poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Czas mumii, czyli serce w bandażach - Ezra Fox, Alex Falcone


wydawnictwo: dziwny pomysł
tytuł oryginału: Unwrap My Heart: or It's Time For Mummies
data wydania: 21 kwietnia 2018
liczba stron: 164

Były wampiry, wilkołaki, upadłe anioły, a teraz nadszedł czas na… MUMIĘ! Skoro można zakochać się w wymienionych wcześniej istotach, to dlaczego by nie w gościu w bandażach? Facet zamiast oczu ma czarne dziury, żwawym krokiem raczej nie podąża, a jeśli już to szura nogami, zapach ma egzotyczny, wygląda jak hipster i jeździ niezłym wozem. W sumie dobre auto nie jest złe, szczególnie gdy ma się swoje lata i o energicznym kroku mowy nie ma. Jak wiadomo o gustach i guścikach się nie dyskutuje, serce nie sługa, a i trzeba być tolerancyjnym. W literaturze mnie już nie zdziwi nic, w końcu od tego ona jest, żeby naszą wyobraźnię pobudzać w każdy możliwy sposób. Tym bardziej jeśli mowa o miłości nastolatek do wszelkich bytów przybierających seksowną postać. Nastolatką to ja już dawno nie jestem, ale od zawsze ciągnęło mnie w stronę chociażby wampirów, więc gdy dostałam propozycję zapoznania się bliżej z mumią, to nie mogłam nie skorzystać. Tak więc, w moje ręce trafił „Czas mumii czyli serce w bandażach”, cieniutka książeczka, której przeczytanie nie zajmuje dużo czasu.
Sofia jest zwyczajną licealistką, która martwi się o zadania domowe i opinię innych uczniów, kiedy pojawia się ON: szalenie przystojny nowy uczeń, skryty za warstwą rozkładających się bandaży, wpatrujący się w nią pustymi oczodołami. Sofia bierze go za zwykłego hipstera, ale może ten zagadkowy nieznajomy skrywa coś więcej?Tak. On jest mumią. Naprawdę nie trzymamy tego w tajemnicy. Okazuje się, że to mumia. To książka o dziewczynie, która zakochuje się w mumii.
„Czas mumii...” to książka, która swoim tytułem wskazuje od razu kierunek, w którym fabuła będzie podążać. Jednak to nie takie zwyczajne romansidło dla nastolatek, to bardziej parodia tego co jest nam już znane z tego typu książek. Autorzy, Alex Falcone i Ezra Fox to komicy, więc strategia jaką obrali pisząc tę książkę nie dziwi. Ma być na luzie, na wesoło, trochę prześmiewczo, a najlepiej podejść do niej z dystansem. Co można w niej znaleźć prócz wątku miłosnego z żywym trupem? Oczywiście nie może zabraknąć nieodwzajemnionej miłości, nastolatki wychowywanej przez jednego rodzica oraz czarnego charakteru, który chce opanować świat. Zapomniałabym o tajemnicy jaką skrywa matka naszej głównej bohaterki. Serio nic co byłoby jakieś nowe, aczkolwiek na parodię może się nadać. Będę z wami szczera, najsłabszym ogniwem tej książki jest narracja, czyli to co Sofia ma nam do powiedzenia. Mało, który bohater książki potrafił mnie zniechęcić do siebie tak jak ta dziewczyna. Jej spojrzenie na różne sytuacje było wręcz żałosne, gdybym czytała na głos chyba tekst zgrzytałby mi między zębami. Dawno nie czytałam takiego bełkotu. Na początku próbowałam przełknąć ślinę i zaakceptować fakt, że w końcu to ma być takie „głupiutkie”, jednak po dłuższej chwili traciłam ochotę na znajomość z tą dziewczyną. Nie rzuciłam jej w kąt tylko dlatego, że staram się zawsze czytać do końca, być może gdzieś coś mnie jeszcze zaskoczy, tutaj nie zaskoczyło mnie nic. Poza narracją, pomysł na fabułę jest naprawdę dobry i byłam ciekawa jak rozwinie się sytuacja. I teraz pytanie: czy ja mam coś nie tak z poczuciem humoru, czy to tamtejsi komicy robią to w dziwny sposób? Jaka by nie była odpowiedź to wiem, że drugi raz z Sofią się „nie dogadam”. Nie znaczy to, że wy będziecie mieć z nią ten sam problem co ja. A może problem leży w samym gatunku i lepiej idzie czytanie mi oryginalnych choć mdlących od nastoletniej miłości po grób (hola hola, jaki grób, tam zazwyczaj żyje się wiecznie!) historii niż tych subtelnych i krótkich parodii. Jeśli lubicie tego typu książki to warto spróbować, być może będziecie czerpać więcej przyjemności z czytania, bo może wam narracja Sofii nie będzie przeszkadzać. Ja jestem trochę rozczarowana, bo naprawdę miałam ogromną ochotę na tę książkę, na parodie tego co czytałam będąc nastolatką i byłoby przyjemnie, gdyby nie ten minus, o którym wspomniałam. Plusem jest natomiast wydanie, prosto, ale z klasą i charakterem.

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki

czwartek, 19 kwietnia 2018

Tryjon - Melissa Darwood


wydawnictwo: Sine Qua Non
liczba stron: 304
data wydania: 18 kwietnia 2018

„Nie sztuką jest uciekać od emocji, sztuką jest umieć je przeżywać.” 

Emocje można przeżywać i można również o nich pisać. Robi to świetnie Melissa Darwood, co udowodniła mi już kilkakrotnie pisząc swoje niesamowite książki. Moja przygoda z jej twórczością zaczęła się od „Laristy” i to dobrych kilka lat temu, to książka, do której mam sentyment. Później pojawiło się „Pryncypium”, które jest w moim sercu do dziś. Nie jest mi obce również „Luonto”, a teraz naszedł czas na „Tryjon”, który jest świeżo po premierze.
Jak udowodnić swoją niewinność, kiedy nie pamiętasz ostatnich pięciu lat? Nic nie ochroni nas przed bólem wspomnień. Sami musimy się z nim uporać. Mila jest inna niż wszyscy. Często traci świadomość, przebywa w jednym miejscu, by po kilku godzinach znaleźć się w zupełnie innym. Pewnego dnia budzi się w zaświatach, zwanych Tryjonem. Dowiaduje się, że nie żyje, a przed śmiercią dopuściła się zbrodni. Czy zdoła dowieść swojej niewinności? Czy kiedykolwiek jest za późno na miłość? I najważniejsze – co skrywa Tryjon? Wciągająca historia o życiu po śmierci i poszukiwaniu własnej tożsamości.
  „[…] śmierć to część życia, przypomina oddech, tylko że bardzo długi.”

„Tryjon” to jedna wielka emocja i tak podsumowałabym najnowszą książkę autorki. Tak naprawdę to różnymi odcieniami zmieszanymi w jedno, co pozwala czerpać z książki pełnymi garściami. Emocje to taki rollercoaster, dają kopa, wzbogacają nas jako ludzi, a dzięki nim nie jesteśmy jedynie skórą, kośćmi i czymś co przypomina żywego robota, albo trupa, co kto woli. Można je też porównać do dzikiego konia, wiadomo mustangi zachwycają, ale są dzikie i nieprzewidywalne. To co w nas siedzi tak naprawdę urzeka, ale bywa nieokiełznane, a nie wszystkim udaje się nad tym zapanować ot tak z łatwością. Osobą, która sobie z nimi nie radzi jest Mila, dziewczyna, która nagle znika, a na jej miejscu, choć w tym samym ciele pojawia się ktoś inny. Sprawa komplikuje się o tyle, że takich osobowości jest zdecydowanie więcej. To zaprowadziło naszą bohaterkę do Tryjonu, miejsca, do którego trafiasz po śmierci. I tu zaczyna się cała zabawa dla wyobraźni czytelnika.

Dziewczyna musi udowodnić swoją niewinność, musi również wyruszyć w podróż po nieznanej krainie i to nie sama. Pozna różne odcienie miejsca, do którego trafiła, ale dowie się także sporo o sobie samej. Historia wymyślona przez Melissę pokazuje czym są albo czym mogą być emocje, które w nas drzemią. Pokazuje jak ważna jest wewnętrzna harmonia i akceptacja wszystkich swoich osobowości, bo tak naprawdę nikt z nas nie jest przejrzysty. Nasza prawdziwa tożsamość składa się z różnych elementów, które mogłyby nosić swoje własne imiona. Autorka sprawnie rozkłada je na czynniki pierwsze. Mimo, że gatunek, który reprezentuje można włożyć między bajki, to pokazuje jak cenne i zarazem trudne jest nasze życie. Musimy podejmować wybory i czerpać lekcje z każdej wędrówki. Ta książka to skarbnica cytatów!

„Gdy dostrzegasz w oddali cel wędrówki, droga staje się lżejsza, czas mknie jak błyskawica.”

Melissa Darwood kolejny raz udowodniła moc swojej wyobraźni, siłę swojego pióra, którym tworzy coraz to lepsze historie. Nie ściemniam. Jestem z nią od początku i naprawdę widzę różnicę. Jej opowieści są odważniejsze, bardziej barwne, dynamiczne i jeszcze bardziej pobudzające wyobraźnię. Świat, który stworzyła tym razem, w mojej pamięci utworzył surrealistyczny obraz, który jest ni to koszmarem, ni to niezłą fantastyką z dobrymi portretami psychologicznymi. Bohaterowie nie należą do nudnych osobników, którzy mogli się wam już znudzić, nie są idealne, mają swoje za uszami, a na rękach krew. Chcecie miłosnych uniesień, dobrych wątków nadprzyrodzonych, fantastyki, ciekawej fabuły, która nie wlecze się w ślimaczym tempie? To sięgajcie po „Tryjon” Ja nie nudziłam się ani przez chwilę. Akcja rozkręca się z każdą stroną, lekki styl autorki pozwala cieszyć się tą wciągającą historią bez jakichkolwiek problemów. No i jeszcze okładka… Ta to dopiero cieszy oko!

„To, co się dzieje teraz jest jedynie chwilą, sumą oddechów, które przeminą, tak jak życie. To, co nas spotyka, nie jest czarne ani białe. Kolorów jest nieskończenie wiele, tak jak odcieni szarości. Trzeba tylko potrafić je dostrzec.”

środa, 18 kwietnia 2018

GPS Szczęścia, czyli jak wydostać się z Czarnej D. - Magdalena Witkiewicz, Marzena Grochowska


wydawnictwo: Od deski do deski
data wydania: 18 kwietnia 2018
liczba stron: 220

„Bo ze szczęściem jest jak z zasięgiem. Czasem hula pełną parą, czasem je gubimy i wtedy jesteśmy bardzo nerwowi, czasem myślimy, że je mamy,a jednak je tracimy.”

Trafny cytat, prawda? Każdy z nas chce być szczęśliwy i robi czasem wszystko, żeby było idealnie, żeby osiągnąć stan szczęścia, a wtedy okazuje się, że jednak to nie jest to o co nam chodziło. Wtedy zazwyczaj lądujemy w takiej Czarnej D. Najgorsze jest to, że często sami się tam pakujemy na własną prośbę, za bardzo chcemy idealnego życia. Nie ważne czy mowa tu o kobiecie czy o mężczyźnie. Mechaniku czy prezesie dużej firmy, bizneswomen czy matce i żonie. Jedni i drudzy o czymś marzą, a w skrócie każdy pragnie szczęścia. Książka, którą właśnie mam pod nosem, ma pomóc wydostać się z tej szarej, nieszczęśliwej miejscowości czyli Czarnej D.

Czym jest Czarna D.? Gdzie leży na mapie? Jak ją omijać? Odpowiedź jest prosta, to stan naszego umysłu. Na mapie więc go nie znajdziesz, jednak przypomina ponurą miejscowość/ miasteczko, które mogłoby stanowić tło dla horroru czy dreszczowca. Ludzie nieszczęśliwi, takie chodzące zombie bez optymizmu i siły do walki o lepsze jutro. Raczej każdy tam trafia, prędzej czy później… Ten pobyt ma swoje zalety, a jakie to o tym dowiecie się od ekspertek, które napisały tę książkę. Jak omijać, albo bywać tam tak rzadko jak się da? Zmienić podejście do życia i zabrać sobie do serca to co znajdziecie w tej książce.

Magdalena Witkiewicz z zawodu analityk marketingowy, specjalista od modeli ekonometrycznych, z pasji pisarka. I to nie byle jaka! Jej książki wzruszają, bawią, dają nadzieję i odrywają od codzienności setki czytelników. Pisze o sprawach ważnych, ale nienachalnie, wręcz lekko i przyjemnie. Podobno specjalistka od szczęśliwych zakończeń, swój optymizm przelewa również do książek dla dzieci.

Marzena Grochowska z wykształcenia oraz pasji jest trenerem biznesu, wiceprezeska Polskiego Stowarzyszenia Kobiet Biznesu, autorka wielu projektów rozwojowych dedykowanych dla kobiet: Ploty, Papiloty, Szminki… Na co dzień pracuje w środowisku biznesu, jest też wolontariuszką Fundacji Hospicyjnej. Obszary szczególnie jej bliskie to motywacja i psychologia pozytywna, co zresztą można zauważyć po przeczytaniu tej książki.

Za każdym razem, gdy trafiam na informację, że Magdalena Witkiewicz wydaje nową książkę, bądź dopiero nad taką pracuje, wpadam w stan uniesienia. Wiem, że prędzej czy później będzie moja. Książek wychodzących spod jej pióra nie da się nie lubić, a każda zawiera w sobie to coś co trafia do wnętrza czytelnika i zostaje na długo. Nie twierdzę, że wszystkie powieści skradły moje serce tak samo, bo tak nie jest, jednak żadna nie okazała się bublem, który chce się wyrzucić do kosza. „GPS Szczęścia czyli jak wydostać się z Czarnej D.” nie jest powieścią do jakich przywykłam. Nie oznacza to jednak, że jestem rozczarowana. Po pierwsze wiedziałam co w trawie piszczy zanim się za nią zabrałam, po drugie lekki styl, humor i to co Magdalena Witkiewicz robi najlepiej – czyli pozytywny kopniak w stronę swojego wnętrza oraz drugiego człowieka też tutaj się znajduje. Jej rola w tej książce polega na stworzeniu odpowiedniej historii z udziałem bohaterów, którzy swoje odzwierciedlenie mają w zwykłych prawdziwych ludziach. Bo przecież Ty czy ja możemy być Mieczysławem Fochem, bądź Katarzyna Nonajron. Jednak tym razem autorka połączyła swoje siły z Marzeną Grochowską, coachem od wychodzenia z Czarnej D. Jej zadaniem jest podejście praktyczne do tego co wcześniej zaprezentowała nam Magdalena Witkiewicz. Kilka poradników tego typu w moje ręce wpadło i tak naprawdę po lekturze tej książki nie jestem zaskoczona, nic nowego się tam nie pojawiło, jeśli chodzi o sedno treści. Jednak całość prezentuje się naprawdę dobrze, zarówno jeśli chodzi o grafikę jak i pozytywny przekaz. Zresztą ten kto zna twórczość Magdaleny Witkiewicz ten wie na co ją stać. Natomiast Marzena Grochowska dotrzymuje jej kroku na swoim podwórku mentora. Tak więc, jeśli ktoś aktualnie znajduje się w Czarnej D. i chce się wydostać, lub po prostu dodać szczyptę optymizmu swojej codzienności to polecam ten tytuł. Jeśli jesteś tym szczęśliwcem, który nigdy tam nie trafił i mu to w przyszłości (tej bliższej, bo tej dalszej nikt nie zna) nie grozi to polecam tę książkę ot tak zwyczajnie dla relaksu, być może coś dla siebie w niej znajdziesz. To taki nietypowy poradnik, babskie spojrzenie na życie, atmosfera panuje tutaj koleżeńska, a ilustracje, które zawdzięczamy Joannie Zagner – Kołat cieszą nasze oko na każdej stronie. Filip Chajzer napisał o niej : „Przydałaby się prosta recepta na szczęście… Bardzo proszę, trzymasz ją w rękach.” i ja się z nim zgadzam. Daj sobie szansę na lepsze jutro… no i więcej dystansu każdego dnia, dla siebie i innych!

sobota, 7 kwietnia 2018

Wielki Gatsby - F. Scott Fitzgerald


wydawnictwo: Bellona
data wydania: 2013
liczba stron: 190

„Tak oto dążymy naprzód, kierując łodzie pod prąd, który nieustannie znosi nas w przeszłość.”

Są książki, które stają się popularne dopiero po śmierci autora, a ponowne ich wydanie po latach, zyskuje w oczach czytelników. Bywają też takie, których tytuł jest tak sławny, że wpada w oko kompletnie zielonemu w temacie fabuły jegomościowi w księgarni. Po prostu tytuł wyprzedza treść już na starcie. Założę się, że każdy jest w stanie podać tytuł takiej książki, która jest legendą samą w sobie, a nawet jej nie czytał. W moje ręce ostatnimi czasy trafiła taka właśnie powieść, która sławą zaczęła się cieszyć długo po premierze, za to z sukcesów swojego dzieła nie mógł się cieszyć za życia autor. „Wielki Gatsby”, bo o tej powieści mowa, został wydany w 1925 roku w USA, jednak został doceniony został w 1953 roku. Na ekranach kin również się pojawiał i to aż pięć razy. Może nie uwierzycie, ale tytuł legenda i na mnie zarzucił swoje sieci jakiś rok, dwa, a może nawet trzy lata temu. Nie dałam się skusić, co nie znaczy, że zapomniałam o tej książce. Wróciła do mnie teraz i mogłam delektować się najpierw podziwiając ją na swojej półce, a później czytając wieczorami.

Francis Scott Fitzgerald stworzył swoją powieść na tle czasów powojennych, lata 20 XX wieku, okres prohibicji, wzrost przestępczości, a i człowiek moralnie nie bardzo miał czym się chwalić. Pozory i pieniądze ukrywały prawdziwe wcielenie młodych i tych trochę starszych ludzi w tamtym okresie. Autor stworzył niesamowity obraz społeczeństwa mieszkającego w Nowym Jorku i jego okolicach. Romanse, układy, światło fleszy, przepych, kłamstwa, dwulicowość, długo pielęgnowane marzenia i nadzieje, miłość, przyjaźń i siła charakteru. Żadna z postaci w tej książce nie jest idealna, każda ma jakąś rysę, większą bądź mniejszą, jednak w ostatecznym podsumowaniu dostrzegamy, która z postaci najbardziej zagubiona, zdesperowana czy też zepsuta.


„Każdy człowiek ma o sobie mniemanie lepsze, niż mają o nim inni i przypisuje sobie przynajmniej jedną z głównych cnót.”

Wyobraźcie sobie, że mieszkacie w zwykłym, nierzucającym się w oczy domku. Obok stoi willa, praktycznie każdej nocy u sąsiada jest impreza i to nie byle jaka. Przychodzi kto chce, przepych, alkohol, sławne towarzystwo. Jednak gospodarz imprezy jest chodzącą tajemnicą. Pewnego dnia dostajecie zaproszenie na jedną z takich imprez. Idziecie i po jakimś czasie przelotnie poznajecie sąsiada. Odtąd wasze życie się zmienia… Narratorem tej powieści jest właśnie ów człowiek mieszkający w zwykłym domku, Nick Carraway. Akcja powieści rozpoczyna się latem 1922 i trwa do jesieni. W tym czasie Gatsby przestaje być dla nas zagadką, a życie i ludzie pokazują swe prawdziwe oblicze. Patrząc z boku na postać Gatsby’ego mamy lepszą ocenę jego osoby, nie patrzymy jego oczami na całą historię, tylko mamy pod nosem przefiltrowany obraz z drugiej ręki. 

Czym więc „Wielki Gatsby” zasłużył sobie na rangę literackiej legendy? Co czyni tę powieść intrygującą i ponadczasową? Zdecydowanie klimat panujący w tej powieści. Jest to naprawdę barwna opowieść o czasach, gdzie można było szybko dojść do pieniędzy niekoniecznie legalnie, nie brakuje w niej miłości i tragedii, a jak wiadomo to przyciąga czytelnika. Tajemniczy i wielki Gatsby też jest tutaj mocnym punktem, plotki krążą, a otwarte przyjęcia dla wszystkich bez wyjątku kuszą. Kim tak naprawdę jest ten bogacz? Czy kogoś zabił? A może prowadzi lewe interesy? Jaką tajemnicę skrywa? Książka nie jest długa, treść nie jest męcząca ani skomplikowana, bohaterowie no cóż – różni. Na pierwszy rzut oka zwyczajna powieść o pieniądzach, ludziach i ich charakterach, jednak czytelnik płynie z nurtem historii. Przenosi się do tamtego okresu i jest uczestnikiem wydarzeń. Autor w swojej książce nie idealizuje miłości, a przynajmniej nie do końca, bo pokazuje jak ważnym przeciwnikiem tego pięknego uczucia są pieniądze. A przyjaźń? Czy to słowo, aby na pewno ma jakąś głębię? Kim jest przyjaciel? Kto nim tak naprawdę jest w tragicznych okolicznościach? Czy pieniądze dają szczęście? Jedno jest pewne, dają możliwości, ale i zgubę. Tak samo jak miłość. To wnioski jakie wyniosłam z tej powieści. Wiecie co? To będzie jedna z ważniejszych pozycji na mojej półce.


„- Przecież nie można przeżyć na nowo czasu, który się już przeżyło!
 - Jak to: nie można! Oczywiście, że można!”