wtorek, 11 września 2018

Tysiąc Dni w Orvieto - Marlena de Blasi


wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
data wydania: 24 lutego 2010
liczba stron: 408

„Trzeba dużo zmienić, aby wszystko zostało po staremu.”

Miłośniczką włoskich klimatów w literaturze zostałam dzięki twórczości Marleny de Blasi i jej „Wieczorom w Umbrii”. Kolejną książką , która podbiła moje serce jest „Tamtego lata na Sycylii” i te dwie wędrówki po tym niesamowitym kraju sprawiły, że przepadłam z kretesem. Autorka oczarowała mnie totalnie, włącznie z moimi kubkami smakowymi, które podczas czytania wręcz oszalały. Od tamtej pory, każdą jej książkę czytam z przyjemnością, nawet jeśli opinie na jej temat są podzielone, a ogólna ocena nie wypada powalająco. Ja i tak wiem, że w twórczości tej kobiety znajdę coś dla siebie. „Tysiąc dni w Orvieto” to trzecia książka autorki na mojej półce i zapewne nie ostatnia bo wiem, że mam do nadrobienia to i owo z jej dorobku. Po tym, czego miałam okazję zakosztować czytając te trzy, wiem już czego mogę się spodziewać i z chęcią oraz rozbudzoną ciekawością wyruszę jeszcze w niejedną literacką podróż, będąc cieniem Marleny de Blasi.
Orvieto - malownicze średniowieczne miasteczko w Umbrii, nazywanej "zielonym sercem Italii". To właśnie tam postanawiają przeprowadzić się Marlena i Fernando, by znaleźć dla siebie nowy dom. Jeden z zabytkowych pałacyków z imponującą salą balową mógłby okazać się wygodnym mieszkaniem. Problem w tym, że pałacyk wymaga generalnego remontu, co dla sympatycznego małżeństwa oznacza mnóstwo kłopotów, ale i przygód. Marlena zakochuje się w atmosferze Orvieto, w odkrywaniu lokalnych tajemnic, w smakowitych potrawach i w mieszkańcach miasteczka - grupce barwnych postaci, wśród których znajdą się artyści, arystokraci, pasterze i pewien samotny wiolonczelista...
  „Nie ma co doszukiwać się wielkich tajemnic dotyczących radości. Zwyczajnie trzeba dostrzegać, to co daje nam szczęście. Przede wszystkim właśnie to należy wiedzieć na swój temat.”

Co powiecie na wędrowny tryb życia z zakochanym po uszy wenecjaninem? Wyobraźcie sobie, że możecie pozwolić sobie na luksus mieszkania w różnych miejscach. Dwa lata tu, trzy tam, następnie kolejne dwa zupełnie gdzie indziej... Jeśli dorzucić do tego podróż po zakątkach Italii, wtapianie się w zwyczaje danego regionu i jego mieszkańców, a także smakowanie tradycyjnej kuchni wraz z nowo zdobytymi przyjaciółmi, to całość brzmi naprawdę kusząco. Każda nowo poznana osoba może stać się przyjacielem posiadającym niezwykle ciekawą historię, która nie tylko fascynuje, ale również uczy. Każda chwila spędzona przy wspólnym stole może być magiczna i wcale nie chodzi o to, co na tym stole się znajduje, a o to kto przy nim siedzi. Oczywiste, prawda? A jednak, tak często o tym zapominamy. Dlatego tak bardzo cenię sobie twórczość autorki gdyż w każdej ze swoich książek prócz miłości do jedzenia, pokazuje miłość i otwartość do ludzi. Z wyczuciem i prostotą opisuje ich historie, ale także przypomina to, co w życiu najważniejsze. Jeśli lubicie eksperymentować w kuchni to znajdziecie tutaj garść przepisów, dzięki którym będziecie mogli zrobić sobie równie wykwintną ucztę we własnym domu.

Marlena de Blasi - Dziennikarka i krytyk kulinarny. Z pochodzenia Amerykanka, od kilkunastu lat mieszka we Włoszech. Napisała książki wspomnieniowe o Wenecji, Toskanii, Sycylii. Obecnie wraz z mężem zajmuje się organizacją wycieczek kulinarnych po Toskanii i Umbrii.

„Miłość powstaje jak perła i składa się z wielu warstw cierpienia.”

„Tysiąc dni w Orvieto” to książka, w której próżno szukać dynamicznej akcji, bądź trzymającej w napięciu fabuły. To po prostu leniwie płynąca z własnym nurtem opowieść o miasteczku na skale i urokach Umbryjskich okolic. To także ludzie i ich losy, często splecione w jeden warkocz urazów pielęgnowanych od lat i miłości, które miały w sobie iskrę, ale także wiele warstw cierpienia. Autorka w swoich wspomnieniach próbuje przekonać nas do zaakceptowania tego co przynosi życie i płynięciu z jego nurtem. Marlena de Blasi po raz kolejny czaruje tym co Włoskie, zaczynając od jedzenia poprzez krajobrazy, zwyczaje, a na ludziach kończąc. Czytając książki tej autorki mam wrażenie, że bohaterów jej wspomnień znam osobiście, jestem świadkiem rozmów, spacerów, wspólnego gotowania czy picia wina. Dla wielu ta książka może okazać się zwyczajnym niewypałem, bo nic się w niej nie dzieje, ja jednak znalazłam to czego szukałam. Strony tej książki przesycone są zapachami kuchni tradycyjnej. Ona jest w połowie o jedzeniu i o uwielbieniu do prostoty posiłków, ale przede wszystkim pachnie ziołami, gorącym chlebem, aromatycznym mięsem i winem. Czytając te pachnące wspomnienia pozwoliłam sobie na odpoczynek i podróż po Orvieto – taka nieśpieszna wędrówka podczas, której nie muszę ruszać się z fotela. Komu poleciłabym książkę Marleny de Blasi? Miłośnikom Italii, dobrego jedzenia i powieści wspomnieniowych.

„Niech życie układa się samo.”

3 komentarze:

  1. Nie lubię takich leniwych nurtów i klimatów w literaturze...szkoda bo ciepło przedstawiasz fabułę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja wręcz przeciwnie ... chętnie po nią sięgnę

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi bardzo miło jeżeli zostawisz po sobie jakiś ślad :-) Daje to wiele radości, gdy po przeczytaniu książki i wstawieniu swojej opinii na jej temat ujrzę pod nią jakiś komentarz :-)