sobota, 16 czerwca 2018

Moje serce w dwóch światach - Jojo Moyes


cykl: Lou Clark (tom 3)
wydawnictwo: Znak Literanova
data wydania: 6 czerwca 2018
liczba stron: 512

„To bzdura, że my kobiety, możemy mieć wszystko. Nigdy nie miałyśmy i nigdy nie będziemy mieć. Zawsze musimy dokonywać trudnych wyborów. Ale istnieje jakieś pocieszenie w tym, że robi się to, co się kocha.”

„Moje serce w dwóch światach” autorstwa Jojo Moyes to nowa, jeszcze ciepła bo kilka dni temu wydana powieść o losach Lou Clark. Dziewczynie znanej nam z książek „Zanim się pojawiłeś” oraz „Kiedy odszedłeś”. Przedostatnia recenzja na moim blogu była poświęcona drugiemu tomowi tej serii (znajdziecie ją tutaj) i jak wiecie moje odczucia były mieszane, a konkretnie to byłam trochę rozczarowana i zmęczona czytaniem. Tak więc, do trzeciego tomu podeszłam z dystansem, ale i ciekawością w jakim świetle tym razem autorka zaprezentuje Lou. Jakby nie patrzeć nasza główna bohaterka zaczynała nowy etap i wyruszyła do Nowego Jorku, czyli miasta bogaczy, żółtych taksówek i otwierających się przed nią nowych możliwości.
Josh ma spojrzenie zupełnie jak Will. Ten sam uśmiech, ten sam kolor włosów. Lou zaniemówiła, kiedy zobaczyła go po raz pierwszy. Czy to możliwe, że istnieje mężczyzna aż tak podobny do miłości jej życia? Miłości, która, jak się zdawało, bezpowrotnie odeszła? Nowy Jork, miasto drapaczy chmur, urokliwych restauracji, rozświetlonych alei i ludzi w ciągłym biegu. Miasto, które spełnia marzenia. Lou przyjeżdża tam, by nauczyć się nowych rzeczy. Wie, jak wiele kilometrów dzieli ją od Londynu, w którym mieszka Sam, jej nowy chłopak. Wie, że świeży związek może nie przetrwać próby odległości. Właśnie wtedy poznaje Josha. Jasne staje się, że każda decyzja, którą podejmie w kwestii swojej przyszłości, całkowicie zmieni jej życie.
Ci z was, którzy przeczytali poprzednie losy Lou wiedzą, że ostatecznie wyjechała do pracy w Nowym Jorku. W Anglii zostawiła nie tylko rodzinę, mieszkanie i przyjaciół, ale również swojego ukochanego. Dziewczyna pozbierała się po śmierci Willa na tyle, żeby zaryzykować i otworzyć się na wyzwania, jednak nie zdawała sobie sprawy z tego jak trudne decyzje przyjdzie jej podejmować, jak tysiące kilometrów rozłąki może wpłynąć na relacje z ukochanym i jak samemu można się w czasie kilku miesięcy zmienić. Sprawa robi się jeszcze ciekawsza, gdy na jej drodze pojawia się klon Willa. Czy on skradnie jej serce? A może ratownik Sam będzie tym jedynym? A może żaden z nich tak naprawdę nie da jej szczęścia. Kto wyciągnie pomocną dłoń?

„Moje serce w dwóch światach” to książka nie tyle dla kobiet co o kobietach, to one są siłą napędową, pokazują swoje możliwości, siłę, kreatywność, metamorfozy i szczęście. Bywają w ich życiu zakręty, kataklizmy, ale przez to są one bardziej prawdziwe, niezwykle barwne i charyzmatyczne. W tej książce mocną stroną są ewidentnie kobiety. To kolejna książka o zrzucaniu kokonu, zbroi poczwarki i rozwinięciu skrzydeł. Każda z tych trzech książek w jakiś sposób pokazuje jak na nasze życie mają wpływ osoby, okoliczności czy wydarzenia. Poprzedni tom to było pozbycie się żałoby, poskładanie w całość siebie po stracie, a tutaj metamorfoza idzie dalej. Jojo Moyes rzuca swojej bohaterce kłody pod nogi, które wprowadzą zamęt, przyprawią o łzy, ale ostatecznie dodadzą siły. To samo z ludźmi, których spotka na swojej drodze. Dziewczyna pozna świat pieniędzy, pseudo przyjaźni, zauroczenia, walki o cel, sekrety i ich brzemię. Autorka pokazuje też, że nie zawsze poznajemy się na ludziach z szybkością światła, ba czasem zbyt szybko kogoś ocenimy – negatywie bądź pozytywnie- a tak naprawdę potrzeba czasu i chęci, aby przekonać się jaka ta osoba jest. To właśnie relacja Lou z pewną staruszką tak mnie urzekła i nawet wywołała wzruszenie. Co tu dużo gadać, na jej życie też miała ogromny wpływ ta znajomość. O ile poprzednia część była dla mnie lekką torturą i czytało mi się ją opornie, tak ta jest dynamiczna i czyta się ją z prędkością światła. Ma w sobie barwy, emocje i ważne przesłanie. Ważne jest, aby poznać samego siebie, odkrywać nowe możliwości, robić to co się kocha i nie dać się nikomu stłamsić. Życie ma się jedno i warto być asertywnym, żeby zawalczyć o swoje życie. Żyć w zgodzie ze sobą i być otwartym na ludzi i na to co przyniesie los.

Podsumowując: zdecydowanie lepsza od poprzedniej części. Pozytywna, dynamiczna i momentami zaskakująca. To nie kolejne romansidło, nie wyciskacz łez, to zachęta do poszukiwania własnej drogi, to opowieść o przyjaźni, której nie straszna różnica pokoleń, to zamiłowanie do mody, kolorów, a dopiero w tle jest miłość, która jak wiadomo ma różne odcienie. To po prostu książka, którą warto przeczytać, szczególnie jeśli przeczytało się dwie poprzednie części.

„Mamy tyle wersji samych siebie, spośród których możemy wybierać. […] Najważniejsze, żeby nikt, kto ci towarzyszy, nie decydował, kim masz być, i nie przyszpilał cię jak motyle w gablotce. Najważniejsze to wiedzieć, że zawsze możesz znaleźć sposób, by wymyślić się na nowo.”

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki.

czwartek, 14 czerwca 2018

Larista - Melissa Darwood [RECENZJA PRZEDPREMIEROWA]


wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
data premiery: 21 czerwca 2018

„Dwa serca, jedno bicie, niech mnie odnajdzie miłość na całe życie .”

On – dziewiętnastoletni chłopak lubiący wyzwanie, adrenalinę, muzykę i swój motocykl. Ona – szara myszka spod trzynastki. Trzy lata młodsza, wzorowa uczennica z dobrego domu, która skrzycie marzy o chłopaku mieszkającym na końcu ulicy w starym, drewnianym domu po swojej babci. Tych młodych łączą przelotne spojrzenia, ciche „Cześć”, spacer w alei lipowej, pierwszy dotyk, skradziony pocałunek, ryzyko… Dzieli za to… nie ważne co, ważne jest uczucie, bo to przecież miłość, przeznaczenie...(to nie fabuła tej książki to tylko moja wyobraźnia!). Miłość na całe życie – która z nas o tym nie marzyła będąc nastolatką? Stawiam dobre piwo, że większość dziewczyn śniła o swoim księciu na białym koniu, liczyła na miłość od pierwszego wejrzenia - wiecie te motyle trzepoczące w brzuchu, a kiedy zasypiała miała przed oczami pokaz romantycznych scen. Nie każda musiała się do tego przyznawać, ale złożę się, że skrycie chciała właśnie przeżyć taką prawdziwą miłość. Jakby nie patrzeć takimi historiami o miłości raczyły nas baśnie, bajki, książki oraz filmy. Z biegiem lat zapewne obraz księcia wyblakł, a pierwsza miłość została tylko wspomnieniem i naiwną mrzonką – choć i tu zdarzają się wyjątki. Być może jest taka ONA i ON. Być może im się udało. Zazwyczaj jednak życie przesiewa przez drobne sito te miłości i nie tylko. Z dawnych lat, naiwności czy romantyzmu zostaje tylko wspomnienie, do którego można wrócić przy okazji czytania książki, czy też oglądania filmu, a i czasem znajdzie się zawieruszony w czasie list. Jedno jest pewne, każda choć przez chwilę chce poczuć się znów tamtą dziewczyną, której serce wariuje. Ja także i dlatego kolejny raz zatopiłam się w lekturze „Laristy”. Tak, to nie jest moja pierwsza przygoda z twórczością Melissy Darwood, a pierwsze spotkanie miało miejsce pięć lat temu. To nie jest również pierwsza recenzja tej powieści na moim blogu – prawdę mówiąc tamtej lepiej nie czytać.
Larysa przez całe swoje życie marzyła o miłości od pierwszego wejrzenia. I to takiej, która nigdy nie przeminie. Kiedy na swojej drodze spotyka Gabriela, tajemniczego Nieznajomego z jej sennego koszmaru, jeszcze nie wie, że całe jej życie niedługo się zmieni. Zarówno on, jak i niedawno poznany Daniel, mają plany względem dziewczyny. Jednak tylko jeden z nich ma przyjazne zamiary. Czy dziewczyna wybierze mądrze? Życie Larysy całkowicie się zmienia, kiedy pojawia się w nim Gabriel. Ten mężczyzna coś ukrywa, coś, co sprawia, że dziewczyna czuje się śledzona. Kim są tajemniczy Guardianie i Tentatorzy? Dlaczego życie Larysy jest w niebezpieczeństwie? Czy w dzisiejszych czasach jest miejsce na miłość od pierwszego wejrzenia?
„Larista”, która za kilka dni pojawi się w księgarniach po pięciu latach przeszła metamorfozę. I nie, nie chodzi tylko o okładkę i nowe wydawnictwo, a o treść. Autorka postanowiła jeszcze raz popracować nad losami bohaterów i zrobić mały lifting, a co najważniejsze postanowiła dodać punkt widzenia Gabriela, co jest znaczące dla lepszego wczucia się w fabułę. Choć już pierwsza wersja sprawiła, że moje serce zabiło szybciej to z ciekawością i sentymentem czekałam na pojawienie się tej historii w nowej odsłonie. Wiecie, tym razem nie przeżyłam szoku, że akcja dzieje się u nas, a nie w Ameryce – no bo przecież wydawało mnie się, że Melissa Darwood to nie Polka (tak, dałam się nabrać pseudonimowi) – za to pozwoliłam sobie na odświeżenie pamięci, rozkoszowanie romantyczną historią i zapoznanie z tym co w duszy gra temu tajemniczemu, seksownemu facetowi, którego kiedyś porównałam ze słynnym Edwardem i wyszło mi, że ten nasz jest o wiele lepszą wersją (łączy ich staroświeckie zachowanie, przez co obie te historie gdzieś tam się do siebie zbliżają). Nadal uważam, że jest to książka, która trafi w serce niejednej romantyczki, a może i romantyka. Do tego jest lekka i przyjemna. Fabuła zbudowana została na dobrze znanym szablonie, walki dobra ze złem, oraz miłości, która jest wręcz idealna, ale uwaga – nie jest przesłodzona, choć bywa słodko i nieracjonalnie (ale to nie jest przecież literatura faktu żeby twardo stąpać po ziemi!). Z pewnością umili leniwe wieczory i sprawi, że na te mniej więcej trzysta stron staniecie się znów osiemnastolatkami, którym szybciej zabije serce. Tak naprawdę jest to historia o przeznaczeniu, prawdziwej miłości, gorącej i romantycznej, ale także o tajemnicy, którą skrywa Gabriel. Autorka zabiera nas do niewielkiej miejscowości, do szkoły, do wędrówki po lesie, buduje swoją opowieść na prostocie, ale z każdą kolejną stroną zachęca coraz bardziej. To taka bajka dla współczesnych dziewcząt i kobiet, to wehikuł czasu, który odejmuje lat, wyostrza zmysły i bawi się naszą wyobraźnią. To książka, przy której będziecie się dobrze bawić, a dobra wiadomość jest taka, że za jakiś czas ma pojawić się kolejny tom. Tak sobie myślę, że jeszcze kiedyś dam się porwać tej historii, bo chcę sobie przypomnieć to, o czym znów mogę zapomnieć biegając po meandrach codzienności.

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki

wtorek, 5 czerwca 2018

Kiedy odszedłeś - Jojo Moyes


cykl: Lou Clark (tom 2) 
wydawnictwo: Znak Literanova
data wydania: 6 czerwca 2016
liczba stron: 496

„Trzeba żyć. Angażować się we wszystko i starać się nie myśleć o siniakach.”

Muszę przyznać, że Jojo Moyes ma talent do trafnych cytatów, na które warto zwrócić uwagę. Ten powyższy idealnie pokazuje jak powinno się żyć, jak z tego życia czerpać to co nam oferuje, bo przecież nigdy nie wiadomo co nas jutro może spotkać. Jednak nie wszystkim to przychodzi tak łatwo jak brzmi to w teorii, szczególnie po traumatycznych przeżyciach, takich choćby jak śmierć bliskiej nam osoby. Autorka idealnie obrazuje to w swojej kolejnej powieści „Kiedy odszedłeś”.
Nie myśl o mnie za często… Po prostu żyj dobrze. Po prostu żyj. Tyle że Lou nie ma pojęcia, jak to zrobić. I trudno jej się dziwić.
Jojo Moyes podbiła serca czytelników powieścią „Zanim się pojawiłeś” i przyznaje od razu, że moje serce ta powieść również skradła. Czytałam ją kilka lat temu i do dziś pamiętam z jaką łapczywością pochłaniałam kolejne strony by na końcu zużyć paczkę chusteczek (recenzje znajdziecie tutaj). Autorka niewątpliwie ma dar do snucia wciągających historii, które zapadają w pamięci o czym przekonałam się również podczas lektury „Razem będzie lepiej” (recenzja tutaj). Nie tylko ja cenię sobie lekkie pióro autorki, humor, barwne postacie czy też wciągające losy bohaterów, co zresztą widać po ilości sprzedawanych książek i liczbie fanów, która stale się powiększa.

„Znacznie łatwiej jest tkwić w swojej dołującej robocie i na nią narzekać. Znacznie łatwiej jest nie ruszać się z miejsca, nic nie ryzykować i zachowywać się tak, jakbyś nie mogła nic poradzić na to, co ci się przydarza. […] Twoje życie jest w twoich rękach, Lou. A ty zachowujesz się tak, jakbyś wiecznie zmagała się z wydarzeniami, na które nie masz żadnego wpływu.”

„Kiedy odszedłeś” to opowieść o dziewczynie, która próbuje pozbierać się po śmierci ukochanego. Co samo w sobie nie jest łatwe, a obietnica, którą mu złożyła dodatkowo ciąży na jej barkach. Jej życie przypomina wegetacje, w środku czuje pustkę, a codzienność przestała mieć jakiekolwiek jaskrawe barwy. Spokojnie można porównać ją do larwy, która musi przejść wreszcie proces przepoczwarczenia, aby mogła żyć jak dawniej, a może i lepiej. To historia o zmianach, nowych początkach i żałobie, którą w końcu za sobą zostawiamy by iść dalej przez życie. Tak naprawdę to opowieść o Lou, która towarzyszyła Willowi do ostatniego oddechu. Dziewczynie, która boi się zaangażować. Zrobić prawdziwy krok nie myśląc o siniakach. Jednak los sprowadza na jej dach pewną dziewczynę, która wywróci wszystko do góry nogami. Pojawia się z przytupem co nasza bohaterka poczuje w kościach i to dosłownie. To jest pierwszy impuls, który sprawi, że w jej życiu coś się zacznie się dziać. Nie będzie może lekko i wiele decyzji będzie musiała podjąć, jednak zawalczy o życie i jak zwykle będzie chciała kogoś „ocalić”

„Zanim się pojawiłeś” to książka, która mnie znokautowała, to jedna z lepszych książek jakie miałam okazje czytać. Poruszała temat tabu, który wywołuje kontrowersje i towarzyszy mu cała paleta emocji. Autorka stworzyła opowieść, która sama w sobie była jedną wielką emocją oraz trzymała w napięciu i pochłaniała z każdą kolejną stroną. Byłam pewna, że kontynuacja losów Lou znajdzie się na mojej półce i znalazła zaraz po premierze. Tylko nie mogłam się przełamać, żeby zacząć czytać. To trochę przez opinie innych czytelników, którzy twierdzili, że ta część nie jest tak dobra jak poprzednia. Tak więc, postanowiłam do niej dojrzeć i tak sobie czekała do teraz. Zaraz w księgarniach pojawi się już trzecia powieść z udziałem Lou i nadszedł, czas aby nadrobić zaległości. Zaległości nadrobione, ale powiem wam, że męczyłam się dość mocno przy czytaniu tej książki. Autorka nadal ma swój styl, ale czytanie szło mi opornie, nad fabuła unosiły się ciężkie ołowiane chmury, które przytłaczały nie tylko główną bohaterkę, ale i mnie. Lou walczyła z żałobą, ja walczyłam ze sobą, żeby tę książką w ogóle skończyć. Akcja była powolna, można powiedzieć, że za dużo to się nie działo, a już na pewno przez ¾ książki, na szczęście później było już ciekawiej i przyjemniej. Być może czytelnik miał odczuć jak czuje się Lou, jednak utrudniało to czytanie. Nie zmienia to jednak faktu, że książka ma ważne przesłanie, pokazuje, że warto otworzyć się na nowe doświadczenia, na to co przynosi los i iść na przód. Czytelnik jest świadkiem przemiany głównej bohaterki, a także innych postaci, które również borykają się ze stratą kogoś bliskiego. Właśnie zabieram się za trzecią część „Moje serce w dwóch światach” i mam nadzieję, że tutaj nie spotkają mnie czytelnicze tortury i całość połknę o wiele szybciej.