stworzy opowieść o chorej kobiecie i przyjaźni z przeszłości, o ekskluzywnej szkole dla kobiet, o miłości zakazanej czy o pewnym domu z przeszłością i tak zawsze czyta się z rozkoszą. Jej książki są jak najlepsze pudełko czekoladek, albo ulubione słodycze z dzieciństwa...smakują nieziemsko i zbyt szybko się kończą.

„By z kimś być, trzeba umieć się z nim również nudzić .”

wtorek, 20 lutego 2018

Czerwone jak krew - Salla Simukka


wydawnictwo: YA!
data wydania: 2 kwietnia 2014
liczba stron: 256

Była sobie raz dziewczynka, która nauczyła się bać…

Tak nie zaczynają się bajki dla dzieci. Tak zaczynają się podrasowane bajki dla młodzieży i to w fińskim wydaniu. Mówiąc o podrasowanej bajce miałam na myśli młodzieżowy thriller oparty na szkicu bajki o Królewnie Śnieżce. Te kilka słów, potrafi zaintrygować i zadziałać na wyobraźnię lepiej niż rozwinięty opis fabuły. W połączeniu z niesamowitą okładką wręcz kusi do przeczytania tu i teraz.
Siedemnastoletnia Lumikki – uczennica liceum artystycznego w Tampere. Dewiza życiowa: trzymać się z daleka od rzeczy, które jej nie dotyczą. Pewnego dnia w szkolnej ciemni Lumikki znajduje dużą sumę pieniędzy. Na większości banknotów widnieją ślady krwi. Kto je tam zostawił? Co ma do ukrycia? Okazało się, że w sprawie maczało palce troje uczniów: córka policjanta Elisa , szkolny amant Tuukka i outsider Kasper. Wkrótce Lumikki zostaje wplątana w międzynarodową aferę, w którą zamieszani są rosyjscy gangsterzy i tajemniczy Bały Niedźwiedź. W grze pozorów prowadzonej przez Lumiki stawką jest dobre imię, a może nawet życie jej przyjaciół.
„Najlepiej nie wnikać. […] Nie wnikać, nie komplikować, nie wtykać nosa w cudze sprawy. Kto siedzi cicho i otwiera usta tylko wtedy, gdy naprawdę to konieczne, ten ma święty spokój.”

Niestety Lumikki niechcący trafiła w sam środek mafijnych interesów. Nie posłuchała swojej życiowej dewizy. Nie zapomniała co widziała, co usłyszała i co ważne nie trzymała się z daleka od trójki uczniów z jej szkoły. To co z początku wydawało się nawet intrygujące z czasem nabrało mocnego charakteru jakie niesie ze sobą śmiertelne niebezpieczeństwo. Siedemnastolatka, która próbowała stać się niezauważalna, nagle zwróciła na siebie uwagę elity świata przestępczego z Tampere. Czy pieniądze umazane krwią po wypraniu stają się zupełnie czyste w przeciwieństwie do sumienia?

Salla Simukka urodziła się i mieszka w Tampere. Zadebiutowała w 2002 roku, a międzynarodową sławę przyniosła jej właśnie seria o Lumikki. Oprócz tworzenia własnych fabuł autorka zajmuje się również przekładami na fiński skandynawskich książek dla dorosłych. Jej dwie powieści zostały docenione i uhonorowane Nagrodą Topeliusa, którą przyznaje się najlepszym twórcą literatury dziecięcej i młodzieżowej.

„Czerwone jak krew” to pierwsza część trylogii z cyklu o Lumikki Andersson. Nastolatce, która wie co to strach dziecka. Jej przeszłość pachnie strachem, tak jak pachniały nim szkole korytarze podstawówki, gdy przemykała przed swoimi oprawczyniami. Dziewczynka latami przyswajała wiedzę o tym jak być nie zauważalną dla otoczenia i nabytą wiedzę próbowała wykorzystać w liceum, w śledztwie w które zaangażowała się przez przypadek. A ten z kolei będzie próbował w jej życie wlać znów strach. Tym razem przed facetami z bronią, którzy nie tylko chcą ją porwać, ale jeszcze do niej strzelają. Książka może się podobać, jednak nie można tu piać zachwytem tak jak choćby w przypadku okładki. Mnie zaczynała wciągać dopiero pod koniec, gdy akcja nabierała rumieńców. Nie znaczy to jednak, że podczas czytania można narzekać na nudę,bo od samego początku coś się dzieje, a biały śnieg zmienia kolor na czerwony. Akcja jest dynamiczna, odkrywamy nie tylko tajemnicę ojca koleżanki z liceum, ale jeszcze przeszłość głównej bohaterki. Krok po kroku składamy sobie całość i nabieramy ochoty na więcej. A jednak czytanie szło mi opornie przez jakiś czas, nie mogłam wczuć się w klimat i czułam ewidentny niedosyt. Jednak pod koniec byłam zaintrygowana, zszokowana rozwojem akcji i w pełni zadowolona. Na plus można tutaj zaliczyć styl autorki, który jest lekki i przyjemny w odbiorze. Salla Simuka udowadnia w swojej książce, że młodzieżówka może mieć charakter, mrok, niebezpieczeństwo, ale nie musi mu towarzyszyć mdły wątek miłosny. Powiem więcej, nie znajdziecie go tutaj. Za to znajdziecie dobry portret psychologiczny głównej bohaterki, a trzeba przyznać, że to dość ciekawa postać, choć czasem mnie irytowała. Kolejna część jest już uwzględniona w moich panach i jest też już na mojej półce. Czy okaże się lepsza? Mam nadzieję, że autorka przekona mnie jeszcze bardziej do swojego stylu.

niedziela, 18 lutego 2018

#SięCzyta, czyli młodzieżowe inspiracje książkowe

W lutym Empik we współpracy z najpopularniejszymi wydawnictwami startuje z pierwszą edycją akcji #SięCzyta. To wyjątkowy program promocji literatury kierowany do młodzieży. Aż 95% nastolatków korzysta z internetu codziennie lub prawie codziennie, dlatego tego rodzaju akcja na poziomie komunikacji i profilu wydarzeń musi być idealnie dopasowana do potrzeb odbiorców. Serie spotkań autorskich, paneli dyskusyjnych i zlotów fanów zostaną zorganizowane w ciekawej formie, z wykorzystaniem mediów społecznościowych i przy zaangażowaniu popularnych influencerów. W Warszawie w salonie Empik Arkadia oraz Empik Junior już od 17 do 25 lutego odbędzie się łącznie sześć wydarzeń z cyklu #SięCzyta. To m.in. podróż do świata magii dla wszystkich fanów Harry'ego Pottera, spotkanie ze znanymi youtuberami i instagramerami, którzy opowiedzą o nieoczywistym łączeniu książek i internetu, a także prawdziwa gratka dla fanów literatury Young Adult, czyli spotkanie z najpoczytniejszymi twórcami z tego gatunku – z Adamem Faberem, Pauliną Hendel czy Aleksandrą Polak.

We need YA!
22 lutego, godz. 18:00


Tego spotkania nie może przegapić żaden fan książek Young Adult. Na scenie panelu wokół literatury młodzieżowej literaccy eksperci: Adam Faber – autor magicznych „Kronik Jaaru”, Paulina Hendel – znawczyni słowiańskich wierzeń i autorka „Żniwiarza”, Aleksandra Polak, która w serii „Circus Lumos” odkrywa mroczne oblicze świata i Martyna Senator – specjalistka od romantycznych powieści New Adult. 

Święto Colleen Hoover! 
24 lutego, godz. 13:00

Książka i Instagram? Analogowe i cyfrowe? Tak, to niezwykle modne połączenie! Wiedzą o tym najlepiej tzw. bookstagramerzy, czyli użytkownicy Instagrama, którzy na swoich kontach dzielą się opiniami na temat literatury. Już wkrótce będzie można poznać tajniki prowadzenia książkowego Instagrama na warsztatach organizowanych przez Empik i Grupę Wydawniczą Foksal. Pretekstem do warsztatów będzie premiera nowego wydania kultowego cyklu Colleen Hoover „Slammed”. Pisarka jest ulubienicą polskich bookstagramerów. Na fanów Colleen czekaż będą również prezenty-niespodzianki.

Ewa Mędrzecka, Maja Kłodawska, Paweł Dębowski, Robert Kołodziejczyk
25 lutego, godz. 15:00


Zapraszamy na spotkanie wokół pierwszej części bestsellerowej amerykańskiej serii „Świat Verity”, która zrobiła furorę w polskiej blogosferze. „Okrutna Pieśń” (Wydawnictwo Czwarta Strona) to niesamowita opowieść o post apokaliptycznym świecie, w którym z przemocy zaczęły rodzić się kreatury polujące na ludzi. Czy to właśnie najlepsza książka Young Adult tego roku? Tak! Na scenie czekać będą youtuberzy: Ewa Mędrzecka (Cat Vloguje), Maja Kłodawska (Maja K.), Paweł Dębowski (P42) oraz specjalny gość i ambasador serii: Robert Kołodziejczyk (Rob$on).

sobota, 10 lutego 2018

Dziwne losy Jane Eyre - Charlotte Brontë


wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
data wydania: 1976 (data przybliżona)
liczba stron: 302

„Prawa i zasady nie są stworzone na okresy wolne od pokus,ale na takie właśnie chwile jak obecna, gdy ciało i dusza buntują się przeciw ich surowości; są surowe, lecz nie będą pogwałcone.” 

Ostatnimi czasy miałam problem trafić na książkę idealną. Większość jest dobra, niektórym brakuje czegoś tam, aby być naprawdę super, a inne są po prostu słabe. Zatęskniłam za literaturą grubego kalibru, taką, która potrafi wzbogacić wnętrze, a po skończonej lekturze człowiek czuje niedosyt i sytość zarazem. Moja literacka zachcianka została spełniona, kiedy w moje ręce trafiła książka, która już swoje lata ma. Moje wydanie jest z roku 1976, a mowa tutaj o „Dziwnych losach Jane Eyre” autorstwa Charlotte Bronte.

„Piękność leży w oku patrzącego.”

Wiecie, że należę do grona wzrokowców, którzy lubią karmić swój wzrok pięknymi okładkami. Tutaj nie ma pięknej okładki. Nie ma cudnej grafiki, która powaliłaby mnie na kolana. Jest tylko skórzana, ciemnozielona okładka z tytułem i nazwiskiem autorki. A jednak za każdym razem, gdy patrzę na tą pospolitą oprawę, moje oczy się sycą. Jest w niej piękno, upływ czasu, a gdy przyjrzeć się jej z każdej strony to można ten miniony czas dojrzeć jeszcze bardziej. Kartki są pożółkłe, niektóre luźne, inne mają ślad taśmy czy zagięcia. Jest przez to nierówna, a jeśli zbliżyć do niej nos, to czuć niesamowity zapach. Taki jaki towarzyszy tylko starym książkom. Tak więc wzbudza mój zachwyt. Cieszy moje oko jak niejedna barwna i klimatyczna okładka. Jej urok tkwi w prostocie. I nasuwa mi się w tym momencie myśl jedna, ale jakże trafna, odzwierciedla główną bohaterkę.

„(...)tylko słaby i niemądry mówi, że nie może znieść tego, co los każe mu znieść.”

Powieść Charlotte Bronte opowiada losy biednej, osieroconej i niekochanej dziewczynki, która wyrasta na odpowiedzialną, skromną guwernantkę. Pochodzenie zmusiło ją do obrania takiej drogi życiowej, jednak jej życia nie można opisać mianem nudnego, a jej samej postacią nijaką i słabą. Wręcz przeciwnie. Ze stronic tej książki przebija portret kobiety niezależnej, odważnej i trzymającej się zasad. Nie boi się powiedzieć NIE i potraktować mężczyznę jak równego sobie. Nasza bohaterka stawia czoło wyzwaniom jakie pod jej nogi podsyłał los i robi to w sposób brawurowy. Znajdziecie tutaj także odcienie miłości, czystej, romantycznej, zakazanej. Miłości takiej, która trafia się raz w życiu…

*Charlotte Bronte urodziła się 21 kwietnia 1816 roku w Thornton, w hrabstwie York, w rodzinie pastora i całe życie spędziła w rodzinnych stronach na pograniczu Anglii i Szkocji. Żyła w epoce wielkiego urodzaju na znakomite powieści, swój smak literacki wykształciła na prostocie i jasności klasycznych stylistów XVIII wieku. Zaczęła pisać pod pseudonimem Currer Bell, obawiając się rozgłosu, a także pragnąc ukryć swą płeć, gdyż w owych czasach kobiety – pisarki rzadko spotykały się z przychylną oceną krytyki literackiej. Charlotte Bronte ogłosiła trzy powieści, wszystkie trzy oparte w dużej mierze na własnych przeżyciach autorki.

„Daleko lepiej jest cierpliwie znosić ból, którego nikt nie odczuwa prócz ciebie, niż popełnić czyn nierozważny, którego złe następstwa rozciągnęłyby się na wszystkich twoich bliskich.”

„Dziwne losy Jane Eyre” to niesamowita powieść, która potrafi porwać z nurtem melodramatycznej fabuły swojego czytelnika i nie puści aż do samego końca. Idealne połączenie barwnych, aczkolwiek nienużących opisów, dialogów w tym bogatego słownictwa tamtej epoki i jeszcze trafnej analizy psychologicznej bohaterów. Czytając koleje życia Jane Eyre nie można się nudzić, nie można czuć nic poza ciekawością dalszych wydarzeń. Całości dopełnia klimat, który nie tylko pachnie melodramatem, ale jeszcze nutą grozy i tajemnicy. Czytelnik może się się domyślać, odgadywać co zaraz nastąpi, ale nie dostaje od razu wszystkiego podanego na tacy. Przez te 301 stron przeżyłam więcej z bohaterką tej powieści niż z innymi bohaterami przez 500 w książkach współczesnych. I to bynajmniej nie dlatego, że akcja toczyła się lawinowo i na skróty, wręcz przeciwnie, każdy etap wędrówki Jane Eyre jest satysfakcjonujący. Jest to jedna z najlepszych, jak nie najlepsza książka jaką przeczytałam w swoim życiu, a trochę ich już mam na swoim czytelniczym koncie. Myślę nawet, że przewyższa „Przeminęło z wiatrem”, które samo w sobie jest świetne.

Podsumowując: chciałam dostać gruby kaliber literacki, to dostałam. Po skończonej lekturze czuje naprawdę wielką sytość jeśli chodzi o całokształt, ale jednocześnie głód za bohaterami i znajomym mi już światem. Wychodzi na to, że zżyłam się z postaciami tego hitu wydawniczego z epoki wiktoriańskiej, który w 1847 roku został wydany i doceniony, co wcale mnie nie dziwi. Tak się zastanawiam, skoro u mojej mamy na półce znajduje takie perełki to chyba muszę uważniej przyjrzeć się jej biblioteczce.

„Ludzie skryci często istotnie więcej potrzebują szczerego omówienia swoich uczuć i smutków niż ludzie wylani. Najsurowszy na pozór stoik jest ostatecznie człowiekiem i wdzierając się śmiało i życzliwie w taką milczącą duszę wyrządza się jej niekiedy pierwszorzędną przysługę.”

niedziela, 4 lutego 2018

Prawdziwe morderstwa - Charlaine Harris


wydawnictwo: Replika
data wydania: 10 lipca 2012
liczba stron: 284

Tym razem nici z nowości. „Prawdziwe morderstwa” to kryminał, który ma już swoje lata. Na naszym rynku wydawniczym pojawił się w 2012 roku i mówiąc tu o „metryce” tego tytułu mam na myśli zarówno datę polskiej premiery, jak i tej zagranicznej, która miała miejsce około dwadzieścia lat temu. Sami przyznacie, że to szmat czasu. W moje ręce trafiła już jakiś czas temu. Miałam nawet okazję zacząć ją czytać, ale odłożyłam z powrotem na półkę i o niej zapomniałam. Kilka dni temu przeglądając coś tam w internecie natrafiłam na tę serię, a w oczy rzuciły mi się okładki, które co tu dużo mówić trafiają w mój gust. Przy tej okazji przypomniałam sobie, że przecież gdzieś mam książkę z podobną okładką i tak oto po raz kolejny rozpoczęłam swoją przygodę z twórczością Charlaine Harris i stworzoną przez nią Aurorą Teagarden.
Lawrenceton w stanie Georgia, przedmieścia nieustannie rozwijającej się Atlanty, to de facto nadal małe miasteczko. Bibliotekarka Aurora „Roe” Teagarden wychowała się tutaj i wie więcej, niż trzeba, o mieszkańcach miasta, także o tych, którzy podobnie jak ona interesują się ciemniejszą stroną ludzkiej natury.  Wraz z tymi ludźmi Aurora należy do klubu nazywanego Prawdziwe Morderstwa, którego członkowie spotykają się raz w miesiącu, by analizować słynne sprawy kryminalne. To nieszkodliwe hobby przyjmuje całkiem inny obraz, gdy pewnego wieczoru Roe znajduje ciało członkini klubu, zamordowanej w sposób, przypominający zbrodnię, którą tego dnia klub miał omawiać. Po kolejnych przypadkach „kopiowanych” zabójstw, Roe będzie musiała się dowiedzieć, kto ukrywa się za tą przerażającą zabawą, w której wszyscy członkowie Prawdziwych Morderstw, z nią włącznie, są głównymi podejrzanymi… i potencjalnymi ofiarami.
Małe miasteczko, klub miłośników zbrodni no i oczywiście upragniona zbrodnia. Czy w realnym świecie jest równie intrygująca co na kartkach książek? Czy uczestnikom spotkań klubu „Prawdziwych morderstw” spodoba się eliminacja kolegów poprzez naśladowanie starych zbrodni? Kto jest mordercą? Kto następny będzie ofiarą? Co tu dużo mówić, niezła kabała. Wplątała się w nią młoda bibliotekarka (nomen omen taki kurdupel jak jak), której życie nagle się zmienia, gdy trafia na zwłoki koleżanki z grupy. Jej codzienność już nie jest rutyną, a wszystko nabiera tempa, rumieńców i uczucia strachu. W jej życiu wraz ze zwłokami pojawia się dwóch mężczyzn, co dodatkowo urozmaici życie młodej kobiety. Nikt nie może uwierzyć, że spokojne do tej pory miejsce staje się miasteczkiem strachu. Giną ludzie, a potencjalnych sprawców jest kilku.

Autorka znana jest z książek o wampirach, na podstawie jej powieści powstał serial „Czysta krew”. Nie miałam okazji go oglądać i książek z krwiopijcami też nie czytałam (choć chciałam kiedyś upolować w biedronce, ale nie było pierwszego tomu więc darowałam sobie zakup entego z kolei, wiecie również, że wampiry lubię, choć ostatnio rzadko w te towarzystwo się literacko mieszam). Jak widać Charlaine Harris ma na swoim koncie również kryminały, poza Aurorą Teagarden jest jeszcze cykl z Lily Bard. Rzuciłam okiem na dorobek autorki i widziałam, że ma na swoim koncie naprawdę niezłą liczbę książek więc jest w czym wybierać.

„Prawdziwe morderstwa” to kryminał, który da się lubić. Nie należy do opasłych książek, nie ma nawet 300 stron, liczba bohaterów jest proporcjonalna do objętości, a narracja jest pierwszoosobowa, czyli za rękę prowadzi czytelnika oczywiście Aurora. No właśnie, jeśli chodzi o główną bohaterkę to trochę irytowało mnie jej zachowanie, nie chce wnikać w szczegóły, żeby nie psuć zabawy i zdradzić przypadkiem zbyt wiele. W skrócie chodzi mi o jej brak zdecydowania. Fabuła wciąga, akcja momentami potrafi trzymać w napięciu, choć mogłoby być więcej tego dreszczyku, który powinien towarzyszyć literaturze tego typu. Co do samej akcji to na brak trupów narzekać nie możemy, praktycznie mamy jedno morderstwo za drugim. Szkoda, że autorka nie rozwinęła bardziej fabuły, nie pozwoliła, żeby morderca bawił się bardziej w kotka i myszkę z bohaterami. Byłoby jeszcze lepiej, a tak czujemy pewien niedosyt. Nie zmienia to jednak faktu, że przy tej lekturze spędziłam miło czas i zamierzam upolować inne książki tej autorki, szczególnie jeśli chodzi o kryminały. Tym bardziej, ze ostatnio rzuciły mi się w oczy okładki pozostałych książek i już wiem, że miło byłoby je mieć wszystkie na swojej półce. Jak na wstęp do serii to „Prawdziwe morderstwa” mają się naprawdę dobrze, a nasza bohaterka ma duże pole do popisu w kolejnych częściach i może wcieli się bardziej w rolę detektywa w spódnicy.