środa, 26 września 2018

Milaczek - Magdalena Witkiewicz


cykl: Milaczek (tom 1)
wydawnictwo: Filia
data wydania: 18 września 2013
liczba stron: 300

Nikt tak zgrabnie i na luzie nie potrafi pisać o ludziach komplikujących sobie życie jak Magdalena Witkiewicz. Ta kobieta nawet z banalnego pomysłu bądź szczypty prozy życia potrafi stworzyć historię, którą pochłania się w kilka lub kilkanaście godzin. Otwierasz książkę i przepadasz, płyniesz z nurtem opowieści, a bohaterów znasz jak własnych znajomych z sąsiedztwa. Zawsze swojsko, klimatycznie, wesoło i z dobrym słowem. Tym razem w moje ręce trafił „Milaczek”, książka, która oczarowała mnie już od początkowego „coś pierdykło” i od której nie mogłam się oderwać do samego końca. Zresztą każda książka autorki działa na mnie jak narkotyk, jest taką literacką słodkością, którą delektuje się do ostatniej strony. Co ciekawe w książkach Magdaleny Witkiewicz, każda kobieta znajdzie swoje odbicie i to niezależnie od wieku, wagi, czy też stanu cywilnego. Bohaterki jej książek są po prostu zwyczajnymi kobietami jak ja czy Ty.

sobota, 22 września 2018

Maigret się bawi - Georges Simenon


cykl: Komisarz Maigret (tom 50)
wydawnictwo: C&T Crime & Thriller
liczba stron: 136

„Niektóre trywialne zbrodnie, popełnione przez jakiegoś włóczęgę lub szaleńca pozostają bezkarne. Zbrodnia intelektualisty – nigdy. Tacy chcą wszystko przewidzieć, wykorzystać dla siebie najmniejszą szansę. Wygładzają plan. I właśnie ten jeden „wygładzony” szczegół gubi ich w ostatecznym rachunku.”

Maigret. Mówi wam coś to nazwisko? Mnie do niedawna nie mówiło kompletnie nic. Zmieniło się to za sprawą jednego z wieczorów filmowych. Francuski komisarz był mi do tamtego czasu totalnie obcy, zarówno w wersji filmowej jak i literackiej. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie na wiadomość, że gra go nie kto inny jak sam Rowan Atkinson, który raczej słynie z ról komediowych. Tu moja ciekawość sięgnęła już zenitu. Długo nie musiałam oglądać, żeby polubić tego faceta. Na jednym filmie się też nie skończyło, a i zaczęło się polowanie na książkową wersję francuskiego komisarza, który potrafi niejedną zbrodnię rozwiązać, pykając fajkę, popijając koniak i tropiąc po mieście zbrodniarzy. Tak też w moje ręce wpadła cieniutka książeczka autorstwa Georgesa Simeona - „Maigret się bawi”. Jak nie trudno się domyślić pokusa przeczytania była tak ogromna, że ne kazałam jej długo czekać.

poniedziałek, 17 września 2018

Dziewczyna z Brooklynu - Guillaume Musso


wydawnictwo: Albatros
tytuł oryginału: La fille de Brooklyn
data wydania: 2 sierpnia 2017
liczba stron: 400

O gustach się nie dyskutuje, ale jak wiadomo one z biegiem lat mogą ewoluować i nagle to co kiedyś nas zniechęcało, zaczyna fascynować. Dotyczy to również literatury. Szukamy czegoś nowego, trafiamy na zupełnie nowe gatunki, a tym samym na twórczość autorów, których dotąd nie znaliśmy, albo znać nie chcieliśmy. Aż tu pewnego dnia trafiają do grona ulubionych pisarzy. Pytanie czy odrzucając wcześniej ich twórczość robiliśmy błąd, czy też po prostu do takiego gatunku trzeba było dorosnąć. Obstawiam drugą wersję. Kilka lat temu, jakoś w 2014 roku znudziło mnie czytanie młodzieżówek, wampirów czy też samej obyczajówki i zaczęłam poszukiwania czegoś innego. Chciałam poszerzyć swoje literackie horyzonty i zakosztować innych gatunków. Zaczęło się chyba od kryminałów retro i później już poszło dalej. Zafascynowana zupełnie innym światem, sięgałam głębiej, aż pewnego dnia do mojej biblioteczki trafiła książka Guillaume Musso, a było to „Jutro”. I w momencie rozpoczęcia tej książki, już wiedziałam, że na jednej to na pewno się nie skończy. Pamiętam, że nie mogłam oderwać się od czytania, więc kontynuowałam swoja przygodę z bohaterami tej książki nawet w kąpieli. Od tamtej lektury minęło już sporo czasu, a ja nadal uwielbiam zagłębiać się w losy bohaterów wymyślonych przez tego francuskiego pisarza. Książek przybywa, a każdą pochłaniam z prędkością światła. Tym razem nadrabiam zaległości wydawnicze wybierając „Dziewczynę z Brooklynu”.

„Niektóre wspomnienia są jak rak: poprawa nie zawsze oznacza wyzdrowienie.”

Czy paląca chęć poznania przeszłości bliskiej nam osoby może zburzyć szczęśliwą teraźniejszość? Czy warto ryzykować miłość i burzyć plany, żeby zaspokoić ciekawość? Czy otwierając puszkę pandory jesteśmy gotowi na to, co przyniesie nam jutro? Odpowiedzi na te pytania poznał Raphael Barthelemy, pisarz, ojciec i zakochany facet, który tak bardzo chciał wiedzieć…
Doskonale pamiętam ten moment: stoimy nad brzegiem morza, patrząc, jak zachodzące słońce rozświetla horyzont. Wtedy Anna zapytała: „Czy wciąż byś mnie kochał, gdybym zrobiła coś naprawdę złego?”. Co mogłem odpowiedzieć? Anna była kobietą mojego życia. Za trzy miesiące mieliśmy się pobrać. Oczywiście, że ją kochałem, niezależnie od tego, co zrobiła. Tak przynajmniej myślałem, gdy ona gorączkowo szperała w  torebce i wręczała mi zdjęcie, mówiąc: „Oto, co zrobiłam”. Patrzyłem oszołomiony na jej sekret i wiedziałem, że nasz los odmienił się bezpowrotnie. Zszokowany, odszedłem bez słowa. Kiedy wróciłem, było już za późno – Anna zniknęła. Od tamtej chwili wciąż jej szukam.
Sześc miesięcy, tyle trwa szczęśliwy związek Raphaela i Anny. Wszystko układa się wręcz idealnie, a ślub coraz bliżej, jednak jego nachodzą dziwne myśli. Ma wrażenie, ze ukochana coś ukrywa. Tak bardzo go to męczy, że podczas romantycznej wyprawy na Lazurowe Wybrzeże postanowił przycisnąć ją do muru. Wystarczyło jedno wstrząsające zdjęcie w połączeniu z jednym zdaniem, by zachwiało się szczęście. On wychodzi wzburzony, ona w tym czasie znika. Chcąc naprawić błąd Raphael rusza w ślad za ukochaną… Okazuje się, że Anna zniknęła, pisarz przeistacza się w detektywa i wraz ze swoim przyjacielem, emerytowanym policjantem próbuje ją odnaleźć. Sprawa sięga zdecydowanie głębiej niż oboje zakładali. Dokąd zaprowadzi ich śledztwo? Kto czyha na życie Anny? Kim tak naprawdę jest ta młoda kobieta?

„Wszyscy coś ukrywamy, prawda?”

„Dziewczyna z Brooklynu” to intrygujący, dynamiczny, poplątany i genialny thriller, który trzyma w napięciu do samego końca. Zagadka godni zagadkę, a tajemnica tkwi w przeszłości. Wielowątkowa fabuła nie pozwala się nudzić, a na akcję nie trzeba długo czekać. Autor od początku nadaje tempa swojej historii, burzy poukładany świat swoich bohaterów i wrzuca ich w wir niebezpiecznych rozgrywek. Guillaume Musso jak zwykle spisał się na medal. Zgrabnie połączył wątek miłosny z kryminalnym doprawiając to szczyptą przeszłości oraz ciekawych portretów psychologicznych. Zaprosił czytelników w trzydniową podróż po dwóch krajach, aby rozwikłać tajemnicę jednej kobiety. Niebezpieczna polityka, psychopata, tajemnica sprzed lat, fałszywe tożsamości i tragiczne losy bohaterów, to znajdziecie na ponad 360 stronach tej książki. Znajdziecie nawet więcej, ale nie będę psuć zabawy zdradzając zbyt wiele. To książka, którą warto przeczytać i z czystym sumieniem polecam zarówno ten tytuł jak i inne książki autora. Facet po prostu potrafi tworzyć fascynujące historie, czasem dodając nawet nutkę fantastyki i robi to w fenomenalnym stylu. Dla kogo ta książka? Dla miłośników niebanalnych, trzymających w napięciu thrillerów, napisanych w ciekawym stylu. Czytając książki Musso nawet nie zauważycie jak dojechaliście do końca.

„Z każdej sytuacji jest jakieś wyjście i jak to często bywa, ma się je pod nosem, tylko się go nie widzi. „

wtorek, 11 września 2018

Tysiąc Dni w Orvieto - Marlena de Blasi


wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
data wydania: 24 lutego 2010
liczba stron: 408

„Trzeba dużo zmienić, aby wszystko zostało po staremu.”

Miłośniczką włoskich klimatów w literaturze zostałam dzięki twórczości Marleny de Blasi i jej „Wieczorom w Umbrii”. Kolejną książką , która podbiła moje serce jest „Tamtego lata na Sycylii” i te dwie wędrówki po tym niesamowitym kraju sprawiły, że przepadłam z kretesem. Autorka oczarowała mnie totalnie, włącznie z moimi kubkami smakowymi, które podczas czytania wręcz oszalały. Od tamtej pory, każdą jej książkę czytam z przyjemnością, nawet jeśli opinie na jej temat są podzielone, a ogólna ocena nie wypada powalająco. Ja i tak wiem, że w twórczości tej kobiety znajdę coś dla siebie. „Tysiąc dni w Orvieto” to trzecia książka autorki na mojej półce i zapewne nie ostatnia bo wiem, że mam do nadrobienia to i owo z jej dorobku. Po tym, czego miałam okazję zakosztować czytając te trzy, wiem już czego mogę się spodziewać i z chęcią oraz rozbudzoną ciekawością wyruszę jeszcze w niejedną literacką podróż, będąc cieniem Marleny de Blasi.
Orvieto - malownicze średniowieczne miasteczko w Umbrii, nazywanej "zielonym sercem Italii". To właśnie tam postanawiają przeprowadzić się Marlena i Fernando, by znaleźć dla siebie nowy dom. Jeden z zabytkowych pałacyków z imponującą salą balową mógłby okazać się wygodnym mieszkaniem. Problem w tym, że pałacyk wymaga generalnego remontu, co dla sympatycznego małżeństwa oznacza mnóstwo kłopotów, ale i przygód. Marlena zakochuje się w atmosferze Orvieto, w odkrywaniu lokalnych tajemnic, w smakowitych potrawach i w mieszkańcach miasteczka - grupce barwnych postaci, wśród których znajdą się artyści, arystokraci, pasterze i pewien samotny wiolonczelista...
  „Nie ma co doszukiwać się wielkich tajemnic dotyczących radości. Zwyczajnie trzeba dostrzegać, to co daje nam szczęście. Przede wszystkim właśnie to należy wiedzieć na swój temat.”

Co powiecie na wędrowny tryb życia z zakochanym po uszy wenecjaninem? Wyobraźcie sobie, że możecie pozwolić sobie na luksus mieszkania w różnych miejscach. Dwa lata tu, trzy tam, następnie kolejne dwa zupełnie gdzie indziej... Jeśli dorzucić do tego podróż po zakątkach Italii, wtapianie się w zwyczaje danego regionu i jego mieszkańców, a także smakowanie tradycyjnej kuchni wraz z nowo zdobytymi przyjaciółmi, to całość brzmi naprawdę kusząco. Każda nowo poznana osoba może stać się przyjacielem posiadającym niezwykle ciekawą historię, która nie tylko fascynuje, ale również uczy. Każda chwila spędzona przy wspólnym stole może być magiczna i wcale nie chodzi o to, co na tym stole się znajduje, a o to kto przy nim siedzi. Oczywiste, prawda? A jednak, tak często o tym zapominamy. Dlatego tak bardzo cenię sobie twórczość autorki gdyż w każdej ze swoich książek prócz miłości do jedzenia, pokazuje miłość i otwartość do ludzi. Z wyczuciem i prostotą opisuje ich historie, ale także przypomina to, co w życiu najważniejsze. Jeśli lubicie eksperymentować w kuchni to znajdziecie tutaj garść przepisów, dzięki którym będziecie mogli zrobić sobie równie wykwintną ucztę we własnym domu.

Marlena de Blasi - Dziennikarka i krytyk kulinarny. Z pochodzenia Amerykanka, od kilkunastu lat mieszka we Włoszech. Napisała książki wspomnieniowe o Wenecji, Toskanii, Sycylii. Obecnie wraz z mężem zajmuje się organizacją wycieczek kulinarnych po Toskanii i Umbrii.

„Miłość powstaje jak perła i składa się z wielu warstw cierpienia.”

„Tysiąc dni w Orvieto” to książka, w której próżno szukać dynamicznej akcji, bądź trzymającej w napięciu fabuły. To po prostu leniwie płynąca z własnym nurtem opowieść o miasteczku na skale i urokach Umbryjskich okolic. To także ludzie i ich losy, często splecione w jeden warkocz urazów pielęgnowanych od lat i miłości, które miały w sobie iskrę, ale także wiele warstw cierpienia. Autorka w swoich wspomnieniach próbuje przekonać nas do zaakceptowania tego co przynosi życie i płynięciu z jego nurtem. Marlena de Blasi po raz kolejny czaruje tym co Włoskie, zaczynając od jedzenia poprzez krajobrazy, zwyczaje, a na ludziach kończąc. Czytając książki tej autorki mam wrażenie, że bohaterów jej wspomnień znam osobiście, jestem świadkiem rozmów, spacerów, wspólnego gotowania czy picia wina. Dla wielu ta książka może okazać się zwyczajnym niewypałem, bo nic się w niej nie dzieje, ja jednak znalazłam to czego szukałam. Strony tej książki przesycone są zapachami kuchni tradycyjnej. Ona jest w połowie o jedzeniu i o uwielbieniu do prostoty posiłków, ale przede wszystkim pachnie ziołami, gorącym chlebem, aromatycznym mięsem i winem. Czytając te pachnące wspomnienia pozwoliłam sobie na odpoczynek i podróż po Orvieto – taka nieśpieszna wędrówka podczas, której nie muszę ruszać się z fotela. Komu poleciłabym książkę Marleny de Blasi? Miłośnikom Italii, dobrego jedzenia i powieści wspomnieniowych.

„Niech życie układa się samo.”

niedziela, 2 września 2018

Detektyw Arrowood - Mick Finlay


cykl: Arrowood Mystery (tom 1)
wydawnictwo: HarperCollins Polska
tytuł oryginału: Arrowood
data wydania: 2 marca 2018
liczba stron: 336

Kolejna już książka z detektywem w roli głównej. Powiecie, że to staje się już nudne? Dla wielu może to faktycznie być już monotonne, takich tytułów znajdziecie mnóstwo, każdy z nich to następca Holmesa, Poirota bądź innego słynnego detektywa. Jak wiadomo owo grono stale się powiększa i to także o kobiety. Nie tylko w księgarniach czy bibliotekach znajdziecie sporo takich tytułów, na moich półkach też zbiera się coraz pokaźniejsza kolekcja, z czego bardzo się cieszę. Uwielbiam te książki i ta tematyka wcale mnie nie nudzi. Szczególnie jeśli idzie o kryminały retro. Powiem więcej, już mam w planach zakup kolejnych książek tego typu, tym razem z francuskim detektywem, którego poznałam w odsłonie telewizyjnej, a znajomość chętnie pogłębię przez wersję papierową. Przejdźmy jednak do samego Arrowooda. Ten facet to kompletne przeciwieństwo Holmesa, łączy ich co prawda „dedukcja”, czy też zainteresowanie ludzką psychiką, jednak dzieli sporo. Wizerunek, osiągnięcia, status materialny, a nawet stan cywilny. Bohater, którego wymyślił Mick Finlay to detektyw niższej rangi, do którego przychodzi ten, którego nie stać na sławę Londynu, czyli Holmesa. Facet po przejściach, którego zostawiła żona. Nie może też poszczycić się takim dorobkiem jak jego konkurent, którego zresztą krytykuje przy każdej okazji, skrycie zazdroszcząc mu sławy.
Londyn w 1895 roku to miłe miejsce dla bogatych i przedsionek piekła dla biedaków. W brudnych zaułkach kwitnie handel narkotykami i prostytucja. Policja ma pełne ręce roboty, ale z braku środków większość spraw odkłada na półkę. Bogaci w razie potrzeby wynajmują Sherlocka Holmesa, biedni stukają do drzwi Arrowooda. Arrowood czasami za dużo pije i za często zażywa laudanum, ale zna się na ludziach i na kilometr wyczuwa kłamstwo. Holmes to według niego bogaty pozer, bezradny, gdy w sprawie brakuje wyraźnych tropów. Gdy Arrowood przyjmuje zlecenie od panny Cousture, spodziewa się banalnego śledztwa. Znajdzie jej zaginionego brata, zainkasuje honorarium i zapomni o sprawie. Dzieje się inaczej, ta historia ma drugie, a może nawet trzecie dno, a Arrowood nadepnie na odcisk bardzo niebezpiecznym ludziom.
„Detektyw Arrowood” chodzi w za ciasnych i o rozmiar mniejszych butach, nie przeszkadza mu to jednak nadepnąć na odcisk niebezpiecznym ludziom z Londynu. Musi rozwiązać sprawę, która z pozoru wydaje się łatwa, jednak wraz z upływającym czasem i przybywającą ilością kłamstw, staje się naprawdę niebezpieczna, a na szali postawione zostaje życie w tym zupełnie niewinnych osób. Nasz detektyw nie tylko przemierza mało eleganckie ulice jednego z najsłynniejszych miast, on przedziera się wręcz przez gęstwinę poszlak i niedomówień swojej klientki. Sprawa, która miała być banalna nagle prowadzi do zadziwiających odkryć i staje się wielowątkowa. Tak jak Sherlock Holmes ma swojego wiernego kompana i sekretarza, tak Arrowood ma swojego pracownika od zadań specjalnych.Nie są co prawda na takiej stopie przyjacielskiej jak Watson i Holmes, ale dogadują się nieźle. Książka sama w sobie jest niezła, chyba nawet bardziej dynamiczna niż te opisujące przygody bohatera wymyślonego przez Arthura Conana Doyle’a. Narratorem jest Barnett, który w lekki i przyjemny sposób prowadzi czytelnika w ślad za swoim pracodawcą. Jeśli lubicie klimaty starego Londynu i kryminalne zagadki z prywatnymi detektywami, to polecam wam serdecznie. Czytanie nie sprawi wam żadnych trudności, nie obciąży szarych komórek, ani nie powieje nudą (ja się nie nudziłam). Mick Finlay napisał książkę, która potrafi wciągnąć, stworzył fabułę, która nabiera tempa z każdym kolejnym tropem, a śledztwo tak naprawdę prowadzi na inne tory niż początkowo na to wyglądało. Tak więc kochani, zapraszam na fajną przygodę opisaną w trzydziestu siedmiu rozdziałach, bo jest ona naprawdę warta uwagi.