sobota, 18 sierpnia 2018

Rozdarta zasłona - Maryla Szymiczkowa


cykl: Profesorowa Szczupaczyńska Zofia (tom 2)
wydawnictwo: Znak Literanova
data wydania: 12 października 2016
liczba stron: 304

„Przez rozdartą zasłonę pozorów uderza nas widok błotnej kałuży.”

Raz posmakowała prawdziwej zagadki, zbrodni i roli detektywa w spódnicy i wraca by rozwikłać kolejne śledztwo. Profesorowa Szczupaczyńska ponownie przemierza ulice Krakowa by sprawiedliwości stało się zadość. Skoro policja sobie nie radzi, to ona musi coś z tym niezwłocznie zrobić, tym bardziej, że ofiara zbrodni mieszkała pod jej dachem. Skoro jest profesorowa to znaczy, że Maryla Szymiczkowa nie poprzestała na „Tajemnicy Domu Helclów” i raczy swoich czytelników kolejną interesującą zagadką kryminalną w stylu retro.
Pod willą Rożnowskich wielkie zbiegowisko - Wisła wyrzuciła na brzeg zwłoki młodej dziewczyny. W domu profesorostwa Szczupaczyńskich nie mniejsza tragedia: Karolcia - dopiero co przyuczona do służby - niespodziewanie złożyła wymówienie. A tu zbliża się Wielkanoc i Zofia Szczupaczyńska musi się zająć całym domem, mając do dyspozycji zaledwie jedną służącą! Wie jednak, że jej obywatelskim obowiązkiem jest pomóc w znalezieniu sprawcy morderstwa nad Wisłą. Nawet jeśli będzie zmuszona złamać większość zasad statecznej matrony. Czy uda jej się zedrzeć zasłonę skrywającą mroczne oblicze Krakowa 1895 roku?
„Rozdarta zasłona” to literacki kąsek, którym można delektować się do samego końca, tak jak w przypadku debiutanckiej „Tajemnicy Domu Helclów” tak i tutaj możemy spokojnie mówić o kryminale z wysokiej półki. Tym razem fabuła przenosi nas do roku 1895, do momentu, w którym Wisła wyrzuca na brzeg ciało młodej dziewczyny. Tą dziewczyną jak się okazuje była służąca profesorstwa Szczupaczyńskich, Karolcia. Urodziwa młoda osóbka, która nagle porzuciła pracę by ruszyć za miłością. Pytanie tylko, dlaczego ruszyła aż na tamten świat i kto jej w tym pomógł? Jak się domyślacie Zofia Szczupaczyńska nie spocznie póki nie dowie się kto zamordował jej podwładną i co tak naprawdę kryje się za całą tą historią. A kryje się oj kryje i to sporo… Tym razem nasz detektyw na obcasikach trafi na trop brudny, odrażający i taki, który powinien być obcy damie z towarzystwa. Jeśli ktoś sądzi, że kobiety to słaba płeć, która od wszystkich straszności dostają zawrotów głowy i mdleją to się grubo myli, szczególnie w przypadku Zofii Szczupaczyńskiej. Można by ją opisywać na różne sposoby, jednak idealną charakterystykę znalazłam w tekście i mogę sobie darować snucie swoich wersji. Oto jak autorka opisuje swoją bohaterkę:

„Ekscytacja z powodu awanturniczych poszukiwań mordercy dalece przewyższała radość statecznego dbania o ognisko domowe; wertowanie czasopism w bibliotece cieszyło ją o wiele bardziej niż studiowanie książeczki do nabożeństwa, a zbieranie datków na renowację katedry nie mogło się równać z gromadzeniem tropów i z próbami ułożenia z nich mozaiki, która wyjawiłaby sekret zabójstwa Karolci.”

Maryla Szymiczkowa to wdowa po prenumeratorze „Przekroju” w twardej oprawie, królowa pischingera, niegdysiejsza gwiazda Piwnicy pod Baranami i korektorka w „Tygodniku Powszechnym”. Kobieta powołana do życia przez dwóch mężczyzn… Jacka Dehnela oraz Piotra Tarczyńskiego. Pierwszy z tej dwójki jest pisarzem, poetą, tłumaczem i autorem bloga poświęconego tabloidowi kryminalnemu „Tajny Detektyw”. Drugi zaś jest historykiem, tłumaczem oraz amerykanistą.

Zapewne się powtórzę, ale „Rozdarta zasłona” Maryli Szymiczkowej to również kryminał z charakterem, w którym górą jest kobieta. Powiem więcej, ta kobieta wykazała się większym zaangażowaniem i dedukcją niż policja. Jej spryt, logika i odwaga pozwoliły nie tylko zdemaskować zabójcę, ale również odkryć szereg licznych powiązań z bezlitosną szajką przestępców i skorumpowaną władzą. Nagle Kraków stał się miastem z podwójną tożsamością, miastem pozorów, w którym każda kamienica kryje swoje sekrety i ciemne sprawki. Jest to dowód na to, że nie tylko mężczyzna może być mistrzem na polu dedukcji, co więcej kobieta radzi sobie równie dobrze i to pod nosem niczego niepodejrzewającego męża. Podsumowując: książka godna polecenia wszystkim miłośnikom tego gatunku. Przyznam szczerze, że obawiałam się rozczarowania, szczególnie po pierwszej połowie książki, jednak później lawinowo akcja się rozkręciła, nabrała rumieńców i to dosłownie… nie zabraknie przekrętów, makabrycznej zemsty, morderstwa z zimną krwią i międzynarodową aferą z handlarzami żywym towarem. Najlepsze i tym samym najsmaczniejsze jest zakończenie, gdy po raz kolejny profesorowa Szczupaczyńska zamienia się jakby w Poirota i krok po kroku zgromadzonym uczestnikom spotkania opowiada jak doszła do rozwiązania sprawy. Arcydzieło polskiego kryminału. Już wiem, że najnowsza książka autorki trafi w moje ręce i nie pozwolę jej czekać tak długo jak jej poprzedniczce. To nie przypadek, że autorce (autorom) po raz kolejny udała się tak dobra książka, którą można się wręcz delektować i polecać znajomym. Polecam gorąco!

„Czasami nie ma innego sposobu, jak zgrzeszyć mniej, by większego grzechu uniknąć.”

czwartek, 16 sierpnia 2018

Będziesz na to patrzył - Magda Rem


wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 3 lipca 2018
liczba stron: 408

Czerwona koperta może zawierać list miłosny, albo anonim, który zamieni życie adresata w piekło na ziemi. Wraz z nowym biegiem wydarzeń, pojawią się pytania. Grzebanie w przeszłości, szukanie wrogów i zranionych przyjaciół. Magda Rem napisała książkę, w której trup ściele się gęsto, a psychopata jest zdolny do wszystkiego. Jednak poza trupami na drugim planie jest siatka powiązań ludzkich. Przez całe swoje życie spotykamy mnóstwo osób, nawet przelotne znajomości odciskają „ślad” w czasoprzestrzeni i to, co dziś wydaje się błahym epizodem, za kilkanaście lat będzie powodem do zemsty. Kolejne na co można zwrócić uwagę to metamorfoza człowieka pod wpływem tragedii, cierpienia… Czasem nawet nie dostrzegamy tej kruchej cieniutkiej granicy między dobrem, a złem.
Rodzina Barczów – zwyczajni ludzie, zwyczajne życie. Marek – lekarz, Elwira – tłumaczka, i ich piętnastoletnia córka Marta – ładna, zdolna, dobrze wychowana. Jeśli ktoś ma swoje słabości, bez problemu ukrywa je przed innymi, bo nie są to grzechy śmiertelne. Romans, zdrada… Z czasem takie problemy rozwiązują się same. Więc dlaczego z jasnego nieba uderza nagle grom? Początkiem koszmaru jest anonimowy list do Marka: "Będziesz na to patrzył!". Szczęśliwe życie zamienia się w zły sen – i rozpoczyna się wyścig z czasem. Skąd pojawiło się zagrożenie, stawiające pod znakiem zapytania byt rodziny? Co kieruje sadystycznym prześladowcą? Jak daleko się on posunie? Marek staje do nierównej walki. Szuka przyczyn swego upadku. Nie wie, czy ma za przeciwnika psychopatę czy ostatniego sprawiedliwego. Nie wie, kto zawinił, komu i w czym. Niczego nie wiadomo, a tymczasem jakby wszystko się sprzysięgło przeciw niemu. Brak odpowiedzi, brak sposobu i czasu, żeby je znaleźć, a tymczasem wali się cały świat! Prześladowca cierpi, nie zna więc litości.
„Będziesz na to patrzył” to dobrze napisany, trzymający w napięciu thriller, który potrafi zaskoczyć czytelnika jeszcze przed dotarciem do ostatniej kropki. Fabuła niesamowicie wciąga. Między rozwojem współczesnej akcji podróżujemy w przeszłość, by zbierać elementy rozsypanej układanki i dzięki temu dość szybko dowiadujemy się, kto jest prześladowcą głównego bohatera. Jednak ostateczna zagadka – co ich łączy i czym zawinił mu Marek- pozostanie wyjaśniona dopiero na końcu. Objętościowo też jest w sam raz, nie za obszernie ani nie za licho. Jak dla mnie nudą nie wiało ani przez chwilę! To opowieść o idealnej rodzinie, która może się wydawać aż za szczęśliwa i książkowa. Może jednak autorce chodziło właśnie o to, żeby pokazać, że nawet tych żyjących w sielankowych klimatach może dosięgnąć koszmar. Książkę czyta się ekspresowo, powiedziałabym że przyjemnie, choć to co spotyka głównego bohatera przyjemne nie jest. Jednak mimo napięcia brakuje mi tu tego dreszczyku grozy, który miał sprawić, że „przeczytam i nie zmrużę oka” jak to obiecuje tekst na okładce. Jeśli szukacie wnikliwej analizy psychologicznej to raczej jej nie dostaniecie, a niektóre wątki mogą wydać się naciągane, ale to już zależy od gustów, guścików i wymagań. Ja osobiście jestem zadowolona i z pewnością jeszcze kiedyś sięgnę po twórczość autorki.

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przeczytania książki.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Ogarnij się! - Sarah Knight


wydawnictwo: MUZA SA
tytuł oryginału: Get Your Sh*t Together! 
data wydania: 18 kwietnia 2018 
liczba stron: 256

„Ogarnij się!” to książka, która krótko mówiąc miała mi podpowiedzieć jak tu się w szale dnia codziennego ogarnąć. Okazało się, że przydanych dla mnie informacji jest tak naprawdę niewiele, a większość jest po prostu przegadana.
Jest książką dla tych wszystkich, którzy dążą do uporządkowania umysłowego rozgardiaszu - czyli takich spraw, jak praca zawodowa, finanse, kreatywność, związki i zdrowie. Pozwoli wyrwać się z kolein rutyny, aby wieść życie, jakiego pragniemy. Dzięki tej książce dowiesz się, jak obierać cele, jak je realizować wbrew drobnym trudnościom, a także poważnym przeszkodom, a potem - jak sobie wyobrażać i osiągać cele jeszcze większe, które być może dotąd nie wydawały ci się nawet możliwe. Pomoże ci przestać wchodzić sobie samemu w drogę - i to raz na zawsze. A na dodatek uwolnić się od rzeczy, które we własnym mniemaniu powinieneś robić, aby móc załatwić to, co naprawdę musi być zrobione i zająć się tym, co robić chcesz.
„I wiecie co, dziewczynki i chłopcy? Im więcej macie na głowie i mniej (w swoim przekonaniu) macie na to czasu, tym bardziej potrzebujecie w swoim życiu listy rzeczy, które muszą być zrobione. […] Rzecz w tym, że wcale nie musisz robić wszystkiego.”

Sarah Knight zadebiutowała na rynku wydawniczym książką „Magia olewania”, której nie miałam okazji czytać. Zdecydowanie bardziej trafiał do mnie tytuł jej kolejnej książki. Bo wiecie, będąc matką, żoną, panią domu, blogerką i miłośniczką książek trzeba to wszystko pogodzić, a tym bardziej, że życie na tym się nie kończy, gdyż w głowie już kotłują się kolejne plany czy też marzenia. Stąd zainteresowanie takim, a nie innym tytułem, zwyczajnie chciałam sobie poukładać wszystko sprawniej. Sama autorka twierdzi, że nie jest to typowy poradnik – nie bardzo wiem czym on ma się różnić od typowego, ale niech będzie. Miało być na luzie i jest, tylko momentami miałam wrażenie, że autorka kręci się w kółko. Powtarza się i sili na lekkość – szkoda papieru na powtarzanie i lanie wody, lepiej krótko i na temat. Oczywiście humoru nigdy za wiele, ale nie musi on wręcz przytłaczać. Nie jest to obszerna książka, a i tak jej nie skończyłam (co jest naprawdę rzadkością!). Przejrzałam spis treści i wybrałam to, co mnie najbardziej interesuje. Przeczytanie wybranych rozdziałów skutecznie zniechęciło mnie jednak do czytania reszty i marnowania mojego cennego czasu. Jak się domyślacie nie polecam!

środa, 8 sierpnia 2018

Maybe Someday - Colleen Hoover


cykl: Maybe (tom 1)
wydawnictwo: Otwarte
data wydania: 13 maja 2015
liczba stron: 440

Są takie książki, które z niewiadomych przyczyn odkłada się na później. Dotyczy to także książek, które zbierają pozytywne opinie, a twórczość danego autora już zdążyło się poznać wcześniej. Na mojej liście książek do przeczytania i odkładanych w czasie znajduje się między innymi książka Colleen Hoover „Maybe someday”. Na pytanie dlaczego z przeczytaniem tej historii czekałam kilka lat nie znam odpowiedzi i sama się nad tym dzisiaj zastanawiam.
On, Ridge, gra na gitarze tak, że porusza każdego. Ale jego utworom brakuje jednego: tekstów. Gdy zauważa dziewczynę z sąsiedztwa śpiewającą do jego muzyki, postanawia ją bliżej poznać. Ona, Sydney, ma poukładane życie: studiuje, pracuje, jest w stabilnym związku. Wszystko to rozpada się na kawałki w ciągu kilku godzin. Wkrótce tych dwoje odkryje, że razem mogą stworzyć coś wyjątkowego. Dowiedzą się także, jak łatwo złamać czyjeś serce… "Maybe Someday" to opowieść o ludziach rozdartych między „może kiedyś” a „właśnie teraz”, o emocjach ukrytych między słowami i o muzyce, którą czuje się całym ciałem.
„Mierne życie jest zmarnowanym życiem.”

„Maybe someday” polecały mi inne czytelniczki, podobno na tej książce nie można się zawieźć i wciąga od pierwszych stron. I wiecie co? Przeczytałam kilka stron i wiedziałam, że przepadłam! Pamiętam, że żeby ją skończyć siedziałam do pierwszej w nocy i nie przeszkadzał mi nawet katar! Ta powieść nie opowiada o zwyczajnej historii miłosnej, w której znajdziecie różne emocje. Ta książka sama w sobie jest jedną wielką emocją, którą będziecie przeżywać nawet po ostatniej stronie. To opowieść o miłości, która nie miała prawa się narodzić, o uczuciu, z którym walczy Ridge i Sydney. To muzyka, przekraczanie barier i namiętność, która pali od środka. To jedna z tych historii o miłości, o jakiej każdy marzy i jaką każdy powinien w swoim życiu przeżyć. Zapewniam, że przeczytacie ją w tempie ekspresowym i będziecie mieć jeszcze mało. Colleen Hoover po raz kolejny udowodniła mi, że potrafi pisać i pociągać za odpowiednie sznurki emocji. Myślę, że nawet tym razem przeszła samą siebie, a kilka jej książek już przeczytałam, więc mam jakieś porównanie. Jeżeli macie okazję przeczytać „Maybe someday”, a jeszcze tego nie robiliście to nie zwlekajcie. Ja gorąco polecam!

  „[…] ludzie nie wybierają, w kim się zakochują. Mogą jedynie wybrać, kogo dalej będą kochać.”