poniedziałek, 25 listopada 2019

Sherlock Holmes i sztuka we krwi - Bonnie MacBird


data wydania: 2019-07-18
liczba stron: 320
wydawnictwo: Amber

Idąc za ciosem przedstawiam kolejny smakowity kąsek dla miłośników klasycznego kryminału, a w szczególności dla tych, którzy tak jak ja uwielbiają duet Holmes – Watson. Zazwyczaj łączymy tych panów z nazwiskiem Arthura Conana Doyle’a i słusznie, bo to on stworzył postać najsłynniejszego na świecie angielskiego detektywa, ale tym razem odejdziemy od oryginału i skupimy się na kontynuacji przygód Holmesa napisanych przez kogoś innego. Mowa tutaj o książce Bonnie Macbird – „Sherlock Holmes i sztuka we krwi”, której nie mogło zabraknąć na mojej półce.



Zaginione dziecko, zbrodnicza kradzież dzieła sztuki, niepowstrzymany morderca... To wyzwanie dla Sherlocka Holmesa i jego wszelkich słabości. Wyzwanie, w którym sztuka dedukcji i artystyczna natura oraz przyjaźń z Watsonem zostaną poddane najcięższej próbie.
LONDYN. ŚNIEŻNY GRUDZIEŃ 1888. Trzydziestoczteroletni Sherlock Holmes, załamany pod ciężarem wyrzutów sumienia, wraca do kokainy po katastrofalnym śledztwie w sprawie Kuby Rozpruwacza. Nawet Watson nie potrafi przywrócić przyjacielowi chęci do życia – do momentu, gdy z Paryża przychodzi dziwnie zaszyfrowany list. Piękna gwiazda francuskiego kabaretu pisze, że jej synek zniknął, a ona została napadnięta na ulicach Montmartre’u. Holmes rusza z Watsonem do Paryża. I odkrywa, że sprawa może być powiązana z kradzieżą bezcennego posągu i śmiercią kilkorga dzieci... W tym wyścigu z czasem między Londynem, Paryżem a odludnymi wzgórzami Lancashire, Holmes ma nie tylko zbyt wielu wrogów, lecz także rywali. Czy uda się mu odnaleźć chłopca i powstrzymać falę morderstw? I jaką cenę za to zapłaci? Niebezpieczna gra trwa!
Przyznam szczerze, że do tego typu książek podchodzę raczej z dystansem i pewnymi obawami, albo inaczej, do tej pory nie podchodziłam wcale. Mam na półce kontynuacje losów Poirota, czy choćby książki napisane przez A. Horowitza, ale ich nie czytałam. Jedynym wyjątkiem, jaki poczyniłam w tym kierunku była książka „Pan Holmes” Mitcha Cullina (recenzje znajdziecie tutaj). I oto nadszedł dzień, w którym odważyłam się sięgnąć po coś, co zawsze uważałam za odgrzewany kotlet i żerowanie na pierwowzorach. Nie przemawiało do mnie to, że ktoś tworzy dalsze losy bohaterów, których autorzy już nie żyją. Nadal mam mieszane, co do tego tematu, ale wiem, że oryginał zawsze będzie u mnie na pierwszym miejscu, a na literaturę nie warto się zamykać, szczególnie, jeśli należy do gatunku, który się uwielbia. Poza tym dobrze jest zapoznać się z tym, do czego podchodzimy z lekką niechęcią, żeby móc utwierdzić się w swoim odczuciu bądź je zmienić. Tak też postanowiłam zrobić z nastawieniem: „może diabeł nie taki straszny…”

Bonnie Macbird w Sherlocku Holmesie zakochała się, gdy miała dziesięć lat. Jest członkiem London Sherlock Holmes Society. Regularnie prowadzi wykłady na temat sztuki pisania, kreatywności i Sherlocka Holmesa. Jest uznaną aktorką i reżyserką teatralną, a także utalentowaną akwarelistką. Prowadzi też popularny kurs scenopisarstwa na Uniwersytecie Kalifornijskim w los Angeles. W swojej hollywoodzkiej karierze ma na koncie realizację filmów fabularnych dla studia Universal, scenariusz do kultowego filmu „Tron”, które zainspirował nowe pokolenie filmowców, aż trzy nagrody Emmy za scenariusze i produkcje dokumentalne, wiele sztuk i musicali.


„Sherlock Holmes i sztuka we krwi” to naprawdę udana kontynuacja przygód słynnego detektywa, której nie powstydziłby się sam autor, jednak różnice między stylami są wyraźne. W nowszej wersji jest więcej dynamizmu, walki i akcja toczy się jakby szybciej. Jednak klimat tamtych czasów i samych przygód detektywa oraz jego wiernego kompana zostały naprawdę dobrze oddane, co sprawia, że książkę czyta się przyjemnie i szybko. Historia stworzona przez autorkę jest mroczna i niebezpieczna dla wszystkich bohaterów biorących w niej udział. Intrygi, morderstwa, kradzieże dzieł sztuki oraz bestialskie i obrzydliwe traktowanie dzieci. Ja jestem zadowolona z lektury, mimo nie tak dawnego jeszcze sceptycyzmu jakim darzyłam podobne książki. Lektura, a tym bardziej same postacie są na tyle dobrze odzwierciedlone, że podczas czytania widziałam Sherlocka Holmesa, w którego rolę wcielał się Jeremy Brett, a jako Watsona Edwarda Hardwicke (dla mnie ten duet jest najlepszy). I co ciekawe mój instynkt oraz wyobraźnia mnie nie zmyliły, bo jak się okazało autorka tworząc postać Holmesa, wzorowała się na trzech aktorach wcielających się w jego rolę, w tym właśnie wymienionego przeze mnie J. Bretta. Każdy gest, okrzyk czy mimika twarzy kojarzyła mi się to z jednym to z drugim. Holmes i Watson jak żywi przed moimi oczami – czyli nie lada gratka dla prawdziwej fanki tego duetu. Podsumowując: autorka podjęła się trudnego wyzwania, chcąc napisać taką powieść, bo przyznacie sami, że twórczość Doyle’a to nie byle co, jednak wyszła z tego obronną ręką. Całość jest lekka, przyjemna i godna polecenia.

3 komentarze:

  1. Holmes bardziej pasuje mi w wersji telewizyjnej. Ale może kiedyś go przeczytam, gdyż staram się czasem sięgnąć po powieść z typu klasyka :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie jestem wielbicielką Sherlocka Holmesa, więc tym razem odpuszczam. 😊

    OdpowiedzUsuń
  3. Raczej nie mój gust czytelniczy, więc podziękuję :)

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi bardzo miło jeżeli zostawisz po sobie jakiś ślad :-) Daje to wiele radości, gdy po przeczytaniu książki i wstawieniu swojej opinii na jej temat ujrzę pod nią jakiś komentarz :-)